Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Zwierzęta i ludzie w baśniach i legendach dawnej Północy (szwedz. Djur och människor) to zbiór opowiadań duńsko-szwedzkiej pisarki, Heleny Nyblom, opublikowany w 1914 roku. Wszystkie pasjonujące historie, przedstawione przez autorkę, mają charakter fikcyjny o zabarwieniu magicznym.
W obrębie tomu formalnie tekst podzielony został na trzy części, jednak zawarte w nich światy zwierząt, ludzi i surrealistycznej baśniowości mieszają się ze sobą i wpływają na siebie wzajemnie. Opowieści koncentrują się na interakcjach i relacjach między zwierzętami i ludźmi, zgłębiając emocje i granice pomiędzy nimi. Ton tych obserwacji jest przeważnie przychylny i pełen sympatii wobec naszych „braci mniejszych”. Jeśli już wydarza się coś złego, to dzieje się to przeważnie z winy człowieka, a nie zwierzęcia.
Helena Nyblom znana jest ze swojej zdolności przedstawiania wewnętrznego życia zarówno ludzi, jak i zwierząt. W jej opowiadaniach te drugie postrzegane są nie jako narzędzia czy podmioty niższego rzędu, lecz jako istoty z osobowością, uczuciami i własną godnością. Bywają także mocno uczłowieczane — czytelnik widzi tę personalizację w scenach takich jak rozmowa dwóch koni o kwestiach społecznych w kontekście innowacji technologicznych czy prezentacja polityki uprawianej przez różne frakcje w kurniku.
Moralna perspektywa widzenia zwierząt wydaje się wyrażać dążenie do równowagi rzeczywistości ludzi i całej pozostałej przyrody (bohaterami opowiadań Nyblom bywają nie tylko przedstawiciele fauny, ale także flory). Dzieło koncentruje się na wskazaniu ludzkiej odpowiedzialności wobec natury, podkreślając jednocześnie więź uczuciową i zdolność zwierząt do rozumienia oraz reagowania na ludzkie emocje — takie jak miłość, strach czy poczucie lojalności.
Wszystkie te refleksje i przekonania wyrażone zostały w stylu typowym dla autorki, która sięga do baśniowej narracji, inkrustowanej bogato odniesieniami do tradycji, mitologii i nordyckiego folkloru.
Djur och människor na potrzeby tej publikacji przetłumaczyła ze szwedzkiego Agnieszka Stróżyk. Życzymy czytelnikom — zarówno małym, jak i tym całkiem dorosłym — wspaniałej lektury niezwykłych opowiadań Heleny Nyblom.
Książkę polecają Wolne Lektury — najpopularniejsza biblioteka on-line.
Helena Nyblom
Zwierzęta i ludzie w baśniach i legendach dawnej Północy
tłum. Agnieszka Stróżyk
Epoka: Modernizm Rodzaj: Epika Gatunek: baśń
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 332
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
tłum. Agnieszka Stróżyk
Ta lektura, podobnie jak tysiące innych, jest dostępna on-line na stronie wolnelektury.pl.
Utwór opracowany został w ramach projektu Wolne Lektury przez fundację Wolne Lektury.
ISBN-978-83-288-8283-6
Pewnego dnia na początku lata po pięknym pastwisku przechadzały się dwa konie. Rosła tam zielona, soczysta trawa, całe mnóstwo pierwiosnków i w połowie już przekwitłych zawilców.
Długie gałęzie brzóz ze świeżymi, lśniącymi liśćmi podrygiwały na wietrze, podczas gdy dęby ledwo co wypuściły brązowe pąki.
Za pastwiskiem wznosiła się góra, przed nią jednak biegła szosa; pięła się zawijasami jak szeroka, biała wstęga do dworu, którego dach wyzierał ponad liściasty las. Trawa na pastwisku wybornie pachniała i takoż musiała smakować, bo oba konie szły z głowami nisko pochylonymi, pałaszując wszystko na swojej drodze i nie zwracając na siebie wzajemnie uwagi.
Pierwszy z nich był dużym, masywnym zwierzęciem o kasztanowym kolorze i krępych nogach, jakkolwiek na jedną z nich, tylną, nieco utykał.
Z chodu i postawy dało się zmiarkować, że koń ten najlepszy okres miał już za sobą i że przepracował ciężko długie lata.
Drugi koń był nieco mniejszy i smuklejszy. Cała jego sylwetka, nogi i szyja zdradzały od razu, że jest rasowy i że za młodu musiał być prawdziwą pięknością. Zostało mu nawet coś z manier starego fanfarona2. Kołysał zadem i od czasu do czasu kokieteryjnie uskakiwał w bok albo odrzucał do tyłu grzywę gwałtownym ruchem głowy. W przeszłości stracił jedno oko, choć miało się wrażenie, że to ślepe, białe oko to monokl3, przez który patrzy przed siebie.
I gdy tak oba konie szły przez pastwisko ze zwieszonymi głowami, nagle na siebie wpadły.
Ten dystyngowany podniósł głowę, długo przyglądał się drugiemu, po czym zapytał:
— Jak mu na imię? I skąd pochodzi? Nigdy wcześniej nie widziałem go na pastwisku.
