Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Powieść błyskotliwego naukowca oparta na słynnym serialu BBC.
Grupa naukowców odbiera sygnał radiowy z Galaktyki Andromedy. Transmisja zawiera instrukcję zaprojektowania superkomputera, a ten dostarcza kolejnych wskazówek – tym razem dotyczących stworzenia żywego organizmu. Czy ten organizm to człowiek? Marionetka? Narzędzie? John Fleming, młody utalentowany naukowiec, podejrzewa, że przekazywana wiedza stanie się zgubą ludzkości. Zaślepienie naukowców i zatarcie granicy między narzędziem a świadomym bytem tworzą poczucie narastającego niepokoju. Co się stanie, gdy odpowiemy na sygnał z gwiazd nie z ostrożnością, a z niepohamowaną ciekawością?
Inteligentna, wciągająca powieść. Konceptualna SF, ale osadzona w rzeczywistym świecie i wybiegająca poza tanie stereotypy. - Kim Newman.
Jedna z najlepszych powieści SF, jakie czytałem, wiele uczy o nauce. - Richard Dawkins.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 274
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 7 godz. 32 min
Lektor: Marcin Stec
Światło sączyło się z nieba, gdy wjeżdżali na Bouldershaw Fell. Judy siedziała obok profesora Reinharta na tylnym siedzeniu służbowego samochodu, który sunął drogą z Bouldershaw ku wrzosowisku; z nadzieją spoglądała za okna, ale byli już prawie na szczycie wzgórza, nim dostrzegła radioteleskop.
Nagle wzniósł się przed nimi: trzy wielkie wygięte kolumny zbiegające się w górze tak, że tworzyły trójkątny łuk, czarne i surowe na tle ciemniejącego nieba. W zagłębieniu pomiędzy nimi znajdowała się betonowa misa wielkości stadionu, a nad nią, podwieszona na tych trzech wspornikach, mniejsza metalowa czasza obrócona do góry dnem, z długą i skierowaną w dół anteną. Na pierwszy rzut oka rozmiary tej konstrukcji nie robiły wrażenia; po prostu wydawała się nieproporcjonalnie duża w tym krajobrazie. Dopiero gdy samochód podjechał i zatrzymał się pod nim, Judy uświadomiła sobie, jak ogromny jest ten radioteleskop. Nie przypominał niczego, co kiedykolwiek widziała — tak całkowicie i intensywnie swoisty jak rzeźba.
A jednak pomimo osobliwego wyglądu ta wysoka i wyniosła konstrukcja nie miała w sobie niczego złowrogiego, co ostrzegłoby ich przed niezwykłymi i tragicznymi wydarzeniami, które miała zapoczątkować.
Wysiedli z samochodu i stali przez chwilę w ciepłym powietrzu, wypełniającym ich głowy i płuca, patrząc na te trzy ogromne kolumny, na metalową czaszę lśniącą wysoko nad nimi i blade niebo za nią. Wokół nich na pustkowiu wyżynnego wrzosowiska było kilka rozproszonych niskich budynków oraz szeregi niższych anten otoczonych płotem z drucianej siatki. Zalegającą wokół ciszę przerywał tylko świst wiatru we wspornikach i nawoływania kulików, tak że niemal czuli, jak to wielkie ucho z betonu i stali obok nich nasłuchuje głosu gwiazd.
Potem profesor poprowadził ją do głównej kwatery — parterowego budynku o kamiennej fasadzie, z na wpół skończonym wejściem i nowo ułożonym chodnikiem. Mężczyźni wkopywali i malowali słupki bram oraz tablic informacyjnych; wszystko to raziło nowością na tle półmroku spowijającego szczyt wzgórza.
— Tu mamy mnóstwo drugorzędnych klamotów — rzekł profesor i niedbale machnął ręką. — To główna sterownia.
Był mężczyzną po sześćdziesiątce, niskim, eleganckim i uroczym, jak lekarz rodzinny.
— Całkiem spora dziecina — powiedziała Judy.
— Dziecina? To największe dziecko, jakie wydałem na świat. Po dziesięcioletnim porodzie.
Mrugnął do niej i zastukał czarnymi bucikami na schodach, wchodząc do budynku sterowni.
Hol miał niedokończony, a jednocześnie znajomy wygląd: typowy sufit z perforowanych paneli, typowa kompozytowa wykładzina na podłodze, zwykłe bezbarwne ceglane ściany i jarzeniowe oświetlenie. Był też telefon na ścianie i pitnik; dwoje drzwiczek na bocznych ścianach oraz podwójne drzwi naprzeciw wejścia — i to chyba wszystko. Zza podwójnych drzwi dochodził cichy szum. Przypominał radiowe zakłócenia atmosferyczne.
