Afrykańskie upały - Renée Pascal - ebook
Opis

Monon jest aktorką u progu kariery. W dniu wręczenia pierwszej znaczącej nagrody teatralnej zdarza się niespodziewanie coś, co rozbija jej świat na drobne kawałeczki. Ból po osobistej tragedii próbuje stłumić intensywną pracą jako korespondentka wojenna… i nie tylko. Przekazanie relacji dziennikarskiej z ogarniętej chaosem Libii jest jedynie przykrywką dla niebezpiecznej i pełnej zagadek misji. Szukając tajemniczej kobiety, którą ma sprowadzić z powrotem do Europy, Monon usiłuje wreszcie odnaleźć także samą siebie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 261

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Renée Pascal
Afrykańskie upały
© Copyright by Renée Pascal 2015Ilustracje: Renée Pascalstr. 162 Mon Ami, linoryt (52,5mm x 41,5mm)str. 171 Reminiscencje, linoryt (32 mm x 51mm)5 str. 184 Mon Amour, linoryt (51mm x 74 mm).Okładka: grafika – Reée Pascal, współpraca i wykonanie – EmilDesign.
ISBN 978-83-7564-496-8
Wydawnictwo My Bookwww.mybook.pl
Publikacja chroniona prawem autorskim.Zabrania się jej kopiowania, publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży bez zgody Wydawcy.

Najdłużej podróżowałam, by dotrzeć do ciebie, siódemko –Eukaliptus

30°C temperatury odczuwalnej

Po kolejnej nieprzespanej nocy spędzonej w Maison Les Cas poranna kawa stawia mnie na nogi i smakuje trochę inaczej niż zwykle. Nie mogłam spać i wypaliłam za dużo papierosów. Nie potrafię już dobrze spać. Patrzę w lustro. Nabierając głębokiego oddechu, z wytrenowaną perswazją, deklamuję do swojego odbicia: zrobisz wszystko tak jak trzeba i wrócisz. Targają mną wszystkie przeciwstawne emocje: ciekawość, strach, zaangażowanie, ambicja, a przy tym dziwne, niczym nieuzasadnione – spokój i radość. Pamiętaj tylko, żeby trzymać się planu i na wszystko znać odpowiedź. Godziny treningów zrobiły swoje. Tak… perfekcja, performance, zorganizowanie, wiedza i umiejętności, których przez lata uczył mnie Jean. Wyłapał mnie z tłumu na Placu Papieskim w Avignonie podczas festiwalu teatralnego. Zaczęliśmy rozmawiać, i tak się zaczęło. Potem przeszkolił. Ja jednocześnie studiuję i wykonuję zlecone mi misje ratunkowe na całym świecie. Perfekcyjnie opanowana organizacja czasu, z którą nauczyłam się żyć. Tak, bo tego trzeba się nauczyć. Niektórzy twierdzą, że zorganizowanie to synonim nerwicy… i szlag by trafił te plany krótkoterminowe…

Wrzucam ostatnie, starannie przygotowane notatki, paszport, zakładam wygodne buty. Noc, cisza w domu, całuję śpiących domowników, szepcząc cicho: „Do zobaczenia”, i wychodzę, samochód czeka. Zostawiając za sobą świadomość tego, co przede mną, wszystkich i nawet samą siebie, zamykam drzwi.

To bardzo interesujące, jak dalekie można pokonywać odległości, by znaleźć to, czego się szuka, uzyskać odpowiedzi na pytania, których się nawet nie znało.

Znajoma twarz Clauda uśmiecha się szeroko zza szyby.

– Dzień dobry, Monon! Za ile mamy być na Charles De Gaulle? Opowiesz mi kiedyś, dokąd tak ciągle znikasz?

– Mój drogi Claudzie, oczywiście, ale pod warunkiem, że ty zrobisz to samo. Wtedy obiecuję, że kiedyś to zrobię i przegadamy całą noc, a teraz proszę, noga na gaz!

Uwielbiam tę jazdę nad ranem pustymi ulicami Paryża. Przekraczając dozwolone granice prędkości, puszcza na full: Highway to hell. Nomen omen…?

– Zwolnij, Claud! Dzisiaj przesadzasz!

– Dbam o ciebie!

Rozbraja mnie tym swoim szelmowsko-figlarnym uśmieszkiem. Dobrze mnie zna i wie, czego potrzebuję. Zawsze był taki.

Na studiach wałęsaliśmy się razem godzinami po ulicach Paryża, galeriach i koncertach, rozciągając swoje dalekosiężne wizje przyszłości i kariery. Wspólne etiudy, scenariusze, szkice i niedokończone płótna. Kiedyś mi powiedział: „Będziesz zawsze przed kimś lub przed czymś uciekać, ale nigdy nie uciekniesz przed samą sobą”. On mieszkał w opuszczonych lokalach, ja wylegiwałam się w superkomfortowych rezydencjach. To był jego wybór. Zniknął na jakiś czas, mówiąc, że ma dość Paryża i strzelili mu w nogę, wyjeżdża. Potem nagle pojawił się, oznajmiając uroczyście, jakby nigdy nic: „Jestem!”.

Jego świat? Jest uznanym w tej chwili reżyserem, odnosi w tej dziedzinie sukcesy – a mnie ciągle namawia do powrotu, bo wie, jak bardzo uwielbiałam zatracać się w artystycznej bohemie. Tak, chętnie – tylko te najtrudniejsze scenariusze do zrealizowania mam w realu. Gdybyś tylko wiedział…

Dziwne, znam go tyle lat, a naprawdę nic o nim nie wiem. Specyficzna przyjaźń, ale jedno za drugim wskoczyłoby w ogień. Tak, nie do końca nasze wybory.

