Afekt - Remigiusz Mróz - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Afekt ebook i audiobook

Remigiusz Mróz

4,6

322 osoby interesują się tą książką

Opis

W nowej kancelarii prawnej Joannie Chyłce zostaje przydzielona sprawa będąca jej zawodowym koszmarem: ma bronić pedofila. Sytuację komplikuje fakt, że oskarżonym jest brat jednego z najważniejszych polityków w Polsce – kandydata na prezydenta, który przed wyborami przoduje w sondażach.

Sprawa skupia na sobie uwagę wszystkich mediów, gdyż jej finał przesądzi nie tylko o losie oskarżonego, ale najprawdopodobniej także o wyniku wyborów.

Życie zawodowe Chyłki komplikuje się coraz bardziej, ale to nie koniec problemów. Prawdziwe zaczną się, kiedy w życiu Kordiana pojawi się pewna dziewczyna z jego przeszłości…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 476

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 1 min

Lektor: Krzysztof Gosztyła

Oceny
4,6 (883 oceny)
618
185
57
15
8
Sortuj według:
sylwia020788

Nie oderwiesz się od lektury

Uwielbiam każda kolejna część 😍 Już niedługo kolejna !!! Nie mogę się doczekać
20
Albatros1

Nie oderwiesz się od lektury

Mróz nie zawiódł. Non stop akcją. Jak on to robi , nasty tom i nadal czyta się z wypiekami na twarzy. Polecam.
20
Littleswallow21

Z braku laku…

Od 5. części książki są już totalnie przewidywalne, a Afekt rozpoczyna "Modę na sukces" w wykonaniu pana Mroza.
32
ulaikasia

Nie oderwiesz się od lektury

chcę więcej
10
K_obi

Całkiem niezła

Jestem ogromną fanką Chyłki i R.Mroza, ale tą część uważam za najsłabszą.Trochę za dużo w niej wątków i uważam, że przez to wyszła na naciąganą historię.Trochę ta kontynuacja robi się przeciągnięta.Nie było u mnie tej ciekawości jak to wszystko się zakończy, raczej chciałam, żeby już nastąpił koniec. Być moźe już czas, by zakończyć tę serię?Całość ratują oczywiście w punkt trafne riposty Chyłki.
00

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Remigiusz Mróz, 2021

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

 

 

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Marketing i promocja: Greta Kaczmarek

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Joanna Pawłowska, Anna Nowak

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Fotografie na okładce: © NejroN / iStock, Vladimir Gjorgiev / Shutterstock, David Veksler / Unsplash

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66736-24-5

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tosi i Arturowi,

gdyby życie kiedykolwiek rzucało Wam kłody pod nogi,

budujcie z nich schody.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Fiat iustitia, et pereat mundus.

Sprawiedliwości musi się stać zadość,

choćby miał zginąć świat.

 

 

 

 

 

 

Rozdział 1

 

Made in China

 

1

 

The Warsaw Hub, rondo Daszyńskiego

 

 

Znalezienie się po raz pierwszy w nowym miejscu mogło być jak ponowne narodziny, Chyłce jednak kojarzyło się raczej ze śmiercią. W dodatku przeżywaną każdego dnia, kiedy co ranek Joanna wchodziła do przeszklonych korytarzy kancelarii KMK.

Z pracownikami dość szybko się zaznajomiła, co właściwie tylko pogorszyło sprawę. Trudno było o bardziej dojmujące uczucie od tego, kiedy człowiek znajduje się wśród znajomych twarzy i czuje się całkowicie obco.

Gdyby nie Zordon, najpewniej zrezygnowałaby już po kilku dniach, doszedłszy do wniosku, że korpoświat Kosmowskiego, Messera i Krata nie jest dla niej. A wcześniej puściłaby z dymem całe piętro, dzięki czemu pożar Rzymu za Nerona jawiłby się jak niewinne ognisko.

W Oryńskim miała jednak oparcie, które pozwalało jej względnie dobrze funkcjonować w miejscu, którego szczerze nie znosiła. Gabinety przydzielono im po przeciwnych krańcach korytarza, jakby właściciele kancelarii uważali, że dwójka żyjących ze sobą prawników w pracy nie powinna mieć ze sobą zbyt wiele kontaktu.

Widywali się właściwie tylko podczas przerwy na lunch. Zamiast do Hard Rock Cafe chodzili do Bydła i Powidła, a Costa Coffee w Skylight zamienili na znajdujące się po drugiej stronie ulicy Green Caffè Nero.

Chyłka na co dzień musiała zmagać się też z innym problemem: nową aplikantką, którą jej przydzielono. Iga Zawada studia ukończyła z wyróżnieniem, w CV uzbierała wszystko, czego potrzebowała, żeby móc przebierać wśród ofert pracy, na domiar złego egzamin na aplikację zdała śpiewająco. To wszystko sprawiało, że w gruncie rzeczy uważała się za mądrzejszą od swojej patronki.

Joanna głęboko westchnęła, wchodząc do swojego gabinetu. Wszystko było nie tak, jak być powinno. I dziś po raz kolejny miała dobitnie się o tym przekonać.

Ledwo usiadła przy biurku, rozległo się pukanie, a zaraz potem drzwi otworzyły się na oścież. Młoda dziewczyna weszła do środka i przelotnie uśmiechnęła się do swojej patronki.

Chyłka odpowiedziała kamiennym wyrazem twarzy.

– Mówiłam, żebyś nie zawadzała mi przed dwunastą? – rzuciła.

– Mówiła pani.

– I? Co było niezrozumiałe?

– To, dlaczego wciąż pozwala sobie pani na drwiny z mojego nazwiska i…

– Nigdy nie drwię z moich aplikantów – ucięła Joanna, otwierając laptopa stojącego na biurku. – Przeciwnie, dbam o nich. Martwię się, jak długo pożyją.

Iga spojrzała na nią z powątpiewaniem.

– O ciebie akurat się nie martwię.

– Dziękuję.

– Nie masz za co. Po prostu doszłam do wniosku, że skoro meduzy przetrwały sześćset pięćdziesiąt milionów lat bez mózgu, tobie też się uda.

Zawada milczała, stojąc w bezruchu tuż za drzwiami. Sprawiała wrażenie, jakby bała się podejść bliżej, mimo że bynajmniej nie należała do strachliwych. Przeciwnie, pozwalała sobie względem Chyłki na znacznie więcej niż jakikolwiek prawnik w KMK.

Miała też drugą poważną przypadłość – wprost uwielbiała dowcipy o prawnikach.

– No, to mów – rzuciła Joanna. – Przywlokłaś się tu, żeby zawracać mi dupę bez celu? Czy masz coś konkretnego?

– Imienni partnerzy chcą panią widzieć w sali konferencyjnej.

– Świetnie.

Młoda aplikantka czekała na więcej, ale na próżno.

– Co mam im powiedzieć?

– Że nie nalałabym na nich, nawet gdyby ich ciała zajęły się ogniem.

Zawada westchnęła i spojrzała na sufit.

– Coś jeszcze?

– Że gdzieś rośnie drzewo produkujące tlen, dzięki któremu tych trzech kretynów może oddychać. Powinni je przeprosić.

Zamiast wyjść z gabinetu i spełnić polecenie patronki, Iga w końcu zbliżyła się do biurka. Chyłka dopiero teraz poczuła wyraźny zapach jednej z prywatnych mieszanek Toma Forda, za którą trzeba było zapłacić ponad tysiąc złotych.

Zawada jeszcze nie zarabiała wiele, ale nie musiała się tym przejmować. Wywodziła się z długiej linii warszawskich prawników, a jej ojciec był znanym notariuszem. W trakcie długiej kariery zarobił właściwie tyle, że jego dzieci nie musiały pracować – mimo to syn miał przejąć po nim zawodową schedę, a córka rozsławić nazwisko w palestrze.

– Mecenas Messer podkreślił, że chodzi o…

– Nieważne, o co chodzi, bo o tej porze jestem niedostępna.

Chyłka wbiła wzrok w oczy dziewczyny, ta zaś nie wyglądała, jakby miała zamiar odpuścić.

– Ale jest jakiś klient – zaoponowała Iga. – I jeśli wyraz twarzy mecenasa Messera mógł o czymkolwiek świadczyć, to jakaś gruba ryba.

Joanna podniosła się i położyła ręce na biurku. Do tej dziewczyny absolutnie nic nie trafiało. Już pierwszego dnia Chyłka kazała jej ustalić, o strachu przed czym Iron Maiden śpiewają przez siedem minut i szesnaście sekund, ale Zawada do dziś nie udzieliła jej odpowiedzi.

– Mam dla ciebie propozycję – odezwała się Chyłka.

– Pani mecenas…

– Zabawmy się w grę pod tytułem „wypierdalanie”. Ty zaczynasz.

Iga nadal nie poruszyła oczami, jakby za punkt honoru postawiła sobie, by nie uciec wzrokiem.

– Zasady są bardzo proste: najpierw otwierasz drzwi, a potem…

– Pani mecenas, chodzi o coś naprawdę ważnego – przerwała jej Zawada.

Jakby na potwierdzenie tego rozległ się dźwięk przychodzącej wiadomości. Joanna zerknęła na telefon i zobaczyła esemesa od Kosmowskiego, który starał się ustalić, dlaczego jeszcze się nie zjawiła.

„Czekamy na ciebie w conference roomie. Możliwe, że mamy case wszech czasów”.

Joanna podniosła komórkę.

„To jeszcze sobie poczekacie” – odpisała.

„Come on. Jest tu ktoś, kogo będziesz chciała poznać”.

„Kto?”

Chyłka czuła na sobie ponaglające spojrzenie Zawady i nie mogła przestać myśleć o tym, że w Żelaznym & McVayu żadna młoda prawniczka z brojlerni nie wytrwałaby w jej gabinecie tak długo w jednym kawałku.

„Kojarzysz Kazimierza Halskiego?” – odpisał Daniel. „Wiadomka, że kojarzysz, bo to pewnie twój kandydat. Anyway, jest tu szef jego kampanii i chce, żebyś go broniła”.

Joanna przez moment się wahała.

„Idziesz or what?”

Chyłka nabrała głęboko tchu, starając się uspokoić. Znajdowała się w piekle, na samym dnie ostatniej strefy dziewiątego kręgu, gdzie według Dantego trafiali ci, których grzechy były wprost niewyobrażalne.

Odłożyła telefon, a potem minęła aplikantkę i wyszła na korytarz. Ruszyła w kierunku najbardziej reprezentacyjnej sali konferencyjnej, choć po drodze najchętniej zajrzałaby na moment do Oryńskiego. Wystarczyłaby krótka chwila, żeby Chyłka nieco się uspokoiła – Kordian miał jednak swoje obowiązki i własną sprawę. Trzygłowa Hydra Moczarowa pilnowała, by razem żadnej nie prowadzili.