Gdy przeszli przez podwójne drzwi, podszedł do nich mężczyzna w brązowym fartuchu sprzątacza. Napotkał spojrzenie Judy, lecz gdy rozchyliła usta, odwrócił wzrok.
— Dobry wieczór, Harries — powiedział profesor.
Pomieszczenie, do którego weszli, było sterownią, centralnym punktem obserwatorium. Na jego końcu wielkie panoramiczne okno ukazywało znajdującą się na zewnątrz gigantyczną rzeźbę anteny, a przed nim stała masywna metalowa konsola, niczym wielkie organy, z mnóstwem guzików, lampek i przełączników. Kilkoro młodych ludzi pracowało przy tym biurku, od czasu do czasu podchodząc do któregoś z dwóch komputerów w wysokich metalowych obudowach, stojących po obu jego stronach. Jedna z bocznych ścian była pokryta powiększonymi zdjęciami gwiazd zrobionymi przez optyczny teleskop, a druga była przeszklonym w dwóch trzecich przepierzeniem, za którym było widać kolejną grupę młodych ludzi pracujących w sąsiednim pomieszczeniu.
— Uroczyste otwarcie odbędzie się tutaj — powiedział Reinhart.
— Gdzie minister rozbije butelkę szampana, przetnie wstęgę czy zrobi co trzeba?
— Przy tym biurku. Naciśnie guzik na konsoli, żeby uruchomić radioteleskop.
— Ten jeszcze nie działa?
— Jeszcze nie. Przeprowadzamy testy akceptacyjne.
Judy stała przy drzwiach, chłonąc to wszystko. Była jedną z tych ładnych młodych kobiet, które częściej nazywa się urodziwymi niż ślicznymi, o świeżej cerze, żywej, inteligentnej twarzy i bardzo zdecydowanych, trochę niezgrabnych ruchach. Mogłaby być pielęgniarką, oficerem czynnej służby lub po prostu absolwentką dobrej szkoły o profilu hokejowym. Miała dość duże dłonie i ciemnoniebieskie oczy. Pod pachą przyniosła plik dokumentów i ulotek, a teraz je wyjęła i przeglądała, jakby mogły wyjaśnić to, na co teraz patrzyła.
— To największy radioteleskop na.. no cóż, na świecie. — Profesor uśmiechnął się z zadowoleniem do wszystkich obecnych w pomieszczeniu. — Oczywiście nie jest tak wielki jak interferometr, ale można nim sterować. Można zmieniać ogniskową tym małym reflektorem na górze, a to pozwala zlokalizować źródło sygnału na niebie.
— Z tych dokumentów wynika — Judy postukała palcem w plik papierów — że są inne radioteleskopy działające w ten sam sposób.
— Są. Powstały już w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym roku, kiedy zaczęliśmy budować ten — czyli kilka lat temu. Jednak nie są tak czułe jak nasz.
— Ponieważ ten jest większy?
— Niezupełnie. Również dlatego, że mamy lepszą aparaturę odbiorczą. Co powinno dać nam lepszy stosunek sygnału do szumu. Wszystko to mieści się tam.
Smukłym, delikatnym palcem wskazał pomieszczenie za szklanym przepierzeniem.
— Widzisz, z większości źródeł, na przykład gwiazd, odbieramy tylko bardzo słabe sygnały radiowe zakłócane rozmaitymi szumami atmosfery, gazu międzygwiezdnego i niebiosa wiedzą czego… no cóż, istotnie niebiosa.
Mówił zwięźle i rzeczowo, jak lekarz omawiający przeziębienie. Starannie skrywał poczucie satysfakcji z osiągnięcia zamierzonego celu.
— Możecie odebrać sygnały, których inni nie słyszą? — spytała Judy.
— Mamy nadzieję. Taki był zamysł. Jednak nie pytaj mnie jak. Metodę opracował zespół. — Skromnie spuścił wzrok. — Doktor Fleming i doktor Bridger.
— Bridger? — Judy nagle podniosła oczy znad dokumentów.
— Fleming to prawdziwy geniusz. John Fleming. — Uprzejmie zawołał: — John!
Jeden z młodych ludzi odłączył się od grupki przy konsoli i podszedł do nich.
— Hej! — powiedział do profesora, ignorując Judy.
— Jeśli masz chwilkę, John. Doktor Fleming. Panna Adamson.
Młodzieniec zerknął na Judy, po czym zawołał w kierunku konsoli:
— Zredukujcie te zakłócenia!
— Co to za hałas? — spytała Judy.
Hałas zmienił się w cichy szum. Młodzieniec wzruszył ramionami.
— Głównie syk międzygwiezdny. Wszechświat jest pełen elektrycznie naładowanych cząstek. Elektryczne emisje tych ładunków odbieramy jako szum zakłóceń.
— Muzyczny podkład wszechświata — dodał Reinhart.
