Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Oświęcimiu
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 221
Rok wydania: 1997
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Ludwika Steinfeld
EDITION STEINFELD
Okładkę projektowała autorka
Fragment Ściany Płaczu (Mur Zachodni w Jerozolimie)
Z niemieckiego tłumaczyła i uzupełniła autorka. Tytuł oryginału: Fern von Lambarene.
Copyright ISBN 83-86236-41-8
... „Każdego dnia, siedząc pochylona nad mikroskopem, oczekiwałam śmierci.
... Jakkolwiek fałszywe diagnozy z naszego laboratorium uratowały chwilowo życie tysiącom Żydów w getcie, to jednak nic nie uchroniło ich przed ostateczną zagładą.
...Ocalenie nawet... jednej osoby wynagradza mi już strach tych dni, w których podawałam fałszywe wyniki badania krwi.”
Dr Natalia Weisselberg
Przedsłowie
do wydania polskiego p.t. „Żydzi i ludzie”.
Przekładając własną swoją książkę z języka niemieckiego na język polski, nie korzystałam z pomocy zawodowych tłumaczy, zręczniejszych w tej dziedzinie ode mnie.
Będąc poetką, nie zawsze mogę się chlubić płynną i zwięzłą prozą, zwłaszcza, że od lat trzydziestu z górą żyję poza granicami Polski. Czyniąc przekład ten na własną rękę, miałam na widoku nie tyle literacką stronę tłumaczenia, ile troskę o to, aby tekst nie utracił na autentyczności i na drobiazgowych akcentach natury emocjonalnej i rzeczowej. Sądzę, że najlepszy nawet tłumacz nie musi utrafić w sedno rzeczy, deformując po części opisy doznań i refleksje autora. Z tego założenia wychodząc, pragnę usprawiedliwić ewentualne usterki zarówno w stylu, jak i w biegu narracji. W obliczu moich karcących nieraz wypowiedzi i raniących wynurzeń, polecam czytelnikowi daleko idącą wyrozumiałość i historyczny już dystans. Chociażby z uwagi na to, że tragiczne wydarzenia z przeszłości nie mogą się odstać, ale mogą się powtórzyć. Ponadto: następstw ich nie można zrekompensować żadną miarą!
Będąc ofiarą Holocaustu, przeżyłam ten straszliwy okres dzięki konstelacji warunków i dzięki ludzkiej dobroci.
Ludwika Steinfeld
Frankfurt/M, wrzesień 1997
Wstęp
Matka moja, Natalia była niezwykle skromną i nader wrażliwą osobą. Żyła ona w osamotnieniu i nikomu z tych, którzy Ją osobiście znali nie przyszłoby na myśl, ażeby książkę o Niej napisać. Myśl taka nawiedziła mnie dopiero po Jej śmierci, kiedy przeczytałam na Jej nagrobku następujące, skąpe słowa:
Dr Natalia Weisselberg z domu Schutzmann ze Lwowa
8.9.1902 - 12.3.1990
Założycielka pierwszego medycznego laboratorium na Śląsku. Uchroniła ona żydowskie getto w Trembowli od przedwczesnej likwidacji, zatajając, z narażeniem życia, liczbę zachorowań na tyfus plamisty.
Pomyślałam wtedy: czy też nawet dłuższe zdanie mogłoby dostatecznie zaświadczyć o bezinteresownej ofiarności mojej Matki? O Jej cichym poświęceniu dla tych wszystkich, którzy znaleźli się w położeniu nader gorzkim, groźnym i bez wyjścia.
O Jej bardzo ludzkiej, wysoce moralnej postawie, w różnorakich okolicznościach Jej życia. Nie napotkałam dotąd drugiego człowieka, któryby się w ten sposób dla bliźnich poświęcał, nie bacząc na niebezpieczeństwo własne i swoich najbliższych. Matka moja czyniła to z przekonania, nie oczekując w zamian żadnej wdzięczności. Niestety dość często starania Jej natrafiały na obojętność lub na grubą niewdzięczność. Skoro tylko powzięłam decyzję napisania obecnych wspomnień, uwagę moją pochłonęła sprawa tytułu książki.
„Moja Matka Natalia” - przemknęło mi przez głowę, lecz po chwili odezwało się sumienie: - Czy znałaś twoją Matkę naprawdę tak dobrze, że możesz o Niej książkę napisać? Znałam wprawdzie wiele szczegółów z Jej życia, Jej upodobania, niektóre cechy Jej charakteru. Jednakże, tuż po Jej śmierci uświadomiłam sobie, że swoją właściwą tajemnicę - cały czar Jej osobowości, ponadto altruizm, bystrość i wyjątkową rzetelność, zabrała Ona ze sobą do grobu. Ten najistotniejszy fakt, że „Moja Matka” nie była bynajmniej moją wyłączną „własnością”, znajdzie w następnych rozdziałach dobitne potwierdzenie. Należała ona raczej do owej niepowtarzalnie trudnej epoki, tworzącego się i samozniszczal-nego świata, jak też do straszliwego okresu wojny.
Czy Jej poświęcenie dla współcierpiących w czasie zagłady było sprawą samą przez się zrozumiałą? Czy wystarczy jedno lakoniczne zdanie na nagrobku na opisanie tego krańcowego samozaparcia mojej Matki, Natalii? Uważam, że Potomność powinna poznać zarówno Jej koleje losu jak i motywy Jej postępowania. Nie zamierzam przedstawić Czytelnikom obrazu ludzkiej doskonałości. Jednak przekonana jestem, że oglądając poprzez pryzmat tok życia własnego i porównując z tym wyżej wspomnianym, można by dlań wykrzesać dużo więcej respektu. W końcu nie wszystkie zdarzenia z okresu zagłady są powszechnie dobrze znane. Nieczęsto mówi się o nich pośród byłych ofiar, jakkolwiek straszliwe wspomnienia nurtują każdego z nich, bezustannie i ciągle od nowa. Uwolniłam się od tej ogólnej zmowy milczenia, mówiąc sobie: - „nigdy więcej nie napotkasz podobnej jak Natalia osoby, nie dlatego, że była Ona przypadkowo twoją Matką, ale, że tacy ludzie, jak Ona stanowią niepowtarzalną rzadkość”.