Joanna weszła do pomieszczenia bez pukania. Jak wszystkie inne, także to było niemal całkowicie przeszklone i idealnie wyciszone.

Mirosław Halski od razu się podniósł i przywołał na twarz blady uśmiech. Był nieco młodszy od znanego brata, miał łagodniejsze rysy twarzy i oczy, w których nie widać było bolesnych przeżyć.

– Pani mecenas, bardzo mi miło – odezwał się, podając jej rękę.

Chyłka lekko nią potrząsnęła, a potem usiadła na wolnym miejscu między Messerem i Kratem.

– Zależało mi na pani obecności, ponieważ…

– Ponieważ gdyby znalazł pan lepszą prawniczkę, dostałby pan Nobla z chemii za odkrycie dotychczas nieznanego pierwiastka – ucięła.

Mirek docenił reakcję, kiwając głową.

– Śledziłem pani sprawy. Ta obrona Tadeusza Tesarewicza i sędziego Sendala to były prawdziwe majstersztyki.

Joanna przyjrzała się rozmówcy. Oczywiście, że najlepiej kojarzył te procesy, które miały coś wspólnego z polityką – żył nimi tak, jak każdy, kto interesował się tematem.

– Może być pan pewien, że przy pańskiej obronie nie będzie inaczej – odezwał się Wojciech Krat.

Messer chrząknął cicho, Kosmowski zerknął przelotnie na Joannę.

– Wolałbym jednak, żeby było – odparł Halski.

– W jakim sensie?

– Tamte sprawy zostały mocno nagłośnione w mediach. Mnie i mojemu bratu zależy na tym, żeby w tym wypadku było odwrotnie.

Chyłka westchnęła.

– Dobra – rzuciła. – Co konkretnie zrobiłeś?

– Nic.

– Jasne. Brenton Tarrant też nic nie zrobił, a pięćdziesiąt jeden osób w meczecie Al Noor i centrum islamskim w Linwood po prostu wpadło pod kule z jego karabinu.

Mirek niemal niezauważalnie westchnął i bynajmniej nie wydawał się urażony uwagą rzuconą przez Chyłkę. Może był przygotowany na to, co go czeka podczas rozmowy z nią. A może był jeszcze większym ekstremistą niż jego brat i kandydat na prezydenta – i nawet porównanie z najkrwawszym zamachowcem w historii Nowej Zelandii mu nie przeszkadzało.

Właściwie nie sposób było stwierdzić, jakie ma poglądy ani kim jest. O Kazimierzu Halskim wiadomo było niemal wszystko – znany opozycjonista, lider Jedności Obozu Narodowego i skrajny prawicowiec z krwi i kości. Jego brat zawsze trzymał się z dala od polityki, zdawało się, że bardziej interesował go biznes – aż do teraz, kiedy został szefem sztabu.

– Moim jedynym przewinieniem jest to, że zaangażowałem się w kampanię brata – podjął Mirek. – I ktoś postanowił to wykorzystać.

– Kto?

– Przypuszczalnie ktoś ze sztabu obecnej prezydent. Nie jest żadną tajemnicą, że idą w sondażach łeb w łeb, a mój brat z każdym dniem poszerza elektorat. W grupie wiekowej…

– Hola – przerwała mu Joanna. – Polityka interesuje mnie w tej chwili tak bardzo, jak okres godowy koziorożca syberyjskiego w górach Kirgistanu.

Halski uniósł brwi.

– Chcę tylko wiedzieć, w jak głębokie gówno wdepnąłeś, jeśli mam cię z niego wyciągnąć.

Wszyscy trzej imienni partnerzy poruszyli się nerwowo, a Mirek pokiwał głową, wyraźnie zadowolony z faktu, że może liczyć na taką obronę, jaką sobie wymarzył.

– Pewna dziewczyna zamierza oskarżyć mnie o współżycie – oznajmił.

Joanna zmrużyła oczy i krytycznym wzrokiem otaksowała rozmówcę.

– Nic dziwnego. Też żądałabym zadośćuczynienia.

Znów nie doczekała się takiej reakcji, jakiej się spodziewała.

– Niezupełnie o to chodzi – odparł Halski. – Twierdzi, że w momencie, kiedy doszło do zbliżenia, nie miała jeszcze piętnastu lat.

Chyłka natychmiast się odsunęła.

– Chyba cię, kurwa…

– Zarzuca panu gwałt? – włączył się szybko Messer.

– Nie. Według tego, co przedstawiła, wyraziła zgodę na stosunek.

– To bez znaczenia – włączył się Krat. – Poniżej piętnastego roku życia prawo nie dopuszcza świadomego wyrażenia woli.

Mirosław wzruszył ramionami, a potem ciężko wypuścił powietrze nosem i spojrzał na Joannę.

– Widzę, że nie jest pani przesadnie zadowolona.

Chyłka się podniosła, a Kosmowski natychmiast posłał jej ostrzegawcze spojrzenie. W Żelaznym & McVayu zdążył poznać ją na tyle dobrze, by wiedzieć, czego powinni się teraz spodziewać.

– Nie bronię pedofili – wypaliła.

– W takim razie nie ma problemu, bo ja nim nie jestem – odparł szybko Halski. – Nigdy nie współżyłem z żadnym dzieckiem, sama myśl napełnia mnie odrazą. A tej dziewczyny w życiu nie widziałem na oczy.

– W takim razie wybronisz się bez trudu. Ale z innym prawnikiem.

Chyłka ruszyła w kierunku wyjścia, kątem oka dostrzegając, jak młodsi pracownicy na korytarzu odwracają głowy, udając, że nie przyglądali się szefostwu.

– To wszystko ohydna prowokacja obecnej prezydent – dodał Mirek. – Ta kobieta jest zdolna do wszystkiego.

Joanna chwyciła za klamkę.

– Dziewczyna nie złożyła nawet zawiadomienia. Poszła z tą historyjką prosto do NSI, licząc na to, że posadzą ją przed kamerami i dadzą jej rozgłos, o którym pewnie jej się zamarzyło. Dziennikarze wykazali jednak elementarną ostrożność.

Powinna wyjść. Nie słuchać tego człowieka, nie dać się w to wciągnąć. Cokolwiek naprawdę się wydarzyło, w sądzie będzie miało jednoznaczny wydźwięk, a ona obiecała sobie, że nigdy nie będzie broniła kogoś oskarżonego o pedofilię.

W poprzedniej kancelarii nawet by się nie wahała. Tutaj stąpała jednak po cienkim lodzie.

– Reporterzy z NSI najpierw sprawdzili, czy ja i ta dziewczyna kiedykolwiek w ogóle przebywaliśmy w jednym miejscu w jednym czasie. Potem kontaktowali się z moim otoczeniem, odezwali się także do mnie i…

– Nic nowego – ucięła Chyłka. – NSI sympatyzuje z prawicą.

Ku jej zaskoczeniu Halski po prostu pokiwał głową.

– Dziewczyna też doskonale o tym wiedziała – skwitował. – Zgłosiła się do redakcji tylko po to, żeby wywrzeć presję i przedstawić mi ultimatum.

Joanna oparła się plecami o szklane drzwi.

– Jakie? – rzuciła.

– Chce trzystu tysięcy za milczenie.

Kosmowski prychnął, a Messer spojrzał na Halskiego z obojętnością.

– Twierdzi, że to niewiele, biorąc pod uwagę, że budżet naszej kampanii wynosi kilka milionów.

O parę za dużo, skwitowała w duchu Joanna, choć na tle wydatków kandydatów PDP i UR to i tak niewiele. Dwie główne partie wyłożą na kampanię dokładnie tyle, ile pozwala prawo, czyli prawie dwadzieścia milionów.

– Nie ma żadnych dowodów – dodał Mirek. – To słowo przeciwko słowu, ale szkody, jakie wyrządzi mojemu bratu, będą nieodwracalne. Wszyscy kandydaci podchwycą temat, będzie wałkowany nieustannie w mediach, koloryzowany i przedstawiany na coraz więcej sposobów.

Joanna milczała, nie odrywając badawczego spojrzenia od Halskiego.

– Te pomówienia zniszczą całe moje życie – kontynuował. – A mojego brata pozbawią szansy na prezydenturę.

– I czego konkretnie ode mnie oczekujesz? – rzuciła Chyłka.

– Tego, że załatwisz tę sprawę po cichu.

– Czyli że zapłacicie jej mniej.

– Tak.

– Ile?

– Nie damy jej więcej niż dziesięć tysięcy.

Chyłka westchnęła głęboko. Może faktycznie nic nie było na rzeczy, skoro nie byli gotowi wyłożyć kwoty choćby zbliżonej do tego, czego żądała ta dziewczyna.

– Jeśli się na to nie zgodzi, chcę, żebyś przygotowała uderzenie wyprzedzające – ciągnął Halski. – Trzeba złożyć zawiadomienie do prokuratury za znieważenie i…

– Zniesławienie – poprawiła go Joanna. – I to beznadziejny pomysł.

– Dlaczego?

– Bo lepiej załatwić to powództwem cywilnym o ochronę dóbr osobistych – odparła ciężko. – W postępowaniu karnym wszystko jest utajnione, więc media będą w jego trakcie mogły dowolnie gdybać, głównie na twoją niekorzyść. Cywilne odbywa się na oczach kamer, a oprócz tego kwoty zadośćuczynienia są znacznie wyższe niż nawiązki w karnym.

– Tu nie chodzi o pieniądze.

– Tyle że one mówią. I to dość głośno – zauważyła Joanna. – Ale to nie wszystko. Przy postępowaniu cywilnym możemy nakazać publikację oświadczenia o określonej przez nas treści w środkach masowego przekazu, a przede wszystkim wystąpić o zabezpieczenie powództwa.

Halski zmarszczył czoło.

– Jeśli uprawdopodobnimy swoje roszczenie i wykażemy interes prawny w udzieleniu takiego zabezpieczenia, dziewczyna dostanie zakaz wypowiadania się publicznie na ten temat.

Mirek był wyraźnie ukontentowany, najpewniej bowiem właśnie na coś takiego liczył.

– Czyli bierzesz tę sprawę?

– Tego nie powiedziałam.

– Ale…

– W naszej kancelarii jest kilku prawników, którzy specjalizują się w tego typu kejsach – włączył się Messer. – Zapewniam, że otrzyma pan najlepszą reprezentację.

Halski nawet na niego nie spojrzał.

– Nie interesuje mnie inny adwokat – oznajmił, skupiając wzrok na Joannie.

Jego ton był na tyle kategoryczny, że w pokoju zaległa niewygodna cisza, której właściwie nie sposób było przerwać tak, by nie urazić klienta. Wszyscy trzej imienni partnerzy patrzyli na siebie jak krowy na pastwisku, a Chyłka czerpała z tego pewną satysfakcję.

– Nigdy nie skrzywdziłbym dziecka – dodał Halski. – Sam jestem ojcem dwójki nastolatków.