— Oszczędź sobie takich porównań, profesorze — powiedział młodzieniec z przyjacielską pogardą. — Zachowaj je dla Jacko, do podsunięcia prasie.
— Jacko nie wróci.
Fleming wyglądał na lekko zdziwionego, a Judy zmarszczyła brwi, jakby brakowało jej jakiegoś fragmentu układanki.
— Kto taki? — zapytała profesora.
— Jackson, twój poprzednik — Odwrócił się do Fleminga. — Panna Adamson jest naszą nową rzeczniczką prasową.
Fleming przyjrzał się jej bez entuzjazmu.
— No cóż, przychodzą i odchodzą, prawda? Odziedziczy pani sfery Jacko?
— A co to takiego?
— Droga pani, szybko się pani dowie.
— Pokazuję jej wszystko, przygotowując na czwartek — wyjaśnił profesor. — Na oficjalne otwarcie. Zajmie się prasą.
Fleming miał ponurą, zamyśloną minę, nie tyle kwaśną, co skupioną. Wyglądał na zmęczonego i rozgoryczonego.
Rzekł zrzędliwie z wyraźnym szkockim akcentem:
— Ach, tak, oficjalne otwarcie! Zapalą się wszystkie kolorowe lampki. Gwiazdy niebiańskim chórem zaśpiewają Rule, Britannia!, a ja schronię się w pubie.
— Mam nadzieję, że będziesz tutaj, John — rzucił z lekką irytacją profesor. — A tymczasem może oprowadź pannę Adamson.
— Nie, jeśli jest pan zajęty — powiedziała cicho i nieprzyjaźnie Judy.
Fleming po raz pierwszy spojrzał na nią z zainteresowaniem.
— Ile pani o tym wie?
— Na razie bardzo mało. — Postukała palcem w plik papierów. — Opieram się na tych informacjach.
Fleming ze znużeniem odwrócił się twarzą do konsoli i niedbale machnął ręką.
— To, panie i panowie, jest największy i najnowszy radioteleskop na świecie; nie mówiąc już, że najdroższy. Ma rozdzielczość piętnaście do dwudziestu razy większą niż jakiekolwiek inne istniejące urządzenie i jest oczywiście cudem brytyjskiej nauki. A także inżynierii. Elementy odbiorcze — wskazał konstrukcję za oknem — są sterowalne, tak by mógł śledzić ruch ciał niebieskich po niebie. Teraz już może pani powiedzieć prasie wszystko, prawda?
— Dziękuję — powiedziała lodowatym tonem Judy. Spojrzała na profesora, ale ten wyglądał na tylko lekko zakłopotanego.
— Przykro mi, że cię niepokoimy, John — rzekł.
— Nie ma o czym mówić. Miło było. Zawsze do usług.
Profesor skierował swój lekarski urok i uwagę na Judy.
— Sam cię oprowadzę.
— Chcesz go uruchomić przed czwartkiem, prawda? — rzekł Fleming. — Żeby go pokazać jego ministerialnej mości.
— Tak, John. Będzie działał?
— Niby tak. Wierchuszka nie zorientuje się, czy naprawdę działa. Ani sępy z prasy.
— Chciałbym, żeby działał.
— Taa.
Fleming odwrócił się i odszedł z powrotem do pulpitu kontrolnego. Judy czekała na wybuch gniewu profesora, a przynajmniej jakieś oznaki urazy, lecz on tylko pokiwał głową, jakby zgadzał się z diagnozą.
— Nie można popędzać takiego chłopaka jak John. Czasem trzeba czekać całe miesiące na jakiś pomysł. I warto, jeśli jest dobry, a jego pomysły zwykle takie są. — Melancholijnie spojrzał na odchodzącego Fleminga, jego niedbały chód i niechlujny wygląd. — Wiesz, stawiamy na młodych. Opracował cały projekt instalacji niskotemperaturowej, razem z Bridgerem. Odbiorniki są oparte na układach niskotemperaturowych, a to nie moja dziedzina. Gdzieś tu jest komunikat prasowy o tym. — Ruchem głowy wskazał plik trzymanych przez nią papierów. — Obawiam się, że trochę za bardzo eksploatujemy Johna.
Westchnął i oprowadził ją po budynku. Pokazał jej zawieszone na ścianach fotografie nocnego nieba, podał nazwy i oznaczenia wielkich gwiazd radiowych, które są głównymi źródłami odbieranych przez nas dźwięków wszechświata.
— To — wyjaśnił, wskazując fotografie — wcale nie gwiazda, lecz zderzenie dwóch galaktyk, a to ukazuje wybuch gwiazdy.
— A to?
— Wielka Mgławica w Andromedzie. Nazywamy ją M31, żeby myliła się z autostradą.
— Znajduje się w konstelacji Andromedy?
— Nie. Daleko, daleko za nią. Sama w sobie jest całą galaktyką. Nie jest to proste, prawda?