Aby więc szczegóły z Jej życia, jak również z czasów okrucieństwa nie zostały zapomniane, rozpocznę opisywanie moich wspomnień i minionych wydarzeń.
Ludwika Steinfeld
Frankfurt/Main, 30.12.1990 - 30.3.1991
Uwaga: Cytaty umieszczone pod nagłówkami rozdziałów pochodzą ze zbiorku dr Natalii Weisselberg. Wynajdywała je w czasie lektury i niektóre z nich z upodobaniem zapisywała w swoim notatniku.
Lata młodości we Lwowie
G.E. Lessing:
Człowiekowi raczej milszy jest człowiek niż anioł.
Natalia przyszła na świat 9-go września 1902-go roku we Lwowie - metropolii Wschodniej Małopolski. Była ona drugim z kolei dzieckiem małżeństwa Dubs-Schutzmann. Rodzina Jej zajmowała wysoki parter w starym domu przy ulicy Bernsteina 9, przed rogiem ul. Jachowicza. Owe jednostajne rzędy obdrapanych po części budynków, zajęte głównie przez ludność żydowską nie stanowiły bynajmniej dzielnicy nędzy, ani też dzielnicy zamieszkałej przez bogatych. Był to na ogół stan średni miasta Lwowa.
Miasto warowne - Lwów powstało w trzynastym stuleciu i w czasach monarchii austriackiej liczyło już dwieście tysięcy mieszkańców. Wielobarwna była jego ludność: Polacy, Rusini, Żydzi, Armeńczycy i Niemcy. Jedną trzecią jej stanowili Żydzi, którzy rozmawiali przeważnie po polsku, ale często też władali językiem niemieckim, jiddisch i ruskim.
Lwów miał swoisty urok i pielęgnował wśród swoich mieszkańców uczucie silnego przywiązania i podziwu, a nawet rodzaj lokalnego patriotyzmu. Niezależnie od tego, mieszkańcy Lwowa odznaczali się lojalnością względem rządzącego aktualnie państwa i nie bez cienia dumy mówili o swoim mieście: Leopolis semper fidelis.
We Lwowie mówiono specyficznym, miejscowym dialektem, odznaczającym się śpiewnością i często dodawano do czasowników przedrostek „ta”. Po tym swoistym sposobie mówienia poznawano lwowian wszędzie, poza rogatkami miasta Lwowa. W mieście tym panował ostry klimat, zimy bywały długie, a temperatury bardzo niskie. Wielopiętrowe, pełne ornamentów domy ogrzewane były za pomocą starych pieców kaflowych. Z nastaniem jesieni w każdym z nich gromadzono drzewo, brykiety i węgiel, również kartofle na zimę. Ci, którzy nie zaliczali się do stanu średniego, niejednokrotnie marzli w chłodnej porze roku i przymierali głodem. Tych najbiedniejszych spotykało się pośród ludności żydowskiej, nawet ci „lepiej sytuowani” żyli z dnia na dzień, w ubóstwie. W dzielnicach zamieszkałych przez pobożną ludność żydowską istniała nędza nie do opisania. Dotknięci nią nie mogli starać się o poparcie w chrześcijańskich dobroczynnych instytucjach. Nieco lepiej miewali się drobni kupcy, kramarze a nawet domokrążcy, sprzedający sole, szczotki czy też sznurówki do butów. Nieliczni żydowscy filantropi mieli często sami trudności finansowe.
Wybuch wojny światowej w 1939-tym roku zastał ogół ludności żydowskiej przeważnie w niedostatku, a często w najskrajniejszej biedzie. Musiała być ona w jakiś zagadkowy sposób do zniesienia, bo żyli w niej, chełpiąc się swoją „łwowszczyzną” i byliby istnieli aż po dzień dzisiejszy, gdyby nie krwawa dłoń faszystowskiego okupanta.
Architektura miasta Lwowa przypominała duże miasta Zachodu, głównie Wiedeń. Z budowli sakralnych Lwów liczył 40 kościołów i nie wiele mniej synagog, które były jednak o wiele skromniej wyposażone. Wspaniałe uczelnie, liczne biblioteki, stare, ozdobne budowle, teatr, parki i rozległe zieleńce przydawały miastu niewymowny urok, świadcząc o jego tradycjach i głębokiej kulturze. Wszelkie osobliwości i nowości tego miasta były niewyczerpalnym źródłem uciechy jego mieszkańców, wzbijając ich ponownie w pełną radości dumę.
Mój dziadek, pan Bernard Schutzmann był synem rodziny z dawien dawna zamieszkałej we Lwowie. Uważał siebie za Austriaka. Z przekonania był on rojalistą i w gronie rodzinnym rozmawiał prawie wyłącznie po niemiecku. Z natury był dziadzio Bernard człowiekiem dobrodusznym i pracowitym. Wcześnie osierocony, terminował on w wieku lat piętnastu w hurtowniach tekstylnych. Po zakończeniu terminu, otworzył sobie mały sklepik z materiałami w handlowej dzielnicy Lwowa, zatrudniając kolejno u siebie ubogich, osieroconych czeladników. W tym czasie ożenił się on z panią Sarą z domu Dubs, która w toku małżeństwa wydała na świat jednego syna i dwie córeczki.