– A Hitler miał psa – odparła Joanna. – I jakimś cudem nie uczyniło to z niego dobrego człowieka.

Mirek znów puścił uwagę mimo uszu.

– Broniąc mnie, nie tylko uratujesz życie niewinnego człowieka – podjął – ale wywrzesz też realny wpływ na kształt naszego kraju. Zapewnisz zwycięstwo w wyborach człowiekowi, który…

– Który i tak ma mój głos, więc nie musisz mnie do niego przekonywać – ucięła Chyłka. – Poza tym wychodzę z prostego założenia, że polityków należy zmieniać dokładnie z tego samego powodu, dla którego zmienia się pieluchy.

Twarz Halskiego nieco rozpromieniała.

– Mark Twain?

– Może – odparła Joanna. – I to nie zmienia faktu, że po prostu nie prowadzę takich spraw.

Pokiwał głową, a potem sięgnął do teczki, którą postawił obok swojego krzesła.

– Liczyłem na to, że uwierzy mi pani bez tego – odezwał się, wyciągając dwie kartki. – Ale najwyraźniej potrzeba pani dowodów.

Imienni partnerzy pochylili się nad wydrukami, Chyłka skrzyżowała ręce na piersi, wciąż oparta o drzwi.

– Co to za rewelacje? – rzuciła.

– Materiały od dziennikarzy NSI… a konkretnie informacje, które sprawiły, że zamiast zaprosić dziewczynę przed kamerę, odezwali się do mnie.

Kosmowski przejrzał szybko obydwie kartki, a potem podniósł wzrok na Joannę.

– Dziewczyna startowała w ostatnich wyborach lokalnych z ramienia PDP do rady powiatu – oznajmił.

– A parę lat temu pracowała jako wolontariuszka w kampanii prezydenckiej Darii Seydy – dodał Halski. – Według tych materiałów zawsze była zaangażowana politycznie, oczywiście po stronie naszych przeciwników.

Chyłka obeszła powoli stół i zerknęła z góry na materiały. Rzeczywiście wyglądało to jak ustawka Pedepu, co właściwie w świecie polityki nie byłoby niczym dziwnym.

– Jest jeszcze coś – dorzucił Mirek i sięgnął po ostatnią z kartek. – Dziewczyna formułowała już identyczne zarzuty pod adresem innego znanego polityka. Być może go kojarzysz.

Halski podał Joannie wydruk, a ona przesunęła wzrokiem po tekście. Nie spodziewała się znaleźć nazwiska, które tam widniało.

– Patryk Hauer.

– Na długo, zanim został premierem – oświadczył Mirek. – Był dopiero wschodzącą gwiazdą, nie objął jeszcze tej głośnej komisji śledczej.

– Schemat był taki sam?

– Podobny. Wtedy dziewczyna zgłosiła się bezpośrednio do niego. Żadnych dowodów, żadnych wcześniejszych powiązań z Hauerem. Zapłacili, ona podpisała, co trzeba, i sprawa została zakopana. Trafiłem na to tylko dlatego, że mój brat ma jeszcze dobrych przyjaciół z czasów walki z komuną, którzy życzą mu dobrze.

Chyłka odłożyła kartkę i przeszła wokół stołu. Patryka Hauera znała jedynie z doniesień medialnych, ale trudno było wyobrazić sobie, by mógł kiedykolwiek dopuścić się czegoś takiego. A skoro tak, to dziewczyna mogła kłamać także teraz, starając się po raz kolejny powtórzyć trik, który już raz się udał.

W pomieszczeniu zaległa cisza tak absolutna, że słychać było niewyraźne rozmowy na korytarzu.

– A więc… – zaczął Halski.

– E! – ucięła od razu Joanna. – Nie przerywa się Chyłce, kiedy milczy.

Krat wyglądał, jakby miał zamiar schować twarz w dłoniach, a Messer z trudem trzymał nerwy na wodzy. Ostatni z imiennych partnerów robił zaś wszystko, by nie dać po sobie poznać, jak ważne jest to, co teraz powie Joanna.

Kosmowski i reszta doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że Kazimierz Halski wedle wszelkiego prawdopodobieństwa pokona urzędującą prezydent. A kiedy się to stanie, nie zapomni o kancelarii KMK.

– Dobra – rzuciła w końcu Chyłka. – Ale mam kilka warunków, które nie podlegają żadnej, kurwa, negocjacji.

 

 

2

 

Gabinet Oryńskiego, The Warsaw Hub

 

 

 

– Zordon! – rozległ się z korytarza głośny krzyk, który bez trudu sforsował teoretycznie dźwiękoszczelne ściany.

Kordian uniósł wzrok znad laptopa akurat w momencie, kiedy Chyłka wpadła do gabinetu. Zatrzasnęła za sobą drzwi i stanęła przed biurkiem, po czym położyła dłonie na biodrach.

– Słuchaj – rzuciła.

– Zawsze cię słu…

– Zostaw wszystko, co robisz, i przygotuj się na przygodę życia.

– Muszę?

– Tak – odparła Chyłka, nie ruszając się z miejsca.

– I na czym ta przygoda będzie polegała?

– Na tym, że poprowadzisz ze mną sprawę.

– Znowu?

Joanna opuściła ręce i położyła dłonie na blacie. Pochyliła się tak, że dekolt zrobił swoje, a Oryński od razu skorzystał z okazji.

– Opanuj się, Zordon. Jako nastolatek naoglądałeś się więcej piersi niż twoi przodkowie przez setki pokoleń.

Kordian odchrząknął i odchylił się na krześle.

– Ale nie takich – zaznaczył.

– Słuszna uwaga.

Oryński podniósł się z krzesła, a potem podszedł do Chyłki i przysiadł na biurku. Było całkowicie białe, w stylu skandynawskim – jak niemal każdy element wystroju kancelarii. Gabinety wszystkich prawników poza imiennymi partnerami były identyczne i Kordianowi kojarzyły się ze szpitalem. Nie narzekał na nie jednak tak bardzo, jak Chyłka. Jej zdawało się w tym miejscu przeszkadzać właściwie wszystko.

– Powiesz mi, o co chodzi, czy mam zgadywać?

– Będziemy bronić pedofila.

Oryński niemal zakrztusił się śliną.

– Że co?

– To znaczy nie jest pedofilem.

– No to teraz wszystko jasne.

Podeszła do niego i położyła ręce na jego udach.

– Kojarzysz Halskiego? – rzuciła.

Kordian zmarszczył czoło, sięgając pamięcią wstecz. Nazwisko niemal od razu skojarzyło mu się z jednym.

– Dawno nie czytałem Tyrmanda, ale…

– Nie chodzi mi o doktora ze Złego, farfoclu.

– Farfoclu?

Joanna wzruszyła lekko ramionami.

– Doszłam do wniosku, że potrzebuję nowych pieszczotliwych określeń na ciebie.

– Kiedy?

– W tej konkretnej chwili.

– I właśnie na to wpadłaś? – spytał Oryński, zsuwając się z biurka, które nagle wydało mu się znacznie mniej stabilne. – Normalni ludzie używają „kotku”, „kochanie”, „słońce”…

– Nie jesteśmy normalnymi ludźmi, cielaku.

– Racja – przyznał, kładąc ręce na jej biodrach. – To co to za Halski?

– Kazimierz. Legenda opozycji, polityczny Clint Eastwood i facet, który po upadku PRL-u chciał rozprawić się z komunistami mniej więcej tak, jak Wielka Orda Czyngis-Chana z podbitymi ludami.

– Gość w twoim typie.

Joanna omiotła wzrokiem Oryńskiego, jakby sama nie była pewna, czy tego rodzaju uwaga jest wciąż aktualna. Przesunęła dłonią po krawacie Kordiana, poprawiła nieco węzeł, a potem podeszła od okna wychodzącego na zachodnią część Woli. Gabinety po drugiej stronie budynku miały zapierający dech w piersiach widok, tutaj wprost przeciwnie – oko było można zawiesić zasadniczo tylko na kominie gazowni PGNiG i majaczących za nim blokach na Odolanach.

– To dzięki takim jak on możesz dzisiaj wywalać kasę na nowego iPhone’a, który prawie niczym nie różni się od poprzedniego, a Klara Kabelis może popierdalać sobie po Smolnej z włosami w kolorze bubblegum róż.

Oryński podrapał się po skroni.

– Naprawdę go nie kojarzysz? – rzuciła Chyłka.

– Niespecjalnie.

– Ale co Paluch powiedział o Białasie, a Szpaku o Bedoesie w relacjach na Instagramie, to się orientujesz doskonale.

Kordian stanął obok niej i posłał jej niepewne spojrzenie.

– Kontroluję, co robisz w sieci, Zordon.

– Oczywiście – mruknął.

– Muszę trzymać rękę na pulsie. Jak tylko zaczniesz czytać o wychowywaniu dzieci, najlepszych wózkach, najmniej podrażniających pupkę niemowlęcia pieluszkach i tak dalej, zwijam się z tego związku.

Oryński chrząknął niepewnie i obrócił się do niej.

– Więc co z tym Halskim?

– Nic. Chodzi o jego brata.

Nabrała głęboko tchu, a potem zrelacjonowała mu całą rozmowę z Trzygłową Hydrą Moczarową i Mirkiem. Kordian słuchał z coraz większym niedowierzaniem, doskonale pamiętając jej solenne postanowienie, że nigdy nie wystąpi w obronie kogokolwiek oskarżonego o pedofilię.

Kiedy skończyła, oparł się plecami o wysokie okno i zmrużył oczy.

– Co ci nie pasuje? – rzuciła Chyłka.

– Wszystko. Nie masz powodu, żeby bronić tego faceta.

– Jedyne, czego nie mam, to wybór, Zordon.

– Oj tam.

Zerknęła na niego z rezerwą.

– Gdybyś nie chciała, znalazłabyś sposób, żeby nie wziąć tej sprawy – zauważył. – A zamiast tego zgodziłaś się niemal natychmiast. O co chodzi?

– O to, że dziewczyna najpewniej powtarza zagranie z Hauerem. Wykorzystuje coś, czego nie powinna, i pluje w twarz wszystkim prawdziwym ofiarom przemocy seksualnej. Nawet gorzej, niż robiła to Karaś.

Kordian westchnął i też oparł się o szybę. Oboje przez moment wodzili wzrokiem po ascetycznym pokoju.

– I to cię tak bulwersuje?

– Jak widzisz.

– Sama nigdy nie sięgnęłaś po podobne zagrania na sali sądowej?

Obróciła do niego głowę, a potem machinalnie potarła bliznę na szyi.

– Raz. Paręnaście lat temu – przyznała. – Broniłam chłopaka, który nie zasługiwał na to, żeby resztę życia spędzić w więzieniu. Jego dziewczyna skłamała, że została przez kogoś wykorzystana.