Spojrzała na białą spiralę gwiazd i skinęła głową.
— Odbieracie jej sygnał?
— Syk. Taki, jaki słyszałaś.
Pod ścianą stała duża pleksiglasowa kula z czarną kulką pośrodku i kilkoma białymi rozmieszczonymi wokół niej jak elektrony w modelu atomu.
— Sfera Jacko! — Profesor mrugnął do Judy. — Inaczej nazywana manią Jacko. Ukazuje obiekty na orbicie okołoziemskiej. Wszystkie te białe kulki to satelity, rakiety balistyczne i tym podobne rzeczy. Kupa żelastwa. A ta kulka w środku to Ziemia. — Profesor zbył to niedbałym machnięciem ręki. — Myślę, że można to uznać za chwyt marketingowy. Jacko uważał, że to zainteresuje naszych rządowych gości. Oczywiście musimy obserwować to, co się dzieje w pobliżu Ziemi, chociaż to marnowanie możliwości takiej maszyny jak ta. Jednak wojsko sobie tego życzy, a nie uzyskalibyśmy potrzebnych nam funduszy, gdybyśmy nie podpięli się do budżetu obrony. — Mówił to jak niegrzeczny i zadowolony z siebie chłopiec. Oszczędnym, eleganckim gestem objął całe pomieszczenie i ogromną konstrukcję na zewnątrz. — Dwadzieścia pięć milionów lub więcej, taki był tego koszt.
— Zatem wojsko ma w tym swój udział?
— Owszem. Jednak ja tym kieruję — a raczej Ministerstwo Nauki. Nie twoje.
— Teraz należę do pańskiego personelu.
— Nie na moje życzenie. — Lekko zesztywniał, choć nie zareagował tak na niegrzeczne zachowanie Fleminga; ten w końcu był jednym z jego ludzi.
— Czy ktoś jeszcze wie, dlaczego tu jestem? — zapytała go Judy.
— Nikomu nie mówiłem.
Porzucił ten temat i zaprowadził ją do sąsiedniego pokoju, gdzie dokładnie objaśnił działanie aparatury odbiorczej i sprzętu telekomunikacyjnego.
— Jesteśmy po prostu ogniwem w łańcuchu obserwatoriów na całym świecie, chociaż nie najsłabszym. — Z wyraźną przyjemnością popatrzył na pulpity kontrolne, wiązki przewodów i stojaki ze sprzętem. — Kiedy zaczęliśmy to kompletować, nie odczuwałem mojego wieku, ale teraz czuję się stary. Wpadasz na pomysł, myślisz sobie: „Oto, co musimy zrobić” i po prostu wydaje się, że to następny logiczny krok. Być może bardzo niewielki. I zaczynasz: projekt, badania, komisje, budynek, starania. Tu godzina twojego życia, tam miesiąc. Miejmy nadzieję, że to zadziała. Ach, oto Whelan! On doskonale się orientuje w tym zakresie projektu.
Przedstawił Judy bladego młodzieńca mówiącego z australijskim akcentem, który uścisnął jej dłoń tak jakby była czymś, co zgubił.
— Czy my już się gdzieś nie spotkaliśmy?
— Nie sądzę. — Niewinnie spojrzała na niego wielkimi niebieskimi oczami, ale nie dał się zbyć.
— Jestem pewny, że tak.
Zawahała się i rozejrzała w poszukiwaniu pomocy. Harries, sprzątacz, stał na drugim końcu pokoju i gdy na niego spojrzała, nieznacznie pokręcił głową. Znów przeniosła wzrok na Whelana.
— Obawiam się, że nie pamiętam.
— Może w Woomerze…
Profesor poprowadził ją z powrotem do głównej sterowni.
— Jak brzmi jego nazwisko?
— Whelan.
Zapisała to w notatniku. Grupa przy pulpicie kontrolnym się rozdzieliła, pozostawiając tylko jednego młodzieńca, który siedział na fotelu dyżurnego inżyniera, obserwując panele. Profesor zaprowadził ją do niego.
— Cześć, Harvey.
Młodzieniec spojrzał na niego i zaczął wstawać z fotela.
— Dobry wieczór, profesorze Reinhart.
Ten przynajmniej był uprzejmy. Judy popatrzyła na widoczne za oknem elementy ogromnej instalacji, puste wrzosowisko i ciemniejące purpurowe niebo.
— Zna pani zasadę działania tego urządzenia? — zapytał ją Harvey. — Każdy sygnał radiowy z nieba trafia w misę i jest odbijany do anteny, po czym odbierany i rejestrowany przez znajdującą się tam aparaturę. — Wskazał szklane przepierzenie. Judy nie spojrzała tam w obawie, że zobaczy Whelana, lecz Harvey, pedantycznie, monotonnie i beznamiętnie, wkrótce skupił jej uwagę na czymś innym. — Ten klaster komputerów oblicza azymut i elewację każdego źródła, który chcemy obserwować. Połączone z serwonapędem…
W końcu Judy zdołała umknąć do holu i na moment zostać sam na sam z Harriesem.