Najlepszy kumpel, z którym nie mogę być do końca szczera, ale za to z którym zawsze mogę się dobrze pośmiać, no i jedyny zaufany kierowca.

O czym ja teraz myślę? W ogóle się nie koncentruję, i właśnie o to chodzi. Przed akcją – chwila totalnej ignorancji umysłowej.

Jesteśmy na miejscu, wysiadamy z samochodu.

– Wracaj szybko! Już tęsknię!

– Tak, Claud, wrócę.

Muszę to wypowiedzieć głośno, bo to taki nasz rytuał. Wtedy wracam i chwytam nowy dzień.

W holu czekają: dwójka, trójka, piątka; czwórki jeszcze nie ma. Paul jak zwykle się zabawił, pojawi się w ostatniej chwili. Też był wczoraj w Maison Les Cas. Adam podaje nam pączki i idziemy pić wspólną kawę. Mamy godzinę do odlotu, a Paula w dalszym ciągu nie ma, nie odpowiada na telefony. Musimy się przeorganizować?

– Laurent, masz aparat? – pytam nerwowo. – To pracujesz ze mną.

Przesiadamy się w Salonikach, lecimy do Trypolisu.

– Massimo już na nas czeka – oznajmia wszystkim Adam.

Massimo to nasz anioł stróż i tłumacz. Zbieramy materiał i wracamy.

– Monon, piszesz i wrzucasz jak najszybciej na bieżąco to, co masz. Taki plan.

Każdy wie, co ma robić, jasne.

Sprawdzam telefon, wszyscy opisani, meldunek w centrali i u Jeana. Jest, mam. Wydaje mi się, że Paul chyba się domyśla, że nie bez kozery jestem nadgorliwa przy wyjazdach, muszę być zatem bardziej ostrożna. Posługujemy się między sobą numerami, żeby było bezpieczniej: jedynka – Monon, dwójka – Bastien, trójka – Laurent, czwórka – Paul, piątka – Michael. Zbieramy się do odprawy. Ja oczywiście mam za dużo bagażu, więc przekładam trochę rzeczy do walizek swoich „liczebników”. Tak, nigdy nie mogłam do końca zapanować nad swoim bagażem, bo wszystko może mi się przydać.

Paul wpadł na lotnisko w ostatniej chwili. Staram się skupić, ale jestem za bardzo na niego wściekła.

– Paul, jak to jest, że ja zawsze zdążę na czas, a ty musisz się zawsze spóźnić!

– Monon, ach, przepraszam!

– W porządku. Zawsze to samo, Paul. Słuchaj teraz uważnie. Po wprowadzeniu w Libii przez Zgromadzenie Narodowe nowego prawa, opartego na prawie szariatu, będziesz grał rolę mojego męża. Przede wszystkim zaś masz udokumentować właściwie temat. Zbieramy informacje dotyczące progresu stabilizacji w procesie tworzenia nowego państwa.

– Jasna sprawa, o nic się nie martw!

Ja przede wszystkim muszę potwierdzić miejsce pobytu Viktorii i poznać jej cele. Ostatnio widziano ją w Bengazi, tam też przez chwilę powinnam ostatecznie się znaleźć. Od momentu wylądowania w Trypolisie nazywam się Miriam. Słucham dyskretnie na słuchawkach detali na temat zaginionej dziewczyny. Przyłączyła się kilka miesięcy temu do Powszechnego Kongresu Narodowego. Rodzina wysyłała rozpaczliwe błagania policji, by ją odszukać i doprowadzić do domu. Historia dość banalna i powszechna, ale tym razem jednak okaże się wyjątkowa.

Poznała Roomiego w Algierii, wzięła ślub, i wbrew wszystkim sygnałom ostrzegawczym, ściągnęła następnie do Francji. Opłaciła bilet, zapłaciła za wszystko. Ten potem ją okradł, pobił, groził śmiercią i porzucił. Ona krótko po tym zniknęła. Szukała jej cała policja we Francji i nie znalazła. Gdyby przypadkiem nie pojawiło się jej imię w rozmowie korespondenta Czech z Jeanem, nawet byśmy nie wiedzieli, że żyje i jest w Libii, a sprawa zostałaby zamknięta.

– Kim jesteś, Viktorio? Odnajdę cię – głośno myślę.

Paul się przytula.

– Cholera! Co robisz?! Weź te ręce z moich nóg!

– Relax, Monon, nie denerwuj się tak.

– Słuchaj, lepiej zadbaj o mój nowy image, bo nic nie zrobimy.

– Hej, dbam o ciebie i martwię się w pełnym wymiarze godzin.

– Nie masz wyjścia, a martwić się nie musisz.

– Ale to robię. Bez odbioru, Monon. Moja żonko, słuchaj się męża i bądź grzeczna, bo cię wychłoszczę osobiście.

– Ale mnie zatkało! He, wiesz co, Paul? Wiem, że byś chciał i bardzo to było podniecające wyznanie miłości. Postaram się na to zasłużyć, nie zapomnij jednak przed tym podarować mi tony złota w posagu, domu, et cetera, „mężu”. Obawiam się, że może ci życia zabraknąć, żeby je zdobyć, więc… Jak je dostanę, wówczas mnie możesz wychłostać. Jednak pod warunkiem, że będziesz to robił tak, jak chcę!

