Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Od dzikich stepów aż po obce planety. Zwierzołapy wyruszają w podróż, która zaprowadzi ich znacznie dalej, niż planowali.
Rok 1910. Mongolia. Bracia Omniejewiczowie – Xavier i Wiktor – wraz z ojcem Jeremiaszem utrzymują się z tropienia i chwytania egzotycznych stworzeń jako Zwierzołapy. Gdy na ich ślad wpadają carscy agenci, rodzina zmuszona jest uciekać. W czasie podróży dołącza do nich australijska przyrodniczka Aline Le Souef, której obecność na zawsze odmieni losy Wiktora i całej wyprawy.
Zwierzołapy znajdują schronienie na Borneo – w gęstej dżungli, w której roi się od niebezpiecznych plemion i... osobliwych stworzeń. Podejmując coraz bardziej ryzykowne zlecenia, szybko odkrywają, że granica między łowcą a ofiarą bywa wyjątkowo cienka.
Pierwszy tom epickiej sagi przygodowej łączącej steampunk, retro-science fiction i egzotyczne scenerie. Dla osób ceniących rozbudowane światy, moralne dylematy i kosmiczne tajemnice.
Zwierzołapy
Przygodowo-fantastyczna saga o rodzinie łowców niezwykłych stworzeń, którzy przemierzają egzotyczne zakątki świata i mierzą się z tym, co nieznane, niebezpieczne i często moralnie wątpliwe.
Jan Maszczyszyn (ur. 1960) – pochodzi z Bytomia, od 1989 r. mieszka w Australii. Jest autorem wielu opowiadań i książek z gatunków science fiction, bizarro fiction i dark sci-fi. Może pochwalić się tytułem laureata (obok Marka S. Huberatha i Andrzeja Sapkowskiego) konkursu miesięcznika „Fantastyka”. Publikował m.in. w magazynach „Fakty”, „Fenix Antologia” czy „Merkuriusz”, w fanzinach „Somnambul”, „Feniks” czy „Spectrum”. Znany głównie z autorstwa „Trylogii Solarnej” czy powieści uhonorowanych Literacką Nagrodą im. Jerzego Żuławskiego „Necrolotum” i „Chronometrus”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 114
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Jan Maszczyszyn
Saga Egmont
Zwierzołapy. Tom 1
Zdjęcie na okładce: Adobe Firefly, Zmodyfikowane przez AI
Copyright © 2026, 2026 Jan Maszczyszyn i Saga Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788727351636
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.
Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania
Podróż o długości tysiąca mil rozpoczyna jeden krok
Lao Tzu
Mongolia, luty roku 1910
Xavier spojrzał spode łba na Mongoła. Zdaje się, że od początku rozmowy obaj nie zapałali do siebie sympatią.
– Powtórz mi tę historię raz jeszcze, bo przysięgam, nie wierzę nawet w jedno twoje słowo – rzucił groźbę w jego stronę. Gospodarz spokojnie odpowiedział:
– Ciesz się, przybyszu, że doskonale opanowałem mowę białych, bo inaczej byśmy pogadali. – Tu wskazał na strzelby wsparte o ścianę. – Nie będę owijał w bawełnę. Nie podobasz mi się i basta. Usłyszałeś wszystko, co miałem ci do powiedzenia. I wiedz, żeś jest tu niemile widzianym gościem. Lepiej opuść jurtę i to zaraz, bo nie ręczę za siebie – zagroził, chociaż nieproszony gość przewyższał go wzrostem i masą ciała niemal dwukrotnie. Na dodatek przyroda wyprowadzała z ogromnego tułowia parę masywnych ramion, którymi potrafiłby zgarnąć całą kruchą mongolską rodzinę i zagnieść na śmierć.
– Wielkiś, ale nie boję się ciebie – stwierdził Enkh po chwili, jakby się ponad własnymi słowami zastanawiał. – Przy tobie nasz Bayar wygląda jak chuchro – uśmiechnął się stary. – Napewnoś z tego samego ojca?