— Trzeba przenieść stąd Whelana — powiedziała.
Zostawiła swoją walizkę w hotelu w mieście i przyjechała na to wzgórze, nie wiedząc, czego się spodziewać. Przeprowadziła inspekcję wielu obiektów wojskowych od Fylingdales po Wyspę Bożego Narodzenia i w niektórych pełniła służbę jako funkcjonariuszka ochrony. Wiedziała, że Whelan spotkał ją na poligonie rakietowym w Australii. Pracowała z Harriesem, gdy odbywała służbę w Malvern. Nie uważała się za szpiega i zbieranie informacji o swoich kolegach uważała za nieprzyjemne zadanie, ale Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zażyczyło sobie, żeby ją lub kogoś innego przeniesiono z wydziału bezpieczeństwa Ministerstwa Obrony do Ministerstwa Nauki, a praca to praca. Dotychczas ludzie, z którymi pracowała, wiedzieli, kim jest, a ona uważała, że wykonując swoje obowiązki, ich chroni. Tym razem wszyscy byli podejrzani, a ją zamierzano umieścić wśród nich w roli rzeczniczki prasowej, która może węszyć i zadawać pytania, nie budząc ich czujności. Reinhart wiedział o tym i nie podobało mu się to. Jej również. Jednak praca to praca — a powiedziano jej, że to zadanie jest ważne.
Mogła bez trudu wejść w swoją rolę: wydawała się tak niewinna, tak szczera, tak koleżeńska. Musiała tylko siedzieć cicho, słuchać i zbierać informacje. Niepokoili ją ludzie, z którymi miała się spotkać: mieli swój świat i swoje wartości. Kim była, żeby ich oceniać lub uczestniczyć w ich osądzaniu? Gdy Harries kiwnął głową i pomaszerował zrobić to, co trzeba, gardziła zarówno nim, jak sobą.
Wkrótce potem profesor odszedł, przekazując ją Johnowi Flemingowi.
— Może podrzucisz ją do hotelu Lion, kiedy będziesz wracał do Bouldershaw. Tam się zatrzymała.
Wyszli na schody, odprowadzając go.
— Jest dość miły — rzekła Judy.
— Twardy jak skała — mruknął Fleming.
Wyjął z kieszeni piersiówkę i pociągnął łyk. Potem podsunął ją Judy. Kiedy odmówiła, znowu się napił, a ona obserwowała go w świetle ganku, stojącego z odchyloną do tyłu głową i poruszającą się grdyką, gdy przełykał. Wyglądał na zdesperowanego i spiętego; może, jak powiedział Reinhart, za bardzo go eksploatowali. Jednak było w tym coś jeszcze — jakby miał w sobie nieustannie pracujące dynamo.
— Grasz w kręgle? — Wyzbył się poprzedniej rezerwy. Może sprawił to wypity alkohol. — W Bouldershaw jest kręgielnia. Przyjdź i zakosztuj naszych wiejskich rozrywek.
Zawahała się.
— Och, daj się namówić! Nie zostawię cię na łasce tych szalonych astronomów.
— Sam nie jesteś astronomem?
— No wiesz! Kriogenika, komputery, to naprawdę moja dziedzina. Nie to bujanie w obłokach.
Poszli na niewielką płytę postojową, gdzie stał jego samochód. Na szczycie teleskopu paliła się czerwona lampka sygnalizacyjna, a na ciemnym niebie za nią zaczęły się pojawiać gwiazdy. Niektóre były widoczne przez wysokie luki filarów, jakby zostały już złowione w sieć przez człowieka. Kiedy dotarli do samochodu, Fleming spojrzał za siebie i w górę.
— Mam wrażenie — powiedział ciszej, łagodniej i już nie tak agresywnie. — Mam wrażenie, że nadchodzi przełom w naukach ścisłych.
Zaczął rozpinać pokrowiec chroniący wnętrze jego auta, małego kabrioletu, a Judy przeszła na drugą stronę.
— Pozwól, że ci pomogę.
Nie zwrócił uwagi na tę propozycję.
— W pewnym momencie, gdzieś na obrzeżach naszej wiedzy, nagle — bach! — przedrzemy się dalej. Na zupełnie nowe terytorium. I być może nastąpi to tutaj, dzięki temu urządzeniu. — Wepchnął zwinięty w kłąb pokrowiec za fotel. — „Filozofia zawarta jest w tej wielkiej księdze, którą zawsze mamy przed oczami — mam na myśli wszechświat”. Kto to napisał?
— Churchill?