Natalia była drugim z kolei dzieckiem rodziny Dubs-Schutzmann. Od najwcześniejszego dzieciństwa odznaczała się ona samowystarczalnością i spokojem, usposobieniem dobrotliwym i pogodnym. Nigdy nie absorbowała nikogo i nie dokuczała nikomu, ale każdy skierowany ku niej wyraz troski lub miłości przyjmowała dziękczynnie i z radością. Przesiadując często pod stołem kuchennym bawiła się wszystkim, co tylko dziecinne rączęta uchwycić mogły, a więc: skrawkami papieru, obierzynami z jabłek lub kartofli. Nazywano ją zdrobniale „ Tusia”.
Po przyjściu na świat następnej córki, Reginy, pani Sara zachorowała ciężko na cukrzycę i dziadek Bernard zmuszony był zatrudnić do opieki nad dziećmi dziewczynę. Opiekunka ta miała niestety pociąg do kieliszka i zaniedbywała swoje liczne obĆ wiązki. Dwuletnia Tusia upominała ją nieraz ze swego wózeczka: - Kazimiera, ty stara pijaczko, nie śpij, tylko „korysiaj” mnie! -Rodzice, zmieszani cieszyli się, że ich dziecię już tak wcześnie praw swoich dochodzi i opowiadali o tym dalszym członkom rodziny. Trójka dzieci Schutzmanów podrastała w bardzo skromnych, ale znośnych jeszcze warunkach, a to dzięki skrzętnej pracowitości ojca Bernarda. Kłopotów przysparzał jemu najstarszy syn, Henryk, który nie zawsze skory był do nauki. Raz za karę zamknięty na klucz w pokoju, kręcił się w kółko, powtarzając uporczywie, zamiast kuć lekcje na pamięć: - „Tato myśli, że ja się uczę, a ja się nie uczę! Tato myśli...” Repetował tak długo, dopóki zrezygnowany ojciec nie wypuścił go z „karceru”. Dużo pilniejsza była z natury najmłodsza, urodziwa siostra Regina, zwana zdrobniale „Muszka”.
Rodzinę Schutzmanów poznałam dopiero w roku 1940 w czasie wojny i w następnych rozdziałach wspomnę jeszcze o ich smutnych kolejach losu. Natalia, spośród trojga rodzeństwa najniższa wzrostem, miała orientalne rysy twarzy ojca Bernarda, szerokie, myślące czoło i wyraziste, lśniące, brązowe oczy. Nie będąc pięknością, emanowała niezwykłym ciepłem, a jej rzadkie walory duchowe były stałym przedmiotem pochwał. W okresie szkoły podstawowej, po lekcjach, zwykle pomagała ojcu w sklepie, pakując sprzedane towary. Kiedy kupujących nie było, skracała sobie czas, wykonując zadania rachunkowe na skrawkach pakunkowego papieru. W gimnazjum będąc, zdradzała ona zamiłowanie do przedmiotów matematyczno-przyrodniczych, mając przy tym świetne noty z języka niemieckiego i z łaciny. Obiegową niemczyznę znała z domu, uzupełniła ją w niemieckiej szkole ewangelickiej, aby móc następnie czytać dzieła klasyków niemieckich.
Z początkiem wybuchu I-ej wojny światowej, pan Bernard Schutzmann został powołany do wojska. Wkrótce, jako żołnierz frontowy doznał on ciężkich zranień obu nóg i leczony był we Wielkim Waradynie, na Węgrzech. Natalia, po nadejściu zawiadomienia z lazaretu, namówiła swą matkę do niezwłocznej podróży na Węgry. Cała czwórka miała pozostać przy rannym ojcu, aż do pełnego wyzdrowienia. Zatroskana rodzina Schutzmanów nie wiedziała wtedy, że podróż ta pociągnie za sobą kompletną materialną ruinę. Bowiem obcy ludzie wtargnęli do opuszczone-
o przez nich mieszkania i rządzili się w nim, jak w swoim wła-rsnym, wiele sprzętów niszcząc lub sprzedając. W końcu też meble zostały skonfiskowane przez ich wierzycieli, jako należące do nich. W owych czasach urządzenie wielopokojowego mieszkania stanowiło pokaźny kapitał i często przechodziło z pokolenia w pokolenie, jako spadek.
W czasie przedłużającego się pobytu na Węgrzech, Natalia szybko opanowała język, jednak praca zarobkowa nie pozwalała jej na uczęszczanie do szkół. Ktoś musiał zarobkować na utrzymanie rodziny. Początkowo pracowała ona w atelier fotograficznym, następnie w zakładzie krawieckim, w końcu jako wychowawczyni i nauczycielka języka niemieckiego. Ten ostatni rodzaj pracy był najlepiej płatny i dawał większe zadośćuczynienie.
Istniejący na Węgrzech dobrobyt stanowił jaskrawe przeciwieństwo do chłodu i głodu panującego w czasie wojny we Lwowie. - „Ludzie żyli tam jak w bajce” - wspominała później Natalia. Chwaliła też często serdeczność, uprzejmość i wielkoduszność obywateli Wielkiego Waradyna.
Raz jednakowoż spotkała ją niemała przykrość. Pewnego dnia udała się ona na lekcję do swej ulubionej uczennicy zwanej Ju-liszka. Matka dziewczyny, nie uprzedziwszy o jej stanie, wpuściła Natalię do pokoju Juliszki, gdzie siedziała ona na swym łóżku, w stanie zamętu, półprzytomna, bełkocząc w odpowiedzi na „dzień dobry”. Widok ten - ciężko chorego psychicznie dziewczęcia, wywołał u Natalii stan szoku, połączony z silnym kołataniem serca. Dużo czasu potrzebowała ona na to, aby przejść nad tym przykrym wydarzeniem do porządku.