– Umowa stoi, Monon! Ale cię będę chłostał!!! Wpiszę ci w kontrakt, co chcesz, i uważaj, bo mogę cię zaskoczyć!

– A, okay. To zobaczymy… No popatrz, jaka szkoda, że takiej umowy nigdy z tobą nie podpiszę, więc ostatecznie, nici z chłostania.

– Jak pech, to pech, taka karma!

– Paul, koniec żartów. Pamiętaj, bez dotykania, zwłaszcza tam na miejscu! Odpocznij, zaraz międzylądowanie w Salonikach.

Obróciłam się do okna w samolocie, widzę lotnisko. Słyszę tylko głos Jeana: „Monon, odezwij się zaraz po przylocie. Gdyby się coś działo, po prostu cię odbieramy”. Tak sobie teraz uświadomiłam, że niby jak?

Czas płynie za szybko, po przesiadce w Salonikach jesteśmy już prawie nad niebem Trypolisu. Lądujemy. Paul rzeczowo, stanowczo i konkretnie zmienił swoje zachowanie. Wszyscy wyjmujemy paszporty z wizami. Czwórka – właściciel aparatu – stoi tuż obok mnie. Dwójka, trójka i piątka za nami, a ja już widzę machającego do nas Massimo. Wrócił do kraju swoich pradziadów, bo musiał. Nie ufam mu. Przechodzimy przez niezliczoną ilość kontroli. Luty, a słońce dalej dusi. Wyjątkowo, jak na tę porę roku. To na pewno dlatego, żeby mi było łatwiej… Temperatura odczuwalna trzydzieści stopni Celsjusza, do tego ten specyficzny podmuch gorącego wiatru, powoduje problem z nabraniem oddechu. Massimo zabiera nas do samochodu. Paul z przodu, ja do tyłu.

To taki przykład egzotyki kulturowej, który zawsze powoduje u mnie purpurową irytację. Widzę, jaką czuje w tej chwili satysfakcję. Jego kolejny ulubiony punkt programu w opowieściach z cyklu „ciąg dalszy przygód Króla Lwa”, którą tak chętnie podzieli się naturalnie zaraz po powrocie przy piwie na spotkaniach z kumplami. Scena pierwsza: „sposób na antylopę”. Wchodząc do tyłu samochodu, głośno mu zatem oświadczam, że w tym sitcomie musi uwzględnić fakt o tonie złota – a ja oczywiście nie omieszkam również podzielić się tą nowiną z dziewczynami. Bezczelny uśmiech gladiatora natychmiast zszedł z jego twarzy, w wyniku czego mogę się spokojnie skoncentrować na sposobie zapanowania nad dokuczającą temperaturą odczuwalną otoczenia.

– Witam w Trypolisie. Będę waszym opiekunem, nie róbcie nic bez mojego potwierdzenia. Jak minęła podróż? Pamiętajcie, telefony wyczyszczone z osobistych zdjęć, notatek i kontaktów, tylko kwiaty i motyle. Wszystko macie w głowie. Za nami jedzie ekipa z Grecji, widzę ten sam skład w samochodzie. W hotelu czeka już grupa z Czech i z Niemiec.

Wysyłam szybkiego SMS-a do Adama i drugi do Jeana: jesteśmy, jestem, odezwę się później.

Kurz, gotujące się powietrze, każda twarz taka sama, mijamy budynki Trypolisu. Podjeżdżamy pod luksusowy hotel przy jednej z głównych ulic w samym centrum miasta, w którym zatrzymują się wszystkie oficjalne delegacje zagraniczne i lokalne.

Massimo wychodzi pierwszy, potem Paul i ja; reszta czeka, podjedzie za godzinę. Podchodzi do recepcji, wita się, mówi coś w języku arabskim. Paul podaje nasze paszporty, a ja machinalnie chciałam podać rękę na przywitanie, ale nawet tego nie mogę wykonać normalnie. Ustawiona dwa kroki do tyłu, ciągnę się za nim jak kukła. Komedia… Scena druga: grzeczna żona .

Jest pokój! Padam z nóg. Bardzo dobrze, dwie sypialnie. Paul idzie do siebie, ja do siebie. Widzimy się za godzinę. Oboje zaraz schodzimy piętro niżej do pokoju dwieście pięć.

Zrzucam z siebie ciuchy, biorę prysznic – a raczej chciałam wziąć, bo zabrakło wody. Z kranu leje się brązowożółta ciecz. Jestem naprawdę wściekła. Jest brudno i gorąco. Przynajmniej średniej wielkości klimatyzacja sprawia wrażenie, że działa. Wyfruwają z niej opary cuchnącego powietrza, a zaraz zaczną nietoperze. Przypomina mi trochę pokój z Belgradu…

Puka ktoś do drzwi. Wrzucam koszulkę i spodenki na siebie. To Massimo, sprawdza cały pokój dokładnie. Przytykając palec do ust, pokazuje ręką, żebym wyszła. Wychodząc, oznajmia:

– Wszystko w porządku. Wiem, nie masz wody – dodaje. – Weź szybki prysznic obok. Tylko naprawdę szybko!

Następnie wchodzi do sypialni Paula i robi dokładnie to samo. Idę zatem wziąć swój wymarzony prysznic.

W holu mijam wysokiego bruneta. To Peter. Upuścił saszetkę, z której wysypała się zawartość. Schylając się, szepcze:

– Miriam, jedenasta w restauracji na dole. To godzina startu akcji „Back”.