— Churchill! — Zaśmiał się. — Galileusz! „Księga natury pisana jest w matematycznym języku”. To też powiedział Galileusz. Nadaje się na konferencję prasową?
Spojrzała na niego, nie wiedząc, jak to potraktować. Otworzył przed nią drzwiczki.
— Jedźmy.
Droga z jednej strony wzgórza opadała ku Lancashire, a z drugiej do Yorkshire. Po stronie Yorkshire wiodła długą doliną, gdzie co kilka mil widzieli nad rzeką jakiś wysoki ceglany młyn, aż dotarli do miasteczka Bouldershaw. Fleming jechał za szybko i narzekał.
— Działają mi na nerwy… Cholerna pokazówka dla ministerstw! Stary profesor zapracowuje na order, a ta ministerialna banda tylko irytuje i zrzędzi. A wszystko to z powodu aparatury badawczej. Ponieważ jest ogromna i nieziemsko kosztuje, stała się publiczną własnością. Nie winię starego. Ugrzązł w tym. Nadstawił karku i musi pokazać jakieś wyniki.
— A może ich nie być?
— Nie wiem.
— Myślałam, że to twoja aparatura.
— Moja i Dennisa Bridgera.
— Gdzie jest doktor Bridger?
— W kręgielni. Mam nadzieję, że zarezerwował nam tor. I butelkę.
— Jedną mamy.
— Co komu po jednej? W tych lokalach jest bardzo sucho.
Gdy zjeżdżali ciemną i krętą drogą, opowiadał jej o Bridgerze i sobie. Obaj byli absolwentami Uniwersytetu w Birmingham, a potem prowadzili badania w Laboratorium Cavendisha w Cambridge. Fleming był teoretykiem, a Bridger praktykiem — matematykiem i inżynierem. Bridger był naukowcem usiłującym uzyskać jak najwięcej w swojej wybranej dziedzinie. Natomiast Fleming był typowym badaczem, którego nie interesuje nic poza faktami. Jednak obaj gardzili akademickim środowiskiem, z którego się wywodzili, i trzymali się razem. Przed kilkoma laty Reinhart wyciągnął ich z tego bagienka i rozpoczęli pracę nad nowym teleskopem. A ponieważ był chyba najbardziej znanym i szanowanym astrofizykiem oraz urodzonym liderem i łowcą talentów, bez wahania wykonywali jego polecenia, a on wspierał ich, zachęcał i praktycznie matkował im podczas długiej i męczącej realizacji projektu.
Kiedy słuchało się Fleminga, łatwo było zauważyć, że pod maską gbura skrywa obopólne zaufanie, łączące go z profesorem. Natomiast Bridger był znudzony i zdenerwowany. On już zrobił swoje. I obaj, jak bez fałszywej skromności stwierdził Fleming, stworzyli profesorowi najwspanialszy instrument badawczy na świecie.
Nie pytał Judy o nic, a ona milczała. Zaczekał w hotelowym barze, aż wróci ze swojego pokoju. Kiedy dotarli do kręgielni, wyglądał już na bardzo zmęczonego.
Kręgielnia mieściła się w dawnym kinie, budynku wyróżniającym się jaskrawym neonem i feerią świateł w ciemnościach dawnego przemysłowego miasteczka. Jej klienci wyglądali na przybyłych skądś indziej, nie z jego brukowanych uliczek. W większości byli to młodzi ludzie. Mieli dżinsy i kurteczki sprzedawców napoi chłodzących, fryzury na jeża i koszulki ze sloganami. Trudno było ich sobie wyobrazić jako mieszkańców starych szeregówek w ponurych dolinach Yorkshire. Ich miejscowy akcent i głosy tonęły w powodzi muzyki, rumorze kul i trzasku kręgli na drewnianym poszyciu torów. Tych było sześć; każdy z dziesięcioma uchwytami na końcu oraz stojakiem na kule, stolikiem z tabliczką wyników, ławką i czwórką grających. Gdy kula uderzyła w kręgle, automat ponownie ustawiał kręgle i odsyłał kulę do grających. Pomimo skupienia i zwinnych ruchów gracze wyglądali na niezbyt zainteresowanych grą; leniwie wyciągnięci na ławkach, rozmawiali i popijali Coca-Colę z butelek. Było to bardziej zamorskie niż kino: jakby amerykański styl życia zszedł z ekranu i opanował widownię. To jednak, jak zauważył Fleming, było obecnie typowe.
Znaleźli Bridgera, chudego, wysokiego mężczyznę, mniej więcej w wieku Fleminga, grającego z atrakcyjną dziewczyną w cynobrowej bluzce i obcisłych spodniach, która poruszała się z gracją hollywoodzkiej tancerki, lecz gdy otworzyła usta, jej wymowa zdradziła mieszkankę Yorkshire. Rzuciła fachowo kulę, wróciła i z palcem w ustach oparła się o Bridgera.