— Przybyłem tu wczoraj, ze Sztokholmu — odpowiedział ten drugi ze zmęczonym wzrokiem. — Byłem tam koniem tramwajowym, ale się mnie pozbyli, bo przeszli na elektryczne. Wołali na mnie Bamse, gdyż jestem norweskiej rasy, a do tego silny jak niedźwiedź. Cóż, sam czuję, że nie jestem już młodzieniaszkiem, ale ręczę, że gdy mnie zwalniali, pracowałem bez zarzutu. Wszystko przez te „elektryki”. I tak kupił mnie tutejszy zarządca. Naprawdę nie wiem, na co mu jestem potrzebny, ale nie mam nic przeciwko, by pochodzić sobie po zielonej trawce i trochę poleniuchować. Dotychczas raczej rzadko odpoczywałem. — Ale z kim mam przyjemność? — dodał po chwili. — Jak wam na imię?
Drugi z koni żachnął się, zarzucając grzywą tak, że rozsypała mu się po czole niczym chwost.
— Upraszam, by nie zwracać się do mnie per „wy” — powiedział. — Mierzi mnie ta forma i nie przywykłem do niej. Lepiej już mówmy do siebie per „ty”! Przedstawię się, jeśli pozwolisz. Na imię mi Kastor4. Byłem jednym z koni w słynnym zaprzęgu hrabiostwa. Jeździłem w parze z Polluksem5 — doprawdy zjawiskowym! On jednak już od pięciu lat spoczywa w ziemi. Dwa pozostałe konie też były pięknymi zwierzętami, jednak to ja i Polluks zawsze chodziliśmy w pierwszej parze i przyznać trzeba, że gdy tanecznym krokiem nadciągaliśmy szosą na czele hrabiowskiego powozu, to było na co popatrzeć. I nie tylko chłopi rozdziawiali buzie z zachwytu. Nie raz słyszałem, jak jakiś obcokrajowiec, przebywający z wizytą we dworze, mówił, że i na kontynencie rzadko widuje się takie piękności. Cóż, miało się okres świetności. Wspomnienia, mój panie, wspomnienia, które wciąż stanowią mą dumę. A zresztą, doprawdy nie czuję się stary. W dzień taki jak ten gotów byłbym uwierzyć, że mam ledwie dwadzieścia lat! — To powiedziawszy, Kastor wykonał dość zgrabną kapriolę6, choć zawadził przy niej nieco przednimi nogami o jakąś kępę. — Jednak ten drobny wypadek z okiem — dodał i przewrócił swoim ślepym okiem — ten drobny wypadek nie pozwala mi już paradować przy szczególnie uroczystych okazjach. Zostałem przeniesiony do rezerwy i obecnie uznawany jestem za przyjaciela domu. — Kastor przez chwilę posapywał, nic nie mówiąc, po czym podniósł wzrok na konia tramwajowego. — Posłuchaj! — powiedział. — Wspomniałeś o elektrycznych! Co to za rasa? Czy to są konie hiszpańskie?
— Skąd! — odpowiedział Bamse, wypuszczając wszystką trawę z pyska i obnażając w szyderczym uśmiechu swoje wielkie zęby. — To w ogóle nie są konie.
— A niech to! — zdziwił się Kastor i wlepił wzrok w Bamsego. — Jeśli to nie są konie, to co?
— No właśnie, co? — powtórzył Bamse. — Pojęcia nie mam. Ale wiem, że tramwaje ruszają przed siebie bez koni i suną jak po maśle.
— Na coś takiego możesz nabierać chłopów, ale nie rasowego konia — obruszył się Kastor. — Jakie niby wozy mogą odjechać bez koni?
— Tramwajowe, bez dwóch zdań — odparł Bamse. — Te same wielkie bestie, które przez bez mała piętnaście lat ciągałem po mieście.
— Czy to są wozy dla elit? — zapytał Kastor. — Takie jakby dorożki?
— Bynajmniej, to są wozy wielkie jak domy — odpowiedział Bamse. — Jest w nich miejsce dla dwudziestu, a może i trzydziestu osób i mają dach, więc do środka nie napada deszcz.
— Chcesz powiedzieć, że taki wóz może pomieścić całą rodzinę wraz z gośćmi? — rozdziawił buzię Kastor.
— Nie o rodziny tu chodzi — odparł Bamse. — Tramwaje są dla wszystkich, starych i młodych, wysoko urodzonych i robotników. Kto tylko zechce może wsiąść do środka i przejechać się po mieście za jedyne dziesięć öre7.
— Na jednej ławie? Obok siebie? — zdziwił się Kastor. — To musi być wielce niekomfortowe! Nasz największy powóz mieści ledwie dziesięć osób, a i tak najmłodsze z dzieci hrabiostwa muszą siedzieć na kolanach u dorosłych. Tyle dobrego, że wiadomo, na czym się siedzi. Ale żeby elity i motłoch tak obok siebie? W zamkniętym pomieszczeniu? To dopiero musi być fetor! W życiu nie zniżyłbym się do tego, by ciągnąć taki ludzki ładunek.