Tyle razy powtarzałam Jeanowi, że to przypadkowe wpadanie na siebie współpracowników już trąci archeologią i powinien trochę zmienić metody, no ale niech mu będzie.

Jean wysłał go jako wsparcie dla mnie. Przyjechał godzinę temu z grupą z Czech. Przed przylotem zdążyłam tylko przeczytać jego krótkie akta. Otrzymałam tyle informacji, ile mogłam uzyskać. Peter jest synem Serbki i Czecha. Znaleziono go w 1993 roku, błąkającego się po ulicach Sarajewa. Ojca zabili w Alei Snajperów, jak próbował odebrać Petera ze szkoły – widział to. Matce odebrano cały majątek, a ona sama uciekła do obecnej Czarnogóry i posiadała tam status bezpaństwowca. Była przekonana, że syn też nie żyje. Uratowany, już jako nastolatek, został wcielony do jednostek specjalnych. Matkę odszukał i ściągnął do Pragi dwa lata temu. Zacięty i lojalny jak nikt inny w żadnej organizacji. Ulżyło mi, kiedy się dowiedziałam, że to on właśnie będzie moim wsparciem.

Letnia woda spływa mi po ciele, schładzając je. Jak dobrze! Mam czas pomyśleć o sposobie zebrania materiałów, i zaraz pokój numer dwieście pięć. Malutki i za dużo w nim ludzi. Jestem tutaj jedyną kobietą. Widzę dwójkę, trójkę, czwórkę i piątkę, Czechów (w tym Petera) i Niemców. Massimo wita wszystkich, instruuje.

– Jutro o godzinie dziesiątej trzydzieści mamy kilka grup europejskich odwiedzających Pottery Stalls of Gharyan, spotkamy się z nimi. Rozmawiałem już z przewodnikami.

– Dziwne, że w ogóle ktoś jeszcze chce tu przyjechać, co za obłęd i nieodpowiedzialność. Nie wierzę po pierwsze w żadne grupy pseudoturystyczne – wyszeptałam cicho do Andreasa.

– Ja też! Interesujące miejsce, ale obawiam się, że „możemy nauczyć się tam latać”… Zawsze o tym marzyłem.

– Ha, ha… dobre! Andreas, jak będziesz już tak leciał w górę, to zrób coś dla mnie i wykręć trochę tę żarówkę na niebie.

– Pewnie, dla ciebie wszystko.

– Ech, spokojnie, Andreas. Jak jutro słońce w dalszym ciągu będzie tak dokuczać, to sama coś zorganizuję i do niego podskoczę. Tyle męki z przylotem i byciem tutaj, że nie wspomnę o zrobieniu czegokolwiek, to niech się przynajmniej coś dzieje. Będziecie mieć temat, a ja się zapiszę w historii jako ta, która pokonała żarówkę! Wymienię ją od razu na energooszczędną i przy okazji zrobię coś dobrego dla globalnego ocieplenia.

– Ha, ha! Ja z kolei zawsze marzyłem, żeby oprócz moich cudownych pasji reporterskich, realizowanych jako pogromca smoków w kryjówkach Bin Ladena na zesłaniu w Bangladeszu, ratować będę tak naprawdę wieloryby!

Nie wytrzymałam, parsknęłam śmiechem na cały głos.

– Przepraszam, Massimo, naprawdę się cieszę, że tutaj jestem, przynajmniej z jednego powodu, i to wszystko naprawdę jest bardzo interesujące, co mówisz, szeryfie. Bez obaw, wszystko na rozkaz! Według instrukcji i dziesięciu przykazań. Tylko powiedz, czy spadochrony dla nas masz? Bo jak tak nas wszystkich przypadkiem tam wybije w górę pod wpływem chwilowej erupcji miejscowego, najmniejszego na świecie wulkanu, to będziemy mieli kłopot z powrotem bez stosownego sprzętu. Andreas na przykład chce taki spadochron specjalny, z lokalizatorem na wieloryby na Alasce!

– Tak – odezwał się Hector. – Etna i Wezuwiusz też wybuchły, bo się nazbierało… pierwiastków, a w tym miejscu obawiam się, że to my możemy spowodować erupcję… no a potem zwalą całą winę na fundamentalistów.

No i się zaczęło. Monty Python przy takim stłoczeniu ekscentryków w jednym miejscu nie ma szans. Każdy wtrącił swoje wizje, jak to będzie podczas wspólnego lotu. Nawet Paul rozwinął talent satyryczny. No i masz babo placek. Już nikt nad nami nie panował.

Skonsternowany Massimo w końcu się poddał i musiał przeczekać „poprzylotnią, zbiorczą głupawkę”, dodając grzecznie, że to dokładnie oznacza, że im bardziej zwariowani tym bardziej rzetelni i wytrwali w dochodzeniu i przekazywaniu prawdy.

– Szanowni astronauci, bo już znaleźliśmy się na Plutonie – wyszeptał Massimo – kończmy, bo nie zdążymy. Dzisiaj oficjalna konferencja prasowa o godzinie dziewiątej wieczorem, z generałem, w sali przyjęć na dole. Bardzo proszę o punktualność, trzymanie się grafiku i zachowanie wyjątkowej ostrożności – oznajmił i każdemu z nas wręczył dokładny grafik przebiegu konferencji i kolejność osób w zadawaniu pytań.

Ja, po 2013 roku, mam poważne wątpliwości dotyczące każdego kolejnego przedstawiciela władz. Wykaz tych „niewygodnych i zakazanych” dostałam przed wylotem. Aktualizują się one z minuty na minutę – i czasami te niewygodne są jedynymi, jakie można zadać.