W międzyczasie ojciec Bernard powracał częściowo do zdrowia. Również rany postrzałowe na obu kończynach goiły się z wolna. Jednakowoż liczne jego palce u stóp, odmrożone w okopach frontowych, zostały amputowane. Ogólny stan zdrowia ojca Bernarda pogorszył się w stopniu widocznym. Odtąd będzie on już tylko, bardzo cierpiącym i często przygnębionym inwalidą. Po powrocie rodziny do Lwowa, dziadek nie mógł już z miejsca wykonywać zawodu kupieckiego. Mieszkanie Schutzmanów przy ulicy Bernsteina 9, było opustoszałe i zniszczone. Również choroba cukrzycowa pani Sary pogorszyła się znacznie iż tej przyczyny musiała ona całe dni przebywać w łóżku, na leżąco. W tej sytuacji, dzieci Schutzmanów troszczyły się o to, aby w domu nie zapanowała zbyt wielka bieda. Trudno było naukę połączyć z pracą zarobkową. Henryk rozpoczął termin kupiecki w hurtowni sprzętów elektrycznych, a Regina - naukę na technika dentystycznego. Natalii nie stać było na prywatne gimnazjum, więc zgłosiła się ona do państwowego, żeńskiego, im. Królowej Jadwigi. Dyrektorem był wtedy Dr Majerski, wychrzczony Żyd, który z miejsca przyjął Natalię do państwowego gimnazjum. Uczęszczały tam przeważnie córki polskich ziemian, patrycjuszy, dumne Sokolice, szlachcianki i tylko pojedynczo Żydówki.
Po niedługim czasie, Natalia dzięki uzdolnieniom i pilności, była jedną z najlepszych uczennic. Zawsze bardzo skromna i dostępna, skora do udzielania pomocy słabszym. Dzięki pracy nad sobą zdobyła ona spory zasób wiedzy, zarówno w zakresie literatury, jak i nauk przyrodniczych. Mówiła bardzo dobrym, literackim językiem i pomagała swoim licznym koleżankom przy wykonywaniu trudnych zadań domowych. Niektóre z nich zaangażowały ją jako korepetytorkę i wtedy Natalia, udzielając lekcji, oddawała cały swój zarobek żyjącym w niedostatku domownikom. Jednakże często przychodziła ona do szkoły głodna i bez śniadania. - „Nierzadko dręczyło mnie silne uczucie głodu - zwierzyła się kiedyś Natalia - zwłaszcza wtedy, gdy unosiła się woń chleba z szynką, spożywanego przez zamożne córki kupców. Smakowity zapach drażnił powonienie, ale żadnej z nich nie przyszło na myśl, aby się ze mną, podzielić, lub dać choć jeden kęs do skosztowania. Tylko pewna ciężko chora na serce hrabianka dawała mi swoje jabłko, którego jeść nie mogła; może też poznawała po mnie, że cierpię głód. Niestety, umarła ona, na krótko przed maturą, a ja byłam wtedy bardzo rozżalona i smutna”. - Istotnie, Natalia wspominała ją z bólem, na długie lata po jej śmierci.
Zdarzyło się w tym czasie, że pewna córka lekarza, Ludwika Kasparek zachorowała na tyfus plamisty. Przez dłuższy okres czasu nie mogła ona uczęszczać do szkoły i też po wyzdrowieniu musiała utrzymywać przepisową kwarantannę. Spośród uczennic jedynie Natalia wyraziła gotowość niesienia szkolnej pomocy ęhfflffifeMyfus Ludwice, chodziła do niej, nauczając ją bezintere-ridwnieTnj^bacząc na możliwość zarażenia się. Systematycznie i przygotowywała Ludwikę do matury, dzięki czemu została ona dopuszczona i dobrze zdała ten trudny egzamin. Natalia pomagała też wielu innym przebrnąć przez materiał przedmaturalny tak, że złożyły one egzamin dojrzałości. Często wspominała ona życzliwą rodzinę lekarza sanitarnego, Dra Serbeń-skiego, w którego domu nauczała. Dzięki niemu otrzymała polecenie do innych polskich domów, co zapewniło jej stały, jakkolwiek skromny dochód. Pytałam się kiedyś moją matkę Natalię, czy dużo przyjaciół zjednała sobie przez swoją ofiarność. - „Wcale nie! - Odparła - Miałam tylko jedną żydowską koleżankę, Ró-zię Eichel, którą nazywałam zdrobniale: Zunia. Od I-ej klasy powszechnej uczyłyśmy się razem. Ponieważ ona również, idąc w moje ślady zapisała się do gimnazjum im. Królowej Jadwigi, uczyłyśmy się nadal w tej samej klasie, aż do matury”.
Natalia była wszechstronnie uzdolniona, bystra, ambitna i miała znakomitą pamięć. Nie chciała uchodzić za „najlepszą pośród miernych”, raczej za najpewniejszą pośród równorzędnych. Wszelka zawiść, z powodu powodzenia drugich była jej obca. Uważała ona, że również mniej uzdolnieni uczniowie, dzięki intensywnej pracy nad sobą, mogą przyswoić sobie nawet najtrudniejszy materiał, wspinając się na odpowiedni szczebel umiejętności. Muszę dodać, że córki ziemian, profesorów, patrycjuszy i liczne hrabianki zawdzięczały swoje zdane egzaminy maturalne bezinteresownej pomocy Natalii. - „Ani jedna z tych, które nauczałam nie przepadła!” - chlubiła się Natalia. -Ludwika Kaspa-rek też nie, pomimo swojej długotrwałej absencji!”