– Na pewno – przedrzeźnił starego przybysz. – No, mów wreszcie, gdzie i po co go posłałeś? – Niecierpliwił się olbrzym. Jego zaczepny ton sygnalizował narastającą irytację. Muskularny drań przebył bowiem samotnie góry, doliny i stepy. Przepłynął morze i przeprawił się przez rzeki. Wszystko po to, by odnaleźć brata. Po drodze koń mu okulał, dopadły i poszarpały go wilki, stoczył niejedną walkę i wytrzymał długie dni głodu i pragnienia. W końcu zdechła klacz, która pozwoliła mu się dobrze najeść. Może dlatego dotarł do jurty na czworakach i pomimo śmiertelnego zmęczenia wymusił na wszystkich posłuch.
– Wasz ojciec…jeszcze żyje? – zainteresował się stary, jakby na chwilę odbiegł myślą od nieprzyjemnej wizyty.
– A jakżeby inaczej? Żyje.
– Powiedz mu, że wtedy, gdy zabrał cię i uciekł w stepy, popełnił wielki błąd. Pochopna decyzja sprawiła, że wasza matka zmarła tu z tęsknoty i zgryzoty
–Przecież widzieliśmy, jak wyzionęła ducha przy nas.
– Nic nie widzieliście – zaprzeczył Mongoł.
– Nie bredź, stary. Przecież jej śmierć potwierdziła jakaś wasza zielarka obecna przy porodzie – wykłócał się gość.
– Masz, jak widzę, dobrą pamięć, chłopaku – stwierdził stary.
– Bo istotnie tak było – przyznał muskularny czart.
– Twój ojciec dał nam złotego rubla, żebyśmy zajęli się niemowlakiem i pochowali trupa, lecz było to za mało. Okazało się, że musieliśmy dać w łapę ruskiemu panu, żeby przymknął oko na żywą kobietę i dziecko. Potem oboje musieli ciężko odpracować każdą otrzymaną kromkę i spędzone pod naszym dachem noce. A łatwo nie było. Wokół grasowało licho. Choroba sparaliżowała nogi waszej matki i musieliśmy coś wymyśleć, bo policja carska niebawem dotarła do naszych okolic i węszyła przez tydzień. Nie pomógł nawet stary Stawroruchin, ten od otrzymanego złotego rubla.
– Nam wtedy też ostro deptali po piętach. Nie było chwili do stracenia.
– I na szczęście nasze, wysłany tu prystaw 1 okazał się być wałkoniem, którego udało się też przekupić, bo przy wódce o sprawie zapomniał. Wrócił do swoich. Wraz ze Stawroruchinem i wybrudzonym zwierzęcym łojem raportem udał się do przełożonego, samego Wiktora Gruna 2 .
– Był w waszej jurcie?
– Przez cały ten czas przeszukiwań, gdy jego ludzie plądrowali nam chałupę, nie wiedział, że siedzi na skrzyni, w której bezprzytomna leży wasza półsparaliżowana matka Irena.
– A to szczęście… – zadrwił gość, mocno wątpiący w tę historię o żywej matce.
– Szczęście, czy nie, powiem tak; dość się już chłopak nacierpiał, bo mały był i tak stał i na wszystko z płaczem patrzył. Znalazł u nas ciepło rodzinne, którego potrzebował. Odpuść i odejdź do swojego światowego życia.
– Ani mi się śni, dziadku. Wiktor sam zdecyduje, ot, co – upierał się przybysz.
– Ależ on się nie nazywa Wiktor, tylko Bayar, czyli „radość i świętowanie”. Ile razy mam ci powtarzać, łotrze spod ciemnej gwiazdy?!
– Nasze imię było pierwsze – wcale się nie obraził Xavier.
Tym razem Mongoł zaczął z innej beczki:
– Idź ty sobie, człowieku niecierpliwy, w stepy. Moje wszystkie nieboraki poczęte z żony i mego nasienia pomarły jeszcze w kołysce i tylko wasz chłopak nam się ostał i wyrósł na mężczyznę zdolnego poprowadzić gospodarstwo i wspomóc nas w starości. Miej litość i odejdź.