— Powiem ci, że raczej się nad tym nie zastanawiasz — odrzekł Bamse. — Wleczesz się noga za nogą w górę i w dół ulicami, w deszcz i śnieg, we mgle i po ciemku. I koniec końców jesteś już tak zmęczony i otępiały, że jest ci wszystko jedno, czy to cesarz czy żebrak siedzi na wozie.
— Więc pewnie cieszysz się, że to się skończyło? — zauważył Kastor. — Takie życie na ulicy musi być na dłuższą metę nie do zniesienia.
— Cóż, nie wiem, co ci powiedzieć — odparł Bamse. — Do wszystkiego można się przyzwyczaić, ale żal mi było dziś rano, że nie spotkam mojego kompana. I przykro jest pomyśleć, że już nigdy nie pojadę przez ulice i place Sztokholmu.
— Bo teraz chodzą te elektryczne? — zapytał Kastor z miną, która zdradzała, że nic nie pojmuje.
— Tak, elektryczne — powtórzył Bamse. — Ale nawet gdyby mnie wysmagali batem na śmierć, nie umiałbym wyjaśnić, jak to działa. W każdym razie jest tam coś u góry. Coś żywego, choć tego nie widać. To coś nadciąga ze świstem i chwyta tramwaje za czupryny. I gotowe! Nie da się ich zatrzymać. Gnają przed siebie, jakby je wilk gonił. Ty zrobisz ledwo kilka kroków, a po nich nie ma już śladu. Ale wiesz co, szkoda się nad tym zastanawiać, bo daję kopyto, że nigdy tego nie pojmiemy — dodał Bamse, widząc Kastora, który stał jak skamieniały i słuchał. — Jak by nie było ludzie to szczwane kanalie — mówił dalej Bamse. — Czyż nie wymyślają najbardziej perfidnych i przebiegłych sztuczek? Bo czy kto kiedy słyszał, żeby wóz sam pędził przed siebie? Oczywiście my, konie, staniemy się teraz zbędne. Ciekawe do czego koniec końców postanowią nas wykorzystać?
— Tak, nadchodzą straszne czasy! — pokiwał głową Kastor — Co innego kiedyś... Państwo nigdy nie ruszali w drogę bez własnych koni. Słyszałem przecież, jak to było na zamku za czasów dziada mojego dziada. Wówczas konie towarzyszyły wysoko urodzonym w podróżach po całym królestwie, a nawet za morze do innych krajów. Nie do pomyślenia było, by szanowni państwo podróżowali wynajętymi końmi. Często zabierano w drogę nawet cztery, gdyż państwo mieli jeden wóz dla siebie, a drugi dla służby. W pierwszym wozie jechał hrabia i hrabina z dziećmi oraz guwernantką. W drugim pokojówka i służba z bagażami i prowiantem. Podróżowano głównie nocą, by uniknąć upału i kurzu, a wtedy moszczono dla państwa siedzenia tak wygodnie poduszkami i kołdrami, że spali równie smacznie jak we własnych łóżkach. Za to za dnia rozbijano obóz w jakimś urokliwym miejscu w cienistym lesie nad szemrzącym źródełkiem, skąd rozciągał się widok na żyzne okolice i błękit gór. Wówczas rozkładano na trawie obrus, a na nim wszystkie zabrane ze sobą frykasy. Albo kupowano kury w pobliskim gospodarstwie i świeżo złowione pstrągi z górskich potoków. Jeśli zepsuła się pogoda lub konie musiały odpocząć, zatrzymywano się na kilka dni, a może i tydzień, w jakimś przyjemnym gospodarstwie lub wiejskiej gospodzie. Na szczęście w naszej rodzinie nigdy nie brakowało pieniędzy, więc każdy mógł się spostrzec, że ma do czynienia z nie byle jakimi gośćmi. Sam co prawda nigdy nie uczestniczyłem w takich wyprawach, ale wspomnienia moich przodków przetrwały w stajni, w której się urodziłem, i rzeczywiście można przypuszczać, że w tamtych czasach podróże dostarczały prawdziwych przeżyć.
— Skoro już o przygodach mowa — wtrącił Bamse — to i dziś, będąc koniem tramwajowym o psychologicznym zacięciu, nie można narzekać na brak ciekawych zdarzeń.
— Jakim to niby zacięciu? — zdziwił się Kastor.
— Psychologicznym — powtórzył Bamse. — No, jak na to mówicie tutaj, na wsi? Na to, co się tyczy człowieka; jeśli ktoś ma szczególną skłonność do przyglądania się ludziom? Doprawdy osobliwa to rasa, jeśli, jak ja, obserwuje się ją z bliska już od wielu lat i w takiej różnorodności, z jaką ma się do czynienia w tramwaju. Ludzie, oczywiście, nie mają pojęcia, że my, konie, na nich patrzymy. Myślą, że tylko człapiemy przed siebie, a potem stoimy bez ruchu, przysypiając, podczas gdy oni wysiadają i wsiadają. A my zawsze mamy na nich baczenie, więc dziś już z miejsca potrafię powiedzieć, jakiego człowieka mam przed sobą.