– Tak czy inaczej, nie o to chodzi – odparł bez wahania Kordian. – Jego brat nie ma znaczenia, wysokie prawdopodobieństwo ściemy też nie. Obiecałaś sobie, że nie poprowadzisz nigdy takiej sprawy.

– No.

– Więc co się zmieniło?

– Okoliczności.

Znał ten ton doskonale i nawet bez patrzenia na Chyłkę mógł stwierdzić, że uśmiecha się pod nosem.

– To znaczy? – zapytał.

Joanna odsunęła sobie jego krzesło, a potem usiadła i wyłożyła nogi na biurku.

– Cierpię tu na monachopsję, Zordon.

– Na co?

– Doskwiera mi subtelne, ale uporczywe i ustawiczne poczucie, że jestem nie na swoim miejscu.

– To w ogóle prawdziwe słowo?

Założyła ręce na karku i rzuciła mu krótkie spojrzenie.

– Od kiedy je wypowiedziałam, tak – odparła. – Poza tym skup się na meritum.

– Którym jest to, że…

– Że nie mogę tu, kurwa, dłużej wytrzymać.

Szybko uznał w duchu, że właściwie mógł sam sobie odpowiedzieć.

– Chcę z powrotem do Skylight, do Costy, nawet do gabinetu tej nędznej kreatury międlącej spinki. W dupie mam wysokie biurowce i nową dzielnicę biznesową, wolę stare śmieci pod Patykiem.

– Wiem, ale…

– Od pewnego czasu układam pewien plan – ucięła.

– To nie brzmi dobrze.

– Dokładnie to samo sobie myślisz, kiedy rano dzwoni budzik. A on robi tylko to, do czego został stworzony.

– Yhm…

– Ja zostałam zaprojektowana do siania chaosu, Zordon.

– Zdążyłem się już o tym…

– I zamierzam go tutaj zaprowadzić – przerwała mu i wbiła nieruchomy wzrok w drzwi. – Nazwałam tę inicjatywę Generalplan.

– O, świetnie. Hitlerowska terminologia z pewnością świadczy o tym, że to będzie wyjątkowo szlachetna misja.

– To nie ma związku z nazizmem.

– A jednak używasz niemieckiego tylko wtedy, kiedy chcesz niszczyć świat.

Chyłka przewróciła oczami.

– Zresztą na cokolwiek wpadłaś, nie zrobisz z tego miejsca drugiego Żelaznego & McVaya, nie ściągniesz tutaj Costy, no i Pałac Kultury wedle wszelkiego prawdopodobieństwa też się nie ruszy.

– Nie to mam w planach.

– A co?

Szturchnęła go lekko łokciem i posłała mu uśmiech.

– Zaprowadzimy tu taki burdel, że największe tąpnięcie w śląskich kopalniach będzie jak lekki wstrząs.

– Znaczy?

– Wszystko po kolei – odparła Joanna i podeszła do laptopa. Podniosła klapę, a potem wpisała w Google imię i nazwisko dziewczyny, która chciała wyciągnąć od Halskich zapłatę za milczenie. – Połowę warunków, które postawiłam, te trzy miernoty spełnią dopiero po wygraniu sprawy.

Kordian pochylił się nad komputerem, jedną rękę kładąc na plecach Chyłki, a drugą podpierając się o blat. Wciąż nie patrzył na ekran.

– To, że nie mają tutaj specjalisty do spraw pozyskiwania informacji, jest skandalem – burknęła. – Muszą wyhodować sobie Kormaka.

– O ile wiem, on przyszedł na świat w klasyczny dla ssaków sposób.

– Żartujesz? Takie osobniki są genetycznie modyfikowane i inkubowane. W środowisku naturalnym nie występują.

Oryński uśmiechnął się lekko, a potem zerknął na monitor i nagle zamarł. Miał wrażenie, że świat wokół niego skurczył się do wąskiej przestrzeni, która dzieliła jego oczy od monitora.

– Ale dopóki nie mamy tu informatycznego cyborga, musimy sami…

Chyłka urwała, orientując się, że coś jest nie tak.

– O co chodzi? – rzuciła.

Kordian niepewnie podniósł rękę i wskazał laptopa.

– Ta dziewczyna…

– No?

– Chyłka, ja ją znam.

Joanna obróciła się raptownie w jego kierunku, a on wzdrygnął się, jakby kopnął go prąd. Cofnął rękę z jej pleców i się wyprostował.

– A raczej znałem – dodał. – Ona nie żyje od jakichś… dziesięciu lat.

 

 

3

 

Green Caffè Nero, ul. Prosta

 

 

Właściwie nie trzeba było opuszczać The Warsaw Hub, by napić się kawy – na parterze znajdował się lokal, który miał wszystko, czego Chyłka potrzebowała o tej porze dnia. Wolała jednak wyjść z budynku, bo im dalej od kancelarii KMK się znajdowała, tym lepiej się czuła.

Dwoje prawników usiadło na stojących naprzeciw siebie fotelach przy oknie, a potem pochyliło się nad niskim stolikiem. Ich gorące kawy jeszcze parowały – Chyłka wzięła średnią americanę, Zordon wybrał karmelową mochę z bitą śmietaną na mleku bez laktozy, a do tego dorzucił kokosowego muffina.

Pochłonął go niemal od razu, kubek też szybko opróżnił do połowy.

– To cukrowe plugastwo w niczym ci nie pomoże, Zordon.

Pokiwał nerwowo głową, jakby dopiero teraz zdał sobie z tego sprawę.

– Mów, co to za dziewczyna – dodała Joanna.

– Lepiej ty mi powiedz, dlaczego nieżyjąca osoba miałaby…

– Cichaj – ucięła. – I nadawaj powoli, jakbyś wpisywał jakieś hasło po dwóch nieudanych próbach.

Otarł usta i odsunął talerzyk z okruchami muffina.

– Dobra – rzucił. – Znałem tę dziewczynę całkiem dobrze, chodziła ze mną do szkoły.

– Jakiej?

– Do liceum.

– Którego?

– Przy Popiełuszki. Imienia Sempołowskiej, numer…

– Do jednej klasy?

– Nie, do równoległej – odparł Oryński i zgarbił się jeszcze bardziej. – I czuję się jak na przesłuchaniu.

– Zaraz poczujesz się jak na wygnaniu. Dawaj konkrety.

Kordian odchrząknął i zerknął w kierunku ciast znajdujących się za ladą, jakby w nich upatrywał ratunku.

– Była najbliższą przyjaciółką mojej ówczesnej dziewczyny – powiedział.

– Miałeś kogoś przede mną, Zordon?

Posłał jej krótkie spojrzenie, a potem wziął niewielki łyk kawy.

– Chodziliśmy ze sobą jak na tamte warunki dość długo, bo pół roku.

– Łał – odparła Joanna i zagwizdała pod nosem. – Mój najtrwalszy związek w liceum wytrzymał jedną czwartą tego okresu. Jak się nazywała ta nieszczęśnica?

– Asia. Asia Piechodzka.

– Nieźle – rzuciła z przekąsem Chyłka. – A ta, która teraz najwyraźniej pośmiertnie oskarża Halskiego?

– Kinga – odparł Oryński i westchnął. – Chodziły do jednej klasy już w podstawówce, przyjaźniły się dość blisko. Często była z nami na jakichś imprezach albo w pubach, ale właściwie nigdy nie miałem okazji dobrze jej poznać. Zdawała się zamknięta w sobie.

Joanna patrzyła na niego z niedowierzaniem.

– Co? – rzucił.

– Próbuję zwizualizować sobie ciebie na licealnej imprezie.

Kordian obrócił głowę w kierunku okna i powiódł wzrokiem za przejeżdżającym autobusem.

– Możemy wrócić do tematu?

– Dawaj.

– Jakieś dziesięć lat temu gruchnęła wiadomość, że Kinga nie żyje. I całkiem możliwe, że kojarzysz, w jaki sposób umarła.

– Hę?

– Było o tym dość głośno, oczywiście bez personaliów. Rzuciła się pod wagon metra na placu Wilsona.

Chyłka rzeczywiście przypominała sobie, że do podobnego zdarzenia doszło. Właściwie o każdym mówiło się dość dużo, bo przez te wszystkie lata działania metra prób samobójczych było ponad dwadzieścia, ale udanych około dziesięciu.

– Byłem na jej pogrzebie, Chyłka. Swoją drogą tam ostatni raz widziałem się z Asią, gdyby cię to interesowało.

Joanna napiła się americany.

– Nieważne – dodał Kordian. – W każdym razie ktoś podszywa się pod Kingę.

– Co ty powiesz?

– Ale dlaczego? – ciągnął, jakby nie usłyszał uwagi. – Jaki jest sens w próbie wymuszenia okupu, kiedy jedyny świadek nie żyje? I jakim cudem Halscy się nie zorientowali?

– Sam mówiłeś, że imię i nazwisko nie pojawiło się w mediach – odparła spokojnie Chyłka. – I może Kinga nie była jedynym świadkiem.

– Może.

Joanna też wyjrzała za okno, zmagając się z potrzebą, która zawsze nachodziła ją w podobnych chwilach. Oddałaby połowę kolekcji płyt Iron Maiden za możliwość wyjścia przed kawiarnię i wyciągnięcia paczki marlboro.

Postarała się odsunąć te myśli i skupić na tym, co w tej chwili było najważniejsze. Sprawa, która przed momentem wydawała jej się całkiem prosta, teraz ewidentnie miała drugie dno.

– Kinga wspominała kiedyś o sprawie Hauera? – odezwała się Chyłka. – O tym, że dostała od niego pieniądze?

– Nie. Zresztą musiała je od niego wyciągnąć dużo później, kiedy był już w miarę znanym politykiem. Pewnie była już na studiach, a ja nie miałem wtedy kontaktu ani z nią, ani z Asią.

Ilekroć używał tego zdrobnienia, Joanna czuła się co najmniej nieswojo. Robiła jednak wszystko, by nie dać tego po sobie poznać.

– A do samego rzekomego gwałtu miało dojść, kiedy była małoletnia, nie? – ciągnął Oryński. – Czyli jeszcze przed tym, jak trafiła do liceum.

Chyłka układała sobie to wszystko w głowie. Wciąż nie wierzyła, żeby Patryk Hauer był zdolny do tego, co zarzucała mu dziewczyna. A więc jej wiarygodność należało podać w wątpliwość.

Sam upływ czasu między zdarzeniem a próbą wyciągnięcia go na światło dzienne nie miał dla Joanny znaczenia. Doskonale wiedziała, że długa zwłoka nie przemawia na niekorzyść ofiary.

– Potrzebujemy więcej informacji – oznajmiła.

– Wyświetlić na niebie Kormakosygnał?

– Nie. Kościotrup jest z Anką gdzieś za granicą w sprawie małego. Chyba w Wielkiej Brytanii.