– Będziesz dla niego obcy i dziki jak wszyscy katorżnicy – odezwała się dotąd milcząca, a czyszcząca w kącie ryby matka. Stanęła naprzeciw z nożem zbrudzonym łuską i krwią czyszczonych ryb. – Nigdy nie wróci taki sam. Popsujesz w nim czystą duszę.
– Ja jednak poczekam – rzucił ze złością przybysz. Ani mu się nie śniło, że teraz, gdy dotarł do celu, cofnąłby się choćby o sążeń. – Lata całe sobie to planowałem. Mapy kupiłem. Ojca i Sotę, co do funduszy, przekonałem, więc muszę na brata choćby tylko okiem rzucić – się upierał.
W odpowiedzi ujrzał wrogość i wymowne milczenie starców.
Nie wytrzymał i wyszedł na zewnątrz. Tutaj rozglądnął się uważnie, usiadł na pniaku i zamyślił. Ogarnęły go zniechęcenie i ponure uczucie zagubienia. Zewsząd tu wiało zimnem. Nawet od ludzi ciągnęło mrozem. Otaczał go bezkresny, surowy step, pusty jak zachmurzone nocne niebo.
Jednak mimo to, jak znikąd pod jurtą zjawiło się kilku mongolskich pasterzy. Biednie ubrani wyglądali na takich, co za miskę strawy i kąt do spania zrobią wszystko. Jeszcze byli inni, kryjący się po stronie mgieł. Nadchodzili jak cienie lub zjawy, co dla Ksawerego mogło być całkiem wymierne, bo istnieli. Ci bliżej spoglądali ślepiami rozbłyskanymi w groźnym obliczu. Niemiłe budziły skojarzenia.
Poczerwieniałe twarze sąsiadów ukrywały małe, przebiegłe oczka, którym w żadnym razie nie należało ufać.
– Masz ci los, ale wdepnąłem – wymruczał do siebie olbrzym. Niecierpliwie zaglądał to na pustą linię horyzontu, w oczekiwaniu myśliwych, to na jurtę – zimną jak wychodzący z jej komina szary dym. Dopiero przed zmrokiem dotarł od strony dalekiego stepu odgłos poszczekiwania psów i pod samotną jurtę zajechał jeździec w towarzystwie dwóch mongolskich chłopców na kucach. W dogasającym świetle dnia jego twarz jawiła się niezwykłą bladością, szare oczy lśniły od serdeczności, a usta zacisnęły się jeszcze mocniej na widok nieznajomego stojącego pod drzwiami jurty. Od tego momentu rozbiegane oczy analizowały każdy szczegół obcej fizjonomii. Europejczyk? Tutaj? Nawet Rosjanie wyglądali inaczej.
Obudził się w młodzieńcu duch wojowniczy. Rzucił lejce dzieciakom. Polecił im zająć się koniem. Czujnym krokiem przemierzył metry dzielące go od przybysza. Stanęli naprzeciw siebie, wrogo usposobieni, jak rozkołysany dzwon przeczuwający uderzenia własnego serca. Bo Xavier już zastępował mu drogę, już się niecierpliwił i nie omieszkał wzruszyć się, co w jego przypadku manifestowało się opuszczoną łzą. Nie czekał. Mówił:
– Od lat czekałem na tę chwilę. Wielokrotnie wyobrażałem sobie ten moment. Jak miałbym zacząć? Witaj, bracie. Wiktor, prawda? To ja, Ksawery…
– Jestem Bayar – zaprzeczył nowoprzybyły. – Nie żaden Wiktor. Z kimś mnie pan pomylił – odpowiedział, nawet się nie siląc na perfekcyjny angielski.
– Jestem twoim bratem, tym z Omniejewiczów. Poznajesz albo raczej wyczuwasz łączące nas więzy krwi? A właściwie, co ja mówię… Przecież nie możesz mnie rozpoznać. Byłeś wtedy nieco większy niż groszek, a ja już cię kochałem. I czułem się bardzo źle, kiedy cię porzucaliśmy. Przepłakałem za tobą i mamą niemal każdą noc. Przepraszam, że zachowuję się i mówię tak chaotycznie, ale to spotkanie wytrąciło mnie z równowagi.