Wysłuchaliśmy grzecznie tego, co miał do powiedzenia, i rozeszliśmy się do swoich pokojów.

Mam godzinę spania, potem szkolna analiza sytuacji, zaplanowanie taktycznego rozkładu dnia. Paul krząta się po pokoju, sprawdza obiektywy. Robi kilka zdjęć z okna.

– Tłoczno na ulicy. Miriam, czy wszystko masz przygotowane? Mogę zrobić tylko kilka zdjęć.

– Tak, Paul, tak. Mam zestaw pytań, jesteśmy w pierwszym rzędzie. Ja jestem druga w kolejności. Wiem, że nie na wszystkie pytania uzyskam odpowiedzi na konferencji, więcej musimy zebrać w terenie.

– OK. Gotowa?

– Tak, a ty?

– Tak. To schodzimy.

– Chcesz drinka przed wyjściem?

– Skąd masz, jak przewiozłeś? Zwariowałeś?! Nie jesteśmy tutaj na wakacjach. Chcesz, żeby nas zamknęli za alkohol?! Prohibicja jest tutaj tak samo przestrzegana jak w Arabii Saudyjskiej! Kiedy ty zmądrzejesz, Paul?!

– Przewiozłem? Ha, ha, Massimo załatwił.

Otwiera butelkę z etykietą „100-procentowego soku bananowego”…

– OK, daj. Nie zniosę tej gęstej, nadętej atmosfery. Nawet lód masz! Ej, Paul, przygotowany jesteś, brawo! To za właściwe odpowiedzi!

Przechylamy kieliszek i schodzimy na dół.

Każdego sprawdzają dokładnie. Mnie oczywiście obszukuje jedyna kobieta, jaka tam jest – pyta, czy mam coś metalowego. Nie mam – ale i tak sprawdza. Przed hotelem stoi wojsko i policja.

– Ty, Paul, zobacz.

– Widzę, wszystko wiem: robimy materiał i spadamy stąd.

Dwójka i piątka mają nas cały czas na oku i uspokajają, że jest OK, możemy wejść.

W sali tłoczno i same znajome twarze, mnóstwo tajniaków. Paul rozgląda się nerwowo, ktoś wskazuje nam dyskretnie nasze miejsce. Ekipy w grupach gotowe do pracy. Na korytarzu zrobiło się zamieszanie – przyjechał generał. Przed nim trzech ogromnych ochroniarzy, a za nim lokalna telewizja. Wyłania się jego postać – energicznym krokiem wchodzi na salę. Rzecznik prasowy uprzejmie nas wita i zapewnia o pełnej otwartości. Pytania i nasza kolej. Paul kieruje aparat w stronę generała:

– „True Today”. Panie generale, po ustanowieniu nowych władz, jakie kroki zostały podjęte, by zapewnić bezpieczeństwo w Libii? Jak radzicie sobie w walce z terroryzmem i jak kontrolujecie napływ i przenikanie z zewnątrz nowych członków do zorganizowanych grup przestępczych?

Ostatniej części pytania nie było w grafiku. Generał zmarszczył brwi, a kąciki ust lekko uniosły się do góry.

– Zapewniam panią i opinię publiczną, że robimy wszystko co w naszej mocy, by zagwarantować stabilizację i bezpieczeństwo państwa. Kładziemy też duży nacisk, by niebezpieczne jednostki przechwytywać i eliminować. Kładziemy duży nacisk na rozwiązanie problemu tak zwanych bojówek.

– Co pan ma na myśli?

– To oznacza, że wykorzystujemy nowe systemy informatyczne i wszystkie możliwe dostępne metody do walki z terroryzmem. Mamy sieć doskonale wyszkolonych agentów. Priorytetem jest ustabilizowanie sytuacji w kraju, jak między innymi kontrola ekstremistów islamistycznego Maghrebu.

– Jak przebiega współpraca z ministerstwem spraw wewnętrznych?

Widzę, jak Paul przymknął lekko oczy i pot zaczął mu spływać po czole, a ja czułam, jakbym zaczęła oddychać pod wodą. Pieprzone akwarium! Nie mogłam nie zadać tego pytania.

– Szanowna pani, Ministerstwo Obrony i Spraw Wewnętrznych tworzy formacje bezpieczeństwa dla zapewnienia ładu i porządku w państwie. W tej chwili panujemy nad rywalizującymi plemionami, grupami etnicznymi i samozwańczymi jednostkami tak zwanych „milicji”. Zamierzamy wyeliminować wszystkie grupy terrorystyczne. Nie oznacza to jednak, w błędnym rozumieniu, wojny domowej. Wzywamy i zachęcamy do współpracy w tej walce. Z nadzieją czekamy na odpowiedź innych krajów. Mamy już optymistyczne sygnały ze strony krajów partnerskich.

– Czy potwierdzi pan, że błędem było pozostawienie uzbrojonych dawnych oddziałów milicji?

– Szanowna pani, te oddziały zostały przekształcone w siły policyjne, nad którymi staramy się mieć kontrolę.

Nabrałam oddechu, by zadać kolejne pytanie, bo konsekwentnie należało pociągnąć wątek związany z logiką metodologii działania. Raczej chciał powiedzieć, że całkowicie wymknęły się spod kontroli, i przecież właśnie te formacje ostatnio wypierają wojsko i stanowią oczywistą przeszkodę dla sił bezpieczeństwa w efektywnym działaniu do zaprowadzenia ładu i porządku.