Oryński potrząsnął głową, jakby dopiero teraz uświadomił sobie, że planowali wyjazd od pewnego czasu.

– Faktycznie – odparł. – W takim razie…

– W takim razie zostaje nam albo wizyta w Pałacu Prezydenckim, bo to właśnie tam urzęduje jedyna osoba, która może coś wiedzieć, albo u twojej byłej dziewczyny.

– Z dwojga złego wolałbym tę pierwszą opcję.

Joannie nie umknęło, że nie zabrzmiało to zbyt przekonująco. Raczej jak próba zbudowania dystansu tam, gdzie go nie ma.

– Wiesz, co robi teraz ta twoja Asia? – spytała Chyłka.

– Pracuje gdzieś w Galerii Młociny, widziałem u niej na stories filmik z otwarcia.

Joanna odstawiła kubek i wbiła wzrok w oczy Oryńskiego.

– No co? – spytał.

– Nie podejrzewałam cię o podglądanie swoich byłych na Instagramie. Głównie dlatego, że nie sądziłam, żebyś jakiekolwiek miał.

– Nie podglądam, po prostu…

– Ci się kliknęło.

Kordian skrzywił się i poruszył nerwowo, jakby rzeczywiście coś przeskrobał.

– Samo leci, jak już włączysz jedną relację.

– Tłumaczyć się będziesz później – odparła Chyłka. – Teraz ustal, gdzie konkretnie możemy ją znaleźć.

– Chyba w jednym ze sklepów obuwniczych.

Joanna pokręciła głową z niedowierzaniem, a potem szybko dopiła resztkę kawy i skinęła na Oryńskiego. Po kilku minutach byli już na parkingu podziemnym The Warsaw Hub i szli w kierunku czarnej iks piątki.

Ledwo wsiedli do środka, Chyłka wybrała numer, który dziś rano zapisała w komórce, a potem włączyła głośnomówiący.

– Nie spodziewałem się wieści tak szybko – rozległ się głos Mirka.

– Nie dzwonię z odpowiedziami, tylko z pytaniami – odparła Joanna. – I jak tylko zaczniesz kręcić, rozłączam się, uprzednio kazawszy ci spierdalać.

Odpowiedziała jej cisza, a Zordon posłał jej pytające spojrzenie. Większość klientów przełykała gorzką pigułkę, jaką była obcesowość Chyłki, ale szef sztabu człowieka, który miał zostać kolejnym prezydentem kraju, mógł nie być na to gotowy.

– Więc? – rzucił Halski. – Dlaczego nie pytasz, tylko tracisz czas na milczenie?

– Czekałam na reakcję.

– W takim razie ją dostałaś. Wal śmiało.

Joanna odpaliła silnik i wycofała z miejsca parkingowego tak szybko, że nie sposób było upewnić się, czy nic nie jedzie.

– Dziewczyna, która was szantażuje, nie żyje od jakichś dziesięciu lat.

– Słucham?

– Zrobiła z siebie naleśnika na placu Wilsona.

Mirek przez moment nie odpowiadał, przekazując komuś wiadomość. Być może bratu? Nie, Kazimierz Halski miał w tej chwili lepsze rzeczy do roboty niż samodzielne zapobieganie temu kryzysowi.

– Ktoś najwyraźniej postanowił ją wykorzystać – dorzuciła Joanna. – Jak się z wami kontaktował?

– Tylko mailowo, nie mieliśmy powodów sądzić, że…

– Podeślij mi adres, z którego pisano.

– Oczywiście – odparł szybko Mirek. – Ale w takim razie to chyba rozwiązuje sprawę?

– Może.

Znów rozległy się ciche głosy, a Chyłce przeszło przez myśl, że rozmówca musi zasłaniać ręką mikrofon.

– Halo – mruknęła z niezadowoleniem.

Przez moment żadna odpowiedź nie nadchodziła.

– Hej! – krzyknęła Chyłka.

– Już jestem.

– To spręż się trochę, bo ewidentnie masz refleks szachisty korespondencyjnego.

– Dobrze – odparł natychmiast Halski, jakby faktycznie nie chciał drażnić prawniczki. – Ale dlaczego mówisz, że to tylko może rozwiązywać sprawę? Było słowo przeciwko słowu, a teraz…

– Słowo na waszą niekorzyść wypowiada ktoś inny.

– No i? To tylko informacje z drugiej ręki.

– O ile ten ktoś nie ma dowodów – zauważyła Joanna, wyjeżdżając na ulicę.

Nawróciła na Towarowej, a potem skierowała się w stronę ronda Daszyńskiego i wcisnęła gaz do dechy. Żeby dostać się na Młociny, trzeba będzie przebić się przez całą Wolę, Żoliborz i Bielany, ale o tej porze nie powinno to zająć więcej niż dwadzieścia minut.

– Nie można mieć dowodów na coś, do czego nie doszło – odezwał się ze spokojem Halski. – Tak samo było z Hauerem.

– Tyle że dowody można spreparować.

Rozmówca znów zamilkł, a Chyłka uznała, że najwyższa pora kończyć tę konwersację.

– Możesz wybadać dokładniej tę sprawę Hauera? – rzuciła.

– Nie – odparł bez wahania Mirek. – Dowiedziałem się wszystkiego, czego mogłem. Więcej wie chyba tylko jego żona. Ewentualnie ktoś z ich bliskiego otoczenia… o ile jakieś mieli w tamtym czasie.

Chyłka zerknęła na Zordona i zaklęła w duchu. Jakiekolwiek informacje o tamtej sprawie mogłyby rozwiać choć część wątpliwości.

– Postaraj się – rzuciła. – My w tym czasie przepytamy psiapsi.

– Przepraszam… kogo?

– Przyjaciółkę Kingi.

– Bliską?

Joanna skinęła ręką na Oryńskiego, a ten cicho odchrząknął.

– Na tyle, że może wiedzieć coś o tamtych zdarzeniach z Hauerem – odezwał się. – Ale szczerze mówiąc, nie wygląda to najlepiej.

– Znaczy?

– Mamy oskarżenie o obcowanie płciowe z małoletnią i ofiarę, która dziesięć lat temu wpadła pod pociąg metra – odparł ciężko Kordian. – Media zrobią z tego gównoburzę, a Twitter ogłosi halskiisoverparty.

– No dobrze… – westchnął pod nosem Mirek. – Więc trzeba to zdusić w zarodku. Znajdźcie osobę, która rzuca te fałszywe oskarżenia, wynegocjujcie, co się da, i każcie podpisać tak mocne papiery, że za piśnięcie słówka będzie można oberżnąć jej język.

– Taki mamy zamiar.

Mirek podziękował, a potem rozłączył się, nie czekając na odpowiedź. Podobnie jak Chyłka, uznawał przyjaciółkę Kingi za całkiem niezły trop. Najpewniej wiedziała o sprawie z Hauerem i mogła znać osoby, którym zwierzała się rzekoma ofiara.

Ustalą krąg podejrzanych, a potem zaczną przyciskać jednego za drugim. Na własnych warunkach, bez anonimowych negocjacji za pośrednictwem maili.

Joanna wcisnęła nieco mocniej gaz, by zdążyć na zielone światło na rondzie „Radosława”.

– Naprawdę bierzesz Asię pod uwagę? – odezwał się ni stąd, ni zowąd Kordian.

Zdrobnienie znów zabrzmiało jak policzek. Kiedy się do tego przyzwyczai?

– Może.

– Bo?

– Ktokolwiek wiedział o wymuszeniu kasy od Hauera, postanowił powtórzyć tamten myk. A sam mówisz, że Kinga była jej najbliższą przyjaciółką.

Oryński zgodził się krótkim kiwnięciem głowy, które nie wypadło przekonująco, a Chyłka posłała mu równie krótkie spojrzenie.

– Wyglądasz, jakbyś właśnie się dowiedział, że dziewica Maryja jest wymieniona w Koranie znacznie więcej razy niż w Biblii – mruknęła.

– A tak jest?

– No.

Iks piątka nieco za ostro pokonała łuk ronda i ledwo zmieściła się na swoim pasie na alei Jana Pawła II.

– Myślisz, że to nie ona? – rzuciła Joanna.

– Nie wydaje mi się, żeby była zdolna do czegoś takiego.

– Przez lata mogła się zmienić.

Oryński wyjrzał na mijaną przez nich po prawej stronie Arkadię.

– Sam nie wiem – odparł. – To była dziewczyna z gatunku tych dobrze się uczących, niepijących zbyt dużo, niebalangujących do rana.

– Klasyczny typ Zordonowski – zauważyła Chyłka. – Dopóki nie poznałeś mnie.

Nie odwrócił głowy, pogrążony we własnych myślach.

– Nieustannie rozważna, nikt nigdy nie widział, żeby porządnie się upiła. Zawsze jedno piwo i koniec. Żadnych fajek, żadnych kłótni z innymi, żadnego podpadania nauczycielom. Nigdy nikomu nie robiła gnoju i…

– Dobra, dobra. Mogę sobie dopowiedzieć resztę.

Obraz, który Joanna miała w wyobraźni, był dość wyraźny i wpisywał się w pewien stereotyp. Tym większe było jej zaskoczenie, kiedy w końcu odnaleźli Aśkę w sklepie obuwniczym w Galerii Młociny.

Idealna figura, długie blond włosy, tatuaże widoczne na szyi i nieco zbyt błyszczące oczy bynajmniej nie pasowały do wyobrażeń Chyłki.

Ledwo kobieta zobaczyła Oryńskiego, zastygła w całkowitym bezruchu. A kiedy dwoje prawników powoli podeszło do lady, Aśka wyglądała na gotową, by natychmiast uciec.

– Kordian… – rzuciła cicho, jakby coś w niej umarło.

Chyłka zmrużyła oczy, badawczo jej się przyglądając. Reakcja bynajmniej nie należała do normalnych, a Joanna uświadomiła sobie, że między nimi najwyraźniej jest coś, o czym ona sama nie wie.

 

 

4

 

Galeria Młociny, Bielany

 

 

Oryński przypuszczał, że to on będzie prowadził tę rozmowę, ale Chyłka szybko rozwiała jego złudzenia. Położyła ręce na ladzie, rozsunęła je, a potem spiorunowała Asię wzrokiem tak stanowczym, że ta mimowolnie się cofnęła.

– Teraz wołają go Zordon – rzuciła, po czym z trzaskiem położyła na blacie swoją wizytówkę.

Aśka zerknęła na nazwisko rozmówczyni i lekko otworzyła usta.

– A ty powinnaś dwa razy zastanowić się nad formą imienia, której używasz – dodała Chyłka.

– Co proszę?

– Zaraz potem powinnaś poprosić szefa o przerwę, bo rozmowa z nami trochę potrwa.