— Iii, chybiłam o włos.
— To jest Grace.
Bridger zdawał się jej trochę wstydzić. Był przedwcześnie pomarszczony i nerwowy, ubrany w nijakie sportowe ciuchy jak urzędnik pocztowy w sobotni poranek. Ostrożnie uścisnął dłoń Judy, a gdy powiedziała: „Słyszałam o panu”, posłał jej zaniepokojone spojrzenie.
— Panna Adamson — rzekł Fleming, dolewając trochę whisky do Coli Bridgera. Panna Adamson jest naszym nowym… naszą nową rzeczniczką prasową.
— Jak masz na imię, kochana? — spytała dziewczyna.
— Judy.
— Masz może kawałek przylepca?
— Och, spytaj w recepcji! — rzucił niecierpliwie Bridger.
— Jedna z waszej drużyny? — spytała Judy Fleminga.
— Miejscowy talent. Dennisa. Ja nie mam czasu.
— Szkoda — powiedziała.
Wydawał się tego nie słyszeć. Pociągnął kolejny łyk z piersiówki i chwiejnie podszedł do toru. Bridger nachylił się do niej konfidencjonalnie.
— Co pani o mnie słyszała?
— Tylko to, że pracuje pan z doktorem Flemingiem.
— To nie moja broszka. — Wyglądał na zirytowanego; poruszał nosem jak królik. — Mógłbym zarobić pięć razy tyle w przemyśle.
— I tego pan chce?
— Jak tylko to ustrojstwo na wzgórzu zacznie działać, odchodzę. — Konspiracyjnie zerknął na Fleminga, a potem znów na nią. — Stary John zostanie, czekając na kolejne tysiąclecie. I zanim coś znajdzie, będzie stary. Stary i szanowany. I ubogi.
— I być może szczęśliwy.
— John nigdy nie będzie szczęśliwy. Za dużo myśli.
— Kto za dużo pije? — Fleming chwiejnie wrócił do nich i zapisał swój wynik.
— Ty.
— Racja — za dużo piję. Bracie, trzeba się czegoś trzymać.
— Może lepiej barierki? — spytał Bridger, kręcąc nosem.
— Widzisz… — Fleming opadł na ławkę obok nich. — Chodzisz, trzymając się barierek i nagle robisz kolejny krok, a ich już nie ma. Mówiliśmy o Galileuszu — dlaczego? Ponieważ był człowiekiem renesansu. On, Kopernik i Leonardo da Vinci. Oni nagle — bach! — obalili wszelkie bariery i musieli stanąć na własnych nogach pośród bezmiaru wszechświata.
Podniósł się z ławki i wziął ze stojaka kolejną ciężką kulę. Jego głos przedarł się przez łoskot muzyki i kręgli.
— Ludzie później ustawili nowe bariery. Teraz jednak mamy nowy renesans! Pewnego dnia, niepostrzeżenie, gdy wszyscy będą mówić o polityce, piłce nożnej i pieniądzach… — pochylił się nad Bridgerem — nagle wszystkie znane nam bariery zostaną obalone — bach! — ot tak!
Zamachnął się kulą i strącił butelki Coli ze stolika w wynikami.
— Och! Uważaj, ty niezdaro! — Bridger zerwał się z ławki i zaczął podnosić butelki oraz wycierać chusteczką rozlany napój. — Przepraszam, panno Adamson.
Fleming odchylił głowę do tyłu i się zaśmiał.
— Judy. Ona ma na imię Judy.
Bridger na klęczkach potarł plamę na spódnicy Judy.
— Obawiam się, że to nie zejdzie.
— Nieważne — powiedziała Judy, nie patrząc na niego. Przyglądała się Flemingowi, zdziwiona i urzeczona.
Nagle odezwał się głośnik.
— Doktor Fleming jest proszony do telefonu.
Fleming wrócił po minucie, potrząsając głową, żeby otrzeźwieć. Podniósł Bridgera z ławki.
— Chodź, Dennis. Potrzebują nas.
Harvey siedział sam w sterowni, przy pulpicie regulującym dostrojenie odbiornika. Okno przed nim było czarne jak szkolna tablica, a panującą w pomieszczeniu ciszę przerywał jedynie cichy szum głośnika. Z zewnątrz nie dochodził tu żaden dźwięk — aż rozległ się warkot samochodu Fleminga.
Fleming i Bridger weszli przez wahadłowe drzwi i stanęli, mrużąc oczy, w ostrym świetle. Fleming skupił mętny wzrok na Harveyu.
— Co jest?
— Słuchajcie.
Harvey uniósł rękę i nasłuchiwali.
Przez trzaski, gwizdy i syki w głośniku przebijał się charakterystyczny dźwięk, przerywany, ale wyraźnie słyszalny.
— Alfabet Morse’a — powiedział Bridger.