Natalia miała szczere zamiłowanie do medycyny i już w zaraniu swej młodości marzyła o studiach na wydziale lekarskim. Niestety, na wszystkich uczelniach istniał względem abiturientów żydowskich numerus clausus, który niebawem przemienił się w numerus nullus. Doskonałe świadectwo maturalne Natalii nie miało w tych warunkach ani mocy, ani znaczenia. Zamożniejsi abiturienci udawali się na studia do Francji, Belgii lub Czechosłowacji. Nie było to bynajmniej proste ze względu na początkowe trudności językowe, dlatego też niektóre egzaminy musiano wielokrotnie zdawać. W ten sposób rosła liczba tzw. „wiecznych studentów”, którzy ucząc się, zakładali rodziny, będąc nadal długoletnim ciężarem swych rodziców. Wracali oni okresowo do Lwowa, gdzie pracowali dorywczo, uzupełniając luki w budżecie. Pomagali w ten sposób rodzinie gromadzić zapasy i opał na zimę. Stare, wielopiętrowe domy Lwowa nie miały centralnego ogrzewania, jedynie wysokie nieraz ozdobne piece kaflowe. Wyciąg kominów zależny był od pogody i często piece te, podczas rozpalania wydzielały dym szary i żrący. Nierzadko widać było, jak kłęby dymu ulatniały się przez otwarte na oścież okna. Niezmordowanie dźwigały gospodynie domowe ciężkie wiadra z węglem, z wilgotnych piwnic, na najwyższe nieraz piętra. Już rozpalanie w piecach odbywało się według pewnego systemu. Nasamprzód zapalano zwinięty papier gazetowy, a na nim suche drzazgi. Kiedy płonąć zaczęły, sypano ostrożnie węgiel, aby płomienia nie zdusić. Często dmuchano nań za pomocą ust lub dmuchawki, przy czym fruwające cząstki popiołu wlatywały do oczu. Wielokrotnie w ciągu dnia przejeżdżały fury z węglem przez ulice i każdy, kto nie miał opału mógł się weń dodatkowo zaopatrzyć. Z tych czasów pochodzi anegdota, którą ojciec mój opowiedział kiedyś naszym gościom:
„Pełna furmanka z węglem przejeżdżała ulicą Lwowa, a handlarz nawoływał głośno: - Wągli! Wągli! - Na piątym piętrze domu odemknęło się okienko i mieszkający tam znany polonista skinął na węglarza ręką. Ten zarzucił na plecy wór z węglem i uginając się wszedł na mansardę. Nie zdążył jeszcze zrzucić ciężaru z pleców, gdy stojący na progu purysta pouczył go: - Nie mówi się wągli tylko wę-giel! - Handlarz bez słowa przekręcił swój kaszkiet i pokornie zeszedł schodami w dół”.
Mieszkanie moich dziadków przy ulicy Bernsteina 9 było raczej chłodne i nieprzytulne. Przebywałam w nim wielokrotnie w czasie wojny i nie mogłam sobie wyobrazić, aby je kiedykolwiek ogrzewano. Zamieszkiwała je wtedy ciocia Regina - „Muszka” wraz ze swoją rodziną. Chwaliła się ona wskazując na podwójne, otoczone pasmami waty okna: - „Spójrzcie, jak dobrze uszczelnione są nasze futryny! Nie przepuszczają zimna!” Pomyślałam sobie wtedy, że rodzina mojej Matki mieszkała zapewne w nie-ogrzewanym mieszkaniu. Ale cóż, Matka moja, Natalia spędzała całe dni na uniwersytecie, rodzeństwo pracowało w ciągu dnia, a pan Bernard - inwalida wojenny stał w swoim małym sklepiku. Tylko pani Sara, chora na serce i na cukrzycę, leżała samotnie w tym zimnym mieszkaniu. Najwcześniej, choć już o zmierzchu wracała do domu Natalia i pani Sara często witała ją z radości śpiewem. Śpiewała ona najczęściej arie operetkowe Lehara, Strausa czy też Offenbacha. Mając ładny sopran, już w młodym wieku uczyła się śpiewu i Natalia wyjaśniła nam kiedyś: - „Byłaby na pewno została śpiewaczką operetkową, gdyby nie była Żydówką. Tak pięknie śpiewała ona!” Dzięki swej matce zapoznała się Natalia z licznymi utworami wokalnymi i nabrała zamiłowania do muzyki. Pobierała nawet okresowo lekcje fortepianu i kupiła sobie, będąc po maturze bardzo stary, długi, prostostruny fortepian. Widziałam go, będąc w domu Reginy. Instrument ten zyskał na użyteczności po zamążpójściu Reginy. Jej małżonek, Wiło Fuchsberg studiował bez końca medycynę w Pradze, będąc przy tym doskonałym pianistą. Miał wspaniałą, perlistą technikę i bosko grał utwory Schuberta.
Tuż po Reginie, najstarszy, przystojny brat Natalii, Henryk poślubił córkę kupca ze Lwowa, szczuplutką panią Malę Landau. Młoda para zamieszkała po ślubie w parterowym mieszkaniu przy ulicy Kurkowej 4. Było to w latach dwudziestych, kiedy Natalia studiowała na wydziale filozoficznym chemię i mineralogię z krystalografią. Katedrę chemii prowadził wtedy prof. Stanisław Tołłoczko, mineralogii prof. Zygmunt Weyberg, Estończyk, pochodzenia niemieckiego. Prof. Weyberg wyjątkowo dobrze traktował żydowskich studentów. Dawał im prace doktorskie, nad przebiegiem których czuwał jego rosyjski asystent, pan Selivanoff.
Niestety, nie wszyscy studenci, którzy rozpoczęli studium, byli w stanie je ukończyć. Największa liczba przepadła w laboratoriach chemicznych i krystalograficznych. Często dosypywano tam do roztworów tajemnie rozmaite substancje, co dawało w efekcie niezrozumiałe wyniki. Przeważnie miało to miejsce w czasie decydujących kolokwiów i egzaminów. Raz w czasie praktycznego egzaminu stwierdziła Natalia, że nierozpuszczalne cząstki wytworzyły się na dnie szklanej kolby. Gdy asystent Se-livanoff spytał się o wynik, odparła, zmieszana: - „Ach, panie asystencie, na dnie mego roztworu osadziły się ziarenka piasku; po prostu krzemionka i nic ponadto!” - Natalia zdała, jak zwykle egzamin z bardzo dobrą notą.
Dopiero w dziewiątym semestrze studium jej dobiegało końca, a temat jej pracy doktorskiej brzmiał następująco: „Czy możemy uważać za rozstrzygniętą kwestię analogii roztworów ciekłych i kryształów mieszanych?” Praca ta, bardzo czasochłonna, liczyła w rezultacie 150 stron druku i zakończona była streszczeniem w języku francuskim. Spotkała się ona z wielkim uznaniem ze strony prof. Weyberga. Pół wieku później, w roku 1975-tym, napisała Natalia do niemieckiego adwokata o studiach we Lwowie, co następuje:
13.XII.1975
Wielce szanowny Panie Mecenasie!
Od pewnego czasu prześladuje mnie myśl, że z powodu skąpej ilości świadectw, które ocalały, może Pan być fałszywego mniemania o przebiegu studiów przyrodniczych w latach dwudziestych, we Lwowie. Kiedy w roku 39-tym, w październiku zdecydowaliśmy się do ucieczki na Wschód, braliśmy pod uwagę konieczność pieszych wędrówek. Dlatego też zabraliśmy do malej podręcznej walizki niektóre najkonieczniejsze dokumenty. Nawet mój oryginalny dyplom doktorski pozostał w ramie na ścianie. Mieliśmy nadzieję, że po wojnie odnajdziemy ponownie wszystko na swoim miejscu.
Studia moje nie były łatwe, na co mogłyby wskazywać niełiczne, cudem uratowane świadectwa. Codziennie mieliśmy pięć godzin pracy w laboratoriach, następnie wykłady, z których co kwartał natężało zdawać egzamin, z wynikiem pozytywnym. W przeciwnym razie wykluczano studentów z dalszych prac w laboratoriach. W celu dopuszczenia do następnego roku studiów, należało złożyć kierownikowi odnośnego laboratorium sprawozdanie z dobrym wynikiem, następnie zdać egzamin z przedmiotów teoretycznych. Dopiero po tym wszystkim można było kontynuować studium. Każdy przyszły chemik musial ukończyć prace w następujących laboratoriach: chemii organicznej i nieorganicznej (jakościowe oraz ilościowe), mineralogii, krystalografii, fizyki eksperymentalnej, następnie chemii fizykalnej, elektrochemicznej i radioaktywnej. Byłam w posiadaniu wszystkich świadectw z wymienionych, przepisowo obowiązujących laboratoriów, aż do mojej ucieczki na Wschód. Dopiero po szczęśliwym zakończeniu pracy w wyżej wymienionych laboratoriach, wolno mi było starać się o przydzielenie mi pracy doktorskiej. Ten specjalny rodzaj pracy składał się z wiełu setek anałiz z różnych działów chemii i mineralogii. Nie obejmowała ona pięciu godzin tygodniowo, ale co najmniej dziesięć godzin dziennie wytężonej pracy.
Na palcach rąk można było zliczyć, ilu z nas studiujących mogło swoje „łatwe studium” doprowadzić do końca. Proszę mi wybaczyć, panie Mecenasie, ale tym samym „dixi et salvavi animam meam”.
Z poważaniem
N. Weisselberg
Po ukończeniu studiów i po obronie pracy doktorskiej ogarnęło Natalię uczucie niepewności: - „Co będzie dalej?” Obawiała się ona, że nie znajdzie zatrudnienia, bo też żydowskie akade-miczki nigdzie prawie nie miały dostępu, ani do szkół, ani do gimnazjów chrześcijańskich, ani do instytutów naukowych. Im głębiej rozpatrywała Natalia swoje mizerne szanse na uzyskanie pracy, tym bardziej pragnęła kształcić się nadal, nieprzerwanie. Myślała o specjalizacji w którejś z gałęzi nauk medycznych i też wkrótce zaczęła studiować mikrobiologię, odbywając jednocześnie wolontariat w Państwowym Zakładzie Higieny. Początkowo cieszyła się tym ogromnie, jakkolwiek pracujący tam asystent, Dr Meisel dał jej do zrozumienia, że nie będąc lekarzem, nie ma czego szukać w tym zakładzie. Pomimo jej entuzjazmu, zrobił jej nader przykrą uwagę w języku niemieckim: -„Schuster, bleib bei deinem Leisten!” - Tyle, co: „Szewcze, patrz swego kopyta!” Doszło do przykrej wymiany zdań i Natalia odparła z wyrzutem: -„Pan asystent wie na pewno, że nie posiadam świadectwa chrztu”... W owych czasach stanowiło ono dla Żyda bilet wstępu do wszelkich instytucji, klinik i uczelni. Czy asystent, Dr Meisel posiadał takowe, nie wiadomo, ale od tego niemiłego dialogu pozostawił Natalię w spokoju. Pracowała więc nadal w Instytucie, z całą swoją pilnością i bez wynagrodzenia, ucząc się bardzo wiele i zdobywając wśród kolegów szacunek i uznanie. Z tego jej okresu życia pozostał jedynie 200-stronicowy zeszyt, w którym troskliwie, zapisywała różnorakie metody badań diagnostycznych: kliniczne, bakteriologiczne, chemiczne i serologiczne. Natalia przechowywała go skrzętnie w ciągu następnych lat, aż do późnej starości. Stanowił on niejako dzienniczek jej zajęć w młodości, będąc jednocześnie cenną podporą pamięci, jakkolwiek większość opisanych tam badań znała ona pierwszorzędnie i na wylot.