Asia wydawała się tak głęboko zaskoczona tą niespodziewaną wizytą, że chyba nie do końca odnotowywała słowa Chyłki. Patrzyła w milczeniu na Oryńskiego, jakby czekała, aż to on się odezwie.

– Wywieszaj tabliczkę i idziemy – dodała Joanna.

Konfrontacyjny ton, agresywna mowa ciała i seria rozkazów właściwie jasno dawały do zrozumienia, że Chyłka wzięła osłupienie tej kobiety za dowód na to, że to właśnie jej szukali. Szok Aśki zdawał się jednak wywołany obecnością nie tyle prawników, ile Kordiana.

– Jest tu jakaś kafejka? – dorzuciła Joanna.

– Ale…

– Jest czy nie?

– Costa Coffee jest na poziomie zero, ale nie mogę tak po prostu…

– Możesz – odparła Chyłka, a potem ku zaskoczeniu kobiety przeszła na drugą stronę blatu. Przez moment czegoś szukała, po czym triumfalnie uniosła kartkę z napisem „ZARAZ WRACAM”.

Umieściła ją na drzwiach i skinęła głową na Aśkę.

– Pani zwariowała?

Joanna rzuciła okiem na Oryńskiego.

– Przyjęłam oświadczyny tego modelowego okazu maczyzmu, więc chyba tak. Ale nie o mnie będziemy gadać, tylko o waszej wspólnej znajomej.

– Nie rozumiem.

Aśka zdawała się powoli odzyskiwać równowagę, którą straciła na samym początku, kiedy dwoje prawników bez ogródek wtargnęło do środka.

– Zrozumiesz wszystko przy kawie. No, dawaj, Asianna.

– Mówiłam, że nie mogę teraz wyjść.

Chyłka westchnęła i w końcu najwyraźniej uznała, że nie ma sensu tracić czasu. Zamknęła drzwi, ale nie pofatygowała się o to, by zdjąć kartkę.

– Trudno – odparła. – Będziesz spowiadać się tutaj.

– Nie mam z czego. I nie wiem, co to w ogóle…

– Zacznijmy od powodu, dla którego cała zbladłaś, kiedy tylko weszliśmy do środka.

Kobieta rzuciła Kordianowi krótkie spojrzenie, które nie umknęło Joannie. Jeśli do tej pory faktycznie niewłaściwie rozczytywała jej reakcje, to teraz z pewnością dało jej to do myślenia.

– Dawno się nie widzieliśmy – odezwała się Aśka.

– Fakt – przyznał Oryński, w końcu uznając, że pora włączyć się do rozmowy.

– Ile to będzie? Z sześć lat?

– Jakoś tak. Może z siedem.

Asia w końcu na dłużej zawiesiła spojrzenie na jego oczach i dopiero teraz zaczęła sprawiać wrażenie nieco bardziej opanowanej. Kordian wprost przeciwnie.

– Dobra – rzuciła Chyłka i głęboko westchnęła. – Wy sobie powspominajcie, ja poczekam w Costa Coffee. Jak skończycie, zapraszam.

Zanim Oryński zdążył zaoponować, Joanna odwróciła się i ruszyła w kierunku korytarza. Szybki rzut oka na jej twarz wystarczył, by Kordian zrozumiał, że właśnie został wyznaczony do tego, by samodzielnie wyciągnąć coś ze starej znajomej.

Właściwie nie był to najgorszy pomysł, skwitował w duchu.

– O co chodzi, Kordian? – odezwała się Asia, kiedy zostali sami. – Czego ode mnie chcecie?

– Tylko kilku informacji.

– Na jaki temat?

Oryński podparł się jedną ręką o ladę i przekrzywił, jakby łupało go w krzyżu. Wiedział, jak bolesne będzie dla byłej dziewczyny wracanie do wydarzeń, których przez lata unikała jak ognia.

– Na temat Kingi.

Twarz Aśki momentalnie przybrała posępny wyraz.

– Wiem, że to trudne, ale…

– Dlaczego do tego wracasz? – ucięła Asia. – Pojawiły się jakieś nowe informacje?

Pytała, jakby się tego spodziewała, jakby na to czekała. Kordian po raz pierwszy dostrzegł w jej oczach coś, co kazało mu sądzić, że być może nie do końca wierzy w wersję z samobójstwem.

– Nie – odparł szybko Oryński. – Po prostu badam tę sprawę.

– Po co?

– Może okazać się przydatna przy innej.

Asia uniosła bezradnie wzrok, zapewne uświadamiając sobie, że nie usłyszy od niego żadnej konkretnej informacji. Lepiej było jak najszybciej skończyć tę rozmowę, uznał Oryński, zanim rozmówczyni zyska pewność, że ta niczego dobrego jej nie przyniesie.

– Nie kojarzysz, czy Kinga kiedykolwiek wspominała o Patryku Hauerze? – rzucił.

Zamiast odpowiedzieć, Asia zmarszczyła czoło i popatrzyła na niego podejrzliwie.

– A może pośrednio wspominała o jakimś polityku? Pośle?

– Ale dlaczego mnie o to pytasz?

– Bo byłaś jej najlepszą przyjaciółką.

– Tak, Kordian, wiem – odparła nieco poirytowana. – Ale czemu chcesz coś wiedzieć o tej sprawie?

– A więc była jakaś sprawa?

Aśka poruszyła się nerwowo, a potem pokręciła głową.

Rozmowa skończyła się szybciej, niż Oryński się spodziewał. Po chwili dostał od byłej dziewczyny wizytówkę, kilka słów na pożegnanie, a potem został niemal wyrzucony ze sklepu. Miał wrażenie, że jeszcze chwila, a Asia wezwałaby ochronę.

Stał przez moment przed obuwniczym z wizytówką w dłoni, starając się pozbierać myśli. Aśka zdjęła z szyby kartkę, ani razu na niego nie patrząc. Było jasne, że nie ma tutaj więcej czego szukać.

Kiedy dołączył do Chyłki, ta akurat dopijała kawę. Od razu wychwyciła, że coś jest nie tak.

– Czekaj, nie mów – rzuciła. – Asianna po wspominkach uświadomiła sobie, że cała trauma w jej życiu jest pokłosiem dawnego związku z tobą.

– Niezupełnie.

Joanna wstała od stolika.

– Widzę przecież, że gówno ugrałeś.

– Tak, ale…

– Co powiedziała?

– Nic. Kompletnie nic – odparł ciężko Oryński. – Oprócz tego, że nie będzie z nami rozmawiać bez swojego prawnika.

– Co?

Kordian położył na stole kartonik, jakby obchodził się z czymś, co może stanowić realne zagrożenie. Oboje spojrzeli na numer telefonu, adres przy ulicy Mrągowskiej i dane widniejące na niezbyt dobrze zaprojektowanej wizytówce.

„Kancelaria Adwokacka

adw. Artur Żelazny”.

 

 

5

 

Kancelaria KMK, The Warsaw Hub

 

 

Chyłka szła przez korytarz, jakby przebijała się przez niewidzialne zastępy wrogiej armii. W istocie jednak nie napotkała na swojej drodze nikogo, bo open space w wypadku tego przybytku rzeczywiście był open.

Prawniczka zatrzymała się przed gabinetem jednego z imiennych partnerów, który przed chwilą w niezbyt zawoalowany sposób dał jej do zrozumienia, że chce wiedzieć, jak postępuje sprawa.

Joanna wbiła wzrok w widniejące na szybie imię i nazwisko. Paweł Messer. Przez lata jej główna konkurencja na salach sądów karnych w Warszawie. Ucieleśnienie wszystkiego tego, co z palestrą było nie w porządku.

I facet, z którym wylądowała w łóżku, kiedy lata temu sięgnęła alkoholowego dna. Przez pewien czas obok Szczerbińskiego i Williama ten człowiek był jednym z podejrzanych o spłodzenie pasożyta – i niegdyś Chyłka liczyła, że to właśnie na niego padnie. Z dwoma pozostałymi musiałaby jakoś się układać. Z Messerem bynajmniej, po prostu usunęłaby go ze swojego życia.

Weszła do środka bez pukania.

Paweł siedział na fotelu przy oknie, wyciągnąwszy nogi na podnóżku. Mebel był nie byle jaki – od razu dało się rozpoznać charakterystyczny eames lounge chair. W tym wypadku nie była to replika za parę tysięcy, ale oryginał za jakieś trzydzieści.

– I jak? – odezwał się Messer, obracając do niej głowę. – Jakiś update?

– Taki, że musisz wreszcie przestać używać głowy wyłącznie jako pojemnika na zęby.

Paweł założył nogę na nogę i rozsiadł się wygodniej.

– A jeśli chodzi o twój case?

– Jest postępowy.

– Czyli?

Chyłka przysiadła na skraju biurka, wcześniej odsunąwszy plik kartek.

– Wygląda na to, że znaleźliśmy dziewczynę, która szantażuje Halskiego – odparła.

– Co to za jedna?

– Szkolna miłość Zordona.

Messer ściągnął brwi, jakby nie był do końca pewny, czy to rzetelna informacja, czy może zwyczajowe wciskanie kitu.

– Jak się nazywa?

– Asianna Piechodzka. Lat tyle co Zordon, szczupła, zgrabna i powabna.

– Przyznała, że to ona za tym stoi?

– Pośrednio – odparła ciężko Joanna. – Kiedy ją o to zapytał, w odpowiedzi dała mu wizytówkę swojego prawnika.

Paweł w końcu zdjął nogi z podparcia, a potem obrócił fotel w kierunku Chyłki.

– Kto ją reprezentuje?

– Zgaduj.

Messer ostentacyjnie westchnął.

– Kurwa mać, sfokusuj się na chwilę i po prostu zbriefuj mi, co się dzieje – rzucił. – Jasne?

Może rzeczywiście powinna załatwić to jak najszybciej i mieć z głowy obcowanie z człowiekiem, który normalnie doprowadzał ją do furii – a w sytuacji, kiedy był jej przełożonym, efekt był zwielokrotniony.

Niedziwne, że Kosmowski dogadał się z nim i Kratem, by wysadzić z siodła Czymańskiego. Wszyscy trzej nadawali na tych samych falach, posługiwali się tym samym językiem i mieli równie niskie mniemanie o każdym, kto nie był nimi.

– Żelazny – odparła Joanna.

– No way.

– Prowadzi jednoosobową kancelarię w Wawrze.

– Daleko go wywiało – zauważył Paweł. – Kolnęłaś już do niego?

– Nie. Zadzwoniłam.

Messer potarł czoło, przywodząc na myśl szefa zmęczonego niekompetencją pracowników.

– Jestem z nim umówiona za dwie godziny pod Pajacem.

Wybór nie był przypadkowy. Chyłka zamierzała usiąść z Arturem w miejscu, z którego będą mieli dobry widok na Skylight. Chciała, by Żelazny czuł, co już stracił – i co jeszcze może stracić, jeśli nie zatańczy tak, jak mu z Kordianem zagrają.