Dwójka upuścił długopis. Wiem już, że następnego pytania zadać nie mogę. Rzecznik prasowy wywołuje więc następnego korespondenta.

Uśmiechając się delikatnie, przechylam głowę na znak wdzięczności za odpowiedź, ale w środku szlag mnie trafia! Pytania krążą wokół tematu walk z fundamentalistami islamskimi. Nie zazdroszczę im, mają bardzo trudne zadanie do wykonania. Chyba taki nurt spotkania bardziej odpowiada przedstawicielom władz. Atmosfera w sali konferencyjnej zaczęła być za gęsta. Kątem oka widzę Petera; wiem, za trzydzieści minut zaczynamy akcję. Jestem tak zmęczona, że nie czuję zdenerwowania – serce tylko wali mi jak młot.

Wychodzimy, nasze miejsca zajmuje lokalna telewizja. Cholera. Będzie oficjalne oświadczenie. Nie może mnie to ominąć! Próbuję zawrócić i zostać, ale dwójka i piątka skutecznie zablokowali wejście.

Paul już w windzie zaczął prawić kazania.

– Co ci odbiło, Miriam! Uwielbiasz zadawać niewygodne pytania? Mamy tylko przekazać relację z konferencji, jutro wywiad w terenie, Bengazi jeden dzień i wracamy! Zaraz prześlemy to, co mamy, pisz i wysyłamy materiał do redakcji. Prawie mi aparat wypadł z rąk, jak zaczęłaś drążyć temat formacji i współpracy pomiędzy ministerstwami.

– Przestań się na mnie wydzierać, Paul, wiem, co robię. Nie widzisz, że coś jest nie tak?! Widziałeś, ile było wojska i policji w hotelu i przed?

Otwierają się drzwi windy, cisza. Wchodzimy do pokoju.

– Paul, co za sztampa i powierzchowność!

– A czego się spodziewałaś, że usłyszysz?! Że to kryjówka wszystkich ugrupowań fundamentalistycznych? Że żaden pretendent do tronu – obecny czy przyszły – nie panuje nad sytuacją?!

– Tak, Paul, nad wszystkim prawie panują i prawie kontrolują. Zbiorowa halucynacja, co? Też na ciebie podziałała? Typowe męskie myślenie i owijanie w bawełnę. W osiągnięciu celu lubicie rywalizować, nie analizując sytuacji, i dlatego ponosicie klęskę, bo skupiacie się bardziej na rywalizacji niż na problemie.

– To było do mnie, do generała, czy ogólnie do wszystkich mężczyzn na świecie? Miriam, a trzeciej wojny światowej nie chcesz? Cholera, co ciebie to obchodzi! To drugi Afganistan. Codziennie są tutaj zabijani i porywani ludzie, są przeprowadzane zamachy i egzekucje. Po obaleniu rządów władzę tak naprawdę sprawują samozwańcze brygady paramilitarne.

– Tak, Paul, a obecnie jest formowana nowa armia, podejmowane są próby rozbrajania tychże brygad! Wystąpienie telewizyjne, które właśnie się odbywa, jeżeli mnie intuicja nie zawodzi, oznacza nadchodzące zmiany i zamieszki! To też przypadek? Że czas oświadczenia telewizyjnego wybrany jest w dniu konferencji?! Wiesz, co myślę? Ta cała arabska rewolucja sama się zjada i przerzuca od środka, jak rak z przerzutami. Zobacz, co się wszędzie dzieje!

– Robimy, co mamy robić, i zjeżdżamy stąd, i to z prędkością światła.

– Tak, Paul, jasne. Ja chcę mieć tylko rzetelny materiał i prawda jest taka, że karabiny zastępują słowa. A tak zaraz mi powiesz, że od zarania dziejów tak było, jest i będzie, że kto ma broń, ten ma władzę. To oznacza demokrację w arabskim wydaniu? Inaczej się nie da? Aha, panują… ale największe rządy, ustroje, państwa, królestwa, armie upadały często pod wpływem maluczkich. Wiesz dlaczego? Bo te wielkie były na tyle pyszne i pewne siebie, popełniały błędy taktyczne i zapomniały o chyba najważniejszej roli, jaką odgrywa w takich sytuacjach gra wywiadowcza… i „konie trojańskie”.

– Miriam, mamy przekazać obiektywną relację, a nie filozofować. To nie nasze zadanie i nie zadawaj pytań, na które nie chcesz usłyszeć odpowiedzi, a nawet nie powinnaś.

– Tak, masz rację. Dopiszę jeszcze kilka zdań. Wysłane, dodaj zdjęcia. Kończę, Paul, i schodzę na dół do restauracji na piętnaście minut.

– Zaraz wracaj, jasne? Chcesz drinka?

– Nie, jeszcze mnie powąchają i zamkną. Pa, do zobaczenia za chwilę.

39°C temperatury odczuwalnej

Restauracja oczywiście zamknięta. W holu tłoczno, Petera jeszcze nie ma. Z sali konferencyjnej właśnie wychodzi telewizja.

– Hej, Miriam! – Macha do mnie Andreas. – Widziałaś?! Na żywo w lokalce? Właśnie skończył swoje wystąpienie. Ogłosił zawieszenie Powszechnego Kongresu Narodowego oraz powołanie „ruchu nowej mapy drogowej dla ocalenia kraju”. Ciekawe, co na to premier! Będzie się działo… Miriam, ja kończę pracę i zwijam manatki. Tobie radzę to samo, potem nie wyjedziesz. Pamiętasz Egipt?