— Myślę, że i ja to potrafię — odparł Kastor. — Już z daleka widzę, czy osoba, która się zbliża, to ktoś ze dworu czy może jakiś prosty chłop.
— W każdym razie nie masz tu takiej różnorodności jak w dużym mieście — skwitował Bamse. — Zda mi się, że różnice między ludźmi są równie duże, co między końmi. Nie wyobrażasz sobie, ile różnych ludzkich typów ma okazję zobaczyć koń tramwajowy. Przede wszystkim występuje wprost nieskończona liczba młodych panienek. Wiele z nich robi naprawdę miłe i sympatyczne wrażenie. Pewnie mają gdzieś stajnię, w której muszą się stawić o określonej porze, bo niemal codziennie wysiadają na tym samym rogu ulicy i o tej samej godzinie. Woziliśmy też młodzieńców, którzy zawsze pokonywali tę samą trasę, przez całą zimę, aż do początku lata. Większość z nich niosła pod pachą książki albo skórzaną teczkę; nadbiegali w ostatniej chwili i wskakiwali do rozpędzonego tramwaju, więc naprawdę można się było obawiać, że połamią sobie nogi. Wszyscy oni mieli jakieś osobliwie smutne i rozkojarzone miny, ale skąd koń miałby wiedzieć, jakie to wredne rzeczy kryły te teczki; być może były powodem udręki. Czasami do wagonu wsiadały wytworne damy w szeleszczących spódnicach i z kogucim piórem u kapelusza i nierzadko musiały zadowolić się miejscem obok jakiegoś nieszczęsnego biedaczyny. Nie wyobrażasz sobie, jak nędznie i biednie wyglądają niekiedy mieszkańcy dużych miast! Aż ci się trzęsą tylne nogi, gdy ich widzisz, stojących wieczorem w świetle latarni, przemoczonych deszczem i bladozielonych na twarzach. Nieraz miałem ochotę zwrócić im tych dziesięć öre, które płacili za przejazd. Były też wielkie i tłuste przekupki z koszami tak pełnymi przysmaków, że wieko ledwo się domykało. Potrafiły zjeść całą tę furę żarcia jeszcze przed wieczorem, bo nazajutrz rano znów wsiadała ta sama baba z równie pełnym koszem! Więc nie dziwota, że tak napuchły! Jednak najbardziej lubiłem wszystkie te rozkoszne i beztroskie dzieci, które ciągnęli za ręce rodzice. Zawsze miały wielką uciechę z jazdy tramwajem; siedziały, patrząc przez okna swoimi wielkimi okrągłymi oczami lub kołysząc się w objęciach mam. Widziałem ich całe mnóstwo, gdy mijaliśmy inne tramwaje i często zastanawiałem się nad tym, że ludzkie dzieci, póki są małe, niemal zawsze są takie rozkoszne, a potem, gdy dorosną, robią się tak niezmiernie odrażające. Bo czy podobają ci się tacy panowie, którzy mają purpurowe twarze i trzy wielkie fałdy tłuszczu na karku? — Słuchasz mnie? — zapytał Bamse, gdy Kastor nie odpowiadał.
Ale Kastor wciąż milczał. Zrobił kilka dziwacznych piruetów, jakby szedł tyłem w jakiejś farandoli8 czy kontredansie9 i przerażony wlepił oboje swoich oczu — i to zdrowe, i ślepe — w szosę.
— Co z tobą? — zapytał ze spokojem Bamse, podnosząc głowę.
— Co? No właśnie, co to takiego, to, co pędzi tam w dali szosą do dworu? — wyszeptał Kastor, wciąż wywijając tylnymi nogami zlęknione piruety. — Wygląda, jakby wielki piec z kuchni we dworze zwariował i wyjechał na szosę. No i patrz! Patrz tylko! Czy to nie sam młody hrabia Axel z woźnicą na nim siedzą?
Bamse odwrócił głowę w tym samym kierunku i uśmiechnął się z lekka.
— Zaiste! — odrzekł. — Nie widziałeś jeszcze automobilu? W Sztokholmie mamy już tego całe zatrzęsienie.
— Tego? O czym ty mówisz? — zapytał Kastor, który teraz galopował dziko wokół pastwiska. — Jedzie na nas! Jedzie w naszą stronę! Zrobi z nas miazgę! Gdzie tu się schować? Ale co to? Nie pojmuję! Nie ma go!
Kastor stał jak skamieniały, spoglądając w stronę lasu, za którym zniknął automobil.
— To tylko najnowszy środek lokomocji — wyjaśnił Bamse, uśmiechając się z wyższością. — Doprawdy, nie potrzeba już dzisiaj koni, by ludzie mogli podróżować. Staliśmy się przeżytkiem, jedną z tych staromodnych rzeczy, które wkrótce okażą się zupełnie zbędne.
— Wóz bez koni! — wykrzyknął Kastor, który wciąż stał jak wryty, gapiąc się w dal na szosę. — Hrabiowski wóz bez koni?! A jak nasmrodził! Oburzające! Nigdy się sądziłem, że będę świadkiem takiego skandalu!
— Wygląda na to, że przyjdzie ci nauczyć się z tym żyć — odpowiedział Bamse, który znów ze spokojem skubał zieloną trawę. — Trzeba ci wiedzieć, że czas biegnie naprzód. Najpierw tramwaje bez koni, a teraz i wozy bez koni. Potem, coś mi się zdaje, będzie i tak, że nawet ludzie okażą się zbędni. Póki co, muszą pilnować maszyn, które wynaleźli, ale zobaczysz, że już niedługo maszyny zaczną sobie radzić same, a wtedy ludzie okażą się równie zbyteczni jak konie.
— Tylko co wtedy poczną ci wszyscy ludzie? Do czego będą potrzebni? — zapytał Kastor, rozdymając chrapy.
— Cóż, trudno powiedzieć. — Bamse zamyślił się. — Ale kiedy ludzie nie będą już potrzebować koni, to zakładam, że pozwolą naszej rasie wymrzeć. Więc gdy maszyny przestaną potrzebować ludzi, to pewnie też pozwolą na ich wymarcie. W każdym razie to maszyny już niedługo zaczną rządzić światem.
Kastor zamrugał swoim ślepym okiem przy zachodzącym słońcu.
— Przykro jest przeżyć swoją rodzinę, jak to mnie spotkało — powiedział. — Teraz jednak żałuję jak nigdy, że nie umarłem wtedy, gdy konie i ludzie wciąż jeszcze mieli jakieś znaczenie. Czuję, że nigdy się nie odnajdę w tym nowym porządku rzeczy.
— Będziesz musiał — odrzekł Bamse, przeżuwając w spokoju swą paszę. — Ten zaś, kto był koniem tramwajowym, nauczył się przy okazji we wszystkim odnajdywać.
Urodziły się na łące wysoko w bawarskich górach. Pod krzakiem jałowca matka umościła im najwygodniejsze posłanie. Spoczęły na najdorodniejszej, wonnej trawie i zielonym, miękkim jak aksamit mchu, a dokoła nich kwitły miliony kwiatów o różnych kształtach i kolorach.
Czy widziałeś kiedyś koźlę sarny? Nie ma nic bardziej rozkosznego. Nie jest większe od niewielkiego psa, ale ma długie i chude nogi, nie grubsze od palca. Na brzuchu jest białe, a na grzbiecie ma cętkowaną sierść, brązową i białą, niemal jak u tygrysa, choć nie tak żółtą; do tego najśliczniejszą na świecie główkę na długiej i smukłej szyi. Uszy sterczą spiczaste po bokach głowy, pyszczek też ma taki kształt — ale najpiękniejsze ze wszystkiego są oczy. Oczy sarenki mają niemal ludzki wyraz, są wielkie i brązowe z długimi i jasnymi rzęsami.
Kiedy te dwie małe sarenki obudziły się do życia wysoko na górskiej łące, myślały tylko o jednym: chciały się czegoś napić, a ich matka miała im do zaoferowania bardzo smaczne mleko. Sarenki albo piły jej mleko, gdy ona oblizywała je i mówiła do nich czule, albo spały pod jałowcem, podczas gdy kukułka kukała gdzieś opodal, a motyle grały w berka nad trawą. Ale koźlęta, gdy miały już kilka dni, zaczęły mrugać oczami i rozglądać się dokoła.
— Co to takiego? To wszystko, co kołysze się i kołysze, ale i tak nigdy się nie zbliża? — zapytały, poruszając pyszczkami.
— To jest trawa i kwiaty — odpowiedziała matka, która leżała obok nich na słońcu.
— I po co tam stoją? — zapytały koźlątka.
— Po co? — powtórzyła matka. — Nie potrafię powiedzieć. Po prostu są i wypełniają całą łąkę i dolinę. Pewnie czekają, żebyśmy je zjadły.
— A to tam, w powietrzu? — zapytała jedna z sarenek, zadzierając głowę. — Co tak krzyczy i popiskuje?
— To są ptaki — odpowiedziała matka powoli i spojrzała w górę na słowika, który, trzepocząc skrzydłami, leciał w stronę bukowego lasu. — Śpiewa dla waszej uciechy. Prawda, że pięknie?
— No może... — odpowiedziały bez przekonania i odwróciły głowy.
— A to wielkie, to straszliwie wielkie, tam nad lasem? To, co dosięga nieba i jest białe na szczycie?
— To jest góra — odpowiedziała matka. — Nasza wielka i cudowna góra z cienistymi lasami i orzeźwiającymi wodospadami. Jak dorośniecie, zabiorę was tam ze sobą na jedną z moich wędrówek.
— Ja wolę zostać tutaj, wśród kwiatów na łące — powiedziała jedna z sarenek.
— A ja chętnie pójdę tam z mamą! — rzekła druga. — To może jutro?
— Najpierw musicie nabrać trochę sił i podrosnąć — odpowiedziała matka. — Póki co macie nogi cieniutkie jak patyczki. Połamałybyście je sobie, idąc po kamieniach lub zaroślach.