– Mówi się o braciach, że są kropla w kroplę do siebie podobni – uśmiechnął się młody. – Przy tobie takie wynika podobieństwo, że mamy się jak sopel ma się do wody– przełamał pierwsze lody Bayar. Na co wielkolud tylko niecierpliwie machnął ręką.
– Nazywam się Ksawery Omniejewicz, ale mów mi Xavier, takie imię bardziej się lubi – przedstawił się po raz wtóry. – Dwadzieścia dwa lata temu moja rodzina zatrzymała się przy jurcie twojego Enkha i poprosiła o pomoc. Był to wtedy dom ubogich pasterzy zagubiony w kompletnej, zamglonej pustce, a nie farma futrzarska, jaką jest teraz. Nie przelewało się im. Ucieszył ich każdy grosz, a my uciekaliśmy przed carskim pościgiem, gdy moja ciężarna matka zaczęła rodzić przedwcześnie. Miałem wtedy dziesięć lat i wciąż ten straszny obraz stoi mi przed oczyma. Wszystko działo się tak szybko. Zmuszeni byliśmy porzucić umierającą mamę podczas porodu. Zobaczyłem ją po raz ostatni z niemowlakiem przy piersi. Dotarło do mnie, że nie uśmiecha się jak zwykle, że nie oddycha, że to koniec. Była sina i zimna, a ty ryczałeś jak opętany. Niestety nie mieliśmy wyjścia, tylko pozostawienie ciebie pod opieką przypadkowych dobrodziei. W rachubę wchodziła tylko szybka adopcja. Nadchodziły ostre mrozy, a wraz z nimi wściekły pościg. Musiałbyś umrzeć bez mleka i czułej opieki. Musiałbyś zamarznąć na saniach na śmierć! Ojciec wysupłał nasze ostatnie złote ruble na podróż i oddał je twoim przybranym rodzicom.
Bayar spojrzał zaciekawiony na gościa. Widać, że opowieść sprawiła na nim wielkie wrażenie. Widział w historii coś znajomego.
– Pierwszy wpadłem w popłoch, jeszcze, gdy zobaczyłem na śniegu plamy krwi ciągnące się za mamą – opowiadał dalej Ksawery. – Ojciec próbował mnie uspokoić. Głaskał mamę. Przewijał ją i obmywał. Wszystko to robił na małych saniach służących mu za stół i prycz. Zakrył mi dłonią usta, gdybym krzyczał i trzymał tak długo, aż omdlałem z wysiłku. Przecież wrzask w tak głuchym i przepastnym lesie mógł naprowadzić na nas zgubę. Sota, tymczasem, biegnąc za nami, zamazywał ślady krwi naprędce złożoną z zebranej trawy miotłą. Wydostaliśmy się z lasu. Wjechaliśmy w step. Było tu jeszcze ciszej i mroźniej. Sypał gęsty śnieg. Podówczas w kompletnej pustce, o wieczornej, chłodnej porze, zamajaczył przed nami obrys nieodległego kurhanu. Biegliśmy, a on wciąż pozostawał nieprzenikniony i nieosiągalny. Był jak majak rzucony w nasze spragnione nadziei oczy. Udało nam się przebrnąć przez wysokie nawiewy śnieżne, przedrzeć się przez stare, dwumetrowe trawy i wreszcie ujrzeć za kurhanem okrągłą mongolską chatę, zwaną tutaj „ger 3 ” – jurta. Z wnętrza, jak w gorączce, wysypały się niskie postacie. Kobieta i jej mąż z bronią w rękach stanęli na naszej drodze. Obojga przeraził nasz widok, a nas zaskoczyło ich skrajne ubóstwo. Jednak ci prości, dobrzy ludzie pozwolili nam wejść i rozgrzać się przy centralnym palenisku. Wtedy zauważyli, w jakim stanie jest ciąża Ireny. Posłali po lokalną zielarkę. Ciężki poród trwał do samego rana. O brzasku mama wyzionęła ducha. Ojciec szalał z bólu straty po niej, podczas gdy moja rozpacz nie miała granic. Nikt nie mógł mnie uspokoić. Boże, jak ja cię wtedy nienawidziłem!