– Andreas, ja nie mogę, nie teraz. Leć, Andreas, i trzymaj za mnie kciuki. Dobrze cię było znowu widzieć. Cześć!

Zaschło mi w gardle, muszę się napić. Obrócił się na pięcie i zniknął. Próbuję dostrzec w tłumie ludzi Petera. O! Naprzeciwko jest sklep – muszę się napić wody. Zdążę, mam pięć minut. Przeciskam się przez kordon uzbrojonych żołnierzy i policjantów. Pokazując przepustkę, mówię, że idę do sklepu obok, i wydostaję się na ulicę. Dosłownie wpadam do niego, wyjmuję zakotwiczone w kieszeni dinary i łamanym arabskim proszę o wodę. Spódnica i żakiet już brudne – ech, szybko do pokoju z powrotem!

Woda! Otwieram ją natychmiast i wypijam kilka łyków. Widzę tylko kordon blokujący wejście do hotelu i tłum ludzi na zewnątrz.

Próbuję wyjść, ale czuję szarpnięcie i czyjeś ręce na moich plecach. Zimny metal przyłożony do głowy, psss. Próbuję się odwrócić, ale nie mogę, bo mam zablokowane ramię. Ktoś mówi mi do ucha:

– Don’t move!

Nie czuję nóg, rąk, zatrzymałam oddech, czy to jakiś głupi żart? Ale czuję, że mam pistolet przyłożony do głowy… Ściśnięte myśli, gardło, stoję bez ruchu.

– Co mam zrobić! Czego chcesz?

– Nic nie możesz zrobić.

– Zastanów się, zobacz, ile tu wojska!

– Ha, ha, ha – słyszę z tyłu głowy.

W lusterku na ścianie widzę mężczyznę. Poznaję go – to ten sam, który stał w hotelu, kiedy się meldowaliśmy.

– Jak się ubierasz?!

Czy ja dobrze rozumiem? Nabrałam łagodnie głębokiego oddechu i wyszeptałam:

– Przepraszam, więcej tego nie zrobię. Wiem, że zrobiłam źle. Puść, bo nie będę miała szansy się poprawić.

Lufa odskoczyła od głowy.

– Wracaj skąd przyjechałaś!

Puścił mnie i uciekł.

Z daleka widzę, jak biegnie w moją stronę Peter z policjantem. Rozdzielają się.

Zawsze się zastanawiałam, jaka jest różnica pomiędzy strachem a przerażeniem, bo to na pewno to nie to samo. Teraz wiedziałam. Strach raczej wywołuje pozytywne emocje, zmusza do reakcji i działania. Przerażenie paraliżuje ciało. Może teraz nie zadziałała moja pamięć proceduralna? Byłam tak skutecznie zaskoczona i zablokowana, że nie mogłam się ruszyć – tylko słowna perswazja mogła wtedy cokolwiek zdziałać, a to już był automat wypuszczony przez strach.

Peter złapał mnie w ramiona i pobiegliśmy w stronę hotelu. Nic nie słyszę, co do mnie mówi. To było kilka minut, a ja czułam, jakbym tkwiła nieruchoma wieki, jadę w ciemnym tunelu na oślep, bez wyjścia. Łzy same ciekną mi po twarzy, a nogi się uginają. Słyszę tylko:

– Miriam, Miriam! Nic ci nie jest?!

Nic nie pamiętam.

Obudziłam się dopiero w holu. Tutaj strach i przerażenie nie mogły się ze sobą dogadać. Peter cały czas coś do mnie mówił. W końcu usłyszałam:

– Powiedz mi, Miriam, po co wychodziłaś? Masz lekko zranione plecy, przeciął ci żakiet z tyłu i przy okazji poranił, lekko na szczęście. Opatrzyłem cię i wezwałem lekarza.

– Nawet tego nie poczułam. Nie mów do mnie nic przez chwilę. Zaraz mi przejdzie. A ty gdzie byłeś?!

– Poszedłem do Paula i powiedziałem, że jesteś na kawie ze mną.

– A przepraszam, po co? Od kiedy to rozmawiasz z Paulem?

– Żeby za tobą nie chodził przez chwilę!

– A ty uważasz, że nie mogę sama na to wpłynąć?!

– Generał ogłosił zawieszenie Kongresu Narodowego. Musimy się spieszyć. Nie wiadomo, czy dostaniemy się do Bengazi. Viki może nam znowu zniknąć.

Przerwał, bo właśnie podszedł Laurent z lekarką. To on zauważył całą sytuację i szybko zareagował. Peter właśnie był w holu, kiedy ja znajdowałam się po drugiej stronie ulicy.

– Zbadam panią, proszę za mną. Jest pani w stanie iść?

– Ja jej pomogę!

Peter bierze mnie na ręce i zanosi do pokoju.

– Wszystko w porządku, obejdzie się bez szwów. Proszę tylko odpocząć i więcej samej nie wychodzić bez ochrony.

– Jasne, dziękuję. Peter, przy takiej ochronie i takiej ilości wojska i policji! Jak to się mogło stać?! Boli jak szlag! Nie mogę dalej mówić.

– Miriam, rewolucjoniści nie oddali tutaj broni, wszyscy ją posiadają, bo twierdzą, że jest niebezpiecznie. W ten sposób sami dla siebie stanowią zagrożenie. To tak jak w krajach bałkańskich – każdy syn, kiedy się urodzi, dostaje pod poduszkę pistolet, to jeden z elementów kulturowych. Idiotów i tu, i tam, wszędzie jest od groma. Im nie zależy na życiu i nie mają do niego szacunku, a posiadanie broni jest tak normalne, jak chleb powszedni, którego nie może zabraknąć w żadnym domu.

