2066 Utopia - Grażyna M. Borkowska - ebook

2066 Utopia ebook

Grażyna M. Borkowska

0,0

Opis

„2066 – Utopia” to ciepła, lekka i pozbawiona przemocy powieść, osadzona w świecie, który po katastrofalnej wojnie nuklearnej i wyniszczającej suszy powoli uczy się żyć na nowo. Wśród ocalałych mieszkańców Ziemi
poznajemy Jacka oraz jego mamę Mię, wybitną inżynier robotyki pracującą nad udoskonaleniem Paula – androida traktowanego z czasem jak integralny członek całej rodziny. Wynalazki Mii ewoluują w kierunku czegoś, co dotąd wydawało się absolutnie niemożliwe. Mama Jacka tworzy coś, co zmienia świat już na zawsze. Jej syn odkrywa,
że w przyszłości pełnej nowych technologii wciąż jest miejsce dla człowieka i robota żyjących obok siebie w całkowitej symbiozie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 177

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



2066

UTOPIA

Grażyna M. Borkowska

WydawcaWydawnictwo Brda

Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2026

ISBN978-83-68425-58-1 (druk)978-83-68425-59-8 (epub)

Copyright © by Wydawnictwo Brda, 2026Wszelkie prawa zastrzeżone. Każda reprodukcja lub adaptacja całości bądź części niniejszej publikacji,niezależnie od zastosowanej techniki reprodukcji (drukarskiej, fotograficznej, komputerowej i in.),wymaga pisemnej zgody wydawcy.

OkładkaGrafika została wygenerowana przez sztuczną inteligencję według projektu Grażyny M. Borkowskiej. Projekt okładki do publikacji przygotował Konrad Jajecznik.

Redakcja językowaPaulina Koteras

Korekta językowaPatryk Białczak

Skład książki elektronicznejKonrad Jajecznik

Część pierwsza

Naucz mnie kochać Rok 2055

Rozdział 1

– Jack! Wstawaj! – zawołała z kuchni Mia Shelton. Przygotowywała śniadanie dla swojego sześcioletniego synka, który miał dziś po raz pierwszy pójść do szkoły. – James! Obudź Jacka! Spóźnimy się, a jeszcze tego nam brakuje, żeby w pierwszy dzień podpaść w szkole! – W jej głosie słychać było rosnące zdenerwowanie.

James wyszedł zaspany z łazienki i popchnął drzwi sypialni chłopca.

– Kochanie, zapomniałeś, że dzisiaj idziesz do szkoły? – Pogłaskał go po głowie.

– Nie chcę, ja jeszcze śpię. – Maluch nawet nie otworzył oczu.

– Widzę, ale mama przygotowuje śniadanie, a ty nawet się nie umyłeś. Rusz się, no już. – James łaskotał syna, który najwyraźniej był w złym humorze.

– Ja nikogo tam nie znam – marudził.

– Ale poznasz. Cała klasa dzieciaków wcześniej się nie znała i wszyscy są w takiej samej sytuacji. Nie masz wyjścia, krasnalu, od dzisiaj zaczynasz dorosłe życie. Bądź facetem i bierz to na klatę.

– Tato, ty też chodziłeś do szkoły?

– Wszyscy chodzili, głuptasie, ja też i mama też, i prababcia, i pradziadek.

– Ale po co? Przecież wszystkiego mogę dowiedzieć się od Paula… On wszystko wie.

– Chyba nie chcesz, żeby android był mądrzejszy od ciebie, prawda?

– Mnie to nie przeszkadza, nie mam z tym problemu.

James się uśmiechnął, ale nie dawał za wygraną.

– Jack, to właśnie tacy ludzie jak ty stworzyli Paula i jemu podobnych. Żeby zbudować roboty, musieli się uczyć przez wiele lat.

– Wcale mnie to nie przekonuje. Michael powiedział, że to strata czasu.

– Nawet Michael musi chodzić do szkoły i zdawać kwartalne egzaminy… czy to mu się podoba, czy nie. Wstawaj i zostaw te swoje mądrości na później. Mama będzie zła, jeśli w tej chwili się nie ruszysz. – Poklepał go po pupie.

– Oj, dobrze. – Chłopiec podniósł się leniwie i poczłapał do łazienki.

James podszedł do żony i pocałował ją na powitanie.

– Kochanie, zjedz śniadanie i nie czekaj na tego mądralę. Ja mu przygotuję kanapkę i odwiozę go do szkoły. Jedź, bo się spóźnisz.

– Tak to jest, jak Paul jest ważniejszy od matki. Mówiłam mu wczoraj, że Jack musi wcześnie wstać, ale oni przecież musieli dokończyć zabawę. – Mia podeszła do stacji ładowania Paula i nacisnęła zielony guzik umieszczony pod czapką androida, do złudzenia przypominającego człowieka.

– Dzień dobry, mamo. – Paul uśmiechnął się do kobiety, po czym usiadł przy stole kuchennym na swoim stołku.

– Mówiłam ci wczoraj, że dzisiejszy dzień jest bardzo ważny dla Jacka. Nie można było zwlec go z łóżka, i to jest twoja wina.

– Mamo, zaprogramuj mnie tak, abym wykonywał tylko twoje polecenia, a nie także Jacka. Budowaliśmy wirtualne lotnisko na czas i nie mogłem mu przerwać, bo przegrałby z Michaelem.

– Mogłeś mu przerwać, bo czas jego spania ustawiłam na dwudziestą i o tej porze ma leżeć w łóżku, zapamiętaj to sobie.

– Jack przesunął ten czas… Nic nie mogłem zrobić.

– Powinieneś był mi powiedzieć, że zmienił twój program. Porozmawiam z nim po szkole, a teraz, zanim zje śniadanie, proszę posprzątać pokój i ogarnąć te porozrzucane klocki, na których można się zabić. Po szkole wyprasuj i poukładaj w szafie wasze ubrania i przygotuj lunch dla Jacka. Uszykowałam dla niego wszystkie dzienne witaminy i porcję pożywienia z białkiem. Jak wrócicie o trzynastej, to odgrzej mu, proszę, kulki z syntetycznej wołowiny i rozpuść masę ziemniaczaną… Dwie łyżki masy wystarczą.

– Dobrze, mamo. – Robot odwrócił się i poszedł do pokoju zabaw Jacka, aby wykonać pierwsze polecenie Mii.

Paul był chłopcem-androidem, który został wyprodukowany w tym samym roku, w którym urodził się syn Sheltonów. Jak tylko Mia się dowiedziała, że jest w ciąży, zamówiła go w instytucie, w którym pracowała. Doskonały robot był opracowany przez nią od początku do końca, a jej projekt wygrał konkurs na najlepszy pomysł roku dwa tysiące czterdziestego dziewiątego. Kiedy jej syn przyszedł na świat, uznała, że będzie lepiej wychowywać malca z androidem we własnym domu niż w przedszkolu, do którego uczęszczały dzieci wraz ze swoimi dużo mniej zaawansowanymi maszynami przypominającymi ludzi. Mia zaprojektowała Paula jako chłopca, który wyglądał jak pięcioletnie dziecko, i co roku, podczas przeglądu konserwacyjnego, uaktualniała jego wygląd tak, aby zawsze sprawiał wrażenie starszego o pięć lat brata Jacka.

Jego zadaniem było sprawowanie codziennej opieki nad maluchem oraz pilnowanie, by otrzymywał zaplanowaną dawkę karmy i odpowiednią ilość płynów. Kiedy chłopiec skończył cztery lata, robot dostał dodatkowe obowiązki. Zgodnie z programem załadowanym do jego pamięci musiał dopilnować, aby jego podopieczny poznawał litery i cyfry. Stopniowo uczył go liczyć, składać wyrazy, a następnie zdania. W ten sposób w wieku sześciu lat Jack był gotowy do podjęcia początkowej edukacji. Teraz pozostawało mu rozwijać swoje umiejętności w szkole, do której miał dzisiaj pójść po raz pierwszy.

Paul nigdy nie sprawiał problemów, ponieważ wykonywał tylko to, co zostało zaprogramowane w jego elektronicznym mózgu. Mia była dumna ze swojej pracy, bo android zupełnie nie przypominał maszyny – skórę miał łudząco podobną do ludzkiej, jego zielone oczy były naturalne, a poza tym poruszał się jak człowiek, mówił jak człowiek i bawił się też jak człowiek. Był chodzącą wikipedią, co zdecydowanie korzystnie wpływało na rozwój Jacka. Udzielał wyjaśnień na wszystkie pytania od czasu, kiedy ten zaczął mówić. Odpowiedzi na pytania trzylatka były zaprogramowane inaczej niż odpowiedzi na pytania sześciolatka. Co roku Mia aktualizowała jego oprogramowanie i wprowadzała nowe systemy, tak aby elektroniczny rozwój Paula był dostosowany do ludzkiego rozwoju jej syna.

– Mamo, jestem gotowy. – Jack przyszedł ubrany w szkolny mundurek, przygotowany dzień wcześniej. – Gdzie jest Paul?

– Sprząta po waszych wczorajszych zabawach. Słuchaj, kochanie, ja już jestem spóźniona. Proszę cię, zjedz teraz śniadanie… Rozpuściłam ci trochę mleka, dodałam kulki truskawkowe i do lunchu powinieneś być najedzony, ale jak będziesz jeszcze głodny, to tata przygotuje ci kanapkę. Paul wie, co ma podać ci na lunch, więc nie oszukuj go, tylko wszystko zjedz. – Mia delikatnie uszczypnęła syna w policzek. – Pa, kochanie, dzisiaj wrócę około osiemnastej. Ojciec zaraz cię odwiezie. Pamiętaj, by po lekcjach odwiedzić prababcię. Paul będzie cię pilnować w szkole, więc się nie martw, on zawsze będzie przy tobie. Jestem pewna, że będzie ci z nim raźniej.

– Okej, mamo. Wiesz, że ten pomysł ze szkołą wcale mi się nie podoba. Paul mógłby mnie uczyć, tak jak inne roboty swoich podopiecznych. Wymyśliłaś szkołę jak w jakiejś prehistorii. – Jack sprawiał wrażenie przemądrzałego malucha i w pewnych sytuacjach wydawało się to śmieszne.

– Ja chodziłam do szkoły i dobrze na tym wyszłam, więc nie dyskutuj. Jakbym chciała mieć tylko syna-robota, to ty byłbyś mi niepotrzebny, a że nie jesteś androidem, to zachowuj się jak człowiek. – Mia wcisnęła przycisk, który uruchomił jej przezroczysty telefon umieszczony na nadgarstku, i wybiegła z domu, krzycząc: – Skarbie, pamiętaj, że prababcia Grace czeka na ciebie! Nie zapomnij jej odwiedzić i opowiedzieć wrażenia z pierwszego dnia w szkole! Do zobaczenia, chłopcy!

Jack był niejadkiem i bardzo nie lubił rozpuszczalnego mleka. Jego mama się uparła, aby wypijał przynajmniej jedną szklankę mleka dziennie, a że malec był nadzwyczaj rozwinięty jak na swój wiek, robił wszystko, żeby matkę oszukać i go nie pić. Co innego mleko u prababci. Nie wiedział, skąd miała mleko nierozpuszczalne, ale jak do niej przychodził, to z chęcią pił je na śniadanie i czasami prosił o dokładkę.

U prababci Grace, którą nazywał babcią, wszystko mu smakowało. Miała ogródek i sadziła w nim nasionka, z których wyrastały różne dziwne rośliny i owoce – nie można było ich kupić w sklepie. Jeśli ktoś miał ochotę na prawdziwe owoce i warzywa, czekała go podróż na drugą wyspę, gdzie co wtorek organizowany był targ. Ludzie sprzedawali na nim produkty, które wyhodowali w swoich własnych ogródkach, a nie byli w stanie sami ich zjeść. Ich ceny były kosmiczne, ale klientów nie brakowało.

Jack lubił przebywać u babci w ogrodzie i w szklarni, lubił też zapach, który się tam unosił. Paul wyjaśnił mu, że dziadkowie uprawiają warzywa i owoce tak, jak się to robiło kiedyś – jeszcze przed wielką wojną, a potem suszą, która w dziesięć kolejnych lat doprowadziła do katastrofy żywieniowej na świecie. W tej chwili rynek zalała produkcja zastępcza – głównie przetworzona chemia – mająca zastąpić smaki z dawnych lat i dostarczać witaminy oraz minerały niezbędne do życia człowieka.

Jack upewnił się, że Paul jest w pokoju zabaw, po czym przechylił miskę w stronę zlewu, wylał całą jej zawartość i spłukał reglamentowaną wodą.

– Już po śniadaniu? – zapytał James, który wszedł do kuchni i zauważył puste naczynie po mleku.

– Możesz mi zrobić kanapkę?

– Aż tak bardzo jesteś głodny? Dobrze, już robię, ale pośpiesz się, synku, bo za dziesięć minut musimy wyjść.

– Dobra, tato. – Jack obserwował ojca, nakładającego na chleb masę maślaną i miód, które dostali od prababci.

– Uwielbiam miód. – Jack przełknął ślinę.

– To wcinaj i lecimy. – Podał malcowi kromkę. – Paul! Chodź tu, zaraz wychodzimy, jesteś gotowy?

– Jestem, tato. Zrobiłem porządek w pokoju. W czasie lunchu Jacka będę prasować.

– Dobrze, a teraz, chłopcy, biegiem do stacji samochodowej.

Malec dokończył ostatni kęs kanapki.

– Chodź, Paul! Wychodzimy.

Robot posłusznie ruszył za chłopcem.

Weszli do garażu, gdzie na torach stał elektryczny pojazd, do którego z powodzeniem weszłoby siedem osób. Chłopcy usadowili się na tylnym siedzeniu i czekali na Jamesa. Ten uzbroił jeszcze piekarnik zaprogramowany na podgrzanie lunchu Jacka, potem ustawił czajnik, aby mógł zagotować wodę na trzynastą, a na koniec włączył system alarmowy.

– Dobra, jestem gotowy… Paul, ustawiłeś program na dojazd do szkoły?

– Nie, tato. Wczoraj mama ustawiła mój program, który podłączyłem już zdalnie do nawigacji samochodu, więc zamknij drzwi i ruszamy.

– Dobrze… Kierunek: szkoła. Cieszysz się, synu?

– Już ci mówiłem, że nie. Ale jak mama każe, to czy mam jakiś wybór?

– No, nie masz. – James posłał synowi uśmiech. – Szkoła jest fajna, uwierz mi. Poznasz inne dzieciaki, będziesz mógł zapraszać je na urodziny, bawić się z nimi, jeździć na wycieczki. Zobaczysz, będzie lepiej, niż myślisz.

– Paul mi wystarcza, nie potrzebuję już nikogo więcej. – Chłopiec się nadąsał i za nic w świecie nie wierzył ojcu.

Elektryczny pojazd przemieszczał się cicho po torach, które unosiły się nad dachami domów. Od czasu do czasu się zatrzymywał, aby przepuścić inne – te z pierwszeństwem – i jechał dalej w kierunku szkoły.

– Paul, będziesz ze mną siedział w jednej ławce?

– Będę, jeśli tylko na to pozwolą. To zależy od nauczyciela. Nie jestem pewien, czy twoim nauczycielem będzie człowiek, czy android. Robota nie przekonam, ale człowieka chyba tak.

– Zrób wszystko, co możliwe. Nie chcę siedzieć w jednej ławce z dziewczyną.

– Zrobię, co w mojej mocy. W najgorszym wypadku będę po drugiej stronie klasy z innymi androidami i będę miał cię na oku. Nie bój się, nie dam cię skrzywdzić.

– Zazdroszczę Michaelowi, on nie musi chodzić do tej głupiej szkoły. Jego robot uczy go wszystkiego, a Michael tylko idzie raz na trzy miesiące zaliczyć egzamin. Ale moja mama się uparła, więc teraz będę musiał wstawać codziennie rano i jechać tam tylko po to, aby jej zrobić przyjemność.

– Mama wie, co robi. Jest bardzo mądra.

– Wiem, że jest mądra, bo zaprogramowała ciebie po to, żebyś mi ciągle o tym przypominał.

James przysłuchiwał się rozmowie chłopców i nie przerywał, gdyż uznał, że Jack sam musi się przekonać, że szkoła to fajny prehistoryczny wynalazek, który warto zachować w tradycji dzisiejszych czasów. Był takiego samego zdania, co jego żona. Oboje uważali, że ich syn powinien więcej czasu spędzać z ludzkimi rówieśnikami niż z robotem, który nie robi błędów, zna wszystkie odpowiedzi, a matematyka nie sprawia mu żadnych problemów.

Rozdział 2

– Zapraszam, kochani. Wchodźcie i zajmujcie miejsca. – Dyrektorka szkoły powitała uczniów, otwierając drzwi pomieszczenia.

Była to bardzo duża klasa, która musiała pomieścić dwadzieścioro dzieci w wieku sześciu lat oraz ich osobiste androidy. Te wyglądały różnie. Kilka przypominało babcię lub dziadka, natomiast większość prezentowała się jak starsze rodzeństwo. Niektóre poruszały się tak zwinnie i naturalnie jak Paul, ale inne, te nieco starsze, miały bardzo nienaturalne ruchy kończyn i sztuczny wyraz twarzy.

– Proszę bardzo… każde dziecko może usiąść ze swoim androidem obok. – Kobieta kierowała nowych uczniów, pokazując im wolne miejsca i prosząc o ich zajęcie. – Przez pierwszy tydzień będziecie siedzieć blisko siebie, natomiast po tygodniu rozdzielimy was i wskażemy miejsce dla waszych opiekunów, a wy dobierzecie się w pary z innymi dziećmi. Zapraszam. Powolutku zajmujcie miejsca.

Zdezorientowany Jack nie umiał się odnaleźć w nowej sytuacji. Nigdy wcześniej nie widział takiego skupiska ludzi w jednym miejscu. Trzymał kurczowo Paula za rękę i ciągnął go za sobą, nie pozwalając mu się oddalić.