– A zielarka co zrobiła?
– Właściwie nic. Owinęła mamę w tajemny całun z guzikami jak talary. Rozpięła na stropie jurty jakieś kolorowe wstążki. Zaczęła nucić, głośno biadać i obsypywać ją solami i piaskiem. Nie mogliśmy czekać z pogrzebowinami do następnego dnia. Z informacji zielarki wynikało, że żołnierze caratu są tuż, tuż. Bez mleka i ciepła matczynego serca niemowlę czekałby zgubny los. Stara wiedźma pytała o pieniądze, o wszystkie złoto, jakie mieliśmy. Większość już oddaliśmy starym, lecz resztę złotych krążków jędza odnalazła zaszytych w podwójnym dnie ojczynej torby. Zagarnęła pod spódnicę, jakby to były guziki. Powiedziała, że tak trzeba. Magią zamierzała otoczyć niemowlę. Pajęczynami ozdrowić matkę. Herbacianymi wywarami napoić. Zawiesiła na tobie nici w kolorach łąki, a cały byłeś jeszcze brudny od krwi. Nie było wyjścia. Musiałeś zostać z tymi szaleńcami. Nowi rodzice obiecali zająć się tobą jak własnym dzieckiem. Na odchodnym zdążyliśmy tylko odczynić znak krzyża nad głową mamy i niemowlaka. I nadaliśmy ci imię Wiktor.
– Jestem Bayar – cierpliwie perswadował chłopak.
– Wiem, wiem. Ruszyliśmy w step. Szedłem, a właściwie wlokłem się za ojcem i jego przyjacielem Sotą, kompletnie zdruzgotany. Łzy zalewały mi oczy. Marzły mi na policzkach strugi potu i krwi. Ojciec mnie napominał, krzyczał i szarpał, pomimo że sam był w bólu. A ja go nienawidziłem tak samo mocno jak ciebie. Nie chciałem bez matki i basta. Chwytałem się każdej przeszkody. W końcu mnie związali i wrzucili na sanie z zapasami, które obaj z wujem ciągnęli. Minęły dwie dziesiątki lat, a ja wciąż wyrzucałem sobie i ojcu, że pozostawiliśmy cię samotnego na pastwę losu. W końcu postanowiłem, że cię odnajdę, i oto jestem.
Wiktor patrzył na mówiącego ze spokojem. Trudno mu było uwierzyć w całą tę opowieść tak po prostu. Przekonywał go ton głosu, a poza tym wtrącane czasem chaotycznie polskie przekleństwa. Dlaczego to całkiem obcy mężczyzna miałby wiedzieć tak wiele? Dlaczego mówiłby językiem matki? Skąd znałby szczegóły jego urodzin?
– Moja babka Munth 4 Stusintsa była owym szamanem – zielarką – wyjaśnił chłopak. – Zapewne odwiedziłeś mój dom i zostałeś wyrzucony? Czy miałeś przyjemność poznać mojego ojca Enkha 5 i matkę Altantseseg?
– Poznałem. Rozmawiałem. Oboje posługują się doskonałą angielszczyzną. Kazali mi się wynosić poza zasięg wzroku. He, he…
– Mój ojciec jest nauczycielem nie tylko języka angielskiego. Potrafi równie dobrze władać rosyjskim, niemieckim i tybetańskim – dodał z dumą młodzieniec. – Chodź, zapraszam cię. Możesz usiąść przy ogniu. Odpoczniesz przed powrotną jazdą. Wcale cię tu nie potrzebujemy – uznał, że lepiej będzie postawić sprawę jasno, jeszcze zanim starszy brat do „ger” wejdzie.
– Chyba za daleko nie zajdę, skoro oni wszyscy krzywo na mnie patrzą – Xavier wskazał czekających nieopodal pasterzy. – Uduszą mnie po drodze.