– Wiadomo, czy dziewczyna ma cokolwiek na poparcie swoich zarzutów?

– Jeszcze nie.

– A ty masz coś na nią?

Chyłka lekko pokręciła głową, starając się zignorować obcesowy ton i fakt, że odpytywanie jej wyraźnie sprawiało Messerowi przyjemność. Skurwysyn. Jeszcze nie tak dawno temu to jej kariera rozwijała się szybciej, ona miała więcej perspektyw i to ją umieszczano ponad tym kutasem w rankingach. Teraz jednak wszystko się zmieniło.

– To znajdź coś – rzucił Paweł. – Trzeba to załatwić na asapie.

Joanna przewróciła oczami, co nie uszło uwadze imiennego partnera.

– Coś nie tak? – spytał.

– Wszystko. Ale zwłaszcza to, że kto sieje asap, zbiera fakap.

– W takim razie postaraj się, żeby nie było czego zbierać – syknął Messer, a potem podniósł się z krzesła. – I obyś rozumiała, jak ważna jest dla nas wszystkich ta sprawa.

– Z natury was niespecjalnie rozumiem, więc…

– To nasz bilet do świata wielkiej polityki – uciął Paweł. – Wygramy tę sprawę, to będziemy mogli liczyć na wdzięcznego nam prezydenta państwa. Wyobrażasz sobie, jakie to możliwości otwiera?

– Obiadów czwartkowych?

– Pomijam już, że przy jakiejkolwiek okazji to nas wyznaczy do reprezentowania kancelarii prezydenckiej – ciągnął Messer, jakby jej nie słyszał. – Najważniejsze jest to, że będziemy mogli liczyć na przysługi. I że każdy człowiek mający w tym kraju choć trochę do powiedzenia będzie chciał, żebyśmy to my go bronili. Politycy będą walić drzwiami i oknami, a każda sprawa z ich udziałem to marketingowe błogosławieństwo.

Miał trochę racji. Polacy zdawali się obsesyjnie interesować tymi ludźmi w nie mniejszym stopniu niż celebrytami. Byle wyjazd jakiegoś ministra na wakacje rozgrzewał opinię publiczną do czerwoności, a romans czy zdefraudowanie unijnych pieniędzy nie schodziły z nagłówków miesiącami.

Gdyby choć przy części takich wydarzeń widniała informacja o kancelarii Kosmowski Messer Krat, byłaby to najlepsza reklama, jaką można by sobie wymarzyć.

– I nie muszę ci chyba przypominać, że od wygrania tej sprawy zależy realizacja warunków, na które się zgodziliśmy.

– Bez obaw, pamiętam.

Messer zamilkł, ale wbijał wzrok w Chyłkę, jakby na coś czekał.

– To wszystko – dodał.

Joanna zacisnęła usta, powstrzymując się od powiedzenia rzeczy, które właściwie sprawiłyby tylko tyle, że musiałaby zostać w tym gabinecie jeszcze dłużej. Obróciła się, a potem ruszyła w kierunku korytarza.

Zanim zamknęła za sobą drzwi, usłyszała jeszcze głos Messera:

– Nie skiluj tego kejsa.

Sądziła, że przez dwie godziny, które dzieliły ją od spotkania z Żelaznym, zdąży się nieco wyciszyć. Kiedy jednak wraz z Kordianem jechali iks piątką w kierunku samego serca Śródmieścia, emocje wciąż w niej buzowały.

Zaparkowała pod Pałacem Kultury, wychodząc z założenia, że nawet rzecz tak prozaiczna, jak zostawienie samochodu w Złotych Tarasach przywołałaby zbyt wiele wspomnień. Przeszli w kierunku Sali Kongresowej, minęli główne wejście, a potem usiedli na murku za przystankiem.

Kordian rzucił okiem na zegarek i się rozejrzał.

– Powinien już być.

Chyłka wbijała wzrok w znajdujący się dokładnie naprzeciwko budynek Skylight. Życie toczyło się tutaj jak dawniej – tłumy ludzi przewalały się przez Dworzec Główny, turyści wchodzili do autobusów lub z nich wychodzili, zdezorientowani kierowcy z innych miast gorączkowo szukali miejsca, a na Alejach ciągnął się długi korek.

– Może to nie był taki dobry pomysł – odezwał się Oryński.

– Co?

– Żeby spotykać się tutaj.

Joanna musiała przyznać mu rację. Chciała wbić szpilę Żelaznemu, zamiast tego sama się pokłuła. Trudno, jak tylko zobaczy tę marnotę, skupi się wyłącznie na tym, by tu i teraz zakończyć sprawę Halskiego. A potem zacznie formować KMK tak, by w końcu poczuć się tam jak w domu.

I by nie musieć dłużej znosić wywyższającego się Messera.

– Przysięgam, Zordon, ten skurwiel to ludzki odpowiednik Internet Explorera.

– Co? Żelazny?

– Nie – odparła Joanna i potrząsnęła głową, dopiero teraz orientując się, że nie zwerbalizowała wcześniejszej myśli. – Miałam na myśli Messera.

Kordian mruknął potwierdzająco.

– Tyle że Explorera już nie ma, Microsoft porzucił go w…

– Właśnie dlatego ta analogia jest trafiona.

– Tak bardzo cię wkurwił?

– Bardziej – odparła pod nosem, a potem odsunęła od siebie te myśli i spojrzała na Oryńskiego. – Ale ty niewiele mniej, Zordon.

– A co ja zrobiłem?

– Zełgałeś jak pies.

– Kiedy?

Położyła rękę na murku i kokieteryjnie się do niego nachyliła.

– Mówiłeś, że nie widziałeś się z Aśkanną od dziesięciu lat, czyli od pogrzebu Kingi. A ona była całkiem mocno przekonana, że ostatnim razem spotkaliście się sześć lat temu.

Kordian potarł czoło i się rozejrzał.

– Skąd ta rozbieżność, frędzlu?

Zanim zdążyli rozwinąć temat, oboje dostrzegli znajomą postać wychodzącą ze Skylight. Artur Żelazny trzymał w ręku kubek z Costy, nie miał krawata i sprawiał wrażenie, jakby postarzał się o kilka lat. Aktówka, którą niósł, wydawała się pusta.

Podszedł do nich wolnym krokiem, zatrzymał się tuż przed nimi i pociągnął łyk kawy.

– Może byśmy się przywitali? – rzucił.

– Wal się – odparła Chyłka.

Pokiwał głową i usiadł ma murku obok niej.

– To powiem chociaż, że wyglądasz całkiem dobrze. Włosy odrastają, widzę… i fryzura aktualnie na księgową z PRL-u.

– Żeby tobie tak odrosły jaja, Artur, to byłoby świetnie.

Żelazny chrząknął z niezadowoleniem.

– Przejdziemy do rzeczy? – spytał.

Oryński podniósł się i stanął tak, by widzieć swojego dawnego szefa. Ostatnie wydarzenia wyraźnie odcisnęły na nim piętno i w tej chwili z pewnością balansował na granicy bankructwa. Mimo to spinki znów były na swoim miejscu.

– Zacznij od wyjaśnienia, jakim cudem to akurat ty reprezentujesz kobietę, która oskarża naszego klienta – rzuciła Joanna.

Artur wzruszył ramionami.

– Zgłosiła się do mnie.

– Więc to niby przypadek? – włączył się Kordian.

– Na to wygląda.

Chyłka i Oryński spojrzeli na siebie wymownie, a Żelazny postawił aktówkę przy murku.

– W Warszawie jest ponad trzy tysiące adwokatów – odparował Kordian. – Trudno uwierzyć w taki zbieg okoliczności.

– Wierzcie sobie, w co chcecie. Mnie na szczęście już nie musi to interesować.

– To zainteresuj się tym, co grozi twojej klientce za zniesławienie – poradziła Joanna.

Żelazny prychnął i upił łyk kawy.

– Nie wystąpicie na drogę karną – zauważył. – Jeśli w ogóle zdążycie podjąć jakieś działania, to na cywilnej, żeby wystąpić o zabezpieczenie roszczenia. I od razu wam podpowiem, że to strata czasu, bo kiedy sędzia usłyszy, co mam do powiedzenia, niczego wam nie da.

Żadne z prawników się nie odezwało. Na Emilii Plater długi rząd samochodów niespiesznie dojeżdżał do skrzyżowania, a na przystanku obok grupa ludzi właśnie wsiadała do autobusu zmierzającego w kierunku Świętokrzyskiej. Chyłka uwielbiała ten miejski gwar i zapach spalin wypełniający niewielką przestrzeń między gąszczem wieżowców.

– Dobra, słuchaj – rzuciła. – Po pierwsze, nie masz żadnych dowodów. Po drugie, dziewczyna, która rzekomo została zgwałcona, nie żyje od dziesięciu lat. Po…

– Po trzecie, mylisz się.

– A co, zmartwychwstało jej się?

Żelazny pozwolił sobie na zdawkowy uśmiech.

– Nie – odparł spokojnie. – Ale Piechodzka ma dowody.

– Niby jakie?

– Przekonasz się, jak znajdą się w aktach sprawy.

Chyłka przewróciła oczami.

– Kurwa, Artur… – jęknęła. – Gdybyś był jeszcze trochę głupszy, to trzeba byłoby cię podlewać dwa razy w tygodniu.

Żelazny przez moment sprawiał wrażenie, jakby miał zamiar odparować, ale nie bardzo wiedział jak.

– Naprawdę wydaje ci się, że to łykniemy? – dodała Joanna. – Albo dajesz jakiś konkret, albo uznajemy, że nic nie masz, i idziemy na całość. Blefem niczego u mnie nie ugrasz.

– Przedwczesnym pokazywaniem kart też nie.

Miał oczywiście rację – ona na jego miejscu też zachowałaby dowody na zaś, gdyby faktycznie je miała. Nie było sensu przepychać się z nim w ten sposób. Przez te wszystkie lata poznali swoje zagrywki zbyt dobrze.

– Ile chcesz? – zapytała Joanna.

– Trzysta tysięcy.

Kordian i Chyłka w jednym momencie prychnęli.

– Pytam poważnie.

– Tyle oczekuje moja klientka – odparł Artur. – I ani złotówki mniej.

– Wierzy też w płaską Ziemię, globalny spisek masoński i reptilian? – zapytał Oryński. – Bo to mniej więcej ten sam poziom realności.

– Szkoda czasu na przeciąganie liny, Artur – dodała Chyłka. – Wszyscy wiemy, że ty startujesz z trzystu tysięcy, my z okrągłego zera, a spotkamy się gdzieś…

– Nie rozumiecie – uciął Żelazny i też podniósł się z murka. Rozejrzał się z pewną bezradnością, a potem wsunął ręce do kieszeni. – Sam próbowałem jej wytłumaczyć, że nigdy nie ugra tyle kasy.

Joanna lekko zmarszczyła czoło.