Obaj usiedli na ławce przed obszernym pulpitem, na którym umieszczony był duży monitor komputerowy. Uczniowie mogli z niego korzystać w każdej chwili. Po prawej stronie znajdował się przycisk, umożliwiający w razie potrzeby przełączenie ekranu komputerowego na elektroniczny zeszyt, w którym starsi uczniowie – umiejący już czytać i pisać – zapisywali wszystkie notatki z lekcji. Po zakończonych zajęciach łączyli się z zeszytem bezprzewodowo i uzupełniali dane zgromadzone po lekcji w osobistych urządzeniach wielkości telefonu. Dzięki temu żaden uczeń nie musiał nosić ze sobą ani książek, ani staroświeckich zeszytów. Po powrocie do domu mogli przyswajać sobie wiedzę zdobytą podczas zajęć. W tym pomagał im osobisty robot, który odpytywał dzieci w formie zabawy, a w razie niezrozumienia materiału, miał za zadanie tak długo tłumaczyć i wyjaśniać problematyczne kwestie, aż uczeń był w stanie bezbłędnie odpowiadać na zadane pytania.

To wszystko było jeszcze przed Jackiem, gdyż jego nauka w pierwszym roku w szkole miała się ograniczyć do płynnego czytania i pisania. Hałas i chaos, które panowały w tej chwili w klasie, przerażały Jacka. Najchętniej uciekłby i więcej do szkoły nie wrócił. Obiecał mamie, że będzie grzeczny i nie będzie robił problemów. Siedział cicho, trzymając ciągle Paula za rękę, i cierpliwie obserwował sytuację.

Jego uwagę przykuły dwie dziewczynki, które wyglądały jak bliźniaczki, ale w tym momencie Jack nie potrafił określić, czy obie są ludźmi. Przypuszczał, że jedna z nich jest androidem, gdyż świadczyło o tym jej zachowanie. Natomiast ta bardziej zagubiona i przestraszona wydawała się dzieckiem takim jak on i zdawało się, że przeżywa dokładnie to samo w tej chwili.

– Proszę o ciszę, kochani – uspokajała uczniów dyrektorka. – Nazywam się Lisa Mok. Zaraz przedstawię wam waszą opiekunkę, ale zanim to zrobię, chciałabym was serdecznie powitać i podziękować za zaufanie. Zrobimy, co w naszej mocy, aby czas spędzony w szkole na tyle wam urozmaicić, żebyście przychodzili tu z przyjemnością i mieli piękne wspomnienia na lata. Miałam okazję poznać większość z waszych rodziców tu, w tej szkole, bo pracuję w niej od czterdziestu lat. Przez ten czas wiele się zmieniło i szkoła nie przypomina już tej z moich początków jako nauczycielki. Dzięki temu, że wasi rodzice uczyli się pilnie, wy teraz możecie siedzieć wspólnie w waszymi robotami, nie musicie nosić książek i odrabiać lekcji po szkole. Mam nadzieję, że wyrośniecie na wykształconych, mądrych ludzi i kiedyś wasze dzieci zasiądą w tych ławkach. – Kobieta uśmiechnęła się do wpatrzonych w nią jak w obraz, przestraszonych maluchów.

– Co ona gada? – Jack szepnął do Paula tak, aby nikt inny tego nie usłyszał. – Ja nie będę miał żadnych dzieci – burczał pod nosem.

– Cicho bądź, teraz nie mów, tylko słuchaj – strofował go jego opiekun.

Dyrektorka starała się być miła. Z łezką w oku wspominała czasy, kiedy szkoła pękała w szwach. Teraz jej placówka liczyła zaledwie jedną klasę z każdego rocznika. Miejsca nauczycieli w większości zajęły androidy. Choć kucharzem był człowiek, to nawet pomocnicy kuchenni zostali zastąpieni przez roboty. Sprzątanie szkoły również im powierzono. Jednym z nielicznych ludzi pozostałych wśród personelu był woźny. Jego zadaniem było naprawianie różnych nieprzewidywalnych usterek, których w tej szkole nigdy nie brakowało, a roboty w takich sytuacjach były bezradne. Dzięki temu pan Rodrígez jako jedyny miał pracę na pełny etat.

Przez te czterdzieści lat zawodowej kariery obecnej dyrektorki szkoły publiczne powoli zamierały – częściowo z powodu malejącej liczby urodzeń, a częściowo z powodu postępu technologicznego. Znacząco przyczynił się on do nauki dzieci w domu, eliminując potrzebę uczęszczania do tradycyjnych placówek edukacyjnych. Pani Mok nie mogła nic zaradzić na postępujący rozwój szkolnictwa. Według niej szedł w bardzo złą stronę i uważała go za zabójczy dla edukacji i ludzkości. Niestety z jej zdaniem nikt się nie liczył i z roku na rok sztuczna inteligencja wypierała ludzkich pracowników. Dyrektorka szkoły musiała się pożegnać z bardzo wartościowymi nauczycielami oraz pracownikami szkoły i zastąpić ich androidami, które były wszechobecne w każdej dziedzinie życia. Brak uczniów w szkole powodował problemy finansowe i niemożność wypłacania pensji nauczycielom. Robot, zakupiony za roczną pensję nauczyciela, pracował przez minimum dziesięć lat, a potem – w zależności od potrzeb szkoły – był wymieniany na nowy albo podlegał konserwacji i aktualizacji, dzięki czemu pracował kolejne pięć lat.