Pierwszą, choć krótkotrwałą posadą Natalii był Szpital im. Św. Łazarza, gdzie poszerzyła swoją znajomość diagnostyki we-nerologicznej. Wkrótce też poznała ona mego ojca, pana Jakuba Weisselberga. Pochodził on z Kresów Wschodnich i studiował filozofię oraz matematykę na uniwersytecie we Lwowie. W krótkim czasie gorąco polubił on Natalię i zerwał swoje zaręczyny z bardzo piękną i zamożną Zofią Bram z Pińczowa. Natalia przedstawiła Jakuba swoim rodzicom, nazywając go zdrobniale „Kubuś”. Był on zielonookim, bardzo wrażliwym, raczej drobnym blondynem o regularnych rysach twarzy. Świetnie znał starożytną grekę, z zamiłowaniem i „na popis” recytował całe księgi Homera. Młodzi pobrali się i wyjechali na krótko, w skromną podróż poślubną do rodzinnego domku Weisselbergów w Chorostkowie.
Dziadek Bernard Schutzmann z Natalią w wieku szkolnym.
//(O.
(Jrkń. mk»ii|c, rok
SK&&X
Dziecięcia
Des Kindts
Urodzenia
Der Oeburt
Liczba porzr Fortlaujtn<
Urząd ntetrylmny izr.;elicki
Israelitische flitrikenfilh rt:tig
Getmrtssclieta.
i. porz../££??zaphane jol, co następuj« i le. ’Poste... Ist Folgendes elngeungeu'.
-/"W
świadectwo urodzeS księdze urodzonych okręgu metr. L»<fu- z rokuZj^T.. Oeburtsbuche des htatrikenbezirkes Ltmberg JohrM
Świadectwo urodzenia Natalii.
Szósta klasa w Gimnazjum Królowej Jadwigi. Natalia w trzecim rzędzie, pierwsza od lewej.
Tableau maturalne. W drugim rzędzie pierwsza od lewej, Natalia.
PAŃSTWOWE '^GIMNAZJUM REALNE W_rt
, FneJi.tu-K. - J.,..
/ ....... ......
Świadectwo dojrzołoścl
( ^JcflU tz/ń<x -TL "ta- ,
%fxJdzbny dnia
■ i <Gr
---------/9^4 w
rellgjij
uKoficzyt studja
^.r\Jtr6«^e. u^tirk^Sa. <■<> *xtui jCea^ieut /»,.
yC O ' ■
- ue nA^^rte i fu t/i>WAa ^zxw»nu t04<ffint}o
dl) (tiytz Aftiy wrlutou
<*»«. Jidtće'^tdi*Hcx.a. u»t. i JW/
A &ad<.-ceui 4-^n ...
i na podstawie egzamin^ dojrzałości uznano^
doirzeil^Fn*
do studjów
no Uniwersytecie
a zytonintei)/ *'■’ dniu diisiujK^/m do lcolok.wji.iin tlcnt/Ml Je
We Lufonńe, dnia
Natalia jako studentka w wieku lat dwudziestu.
X:’ i? $
Wydziału ll$ZOjTlę/iccTe.yQ.........................
.2 <Z£ *
uczęszczał iL »■ trynteslree roku akademickiego 192tuyWadffy. I. ...........a.......
'ejszyru do kolokwjum złozył <^je_
We Lwowie, dnia ii
Indeks Natalii z Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie.
UNIWERSYTET JANA KAZIMIERZA WE IWO'
Książeczka legitymacyjna Natalii z Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego Uniwersytetu Jana Kazimierza.
ZAKŁAD KRYSTALOGRAFICZNY UNIWERSYTETU JANA KAZIMIERZA WE LWOWIE.
Ul*. św. Mikołaja. 4.
Dnia 8 lutego,r.1928.
Nr.9.
Zaświadczenie .
Niniejazem zaświadczam,że panna TT a t a 1 j a s c h u t z -m. annówna ,doktorka filizofji,pracowała w Zakładzie Krystalograficznym UniYiersytetu Jana Kazimierza we Lwowie od dnia 1 października r.1923 do dnia 17 lipca r.1926,uprawiając badania fizy -ko-chemiczne,których wynikiem,między innemi,była Jej rozprawa doktorska pod tytułem oCzy możemy uważać za rozstrzygniętą kwestję analogji kryształów mieszanych 1 roztworów stałych?“ Przez cały ten czas p.N.Schutzmannówna okazywała dużą wprawę i obycie pracowniane ,dokładność,pilność; isystematyczność,przez co zj-skała sobie jąknijzupełniejsze moje zaufanie,tak że mogę Ją gorąoo polecić jako wytrawną,sumienną i pilną pracowniczkę w dziedzinie badań fizy
kochemicznych.