Przez chwilę sarny leżały w zupełnym bezruchu. Dzień był bardzo ciepły i pogodny. Niebo miało intensywnie niebieski kolor, a białe chmury, zwisające nad górą, wydawały się zupełnie nieruchome, jakby wykute w marmurze. Ledwo się je dało odróżnić od pokrytych śniegiem szczytów. Znad łąki raz po raz zapachniało przyjemną wonią niezliczonych kwiatów, a w bukowym lesie słowik śpiewał tak, że mało nie pękł. Nagle jedna z sarenek podniosła głowę i powiedziała:
— Cicho! Matko, co to takiego? Co to za dziwny szum?
Matka wyciągnęła swą długą szyję i nastawiła uszu.
— Ach, to tylko wodospad, który pędzi w dół góry za lasem.
— Wodospad? — powtórzyła sarenka. — A co to takiego?
— To wielka woda, która spada ze szczytów w dolinę i nigdy się nie zatrzymuje, chyba że przychodzi sroga zima i skuwa ją lodem.
— A dlaczego tam nie zostanie? Dlaczego zbiega w dół góry?
— Nie potrafię powiedzieć — odparła matka. — Nie zadawajcie takich niemądrych pytań.
— Oj, patrzcie, patrzcie! — szepnęła jedna z sarenek cienkim, cieniutkim głosem, który brzmiał jak głos wątłego pisklaka. — Ach, matko! Co za potwór gna tu jak wicher? — zapytała sarenka i przylgnęła mocno do piersi matki.
— Przecież to tylko zając — powiedziała spokojnie matka. — Biedne i głupie zwierzę, które nigdy was nie skrzywdzi. Zresztą na tej górze i w lesie nie ma zwierząt, których musiałybyście się bać. Za to ptaki drapieżne i ludzie, owszem, mogą wam wyrządzić krzywdę i czyhają na wasze życie. Spójrzcie tylko! Tam, wysoko w górze! To orzeł! Rozpościera skrzydła i wypatruje ofiary. Schowajcie się głębiej pod krzak! I nie ruszajcie się! O, już odleciał! Nie widział was, bo byłyście takie tycie daleko w dole. Ale gdybym kiedyś gdzieś poszła, to rozglądajcie się uważnie i bądźcie czujne! Orzeł jest okrutny i straszny. Wystarczy, że was chwyci i już może unieść w górę i zabrać do gniazda na skałach, gdzie rzuci was na pożarcie swoim młodym. Dwoje z dzieci mojego brata zostało porwanych przez takiego orła bielika, który nadleciał i wbił w nie szpony. Wciąż słyszę płacz ich matki, gdy wróciła do domu i nie zastała tam swoich dzieci. Zobaczyliśmy tylko parę orlich piór i kilka dużych plam krwi przy krzakach, w których się schowały.
Na to obie sarenki zaczęły żałośnie piszczeć:
— Niech nam mama nie opowiada takich okropnych historii! Strasznie się boimy! — prosiły, drżąc jak osika na całym ciele.
— Mądra matka w porę ostrzega swoje dzieci przed niebezpieczeństwami, które na nie czyhają. Chcę więc, byście wiedziały, kto jest naszym największym wrogiem — rzekła matka. — To człowiek. Jest groźniejszy i okrutniejszy od orła, a nawet od wilka i niedźwiedzia, które zresztą rzadko się dziś spotyka. Cała ziemia pełna jest ludzi, a ci zawsze są fałszywi i okrutni. Więc gdy tylko dostrzeżecie człowieka, to szybko, jak najszybciej musicie się gdzieś schować lub rzucić do ucieczki!
— Człowiek — powtórzyła jedna z sarenek. — A co to za zwierzę? Jak wygląda?
— Nie wiem, czy człowieka można nazwać zwierzęciem — odpowiedziała matka. — Ma tylko dwie nogi.
— Tylko dwie nogi! — powtórzyła druga sarenka. — To jak chodzi?
— Nie wiem doprawdy, jak to robią, ale na pewno potrafią i chodzić, i biegać, a gdy za nami gonią, biegną tak szybko, że można by pomyśleć, że mają skrzydła.
— Ale dlaczego nas gonią? — zapytały sarenki.
— Bo nas nienawidzą i dążą tylko do tego, by nas zabić — odpowiedziała matka.
— Ale dlaczego ludzie nas nienawidzą? — dopytywały dalej młode. — Przecież nie robimy im nic złego?
— Prawda, moje dzieci, nie robimy im nic złego. Więc całe życie zastanawiam się nad tym, dlaczego chcą nas skrzywdzić. Ale tak to już chyba jest, że gdy mogą nas zabić, czują się szczęśliwi.
— To przerażające — jęknęły sarenki i przylgnęły mocno do matki. — A myślałyśmy, że wszystko jest takie dobre i bezpieczne. Czy już zawsze przyjdzie się nam bać ptaków drapieżnych i ludzi?
— Tak długo, jak jesteście małe, nie musicie się niczego bać — uspokoiła je matka. — Ale kiedy dorośniecie, to już zawsze będziecie musiały mieć się na baczności i chyżo uciekać, gdy tylko wyczujecie jakieś zagrożenie.
