1929. Największy krach w historii Wall Street - Andrew Ross Sorkin - ebook
NOWOŚĆ

1929. Największy krach w historii Wall Street ebook

Andrew Ross Sorkin

0,0

Opis

NAJLEPSZA KSIĄŻKA 2025 ROKU WEDŁUG MAGAZYNÓW „TIME”, „BLOOMBERG”, „FINANCIAL TIMES” I „THE ECONOMIST”

ZAJRZYJ ZA KULISY STARCIA WALL STREET Z WASZYNGTONEM, KTÓRE ZMIENIŁO BIEG HISTORII

W 1929 roku świat z niedowierzaniem i trwogą obserwował, jak niepowstrzymana hossa na Wall Street gwałtownie się zatrzymała, niszcząc fortuny i wywołując kryzys, który odmienił los całego pokolenia. Największy krach w historii Wall Street to nie tylko bezprecedensowa katastrofa świata finansów, ale przede wszystkim przerwanie amerykańskiego snu, załamanie karier budowanych latami i prywatny dramat tysięcy rodzin.

Dzięki dostępowi do archiwalnych materiałów i nowo odkrytych dokumentów Andrew Ross Sorkin zabiera nas w sam środek chaosu: na Wall Street, do Waszyngtonu, do biur maklerskich i domów na przedmieściach, w których rozegrał się dramat tamtego czasu. Ceniony publicysta pokazuje, że historia roku 1929 w niepokojący sposób przypomina współczesność: rekordowo wielkie majątki najbogatszych, rosnące napięcia społeczne i walka o wpływy rozgrywająca się na styku polityki i finansów.

Jakie wnioski możemy wyciągnąć z tamtego kryzysu? Czy mądrzejsi o to doświadczenie jesteśmy w stanie uchronić się przed kolejną katastrofą?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 701

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ty­tuł ory­gi­nału: 1929. In­side the Gre­atest Crash in Wall Street Hi­story — and How It Shat­te­red a Na­tion

Co­py­ri­ght © by An­drew Ross Sor­kin, 2025 

Co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Po­znań­skie sp. z o.o., 2026 

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Wy­daw­nic­two Po­znań­skie sp. z o.o., 2026 

Re­dak­torka ini­cju­jąca

Agata Łu­gow­ska

Re­dak­tor pro­wa­dzący

Ma­rek Da­ro­szew­ski 

Mar­ke­ting i pro­mo­cja

Agata Gać, Ka­ta­rzyna Schin­kel-Bar­ba­rzak 

Re­dak­cja

Anna Bo­land

Ko­rekta

Agnieszka Czap­czyk

Pro­jekt ty­po­gra­ficzny i ła­ma­nie

Ma­te­usz Cze­kała • cze­kala.net.pl

Pro­jekt okładki

© The He­ads of State

Ad­ap­ta­cja okładki i strony ty­tu­łowe

Magda Bloch 

Fo­to­gra­fia au­tora na skrzy­dełku

Mike Co­hen 

Ze­zwa­lamy na udo­stęp­nia­nie okładki książki w in­ter­ne­cie. 

eISBN 978-83-68889-13-0

Wy­daw­nic­two Po­znań­skie sp. z o.o. 

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań 

tel.: 61 853-99-10 

re­dak­cja@wy­daw­nic­two­po­znan­skie.pl

www.wy­daw­nic­two­po­znan­skie.pl

Moim dzie­ciom,Henry’emu, Ma­xowi i Syd­ney.Z mi­ło­ścią na za­wsze.

Ży­cie zwy­kłego czło­wieka nie trwa do­sta­tecz­nie długo, by od­nieść mógł ja­ką­kol­wiek istotną ko­rzyść z wła­snego do­świad­cze­nia. A jak się zdaje, nikt nie po­trafi sko­rzy­stać z do­świad­czeń cu­dzych. Bę­dąc za­ra­zem oj­cem i na­uczy­cie­lem, mam świa­do­mość tego, że nie je­ste­śmy w sta­nie na­uczyć na­szych dzieci ni­czego […]. Każde z nich przy­swoić bę­dzie mu­siało tę lek­cję sa­mo­dziel­nie*.

– Al­bert Ein­stein, 26 paź­dzier­nika 1929 r.

* Geo­rge Sy­lve­ster Vie­reck, What Life Me­ans to Ein­stein, „Sa­tur­day Eve­ning Post”, 26 paź­dzier­nika 1929 r.

Od au­tora

Więk­szość osób sły­szała o roku 1929, kiedy to do­szło do kra­chu gieł­do­wego, wy­da­rze­nia, które za­po­cząt­ko­wało Wielki Kry­zys i od­ci­snęło się pięt­nem na ca­łym po­ko­le­niu.

To jed­nak, co do niego do­pro­wa­dziło, oraz to, co na­stą­piło póź­niej, skła­dają się na znacz­nie bar­dziej skom­pli­ko­wany i za­wiły dra­mat, który czę­sto bywa błęd­nie ro­zu­miany albo też po­zo­staje cał­ko­wi­cie nie­znany. W isto­cie to głę­boko ludzka opo­wieść.

Po na­pi­sa­niu książki Too Big to Fail, po­świę­co­nej kry­zy­sowi fi­nan­so­wemu z 2008 roku, z taką samą wni­kli­wo­ścią, dba­ło­ścią o szcze­gół i uwzględ­nie­niem ludz­kich emo­cji za­pra­gną­łem zba­dać naj­bar­dziej nie­sławny krach w hi­sto­rii, jed­nak nie tylko po to, by opo­wie­dzieć jego hi­sto­rię, lecz także po to, by le­piej zro­zu­mieć, jaką lek­cję mo­żemy z niego wy­cią­gnąć.

Hi­sto­ria, którą przed­sta­wię na dal­szych kar­tach tej książki, sta­nowi owoc po­nad ośmio­let­niej pracy re­por­ter­skiej i ty­sięcy go­dzin ba­dań. To opo­wieść oparta o pry­watne li­sty, dzien­niki, no­tatki służ­bowe i oso­bi­ste za­pi­ski, re­la­cje ustne, akta są­dowe, pro­to­koły z po­sie­dzeń za­rzą­dów, ze­zna­nia oraz po­zwy, z któ­rych część ni­gdy wcze­śniej nie zo­stała opu­bli­ko­wana ani wni­kli­wie prze­ana­li­zo­wana.

W jed­nym przy­padku po raz pierw­szy uzy­ska­łem do­stęp do po­uf­nych pro­to­ko­łów z po­sie­dzeń Rady Banku Re­ze­rwy Fe­de­ral­nej w No­wym Jorku z okresu obej­mu­ją­cego naj­bar­dziej prze­ło­mowe mie­siące 1929 roku. W in­nym udało mi się zdo­być nie­pu­bli­ko­wane wspo­mnie­nia czło­wieka z Wall Street, który był świad­kiem wszyst­kich tych zda­rzeń.

Każda scena w tej książce zo­stała utkana z frag­men­tów: mi­mo­cho­dem rzu­co­nej uwagi gdzieś w czte­ry­stu­stro­ni­co­wym pro­to­kole, za­po­mnia­nej re­la­cji ust­nej, wy­rwa­nego z kon­tek­stu zda­nia z ga­zety, planu pię­tra po­ka­zu­ją­cego, jak da­leko ktoś mu­siał przejść, by prze­ka­zać ja­kąś wia­do­mość. Szcze­gół po szcze­góle, war­stwa po war­stwie, ob­raz stop­niowo na­bie­rał wy­ra­zi­stych kształ­tów.

Ro­zu­mie­jąc mo­ty­wa­cje i od­mienne hi­sto­rie głów­nych bo­ha­te­rów dra­matu, za­czy­namy wresz­cie poj­mo­wać, jak do­szło do tej ka­ta­strofy. Dla­tego bę­dzie to opo­wieść nie tyle o tych, któ­rzy ucier­pieli w jej na­stęp­stwie, lecz o tych, któ­rzy do niej do­pro­wa­dzili, bo na nich wła­śnie spo­czywa od­po­wie­dzial­ność i to ich po­czy­na­nia kryją w so­bie naj­waż­niej­szą lek­cję, jaką można wy­cią­gnąć.

Re­zul­taty tej pracy od­mie­niły moje ro­zu­mie­nie tego okresu w hi­sto­rii. Wiele z od­kry­tych przeze mnie fak­tów pod­wa­żyło moje wcze­śniej­sze za­ło­że­nia i być może pod­waży rów­nież wa­sze. A je­śli po­sta­cie, pro­blemy i de­cy­zje po­li­tyczne z tam­tych cza­sów zdają się nie­po­ko­jąco przy­po­mi­nać na­szą współ­cze­sność, to nie bez po­wodu.

Roz­wój wy­da­rzeń zwią­za­nych z ro­kiem 1929 można od­czy­ty­wać jako od­po­wiedź na słynne py­ta­nie Er­ne­sta He­min­gwaya:

– Jak zban­kru­to­wa­łeś?

– Na dwa spo­soby – od­parł bo­ha­ter. – Po­woli, a po­tem szybko1.

Tak wła­śnie do­cho­dzi do utraty za­ufa­nia – krwi pod­trzy­mu­ją­cej przy ży­ciu na­szą go­spo­darkę: po­woli, a po­tem szybko.

Choć mia­łem szczę­ście do­trzeć do nie­zna­nych wcze­śniej do­ku­men­tów, książka ta nie po­wsta­łaby bez pracy in­nych. Wdzięcz­ność wi­nien je­stem nie­zli­czo­nym ba­da­czom, ar­chi­wi­stom, eko­no­mi­stom i hi­sto­ry­kom, któ­rzy po­świę­cili ży­cie ba­da­niu tego okresu; dzien­ni­ka­rzom, któ­rzy w tym cza­sie opi­sy­wali wy­da­rze­nia na bie­żąco w pra­sie i cza­so­pi­smach, oraz au­to­rom ta­kim jak John Ken­neth Gal­bra­ith, któ­rego The Great Crash 1929 po­zo­staje do dziś dzie­łem ka­no­nicz­nym, Joh­nowi Bro­ok­sowi, au­to­rowi kla­sycz­nej pracy Once in Gol­conda, oraz Gor­do­nowi Tho­ma­sowi i Ma­xowi Mor­gan-Wit­t­sowi, któ­rzy na­pi­sali po­ry­wa­jącą książkę The Day the Bub­ble Burst. Na końcu ni­niej­szej książki wy­mie­ni­łem rów­nież wielu in­nych.

W 1920 roku pi­sarz science fic­tion H. G. Wells, za­nie­po­ko­jony już wów­czas kie­run­kiem, w ja­kim zmie­rzał no­wo­cze­sny świat, za­no­to­wał: „Hi­sto­ria ludz­ko­ści w co­raz więk­szym stop­niu przy­po­mina wy­ścig mię­dzy oświatą a ka­ta­strofą”2.

Nie na­pi­sa­łem tej książki po to, by ogło­sić zwy­cięzcę w tym wy­ścigu. Mam jed­nak na­dzieję, że skła­da­jąc w ca­łość hi­sto­rię roku 1929, na­świet­li­łem w pe­wien spo­sób jego tor i uczy­ni­łem stawkę nieco trud­niej­szą do zlek­ce­wa­że­nia.

1Er­nerst He­min­gway, Zaś słońce wscho­dzi, przeł. Ma­ciej Po­tulny (Wy­daw­nic­two Mar­gi­nesy, 2022), ks. II, rozdz. 13.

2H. G. Wells, The Outline of Hi­story: Be­ing a Plain Hi­story of Life and Man­kind (Mac­mil­lan Com­pany, 1920). Pełny cy­tat: „Cy­wi­li­za­cja bie­rze udział w wy­ścigu mię­dzy oświatą a ka­ta­strofą. Uczmy się prawdy i roz­po­wszech­niajmy ją tak sze­roko, jak po­zwa­lają na to oko­licz­no­ści, w któ­rych przy­szło nam żyć. Prawda jest bo­wiem naj­po­tęż­niej­szą bro­nią w na­szych rę­kach”.

Ob­sada – wła­ści­ciele i ich przed­się­bior­stwa

In­sty­tu­cje fi­nan­sowe

Dom Mor­ga­nów

John Pier­pont Mor­gan Sr.

za­ło­ży­ciel

J. P. „Jack” Mor­gan Jr.

wspól­nik,

syn Johna Pier­ponta Mor­gana

Tho­mas Wil­liam La­mont

wspól­nik

Tho­mas Stil­well La­mont

wspól­nik,

syn Tho­masa Wil­liama La­monta

Geo­rge Whit­ney

wspól­nik

Henry Da­vi­son

wspól­nik

Dwi­ght Mor­row

były wspól­nik, am­ba­sa­dor USA w Mek­syku

Rus­sell Cor­nell Lef­fin­gwell

wspól­nik

Frank Bar­tow

wspól­nik

Par­ker Gil­bert

wspól­nik i udzia­ło­wiec po­wią­zany

Mar­tin Egan

spe­cja­li­sta ds. pu­blic re­la­tions

Na­tio­nal City Com­pany i Na­tio­nal City Bank

Char­les Edwin Mit­chell

prze­wod­ni­czący rady dy­rek­to­rów i dy­rek­tor ge­ne­ralny

Hugh Ba­ker

szef działu ob­rotu ak­cjami

Gor­don Rent­schler

pre­zes banku

Co­unty Trust Com­pany

Ja­mes Rior­dan

za­ło­ży­ciel i pre­zes

Chase Na­tio­nal Bank

Al­bert H. Wig­gin

prze­wod­ni­czący rady dy­rek­to­rów i dy­rek­tor ge­ne­ralny

First Na­tio­nal Bank of New York

Geo­rge F. Ba­ker Sr.

prze­wod­ni­czący rady dy­rek­to­rów

Geo­rge F. Ba­ker Jr.

wi­ce­prze­wod­ni­czący

Ban­kers Trust

Se­ward Pros­ser

prze­wod­ni­czący rady dy­rek­to­rów

Irving Trust

Le­wis Pier­son

prze­wod­ni­czący rady dy­rek­to­rów

Re­ichs­bank

Dr. Hjal­mar Schacht

pre­zes

Czo­łowi przed­się­biorcy

Puł­kow­nik So­sthe­nes Behn

za­ło­ży­ciel i prze­wod­ni­czący rady dy­rek­to­rów In­ter­na­tio­nal Te­le­phone and Te­le­graph

Lo­uis-Jo­seph Che­vro­let

współ­za­ło­ży­ciel Che­vro­let Mo­tor Com­pany

Wal­ter Percy Chry­sler

za­ło­ży­ciel Chry­sler Cor­po­ra­tion

Pierre Sa­muel du Pont

czło­nek rady dy­rek­to­rów Du­Pont oraz Ge­ne­ral Mo­tors

T. Co­le­man du Pont

pre­zes E. I. du Pont de Ne­mo­urs and Com­pany, przez dwie ka­den­cje se­na­tor USA ze stanu De­la­ware

Henry Ford

za­ło­ży­ciel Ford Mo­tor Com­pany

Wil­liam Fox

za­ło­ży­ciel Fox Film Cor­po­ra­tion

John Ja­kob Ra­skob

dy­rek­tor w Du­Pont i Ge­ne­ral Mo­tors oraz prze­wod­ni­czący Kra­jo­wego Ko­mi­tetu Par­tii De­mo­kra­tycz­nej (1928–1932)

Puł­kow­nik Wil­liam P. Rend

pre­zes W. P. Rend Coal Com­pany

Da­vid Sar­noff

pierw­szy dy­rek­tor ge­ne­ralny Ra­dio Cor­po­ra­tion of Ame­rica (RCA)

Char­les M. Schwab

pre­zes Be­th­le­hem Steel

Al­fred Sloan

pre­zes Ge­ne­ral Mo­tors

Owen D. Young

pre­zes i prze­wod­ni­czący rady dy­rek­to­rów Ge­ne­ral Elec­tric, współ­za­ło­ży­ciel Ra­dio Cor­po­ra­tion of Ame­rica RCA

No­wo­jor­ska Giełda Pa­pie­rów War­to­ścio­wych

E. H. H. Sim­mons

pre­zes (1924–1930)

Ri­chard Whit­ney

wi­ce­pre­zes, bro­ker J. P. Mor­gan & Co.