– Ale postawiła sprawę jasno: zgodzi się tylko na trzysta tysięcy. Nie dopuszcza negocjacji, nie przyjmuje w ogóle do wiadomości, że Halski mógłby zapłacić mniej.

– Za groźby z drugiej ręki? – rzuciła pod nosem Chyłka. – Jak sobie to wyobraża? Będzie próbowała sprzedać mediom głodny kawałek o tym, że jej nieżyjąca przyjaciółka została zgwałcona przez Halskiego? Powodzenia.

Żelazny nadal się rozglądał.

– Wszystko to jej mówiłem – odezwał się. – Ale jest nieugięta. Trzysta albo upublicznia sprawę.

W głosie Artura dało się usłyszeć rezygnację, jakby rzeczywiście zrobił wszystko, by przekonać swoją klientkę do zejścia z ceny. Chyłka nie miała jednak wątpliwości, że na miejscu jej dawnego szefa w tej chwili starałaby się stworzyć takie samo wrażenie.

– Niech pan nad nią popracuje – rzucił Oryński. – Nasz klient nie zapłaci więcej niż kilka tysięcy.

– Daj spokój, chłopcze.

– Najwyraźniej Halski jest w tym względzie równie nieprzejednany jak Asia – odparł Kordian i wzruszył ramionami.

Joanna miała dosyć. Bezowocna przepychanka mogła trwać godzinami – i właściwie często tak bywało, tyle że przy stole w sali konferencyjnej, przy dobrym cateringu i w nieco innej atmosferze.

– Dość tego pierdolenia – rzuciła. – Halski dał górną granicę dziesięciu tysięcy.

– W takim razie nie mamy o czym…

– Mogę naciągnąć go na podniesienie o parę patyków, ale wątpię, żeby dobił do dwudziestu.

Żelazny spojrzał Chyłce prosto w oczy, jakby starał się ocenić, czy to dalsza gra, czy może rzeczywiście wyciągnięta ręka.

– To i tak bez znaczenia.

– Kurwa, Artur…

– Dwadzieścia tysięcy to dobra oferta – odparł szybko. – Powiedziałbym nawet, że za dobra. Ale ona tego nie weźmie.

Dwoje prawników z KMK spojrzało na siebie z lekką konsternacją. Jeśli Żelazny dalej grał, to robił to wyjątkowo dobrze. W dodatku zanim którekolwiek z nich zdążyło cokolwiek dodać, Artur najwyraźniej uznał spotkanie za zakończone i podniósł aktówkę.

– Jeszcze jedno – rzucił, sięgając do środka. – Coś do was przyszło.

– Do nas? – zapytał machinalnie Kordian.

Żelazny wyciągnął niewielką kopertę, która rzeczywiście była opatrzona ich imionami. Zaadresowano ją jednak na kancelarię przy Mrągowskiej w Wawrze.

– Co to ma być? – odezwała się Chyłka.

– Sami zobaczcie.

Podał jej kopertę, a Joanna od razu ją odwróciła.

– Przypadkowo ci się otworzyła?

– Musiałem sprawdzić. W końcu dotarło pod mój adres.

Teoretycznie mógł to być przypadek. Chyłka potrafiła sobie wyobrazić, że ktoś wpisuje w Google nazwisko Artura, bo kojarzy dawną nazwę kancelarii, i trafia na nową lokalizację.

W praktyce wydawało się to jednak mało prawdopodobne. Joanna wyciągnęła złożoną na pół kartkę i przesunęła wzrokiem po krótkim wydruku.

„Jeden z imiennych partnerów w KMK stoi na czele Konsorcjum.

To on odpowiada za upadek Żelaznego & McVaya”.

Kordian stał obok, czytając tę samą wiadomość. W głowie obydwojga natychmiast pojawiło się całe naręcze pytań i ani jednej odpowiedzi.

– Możecie mi to wyjaśnić? – rzucił Artur.

 

 

6

 

ul. Emilii Plater, Śródmieście

 

 

Kordian chodził po chodniku w jedną i drugą stronę, jakby dzięki temu mógł natknąć się na wyjaśnienia, których przez ostatni kwadrans z Chyłką poszukiwali. Żelaznemu nie mieli zamiaru niczego tłumaczyć – szybko go odprawili, a potem oboje wyciągnęli komórki i zaczęli dzwonić.

Kończąc rozmowę z Kormakiem, Oryński dostrzegł, że Joanna również załatwiła swoją. Pożegnał przyjaciela i ruszył w jej kierunku.

– I? – rzucił.

– Nie tutaj – odparła Chyłka. – Potrzebujemy odpowiednich warunków.

Nie musiała dodawać nic więcej, oboje automatycznie ruszyli ku znajdującej się po prawej stronie charakterystycznej gitarze. Po drodze do Hard Rock Cafe Chyłka wykonała jeszcze jeden telefon – do swojej aplikantki. Nie miała zamiaru tracić czasu i poleciła jej natychmiast składać wszystkie dokumenty, łącznie z wnioskiem o zabezpieczenie powództwa.

Ważniejszy z tematów podjęli dopiero wtedy, kiedy usiedli przy stoliku.

– Szczerbaty zapewnił, że nie wysłał tego listu – powiedziała Joanna. – I wnosząc po jego tonie urażonej nastolatki, stwierdzam, że nie chce mieć z nami nic wspólnego.

Oryński nerwowo pokiwał głową.

– Kormaczysko? – spytała Joanna.

– Nikomu nic nie mówił, niczego nie wysyłał. Nie ma pojęcia, kto mógłby to zrobić.

Chyłka położyła komórkę na stoliku i włączyła aplikację do robienia notatek. Zapisała nazwisko Kormaka i Szczerbatego, a potem podniosła wzrok na Kordiana.

– Kto jeszcze wiedział o Konsorcjum? Z nazwy?

– Alina i Amelia Karaś.

– No tak – przyznała Joanna. – Ale one nie ryzykowałyby wyjawianiem tożsamości gościa, który stoi na czele tej zasranej organizacji. Od razu wysłaliby je do więzienia.

Kordian zaczął obracać menu na stole.

– Myślisz, że któryś z imiennych partnerów naprawdę…

– Nie wiem, Zordon – ucięła Chyłka. – Ale jeśli tak, to z pewnością nie wylądowaliśmy w KMK bez powodu. Ci ludzie muszą mieć wobec nas jakieś plany.

To, że Konsorcjum poprzez Miłosza Nachurnego zniszczyło Żelaznego & McVaya, nigdy nie ulegało żadnej wątpliwości. Jednak to, że na czele mógłby stać Kosmowski, Messer lub Krat, wywracało wszystko do góry nogami.

– Zastanówmy się – dodała Joanna. – Kto jeszcze używał tej nazwy albo słyszał, jak my to robimy?

– Paderborn i Paulina Feruś, to jasne.

– Ale oni też nie bawiliby się w wysyłanie wiadomości przez Żelaznego.

Oryński kiwnął głową i odłożył kartę dań.

– A sam Żelazny? – podsunął. – On też wiedział o sprawie. Oprócz niego jeszcze Nachurny i Omej.

– Omej?

– Wiesz, ten agent Karaś, który…

– Nie zapominam ludzi, Zordon, nawet jeśli są oślizgłymi glizdami – przerwała mu Joanna. – Nie przypominam sobie tylko, żebyśmy wspominali przy nim o Konsorcjum.

– My nie. Ty tak.

Zmrużyła oczy, jakby niejasno coś kojarzyła.

– No i jest jeszcze Szymon Bloch – dodał Oryński. – Który właściwie mógłby wysłać taką wiadomość. Pewnie wciąż siedzi gdzieś zaszyty i obawia się o własne życie.

– Tym bardziej nie wysyłałby listu.

– Nawet gdyby jakimś cudem udało mu się odkryć, kto stoi na czele Konsorcjum? – spytał Kordian. – Nie olałby tego tak po prostu. Spróbowałby nam to przekazać, może właśnie przez Żelaznego, żeby uniknąć bezpośredniego kontaktu.

Chyłka przesunęła ręką po krótkich włosach, a potem rozejrzała się za kimś z obsługi.

– Dajecie tu jeść czy trzeba sobie coś, kurwa, upolować? – rzuciła w kierunku dziewczyny stojącej przy stoliku obok.

Ta szybko skończyła obsługiwać tamtego klienta i podeszła do dwójki prawników. Zanim Chyłka zdążyła uraczyć ją kolejnym przejawem swojego uroku osobistego, Kordian uznał, że najlepiej, jeśli to on złoży zamówienie.

– Ja poproszę quinoa burgera – powiedział szybko. – A dla mojej narzeczonej będzie hickory-smoked barbecue combo.

– Duo czy…

– Trio – uciął szybko. – Bez sałatki cytrusowej. I bez fasolki.

– Będzie coś do picia?

– Dwa piwa – wyrwała się do odpowiedzi Chyłka.

– Jedno. Dziękujemy.

Dziewczyna również podziękowała, a Joanna złożyła dłonie na stole i popatrzyła z uznaniem na Oryńskiego.

– Pomijając kwestię alkoholu, muszę sobie oddać, że dość dobrze cię wytresowałam.

– Chciałem tylko zaoszczędzić tej Bogu ducha winnej dziewczynie traumy na całe życie.

– I przy okazji sprawiłeś sobie nieco satysfakcji, tytułując mnie swoją narzeczoną.

– Bo brzmi to całkiem nieźle.

Chyłka uśmiechnęła się nieznacznie, ale szybko spoważniała, wbijając spojrzenie w listę nazwisk na telefonie. Któraś z tych osób musiała wysłać Żelaznemu list. Ale która? I skąd czerpała wiedzę?

Oryński obrócił komórkę w swoją stronę i przesunął wzrokiem po wykazie.

– Najbardziej prawdopodobny wydaje się Szymon – mruknął.

– Tyle że on nie miałby powodu, żeby kontaktować się przez Żelaznego. Po pierwsze go nie zna, a więc mu nie ufa. Po drugie znalazłby lepszy sposób, żeby się do nas odezwać.

Kordian zaklął cicho, przyznając jej rację. Sięgnął za pazuchę marynarki i wyjął blister tabletek, po czym posłał pytające spojrzenie Joannie. Skinęła lekko głową.

Od jakiegoś czasu przyjmował xanax w takich dawkach, jakie zaleciła mu lekarka. Nie czuł tego, co dawniej – momentami właściwie wydawało mu się, że tabletki nie działają. Nie miał jednak zamiaru wracać do miejsca, z którego udało mu się uciec.

– Sprawdzimy te wszystkie osoby – powiedziała Chyłka. – I zrobimy to tak, żeby nikt nie miał o tym bladego pojęcia.

Kordian przez moment milczał.

– Zresetować cię? – rzuciła po chwili Joanna.

– Zastanawiam się, czy Żelazny po prostu tego nie wymyślił.