— A w jaki sposób ludzie nas zabijają? — zapytały dzieci, spoglądając z lękiem w twarz matki.
— Nie potrafię tego wyjaśnić! — odpowiedziała matka. — Nie rozumiem tego, ale mają w rękach przedmiot, który przypomina długą rurkę. Przykładają to do policzka, a wtedy błyska coś i strzela, a z tej rurki wylatuje kula i wpada w ciało zwierzęcia, i nie możesz już dalej biec, tylko padasz na trawę. I jeśli od razu nie umrzesz, nadbiegają ludzie z długimi nożami i wbijają ci je w szyję. I życie dobiega końca.
— Potworność! — zapiszczały sarenki. — To musi być straszne! Ale czy jesteś pewna, że to prawda? Ciebie przecież nigdy nic takiego nie spotkało? I nie masz dziur w ciele ani blizn na szyi.
— Nie, bo uciekłam i uszłam cało — odpowiedziała matka. — Ale wierzcie, wszystko to widziałam. Widziałam, jak moja matka padła od takiej kulki, a moja młoda siostra, która była najpiękniejszym zwierzęciem pod słońcem, najpierw została postrzelona, a potem dobita przez jednego człowieka. Stałam ukryta wśród drzew i widziałam, jak umiera, i słyszałam, jak, gdy było już po wszystkim, jak ten okrutny człowiek zaczął krzyczeć i dąć w róg z radości, że ją zamordował.
Małe sarenki nic nie mówiły. Leżały cichutko, trzęsąc się ze strachu.
— Jeśli usłyszycie grzmoty i pioruny, miejcie się na baczności! — ostrzegła matka. — To oznacza, że w pobliżu są myśliwi, czyli ludzie, którzy zabijają zwierzęta, a wówczas chodzi o życie.
Te przerażające historie do głębi poruszyły sarenki. Ale bardzo szybko o nich zapomniały, jak to dzieci. Błogo się im żyło na kwiecistej łące pod słonecznym niebem. Mleko matki było słodkie i smaczne, a sarenki czuły się bezpieczne pod jej troskliwą opieką. Dzień za dniem mijał w sielskim, niczym niezmąconym spokoju.
A wtedy przyszedł jeden bardzo gorący dzień. Na niebie zebrały się wielkie chmury, a sarenki poczuły się śpiące i markotne.
— Poleżcie tu sobie chwilę i odpocznijcie — powiedziała matka. — Ja zejdę tylko do rzeki, żeby ugasić pragnienie. W taki upał okropnie chce się pić.
Pognała przed siebie, zwinnie podskakując, a młode wślizgnęły się pod jałowiec i ułożyły się do snu. Nagle nastawiły uszu. W oddali usłyszały jakiś dziwny głuchy rumor. Wtem... Cóż to błysnęło tak jasno, że aż musiały zamknąć oczy? Hałas przybierał na sile. Coś przetaczało się między szczytami gór, łomotało i huczało. Wydawało się, że jeszcze chwila i góry się zawalą. I wciąż błyskało, coraz jaśniej i jaśniej. Nagłe i gwałtowne promienie światła cięły chmury, po czym na las popłynęły z szumem strugi deszczu.
— To ludzie! To myśliwi! Idą tu, żeby nas zabić! — szepnęła jedna sarenka do drugiej i przysunęły się tak blisko do siebie, że wyglądały jak niewielki tobołek; bały się otworzyć oczy, a serca łomotały im ze strachu. — Słyszysz? — zapiszczała jedna sarenka do drugiej. — Słyszysz, jak strzelają? Ach, żeby tylko nasza kochana mamusia już tu do nas wróciła!
Huk z czasem ustał, ale zwierzątka wciąż leżały, trzęsąc się ze strachu i zaciskając powieki. Potem nagle poczuły, że ich matka liże je spokojnie i usłyszały jej łagodny głos:
— Jak się macie, moje maleństwa? Co za burza! Przez tę wichurę i deszcz nie mogłam wrócić do domu wcześniej.
— Byli tu ludzie! Myśliwi tu byli! Strzelali i robili potworny huk! Omal nie umarłyśmy ze strachu — krzyczały sarenki jedna przez drugą.
— Biedactwa — powiedziała matka, kładąc się przy nich. — To tylko gwałtowna burza, która przetoczyła się przez góry.
— Ale błyskało się tak, że strach było otwierać oczy — mówiły maluchy.
— Takie błyski nie robią krzywdy sarnom — odpowiedziała matka. — W każdym razie nigdy nie słyszałam, żeby którąś z nas zabiły. To coś tam u góry, w chmurach, na trochę przestaje działać, ale szybko się uspokaja, a wtedy powietrze robi się w dwójnasób świeże. Czujecie, jak cudownie wszystko pachnie po deszczu?!
Sarenki wytknęły pyszczki spod krzaka, z którego na trawę wciąż jeszcze spadały ciężkie krople deszczu.
— Rzeczywiście, pięknie pachnie! — stwierdziły. — Tylko dlaczego tam w chmurach tak przeraźliwe huczało? I skąd się bierze ten ogień, który tak nas przeraził?