Wil­liam Craw­ford

na­czelny in­spek­tor giełdy

Mi­chael Me­ehan

spe­cja­li­sta od RCA („Ra­dio”), or­ga­ni­za­tor syn­dy­katu spe­ku­la­cyj­nego

Ge­ne­rał Oli­ver Brid­ge­man

spe­cja­li­sta z U. S. Steel

Ben Smith

or­ga­ni­za­tor syn­dy­katu spe­ku­la­cyj­nego

Tom Bragg

or­ga­ni­za­tor syn­dy­katu spe­ku­la­cyj­nego

Mi­chael Le­vine

ofi­cer nad­zor­czy ar­mii chłop­ców na po­syłki z Wall Street

Ma­kle­rzy gieł­dowi

Char­les Mer­rill

współ­za­ło­ży­ciel Mer­rill Lynch

Wil­liam Van An­twerp

wspól­nik w E. F. Hut­ton and Co.

Spe­ku­lanci

Evan­ge­line Adams

astro­lożka, znana jako „wieszczka giełdy”

Ber­nard Ba­ruch

Pat Bo­lo­gna

pu­cy­but z Wall Street, sły­nący z „pew­nych cyn­ków”

Ar­thur Cut­ten

Wil­liam Crapo Du­rant

Cla­rence Ha­try

fi­nan­si­sta bry­tyj­ski

Jo­seph Ken­nedy

Jesse Li­ver­more

Gro­ucho Marx

ak­tor

Oris Van Swe­rin­gen

Man­tis Van Swe­rin­gen

Nowy Jork

Jimmy Wal­ker

bur­mistrz No­wego Jorku (1926–1932)

Fio­rello La Gu­ar­dia

bur­mistrz No­wego Jorku (1934–1946)

Al Smith

gu­ber­na­tor stanu Nowy Jork (1919–1920, 1923–1928), kan­dy­dat na pre­zy­denta USA w 1928 roku z ra­mie­nia Par­tii De­mo­kra­tycz­nej

Wielka Bry­ta­nia

Win­ston Chur­chill

czło­nek bry­tyj­skiego par­la­mentu, były kanc­lerz skarbu, przy­szły pre­mier (1940–1945, 1951–1955)

Ran­do­lph Chur­chill

syn Win­stona Chur­chilla

Ram­say Mac­Do­nald

przy­wódca Par­tii Pracy, mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych, pre­mier (1924, 1929–1935)

Rząd Sta­nów Zjed­no­czo­nych

Wil­liam Ho­ward Taft

pre­zes Sądu Naj­wyż­szego USA (1921–1930), pre­zy­dent USA (1909–1913)

War­ren G. Har­ding

pre­zy­dent USA (1921–1923)

Ca­lvin Co­olidge

pre­zy­dent USA (1923–1929)

Her­bert Clark Ho­over

pre­zy­dent USA (1929–1933)

Fran­klin De­lano Ro­ose­velt

gu­ber­na­tor stanu Nowy Jork (1929–1933), pre­zy­dent USA (1933–1945)

An­drew Wil­liam Mel­lon

ban­kier i biz­nes­men, se­kre­tarz skarbu (1921–1932)

Wil­liam Wo­odin

prze­my­sło­wiec, se­kre­tarz skarbu (1933)

Se­na­tor Car­ter Glass

de­mo­krata z Wir­gi­nii, współ­twórca ustawy o Re­zer­wie Fe­de­ral­nej z 1913 roku, je­den z wnio­sko­daw­ców Ustawy Glassa-Ste­agalla z 1932

Se­na­tor Hi­ram John­son

re­pu­bli­ka­nin z Ka­li­for­nii

Se­na­tor Huey Long

(przy­do­mek „King­fish”1)

de­mo­krata z Lu­izjany

Se­na­tor Ken­neth McKel­lar

de­mo­krata z Ten­nes­see

Se­na­tor Geo­rge Mo­ses

re­pu­bli­ka­nin z New Hamp­shire

Se­na­tor Geo­rge Nor­ris

re­pu­bli­ka­nin z Ne­bra­ski

Se­na­tor Ro­bert L. Owen

de­mo­krata z Okla­homy, je­den z wnio­sko­daw­ców, obok Car­tera Glassa, Ustawy o Re­zer­wie Fe­de­ral­nej

Se­na­tor Ar­thur Ro­bin­son

re­pu­bli­ka­nin z In­diany

Se­na­tor Reed Owen Smoot

re­pu­bli­ka­nin z Utah, je­den z wnio­sko­daw­ców Ustawy Cel­nej Smo­ota–Haw­leya z 1930 roku

Henry B. Ste­agall

de­mo­krata z Ala­bamy, czło­nek Izby Re­pre­zen­tan­tów, je­den z wnio­sko­daw­ców Ustawy Glassa–Ste­agalla z 1932 roku

Le­ar­ned Hand

sę­dzia fe­de­ralny Sądu Ape­la­cyj­nego Sta­nów Zjed­no­czo­nych dla Dru­giego Okręgu

Ha­rold R. Me­dina

sę­dzia fe­de­ralny Sądu Okrę­go­wego Sta­nów Zjed­no­czo­nych dla Po­łu­dnio­wego Okręgu No­wego Jorku

Re­ze­rwa Fe­de­ralna

Mar­ri­ner S. Ec­c­les

prze­wod­ni­czący Rady Re­ze­rwy Fe­de­ral­nej (1934–1948)

Geo­rge L. Har­ri­son

gu­ber­na­tor, a na­stęp­nie pre­zes Banku Re­ze­rwy Fe­de­ral­nej w No­wym Jorku (1928–1940)

Adolph C. Mil­ler

czło­nek Rady Re­ze­rwy Fe­de­ral­nej (1914–1936)

Ben­ja­min Strong Jr.

gu­ber­na­tor Banku Re­ze­rwy Fe­de­ral­nej w No­wym Jorku (1914–1928)

Char­les Sum­ner Ham­lin

pierw­szy prze­wod­ni­czący Rady Re­ze­rwy Fe­de­ral­nej (1914–1916), na­stęp­nie czło­nek rady do 1936 roku

Paul M. War­burg

dy­rek­tor (szef) In­ter­na­tio­nal Ac­cep­tance Bank, brał udział w two­rze­niu Sys­temu Re­ze­rwy Fe­de­ral­nej, czło­nek pierw­szej wa­szyng­toń­skiej Rady Re­ze­rwy Fe­de­ral­nej

Śled­czy

Wil­liam O. Do­uglas

prze­wod­ni­czący Ko­mi­sji Pa­pie­rów War­to­ścio­wych i Giełd (SEC), póź­niej­szy sę­dzia Sądu Naj­wyż­szego Sta­nów Zjed­no­czo­nych

Fer­di­nand Pe­cora

pro­ku­ra­tor w sta­nie Nowy Jork, znany jako „Ogar z Wall Street” za sprawą pro­wa­dzo­nego do­cho­dze­nia prze­ciw no­wo­jor­skim ban­kie­rom po kra­chu z 1929 roku

Ar­sène P. Pujo

kon­gres­men z Lu­izjany, prze­wod­ni­czący Ko­mi­sji Ban­ko­wo­ści i Wa­luty Izby Re­pre­zen­tan­tów, kie­ro­wał do­cho­dze­niem tzw. „Ko­mi­tetu Pujo” w spra­wie sek­tora fi­nan­so­wego w 1912 roku

Eko­no­mi­ści

Ro­ger Bab­son

sta­ty­styk i eko­no­mi­sta, który prze­wi­dział na­dej­ście kra­chu

Irving Fi­sher

pro­fe­sor z Yale, je­den z czo­ło­wych eko­no­mi­stów w kraju

John Ken­neth Gal­bra­ith

pro­fe­sor eko­no­mii z Ha­rvardu

John May­nard Key­nes

bry­tyj­ski eko­no­mi­sta

Jo­seph Stagg Law­rence

eko­no­mi­sta z Prin­ce­ton

Royal Me­eker

eko­no­mi­sta sprzy­ja­jący gieł­dzie

Dzien­ni­ka­rze

Claud Cock­burn

bry­tyj­ski pu­bli­cy­sta lon­dyń­skiego „The Ti­mes”

Sa­muel Crow­ther

au­tor ar­ty­kułu Eve­ry­body Ought to Be Rich [Każdy za­słu­guje na bo­gac­two] na­pi­sa­nego dla „La­dies’ Home Jo­ur­nal”

Wil­liam Floyd

au­tor Pe­ople vs. Wall Street

Ma­jor Ro­bert H. Glass

dzien­ni­karz, oj­ciec Car­tera Glassa

Wil­liam Ran­do­lph He­arst

wy­dawca He­arst New­spa­pers

Mat­thew Jo­se­ph­son

re­dak­tor zwią­zany wcze­śniej z branżą fi­nan­sową

Edwin Le­fèvre

au­tor Re­mi­ni­scen­ces of a Stock Ope­ra­tor [Wspo­mnień gra­cza gieł­do­wego]

Wal­ter Lip­p­mann

re­dak­tor, re­por­ter i ko­men­ta­tor po­li­tyczny

Char­ley Mi­chel­son

re­dak­tor ga­zety He­ar­sta, który zo­stał pu­bli­cy­stą De­mo­kra­tów

Ale­xan­der D. Noyes

re­dak­tor działu fi­nan­so­wego „The New York Ti­mes”

Drew Pe­ar­son

fe­lie­to­ni­sta, au­tor ru­bryki Wa­shing­ton Merry-Go-Ro­und

1„Rybi król” (przyp. tłum.).

Pro­log

Sta­ra­jąc się za­cho­wać po­zory wła­ści­wej so­bie sta­now­czo­ści i pew­no­ści sie­bie, Char­les Mit­chell wcho­dził po scho­dach pro­wa­dzą­cych do nu­meru 55 przy Wall Street1. Wy­da­rze­nia tego po­po­łu­dnia były jed­nak dru­zgo­cące. Wra­ca­jąc do ga­bi­netu, miał świa­do­mość, że oczy ca­łego Wall Street zwró­cone są wła­śnie na niego: wszy­scy po ko­lei, od ma­kle­rów sto­ją­cych na ulicy po jego wła­sną se­kre­tarkę, śle­dzili jego kroki i wpa­try­wali się w jego twarz, pró­bu­jąc wy­czy­tać z niej zna­cze­nie naj­drob­niej­szego gry­masu, naj­drob­niej­szej zmarszczki, naj­drob­niej­szej bruzdy.

W sza­rym, trzy­czę­ścio­wym gar­ni­tu­rze, z ra­mio­nami ścią­gnię­tymi do tyłu i uśmie­chem przy­kle­jo­nym do twa­rzy, Mit­chell ma­sze­ro­wał po­kry­tym szklaną ko­pułą głów­nym ho­lem Na­tio­nal City Bank. Ze stro­pem na wy­so­ko­ści dwu­dzie­stu pię­ciu me­trów i dwoj­giem ma­syw­nych drzwi z li­tego brązu2, strze­gą­cych sejfu wa­żą­cego około trzy­stu ton, był to naj­więk­szy bank w ca­łym kraju3.

Było krótko po pią­tej trzy­dzie­ści po po­łu­dniu, w po­nie­dzia­łek 28 paź­dzier­nika 1929 roku4. Kilka go­dzin wcze­śniej giełda za­mknęła się gwał­tow­nym, przy­pra­wia­ją­cym o za­wrót głowy spad­kiem o 13 pro­cent po ty­go­dniu szar­pią­cych nią kon­wul­sji spad­ko­wych; dzi­siej­sze za­ła­ma­nie było bez po­rów­na­nia naj­głęb­sze5. Po­grą­ża­jące się w mroku ulice śród­mie­ścia wciąż ro­iły się od za­nie­po­ko­jo­nych bro­ke­rów w zwa­nych fe­do­rami fil­co­wych ka­pe­lu­szach i kasz­kie­tach, chłop­ców na po­syłki i te­le­fo­ni­stek z cen­tral: wszy­scy plot­ko­wali i snuli do­my­sły o za­ła­ma­niu na gieł­dzie6. Co spo­wo­do­wało spa­dek? Ja­kiego po­ziomu się­gnie ju­tro? Czy giełdy w ogóle się otwo­rzą?7

Gdy Mit­chell kie­ro­wał się do ga­bi­netu, w mi­ja­nych przez sie­bie okien­kach ka­so­wych8 wi­dział od­bi­ja­jące się w nich za­puch­nięte worki pod oczami i swoje roz­czo­chrane, si­wie­jące brwi. Opadł ciężko na krze­sło za ma­ho­nio­wym biur­kiem. Po­kój urzą­dzono w wy­nio­śle for­mal­nym stylu, jaki przy­stoi osiem­na­sto­wiecz­nemu mę­żowi stanu: zdo­biły go drew­niane krze­sła, sto­jący ze­gar szaf­kowy na tle kre­mo­wo­bia­łej bo­aze­rii, oflan­ko­wany por­tre­tami Geo­rge’a Wa­shing­tona9, który z peł­nym prze­ko­na­niem i sta­now­czo­ścią po­kie­ro­wać miał nie­pod­le­głym od nie­dawna pań­stwem – cno­tami, któ­rym Mit­chell rów­nież pra­gnął hoł­do­wać we wła­snym ży­ciu.

Ten wy­spor­to­wany, pięć­dzie­się­cio­dwu­letni prze­wod­ni­czący rady dy­rek­to­rów banku – czło­wiek z na­tury nie­zwy­kle opty­mi­styczny, któ­rego prasa na­zy­wała „Sło­necz­nym Char­liem”10 – spę­dził po­po­łu­dnie na zwo­ła­nych w try­bie pil­nym na­ra­dach w no­wo­jor­skim Banku Re­ze­rwy Fe­de­ral­nej11, za­sta­na­wia­jąc się, jak uspo­koić ry­nek. Ktoś z taką sa­mo­świa­do­mo­ścią jak Mit­chell, od­gry­wa­jący rolę Wiel­kiego Czło­wieka, po­wi­nien być na tę chwilę zna­ko­mi­cie przy­go­to­wany. Miał do­świad­cze­nie, po­zy­cję i sta­lowe nerwy nie­zbędne, by prze­pro­wa­dzić Wall Street przez ten ciężki okres.