Profesor zwyczajny uniwersytetu J.K..< Kierownik Zakładu Krystalograficznego.
Prof. Sigismundus Weyberg.
SERfNISSIMAE REIPUBL1CAE POLONORUM
Dyplom doktorski Natalii, lipiec 1927r.
' LtuP
f 5 niUlcujL\m(W^ituv. tuxoL łu/uTuo-
...•• jfejL 4£iKM.ioi!vvAA. iMom, ki,&mvd(
•%/jJl d^<lvix>buJi^5UA^ te>yA>x fiinhtk^AJujuok/A cfex %iVtl<
3. <po/v\. HaM urtie. AcaAbv>z^( /'aaalUijjul OMuJłłZ /^M$.
bv\j$d£ uli oUrtilfawii WUMK bib 4 Otufjjjuri. WMttf Awi < 5^J lÓ£UC MMóL d& 0 ĆULy.
vbvwtytyzLłU’ fajdMuh (d,3 ML Mil 4 L ĄodbfłotiM
ĄwJickt d,d 9j. rfuL W U&tw &dAćJyjiV\t AMOUJL SM& XJ GdMk
o/A. tŁvtć iiuuoka jjywLol^b Ma hdb ctyde^Ub. Malm. kuicAwct oL ĄMuJucwditi&m auaoL byitekucŁ ol& fiuklirn fiwćt MWUJL jm 4 /AHŁoltUt 1JoOlV & AU (ftOL^^tór iwty .^4 azaJL l w? VM4a iike .»ww. eWu/> dx>UUv eudtkiK dlX€4t, tóuuafeWL . Wcćfluti Fcutr^A^^^
fób/dńhUMp • ^^XŁ JHCmĄĆ Ul tUti KtytiMa aZu^aA iZ<V). Ztltu? yio umcL।
'Wl ArtnztÓAVH.tut ^^ih/tulUilóltlMAl 4d luibttkt uuć hJloioMi ^Jfi-\
dlciM. |
M, euuM (PiMLi 'inuflcai óuibóUą । /Ku4AZA,tteX4 lćUL3tóct/«ilt^t ■ d/ź S*ipeft€<^wt /juamau au2^iu-oteu^ r66xź( blluil
MuiM qUi 1}ipitti d^n/A iZu^cuLftik uaU^ <2ubtóuaJ wiw^l ai' Mnisie iie/i- j AcuuAzcte ittxMXuba£^v*i oL^uui fh> Imm. . i cl ju^ikoL MC'
XfA <00 Ltkajj^ldi ŻJ^. pt*b
jettt/toofe oailcbwu
dbiAwtui, Jim sili
JMol. (wt
rJjut t ffitentuL e/Lh ujauu. *L.
iui^ut /mam. -oi*h 'ifaMM. ol
A^OUl (3 P axwva oiUviXu«^el •/Ima* '1 9^awvw «rSo^icj /u, fiut ou/siu-ctauoleh atlnMct oL^h /xiAk tU^aZAAJWAA^A^ gLulĄ^’ SoehM im fiwkwdjth tęiittn ^fe£6uz j-ŁoWAA.. liuJ, L toiw> ^£<Xb 4xH>U,uZt e<u |‘Łkuxvt WcHm(etut^łtut iu^k o^ejuuąu Uewuu $au*A7 i^AAdtAlćkUw'^odit uctknji- Vty4 gSliAwZttlL AaajOuju olen tfikfcaeu ty \XL aamM
Wjuul ; JUjvv5cfct A€vt J’e°3
^UćKieA uAxi J&UMAi imjkUb^Lb h l cuuii(Um^uCC aJn&yAeu JTeMć -i/ldvvu4ŻZtó imUiaj
(wb tewii ouJff d dliMMim, ui ii£ 'ifajuńAouoC \€oukdeui Ji--
>*AV^Ul Jbutyt ĄUA1C ^Swy leu? ^^euuAcXz^4K4» 3tuUĆ • d^ttfuĆ^ £ttu? ty^co^uM&iiiuĄ;
ajuuuoLjuamC źtaAkt fóuffa. t J (Jj)^koiljl/9^~ j
hjUA<A axxt> euUą JZćino^uii/fe to j : Pauu t en«£uMt(tóu. d^x, / j.
i 0hlt k /u£ ® enć^Uuwft, o/Ojcdt L
Wzór pisma Natalii (w pomniejszeniu), z notatnika analiz lekarskich.
Natalia w czasie pracy w Państwowym Zakładzie Higieny we Lwowie.
•ei
<D <O
nd ® t-ł В »m о Рч
□ □ CQ S tsj
0 X! о
CO
u А
Ã
и
• N
GQ N
О »Ö 00
В . w
Q P<
Ѳ <D N
CQ
<D
а •M Я
V N |К Ф
-М со Я
VLJK <•
Jakub Weisselberg podczas lej wojny światowej, na krótko przed zachorowaniem na tyfus plamisty.
Jakub Weisselberg (na lewo) i jego siostra, pani Pola Sachs.
Towarzystwo ludzi wykształconych z Tarnopola z lat 20-tych. II rząd, 2-gi z prawej Jakub Weisselberg.
Rodzeństwo Bram z Pińczowa. Z prawej strony, siedząc, Zofia Bram, powyżej wsparty, w mundurze, Jakub Weisselberg.
Siostry Bram z Pińczowa (obie zginęły). Po prawej: Jakub Weisselberg.
Chlubne lata pracy w Sosnowcu
Seneca:
„Choroby, na które cierpimy są uleczalne. Sama natura jest nam pomocna, skoro tylko pragniemy się od nich uwolnić, bo też zostaliśmy urodzeni, aby żyć w pełni zdrowia. ”