Dzisiaj Lisa Mok stała w klasie naprzeciwko garstki dzieci, których rodzice zachowali jeszcze trochę człowieczeństwa i postanowili wysłać je do szkoły. Nie znosiła robotów im towarzyszących, bo to od nich zależało, jak dziecko będzie sobie radzić z nauką i jak zaliczy egzaminy semestralne. Ich rolą było dopilnowanie, aby dzieci się uczyły. Jeśli się zdarzyło, że któreś nie zdało egzaminu lub zdało go ze słabym wynikiem, wtedy rodzic wysyłał do instytutu reklamację i albo dostawał nowego androida w zamian, albo dotychczasowemu wymieniano system elektronicznego mózgu na bardziej nowoczesny. Obecność sztucznej inteligencji w klasie była konieczna, bo wchłaniała wszystko jak gąbka – i to, co dziecko nie zapamiętało lub przeoczyło podczas lekcji, miała za zadanie odtworzyć.

– Słuchajcie, moi drodzy, zostawiam was z panią Ritą, która jest doskonałym androidem. – Lisa wskazała na piękną nauczycielkę. – Ja teraz muszę wyjść i przywitać dzieci, które są w szkole już kolejny rok. Zostawiam was w dobrych rękach i życzę sukcesów w nauce. – Odwróciła się i na pożegnanie pomachała ręką, lecz dzieci nie odwzajemniły jej uprzejmości.

Rita stanęła w małym rozkroku, a dłonie skrzyżowała z tyłu.

– Poznałyście już moje imię, a teraz każdy z was przedstawi się mnie. Zapamiętam wszystkie imiona. Proszę podawać najpierw imię, a potem nazwisko.

Dzieci, jedno po drugim, się przedstawiały i kiedy Rita doszła do Jacka, ten znienacka rzekł:

– Nazywam się Harry… Black.

– Hmm, mój system nie zapisał ucznia o takim nazwisku. – Rita patrzyła ze zdumieniem na chłopca.

– Może pani nie wpisała prawidłowo moich danych? – udawał zaskoczonego.

– Nie sądzę, ja się nie mylę, drogie dziecko.

– Ja też. – Jack szedł w zaparte.

– Sprawdzę to. Chłopcze – zwróciła się do Paula – czy podane imię i nazwisko twojego podopiecznego jest prawidłowe?

Osobisty robot chłopca zaprogramowany był tak, aby zgadzać się z podopiecznym, a że wcześniej dostał od niego kopniaka w kostkę, wiedział, że nie może mu się sprzeciwić.

– Tak. – Paul nie patrzył jej w oczy. Kiedy Rita podeszła do kolejnego ucznia, szturchnął Jacka i powiedział: – Co ty wyprawiasz? Będę miał przez ciebie kłopoty.

– Nie będziesz. – Jack chichotał, bo ta sytuacja bardzo go rozbawiła. – Nie lubię tej Rity. – Zakrył usta ręką, aby jego niezadowolenie i brak akceptacji słyszał tylko Paul.

Kątem oka zauważył, że jedna z bliźniaczek – ta, która wyglądała jak człowiek – uśmiecha się do niego promiennie. To była śliczna, niebieskooka dziewczynka z długim blond warkoczem. Jack nie znał do tej pory żadnej dziewczyny. Właściwie widywał je w sąsiedztwie, natomiast nigdy z nimi nie rozmawiał. Poczuł, że trochę się rumieni. Odwzajemnił uśmiech i udał, że więcej na nią nie patrzy.

Kiedy Rita podeszła do identycznych dziewczynek, zapytała:

– Która z was jest człowiekiem?

– Ja – odezwała się ta przestraszona.

– Jak się nazywasz, dziecko?

– Kunegunda Morris.

Dzieci zaczęły się śmiać.

– Jak można mieć tak na imię? – Było słychać ciche pytania.

– Cisza! Kunegunda? Nie mam takiego dziecka w danych. Nazwisko się zgadza, ale twoje imię mi nie pasuje. Na pewno tak się nazywasz?

– Tak, proszę pani. – Dziewczynka była czerwona jak burak.

Rita spojrzała na androida bliźniaczkę.

– Jak nazywa się twoja podopieczna?

– Alice Morris, proszę pani.

– Dlaczego mnie okłamujesz, Alice? – Wyraz twarzy nauczycielki ciągle się nie zmieniał. Był przyjazny i życzliwy.

– Nie okłamuję.

– To jak masz na imię?

– Kunegunda. – Dziewczynka spojrzała na Jacka, jakby szukała wsparcia.

– Proszę pani – zwrócił się do nauczycielki. – Przecież my możemy nazywać siebie samych tak, jak chcemy, prawda? Nie zapytała pani o imię i nazwisko, które mamy w metrykach urodzenia.

– Czy to znaczy, że ty też podałeś mi fałszywe imię? – Rita ciągle była miła i wydobywała z siebie łagodny głos.

– Nie takie jak w mojej metryce urodzenia. Przecież to nie jest zakazane, prawda?

– Nie jest, co nie znaczy, że możesz mnie okłamywać.

– Ależ ja pani nie okłamuję, bo ja nazywam siebie samego Harry, a rodzice nazywają mnie Jack – kłamał w żywe oczy.

– Porozmawiam sobie z twoimi rodzicami. – Rita przeszła powoli do następnej ławki, gdzie siedział Peter, ale i on podał zmienione imię.

– Ja nazywam się Adolf. – Peter patrzył na Ritę z wyrazem twarzy, jakby chciał głośno powiedzieć: „I co mi zrobisz?”.

– Słuchajcie, jesteście pierwszy dzień w szkole, a już robicie problemy. To bardzo nieładnie. Umówmy się, że jak ja będę dla was miła, to wy dla mnie również.

– Rita ciągle miała ten sam wyraz twarzy: przyjazny i troskliwy. – Zróbmy tak: zacznijmy od początku i podajcie mi imiona nadane wam przez rodziców, a potem imiona, które wam się podobają. Będę was nazywać tak, jak sobie życzycie, bo przecież jestem robotem i pamiętam wszystko, prawda?

– Proszę mnie nazywać Harry, a ja jestem JackShelton. – Maluch był nieustępliwy.

– Dobrze, Harry.

Nauczycielka powoli podchodziła do kolejnych uczniów i rejestrowała ich dane. Była androidem ostatniej generacji, więc jej elektroniczny mózg skonstruowany był bardzo precyzyjnie. Nie ulegało wątpliwości, że będzie nazywać dzieci tak, jak sobie życzą, ale zapamięta również ich prawdziwe imiona i nazwiska. Jej zdolność zapamiętywania była niewyobrażalna i nawet nie można przyrównać do niej pamięci zwykłego człowieka. Kiedy już skończyła, usiadła przy biurku i z tym samym wyrazem twarzy, rzekła:

– Dzisiaj moim zadaniem jest was poznać i wyjaśnić, jak będzie wyglądała wasza nauka w tej szkole. Ponieważ to wasz pierwszy rok, będziemy doskonalić pisanie i czytanie. Każdego dnia, przed snem, wasz android przeczyta wam trzy rozdziały książki, oczywiście dostosowanej do waszego wieku, a następnego dnia będziemy o tym rozmawiać. Sprawdzę, co zapamiętaliście. Codziennie będziemy też rysować, uczyć się tańca i śpiewu, chodzić na wycieczki, a na koniec roku szkolnego przejdziecie kurs obsługi samochodu, aby samodzielnie dojeżdżać do szkoły. Kiedy opanujecie czytanie, to wy będziecie czytać książki swoim robotom, a one będą was poprawiać, jeśli popełnicie jakiś błąd. Wierzcie mi, wasz pierwszy rok w szkole będzie pełen wrażeń i przyjemności! Za rok wrócicie tutaj w zupełnie innych nastrojach – powiedziała z uśmiechem, odsłaniając rząd pięknych białych zębów.

Jack nie był pewny, czy chodzenie do szkoły kiedykolwiek mu się spodoba, a Rita wcale go nie przekonała. Paul od paru lat czytał mu książki na dobranoc i nie widział w tym nic zaskakującego.

Patrzył na nauczycielkę znudzony, a po kilku minutach w ogóle przestał na nią zwracać uwagę. Spoglądał w okno i obserwował ptaki. Latały niespokojnie, szukając jakiegoś miejsca, na którym mogłyby się usadowić. Starych drzew nie było w ogóle. Pozostały tylko młode i niewysokie, bo większość wyschła w czasie suszy. Szkołę otaczały krzewy, które rosły szybciej, i na nich ptaki wiły swoje gniazda. Podobnie jak w swoim ogrodzie, pan Rodrígez co wieczór podlewał zasadzoną roślinność filtrowaną wodą z oceanu. Dzięki temu istniała szansa na to, aby dostarczyć choćby ograniczoną ilość wody drzewom, krzewom i roślinom, które już przekwitały o tej porze roku.

– Harry! – Nauczycielka wyrwała go z zamyślenia. – Czy możesz powiedzieć nam, czym się interesujesz? Co lubisz? Czy masz rodzeństwo? Wszyscy dzisiaj się poznajemy i chcemy wiedzieć o sobie jak najwięcej. Proszę, twoja kolej.

– Hmm… Jestem jedynakiem. – Jack wydawał się zdezorientowany. – Lubię się bawić, układać puzzle, grać z Paulem w piłkę. – Nie wiedział, co ma jeszcze opowiadać. Nie słuchał, co mówią inne dzieci o sobie. – Aha… i lubię czekoladę i lody.

– O, to jest interesujące. Opowiedz nam o tym, co to jest czekolada i co to są lody.

– Jak to co? Słodycze – prychnął w stronę Rity, zdziwiony.

– Dzieci – Rita spojrzała na maluchy, które wlepiały wzrok w Jacka – czy wy wiecie, co to jest czekolada? Czy ktoś z was jadł lody?

Dwie osoby podniosły ręce. Jack spojrzał na Alice, która tego nie zrobiła.

– No widzisz, Harry, większość dzieci nie wie, co to są słodycze, więc opowiedz im o tym.

– No… – nie wiedział, jak zacząć – to jest coś bardzo dobrego, słodkiego, a lody są zimne i bardzo smaczne.

– A gdzie to jadłeś?

– U prababci.

– Skąd prababcia ma lody?

– Nie wiem. Jak przychodzę do niej, to zawsze czeka na mnie coś słodkiego. Lody jem o każdej porze roku.

– To za mało, Harry. Dzisiaj, jak wrócisz do domu, to porozmawiaj ze swoim robotem albo z prababcią i jutro nam wszystko opowiesz. Większość dzieci nigdy nie jadła lodów, więc zdradzisz nam tajemnicę, co to takiego.

– A pani nie wie? – Jack nie miał ochoty robić żadnej pracy domowej.

– Wiem, ale nigdy tego nie jadłam. Pamiętaj, że jestem robotem, więc nie znam smaku. Mogę za to opowiedzieć ci wszystko o lodach i czekoladzie. Szkoła jest po to, żebyś uczył się myśleć, zadawać pytania, potrafił odpowiadać i odkrywał nowe rzeczy. Te dzieci nie wiedzą, czym są lody, a twoim zadaniem jest im to wytłumaczyć. To co? Przygotujesz te informacje na jutro?

– Dobrze, ale to jest głupie – powiedział szczerze.

– Dzieci, chcecie wiedzieć, co to są lody? – Rita rozłożyła dłonie, zachęcając uczniów do zgodnej odpowiedzi.

– Taaak – odparły chórem.

– To mamy umowę. Jutro dowiemy się, co Harry lubi, i nam o tym opowie.

Jack był zły, spojrzał na Paula i zobaczył jego szyderczy grymas.

– Co się głupio śmiejesz?

– Witaj w szkole, mały. Od dzisiaj jesteś uczniem i zabawa się skończyła. – Android poklepał malca po plecach.

Rozdział 3

Grace krzątała się po swoim ogródku. Co jakiś czas wolno się schylała, by wyrwać chwasty. Z racji wieku poruszała się powoli, ale nie musiała się spieszyć. Mieszkała z mężem w towarzystwie kilku kur, krowy i psa – Ricka. Miała też jeden ul. Dzięki temu skromnemu dobytkowi zawsze mieli świeże jajka i pili mleko. Kobieta robiła sery, a warzywa i owoce z jej przydomowego ogródka w pełni wystarczały na codzienne potrzeby.

Prababcia Jacka przypomniała sobie, że dziś jest dzień, w którym jej prawnuczek po raz pierwszy idzie do szkoły. Uśmiechnęła się na myśl, że w tym zmieniającym się świecie pozostała jeszcze odrobina normalności. Mimo że życie wśród robotów, brak międzyludzkich więzi, sztuczne jedzenie i ograniczenia w dostępie do wody budziły w niej lęk, cieszyła się z tego małego przejawu stabilności. Podczas wojny cała jej rodzina wyjechała na Wyspy Kanaryjskie, które okazały się jednym z nielicznych miejsc na świecie nietkniętych promieniowaniem. Większość małych wysp na ocenach przetrwała. Wybuchy bomb atomowych zabiły trzy czwarte ludzkości, a reszty dokonała dziesięcioletnia susza. Wydawało się, że życie na Ziemi wygasa. Jednak ci, którzy mieszkali z dala od miast – jak Grace i jej mąż, Ron – wciąż mogli prowadzić życie zbliżone do tego sprzed konfliktu zbrojnego.

Po wielkiej wojnie świat wyglądał zupełnie inaczej. Wszystkie ocalone terytoria zostały zjednoczone w jedno państwo ze wspólnym rządem gwg i prezydentem. Było to rozwiązanie konieczne w obliczu globalnych zniszczeń i braku zasobów. Decyzja, by główną siedzibę Rządu gwg