A jed­nak czuł się ob­na­żony i bez­bronny.

Nie miał jed­nak czasu, by roz­trzą­sać swój stan du­cha. Wszedł na górę, by na­ra­dzić się z Hugh Ba­ke­rem12, który kie­ro­wał wów­czas dzia­łem ob­rotu ak­cjami w Na­tio­nal City.

Ba­ker, wy­soki, łysy męż­czy­zna o prze­ni­kli­wym spoj­rze­niu, za­czął tłu­ma­czyć Mit­chel­lowi spo­koj­nym to­nem, choć w spo­sób nie do końca ja­sny, co za­szło pod jego nie­obec­ność, gdy udał się do sie­dziby Re­ze­rwy Fe­de­ral­nej.

– Nasz port­fel spuchł dziś nie­by­wale dzięki ak­cjom Na­tio­nal City Bank13 – oświad­czył Ba­ker.

Mit­chell wpa­try­wał się w niego, cze­ka­jąc, aż wresz­cie po­wie wprost, co ma na my­śli. Ba­ker w końcu wy­rzu­cił z sie­bie:

– Ku­pi­li­śmy sie­dem­dzie­siąt parę ty­sięcy ak­cji.

Do Mit­chella, który po­tra­fił bły­ska­wicz­nie wy­ko­ny­wać wszel­kie ob­li­cze­nia w pa­mięci, od razu do­tarła na­tura i skala tej sprawy. Coś nie­wia­ry­god­nego!14 – po­my­ślał. Bank nie miał aż tyle go­tówki, by opła­cić te wszyst­kie ak­cje. Wpadł w obu­rze­nie – i w prze­ra­że­nie. Wszystko, co udało mu się do­tąd zbu­do­wać, na­gle sta­nęło w ob­li­czu za­głady.

Le­d­wie mie­siąc wcze­śniej Mit­chell był u szczytu po­wo­dze­nia. Do­piął po­ro­zu­mie­nia w spra­wie prze­ję­cia Corn Exchange Bank, zu­chwa­łej ope­ra­cji15, która miała zmie­nić Na­tio­nal City z naj­więk­szego banku w kraju w naj­więk­szy bank na świe­cie, od­bie­ra­jąc tym sa­mym palmę pierw­szeń­stwa Lon­dy­nowi i po­ma­ga­jąc No­wemu Jor­kowi osta­tecz­nie przy­ćmić swego ry­wala jako glo­bal­nej sto­licy fi­nan­sów. Hi­sto­ria działa się na ich oczach, dawny po­rzą­dek miał lec w gru­zach, a za­grywka ta uczy­nić z Mit­chella pana tego świata.

By do­pro­wa­dzić tę trans­ak­cję do skutku16, Mit­chell zmu­szony był po­ło­żyć na szali ogromny cię­żar bę­dą­cych w jego po­sia­da­niu ak­cji, co wią­zało się ze znacz­nym ry­zy­kiem. Udzia­łowcy Corn Exchange mo­gli otrzy­mać 360 do­la­rów go­tówką za każdą ze swych ak­cji albo uzy­skać cztery piąte ak­cji Na­tio­nal City Bank17. Na pa­pie­rze ta ostat­nia oferta wy­glą­dała ko­rzyst­niej: póki kurs Na­tio­nal City utrzy­my­wał się po­wy­żej 450 do­la­rów, cztery piąte ak­cji warte było wię­cej niż 360 do­la­rów w go­tówce. W chwili za­wie­ra­nia umowy kurs był zde­cy­do­wa­nie wyż­szy: ak­cje no­to­wano po 496 do­la­rów za sztukę18. Cena ta mu­sia­łaby się utrzy­mać na tym po­zio­mie do czasu fi­na­li­za­cji trans­ak­cji, do któ­rej dojść miało naj­pew­niej w ciągu ko­lej­nego mie­siąca, po­nie­waż Na­tio­nal City nie dys­po­no­wał w isto­cie do­sta­teczną go­tówką, by wszyst­kim wy­pła­cić na­leż­no­ści. Ten klu­czowy szcze­gół Mit­chell wo­lał jed­nak za­cho­wać dla sie­bie. Dla­tego w ta­jem­nicy po­le­cił swoim ma­kle­rom sku­po­wać ak­cje banku za każ­dym ra­zem, gdy kurs za­czy­nał spa­dać.

Na względ­nie sta­bil­nym rynku nie sta­no­wiło to więk­szego pro­blemu. Naj­więk­sze spółki gieł­dowe nie­ustan­nie od­ku­po­wały wła­sne ak­cje. Jed­nak przy gwał­tow­nych spad­kach ta­kie po­su­nię­cie mo­gło przy­po­mi­nać wrzu­ca­nie pie­nię­dzy do pieca – i to wła­śnie się działo tego po­po­łu­dnia. W cha­osie pre­sji sprze­da­żo­wej zle­ce­nia kupna skła­dane przez Na­tio­nal City re­ali­zo­wano w ta­kim po­śpie­chu, że bank stra­cił ra­chubę co do na­gro­ma­dzo­nych już przez sie­bie wa­lo­rów. Gdy ma­kle­rzy zdo­łali wresz­cie za­pa­no­wać nad sy­tu­acją, oka­zało się, że Na­tio­nal City zo­bo­wią­zał się na­być 71 tys. wła­snych ak­cji19, o wiele wię­cej, niż był w sta­nie opła­cić.

– Wia­do­mość ta zwa­liła mnie z nóg – zwie­rzył się Ba­ke­rowi20.

Trudno było zna­leźć do­bre wyj­ście z tej sy­tu­acji. Fi­nan­so­wa­nie bie­żą­cej dzia­łal­no­ści wy­maga od wiel­kich ban­ków, ta­kich jak Na­tio­nal City, nie­ustan­nego po­ży­cza­nia pod za­staw swo­ich ak­ty­wów. Prawo ban­kowe nie po­zwa­lało im jed­nak ofe­ro­wać wła­snych ak­cji w cha­rak­te­rze za­bez­pie­cze­nia. Tym sa­mym 71 tys. ak­cji kosz­tu­ją­cych około 32 mln do­la­rów21 oka­zało się ba­la­stem, który mógł po­cią­gnąć na dno cały bank.

– Kom­pro­mi­ta­cją dla nas by­łoby za­cią­ga­nie pod za­staw tych ak­cji po­ży­czek w in­nych ban­kach22 – po­wie­dział Mit­chell, do­sko­nale zda­jąc so­bie sprawę z tego, że ry­wale na­tych­miast uzna­liby ta­kie po­su­nię­cie za oznakę sła­bo­ści. Przy kur­sach pi­ku­ją­cych w dół spe­ku­lanci gra­jący na spadki, czyli ma­kle­rzy ob­sta­wia­jący, że ak­cje będą ta­nieć, szu­kali już so­bie do­god­nych ce­lów, wie­trząc pierw­sze oznaki sła­bo­ści.

Giełda znaj­do­wała się na gra­nicy za­ła­ma­nia. Wo­lu­men sprze­daży prze­cią­żył na­wet ludz­kie moż­li­wo­ści ob­sługi oprzy­rzą­do­wa­nia par­kietu, i to do tego stop­nia, że ty­dzień wcze­śniej, w czwar­tek, gieł­dowa ta­śma no­to­wań spóź­niała się z po­da­wa­niem bie­żą­cych kur­sów o cztery go­dziny, czyli po­nad dwu­krot­nie w sto­sunku do naj­dłuż­szych wcze­śniej­szych opóź­nień.

Ozna­czało to, że wielka ta­blica z nie­ak­tu­al­nymi ce­nami, gó­ru­jąca nad par­kie­tem No­wo­jor­skiej Giełdy Pa­pie­rów War­to­ścio­wych, była cał­ko­wi­cie nie­przy­datna. Ob­rót ak­cjami w ta­kich wa­run­kach przy­po­mi­nał sy­tu­ację gra­cza na me­czu ba­se­bal­lo­wym w ósmej run­dzie, przy­glą­da­ją­cego się ta­blicy wy­ni­ków nie­od­świe­ża­nej od rundy trze­ciej, gdy wszy­scy wo­kół wy­krzy­kują sprzeczne opi­nie o tym, która dru­żyna pro­wa­dzi i o ile punk­tów wy­prze­dza ry­wala. Ceny ak­cji sprze­da­wa­nych pry­wat­nie, czyli poza giełdą, w ra­mach prak­tyki zwa­nej off-exchange, jak w przy­padku wa­lo­rów Na­tio­nal City, po­da­wano z jesz­cze więk­szym opóź­nie­niem, po­nie­waż po­wią­zane były z ru­chami na rynku ogól­nym i nie ak­tu­ali­zo­wano ich do­dat­kowo w cza­sie rze­czy­wi­stym, co zwięk­szało zwłokę. Dla ma­kle­rów z Wall Street je­dyną roz­sądną de­cy­zją w tej sy­tu­acji było po­zby­cie się ich oraz bru­tal­nie rzecz uj­mu­jąc, wy­nie­sie­nie się czym prę­dzej z giełdy. I do tego w końcu do­szło.

Mit­chell zda­wał so­bie sprawę, że je­śli spró­buje z po­wro­tem zrzu­cić na osła­biony w ta­kim stop­niu ry­nek choćby nie­wielki uła­mek ak­cji Na­tio­nal City, na­tych­miast za­czną krą­żyć po­gło­ski o nie­wy­pła­cal­no­ści banku, a to z ła­two­ścią mo­głoby wpra­wić w ruch błędne koło, któ­rego nie da­łoby się już za­trzy­mać. Do­sta­tecz­nie szybki spa­dek cen mógłby wy­wo­łać kry­zys w znacz­nie więk­szej skali: „brak za­ufa­nia mógłby wy­wo­łać run”23 – jak po­wie­dział Ba­ke­rowi Mit­chell, wy­obra­ża­jąc so­bie de­po­nen­tów usta­wio­nych w ko­lejce przed każdą z pięć­dzie­się­ciu ośmiu fi­lii banku w ca­łym kraju.

Run na naj­więk­szy bank w kraju. Naj­więk­sza zmora ban­kie­rów.

Na­tio­nal City nie był jed­nak byle ja­kim ban­kiem. Po­przed­nik póź­niej­szej Ci­ti­group od­po­wia­dał w la­tach 20. za udzie­la­nie ame­ry­kań­skim kor­po­ra­cjom jed­nej czwar­tej wszyst­kich po­ży­czek24. Byłby to upa­dek o epic­kich roz­mia­rach, naj­więk­sza pa­nika ban­kowa, jaką świat kiedy­kol­wiek wi­dział.

Mit­chel­lowi aż nadto do­brze znany był chaos, jaki może wpro­wa­dzić run na bank. W okre­sie pa­niki w 1907 roku25 był pra­cow­ni­kiem niż­szego szcze­bla w Trust Com­pany of Ame­rica, po­tęż­nej in­sty­tu­cji fi­nan­so­wej, którą plotki do­pro­wa­dziły nie­mal do ru­iny, bez­pod­staw­nie wią­żąc ją z nie­udaną próbą opa­no­wa­nia rynku mie­dzi. W chwili, gdy za­ufa­nie wy­pa­ro­wało, kon­trolę prze­jął strach. Mit­chell pra­co­wał wów­czas w okienku ka­so­wym jako je­den z ka­sje­rów26 wy­da­ją­cych go­tówkę prze­ra­żo­nym klien­tom, któ­rzy pę­dzili z nią do domu, by scho­wać ją w kre­den­sie czy pod łóż­kiem. Bank zna­lazł się wów­czas o włos od upadku.

Obecna sy­tu­acja, gdyby przy­szło mu się z nią zmie­rzyć, by­łaby o ty­siąc razy gor­sza, a jej skutki się­gnę­łyby da­leko poza Na­tio­nal City.

Mimo tam­tego bo­le­snego do­świad­cze­nia w Trust Com­pany, ni­gdy nie przy­pusz­czał, że Na­tio­nal City może zna­leźć się w aż tak nie­pew­nym po­ło­że­niu. Sek­tor fi­nan­sowy się prze­cież zmie­nił. Bu­do­wał tę in­sty­tu­cję od pod­staw27 – miała być twier­dzą zdolną wy­trzy­mać naj­cięż­sze na­wet ob­lę­że­nie. Miała być nie do zdo­by­cia.

A jed­nak zna­lazł się w tej sy­tu­acji, sam, u sa­mego szczytu, bez żad­nego planu, bez stra­te­gii dzia­ła­nia, nie ma­jąc po­ję­cia, jaki ruch wy­ko­nać.

Po roz­mo­wie z Ba­ke­rem wpa­dli jesz­cze ra­zem po Gor­dona Rent­schlera, pre­zesa banku, i całą trójką wci­snęli się na tylne sie­dze­nia czar­nego Rolls-Royce’a na­le­żą­cego do Mit­chella28. Prze­je­chali przez za­tkane, duszne ulice Man­hat­tanu do swych do­mów na Up­per East Side, z ulgą zni­ka­jąc z oczu tłu­mów, które ścią­gnęły na Wall Street, by uj­rzeć rzeź. Pod­czas gdy pra­cow­nicy Na­tio­nal City je­dli przy biur­kach ka­na­pki na ko­la­cję, przez całą noc za­prząt­nięci zli­cza­niem po­twier­dzeń do­ko­na­nych trans­ak­cji i po­wtór­nym spraw­dza­niem ksiąg ra­chun­ko­wych, a nie­któ­rzy z nich za­sy­piali na pod­ło­gach swo­ich biur29 z ra­cji ogromu pracy, którą trzeba było wy­ko­nać przed świ­tem, mó­zgi cen­trum ope­ra­cyj­nego Na­tio­nal City szu­kały schro­nie­nia w swo­ich luk­su­so­wych re­zy­den­cjach miesz­czą­cych się wzdłuż wschod­niego obrzeża Cen­tral Parku.

W sa­mo­cho­dzie omó­wili wy­da­rze­nia bie­żą­cego dnia i per­spek­tywy na wto­rek30. Ża­den spo­śród tej trójki nie miał naj­mniej­szych złu­dzeń, że ry­nek się wtedy od­bije. Je­dyne py­ta­nie brzmiało: jak utrzy­mać Na­tio­nal City poza li­nią ognia. Sam Mit­chell był pe­wien, że w ra­zie nie­pod­ję­cia ja­kichś ra­dy­kal­nych kro­ków „doj­dzie do pio­no­wego spadku kursu”31. Mit­chell po­le­gał w znacz­nej mie­rze na opi­niach Ba­kera i Rent­schlera, któ­rzy, po­dob­nie jak on, z na­tury za­cho­wy­wali nie­złomny opty­mizm. Ni­gdy nie po­dej­mo­wał waż­nych de­cy­zji, nie za­się­gnąw­szy wcze­śniej u nich rady. Ale w ciągu tej trwa­ją­cej go­dzinę jazdy ża­den z nich nie zna­lazł sen­sow­nego roz­wią­za­nia. Co do jed­nego byli zgodni: pro­blem był na­prawdę po­ważny.

Kiedy Mit­chell do­tarł do swej re­zy­den­cji przy Pią­tej Alei na wy­so­ko­ści Sie­dem­dzie­sią­tej Czwar­tej Ulicy32 – pię­cio­pię­tro­wej ka­mie­nicy przy­po­mi­na­ją­cej re­ne­san­sowe wło­skie pa­lazzo – w drzwiach cze­kał już na niego, jak co wie­czór, ka­mer­dy­ner, je­den z po­nad tu­zina pra­cow­ni­ków za­trud­nio­nych w jego domu33. Mit­chell prze­szedł przez olśnie­wa­jący we­sty­bul, z gar­de­ro­bami po obu stro­nach i fon­tanną w głębi, po czym ru­szył sze­roką, okrą­głą klatką scho­dową w górę, mi­nął dru­gie pię­tro, gdzie oka­zały sa­lon wy­cho­dził na Cen­tral Park, i do­tarł do swo­jej bi­blio­teki na trze­cim – do miej­sca, w któ­rym czę­sto od­by­wał spo­tka­nia i gdzie bar­dziej niż gdzie­kol­wiek in­dziej lu­bił się za­my­kać, by roz­my­ślać w sa­mot­no­ści.

Jed­nak tego wie­czora mu­siał się po­śpie­szyć z to­a­letą, gdyż wy­bie­rał się z wi­zytą do in­nego ma­gnata fi­nan­so­wego, Ber­narda Ba­ru­cha, na uro­czy­stą ko­la­cję wy­daną na cześć an­giel­skiego po­li­tyka na­zwi­skiem Win­ston Chur­chill34, w któ­rej udział wziąć miała cała śmie­tanka ban­ko­wo­ści i prze­my­słu.

Mit­chell nie na­le­żał do lu­dzi, któ­rzy zwy­kli zmie­niać plany i od­wo­ły­wać spo­tka­nia, zwłasz­cza tego wie­czoru wy­da­wało się to nie do po­my­śle­nia. W obec­nej sy­tu­acji trzeba było dzia­łać z naj­sta­ran­niej­szym na­my­słem nad tym, co lu­dzie po­wie­dzą. Gdyby się tam nie zja­wił, mo­gły za­cząć krą­żyć po­gło­ski o tym, że w Na­tio­nal City dzieje się coś nie­do­brego.

Na­stęp­nego dnia Mit­chell obu­dził się wcze­śnie rano po nie­prze­spa­nej nocy35, pod­czas któ­rej wciąż na nowo od­gry­wał w pa­mięci wy­da­rze­nia po­przed­niego dnia i roz­pacz­li­wie szu­kał roz­wią­za­nia. Od­dał się obo­wiąz­ko­wej, trwa­ją­cej pięt­na­ście mi­nut co­dzien­nej po­ran­nej gim­na­styce – „na roz­ru­sza­nie”, jak rzecz na­zy­wał36 – która zwy­kle przy­no­siła mu uko­je­nie. „Żadna bły­sko­tli­wość ani oso­bi­sty urok nie wy­niosą czło­wieka na szczyt i go tam nie utrzy­mają, je­śli nie po­trafi dzień po dniu sta­wiać się z uśmie­chem wo­bec świata”37 – jak ma­wiał o swoim ćwi­cze­nio­wym ry­tu­ale.

Przy śnia­da­niu Mit­chell za­wsze prze­glą­dał ga­zety. Czy coś wy­cie­kło o Na­tio­nal City? Czy ktoś wie­dział o jego po­ło­że­niu? „Ceny ak­cji spa­dają o 14 mld do­la­rów w ogól­no­kra­jo­wej pa­nice wy­prze­daży; ban­kie­rzy za­mie­rzają dziś wes­przeć giełdę”38 – gło­sił na­głó­wek na pierw­szej stro­nie „New York Ti­mesa”, pod­czas gdy „Da­ily News” otwie­rał nu­mer ty­tu­łem Krach na gieł­dzie na 10 mld do­larów39. Nic z tego nie było dla niego no­wo­ścią.

Na dru­giej stro­nie „Da­ily News” zo­ba­czył jed­nak swoją fo­to­gra­fię. Nie­gdyś lu­bo­wał się w oglą­da­niu sie­bie w ga­ze­tach, ostat­nio jed­nak nie przy­no­siło mu to już ta­kiej przy­jem­no­ści, zwłasz­cza od­kąd łech­cące do­tąd jego próż­ność ko­men­ta­rze za­częły przy­bie­rać ton zde­cy­do­wa­nie nie­przy­chylny: stał się od­grom­ni­kiem dla po­li­ty­ków z Wa­szyng­tonu40, sło­wem chło­sta­ją­cych osoby z Wall Street.

Naj­bar­dziej za­ja­dłym kry­ty­kiem Mit­chella był wów­czas se­na­tor Car­ter Glass, de­mo­krata z Wir­gi­nii, który uwa­żał giełdę za po­da­tek na­ło­żony na ame­ry­kań­ski do­bro­byt i ob­wi­niał ban­kie­rów o bez­myślne udzie­la­nie kre­dytu spe­ku­lan­tom. Ukuł na­wet spe­cjalny ter­min na to zja­wi­sko: „mit­chel­lizm”41.

Mit­chell wraz z ko­le­gami ban­kie­rami zdą­żyli wy­pra­co­wać okre­śloną stra­te­gię po­stę­po­wa­nia z ludźmi po­kroju se­na­tora Glassa: po pro­stu go igno­ro­wali. To, co działo się na Wall Street, nie było, ich zda­niem, sprawą Wa­szyng­tonu. Po paź­dzier­niku 1929 roku sta­no­wi­ska tego nie dało się już utrzy­mać.

Po opusz­cze­niu domu Mit­chell udał się na spo­tka­nie się z Rent­schle­rem na Pią­tej Alei. Dzień był po­chmurny i chłodny, a choć za­trud­niał dwóch szo­fe­rów42, a po­nadto dys­po­no­wał w pełni wy­po­sa­żo­nym ga­ra­żem przy Dzie­więć­dzie­sią­tej Siód­mej Ulicy, czę­sto wo­lał cho­dzić pie­szo. Wspól­nie ru­szyli na po­łu­dnie. Na rogu Sześć­dzie­sią­tej Pią­tej Ulicy i Pią­tej Alei, kiedy cze­kali na prze­jazd sa­mo­cho­dów prze­ci­na­ją­cych po­prze­czną ar­te­rię Cen­tral Parku, Mit­chell zrzu­cił na przy­ja­ciela zdu­mie­wa­jącą no­winę.

Chcąc ochro­nić swój bank, jak zwie­rzył się Rent­schle­rowi, po­sta­no­wił tego ranka za­cią­gnąć oso­bi­stą po­życzkę na kwotę 12 mln do­la­rów, kil­ka­krot­nie prze­wyż­sza­jącą jego ma­ją­tek netto, i użyć jej do wy­ku­pie­nia od banku ak­cji Na­tio­nal City.

– Coś trzeba zro­bić43 – po­wie­dział.

Rent­schler onie­miał.

– Nie rób tego – bła­gał przy­ja­ciela. – Nie wy­sta­wiaj się tak na cios. Znaj­dziemy ja­kieś inne wyj­ście.

Pro­po­zy­cja Mit­chella na­ra­żała na nie­bez­pie­czeń­stwo nie tylko jego for­tunę, ale przy­szłość ca­łej jego ro­dziny. Gdyby kurs ak­cji na­dal spa­dał, Mit­chel­lowi gro­ziła do­szczętna ru­ina fi­nan­sowa, która po­grą­ży­łaby wraz z nim jego żonę Eli­za­beth i dwoje dzieci, Ritę i Cra­iga.

Ta­kie było pierw­sze ry­zyko. Było jed­nak i dru­gie: żeby ten plan miał cho­ciaż naj­mniej­szy cień szansy na po­wo­dze­nie, na­le­żało go prze­pro­wa­dzić w naj­ści­ślej­szej ta­jem­nicy. Gdyby ry­wa­li­zu­jący ze sobą gra­cze gieł­dowi od­kryli, że prze­wod­ni­czący naj­więk­szego banku w Sta­nach Zjed­no­czo­nych oso­bi­ście ra­tuje wła­sną in­sty­tu­cję, roz­pę­ta­łoby się pie­kło.

Spa­ce­ru­jąc z nim da­lej, Rent­schler ro­bił wszystko, by od­wieść Mit­chella od tego po­my­słu. Jed­nak na próżno.

Był już wto­rek, 29 paź­dzier­nika 1929 roku, dzień, który eko­no­mi­sta John Ken­neth Gal­bra­ith póź­niej na­zwie „naj­bar­dziej dru­zgo­cą­cym dniem w hi­sto­rii no­wo­jor­skiego rynku ak­cji, a być może naj­bar­dziej dru­zgo­cą­cym dniem w ca­łej hi­sto­rii giełdy”44.

Choć od kra­chu gieł­do­wego 1929 roku mi­nęło już nie­mal stu­le­cie, wciąż po­zo­staje on naj­więk­szą – i w znacz­nej mie­rze nie­wła­ści­wie ro­zu­mianą – ka­ta­strofą fi­nan­sową w no­wo­cze­snych dzie­jach. W dzi­siej­szej opi­nii pu­blicz­nej pa­nuje co naj­wy­żej mgli­ste po­ję­cie o tym, co wów­czas za­szło, a je­dy­nie garstka lu­dzi ma ja­kie­kol­wiek wy­obra­że­nie o oso­bach, które ode­grały naj­waż­niej­sze role w tym dra­ma­cie, o tym, czego się do­pu­ściły, by przy­spie­szyć na­dej­ście kry­zysu, dla­czego nie do­strze­gły go za­wczasu i ja­kie pod­jęły kroki, by do­pro­wa­dzić do jego za­koń­cze­nia. A co jesz­cze waż­niej­sze, nie do­strzega się ude­rza­ją­cych po­do­bieństw mię­dzy ów­cze­sną epoką a dzi­siej­szym kli­ma­tem po­li­tycz­nym i go­spo­dar­czym.

Lata 20. to w hi­sto­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych okres, w któ­rym na­ro­dziła się no­wo­cze­sna go­spo­darka kon­sump­cyjna, dziś uwa­żana za rzecz oczy­wi­stą. Gdy mi­liony Ame­ry­ka­nów opusz­czały farmy i mia­steczka w po­szu­ki­wa­niu le­piej płat­nej pracy w me­tro­po­liach, two­rzyły ry­nek dla nie­zna­nych do­tąd wy­gód i to­wa­rów. Ku­po­wali sa­mo­chody, ra­dia i zmy­warki45 – pro­dukty, któ­rych po­trzeby nikt wcze­śniej nie od­czu­wał, a które miały te­raz czy­nić ży­cie ła­twiej­szym i przy­jem­niej­szym.

Naj­waż­niej­szym jed­nak z pro­duk­tów, tym, który umoż­li­wiał na­by­cie wszyst­kich po­zo­sta­łych, był kre­dyt. „Kup te­raz, za­płać póź­niej”. W tym ha­śle kryła się ja­kaś ma­gia.

W 1919 roku firma Ge­ne­ral Mo­tors zdjęła klą­twę, jaką ob­ło­żone było za­cią­ga­nie po­ży­czek oso­bi­stych, i roz­po­częła ak­cję sprze­daży sa­mo­cho­dów na kre­dyt46. Wkrótce po­tem Se­ars, Ro­ebuck & Co. za­ofe­ro­wał „plany ra­talne”47 na dro­gie urzą­dze­nia do­mowe, a na­stęp­nie rów­nież na inne to­wary przy­datne w ży­ciu co­dzien­nym. Do­strze­gł­szy tę zmianę kul­tu­rową, banki zauto­ma­ty­zo­wały te pro­ce­dury w przy­padku drob­niej­szych na­byw­ców. Giełda przy Wall Street po­szła o krok da­lej i za­częła ofe­ro­wać kre­dyt rów­nież na za­kup ak­cji: na­zy­wano to ku­po­wa­niem „na kre­dyt ma­kler­ski”. Ame­ry­ka­nie z klasy śred­niej ca­łymi ty­sią­cami otwie­rali ma­kler­skie ra­chunki kre­dy­towe48, wpła­ca­jąc 10 lub 20 pro­cent war­to­ści za­kupu ak­cji, a resztę po­ży­cza­jąc. Gdy kursy ro­sły, zysk przy­cho­dził za darmo.

Ame­ry­ka­nie nie mu­sieli już oszczę­dzać na do­bra, któ­rych pra­gnęli. Po­ży­cza­nie we­szło w na­wyk, wy­kształ­cony wraz z opty­mi­zmem. Do­póki utrzy­my­wała się wiara w ju­tro, spłatę dłu­gów można było bez końca od­kła­dać na przy­szłość.

Po­je­dyn­cze osoby wzbo­ga­cały się w spo­sób wręcz spek­ta­ku­larny. Naj­bo­gatsi w kraju gro­ma­dzili for­tuny prze­kra­cza­jące 100 mln do­la­rów49, co w prze­li­cze­niu na dzi­siej­sze war­to­ści od­po­wia­da­łoby nie­mal 2 mld. Nie­któ­rzy z me­ne­dże­rów naj­wyż­szego szcze­bla w naj­więk­szych ame­ry­kań­skich przed­się­bior­stwach otrzy­my­wali wy­na­gro­dze­nia i pre­mie w wy­so­ko­ści od 2 do 3 mln do­la­rów rocz­nie, sta­no­wią­cych obec­nie rów­no­war­tość od 37 do 56 mln do­la­rów.

A bo­gac­twu to­wa­rzy­szyła sława. Była to, rzec można, pierw­sza epoka praw­dzi­wych ce­le­bry­tów: ma­sowo wy­twa­rzana, na­pę­dzana przez me­dia ob­se­sja na punk­cie jed­no­stek nie tylko z po­wodu ich ta­lentu czy osią­gnięć, lecz ze względu na samą ich wi­docz­ność. I co­raz czę­ściej w cen­trum uwagi nie znaj­do­wali się ar­ty­ści czy spor­towcy, lecz bo­ga­cze. Gwiazdy Hol­ly­wo­odu, po­kroju Char­liego Cha­plina, Clary Bow czy Do­uglasa Fa­ir­banksa, na­dal tra­fiały wpraw­dzie na czo­łówki ga­zet, obok Babe Ruth czy Char­lesa Lind­ber­gha, ale po raz pierw­szy do­łą­czyli do nich biz­nes­meni. W epoce, która utoż­sa­miła for­tunę z ge­nial­no­ścią, ma­gnaci z Wall Street i branży prze­my­sło­wej stali się na­zwi­skami roz­po­zna­wal­nymi dla każ­dego. Cza­so­pi­sma ta­kie jak „Time”, który za­czął uka­zy­wać się w 1923 roku, czy „For­bes”, wy­da­wany od 1917 roku, uczy­niły z fi­nan­si­stów naj­więk­szych bo­ha­te­rów okła­dek. Ich za­robki śle­dzono i ana­li­zo­wano z naj­wyż­szą uwagą, ich wy­po­wie­dzi cy­to­wano ni­czym Bi­blię. Naj­bo­gat­szych lu­dzi w Sta­nach Zjed­no­czo­nych przed­sta­wiano jako wi­zjo­ne­rów, jako sym­bol suk­cesu w opę­ta­nym jego żą­dzą na­ro­dzie.