— Zróżnicowane dźwięki.
Znów nasłuchiwali.
— Krótkie i długie — powiedział Bridger. — Zdecydowanie.
— Skąd to dochodzi? — spytał Fleming.
— Gdzieś z Andromedy. Przeszukiwaliśmy…
— Jak długo to już trwa?
— Około godziny. Już zaczyna być słabiej słyszalny.
— Możesz przestawić reflektor?
— Tak sądzę.
— Nie powinniśmy — rzekł Bridger. — Jeszcze nie powinniśmy zaczynać prób kontrolnych.
Fleming go zignorował.
— Czy obsługa serwomechanizmu jest na stanowiskach?
— Tak, doktorze Fleming.
— No cóż, spróbuj zlokalizować źródło.
— Nie, słuchaj, John… — Bridger daremnie pociągnął Fleminga za rękaw.
— To może być jakiś sputnik albo coś takiego — powiedział Harvey
— Czy wystrzelono coś nowego? — Fleming uwolnił się z uścisku Bridgera.
— Nic nam o tym nie wiadomo.
— Ktoś mógł umieścić na orbicie jakiś nowy obiekt… — zaczął Bridger, ale Fleming mu przerwał.
— Dennis… — Starał się zebrać myśli. — Idź i zarejestruj to, dobrze? Bądź tak miły. I zrób też wydruk.
— Czy nie powinniśmy tego sprawdzić?
— Sprawdzimy później.
Fleming ostrożnie wyszedł na korytarz, pochylił twarz nad pitnikiem i opłukał ją wodą. Kiedy wrócił, odświeżony, promienny i wyraźnie trzeźwiejszy, Bridger już siedział przy aparaturze, a Harvey dzwonił do dyżurnego inżyniera. Światła na moment przygasły, gdy włączono silniki elektryczne. Umieszczony wysoko w górze metalowy reflektor zaczął się poruszać bezgłośnie i niepostrzeżenie, kompensując obrót Ziemi. Dźwięki stały się trochę głośniejsze.
— Lepiej się nie da?
— Sygnał nie jest zbyt silny.
— Hm. — Fleming otworzył szufladę konsoli i wyjął katalog. — Czy jego galaktyczne współrzędne zmieniły się choć trochę?
— Trudno powiedzieć. Nie namierzałem go. Jednak nie mogły się bardzo zmienić.
— Zatem źródło nie znajduje się na orbicie?
— Powiedziałbym, że nie. — Zaniepokojony Harvey pochylił się nad suwakami pulpitu. — Czy to może być odbity od księżyca sygnał jakiejś radiostacji nadającej alfabetem Morse’a?
— To w gruncie rzeczy nie przypomina alfabetu Morse’a, a księżyc jeszcze jest niewidoczny.
— Tak samo jak Mars czy Wenus. Mam nadzieję, że nie kazałem ci szukać wiatru w polu.
— Andromeda, mówisz?
Harvey skinął głową. Fleming przewracał strony katalogu, czytając i nasłuchując. Był znowu spokojny i łagodny, tak jak wcześniej z Judy w samochodzie. Wyglądał jak pilny mały chłopiec.
— Trzymasz go?
— Tak, doktorze Fleming.
Fleming podszedł do konsoli i włączył interkom.
— Masz go, Dennis?
— Tak — dobiegł z głośniczka blaszany głos Bridgera. — Jednak nie widzę w tym sensu.
— Może rano zobaczysz. Spróbuję ustalić odległość.
Fleming wyłączył interkom i z katalogiem w ręku podszedł do wiszących na ścianie map astronomicznych.
Przez jakiś czas pracowali w ciszy zakłócanej tylko przez sygnały z kosmosu; Fleming lokalizował ich źródło, a Harvey obserwował je przez wielki i bezgłośny teleskop znajdujący się na zewnątrz.
— Co o tym myślisz? — zapytał w końcu.
— Myślę, że przybywa z bardzo daleka.
Potem po prostu pracowali i nasłuchiwali, a sygnał nadchodził raz po raz, bez końca.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Tytuł oryginału: A For Andromeda
Copyright © Fred Hoyle and John Elliot 1962
All rights reserved
Copyright © for the Polish e‑book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2025
Informacja o zabezpieczeniach
W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.
Redakcja serii
Sławomir Folkman
Andrzej Hudowicz
Redaktor: Krzysztof Tropiło
Projekt i opracowanie graficzne serii i okładki: Sławomir Folkman / www.kaladan.pl
Ilustracja na okładce: Igor Morski
Wydanie I e‑book (opracowane na podstawie wydania książkowego: A jak Andromeda, wyd. I, Poznań 2026)
ISBN 978-83-8338-594-5
WYDAWCA
Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.
ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań, Polska
tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40
e-mail: [email protected]
www.rebis.com.pl
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer
