Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
NAJLEPSZA KSIĄŻKA 2025 ROKU WEDŁUG MAGAZYNÓW „TIME”, „BLOOMBERG”, „FINANCIAL TIMES” I „THE ECONOMIST”
ZAJRZYJ ZA KULISY STARCIA WALL STREET Z WASZYNGTONEM, KTÓRE ZMIENIŁO BIEG HISTORII
W 1929 roku świat z niedowierzaniem i trwogą obserwował, jak niepowstrzymana hossa na Wall Street gwałtownie się zatrzymała, niszcząc fortuny i wywołując kryzys, który odmienił los całego pokolenia. Największy krach w historii Wall Street to nie tylko bezprecedensowa katastrofa świata finansów, ale przede wszystkim przerwanie amerykańskiego snu, załamanie karier budowanych latami i prywatny dramat tysięcy rodzin.
Dzięki dostępowi do archiwalnych materiałów i nowo odkrytych dokumentów Andrew Ross Sorkin zabiera nas w sam środek chaosu: na Wall Street, do Waszyngtonu, do biur maklerskich i domów na przedmieściach, w których rozegrał się dramat tamtego czasu. Ceniony publicysta pokazuje, że historia roku 1929 w niepokojący sposób przypomina współczesność: rekordowo wielkie majątki najbogatszych, rosnące napięcia społeczne i walka o wpływy rozgrywająca się na styku polityki i finansów.
Jakie wnioski możemy wyciągnąć z tamtego kryzysu? Czy mądrzejsi o to doświadczenie jesteśmy w stanie uchronić się przed kolejną katastrofą?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 701
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: 1929. Inside the Greatest Crash in Wall Street History — and How It Shattered a Nation
Copyright © by Andrew Ross Sorkin, 2025
Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Redaktorka inicjująca
Agata Ługowska
Redaktor prowadzący
Marek Daroszewski
Marketing i promocja
Agata Gać, Katarzyna Schinkel-Barbarzak
Redakcja
Anna Boland
Korekta
Agnieszka Czapczyk
Projekt typograficzny i łamanie
Mateusz Czekała • czekala.net.pl
Projekt okładki
© The Heads of State
Adaptacja okładki i strony tytułowe
Magda Bloch
Fotografia autora na skrzydełku
Mike Cohen
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
eISBN 978-83-68889-13-0
Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.
ul. Fredry 8, 61-701 Poznań
tel.: 61 853-99-10
redakcja@wydawnictwopoznanskie.pl
www.wydawnictwopoznanskie.pl
Moim dzieciom,Henry’emu, Maxowi i Sydney.Z miłością na zawsze.
Życie zwykłego człowieka nie trwa dostatecznie długo, by odnieść mógł jakąkolwiek istotną korzyść z własnego doświadczenia. A jak się zdaje, nikt nie potrafi skorzystać z doświadczeń cudzych. Będąc zarazem ojcem i nauczycielem, mam świadomość tego, że nie jesteśmy w stanie nauczyć naszych dzieci niczego […]. Każde z nich przyswoić będzie musiało tę lekcję samodzielnie*.
– Albert Einstein, 26 października 1929 r.
* George Sylvester Viereck, What Life Means to Einstein, „Saturday Evening Post”, 26 października 1929 r.
Od autora
Większość osób słyszała o roku 1929, kiedy to doszło do krachu giełdowego, wydarzenia, które zapoczątkowało Wielki Kryzys i odcisnęło się piętnem na całym pokoleniu.
To jednak, co do niego doprowadziło, oraz to, co nastąpiło później, składają się na znacznie bardziej skomplikowany i zawiły dramat, który często bywa błędnie rozumiany albo też pozostaje całkowicie nieznany. W istocie to głęboko ludzka opowieść.
Po napisaniu książki Too Big to Fail, poświęconej kryzysowi finansowemu z 2008 roku, z taką samą wnikliwością, dbałością o szczegół i uwzględnieniem ludzkich emocji zapragnąłem zbadać najbardziej niesławny krach w historii, jednak nie tylko po to, by opowiedzieć jego historię, lecz także po to, by lepiej zrozumieć, jaką lekcję możemy z niego wyciągnąć.
Historia, którą przedstawię na dalszych kartach tej książki, stanowi owoc ponad ośmioletniej pracy reporterskiej i tysięcy godzin badań. To opowieść oparta o prywatne listy, dzienniki, notatki służbowe i osobiste zapiski, relacje ustne, akta sądowe, protokoły z posiedzeń zarządów, zeznania oraz pozwy, z których część nigdy wcześniej nie została opublikowana ani wnikliwie przeanalizowana.
W jednym przypadku po raz pierwszy uzyskałem dostęp do poufnych protokołów z posiedzeń Rady Banku Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku z okresu obejmującego najbardziej przełomowe miesiące 1929 roku. W innym udało mi się zdobyć niepublikowane wspomnienia człowieka z Wall Street, który był świadkiem wszystkich tych zdarzeń.
Każda scena w tej książce została utkana z fragmentów: mimochodem rzuconej uwagi gdzieś w czterystustronicowym protokole, zapomnianej relacji ustnej, wyrwanego z kontekstu zdania z gazety, planu piętra pokazującego, jak daleko ktoś musiał przejść, by przekazać jakąś wiadomość. Szczegół po szczególe, warstwa po warstwie, obraz stopniowo nabierał wyrazistych kształtów.
Rozumiejąc motywacje i odmienne historie głównych bohaterów dramatu, zaczynamy wreszcie pojmować, jak doszło do tej katastrofy. Dlatego będzie to opowieść nie tyle o tych, którzy ucierpieli w jej następstwie, lecz o tych, którzy do niej doprowadzili, bo na nich właśnie spoczywa odpowiedzialność i to ich poczynania kryją w sobie najważniejszą lekcję, jaką można wyciągnąć.
Rezultaty tej pracy odmieniły moje rozumienie tego okresu w historii. Wiele z odkrytych przeze mnie faktów podważyło moje wcześniejsze założenia i być może podważy również wasze. A jeśli postacie, problemy i decyzje polityczne z tamtych czasów zdają się niepokojąco przypominać naszą współczesność, to nie bez powodu.
Rozwój wydarzeń związanych z rokiem 1929 można odczytywać jako odpowiedź na słynne pytanie Ernesta Hemingwaya:
– Jak zbankrutowałeś?
– Na dwa sposoby – odparł bohater. – Powoli, a potem szybko1.
Tak właśnie dochodzi do utraty zaufania – krwi podtrzymującej przy życiu naszą gospodarkę: powoli, a potem szybko.
Choć miałem szczęście dotrzeć do nieznanych wcześniej dokumentów, książka ta nie powstałaby bez pracy innych. Wdzięczność winien jestem niezliczonym badaczom, archiwistom, ekonomistom i historykom, którzy poświęcili życie badaniu tego okresu; dziennikarzom, którzy w tym czasie opisywali wydarzenia na bieżąco w prasie i czasopismach, oraz autorom takim jak John Kenneth Galbraith, którego The Great Crash 1929 pozostaje do dziś dziełem kanonicznym, Johnowi Brooksowi, autorowi klasycznej pracy Once in Golconda, oraz Gordonowi Thomasowi i Maxowi Morgan-Wittsowi, którzy napisali porywającą książkę The Day the Bubble Burst. Na końcu niniejszej książki wymieniłem również wielu innych.
W 1920 roku pisarz science fiction H. G. Wells, zaniepokojony już wówczas kierunkiem, w jakim zmierzał nowoczesny świat, zanotował: „Historia ludzkości w coraz większym stopniu przypomina wyścig między oświatą a katastrofą”2.
Nie napisałem tej książki po to, by ogłosić zwycięzcę w tym wyścigu. Mam jednak nadzieję, że składając w całość historię roku 1929, naświetliłem w pewien sposób jego tor i uczyniłem stawkę nieco trudniejszą do zlekceważenia.
1Ernerst Hemingway, Zaś słońce wschodzi, przeł. Maciej Potulny (Wydawnictwo Marginesy, 2022), ks. II, rozdz. 13.
2H. G. Wells, The Outline of History: Being a Plain History of Life and Mankind (Macmillan Company, 1920). Pełny cytat: „Cywilizacja bierze udział w wyścigu między oświatą a katastrofą. Uczmy się prawdy i rozpowszechniajmy ją tak szeroko, jak pozwalają na to okoliczności, w których przyszło nam żyć. Prawda jest bowiem najpotężniejszą bronią w naszych rękach”.
Obsada – właściciele i ich przedsiębiorstwa
Instytucje finansowe
Dom Morganów
John Pierpont Morgan Sr.
założyciel
J. P. „Jack” Morgan Jr.
wspólnik,
syn Johna Pierponta Morgana
Thomas William Lamont
wspólnik
Thomas Stilwell Lamont
wspólnik,
syn Thomasa Williama Lamonta
George Whitney
wspólnik
Henry Davison
wspólnik
Dwight Morrow
były wspólnik, ambasador USA w Meksyku
Russell Cornell Leffingwell
wspólnik
Frank Bartow
wspólnik
Parker Gilbert
wspólnik i udziałowiec powiązany
Martin Egan
specjalista ds. public relations
National City Company i National City Bank
Charles Edwin Mitchell
przewodniczący rady dyrektorów i dyrektor generalny
Hugh Baker
szef działu obrotu akcjami
Gordon Rentschler
prezes banku
County Trust Company
James Riordan
założyciel i prezes
Chase National Bank
Albert H. Wiggin
przewodniczący rady dyrektorów i dyrektor generalny
First National Bank of New York
George F. Baker Sr.
przewodniczący rady dyrektorów
George F. Baker Jr.
wiceprzewodniczący
Bankers Trust
Seward Prosser
przewodniczący rady dyrektorów
Irving Trust
Lewis Pierson
przewodniczący rady dyrektorów
Reichsbank
Dr. Hjalmar Schacht
prezes
Czołowi przedsiębiorcy
Pułkownik Sosthenes Behn
założyciel i przewodniczący rady dyrektorów International Telephone and Telegraph
Louis-Joseph Chevrolet
współzałożyciel Chevrolet Motor Company
Walter Percy Chrysler
założyciel Chrysler Corporation
Pierre Samuel du Pont
członek rady dyrektorów DuPont oraz General Motors
T. Coleman du Pont
prezes E. I. du Pont de Nemours and Company, przez dwie kadencje senator USA ze stanu Delaware
Henry Ford
założyciel Ford Motor Company
William Fox
założyciel Fox Film Corporation
John Jakob Raskob
dyrektor w DuPont i General Motors oraz przewodniczący Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej (1928–1932)
Pułkownik William P. Rend
prezes W. P. Rend Coal Company
David Sarnoff
pierwszy dyrektor generalny Radio Corporation of America (RCA)
Charles M. Schwab
prezes Bethlehem Steel
Alfred Sloan
prezes General Motors
Owen D. Young
prezes i przewodniczący rady dyrektorów General Electric, współzałożyciel Radio Corporation of America RCA
Nowojorska Giełda Papierów Wartościowych
E. H. H. Simmons
prezes (1924–1930)
Richard Whitney
wiceprezes, broker J. P. Morgan & Co.
William Crawford
naczelny inspektor giełdy
Michael Meehan
specjalista od RCA („Radio”), organizator syndykatu spekulacyjnego
Generał Oliver Bridgeman
specjalista z U. S. Steel
Ben Smith
organizator syndykatu spekulacyjnego
Tom Bragg
organizator syndykatu spekulacyjnego
Michael Levine
oficer nadzorczy armii chłopców na posyłki z Wall Street
Maklerzy giełdowi
Charles Merrill
współzałożyciel Merrill Lynch
William Van Antwerp
wspólnik w E. F. Hutton and Co.
Spekulanci
Evangeline Adams
astrolożka, znana jako „wieszczka giełdy”
Bernard Baruch
Pat Bologna
pucybut z Wall Street, słynący z „pewnych cynków”
Arthur Cutten
William Crapo Durant
Clarence Hatry
finansista brytyjski
Joseph Kennedy
Jesse Livermore
Groucho Marx
aktor
Oris Van Sweringen
Mantis Van Sweringen
Nowy Jork
Jimmy Walker
burmistrz Nowego Jorku (1926–1932)
Fiorello La Guardia
burmistrz Nowego Jorku (1934–1946)
Al Smith
gubernator stanu Nowy Jork (1919–1920, 1923–1928), kandydat na prezydenta USA w 1928 roku z ramienia Partii Demokratycznej
Wielka Brytania
Winston Churchill
członek brytyjskiego parlamentu, były kanclerz skarbu, przyszły premier (1940–1945, 1951–1955)
Randolph Churchill
syn Winstona Churchilla
Ramsay MacDonald
przywódca Partii Pracy, minister spraw zagranicznych, premier (1924, 1929–1935)
Rząd Stanów Zjednoczonych
William Howard Taft
prezes Sądu Najwyższego USA (1921–1930), prezydent USA (1909–1913)
Warren G. Harding
prezydent USA (1921–1923)
Calvin Coolidge
prezydent USA (1923–1929)
Herbert Clark Hoover
prezydent USA (1929–1933)
Franklin Delano Roosevelt
gubernator stanu Nowy Jork (1929–1933), prezydent USA (1933–1945)
Andrew William Mellon
bankier i biznesmen, sekretarz skarbu (1921–1932)
William Woodin
przemysłowiec, sekretarz skarbu (1933)
Senator Carter Glass
demokrata z Wirginii, współtwórca ustawy o Rezerwie Federalnej z 1913 roku, jeden z wnioskodawców Ustawy Glassa-Steagalla z 1932
Senator Hiram Johnson
republikanin z Kalifornii
Senator Huey Long
(przydomek „Kingfish”1)
demokrata z Luizjany
Senator Kenneth McKellar
demokrata z Tennessee
Senator George Moses
republikanin z New Hampshire
Senator George Norris
republikanin z Nebraski
Senator Robert L. Owen
demokrata z Oklahomy, jeden z wnioskodawców, obok Cartera Glassa, Ustawy o Rezerwie Federalnej
Senator Arthur Robinson
republikanin z Indiany
Senator Reed Owen Smoot
republikanin z Utah, jeden z wnioskodawców Ustawy Celnej Smoota–Hawleya z 1930 roku
Henry B. Steagall
demokrata z Alabamy, członek Izby Reprezentantów, jeden z wnioskodawców Ustawy Glassa–Steagalla z 1932 roku
Learned Hand
sędzia federalny Sądu Apelacyjnego Stanów Zjednoczonych dla Drugiego Okręgu
Harold R. Medina
sędzia federalny Sądu Okręgowego Stanów Zjednoczonych dla Południowego Okręgu Nowego Jorku
Rezerwa Federalna
Marriner S. Eccles
przewodniczący Rady Rezerwy Federalnej (1934–1948)
George L. Harrison
gubernator, a następnie prezes Banku Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku (1928–1940)
Adolph C. Miller
członek Rady Rezerwy Federalnej (1914–1936)
Benjamin Strong Jr.
gubernator Banku Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku (1914–1928)
Charles Sumner Hamlin
pierwszy przewodniczący Rady Rezerwy Federalnej (1914–1916), następnie członek rady do 1936 roku
Paul M. Warburg
dyrektor (szef) International Acceptance Bank, brał udział w tworzeniu Systemu Rezerwy Federalnej, członek pierwszej waszyngtońskiej Rady Rezerwy Federalnej
Śledczy
William O. Douglas
przewodniczący Komisji Papierów Wartościowych i Giełd (SEC), późniejszy sędzia Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych
Ferdinand Pecora
prokurator w stanie Nowy Jork, znany jako „Ogar z Wall Street” za sprawą prowadzonego dochodzenia przeciw nowojorskim bankierom po krachu z 1929 roku
Arsène P. Pujo
kongresmen z Luizjany, przewodniczący Komisji Bankowości i Waluty Izby Reprezentantów, kierował dochodzeniem tzw. „Komitetu Pujo” w sprawie sektora finansowego w 1912 roku
Ekonomiści
Roger Babson
statystyk i ekonomista, który przewidział nadejście krachu
Irving Fisher
profesor z Yale, jeden z czołowych ekonomistów w kraju
John Kenneth Galbraith
profesor ekonomii z Harvardu
John Maynard Keynes
brytyjski ekonomista
Joseph Stagg Lawrence
ekonomista z Princeton
Royal Meeker
ekonomista sprzyjający giełdzie
Dziennikarze
Claud Cockburn
brytyjski publicysta londyńskiego „The Times”
Samuel Crowther
autor artykułu Everybody Ought to Be Rich [Każdy zasługuje na bogactwo] napisanego dla „Ladies’ Home Journal”
William Floyd
autor People vs. Wall Street
Major Robert H. Glass
dziennikarz, ojciec Cartera Glassa
William Randolph Hearst
wydawca Hearst Newspapers
Matthew Josephson
redaktor związany wcześniej z branżą finansową
Edwin Lefèvre
autor Reminiscences of a Stock Operator [Wspomnień gracza giełdowego]
Walter Lippmann
redaktor, reporter i komentator polityczny
Charley Michelson
redaktor gazety Hearsta, który został publicystą Demokratów
Alexander D. Noyes
redaktor działu finansowego „The New York Times”
Drew Pearson
felietonista, autor rubryki Washington Merry-Go-Round
1„Rybi król” (przyp. tłum.).
Prolog
Starając się zachować pozory właściwej sobie stanowczości i pewności siebie, Charles Mitchell wchodził po schodach prowadzących do numeru 55 przy Wall Street1. Wydarzenia tego popołudnia były jednak druzgocące. Wracając do gabinetu, miał świadomość, że oczy całego Wall Street zwrócone są właśnie na niego: wszyscy po kolei, od maklerów stojących na ulicy po jego własną sekretarkę, śledzili jego kroki i wpatrywali się w jego twarz, próbując wyczytać z niej znaczenie najdrobniejszego grymasu, najdrobniejszej zmarszczki, najdrobniejszej bruzdy.
W szarym, trzyczęściowym garniturze, z ramionami ściągniętymi do tyłu i uśmiechem przyklejonym do twarzy, Mitchell maszerował pokrytym szklaną kopułą głównym holem National City Bank. Ze stropem na wysokości dwudziestu pięciu metrów i dwojgiem masywnych drzwi z litego brązu2, strzegących sejfu ważącego około trzystu ton, był to największy bank w całym kraju3.
Było krótko po piątej trzydzieści po południu, w poniedziałek 28 października 1929 roku4. Kilka godzin wcześniej giełda zamknęła się gwałtownym, przyprawiającym o zawrót głowy spadkiem o 13 procent po tygodniu szarpiących nią konwulsji spadkowych; dzisiejsze załamanie było bez porównania najgłębsze5. Pogrążające się w mroku ulice śródmieścia wciąż roiły się od zaniepokojonych brokerów w zwanych fedorami filcowych kapeluszach i kaszkietach, chłopców na posyłki i telefonistek z central: wszyscy plotkowali i snuli domysły o załamaniu na giełdzie6. Co spowodowało spadek? Jakiego poziomu sięgnie jutro? Czy giełdy w ogóle się otworzą?7
Gdy Mitchell kierował się do gabinetu, w mijanych przez siebie okienkach kasowych8 widział odbijające się w nich zapuchnięte worki pod oczami i swoje rozczochrane, siwiejące brwi. Opadł ciężko na krzesło za mahoniowym biurkiem. Pokój urządzono w wyniośle formalnym stylu, jaki przystoi osiemnastowiecznemu mężowi stanu: zdobiły go drewniane krzesła, stojący zegar szafkowy na tle kremowobiałej boazerii, oflankowany portretami George’a Washingtona9, który z pełnym przekonaniem i stanowczością pokierować miał niepodległym od niedawna państwem – cnotami, którym Mitchell również pragnął hołdować we własnym życiu.
Ten wysportowany, pięćdziesięciodwuletni przewodniczący rady dyrektorów banku – człowiek z natury niezwykle optymistyczny, którego prasa nazywała „Słonecznym Charliem”10 – spędził popołudnie na zwołanych w trybie pilnym naradach w nowojorskim Banku Rezerwy Federalnej11, zastanawiając się, jak uspokoić rynek. Ktoś z taką samoświadomością jak Mitchell, odgrywający rolę Wielkiego Człowieka, powinien być na tę chwilę znakomicie przygotowany. Miał doświadczenie, pozycję i stalowe nerwy niezbędne, by przeprowadzić Wall Street przez ten ciężki okres.
A jednak czuł się obnażony i bezbronny.
Nie miał jednak czasu, by roztrząsać swój stan ducha. Wszedł na górę, by naradzić się z Hugh Bakerem12, który kierował wówczas działem obrotu akcjami w National City.
Baker, wysoki, łysy mężczyzna o przenikliwym spojrzeniu, zaczął tłumaczyć Mitchellowi spokojnym tonem, choć w sposób nie do końca jasny, co zaszło pod jego nieobecność, gdy udał się do siedziby Rezerwy Federalnej.
– Nasz portfel spuchł dziś niebywale dzięki akcjom National City Bank13 – oświadczył Baker.
Mitchell wpatrywał się w niego, czekając, aż wreszcie powie wprost, co ma na myśli. Baker w końcu wyrzucił z siebie:
– Kupiliśmy siedemdziesiąt parę tysięcy akcji.
Do Mitchella, który potrafił błyskawicznie wykonywać wszelkie obliczenia w pamięci, od razu dotarła natura i skala tej sprawy. Coś niewiarygodnego!14 – pomyślał. Bank nie miał aż tyle gotówki, by opłacić te wszystkie akcje. Wpadł w oburzenie – i w przerażenie. Wszystko, co udało mu się dotąd zbudować, nagle stanęło w obliczu zagłady.
Ledwie miesiąc wcześniej Mitchell był u szczytu powodzenia. Dopiął porozumienia w sprawie przejęcia Corn Exchange Bank, zuchwałej operacji15, która miała zmienić National City z największego banku w kraju w największy bank na świecie, odbierając tym samym palmę pierwszeństwa Londynowi i pomagając Nowemu Jorkowi ostatecznie przyćmić swego rywala jako globalnej stolicy finansów. Historia działa się na ich oczach, dawny porządek miał lec w gruzach, a zagrywka ta uczynić z Mitchella pana tego świata.
By doprowadzić tę transakcję do skutku16, Mitchell zmuszony był położyć na szali ogromny ciężar będących w jego posiadaniu akcji, co wiązało się ze znacznym ryzykiem. Udziałowcy Corn Exchange mogli otrzymać 360 dolarów gotówką za każdą ze swych akcji albo uzyskać cztery piąte akcji National City Bank17. Na papierze ta ostatnia oferta wyglądała korzystniej: póki kurs National City utrzymywał się powyżej 450 dolarów, cztery piąte akcji warte było więcej niż 360 dolarów w gotówce. W chwili zawierania umowy kurs był zdecydowanie wyższy: akcje notowano po 496 dolarów za sztukę18. Cena ta musiałaby się utrzymać na tym poziomie do czasu finalizacji transakcji, do której dojść miało najpewniej w ciągu kolejnego miesiąca, ponieważ National City nie dysponował w istocie dostateczną gotówką, by wszystkim wypłacić należności. Ten kluczowy szczegół Mitchell wolał jednak zachować dla siebie. Dlatego w tajemnicy polecił swoim maklerom skupować akcje banku za każdym razem, gdy kurs zaczynał spadać.
Na względnie stabilnym rynku nie stanowiło to większego problemu. Największe spółki giełdowe nieustannie odkupowały własne akcje. Jednak przy gwałtownych spadkach takie posunięcie mogło przypominać wrzucanie pieniędzy do pieca – i to właśnie się działo tego popołudnia. W chaosie presji sprzedażowej zlecenia kupna składane przez National City realizowano w takim pośpiechu, że bank stracił rachubę co do nagromadzonych już przez siebie walorów. Gdy maklerzy zdołali wreszcie zapanować nad sytuacją, okazało się, że National City zobowiązał się nabyć 71 tys. własnych akcji19, o wiele więcej, niż był w stanie opłacić.
– Wiadomość ta zwaliła mnie z nóg – zwierzył się Bakerowi20.
Trudno było znaleźć dobre wyjście z tej sytuacji. Finansowanie bieżącej działalności wymaga od wielkich banków, takich jak National City, nieustannego pożyczania pod zastaw swoich aktywów. Prawo bankowe nie pozwalało im jednak oferować własnych akcji w charakterze zabezpieczenia. Tym samym 71 tys. akcji kosztujących około 32 mln dolarów21 okazało się balastem, który mógł pociągnąć na dno cały bank.
– Kompromitacją dla nas byłoby zaciąganie pod zastaw tych akcji pożyczek w innych bankach22 – powiedział Mitchell, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że rywale natychmiast uznaliby takie posunięcie za oznakę słabości. Przy kursach pikujących w dół spekulanci grający na spadki, czyli maklerzy obstawiający, że akcje będą tanieć, szukali już sobie dogodnych celów, wietrząc pierwsze oznaki słabości.
Giełda znajdowała się na granicy załamania. Wolumen sprzedaży przeciążył nawet ludzkie możliwości obsługi oprzyrządowania parkietu, i to do tego stopnia, że tydzień wcześniej, w czwartek, giełdowa taśma notowań spóźniała się z podawaniem bieżących kursów o cztery godziny, czyli ponad dwukrotnie w stosunku do najdłuższych wcześniejszych opóźnień.
Oznaczało to, że wielka tablica z nieaktualnymi cenami, górująca nad parkietem Nowojorskiej Giełdy Papierów Wartościowych, była całkowicie nieprzydatna. Obrót akcjami w takich warunkach przypominał sytuację gracza na meczu baseballowym w ósmej rundzie, przyglądającego się tablicy wyników nieodświeżanej od rundy trzeciej, gdy wszyscy wokół wykrzykują sprzeczne opinie o tym, która drużyna prowadzi i o ile punktów wyprzedza rywala. Ceny akcji sprzedawanych prywatnie, czyli poza giełdą, w ramach praktyki zwanej off-exchange, jak w przypadku walorów National City, podawano z jeszcze większym opóźnieniem, ponieważ powiązane były z ruchami na rynku ogólnym i nie aktualizowano ich dodatkowo w czasie rzeczywistym, co zwiększało zwłokę. Dla maklerów z Wall Street jedyną rozsądną decyzją w tej sytuacji było pozbycie się ich oraz brutalnie rzecz ujmując, wyniesienie się czym prędzej z giełdy. I do tego w końcu doszło.
Mitchell zdawał sobie sprawę, że jeśli spróbuje z powrotem zrzucić na osłabiony w takim stopniu rynek choćby niewielki ułamek akcji National City, natychmiast zaczną krążyć pogłoski o niewypłacalności banku, a to z łatwością mogłoby wprawić w ruch błędne koło, którego nie dałoby się już zatrzymać. Dostatecznie szybki spadek cen mógłby wywołać kryzys w znacznie większej skali: „brak zaufania mógłby wywołać run”23 – jak powiedział Bakerowi Mitchell, wyobrażając sobie deponentów ustawionych w kolejce przed każdą z pięćdziesięciu ośmiu filii banku w całym kraju.
Run na największy bank w kraju. Największa zmora bankierów.
National City nie był jednak byle jakim bankiem. Poprzednik późniejszej Citigroup odpowiadał w latach 20. za udzielanie amerykańskim korporacjom jednej czwartej wszystkich pożyczek24. Byłby to upadek o epickich rozmiarach, największa panika bankowa, jaką świat kiedykolwiek widział.
Mitchellowi aż nadto dobrze znany był chaos, jaki może wprowadzić run na bank. W okresie paniki w 1907 roku25 był pracownikiem niższego szczebla w Trust Company of America, potężnej instytucji finansowej, którą plotki doprowadziły niemal do ruiny, bezpodstawnie wiążąc ją z nieudaną próbą opanowania rynku miedzi. W chwili, gdy zaufanie wyparowało, kontrolę przejął strach. Mitchell pracował wówczas w okienku kasowym jako jeden z kasjerów26 wydających gotówkę przerażonym klientom, którzy pędzili z nią do domu, by schować ją w kredensie czy pod łóżkiem. Bank znalazł się wówczas o włos od upadku.
Obecna sytuacja, gdyby przyszło mu się z nią zmierzyć, byłaby o tysiąc razy gorsza, a jej skutki sięgnęłyby daleko poza National City.
Mimo tamtego bolesnego doświadczenia w Trust Company, nigdy nie przypuszczał, że National City może znaleźć się w aż tak niepewnym położeniu. Sektor finansowy się przecież zmienił. Budował tę instytucję od podstaw27 – miała być twierdzą zdolną wytrzymać najcięższe nawet oblężenie. Miała być nie do zdobycia.
A jednak znalazł się w tej sytuacji, sam, u samego szczytu, bez żadnego planu, bez strategii działania, nie mając pojęcia, jaki ruch wykonać.
Po rozmowie z Bakerem wpadli jeszcze razem po Gordona Rentschlera, prezesa banku, i całą trójką wcisnęli się na tylne siedzenia czarnego Rolls-Royce’a należącego do Mitchella28. Przejechali przez zatkane, duszne ulice Manhattanu do swych domów na Upper East Side, z ulgą znikając z oczu tłumów, które ściągnęły na Wall Street, by ujrzeć rzeź. Podczas gdy pracownicy National City jedli przy biurkach kanapki na kolację, przez całą noc zaprzątnięci zliczaniem potwierdzeń dokonanych transakcji i powtórnym sprawdzaniem ksiąg rachunkowych, a niektórzy z nich zasypiali na podłogach swoich biur29 z racji ogromu pracy, którą trzeba było wykonać przed świtem, mózgi centrum operacyjnego National City szukały schronienia w swoich luksusowych rezydencjach mieszczących się wzdłuż wschodniego obrzeża Central Parku.
W samochodzie omówili wydarzenia bieżącego dnia i perspektywy na wtorek30. Żaden spośród tej trójki nie miał najmniejszych złudzeń, że rynek się wtedy odbije. Jedyne pytanie brzmiało: jak utrzymać National City poza linią ognia. Sam Mitchell był pewien, że w razie niepodjęcia jakichś radykalnych kroków „dojdzie do pionowego spadku kursu”31. Mitchell polegał w znacznej mierze na opiniach Bakera i Rentschlera, którzy, podobnie jak on, z natury zachowywali niezłomny optymizm. Nigdy nie podejmował ważnych decyzji, nie zasięgnąwszy wcześniej u nich rady. Ale w ciągu tej trwającej godzinę jazdy żaden z nich nie znalazł sensownego rozwiązania. Co do jednego byli zgodni: problem był naprawdę poważny.
Kiedy Mitchell dotarł do swej rezydencji przy Piątej Alei na wysokości Siedemdziesiątej Czwartej Ulicy32 – pięciopiętrowej kamienicy przypominającej renesansowe włoskie palazzo – w drzwiach czekał już na niego, jak co wieczór, kamerdyner, jeden z ponad tuzina pracowników zatrudnionych w jego domu33. Mitchell przeszedł przez olśniewający westybul, z garderobami po obu stronach i fontanną w głębi, po czym ruszył szeroką, okrągłą klatką schodową w górę, minął drugie piętro, gdzie okazały salon wychodził na Central Park, i dotarł do swojej biblioteki na trzecim – do miejsca, w którym często odbywał spotkania i gdzie bardziej niż gdziekolwiek indziej lubił się zamykać, by rozmyślać w samotności.
Jednak tego wieczora musiał się pośpieszyć z toaletą, gdyż wybierał się z wizytą do innego magnata finansowego, Bernarda Barucha, na uroczystą kolację wydaną na cześć angielskiego polityka nazwiskiem Winston Churchill34, w której udział wziąć miała cała śmietanka bankowości i przemysłu.
Mitchell nie należał do ludzi, którzy zwykli zmieniać plany i odwoływać spotkania, zwłaszcza tego wieczoru wydawało się to nie do pomyślenia. W obecnej sytuacji trzeba było działać z najstaranniejszym namysłem nad tym, co ludzie powiedzą. Gdyby się tam nie zjawił, mogły zacząć krążyć pogłoski o tym, że w National City dzieje się coś niedobrego.
Następnego dnia Mitchell obudził się wcześnie rano po nieprzespanej nocy35, podczas której wciąż na nowo odgrywał w pamięci wydarzenia poprzedniego dnia i rozpaczliwie szukał rozwiązania. Oddał się obowiązkowej, trwającej piętnaście minut codziennej porannej gimnastyce – „na rozruszanie”, jak rzecz nazywał36 – która zwykle przynosiła mu ukojenie. „Żadna błyskotliwość ani osobisty urok nie wyniosą człowieka na szczyt i go tam nie utrzymają, jeśli nie potrafi dzień po dniu stawiać się z uśmiechem wobec świata”37 – jak mawiał o swoim ćwiczeniowym rytuale.
Przy śniadaniu Mitchell zawsze przeglądał gazety. Czy coś wyciekło o National City? Czy ktoś wiedział o jego położeniu? „Ceny akcji spadają o 14 mld dolarów w ogólnokrajowej panice wyprzedaży; bankierzy zamierzają dziś wesprzeć giełdę”38 – głosił nagłówek na pierwszej stronie „New York Timesa”, podczas gdy „Daily News” otwierał numer tytułem Krach na giełdzie na 10 mld dolarów39. Nic z tego nie było dla niego nowością.
Na drugiej stronie „Daily News” zobaczył jednak swoją fotografię. Niegdyś lubował się w oglądaniu siebie w gazetach, ostatnio jednak nie przynosiło mu to już takiej przyjemności, zwłaszcza odkąd łechcące dotąd jego próżność komentarze zaczęły przybierać ton zdecydowanie nieprzychylny: stał się odgromnikiem dla polityków z Waszyngtonu40, słowem chłostających osoby z Wall Street.
Najbardziej zajadłym krytykiem Mitchella był wówczas senator Carter Glass, demokrata z Wirginii, który uważał giełdę za podatek nałożony na amerykański dobrobyt i obwiniał bankierów o bezmyślne udzielanie kredytu spekulantom. Ukuł nawet specjalny termin na to zjawisko: „mitchellizm”41.
Mitchell wraz z kolegami bankierami zdążyli wypracować określoną strategię postępowania z ludźmi pokroju senatora Glassa: po prostu go ignorowali. To, co działo się na Wall Street, nie było, ich zdaniem, sprawą Waszyngtonu. Po październiku 1929 roku stanowiska tego nie dało się już utrzymać.
Po opuszczeniu domu Mitchell udał się na spotkanie się z Rentschlerem na Piątej Alei. Dzień był pochmurny i chłodny, a choć zatrudniał dwóch szoferów42, a ponadto dysponował w pełni wyposażonym garażem przy Dziewięćdziesiątej Siódmej Ulicy, często wolał chodzić pieszo. Wspólnie ruszyli na południe. Na rogu Sześćdziesiątej Piątej Ulicy i Piątej Alei, kiedy czekali na przejazd samochodów przecinających poprzeczną arterię Central Parku, Mitchell zrzucił na przyjaciela zdumiewającą nowinę.
Chcąc ochronić swój bank, jak zwierzył się Rentschlerowi, postanowił tego ranka zaciągnąć osobistą pożyczkę na kwotę 12 mln dolarów, kilkakrotnie przewyższającą jego majątek netto, i użyć jej do wykupienia od banku akcji National City.
– Coś trzeba zrobić43 – powiedział.
Rentschler oniemiał.
– Nie rób tego – błagał przyjaciela. – Nie wystawiaj się tak na cios. Znajdziemy jakieś inne wyjście.
Propozycja Mitchella narażała na niebezpieczeństwo nie tylko jego fortunę, ale przyszłość całej jego rodziny. Gdyby kurs akcji nadal spadał, Mitchellowi groziła doszczętna ruina finansowa, która pogrążyłaby wraz z nim jego żonę Elizabeth i dwoje dzieci, Ritę i Craiga.
Takie było pierwsze ryzyko. Było jednak i drugie: żeby ten plan miał chociaż najmniejszy cień szansy na powodzenie, należało go przeprowadzić w najściślejszej tajemnicy. Gdyby rywalizujący ze sobą gracze giełdowi odkryli, że przewodniczący największego banku w Stanach Zjednoczonych osobiście ratuje własną instytucję, rozpętałoby się piekło.
Spacerując z nim dalej, Rentschler robił wszystko, by odwieść Mitchella od tego pomysłu. Jednak na próżno.
Był już wtorek, 29 października 1929 roku, dzień, który ekonomista John Kenneth Galbraith później nazwie „najbardziej druzgocącym dniem w historii nowojorskiego rynku akcji, a być może najbardziej druzgocącym dniem w całej historii giełdy”44.
Choć od krachu giełdowego 1929 roku minęło już niemal stulecie, wciąż pozostaje on największą – i w znacznej mierze niewłaściwie rozumianą – katastrofą finansową w nowoczesnych dziejach. W dzisiejszej opinii publicznej panuje co najwyżej mgliste pojęcie o tym, co wówczas zaszło, a jedynie garstka ludzi ma jakiekolwiek wyobrażenie o osobach, które odegrały najważniejsze role w tym dramacie, o tym, czego się dopuściły, by przyspieszyć nadejście kryzysu, dlaczego nie dostrzegły go zawczasu i jakie podjęły kroki, by doprowadzić do jego zakończenia. A co jeszcze ważniejsze, nie dostrzega się uderzających podobieństw między ówczesną epoką a dzisiejszym klimatem politycznym i gospodarczym.
Lata 20. to w historii Stanów Zjednoczonych okres, w którym narodziła się nowoczesna gospodarka konsumpcyjna, dziś uważana za rzecz oczywistą. Gdy miliony Amerykanów opuszczały farmy i miasteczka w poszukiwaniu lepiej płatnej pracy w metropoliach, tworzyły rynek dla nieznanych dotąd wygód i towarów. Kupowali samochody, radia i zmywarki45 – produkty, których potrzeby nikt wcześniej nie odczuwał, a które miały teraz czynić życie łatwiejszym i przyjemniejszym.
Najważniejszym jednak z produktów, tym, który umożliwiał nabycie wszystkich pozostałych, był kredyt. „Kup teraz, zapłać później”. W tym haśle kryła się jakaś magia.
W 1919 roku firma General Motors zdjęła klątwę, jaką obłożone było zaciąganie pożyczek osobistych, i rozpoczęła akcję sprzedaży samochodów na kredyt46. Wkrótce potem Sears, Roebuck & Co. zaoferował „plany ratalne”47 na drogie urządzenia domowe, a następnie również na inne towary przydatne w życiu codziennym. Dostrzegłszy tę zmianę kulturową, banki zautomatyzowały te procedury w przypadku drobniejszych nabywców. Giełda przy Wall Street poszła o krok dalej i zaczęła oferować kredyt również na zakup akcji: nazywano to kupowaniem „na kredyt maklerski”. Amerykanie z klasy średniej całymi tysiącami otwierali maklerskie rachunki kredytowe48, wpłacając 10 lub 20 procent wartości zakupu akcji, a resztę pożyczając. Gdy kursy rosły, zysk przychodził za darmo.
Amerykanie nie musieli już oszczędzać na dobra, których pragnęli. Pożyczanie weszło w nawyk, wykształcony wraz z optymizmem. Dopóki utrzymywała się wiara w jutro, spłatę długów można było bez końca odkładać na przyszłość.
Pojedyncze osoby wzbogacały się w sposób wręcz spektakularny. Najbogatsi w kraju gromadzili fortuny przekraczające 100 mln dolarów49, co w przeliczeniu na dzisiejsze wartości odpowiadałoby niemal 2 mld. Niektórzy z menedżerów najwyższego szczebla w największych amerykańskich przedsiębiorstwach otrzymywali wynagrodzenia i premie w wysokości od 2 do 3 mln dolarów rocznie, stanowiących obecnie równowartość od 37 do 56 mln dolarów.
A bogactwu towarzyszyła sława. Była to, rzec można, pierwsza epoka prawdziwych celebrytów: masowo wytwarzana, napędzana przez media obsesja na punkcie jednostek nie tylko z powodu ich talentu czy osiągnięć, lecz ze względu na samą ich widoczność. I coraz częściej w centrum uwagi nie znajdowali się artyści czy sportowcy, lecz bogacze. Gwiazdy Hollywoodu, pokroju Charliego Chaplina, Clary Bow czy Douglasa Fairbanksa, nadal trafiały wprawdzie na czołówki gazet, obok Babe Ruth czy Charlesa Lindbergha, ale po raz pierwszy dołączyli do nich biznesmeni. W epoce, która utożsamiła fortunę z genialnością, magnaci z Wall Street i branży przemysłowej stali się nazwiskami rozpoznawalnymi dla każdego. Czasopisma takie jak „Time”, który zaczął ukazywać się w 1923 roku, czy „Forbes”, wydawany od 1917 roku, uczyniły z finansistów największych bohaterów okładek. Ich zarobki śledzono i analizowano z najwyższą uwagą, ich wypowiedzi cytowano niczym Biblię. Najbogatszych ludzi w Stanach Zjednoczonych przedstawiano jako wizjonerów, jako symbol sukcesu w opętanym jego żądzą narodzie.
Coś, co z dzisiejszej perspektywy wydaje się najbardziej wyraźne, to skala, w jakiej ten odurzający dobrobyt lat 20. przesłaniał ukryte nierówności, głębokie rozszczepienie amerykańskiego społeczeństwa. W miarę wzrostu wydajności rolnictwa za sprawą usprawnień technicznych, w coraz mniejszym stopniu zależnego od najemnej pracy fizycznej, ogromne rzesze robotników rolnych popadały w ekonomiczne tarapaty, a wraz z nimi w nędzy pogrążały się miasteczka, w których dotąd żyli, co dodatkowo pogłębiało przepaść między uprzywilejowanymi w mieście a tymi, którzy pozbawieni podobnych przywilejów żyli na wsi. Giełda przy Wall Street unosiła się niczym olbrzymi balon nad zwykłymi ludźmi, a czołowi jej gracze, oślepieni własnym mitem, zażywali wszelkich wygód świata, który wydawał się królestwem, a do którego wstęp przysługiwał jedynie wybranym. Ówczesny rząd niewiele sobie z tego robił, w Waszyngtonie panowała bowiem atmosfera skrajnego leseferyzmu. Prezydent Calvin Coolidge z dumą dążył do obniżania podatków50 i przywrócenia rządowi federalnemu znaczenia oraz uprawnień sprzed okresu pierwszej wojny światowej. Uważał, że Amerykanie sami potrafią rozwiązywać własne problemy. I cieszył się z tego powody olbrzymią popularnością51.
Biznes ochoczo wprowadzał własne reguły. Gdy gigantyczne korporacje, takie jak U. S. Steel czy General Motors, zdobywały dominację na rynkach i odnotowały niebotyczne zyski, bogacze stawali się klasą samą w sobie, szczególnie w Nowym Jorku, siedzibie Wall Street – najpotężniejszej maszyny do wytwarzania bogactwa, jaką kiedykolwiek widział świat. Gdy w Harlemie rozkwitał jazz, a Dorothy Parker przewodziła światu literackiemu w hotelu Algonquin52, giełda ozłacała samo miasto, a najbardziej uprzywilejowani wznosili świątynie ku czci własnej fortuny, które przetrwały do dziś. Piąta Aleja, Park Avenue czy Central Park West53, w postaci, w jakiej je dziś znamy, w przeważającej mierze są wytworem lat 20. ubiegłego wieku. Manhattan wystrzelił ku górze. Liczba mieszkańców miasta wzrosła niemal do 7 mln54, i to nie tyle za sprawą imigrantów przybywających do USA przez Ellis Island, jak w poprzednich dekadach, ile migrantów z reszty kraju, opuszczających prowincję dla uroków wielkomiejskiego życia oraz, w przypadku wielu, w nadziei na szybkie wzbogacenie.
Aż do przełomu XIX wieku giełdy zachowywały ograniczone rozmiary i pozostawały na uboczu, opanowane głównie przez wtajemniczonych w tę grę, zwanych insiderami. W tak zwanym dobrym towarzystwie nabywanie i sprzedawanie akcji traktowano z pogardą, jako brudne zajęcie, domenę hazardzistów i odszczepieńców. Większość Amerykanów niewiele wiedziała o codziennych utrapieniach rynku akcji. W małych i średnich miastach, gdzie żyła większość ludności USA, wiadomości o toczących się w wielkich metropoliach grach o pieniądze docierały z daleka co najwyżej w postaci pogłosek.
Wszystko zmieniło się na początku XX wieku, gdy kraj ogarnęła gorączka przemysłowa. Głodne kapitału na inwestowanie w fabryki i reklamę swoich produktów przedsiębiorstwa ruszyły tłumnie na Nowojorską Giełdę Papierów Wartościowych, gdzie dzienne obroty przebijały sufit, a ambitni młodzieńcy mierzyli się ze sobą sprytem i intelektem. (Nie sposób nie zauważyć, że był to świat kształtowany niemal wyłącznie przez mężczyzn. Kobiety nie były w nim dobrze widziane: nie dopuszczano ich do parkietu giełdowego ani nie pozwalano na współdecydowanie o regułach gry55 – miały pozostać obserwatorkami tego dramatu, którego nie wolno im było reżyserować, a co najwyżej obsadzano je w drugoplanowych rolach gospodyń, żon bądź muz).
W latach 20. rynek akcji stał się motorem napędzającym całość gospodarki, a jego tłoki zaczęły dochodzić do kresu swej wydajności: pracował na najwyższych obrotach, rozżarzony do czerwoności, wabiąc obywateli jak ćmy do ognia.
Aż w końcu się przegrzał.
Długotrwałe i nieprzerwane hossy giełdowe, takie jak ta z lat 20., rodzą zbiorowe złudzenia. Optymizm staje się narkotykiem albo religią, albo czymś pośrednim między jednym a drugim. W atmosferze gorących „cynków”, okazji zdarzających się raz na milion, zabójczo skutecznych chwytów sprzedażowych i sloganów, którym nie sposób się oprzeć, ludzie tracą zdolność właściwego oszacowania ryzyka i odróżniania dobrych pomysłów od złych.
A na szczytach przemysłu i rządu, w czasie każdej takiej manii, stoją często ludzie nieróżniący się wcale od innych – ułomni, kierujący się własnym interesem, skomplikowani. Popychają wydarzenia naprzód, niekiedy śmiało, niekiedy po omacku, często nie pojmując w pełni konsekwencji własnych działań. Stan wrzenia się utrzymuje – aż wszystko wykipi. Niektórzy wykorzystują chwilę, nawet sobie tego nie uświadamiając. Inni racjonalizują swoje postępowanie, przekonując samych siebie, że służą jakiemuś wyższemu dobru. Czy szukają władzy, aprobaty, czy też po prostu dreszczu emocji płynącego z pokonania przeciwności, rzadko zdają sobie sprawę z tego, że najgorsze dopiero przed nimi.
Niemal jedyną wspólną nicią przewijającą się przez każdy wielki kryzys finansowy jest zadłużenie. To siła obdarzona potężnym ładunkiem optymizmu. Jeśli wyobrażamy sobie przyszłość jako krainę coraz to nowych możliwości i dobrobytu, to czemu nie sięgnąć po część tych zasobów już dziś? Właśnie tak działa dług. Ściąga jutrzejsze bogactwo do teraźniejszości. Problemy zaczynają się wtedy, gdy ogarnia nas chciwość i bierzemy zbyt wiele. Nikt nie wie na pewno, gdzie przebiega granica – ani co robić, kiedy odkryjemy, że już została przekroczona. W tym momencie panika staje się reakcją naturalną. Przyszłość nagle do tego stopnia się kurczy i staje się tak ponura, że nie ma już skąd czerpać optymizmu.
Znamienna anegdota z tej epoki dotyczy młodego Groucha Marxa. Jesienią 1929 roku, gdy notowania zdawały się rosnąć bez końca, Groucho Marx regularnie spędzał długie godziny na przyglądaniu się taśmie notowań w lokalnym domu maklerskim, w oddziale Newman Brothers & Worms w Great Neck na Long Island. Jak opowiadał jego syn, nie zdradzał „żadnych ciągot do hazardu, a nawet w najpomyślniejszych czasach nie przestawał szukać sposobów na ograniczenie domowych wydatków”56.
– Niech pan tylko spojrzy. RCA doszła do pięciuset trzydziestu pięciu dolarów za akcję. Widział pan kiedy coś podobnego?57 – zagadnął go jego makler, pan Green.
Groucho niczego podobnego nie widział.
– Jest jedna rzecz, której nie pojmuję, panie Green. Sam mam akcje RCA. Ale jak to możliwe, że sprzedają się po 535 dolarów za sztukę, skoro spółka nigdy dotąd nie wypłaciła dywidendy?
Makler objaśniał mu wszystko w sposób, jak gdyby mówił do niezbyt rozgarniętego dziecka:
– Panie Marx, przeciętnemu człowiekowi, nieobeznanemu z wielkimi finansami, trudno pojąć to, do czego dzisiaj doszło. Ale jedno mogę panu powiedzieć: Wall Street nie ogranicza się już do tej ulicy. To giełda ogólnoświatowa. Kursy będą tylko rosły, rosły i rosły. Kapuje pan?
Groucho pozostawał sceptyczny.
– Proszę posłuchać, panie Marx, ta sprawa nas obu przerasta58. Niech Pan z tym nie walczy. Niech pan zaufa, że zostanie pan bardzo bogatym człowiekiem. Ja wiem, co mówię. Sam działam na giełdzie. Mam rodzinę i nie podejmowałbym takiego ryzyka, gdybym nie wiedział, że ten rynek wykazuje się krzepkim zdrowiem.
Groucho, pod wrażeniem tych wywodów59, powtórzył je swemu przyjacielowi Maxowi Gordonowi, producentowi teatralnemu z Nowego Jorku, który również zaczął grać na giełdzie:
– Wall Street nie sprowadza się już do tej ulicy. To giełda ogólnoświatowa. Możliwości, jakie daje, są nieograniczone.
– To lepsze niż praca – powiedział Gordon.
Marx, który w tym okresie swojej kariery był jeszcze artystą wodewilowym, wierzył w cynki giełdowe niezależnie od osoby, która mu je dawała60: czy była przyjacielem, czy kimś zupełnie obcym. Gdy windziarz w hotelu Ritz w Bostonie poradził mu zakupić akcje Union Carbide, Marx udał się do najbliższego biura maklerskiego, które mieściło się w jego hotelu, bo na tyle się już rozpowszechniły, gdzie wypisał czek na 9000 dolarów na zakup akcji. Pewien aktor, który zajrzał do jego garderoby, opowiedział mu o Goldman Sachs Trading Corporation61, publicznej spółce inwestycyjnej utworzonej przez prywatną spółkę Goldman Sachs po to, by skorzystać z giełdowej prosperity. Marx natychmiast kupił akcje za 27 tys. dolarów.
A potem, w ostatnim tygodniu października 1929 roku, zadzwonił do niego makler62:
– Doszło do niewielkiego załamania na giełdzie, panie Marx. Lepiej niech pan szybko przyjedzie z gotówką na pokrycie depozytu zabezpieczającego.
Wszystko skończyło się tak, że Groucho musiał obciążyć dom hipoteką, by zapłacić maklerowi.
– Czy to nie pan mnie przekonywał, że nie ma żadnego ryzyka, że działamy na rynku światowym? – zapytał wówczas.
– Chyba się myliłem – odparł zawstydzony Green.
– Nie, to ja się pomyliłem – powiedział Groucho. – Bo pana posłuchałem.
Wszyscy kochamy anegdoty, zwięźle objaśniające nam, jak działa świat. Wszyscy kochamy łatwy pieniądz. Pokusa od stuleci napędza ludzką głupotę, czy będzie to wąż w ogrodzie Eden, czy rynkowa obsesja na punkcie kryptowalut albo sztucznej inteligencji. Każda kolejna fala łudzi nas przekonaniem, że wyciągnęliśmy lekcję z historii i że tym razem już nie damy się oszukać.
A potem wszystko się powtarza. Tak właśnie stało się w roku 1929.
1W. F. Wamsley, The Ruler of the World’s Largest Bank, „New York Times”, 29 września 1929 r.
2National City jest poprzednikiem Citigroup. W 1955 r. połączył się z First National Bank of the City of New York i w 1976 r. został przemianowany na Citibank. Po kolejnej serii fuzji w 1998 r. został przemianowany na Citigroup.
3Wamsley, The Ruler of the World’s Largest Bank.
4United States v. Charles E. Mitchell, 32 B. T. A. 1093, 1935 BTALEXIS 843 (czerwiec 1933 r.).
5Gary Richardson, Alejandro Komai, Michael Gou, Daniel Park, Stock Market Crash of 1929, Federal Reserve History, 22 listopada 2013 r.
6Table of Sunrise/Sunset, Moonrise/Moonset, or Twilight Times for an Entire Year; New York, NY; Rise and Set for the Sun for 1929, US Naval Observatory Astronomical Applications Department, dostęp 18 maja 2025 r.
7Exchange Holiday Urged, „New York Times”, 29 października 1929 r.
8(Former) National City Bank Building, New York City Landmarks Preservation Commission, 12 stycznia 1999 r., https://s-media.nyc.gov/agencies/lpc/lp/1979.pdf.
9Troubles of Mitchell, „Time”, 18 listopada 1929 r.
10Kathleen Day, Broken Bargain: Bankers, Bailouts, and the Struggle to Tame Wall Street (Yale University Press, 2019), s. 45.
11Helvering v. Mitchell, 303 US 391 (1938).
12Helvering v. Mitchell.
13United States v. Charles E. Mitchell, zeznanie Hugh B. Bakera.
14Tamże.
15National City Unites with Corn Exchange; Forms Largest Bank, „New York Times”, 20 września 1929 r.
16Thomas F. Huertas, Joan L. Silverman, Charles E. Mitchell: Scapegoat of the Crash?, „Business History Review” 60, nr 1 (wiosna 1986), s. 81–103.
17Akcjonariusze Corn Exchange mogli otrzymać 360 dolarów: National City Unites with Corn Exchange; Forms Largest Bank, „New York Times”.
18National City Unites with Corn Exchange; Forms Largest Bank, „New York Times”.
19Huertas, Silverman, Charles E. Mitchell.
20Helvering v. Mitchell.
21Tamże.
22Tamże.
23United States v. Charles E. Mitchell.
24Huertas, Silverman, Charles E. Mitchell.
25Frederick Lewis Allen, The Lords of Creation: The History of America’s 1 Percent (Open Road Integrated Media, 1935), s. 246.
26Bruce Barton, Is There Anything Here That Other Men Couldn’t Do?, „American Magazine”, luty 1923 r.
27Wamsley, The Ruler of the World’s Largest Bank.
28Helvering v. Mitchell.
29Weary Runners Nap on Bank’s Marble Floor; Mitchell Orders Chairs Brought for Them, „New York Times”, 31 października 1929 r.
30Helvering v. Mitchell.
31Commissioner of Internal Revenue vs. Charles E. Mitchell, stenogram rozprawy, t. 3, cz. 4.
32W domu Mitchella przy Piątej Alei 934 , między East Seventy-Fourth Street a East Seventy-Fifth Street, na Upper East Side Manhattanu, mieści się dziś konsulat Francji.
33Craig Mitchell, I Remember Fifth, „Town & Country”, wrzesień 1989 r.
34James L. Grant, Bernard M. Baruch: The Adventures of a Wall Street Legend (John Wiley & Sons, 1997).
35Helvering v. Mitchell.
36Barton, Is There Anything Here That Other Men Couldn’t Do?
37Tamże.
38Stock Prices Slump $14,000,000,000 in Nation-Wide Stampede to Unload; Bankers to Support Market Today, „New York Times”, 29 października 1929 r.
39Stock Crash 10 Billion Dollars, „New York Daily News”, 29 października 1929 r.
40Glass Assails Mitchell for Bank’s Aid to Market, Stocks Up in Buying Rush, „New York Times”, 29 marca 1929 r.
41Business of Nation Unshaken, Declare Treasury Officials, „Philadelphia Inquirer”, 25 października 1929 r.
42Mitchell, I Remember Fifth.
43Helvering v. Mitchell.
44John Kenneth Galbraith, The Great Crash 1929 (Houghton Mifflin Company, 1955), s. 116.
45Becky Little, Why the Roaring Twenties Left Many Americans Poorer, „History”, 23 marca 2021 r.
46Culture of Debt Was Driven by GM, „Marketplace”, 26 grudnia 2009 r.
47Installment Buying, 1920–1930, „CQ Press”, styczeń 1930 r.
48Gene Smiley, Richard H. Keehn, Margin Purchases, Brokers’ Loans and the Bull Market of the Twenties, „Business and Economic History” 17 (1988), s. 129–142.
49William C. Durant, Auto Pioneer, Dies, „New York Times”, 19 marca 1947 r.
50John Hendrikson, Budget and Tax Lessons from President Calvin Coolidge, Calvin Coolidge Presidential Foundation, 10 grudnia 2014 r.
51David Greenberg, Calvin Coolidge (Henry Holt and Company, 2006), s. 57.
52James R. Gaines, Wit’s End: Days and Nights of the Algonquin Round Table (Harcourt Brace Jovanovich, 1977).
53Guide to New York City Landmarks, wyd. 3 (John Wiley & Sons, 2004).
541900–1930 – Fifteenth Census of the United States: 1930, Population, Volume 6: Families, Table 4, U. S. Census Bureau, 8 października 2021 r.
55Paulina Bren, She-Wolves: The Untold History of Women on Wall Street (W. W. Norton & Company, 2024). Muriel „Mickie” Siebert była pierwszą kobietą, która 28 grudnia 1967 r. kupiła sobie miejsce na NYSE.
56Arthur Marx, My Life with Groucho (Barricade Books, 1992), s. 95.
57Tamże.
58Tamże, s. 96.
59Tamże.
60William K. Klingaman, 1929: The Year of the Great Crash (Harper & Row, 1989), s. 90.
61Investment Trust Stock Subscribed, 900,000 Shares of New Goldman Sachs Trading Corp. Priced at 104 Each, „Brooklyn Daily Times”, 7 grudnia 1928 r. Goldman Sachs, wówczas prywatna spółka partnerska, powołał do istnienia Goldman Sachs Trading Corporation w 1928 r.
62Marx, My Life with Groucho, s. 125.
Część pierwsza
Rozdział pierwszy
1 lutego 1929
W chłodny, smagany wiatrem wieczór 1 lutego 1929 roku1, mniej więcej godzinę przed północą, Thomas Lamont i jego żona Florence podjechali limuzyną w pobliże Pomostu nr 54, nieopodal Czternastej Ulicy na Manhattanie. Gmach wybudowany w stylu beaux arts, zaprojektowany przez tych samych architektów co Grand Central Terminal2, był enklawą przepychu i elegancji pośród przemysłowego śmietnika i cuchnących mięsem jatek na dalekim West Side.
Przystojni, nienagannie ubrani Lamontowie promienieli, torując sobie drogę przez ciżbę reporterów i fotografów ku trapowi Aquitanii, luksusowego, czterokominowego transatlantyku długości 275 metrów3, wypływającego z portu do Cherbourga we Francji.
Lamont, dystyngowany, pięćdziesięcioośmioletni starszy wspólnik w J. P. Morgan & Co.4, należał do delegacji sławnych amerykańskich ludzi interesu wysyłanych do Paryża na konferencję, na której – zgodnie z powszechnym oczekiwaniem – miało dojść do zaciekłych sporów, dotyczyła bowiem kwestii niemieckich reparacji wojennych.
Była to druga podobna konferencja w ciągu 4 lat i jedyny wielki problem geopolityczny, jaki wówczas kładł się cieniem na światowej gospodarce. Problem, z którym musieli się zmierzyć Lamont i jemu podobni, pozostawał w gruncie rzeczy niezmieniony od końca Wielkiej Wojny: Niemcy albo nie były gotowe, albo nie były w stanie, zależnie od tego, komu dać wiarę, spłacać Anglii i Francji olbrzymiego odszkodowania finansowego uzgodnionego na konferencji w Wersalu w 1919 roku5. Stany Zjednoczone, licząc na częściowe złagodzenie napięcia przez skłonienie sojuszników do przeorganizowania spłat długów należnych od dawnego przeciwnika, usiłowały nie dopuścić do ponownego rozgorzenia konfliktu.
Fakt, że odpowiedzialność za taką dyplomację spoczywała teraz na barkach liderów amerykańskiego biznesu, było znamiennym dowodem na to, w jakim zakresie handel przyćmił politykę jako siłę napędową lat 20.
– Panie Lamont! Panie Lamont! – wołali reporterzy w nadziei, że uda im się wycisnąć z niego jakiś bon-mot nadający się do łatwego zacytowania. – Co ma pan do powiedzenia o tym, że Niemcy nie dokonują płatności?6
– Ani słowa komentarza – odparł pogodnie, prowadząc żonę ku Aquitanii.
Lamont, choć lubił gawędzić z prasą, zawsze zachowywał dyskrecję właściwą bankierowi najwyższej klasy, nie dając się nigdy sprowokować ani wciągnąć w awanturę w tak drażliwej kwestii.
Choć formalnie rzecz biorąc, w J. P. Morgan Lamont pełnił funkcję zastępcy Jacka Morgana, wszyscy wiedzieli, że to on w istocie kierował bankiem7. Jack, najstarszy syn Johna Pierponta Morgana Sr., może i był podobizną swego zmarłego ojca i przypominał go obwisłą, niezbyt urodziwą twarzą, trwale naznaczoną grymasem rozdrażnienia, lecz na tym podobieństwo się kończyło. Jackowi brakowało powagi właściwej jego ojcu. Na tyle bystry, by znać własne ograniczenia, dbał o to, by trzymać Lamonta zawsze blisko siebie8, w gotowości wystąpienia w roli zwierzchniego autorytetu w każdej przestrzeni, z jego żelazną dłonią spowitą w aksamitną rękawiczkę, człowieka przenikliwego i nawet na moment nietracącego z oka kierunku, w jakim rozwija się dana sytuacja. W biurze powtarzano: „Pan Morgan mówi do pana Lamonta, a pan Lamont do ludzi”9.
Jack również miał tej nocy płynąć do Paryża10. Wybrano go na jednego z głównych negocjatorów, a Lamonta zabierał ze sobą jako swego „zastępcę”, doskonale wiedząc, jak bardzo będzie na nim polegał. Chcąc uniknąć kontaktu z prasą, polecił, by samochód podwiózł go od strony rufy Aquitanii; wszedł na pokład specjalnym trapem przeznaczonym dla pracowników statku, z dala od całego zamieszania. Prędko udał się do swojej kajuty, podczas gdy fotografowie skupiali uwagę na amerykańskich potentatach biznesu pokroju Lamonta, którzy delektują się każdą chwilą spędzoną w blasku reflektorów.
Lamont czuł, że jest u szczytu swojej potęgi, był uosobieniem tego, czym miał być bankier w tak zwanym Domu na Rogu przy Wall Street 2311. Arystokratycznej urody, odziany w swój obowiązkowy czarny garnitur w prążki i w białą koszulę, miał wyraziście błękitne oczy, w kąciku których przy każdym uśmiechu pojawiały się zmarszczki – a uśmiechał się często. Syn pastora, Lamont miał więcej pieniędzy niż kiedykolwiek mógł sobie wyobrazić, i był po imieniu z każdym, od Charlesa Lindbergha po Benita Mussoliniego. Jego reputacja pozostawała nieskalana. „Człowiek, którego nie sposób nie zauważyć” – jak nazwał go „Time”. „Opowiedz mu dowcip, a się roześmieje. Podsuń mu pomysł, a go rozwinie. Postaw go wobec problemu, a zacznie go rozwiązywać. Drzwi jego umysłu łatwo stają otworem…”12
Po wynegocjowaniu dla J. P. Morgana umowy w całej Europie, Ameryce Łacińskiej i Azji, Lamont uważał się nie tylko za bankiera, ale za ambasadora amerykańskiej zamożności – przyjaciela królów, dyktatorów i kogokolwiek, kto akurat sprawował władzę w danym kraju. Nie było na świecie problemu, którego nie dałoby się rozwiązać czarodziejską różdżką kredytu – w każdym razie głęboko w to wierzył. Cokolwiek dziś wydawało się przekraczać czyjeś siły płatnicze, rozpisać można było na wykonalny harmonogram przyszłych spłat. Ten właśnie model przyniósł Stanom Zjednoczonym niewiarygodny dobrobyt w minionej dekadzie; dlaczegóż nie miałby zdziałać cudów także w Europie, w odniesieniu do reparacji wojennych?
Wchodząc tamtej nocy na pokład Aquitanii, Lamont odczuwał szczególną dumę, gdyż jego sukces miał właśnie stać się dziedziczny13: jego najstarszy syn, Thomas Stilwell Lamont, podążył jego śladem. Zaledwie miesiąc wcześniej, 1 stycznia 1929 roku, młody „T. S. L.” został przyjęty do grona partnerów Morgana wraz z Henrym, synem Jacka.
Ogłaszając te nominacje, „New York Times” zauważył, że ci młodzi mężczyźni zdobyli
najbardziej pożądane stanowiska na Wall Street. […] Z finansowego punktu widzenia […] bycie wspólnikiem w domu Morganów zawsze uchodziło za jeden z najprzedniejszych kąsków w amerykańskiej bankowości. […] Uważa się, że wspólnictwo w tej firmie przynosi co najmniej milion dolarów rocznie14.
Istotnie, 31 grudnia 1928 roku, by uczcić znakomity rok, Jack Morgan wręczył Lamontowi oraz pozostałym starszym wspólnikom koperty z premiami, z których każda zawierała czek na minimum milion dolarów15.
W przekonaniu Lamonta – i niemal wszystkich z jego bliskiego kręgu – rok 1929 zapowiadał się jeszcze lepiej. „Niektóre czynniki, które służyć będą kształtowaniu finansowej historii tego roku, okazują się nadzwyczaj sprzyjające; należą do nich ogromne bogactwo kraju, jego zdrowy system bankowy, rosnąca produkcja oraz konsumpcja […] [jak również] zachowawcze metody handlowe, wysokie płace i zadowolenie klasy pracującej oraz rosnący eksport”16 – pisał jeden z felietonistów „New York Timesa”. „The New York Evening Post” z kolei, jego konserwatywny konkurent, jak prawie nigdy, się z nim zgadzał. „Istnieją zasadnicze przesłanki wskazujące na to, że dotychczasowy dobrobyt sam się utrzyma”17 – zauważał na jego łamach ekspert z dziedziny finansów Paul Willard Garrett.
Giełda wzrosła o zdumiewające 62 punkty procentowe w porównaniu z tym samym okresem roku 1928 – więcej niż ktokolwiek uważał za możliwe. Na zamknięciu sesji 1 lutego indeks Dow Jones Industrial Average osiągnął wartość 319,69 punktu w stosunku do 197,87 punktu z poprzedniego roku.
Tego samego dnia, w którym młody Tom został mianowany wspólnikiem, w Nowy Rok Lamontowie wydali przyjęcie w swojej wakacyjnej posiadłości niedaleko Charleston w Karolinie Południowej, na cześć ambasadora w Meksyku Dwighta Morrowa i jego żony Elizabeth18. Wśród gości znaleźli się wybitny sędzia federalnego sądu apelacyjnego Learned Hand z małżonką Frances oraz Walter Lippmann, kierownik działu redakcyjnego „The New York World”, wraz z żoną Faye.
Po uroczystej kolacji, w trakcie jednej z salonowych zabaw, sędzia Hand, obsadzony w roli Otella, udał, że dusi poduszką drobną Faye. Niestety, jego zapał i tusza okazały się dla niej nazbyt wielkim obciążeniem. gdy chwiejnie podniosła się z kanapy z jej z wyglądającego na złamany nosa, trysnęła krew. Sędzia wyglądał, jakby chciał się zapaść pod ziemię ze wstydu19.
Lamont, zachwycony kolacją, a może i tym, co mówiła o drodze, jaką udało mu się przebyć w wyższych sferach, chwalił się wówczas najmłodszemu synowi Austinowi w liście, w którym relacjonował ów wieczór, że sędzia Hand „obawia się, że przez resztę życia na jego karierze sędziego Stanów Zjednoczonych cieniem kładł będzie się fakt, że na przyjęciu złamał pewnej damie nos”20.
Jednak mimo całej żarliwości, z jaką wyznawał nową religię Wall Street, Lamont różnił się od swoich rówieśników. Skromne pochodzenie i własnymi siłami osiągnięty awans w świecie interesów dawały mu nieco szerszą perspektywę. Pragnął nie tyle bogactwa, ile wielkości. Wiedział, że on sam, nie Jack Morgan, jest prawdziwym dziedzicem etosu J. P. Morgana: przekonania, że wielki człowiek może okiełznać niesforne siły rynkowe i zbudować lepszy świat. Całe życie przygotowywał się na tę chwilę, opanowując reguły dyplomacji najwyższego szczebla, tak bardzo wówczas potrzebną do tego, by spuścić powietrze z napęczniałego goryczą niemieckiego balona. Czuł się więcej niż gotów podjąć to wyzwanie.
Z Florence wspartą na swoim ramieniu odwrócił się od fotografów stojących przed Aquitanią. Ta podróż – i ten rok, 1929 – mogły przypieczętować jego spuściznę.
Urodzony w roku 1870, Lamont wychował się w północnej części stanu Nowy Jork, gdzie jego ojciec, ubogi pastor kościoła metodystów, zachęcał czworo swoich dzieci do czytania książek i rozwijania umiejętności samodzielnego myślenia21.
Choć Lamontowie byli dość ubodzy, Thomas okazał się prymusem, który zapracował sobie na miejsce w Exeter, a potem na Harvardzie, gdzie rozwinął skrzydła dzięki swej inteligencji, troskliwej naturze i szczerości. Już na pierwszym roku został redaktorem „The Harvard Crimson”22, a później prezesem tego pisma. Dwa dni po ukończeniu studiów zatrudnił się jako reporter w „New-York Tribune”, zanurzając się w „najohydniejsze czeluści miasta”. Śmiało szukał tematów prowadzących go daleko od szacownych dzielnic Manhattanu, między innymi na temat „morderstwa w Hell’s Kitchen, wybuchu cholery na Lower East Side oraz wojen gangów w Chinatown”.
„Pozostali reporterzy zwykli się ze mnie nabijać – wspominał później – mówiąc, że zawsze usiłuję nauczyć się wykonywania pracy mojego bezpośredniego zwierzchnika. I nie było to dalekie od prawdy”23.
Ożenił się w wieku 25 lat i pragnąc zapewnić nowej żonie Florence taki standard życia, jaki jego zdaniem jej się należał24, Lamont przeszedł do świata biznesu, by z czasem dołączyć do przyjaciela Henry’ego Davisona w Bankers Trust, nowego typu firmie finansowej, podejmującej ryzyko daleko większe niż tradycyjne banki. Pierwsza dekada XX wieku była spektakularnym czasem na rozpoczęcie kariery w finansach. Ludzie, którzy zbili fortuny w całym kraju, czy to na tekstyliach, górnictwie, metalach, handlu detalicznym, czy kolejach, ściągali do Nowego Jorku, gotowi puścić swój majątek w obieg i podjąć nowe, ekscytujące wyzwania. Do zwabienia tych świeżo upieczonych milionerów wystarczały nienaganna reputacja i okazały gmach z kosztownymi detalami rzeźbionymi w marmurze.
Lamont świetnie sobie radził, podobnie jak Bankers Trust, lecz właśnie wtedy, gdy zaczynał czuć się coraz lepiej w nowej skórze, w 1907 roku Wall Street ogarnęła panika – ta sama, która odcisnęła tak traumatyczne piętno na Charlesie Mitchellu. Uczciwy i cieszący się powszechnym szacunkiem Bankers Trust nie pozostawał całkowicie odporny na ten kryzys. Jego przetrwanie, a być może przetrwanie całej tej branży, zależało ostatecznie od kaprysu jednego człowieka, wielkiego J. Pierponta Morgana.