Coś, co z dzi­siej­szej per­spek­tywy wy­daje się naj­bar­dziej wy­raźne, to skala, w ja­kiej ten odu­rza­jący do­bro­byt lat 20. prze­sła­niał ukryte nie­rów­no­ści, głę­bo­kie roz­sz­cze­pie­nie ame­ry­kań­skiego spo­łe­czeń­stwa. W miarę wzro­stu wy­daj­no­ści rol­nic­twa za sprawą uspraw­nień tech­nicz­nych, w co­raz mniej­szym stop­niu za­leż­nego od na­jem­nej pracy fi­zycz­nej, ogromne rze­sze ro­bot­ni­ków rol­nych po­pa­dały w eko­no­miczne ta­ra­paty, a wraz z nimi w nę­dzy po­grą­żały się mia­steczka, w któ­rych do­tąd żyli, co do­dat­kowo po­głę­biało prze­paść mię­dzy uprzy­wi­le­jo­wa­nymi w mie­ście a tymi, któ­rzy po­zba­wieni po­dob­nych przy­wi­le­jów żyli na wsi. Giełda przy Wall Street uno­siła się ni­czym ol­brzymi ba­lon nad zwy­kłymi ludźmi, a czo­łowi jej gra­cze, ośle­pieni wła­snym mi­tem, za­ży­wali wszel­kich wy­gód świata, który wy­da­wał się kró­le­stwem, a do któ­rego wstęp przy­słu­gi­wał je­dy­nie wy­bra­nym. Ów­cze­sny rząd nie­wiele so­bie z tego ro­bił, w Wa­szyng­to­nie pa­no­wała bo­wiem at­mos­fera skraj­nego le­se­fe­ry­zmu. Pre­zy­dent Ca­lvin Co­olidge z dumą dą­żył do ob­ni­ża­nia po­dat­ków50 i przy­wró­ce­nia rzą­dowi fe­de­ral­nemu zna­cze­nia oraz upraw­nień sprzed okresu pierw­szej wojny świa­to­wej. Uwa­żał, że Ame­ry­ka­nie sami po­tra­fią roz­wią­zy­wać wła­sne pro­blemy. I cie­szył się z tego po­wody ol­brzy­mią po­pu­lar­no­ścią51.

Biz­nes ocho­czo wpro­wa­dzał wła­sne re­guły. Gdy gi­gan­tyczne kor­po­ra­cje, ta­kie jak U. S. Steel czy Ge­ne­ral Mo­tors, zdo­by­wały do­mi­na­cję na ryn­kach i od­no­to­wały nie­bo­tyczne zy­ski, bo­ga­cze sta­wali się klasą samą w so­bie, szcze­gól­nie w No­wym Jorku, sie­dzi­bie Wall Street – naj­po­tęż­niej­szej ma­szyny do wy­twa­rza­nia bo­gac­twa, jaką kie­dy­kol­wiek wi­dział świat. Gdy w Har­le­mie roz­kwi­tał jazz, a Do­ro­thy Par­ker prze­wo­dziła światu li­te­rac­kiemu w ho­telu Al­go­nquin52, giełda ozła­cała samo mia­sto, a naj­bar­dziej uprzy­wi­le­jo­wani wzno­sili świą­ty­nie ku czci wła­snej for­tuny, które prze­trwały do dziś. Piąta Aleja, Park Ave­nue czy Cen­tral Park West53, w po­staci, w ja­kiej je dziś znamy, w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze są wy­two­rem lat 20. ubie­głego wieku. Man­hat­tan wy­strze­lił ku gó­rze. Liczba miesz­kań­ców mia­sta wzro­sła nie­mal do 7 mln54, i to nie tyle za sprawą imi­gran­tów przy­by­wa­ją­cych do USA przez El­lis Is­land, jak w po­przed­nich de­ka­dach, ile mi­gran­tów z reszty kraju, opusz­cza­ją­cych pro­win­cję dla uro­ków wiel­ko­miej­skiego ży­cia oraz, w przy­padku wielu, w na­dziei na szyb­kie wzbo­ga­ce­nie.

Aż do prze­łomu XIX wieku giełdy za­cho­wy­wały ogra­ni­czone roz­miary i po­zo­sta­wały na ubo­czu, opa­no­wane głów­nie przez wta­jem­ni­czo­nych w tę grę, zwa­nych in­si­de­rami. W tak zwa­nym do­brym to­wa­rzy­stwie na­by­wa­nie i sprze­da­wa­nie ak­cji trak­to­wano z po­gardą, jako brudne za­ję­cie, do­menę ha­zar­dzi­stów i od­szcze­pień­ców. Więk­szość Ame­ry­ka­nów nie­wiele wie­działa o co­dzien­nych utra­pie­niach rynku ak­cji. W ma­łych i śred­nich mia­stach, gdzie żyła więk­szość lud­no­ści USA, wia­do­mo­ści o to­czą­cych się w wiel­kich me­tro­po­liach grach o pie­nią­dze do­cie­rały z da­leka co naj­wy­żej w po­staci po­gło­sek.

Wszystko zmie­niło się na po­czątku XX wieku, gdy kraj ogar­nęła go­rączka prze­my­słowa. Głodne ka­pi­tału na in­we­sto­wa­nie w fa­bryki i re­klamę swo­ich pro­duk­tów przed­się­bior­stwa ru­szyły tłum­nie na No­wo­jor­ską Giełdę Pa­pie­rów War­to­ścio­wych, gdzie dzienne ob­roty prze­bi­jały su­fit, a am­bitni mło­dzieńcy mie­rzyli się ze sobą spry­tem i in­te­lek­tem. (Nie spo­sób nie za­uwa­żyć, że był to świat kształ­to­wany nie­mal wy­łącz­nie przez męż­czyzn. Ko­biety nie były w nim do­brze wi­dziane: nie do­pusz­czano ich do par­kietu gieł­do­wego ani nie po­zwa­lano na współ­de­cy­do­wa­nie o re­gu­łach gry55 – miały po­zo­stać ob­ser­wa­tor­kami tego dra­matu, któ­rego nie wolno im było re­ży­se­ro­wać, a co naj­wy­żej ob­sa­dzano je w dru­go­pla­no­wych ro­lach go­spo­dyń, żon bądź muz).

W la­tach 20. ry­nek ak­cji stał się mo­to­rem na­pę­dza­ją­cym ca­łość go­spo­darki, a jego tłoki za­częły do­cho­dzić do kresu swej wy­daj­no­ści: pra­co­wał na naj­wyż­szych ob­ro­tach, roz­ża­rzony do czer­wo­no­ści, wa­biąc oby­wa­teli jak ćmy do ognia.

Aż w końcu się prze­grzał.

Dłu­go­trwałe i nie­prze­rwane hossy gieł­dowe, ta­kie jak ta z lat 20., ro­dzą zbio­rowe złu­dze­nia. Opty­mizm staje się nar­ko­ty­kiem albo re­li­gią, albo czymś po­śred­nim mię­dzy jed­nym a dru­gim. W at­mos­fe­rze go­rą­cych „cyn­ków”, oka­zji zda­rza­ją­cych się raz na mi­lion, za­bój­czo sku­tecz­nych chwy­tów sprze­da­żo­wych i slo­ga­nów, któ­rym nie spo­sób się oprzeć, lu­dzie tracą zdol­ność wła­ści­wego osza­co­wa­nia ry­zyka i od­róż­nia­nia do­brych po­my­słów od złych.

A na szczy­tach prze­my­słu i rządu, w cza­sie każ­dej ta­kiej ma­nii, stoją czę­sto lu­dzie nie­róż­niący się wcale od in­nych – ułomni, kie­ru­jący się wła­snym in­te­re­sem, skom­pli­ko­wani. Po­py­chają wy­da­rze­nia na­przód, nie­kiedy śmiało, nie­kiedy po omacku, czę­sto nie poj­mu­jąc w pełni kon­se­kwen­cji wła­snych dzia­łań. Stan wrze­nia się utrzy­muje – aż wszystko wy­kipi. Nie­któ­rzy wy­ko­rzy­stują chwilę, na­wet so­bie tego nie uświa­da­mia­jąc. Inni ra­cjo­na­li­zują swoje po­stę­po­wa­nie, prze­ko­nu­jąc sa­mych sie­bie, że służą ja­kie­muś wyż­szemu do­bru. Czy szu­kają wła­dzy, apro­baty, czy też po pro­stu dresz­czu emo­cji pły­ną­cego z po­ko­na­nia prze­ciw­no­ści, rzadko zdają so­bie sprawę z tego, że naj­gor­sze do­piero przed nimi.

Nie­mal je­dyną wspólną ni­cią prze­wi­ja­jącą się przez każdy wielki kry­zys fi­nan­sowy jest za­dłu­że­nie. To siła ob­da­rzona po­tęż­nym ła­dun­kiem opty­mi­zmu. Je­śli wy­obra­żamy so­bie przy­szłość jako kra­inę co­raz to no­wych moż­li­wo­ści i do­bro­bytu, to czemu nie się­gnąć po część tych za­so­bów już dziś? Wła­śnie tak działa dług. Ściąga ju­trzej­sze bo­gac­two do te­raź­niej­szo­ści. Pro­blemy za­czy­nają się wtedy, gdy ogar­nia nas chci­wość i bie­rzemy zbyt wiele. Nikt nie wie na pewno, gdzie prze­biega gra­nica – ani co ro­bić, kiedy od­kry­jemy, że już zo­stała prze­kro­czona. W tym mo­men­cie pa­nika staje się re­ak­cją na­tu­ralną. Przy­szłość na­gle do tego stop­nia się kur­czy i staje się tak po­nura, że nie ma już skąd czer­pać opty­mi­zmu.

Zna­mienna aneg­dota z tej epoki do­ty­czy mło­dego Gro­ucha Ma­rxa. Je­sie­nią 1929 roku, gdy no­to­wa­nia zda­wały się ro­snąć bez końca, Gro­ucho Marx re­gu­lar­nie spę­dzał dłu­gie go­dziny na przy­glą­da­niu się ta­śmie no­to­wań w lo­kal­nym domu ma­kler­skim, w od­dziale New­man Bro­thers & Worms w Great Neck na Long Is­land. Jak opo­wia­dał jego syn, nie zdra­dzał „żad­nych cią­got do ha­za­rdu, a na­wet w naj­po­myśl­niej­szych cza­sach nie prze­sta­wał szu­kać spo­so­bów na ogra­ni­cze­nie do­mo­wych wy­dat­ków”56.

– Niech pan tylko spoj­rzy. RCA do­szła do pię­ciu­set trzy­dzie­stu pię­ciu do­la­rów za ak­cję. Wi­dział pan kiedy coś po­dob­nego?57 – za­gad­nął go jego ma­kler, pan Green.

Gro­ucho ni­czego po­dob­nego nie wi­dział.

– Jest jedna rzecz, któ­rej nie poj­muję, pa­nie Green. Sam mam ak­cje RCA. Ale jak to moż­liwe, że sprze­dają się po 535 do­la­rów za sztukę, skoro spółka ni­gdy do­tąd nie wy­pła­ciła dy­wi­dendy?

Ma­kler ob­ja­śniał mu wszystko w spo­sób, jak gdyby mó­wił do nie­zbyt roz­gar­nię­tego dziecka:

– Pa­nie Marx, prze­cięt­nemu czło­wie­kowi, nie­obe­zna­nemu z wiel­kimi fi­nan­sami, trudno po­jąć to, do czego dzi­siaj do­szło. Ale jedno mogę panu po­wie­dzieć: Wall Street nie ogra­ni­cza się już do tej ulicy. To giełda ogól­no­świa­towa. Kursy będą tylko ro­sły, ro­sły i ro­sły. Ka­puje pan?

Gro­ucho po­zo­sta­wał scep­tyczny.

– Pro­szę po­słu­chać, pa­nie Marx, ta sprawa nas obu prze­ra­sta58. Niech Pan z tym nie wal­czy. Niech pan za­ufa, że zo­sta­nie pan bar­dzo bo­ga­tym czło­wie­kiem. Ja wiem, co mó­wię. Sam dzia­łam na gieł­dzie. Mam ro­dzinę i nie po­dej­mo­wał­bym ta­kiego ry­zyka, gdy­bym nie wie­dział, że ten ry­nek wy­ka­zuje się krzep­kim zdro­wiem.

Gro­ucho, pod wra­że­niem tych wy­wo­dów59, po­wtó­rzył je swemu przy­ja­cie­lowi Ma­xowi Gor­do­nowi, pro­du­cen­towi te­atral­nemu z No­wego Jorku, który rów­nież za­czął grać na gieł­dzie:

– Wall Street nie spro­wa­dza się już do tej ulicy. To giełda ogól­no­świa­towa. Moż­li­wo­ści, ja­kie daje, są nie­ogra­ni­czone.

– To lep­sze niż praca – po­wie­dział Gor­don.

Marx, który w tym okre­sie swo­jej ka­riery był jesz­cze ar­ty­stą wo­de­wi­lo­wym, wie­rzył w cynki gieł­dowe nie­za­leż­nie od osoby, która mu je da­wała60: czy była przy­ja­cie­lem, czy kimś zu­peł­nie ob­cym. Gdy win­dziarz w ho­telu Ritz w Bo­sto­nie po­ra­dził mu za­ku­pić ak­cje Union Car­bide, Marx udał się do naj­bliż­szego biura ma­kler­skiego, które mie­ściło się w jego ho­telu, bo na tyle się już roz­po­wszech­niły, gdzie wy­pi­sał czek na 9000 do­la­rów na za­kup ak­cji. Pe­wien ak­tor, który zaj­rzał do jego gar­de­roby, opo­wie­dział mu o Gold­man Sachs Tra­ding Cor­po­ra­tion61, pu­blicz­nej spółce in­we­sty­cyj­nej utwo­rzo­nej przez pry­watną spółkę Gold­man Sachs po to, by sko­rzy­stać z gieł­do­wej pro­spe­rity. Marx na­tych­miast ku­pił ak­cje za 27 tys. do­la­rów.

A po­tem, w ostat­nim ty­go­dniu paź­dzier­nika 1929 roku, za­dzwo­nił do niego ma­kler62:

– Do­szło do nie­wiel­kiego za­ła­ma­nia na gieł­dzie, pa­nie Marx. Le­piej niech pan szybko przy­je­dzie z go­tówką na po­kry­cie de­po­zytu za­bez­pie­cza­ją­cego.

Wszystko skoń­czyło się tak, że Gro­ucho mu­siał ob­cią­żyć dom hi­po­teką, by za­pła­cić ma­kle­rowi.

– Czy to nie pan mnie prze­ko­ny­wał, że nie ma żad­nego ry­zyka, że dzia­łamy na rynku świa­to­wym? – za­py­tał wów­czas.

– Chyba się my­li­łem – od­parł za­wsty­dzony Green.