– Nie chrzań mi teraz o Bałkanach! Powtarzam jak mantrę: widziałeś, rozumiesz to w ogóle, co się stało?! Pod nosem generała…?! Jak to się mogło stać!… Okay, zaprowadź mnie lepiej do pokoju, muszę uzupełnić raport i przesłać do redakcji, no i uspokoić Paula. Ale jestem wściekła. Co za kraj! Tak, i moja nieostrożność…

– Weź tabletki znieczulające i odpocznij, skoncentruj się teraz: jutro piąta rano, Miriam. Viki jest w Kongresie nieoficjalnie, ale kolaboruje z bojówkami. Jest dla nas bardzo ważna. To jej zdjęcie sprzed roku. Jutro w punkcie „zero” będzie osoba, która odeszła z kongresu, powie nam, gdzie powinniśmy jej szukać. Obawiam się, Miriam, że już cię mają na widelcu. Rzucasz się w oczy, dlatego będziemy mieć ich cały czas na ogonie.

– Co mam zrobić? Zwiać teraz, i którędy? Spokojnie, dam sobie radę i nie panikuj. Są teraz zbyt zajęci oświadczeniem telewizyjnym i tym, co wisi w powietrzu, by się zajmować takimi pierdołami! Za chwilę musimy iść do pokoju, bo Paul zaraz zacznie dzwonić do ambasady i postawi całą Francję na nogi.

Gorączkowo próbuję znaleźć wzrokiem Massimo. Muszę mu powiedzieć, kto to był! Że tu był dzisiaj rano przy recepcji!

32°C temperatury odczuwalnej

– Gdzie jest Massimo? Ktoś go widział?

– Jest tam! Przy drzwiach wejściowych.

Wykrzykuje coś w towarzystwie dwóch policjantów. Rozmawiają po arabsku, po czym cała trójka się obraca i idzie w moją stronę.

– Peter, idź do Paula i powiedz mu, co chcesz, ja muszę porozmawiać z Massimo.

– Miriam, jak się czujesz?! Wszystko w porządku? Wiesz, mamy gnojka! Strasznie mi przykro z powodu tego, co się stało.

– Massimo, on tu był – mówię spokojnym głosem.

– Tak, wiemy, to pracownik hotelu. Policja chce z tobą rozmawiać, chcą wiedzieć, co ci mówił, możesz?

– W porządku, tłumacz. Generalnie to słyszałam tylko jego śmiech i to, żebym wracała, skąd przyjechałam. Przypuszczam, że zdenerwowała go moja spódnica do kolan. Tyle mam do powiedzenia.

– Miała pani dużo szczęścia – ciągnął dalej. – Zranił panią i groził bronią. Poniesie ciężkie konsekwencje. Czy to na pewno wszystko, co do pani mówił? Zauważyła pani coś jeszcze?

– Nie, niestety nie byłam w stanie.

– To było zagrożenie życia, może planowane porwanie, a może udaremniony zamach? Dobrze, że byliśmy w pobliżu. Dlaczego wychodziła pani z hotelu?

– Restauracja była zamknięta, a mnie się chciało pić. Teraz przepraszam, źle się czuję i chcę wracać do pokoju. Massimo, pożegnaj, proszę, panów grzecznie ode mnie.

Paul ratuje całą sytuację.

– Chodź, Miriam, panowie już skończyli.

W pokoju łóżko zaścielone, kolacja i laptop.

– Jak się czujesz?

– Ach, Paul, mam nauczkę.

– Widzisz? Nigdzie bez męża i nie w krótkiej spódnicy z odkrytą głową – próbuje mnie rozśmieszyć.

– Kochany jesteś, naprawdę. Myślisz, że to był rzeczywisty powód? Ja tak nie sądzę.

– Nie myśl teraz o tym, zobacz. Niespodzianka numer dwa. Udało mi się załatwić kabanosy dla ciebie!

– A, niech zgadnę, od Massima je masz? Dziękuję. Wiesz co, mimo wszystko nie jesteś taki zły, na jakiego się kreujesz. Wrzucam, co mam, i wysyłam do redakcji. Dodaj, proszę, zdjęcia. Dobry materiał. Paul, jest gorąco, coś się wydarzy, tylko jeszcze dokładnie nie wiem co. Mam nadzieję, że zdążymy ze wszystkim i wrócimy.

– Chcesz wracać teraz?

– Nie, daj spokój. Dam radę. Piekielnie boli i szczypie. Przekaż dwójce, trójce i piątce, że zostajemy do końca i trzymamy się planu. Teraz idziemy spać.

Wczesnym rankiem wymykam się cicho z pokoju, by spotkać się z Peterem. Już czeka.

– Jak kondycja?

– Dobrze, tabletki działają. Dawaj, co masz.

– Zatem jedziemy do punktu „zero”, gdzie spotkamy się z naszym informatorem. Będzie nam trudniej niż zwykle się swobodnie poruszać i działać. Na pewno będziemy śledzeni, ale to już wiemy.

– Peter, myślisz, że zdążymy wyjechać przed przewrotem? Ministerstwo jest na pewno bardzo niezadowolone z wczorajszego dnia.

– Mam taką nadzieję. Do Bengazi kawał drogi, a my musimy zlokalizować Viki.

36°C temperatury odczuwalnej

Odbiegam myślami wstecz.

– Myślisz, że to była prowokacja?