Jesienią 1907 roku legendarny J. Pierpont Morgan miał 70 lat i imponujący okres jego panowania zbliżał się do końca25. Założona w 1871 roku spółka J. P. Morgan & Co. uchodziła za „największą międzynarodową instytucję bankową na świecie”26 oraz „kwaterę główną potęgi finansowej w świecie biznesu”27. Żadna pojedyncza osoba w dziejach Wall Street nie sprawowała większej władzy i nie miała większych wpływów niż on. Pod jego rządami Dom Morgana dopomógł w unowocześnieniu gospodarki USA, przekształcając rozległe zaplecze względnie niewielkich przedsiębiorstw, typowych dla kapitalizmu XIX wieku, w potężne struktury korporacyjne dominujące w wieku XX.
Gdy wybuchł kryzys, Morgan brał właśnie udział w konferencji episkopalnej w Richmond w Wirginii28. Weteran, któremu udało się przetrwać niejedną już panikę giełdową, początkowo zachowywał zimną krew; jednak po kilku rozpaczliwych wieściach napływających od wspólników polecił doczepić swój prywatny wagon Pullmana do lokomotywy parowej i powrócił na Manhattan.
W sobotni wieczór 2 listopada 1907 roku29, po zakończonym tygodniu, w którym doszło do upadku przeszło dwudziestu banków, Morgan zwołał magnatów świata finansów na naradę w swojej rezydencji na rogu Trzydziestej Szóstej Ulicy i Madison Avenue i nakazał im samodzielnie rozstrzygnąć, które instytucje mają zostać wzmocnione zastrzykiem kapitału, a którym pozwoli się upaść, wymazując przy okazji oszczędności tysięcy deponentów, doprowadzając do ruiny spółki, a co za tym idzie kariery i życie wielu osób. Zaproszony na to spotkanie przez Davisona w nadziei, że pomoże znaleźć rozwiązanie, Lamont przybył tuż po północy i odegrał na nim jedynie rolę statysty. Zapamiętał je jednak na zawsze.
– Trudno byłoby wyobrazić sobie bardziej nieprzystające do wagi wydarzeń miejsce spotkania dla zatroskanych bankierów – wspominał później. – W jednym gabinecie – wzniosłe, wspaniałe tapiserie zwisające ze ścian, rzadkie egzemplarze wydań Biblii oraz iluminowane średniowieczne rękopisy wypełniające gabloty; w drugim – kolekcja mistrzów wczesnego renesansu, Castagno, Ghirlandaio, Perugino, by wymienić tylko kilku; ogromny otwarty kominek, uchylone lekko drzwi do sancta sanctorum, gdzie przechowywano oryginalne rękopisy […] A pośród tego całego przepychu […] wzburzony tłum bankierów, zbyt roztrzęsionych, by usiąść i swobodnie rozmawiać, [kręcących się] po tej cudownej marmurowej sali, przechadzających się w górę, i w dół po wysoko sklepionych komnatach, z ich wyposażeniem w stylu cinquecento, czekających na podjęcie doniosłych decyzji przez naszego nowoczesnego Medyceusza30.
Napięcie dawało się wyczuć w powietrzu do tego stopnia, że Morgan zamknął bankierów na klucz w swojej bibliotece, skąd nie mogli wyjść bez uprzedniego dojścia do jakiegoś porozumienia w sprawie, gdy on sam zabawiał się grą w pasjansa i palił cygara w sąsiednim pokoju31. Było jasne, że jeśli nie znajdą żadnego rozwiązania, amerykański system bankowy najprawdopodobniej się załamie. „Sytuacja nie mogła się dłużej wymykać się spod kontroli” – pisał później o kryzysie Lamont. „Trzeba go było ratować”32. I tak też zrobiono. Bankierzy doszli do porozumienia, gdzie należy wytyczyć granicę między instytucjami, ich zdaniem zasługującymi na przetrwanie a całą resztą i zobowiązali się finansować te, które znalazły się po właściwej stronie. Siłą własnej woli, jeden człowiek powstrzymał całą gospodarkę przed runięciem w przepaść, dając pokaz osobistej potęgi największego amerykańskiego finansisty, który już w tamtej chwili wydawał się anachroniczny. Czy taki manewr mógłby jeszcze kiedykolwiek się powieść?
Trzy lata później, pod koniec października 1910 roku, Lamont niespodziewanie otrzymał wezwanie od samego Morgana, by stawił się na Wall Street 2333. Choć od paniki minęło już sporo czasu, wciąż tkwiła świeżo w pamięci, a Lamont, któremu dobrze się wiodło w Bankers Trust, do końca nie wiedział, czy ma się z zaproszenia cieszyć, czy raczej obawiać, że znów nadciąga jakiś kryzys.
Wprowadzony do części wydzielonej dla wspólników, gdzie wybrańcy pracowali ramię w ramię, ujrzał J. Pierponta siedzącego przy własnym sekretarzyku z roletą.
– Proszę podejść – powiedział Morgan, przenikliwym spojrzeniem wwiercając się w młodzieńca. Wpatrywał się w potem w Lamonta zamyślony, jakby szacował jego wartość. – Lamont – odezwał się wreszcie – chcę, żeby z początkiem przyszłego stycznia dołączył pan do naszego grona jako wspólnik34.
Lamont miał wówczas 40 lat i nie zdążył zdobyć większego doświadczenia w porównaniu z innymi partnerami Morgana, takimi jak jego przyjaciel Davison z Bankers Trust, który rok wcześniej dołączył do J. P. Morgan w charakterze wspólnika.
– W czym mógłbym być panu pomocny? – zapytał Lamont, zawsze zabiegający o względy.
– Och, zajęcia znajdzie się u nas aż nadto – zapewnił go J. Pierpont. – Proszę po prostu zająć się tym, co uzna pan za konieczne do zrobienia. – Zapadła chwila ciszy, po czym Morgan zadał pytanie: – Zgadza się pan, czyż nie?
Lamont skinął na znak zgody35, ale nazajutrz dorzucił jeszcze jeden warunek: chciał, by zagwarantowano mu trzy miesiące urlopu rocznie. Podróże – jak wyjaśniał Morganowi – są mu niezbędne do lepszego rozumienia świata, a zatem przydatne i cenne będą również w jego pracy w J. P. Morgan.
– Zgoda! – odpowiedział J. Pierpont. – Oczywiście. – Po czym zaczął mu zachwalać rejs po Nilu.
– To chyba ponad moje możliwości przy czwórce dzieci – odparł Lamont. Thomas i Florence mieli już wówczas trzech synów i córkę: Thomasa S., Austina, Eleanor i Corliss36.
– Niedorzeczność – uznał Morgan. – Niech pan zabierze ze sobą parę niań, a wszystko się uda. Sam tak zrobiłem, gdy moje dzieci były jeszcze małe37.
Wieści o awansie Lamonta przy sekretarzyku z roletą pod numerem 23 na Wall Street rozeszła się błyskawicznie. „Dołączył pan do grona potężnych i możnych”38 – pisał mu bliski współpracownik z kręgu biznesu, dzięki czemu Lamont miał mieć odtąd wpływ na standardy moralne „płotek świata interesów”.
W pierwszych latach pracy u Morgana Lamont wpoił sobie rytuały i obyczaje panujące w firmie, zarazem jednak niekiedy łagodnie płynął pod prąd. Etos Morgana wymagał, by pracownicy trzymali się z dala od publicznych spojrzeń. Firma, owszem, przekazywała fundusze – przez pośredników, nigdy bezpośrednio – mające służyć przekupywaniu dziennikarzy i podrzucaniu zgodnych z ich polityką materiałów39, lecz bezpośrednich rozmów z reporterami miano unikać za wszelką cenę.
Stroniąc od kontaktów z prasą, Morgan spowił się aurą tajemnicy i intryg. Lamont zaproponował jednak zmianę strategii. Tłumaczył, że angażując dziennikarzy, firma zyska znacznie większe szanse na kształtowanie dogodnego dla niej przekazu. Dzięki prywatnym listom i wspólnym lunchom40 zacieśniał relacje z pisarzami, redaktorami oraz wydawcami, zaś reklamy zamieszczał tam, gdzie pozwalały zjednać sobie czyjąś przychylność. Do tego samego zachęcał również pozostałych wspólników, w zamiarze przekonania opinii publicznej, że Dom Morgana naprawdę „składa się z istot ludzkich”.
Po panice wybuchłej w 1907 roku nastroje polityczne w kraju zwróciły się ostro przeciw nowojorskiemu establishmentowi bankowemu. Krytycy nazywali go „trustem pieniężnym”41 i twierdzili, że jego członkowie bogacą się kosztem zwykłych Amerykanów.
Największym monopolem w tym kraju – oświadczył Woodrow Wilson na początku swej kampanii prezydenckiej w 1911 roku – jest monopol pieniądza42.
Tego samego roku Komisja Bankowości i Waluty Izby Reprezentantów wszczęła śledztwo pod przewodnictwem kongresmena Arsène’a P. Pujo z Luizjany. Głównym podejrzanym w tej sprawie był sam J. Pierpont Morgan43. Morgana, który wyraźnie podupadł na zdrowiu, wezwano wówczas do złożenia zeznań przed Kongresem, gdzie musiał stanąć naprzeciw inteligentnego, ambitnego prawnika Samuela Untermyera, doradcy i śledczego z ramienia komisji. Morgan całe życie starał się unikać podobnego widowiska publicznego; w poprzednich latach zadbałby o to, by w podobnej sytuacji znaleźć się gdzieś poza krajem, dopóki nie opadnie fala zainteresowania. Teraz jednak presja opinii publicznej okazała się zbyt silna, by mógł uchylić się od odpowiedzi.
Zamiast wynająć specjalistę od wizerunku do odpowiadania na pytania prasy związane ze śledztwem, Lamont przekonał Morgana i partnerów, że sam zajmie się tą sprawą44. Podejmował w ten sposób ogromne osobiste ryzyko: gdyby jego strategia obróciła się przeciw niemu, czy w firmie pozostałoby dla niego jeszcze jakieś miejsce?
Nowy plan Lamonta był prosty: zamierzał spotykać się z reporterami i redakcjami, oferując im kontrnarrację45. Problem nie polega na tym, jak mówił prasie, że bankierzy mają zbyt ogromną władzę, lecz na tym, że sam system bankowy jest wadliwie zorganizowany i źle zarządzany. Odważni obywatele, tacy jak J. Pierpont Morgan, twierdził, zostali w istocie zmuszeni do zajęcia luki pozostawionej przez rząd.
Chcąc dopomóc Morganowi w przygotowaniu się do zeznań, Lamont wrócił do biblioteki przy Trzydziestej Szóstej Ulicy46. Morgan kipiał urazą na myśl, że zmusza się go do stawania w obronie własnej reputacji, którą uważał za nieposzlakowaną, i kariery, w której zawsze wykazywał się uczciwością.