– Nie, to ja się po­my­li­łem – po­wie­dział Gro­ucho. – Bo pana po­słu­cha­łem.

Wszy­scy ko­chamy aneg­doty, zwięźle ob­ja­śnia­jące nam, jak działa świat. Wszy­scy ko­chamy ła­twy pie­niądz. Po­kusa od stu­leci na­pę­dza ludzką głu­potę, czy bę­dzie to wąż w ogro­dzie Eden, czy ryn­kowa ob­se­sja na punk­cie kryp­to­wa­lut albo sztucz­nej in­te­li­gen­cji. Każda ko­lejna fala łu­dzi nas prze­ko­na­niem, że wy­cią­gnę­li­śmy lek­cję z hi­sto­rii i że tym ra­zem już nie damy się oszu­kać.

A po­tem wszystko się po­wta­rza. Tak wła­śnie stało się w roku 1929.

1W. F. Wam­sley, The Ru­ler of the World’s Lar­gest Bank, „New York Ti­mes”, 29 wrze­śnia 1929 r.

2Na­tio­nal City jest po­przed­ni­kiem Ci­ti­group. W 1955 r. po­łą­czył się z First Na­tio­nal Bank of the City of New York i w 1976 r. zo­stał prze­mia­no­wany na Ci­ti­bank. Po ko­lej­nej se­rii fu­zji w 1998 r. zo­stał prze­mia­no­wany na Ci­ti­group.

3Wam­sley, The Ru­ler of the World’s Lar­gest Bank.

4Uni­ted Sta­tes v. Char­les E. Mit­chell, 32 B. T. A. 1093, 1935 BTALE­XIS 843 (czer­wiec 1933 r.).

5Gary Ri­chard­son, Ale­jan­dro Ko­mai, Mi­chael Gou, Da­niel Park, Stock Mar­ket Crash of 1929, Fe­de­ral Re­se­rve Hi­story, 22 li­sto­pada 2013 r.

6Ta­ble of Sun­rise/Sun­set, Mo­on­rise/Mo­on­set, or Twi­li­ght Ti­mes for an En­tire Year; New York, NY; Rise and Set for the Sun for 1929, US Na­val Ob­se­rva­tory Astro­no­mi­cal Ap­pli­ca­tions De­part­ment, do­stęp 18 maja 2025 r.

7Exchange Ho­li­day Urged, „New York Ti­mes”, 29 paź­dzier­nika 1929 r.

8(For­mer) Na­tio­nal City Bank Bu­il­ding, New York City Land­marks Pre­se­rva­tion Com­mis­sion, 12 stycz­nia 1999 r., https://s-me­dia.nyc.gov/agen­cies/lpc/lp/1979.pdf.

9Tro­ubles of Mit­chell, „Time”, 18 li­sto­pada 1929 r.

10Ka­th­leen Day, Bro­ken Bar­gain: Ban­kers, Ba­ilo­uts, and the Strug­gle to Tame Wall Street (Yale Uni­ver­sity Press, 2019), s. 45.

11He­lve­ring v. Mit­chell, 303 US 391 (1938).

12He­lve­ring v. Mit­chell.

13Uni­ted Sta­tes v. Char­les E. Mit­chell, ze­zna­nie Hugh B. Ba­kera.

14Tamże.

15Na­tio­nal City Uni­tes with Corn Exchange; Forms Lar­gest Bank, „New York Ti­mes”, 20 wrze­śnia 1929 r.

16Tho­mas F. Hu­er­tas, Joan L. Si­lver­man, Char­les E. Mit­chell: Sca­pe­goat of the Crash?, „Bu­si­ness Hi­story Re­view” 60, nr 1 (wio­sna 1986), s. 81–103.

17Ak­cjo­na­riu­sze Corn Exchange mo­gli otrzy­mać 360 do­la­rów: Na­tio­nal City Uni­tes with Corn Exchange; Forms Lar­gest Bank, „New York Ti­mes”.

18Na­tio­nal City Uni­tes with Corn Exchange; Forms Lar­gest Bank, „New York Ti­mes”.

19Hu­er­tas, Si­lver­man, Char­les E. Mit­chell.

20He­lve­ring v. Mit­chell.

21Tamże.

22Tamże.

23Uni­ted Sta­tes v. Char­les E. Mit­chell.

24Hu­er­tas, Si­lver­man, Char­les E. Mit­chell.

25Fre­de­rick Le­wis Al­len, The Lords of Cre­ation: The Hi­story of Ame­rica’s 1 Per­cent (Open Road In­te­gra­ted Me­dia, 1935), s. 246.

26Bruce Bar­ton, Is There Any­thing Here That Other Men Co­uldn’t Do?, „Ame­ri­can Ma­ga­zine”, luty 1923 r.

27Wam­sley, The Ru­ler of the World’s Lar­gest Bank.

28He­lve­ring v. Mit­chell.

29We­ary Run­ners Nap on Bank’s Mar­ble Floor; Mit­chell Or­ders Cha­irs Bro­ught for Them, „New York Ti­mes”, 31 paź­dzier­nika 1929 r.

30He­lve­ring v. Mit­chell.

31Com­mis­sio­ner of In­ter­nal Re­ve­nue vs. Char­les E. Mit­chell, ste­no­gram roz­prawy, t. 3, cz. 4.

32W domu Mit­chella przy Pią­tej Alei 934 , mię­dzy East Se­venty-Fo­urth Street a East Se­venty-Fi­fth Street, na Up­per East Side Man­hat­tanu, mie­ści się dziś kon­su­lat Fran­cji.

33Craig Mit­chell, I Re­mem­ber Fi­fth, „Town & Co­un­try”, wrze­sień 1989 r.

34Ja­mes L. Grant, Ber­nard M. Ba­ruch: The Ad­ven­tu­res of a Wall Street Le­gend (John Wi­ley & Sons, 1997).

35He­lve­ring v. Mit­chell.

36Bar­ton, Is There Any­thing Here That Other Men Co­uldn’t Do?

37Tamże.

38Stock Pri­ces Slump $14,000,000,000 in Na­tion-Wide Stam­pede to Unload; Ban­kers to Sup­port Mar­ket To­day, „New York Ti­mes”, 29 paź­dzier­nika 1929 r.

39Stock Crash 10 Bil­lion Dol­lars, „New York Da­ily News”, 29 paź­dzier­nika 1929 r.

40Glass As­sa­ils Mit­chell for Bank’s Aid to Mar­ket, Stocks Up in Buy­ing Rush, „New York Ti­mes”, 29 marca 1929 r.

41Bu­si­ness of Na­tion Unsha­ken, Dec­lare Tre­asury Of­fi­cials, „Phi­la­del­phia In­qu­irer”, 25 paź­dzier­nika 1929 r.

42Mit­chell, I Re­mem­ber Fi­fth.

43He­lve­ring v. Mit­chell.

44John Ken­neth Gal­bra­ith, The Great Crash 1929 (Ho­ugh­ton Mif­flin Com­pany, 1955), s. 116.

45Becky Lit­tle, Why the Ro­aring Twen­ties Left Many Ame­ri­cans Po­orer, „Hi­story”, 23 marca 2021 r.

46Cul­ture of Debt Was Dri­ven by GM, „Mar­ket­place”, 26 grud­nia 2009 r.

47In­stal­l­ment Buy­ing, 1920–1930, „CQ Press”, sty­czeń 1930 r.

48Gene Smi­ley, Ri­chard H. Ke­ehn, Mar­gin Pur­cha­ses, Bro­kers’ Lo­ans and the Bull Mar­ket of the Twen­ties, „Bu­si­ness and Eco­no­mic Hi­story” 17 (1988), s. 129–142.

49Wil­liam C. Du­rant, Auto Pio­neer, Dies, „New York Ti­mes”, 19 marca 1947 r.

50John Hen­drik­son, Bud­get and Tax Les­sons from Pre­si­dent Ca­lvin Co­olidge, Ca­lvin Co­olidge Pre­si­den­tial Fo­un­da­tion, 10 grud­nia 2014 r.

51Da­vid Gre­en­berg, Ca­lvin Co­olidge (Henry Holt and Com­pany, 2006), s. 57.

52Ja­mes R. Ga­ines, Wit’s End: Days and Ni­ghts of the Al­go­nquin Ro­und Ta­ble (Har­co­urt Brace Jo­va­no­vich, 1977).

53Gu­ide to New York City Land­marks, wyd. 3 (John Wi­ley & Sons, 2004).

541900–1930 – Fi­fte­enth Cen­sus of the Uni­ted Sta­tes: 1930, Po­pu­la­tion, Vo­lume 6: Fa­mi­lies, Ta­ble 4, U. S. Cen­sus Bu­reau, 8 paź­dzier­nika 2021 r.

55Pau­lina Bren, She-Wo­lves: The Untold Hi­story of Wo­men on Wall Street (W. W. Nor­ton & Com­pany, 2024). Mu­riel „Mic­kie” Sie­bert była pierw­szą ko­bietą, która 28 grud­nia 1967 r. ku­piła so­bie miej­sce na NYSE.

56Ar­thur Marx, My Life with Gro­ucho (Bar­ri­cade Bo­oks, 1992), s. 95.

57Tamże.

58Tamże, s. 96.

59Tamże.

60Wil­liam K. Klin­ga­man, 1929: The Year of the Great Crash (Har­per & Row, 1989), s. 90.

61In­ve­st­ment Trust Stock Sub­scri­bed, 900,000 Sha­res of New Gold­man Sachs Tra­ding Corp. Pri­ced at 104 Each, „Bro­oklyn Da­ily Ti­mes”, 7 grud­nia 1928 r. Gold­man Sachs, wów­czas pry­watna spółka part­ner­ska, po­wo­łał do ist­nie­nia Gold­man Sachs Tra­ding Cor­po­ra­tion w 1928 r.

62Marx, My Life with Gro­ucho, s. 125.

Część pierw­sza

Roz­dział pierw­szy

1 lu­tego 1929

W chłodny, sma­gany wia­trem wie­czór 1 lu­tego 1929 roku1, mniej wię­cej go­dzinę przed pół­nocą, Tho­mas La­mont i jego żona Flo­rence pod­je­chali li­mu­zyną w po­bliże Po­mo­stu nr 54, nie­opo­dal Czter­na­stej Ulicy na Man­hat­ta­nie. Gmach wy­bu­do­wany w stylu be­aux arts, za­pro­jek­to­wany przez tych sa­mych ar­chi­tek­tów co Grand Cen­tral Ter­mi­nal2, był en­klawą prze­py­chu i ele­gan­cji po­śród prze­my­sło­wego śmiet­nika i cuch­ną­cych mię­sem ja­tek na da­le­kim West Side.

Przy­stojni, nie­na­gan­nie ubrani La­mon­to­wie pro­mie­nieli, to­ru­jąc so­bie drogę przez ciżbę re­por­te­rów i fo­to­gra­fów ku tra­powi Aqu­ita­nii, luk­su­so­wego, czte­ro­ko­mi­no­wego trans­atlan­tyku dłu­go­ści 275 me­trów3, wy­pły­wa­ją­cego z portu do Cher­bo­urga we Fran­cji.

La­mont, dys­tyn­go­wany, pięć­dzie­się­cio­ośmio­letni star­szy wspól­nik w J. P. Mor­gan & Co.4, na­le­żał do de­le­ga­cji sław­nych ame­ry­kań­skich lu­dzi in­te­resu wy­sy­ła­nych do Pa­ryża na kon­fe­ren­cję, na któ­rej – zgod­nie z po­wszech­nym ocze­ki­wa­niem – miało dojść do za­cie­kłych spo­rów, do­ty­czyła bo­wiem kwe­stii nie­miec­kich re­pa­ra­cji wo­jen­nych.

Była to druga po­do­bna kon­fe­ren­cja w ciągu 4 lat i je­dyny wielki pro­blem geo­po­li­tyczny, jaki wów­czas kładł się cie­niem na świa­to­wej go­spo­darce. Pro­blem, z któ­rym mu­sieli się zmie­rzyć La­mont i jemu po­do­bni, po­zo­sta­wał w grun­cie rze­czy nie­zmie­niony od końca Wiel­kiej Wojny: Niemcy albo nie były go­towe, albo nie były w sta­nie, za­leż­nie od tego, komu dać wiarę, spła­cać An­glii i Fran­cji ol­brzy­miego od­szko­do­wa­nia fi­nan­so­wego uzgod­nio­nego na kon­fe­ren­cji w Wer­salu w 1919 roku5. Stany Zjed­no­czone, li­cząc na czę­ściowe zła­go­dze­nie na­pię­cia przez skło­nie­nie so­jusz­ni­ków do prze­or­ga­ni­zo­wa­nia spłat dłu­gów na­leż­nych od daw­nego prze­ciw­nika, usi­ło­wały nie do­pu­ścić do po­now­nego roz­go­rze­nia kon­fliktu.

Fakt, że od­po­wie­dzial­ność za taką dy­plo­ma­cję spo­czy­wała te­raz na bar­kach li­de­rów ame­ry­kań­skiego biz­nesu, było zna­mien­nym do­wo­dem na to, w ja­kim za­kre­sie han­del przy­ćmił po­li­tykę jako siłę na­pę­dową lat 20.

– Pa­nie La­mont! Pa­nie La­mont! – wo­łali re­por­te­rzy w na­dziei, że uda im się wy­ci­snąć z niego ja­kiś bon-mot na­da­jący się do ła­twego za­cy­to­wa­nia. – Co ma pan do po­wie­dze­nia o tym, że Niemcy nie do­ko­nują płat­no­ści?6

– Ani słowa ko­men­ta­rza – od­parł po­god­nie, pro­wa­dząc żonę ku Aqu­ita­nii.

La­mont, choć lu­bił ga­wę­dzić z prasą, za­wsze za­cho­wy­wał dys­kre­cję wła­ściwą ban­kie­rowi naj­wyż­szej klasy, nie da­jąc się ni­gdy spro­wo­ko­wać ani wcią­gnąć w awan­turę w tak draż­li­wej kwe­stii.

Choć for­mal­nie rzecz bio­rąc, w J. P. Mor­gan La­mont peł­nił funk­cję za­stępcy Jacka Mor­gana, wszy­scy wie­dzieli, że to on w isto­cie kie­ro­wał ban­kiem7. Jack, naj­star­szy syn Johna Pier­ponta Mor­gana Sr., może i był po­do­bi­zną swego zmar­łego ojca i przy­po­mi­nał go ob­wi­słą, nie­zbyt uro­dziwą twa­rzą, trwale na­zna­czoną gry­ma­sem roz­draż­nie­nia, lecz na tym po­do­bień­stwo się koń­czyło. Jac­kowi bra­ko­wało po­wagi wła­ści­wej jego ojcu. Na tyle by­stry, by znać wła­sne ogra­ni­cze­nia, dbał o to, by trzy­mać La­monta za­wsze bli­sko sie­bie8, w go­to­wo­ści wy­stą­pie­nia w roli zwierzch­niego au­to­ry­tetu w każ­dej prze­strzeni, z jego że­la­zną dło­nią spo­witą w ak­sa­mitną rę­ka­wiczkę, czło­wieka prze­ni­kli­wego i na­wet na mo­ment nie­tra­cą­cego z oka kie­runku, w ja­kim roz­wija się dana sy­tu­acja. W biu­rze po­wta­rzano: „Pan Mor­gan mówi do pana La­monta, a pan La­mont do lu­dzi”9.

Jack rów­nież miał tej nocy pły­nąć do Pa­ryża10. Wy­brano go na jed­nego z głów­nych ne­go­cja­to­rów, a La­monta za­bie­rał ze sobą jako swego „za­stępcę”, do­sko­nale wie­dząc, jak bar­dzo bę­dzie na nim po­le­gał. Chcąc unik­nąć kon­taktu z prasą, po­le­cił, by sa­mo­chód pod­wiózł go od strony rufy Aqu­ita­nii; wszedł na po­kład spe­cjal­nym tra­pem prze­zna­czo­nym dla pra­cow­ni­ków statku, z dala od ca­łego za­mie­sza­nia. Prędko udał się do swo­jej ka­juty, pod­czas gdy fo­to­gra­fo­wie sku­piali uwagę na ame­ry­kań­skich po­ten­ta­tach biz­nesu po­kroju La­monta, któ­rzy de­lek­tują się każdą chwilą spę­dzoną w bla­sku re­flek­to­rów.

La­mont czuł, że jest u szczytu swo­jej po­tęgi, był uoso­bie­niem tego, czym miał być ban­kier w tak zwa­nym Domu na Rogu przy Wall Street 2311. Ary­sto­kra­tycz­nej urody, odziany w swój obo­wiąz­kowy czarny gar­ni­tur w prążki i w białą ko­szulę, miał wy­ra­zi­ście błę­kitne oczy, w ką­ciku któ­rych przy każ­dym uśmie­chu po­ja­wiały się zmarszczki – a uśmie­chał się czę­sto. Syn pa­stora, La­mont miał wię­cej pie­nię­dzy niż kie­dy­kol­wiek mógł so­bie wy­obra­zić, i był po imie­niu z każ­dym, od Char­lesa Lind­ber­gha po Be­nita Mus­so­li­niego. Jego re­pu­ta­cja po­zo­sta­wała nie­ska­lana. „Czło­wiek, któ­rego nie spo­sób nie za­uwa­żyć” – jak na­zwał go „Time”. „Opo­wiedz mu dow­cip, a się ro­ze­śmieje. Pod­suń mu po­mysł, a go roz­wi­nie. Po­staw go wo­bec pro­blemu, a za­cznie go roz­wią­zy­wać. Drzwi jego umy­słu ła­two stają otwo­rem…”12

Po wy­ne­go­cjo­wa­niu dla J. P. Mor­gana umowy w ca­łej Eu­ro­pie, Ame­ryce Ła­ciń­skiej i Azji, La­mont uwa­żał się nie tylko za ban­kiera, ale za am­ba­sa­dora ame­ry­kań­skiej za­moż­no­ści – przy­ja­ciela kró­lów, dyk­ta­to­rów i ko­go­kol­wiek, kto aku­rat spra­wo­wał wła­dzę w da­nym kraju. Nie było na świe­cie pro­blemu, któ­rego nie da­łoby się roz­wią­zać cza­ro­dziej­ską różdżką kre­dytu – w każ­dym ra­zie głę­boko w to wie­rzył. Co­kol­wiek dziś wy­da­wało się prze­kra­czać czy­jeś siły płat­ni­cze, roz­pi­sać można było na wy­ko­na­lny har­mo­no­gram przy­szłych spłat. Ten wła­śnie mo­del przy­niósł Sta­nom Zjed­no­czo­nym nie­wia­ry­godny do­bro­byt w mi­nio­nej de­ka­dzie; dla­cze­góż nie miałby zdzia­łać cu­dów także w Eu­ro­pie, w od­nie­sie­niu do re­pa­ra­cji wo­jen­nych?

Wcho­dząc tam­tej nocy na po­kład Aqu­ita­nii, La­mont od­czu­wał szcze­gólną dumę, gdyż jego suk­ces miał wła­śnie stać się dzie­dziczny13: jego naj­star­szy syn, Tho­mas Stil­well La­mont, po­dą­żył jego śla­dem. Za­le­d­wie mie­siąc wcze­śniej, 1 stycz­nia 1929 roku, młody „T. S. L.” zo­stał przy­jęty do grona part­ne­rów Mor­gana wraz z Hen­rym, sy­nem Jacka.

Ogła­sza­jąc te no­mi­na­cje, „New York Ti­mes” za­uwa­żył, że ci mło­dzi męż­czyźni zdo­byli

naj­bar­dziej po­żą­dane sta­no­wi­ska na Wall Street. […] Z fi­nan­so­wego punktu wi­dze­nia […] by­cie wspól­ni­kiem w domu Mor­ga­nów za­wsze ucho­dziło za je­den z naj­przed­niej­szych ką­sków w ame­ry­kań­skiej ban­ko­wo­ści. […] Uważa się, że wspól­nic­two w tej fir­mie przy­nosi co naj­mniej mi­lion do­la­rów rocz­nie14.

Istot­nie, 31 grud­nia 1928 roku, by uczcić zna­ko­mity rok, Jack Mor­gan wrę­czył La­mon­towi oraz po­zo­sta­łym star­szym wspól­ni­kom ko­perty z pre­miami, z któ­rych każda za­wie­rała czek na mi­ni­mum mi­lion do­la­rów15.

W prze­ko­na­niu La­monta – i nie­mal wszyst­kich z jego bli­skiego kręgu – rok 1929 za­po­wia­dał się jesz­cze le­piej. „Nie­które czyn­niki, które słu­żyć będą kształ­to­wa­niu fi­nan­so­wej hi­sto­rii tego roku, oka­zują się nad­zwy­czaj sprzy­ja­jące; na­leżą do nich ogromne bo­gac­two kraju, jego zdrowy sys­tem ban­kowy, ro­snąca pro­duk­cja oraz kon­sump­cja […] [jak rów­nież] za­cho­waw­cze me­tody han­dlowe, wy­so­kie płace i za­do­wo­le­nie klasy pra­cu­ją­cej oraz ro­snący eks­port”16 – pi­sał je­den z fe­lie­to­ni­stów „New York Ti­mesa”. „The New York Eve­ning Post” z ko­lei, jego kon­ser­wa­tywny kon­ku­rent, jak pra­wie ni­gdy, się z nim zga­dzał. „Ist­nieją za­sad­ni­cze prze­słanki wska­zu­jące na to, że do­tych­cza­sowy do­bro­byt sam się utrzyma”17 – za­uwa­żał na jego ła­mach eks­pert z dzie­dziny fi­nan­sów Paul Wil­lard Gar­rett.

Giełda wzro­sła o zdu­mie­wa­jące 62 punkty pro­cen­towe w po­rów­na­niu z tym sa­mym okre­sem roku 1928 – wię­cej niż kto­kol­wiek uwa­żał za moż­liwe. Na za­mknię­ciu se­sji 1 lu­tego in­deks Dow Jo­nes In­du­strial Ave­rage osią­gnął war­tość 319,69 punktu w sto­sunku do 197,87 punktu z po­przed­niego roku.

Tego sa­mego dnia, w któ­rym młody Tom zo­stał mia­no­wany wspól­ni­kiem, w Nowy Rok La­mon­to­wie wy­dali przy­ję­cie w swo­jej wa­ka­cyj­nej po­sia­dło­ści nie­da­leko Char­le­ston w Ka­ro­li­nie Po­łu­dnio­wej, na cześć am­ba­sa­dora w Mek­syku Dwi­ghta Mor­rowa i jego żony Eli­za­beth18. Wśród go­ści zna­leźli się wy­bitny sę­dzia fe­de­ral­nego sądu ape­la­cyj­nego Le­ar­ned Hand z mał­żonką Fran­ces oraz Wal­ter Lip­p­mann, kie­row­nik działu re­dak­cyj­nego „The New York World”, wraz z żoną Faye.

Po uro­czy­stej ko­la­cji, w trak­cie jed­nej z sa­lo­no­wych za­baw, sę­dzia Hand, ob­sa­dzony w roli Otella, udał, że dusi po­duszką drobną Faye. Nie­stety, jego za­pał i tu­sza oka­zały się dla niej na­zbyt wiel­kim ob­cią­że­niem. gdy chwiej­nie pod­nio­sła się z ka­napy z jej z wy­glą­da­ją­cego na zła­many nosa, try­snęła krew. Sę­dzia wy­glą­dał, jakby chciał się za­paść pod zie­mię ze wstydu19.

La­mont, za­chwy­cony ko­la­cją, a może i tym, co mó­wiła o dro­dze, jaką udało mu się prze­być w wyż­szych sfe­rach, chwa­lił się wów­czas naj­młod­szemu sy­nowi Au­sti­nowi w li­ście, w któ­rym re­la­cjo­no­wał ów wie­czór, że sę­dzia Hand „oba­wia się, że przez resztę ży­cia na jego ka­rie­rze sę­dziego Sta­nów Zjed­no­czo­nych cie­niem kładł bę­dzie się fakt, że na przy­ję­ciu zła­mał pew­nej da­mie nos”20.

Jed­nak mimo ca­łej żar­li­wo­ści, z jaką wy­zna­wał nową re­li­gię Wall Street, La­mont róż­nił się od swo­ich ró­wie­śni­ków. Skromne po­cho­dze­nie i wła­snymi si­łami osią­gnięty awans w świe­cie in­te­re­sów da­wały mu nieco szer­szą per­spek­tywę. Pra­gnął nie tyle bo­gac­twa, ile wiel­ko­ści. Wie­dział, że on sam, nie Jack Mor­gan, jest praw­dzi­wym dzie­dzi­cem etosu J. P. Mor­gana: prze­ko­na­nia, że wielki czło­wiek może okieł­znać nie­sforne siły ryn­kowe i zbu­do­wać lep­szy świat. Całe ży­cie przy­go­to­wy­wał się na tę chwilę, opa­no­wu­jąc re­guły dy­plo­ma­cji naj­wyż­szego szcze­bla, tak bar­dzo wów­czas po­trzebną do tego, by spu­ścić po­wie­trze z na­pęcz­nia­łego go­ry­czą nie­miec­kiego ba­lona. Czuł się wię­cej niż go­tów pod­jąć to wy­zwa­nie.

Z Flo­rence wspartą na swoim ra­mie­niu od­wró­cił się od fo­to­gra­fów sto­ją­cych przed Aqu­ita­nią. Ta po­dróż – i ten rok, 1929 – mo­gły przy­pie­czę­to­wać jego spu­ści­znę.

Uro­dzony w roku 1870, La­mont wy­cho­wał się w pół­noc­nej czę­ści stanu Nowy Jork, gdzie jego oj­ciec, ubogi pa­stor ko­ścioła me­to­dy­stów, za­chę­cał czworo swo­ich dzieci do czy­ta­nia ksią­żek i roz­wi­ja­nia umie­jęt­no­ści sa­mo­dziel­nego my­śle­nia21.

Choć La­mon­to­wie byli dość ubo­dzy, Tho­mas oka­zał się pry­mu­sem, który za­pra­co­wał so­bie na miej­sce w Exe­ter, a po­tem na Ha­rvar­dzie, gdzie roz­wi­nął skrzy­dła dzięki swej in­te­li­gen­cji, tro­skli­wej na­tu­rze i szcze­ro­ści. Już na pierw­szym roku zo­stał re­dak­to­rem „The Ha­rvard Crim­son”22, a póź­niej pre­ze­sem tego pi­sma. Dwa dni po ukoń­cze­niu stu­diów za­trud­nił się jako re­por­ter w „New-York Tri­bune”, za­nu­rza­jąc się w „naj­ohyd­niej­sze cze­lu­ści mia­sta”. Śmiało szu­kał te­ma­tów pro­wa­dzą­cych go da­leko od sza­cow­nych dziel­nic Man­hat­tanu, mię­dzy in­nymi na te­mat „mor­der­stwa w Hell’s Kit­chen, wy­bu­chu cho­lery na Lo­wer East Side oraz wo­jen gan­gów w Chi­na­town”.

„Po­zo­stali re­por­te­rzy zwy­kli się ze mnie na­bi­jać – wspo­mi­nał póź­niej – mó­wiąc, że za­wsze usi­łuję na­uczyć się wy­ko­ny­wa­nia pracy mo­jego bez­po­śred­niego zwierzch­nika. I nie było to da­le­kie od ­prawdy”23.

Oże­nił się w wieku 25 lat i pra­gnąc za­pew­nić no­wej żo­nie Flo­rence taki stan­dard ży­cia, jaki jego zda­niem jej się na­le­żał24, La­mont prze­szedł do świata biz­nesu, by z cza­sem do­łą­czyć do przy­ja­ciela Henry’ego Da­vi­sona w Ban­kers Trust, no­wego typu fir­mie fi­nan­so­wej, po­dej­mu­ją­cej ry­zyko da­leko więk­sze niż tra­dy­cyjne banki. Pierw­sza de­kada XX wieku była spek­ta­ku­lar­nym cza­sem na roz­po­czę­cie ka­riery w fi­nan­sach. Lu­dzie, któ­rzy zbili for­tuny w ca­łym kraju, czy to na tek­sty­liach, gór­nic­twie, me­ta­lach, han­dlu de­ta­licz­nym, czy ko­le­jach, ścią­gali do No­wego Jorku, go­towi pu­ścić swój ma­ją­tek w obieg i pod­jąć nowe, eks­cy­tu­jące wy­zwa­nia. Do zwa­bie­nia tych świeżo upie­czo­nych mi­lio­ne­rów wy­star­czały nie­na­ganna re­pu­ta­cja i oka­zały gmach z kosz­tow­nymi de­ta­lami rzeź­bio­nymi w mar­mu­rze.

La­mont świet­nie so­bie ra­dził, po­dob­nie jak Ban­kers Trust, lecz wła­śnie wtedy, gdy za­czy­nał czuć się co­raz le­piej w no­wej skó­rze, w 1907 roku Wall Street ogar­nęła pa­nika – ta sama, która od­ci­snęła tak trau­ma­tyczne piętno na Char­le­sie Mit­chellu. Uczciwy i cie­szący się po­wszech­nym sza­cun­kiem Ban­kers Trust nie po­zo­sta­wał cał­ko­wi­cie od­porny na ten kry­zys. Jego prze­trwa­nie, a być może prze­trwa­nie ca­łej tej branży, za­le­żało osta­tecz­nie od ka­prysu jed­nego czło­wieka, wiel­kiego J. Pier­ponta Mor­gana.

Je­sie­nią 1907 roku le­gen­darny J. Pier­pont Mor­gan miał 70 lat i im­po­nu­jący okres jego pa­no­wa­nia zbli­żał się do końca25. Za­ło­żona w 1871 roku spółka J. P. Mor­gan & Co. ucho­dziła za „naj­więk­szą mię­dzy­na­ro­dową in­sty­tu­cję ban­kową na świe­cie”26 oraz „kwa­terę główną po­tęgi fi­nan­so­wej w świe­cie biz­nesu”27. Żadna po­je­dyn­cza osoba w dzie­jach Wall Street nie spra­wo­wała więk­szej wła­dzy i nie miała więk­szych wpły­wów niż on. Pod jego rzą­dami Dom Mor­gana do­po­mógł w uno­wo­cze­śnie­niu go­spo­darki USA, prze­kształ­ca­jąc roz­le­głe za­ple­cze względ­nie nie­wiel­kich przed­się­biorstw, ty­po­wych dla ka­pi­ta­li­zmu XIX wieku, w po­tężne struk­tury kor­po­ra­cyjne do­mi­nu­jące w wieku XX.

Gdy wy­buchł kry­zys, Mor­gan brał wła­śnie udział w kon­fe­ren­cji epi­sko­pal­nej w Rich­mond w Wir­gi­nii28. We­te­ran, któ­remu udało się prze­trwać nie­jedną już pa­nikę gieł­dową, po­cząt­kowo za­cho­wy­wał zimną krew; jed­nak po kilku roz­pacz­li­wych wie­ściach na­pły­wa­ją­cych od wspól­ni­ków po­le­cił do­cze­pić swój pry­watny wa­gon Pul­l­mana do lo­ko­mo­tywy pa­ro­wej i po­wró­cił na Man­hat­tan.

W so­botni wie­czór 2 li­sto­pada 1907 roku29, po za­koń­czo­nym ty­go­dniu, w któ­rym do­szło do upadku prze­szło dwu­dzie­stu ban­ków, Mor­gan zwo­łał ma­gna­tów świata fi­nan­sów na na­radę w swo­jej re­zy­den­cji na rogu Trzy­dzie­stej Szó­stej Ulicy i Ma­di­son Ave­nue i na­ka­zał im sa­mo­dziel­nie roz­strzy­gnąć, które in­sty­tu­cje mają zo­stać wzmoc­nione za­strzy­kiem ka­pi­tału, a któ­rym po­zwoli się upaść, wy­ma­zu­jąc przy oka­zji oszczęd­no­ści ty­sięcy de­po­nen­tów, do­pro­wa­dza­jąc do ru­iny spółki, a co za tym idzie ka­riery i ży­cie wielu osób. Za­pro­szony na to spo­tka­nie przez Da­vi­sona w na­dziei, że po­może zna­leźć roz­wią­za­nie, La­mont przy­był tuż po pół­nocy i ode­grał na nim je­dy­nie rolę sta­ty­sty. Za­pa­mię­tał je jed­nak na za­wsze.

– Trudno by­łoby wy­obra­zić so­bie bar­dziej nie­przy­sta­jące do wagi wy­da­rzeń miej­sce spo­tka­nia dla za­tro­ska­nych ban­kie­rów – wspo­mi­nał póź­niej. – W jed­nym ga­bi­ne­cie – wznio­słe, wspa­niałe ta­pi­se­rie zwi­sa­jące ze ścian, rzad­kie eg­zem­pla­rze wy­dań Bi­blii oraz ilu­mi­no­wane śre­dnio­wieczne rę­ko­pisy wy­peł­nia­jące ga­bloty; w dru­gim – ko­lek­cja mi­strzów wcze­snego re­ne­sansu, Ca­sta­gno, Ghir­lan­daio, Pe­ru­gino, by wy­mie­nić tylko kilku; ogromny otwarty ko­mi­nek, uchy­lone lekko drzwi do sancta sanc­to­rum, gdzie prze­cho­wy­wano ory­gi­na­lne rę­ko­pisy […] A po­śród tego ca­łego prze­py­chu […] wzbu­rzony tłum ban­kie­rów, zbyt roz­trzę­sio­nych, by usiąść i swo­bod­nie roz­ma­wiać, [krę­cą­cych się] po tej cu­dow­nej mar­mu­ro­wej sali, prze­cha­dza­ją­cych się w górę, i w dół po wy­soko skle­pio­nych kom­na­tach, z ich wy­po­sa­że­niem w stylu ci­nqu­ecento, cze­ka­ją­cych na pod­ję­cie do­nio­słych de­cy­zji przez na­szego no­wo­cze­snego Me­dy­ce­usza30.

Na­pię­cie da­wało się wy­czuć w po­wie­trzu do tego stop­nia, że Mor­gan za­mknął ban­kie­rów na klucz w swo­jej bi­blio­tece, skąd nie mo­gli wyjść bez uprzed­niego doj­ścia do ja­kie­goś po­ro­zu­mie­nia w spra­wie, gdy on sam za­ba­wiał się grą w pa­sjansa i pa­lił cy­gara w są­sied­nim po­koju31. Było ja­sne, że je­śli nie znajdą żad­nego roz­wią­za­nia, ame­ry­kań­ski sys­tem ban­kowy naj­praw­do­po­dob­niej się za­ła­mie. „Sy­tu­acja nie mo­gła się dłu­żej wy­my­kać się spod kon­troli” – pi­sał póź­niej o kry­zy­sie La­mont. „Trzeba go było ra­to­wać”32. I tak też zro­biono. Ban­kie­rzy do­szli do po­ro­zu­mie­nia, gdzie na­leży wy­ty­czyć gra­nicę mię­dzy in­sty­tu­cjami, ich zda­niem za­słu­gu­ją­cymi na prze­trwa­nie a całą resztą i zo­bo­wią­zali się fi­nan­so­wać te, które zna­la­zły się po wła­ści­wej stro­nie. Siłą wła­snej woli, je­den czło­wiek po­wstrzy­mał całą go­spo­darkę przed ru­nię­ciem w prze­paść, da­jąc po­kaz oso­bi­stej po­tęgi naj­więk­szego ame­ry­kań­skiego fi­nan­si­sty, który już w tam­tej chwili wy­da­wał się ana­chro­niczny. Czy taki ma­newr mógłby jesz­cze kie­dy­kol­wiek się po­wieść?

Trzy lata póź­niej, pod ko­niec paź­dzier­nika 1910 roku, La­mont nie­spo­dzie­wa­nie otrzy­mał we­zwa­nie od sa­mego Mor­gana, by sta­wił się na Wall Street 2333. Choć od pa­niki mi­nęło już sporo czasu, wciąż tkwiła świeżo w pa­mięci, a La­mont, któ­remu do­brze się wio­dło w Ban­kers Trust, do końca nie wie­dział, czy ma się z za­pro­sze­nia cie­szyć, czy ra­czej oba­wiać, że znów nad­ciąga ja­kiś kry­zys.

Wpro­wa­dzony do czę­ści wy­dzie­lo­nej dla wspól­ni­ków, gdzie wy­brańcy pra­co­wali ra­mię w ra­mię, uj­rzał J. Pier­ponta sie­dzą­cego przy wła­snym se­kre­ta­rzyku z ro­letą.

– Pro­szę po­dejść – po­wie­dział Mor­gan, prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem wwier­ca­jąc się w mło­dzieńca. Wpa­try­wał się w po­tem w La­monta za­my­ślony, jakby sza­co­wał jego war­tość. – La­mont – ode­zwał się wresz­cie – chcę, żeby z po­cząt­kiem przy­szłego stycz­nia do­łą­czył pan do na­szego grona jako wspól­nik34.

La­mont miał wów­czas 40 lat i nie zdą­żył zdo­być więk­szego do­świad­cze­nia w po­rów­na­niu z in­nymi part­ne­rami Mor­gana, ta­kimi jak jego przy­ja­ciel Da­vi­son z Ban­kers Trust, który rok wcze­śniej do­łą­czył do J. P. Mor­gan w cha­rak­te­rze wspól­nika.

– W czym mógł­bym być panu po­mocny? – za­py­tał La­mont, za­wsze za­bie­ga­jący o względy. 

– Och, za­ję­cia znaj­dzie się u nas aż nadto – za­pew­nił go J. Pier­pont. – Pro­szę po pro­stu za­jąć się tym, co uzna pan za ko­nie­czne do zro­bie­nia. – Za­pa­dła chwila ci­szy, po czym Mor­gan za­dał py­ta­nie: – Zga­dza się pan, czyż nie?

La­mont ski­nął na znak zgody35, ale na­za­jutrz do­rzu­cił jesz­cze je­den wa­ru­nek: chciał, by za­gwa­ran­to­wano mu trzy mie­siące urlopu rocz­nie. Po­dróże – jak wy­ja­śniał Mor­ga­nowi – są mu nie­zbędne do lep­szego ro­zu­mie­nia świata, a za­tem przy­datne i cenne będą rów­nież w jego pracy w J. P. Mor­gan.

– Zgoda! – od­po­wie­dział J. Pier­pont. – Oczy­wi­ście. – Po czym za­czął mu za­chwa­lać rejs po Nilu.

– To chyba po­nad moje moż­li­wo­ści przy czwórce dzieci – od­parł La­mont. Tho­mas i Flo­rence mieli już wów­czas trzech sy­nów i córkę: Tho­masa S., Au­stina, Ele­anor i Cor­liss36.

– Nie­do­rzecz­ność – uznał Mor­gan. – Niech pan za­bie­rze ze sobą parę niań, a wszystko się uda. Sam tak zro­bi­łem, gdy moje dzieci były jesz­cze małe37.

Wie­ści o awan­sie La­monta przy se­kre­ta­rzyku z ro­letą pod nu­me­rem 23 na Wall Street ro­ze­szła się bły­ska­wicz­nie. „Do­łą­czył pan do grona po­tęż­nych i moż­nych”38 – pi­sał mu bli­ski współ­pra­cow­nik z kręgu biz­nesu, dzięki czemu La­mont miał mieć od­tąd wpływ na stan­dardy mo­ralne „pło­tek świata in­te­re­sów”.

W pierw­szych la­tach pracy u Mor­gana La­mont wpoił so­bie ry­tu­ały i oby­czaje pa­nu­jące w fir­mie, za­ra­zem jed­nak nie­kiedy ła­god­nie pły­nął pod prąd. Etos Mor­gana wy­ma­gał, by pra­cow­nicy trzy­mali się z dala od pu­blicz­nych spoj­rzeń. Firma, ow­szem, prze­ka­zy­wała fun­du­sze – przez po­śred­ni­ków, ni­gdy bez­po­śred­nio – ma­jące słu­żyć prze­ku­py­wa­niu dzien­ni­ka­rzy i pod­rzu­ca­niu zgod­nych z ich po­li­tyką ma­te­ria­łów39, lecz bez­po­śred­nich roz­mów z re­por­te­rami miano uni­kać za wszelką cenę.

Stro­niąc od kon­tak­tów z prasą, Mor­gan spo­wił się aurą ta­jem­nicy i in­tryg. La­mont za­pro­po­no­wał jed­nak zmianę stra­te­gii. Tłu­ma­czył, że an­ga­żu­jąc dzien­ni­ka­rzy, firma zy­ska znacz­nie więk­sze szanse na kształ­to­wa­nie do­god­nego dla niej prze­kazu. Dzięki pry­wat­nym li­stom i wspól­nym lun­chom40 za­cie­śniał re­la­cje z pi­sa­rzami, re­dak­to­rami oraz wy­daw­cami, zaś re­klamy za­miesz­czał tam, gdzie po­zwa­lały zjed­nać so­bie czy­jąś przy­chyl­ność. Do tego sa­mego za­chę­cał rów­nież po­zo­sta­łych wspól­ni­ków, w za­mia­rze prze­ko­na­nia opi­nii pu­blicz­nej, że Dom Mor­gana na­prawdę „składa się z istot ludz­kich”.

Po pa­nice wy­bu­chłej w 1907 roku na­stroje po­li­tyczne w kraju zwró­ciły się ostro prze­ciw no­wo­jor­skiemu es­ta­bli­sh­men­towi ban­ko­wemu. Kry­tycy na­zy­wali go „tru­stem pie­nięż­nym”41 i twier­dzili, że jego człon­ko­wie bo­gacą się kosz­tem zwy­kłych Ame­ry­ka­nów.

Naj­więk­szym mo­no­po­lem w tym kraju – oświad­czył Wo­od­row Wil­son na po­czątku swej kam­pa­nii pre­zy­denc­kiej w 1911 roku – jest mo­no­pol pie­nią­dza42.

Tego sa­mego roku Ko­mi­sja Ban­ko­wo­ści i Wa­luty Izby Re­pre­zen­tan­tów wsz­częła śledz­two pod prze­wod­nic­twem kon­gres­mena Ar­sène’a P. Pujo z Lu­izjany. Głów­nym po­dej­rza­nym w tej spra­wie był sam J. Pier­pont Mor­gan43. Mor­gana, który wy­raź­nie pod­upadł na zdro­wiu, we­zwano wów­czas do zło­że­nia ze­znań przed Kon­gre­sem, gdzie mu­siał sta­nąć na­prze­ciw in­te­li­gent­nego, am­bit­nego praw­nika Sa­mu­ela Unter­my­era, do­radcy i śled­czego z ra­mie­nia ko­mi­sji. Mor­gan całe ży­cie sta­rał się uni­kać po­dob­nego wi­do­wi­ska pu­blicz­nego; w po­przed­nich la­tach za­dbałby o to, by w po­dob­nej sy­tu­acji zna­leźć się gdzieś poza kra­jem, do­póki nie opad­nie fala za­in­te­re­so­wa­nia. Te­raz jed­nak pre­sja opi­nii pu­blicz­nej oka­zała się zbyt silna, by mógł uchy­lić się od od­po­wie­dzi.

Za­miast wy­na­jąć spe­cja­li­stę od wi­ze­runku do od­po­wia­da­nia na py­ta­nia prasy zwią­zane ze śledz­twem, La­mont prze­ko­nał Mor­gana i part­ne­rów, że sam zaj­mie się tą sprawą44. Po­dej­mo­wał w ten spo­sób ogromne oso­bi­ste ry­zyko: gdyby jego stra­te­gia ob­ró­ciła się prze­ciw niemu, czy w fir­mie po­zo­sta­łoby dla niego jesz­cze ja­kieś miej­sce?

Nowy plan La­monta był pro­sty: za­mie­rzał spo­ty­kać się z re­por­te­rami i re­dak­cjami, ofe­ru­jąc im kontr­nar­ra­cję45. Pro­blem nie po­lega na tym, jak mó­wił pra­sie, że ban­kie­rzy mają zbyt ogromną wła­dzę, lecz na tym, że sam sys­tem ban­kowy jest wa­dli­wie zor­ga­ni­zo­wany i źle za­rzą­dzany. Od­ważni oby­wa­tele, tacy jak J. Pier­pont Mor­gan, twier­dził, zo­stali w isto­cie zmu­szeni do za­ję­cia luki po­zo­sta­wio­nej przez rząd.

Chcąc do­po­móc Mor­ga­nowi w przy­go­to­wa­niu się do ze­znań, La­mont wró­cił do bi­blio­teki przy Trzy­dzie­stej Szó­stej Ulicy46. Mor­gan ki­piał urazą na myśl, że zmu­sza się go do sta­wa­nia w obro­nie wła­snej re­pu­ta­cji, którą uwa­żał za nie­po­szla­ko­waną, i ka­riery, w któ­rej za­wsze wy­ka­zy­wał się uczci­wo­ścią.