— Nie umiem wam tego wyjaśnić — odpowiedziała nieco zniecierpliwiona matka. — Na świecie jest tyle niepojętych rzeczy. Czasem po prostu widać, że to nadciąga i trzeba się dostosować. Następnym razem nie będziecie się już bać. W sumie to w ogóle nie jest nasza sprawa. Spójrzcie tylko! Znów świeci słońce! Więc może zrobimy sobie małą przechadzkę po łące? — powiedziała i podniosła się z ziemi, po czym ruszyła przed siebie spokojnie po mokrej trawie, a za nią przy zachodzącym słońcu podreptało dwoje jej małych dzieci.
Obie sarenki zawsze trzymały się swojej mamy. Ojca nigdy nie widziały, choć matka czasem o nim opowiadała.
— Jest bardzo przystojny, oj tak, to najprzystojniejszy kozioł w całej okolicy — mówiła, unosząc dumnie głowę. — Ale to on jest żywicielem rodziny i zawsze ma mnóstwo pracy. Nie rozumiem, co dokładnie robi i nie wtrącam się do tego. Był tu w domu, gdy się rodziłyście, i bardzo był z was rad, potem jednak powędrował na łąki, gdzie powietrze jest nieco chłodniejsze. Któregoś dnia odwiedzi nas tu pewnie, a wtedy pokażecie mu, jakie jesteście zdolne i grzeczne.
Ale ojciec się nie pojawił, a młode raczej za nim nie tęskniły. Czuły się bardzo szczęśliwe i bezpieczne u boku ukochanej matki.
I tak któregoś dnia, gdy maluchy miały kilka tygodni, ich matka poszła napić się wody nad rzekę, jak to miała w zwyczaju raz na dzień. Sarenki tymczasem przechadzały się po łące wśród kwiatów i zdziwione patrzyły na motyle, które wlatywały im prosto w twarze. Nagle usłyszały strzał. Głośny i dudniący. Echo odpowiedziało całą serią strzałów między górami.
— Co to? — zapytała jedna z sarenek, nastawiając uszu. — Czy to burza?
— Nie! Gdyby to była burza, widziałybyśmy pioruny — powiedziała druga, która, a gdy gruchnął strzał, o mały włos nie przewróciła się o własne nogi.
Postały chwilę bez ruchu, nasłuchując, ale ponieważ nic więcej nie usłyszały, ruszyły dalej przez wysoką trawę. Minęło popołudnie i zbliżał się wieczór.
— Coś długo dziś nie wraca nasza mama — powiedziała jedna z sarenek.
— Bardzo długo! A mnie tak bardzo chce się pić — rzekła druga, oblizując pyszczek. — Ale już zachodzi słońce, więc mama pewnie zaraz tu będzie.
Słońce zniżyło się i zaszło, ale matka nie wróciła. Wstał księżyc i oświetlił mgły, unoszące się nad górskimi przepaściami, a matki nie było widać. Nastała noc i wysoko na ciemnym niebie zaczęły skrzyć się gwiazdy — małe sarenki wciąż były same.
— Chodźmy spać — zaproponowała jedna. — Gdy się rano obudzimy, mama na pewno tu będzie.
Obudziły się wczesnym świtem. Wszystko dokoła tonęło w świetle. Całą łąkę zasnuły białe pajęczyny, a gdzieś w oddali sarenki usłyszały kukanie kukułki. Ale matka wciąż nie wróciła. Nie mogła już wrócić do swoich dzieci, bo gdy o zachodzie słońca piła wodę z rzeki, trafiła ją kula.
Przyszła tu tą samą drogą co zawsze, przez łąkę, wzdłuż lasu i w dół zbocza. Tam to, w miejscu, gdzie rzeka zakręcała, tworząc jakby niewielką zatokę pod kilkoma nisko zwisającymi bukami, można się było schronić i łatwo zejść do wody. Każdego wieczora sarna przemierzała tę samą trasę, idąc przez trawę niemal po własnych śladach. Ale pewien człowiek zauważył te ślady i przez kilka wieczorów z rzędu czatował na nią.
Nie był to sezon polowań, lecz mężczyzna okazał się kłusownikiem. Chodził po zakazanym rewirze, uważał jednak, że w takiej odległości od ludzkich siedlisk bez trudu ustrzeli sarnę i zabierze ją stamtąd tak, by nikt nie zauważył. Ustawił się na czatach za gęstymi bukami przy rzece i czekał. Sarna pojawiła się o stałej porze, niemal co do minuty, w dolinie pod szczytem. Szła powoli, od czasu do czasu podnosząc głowę, jakby chciała zaczerpnąć chłodniejszego powietrza od rzeki. Ależ była piękna! I jak lekko i zwinnie się poruszała na swoich delikatnych nogach, jak dumnie i z jakim wdziękiem unosiła swą małą i kształtną głowę. Zatrzymała się i tak stała, rozglądając się dookoła. Mężczyzna, schowany w cieniu, nie mógł znać jej myśli. Ale to piękne zwierzę czuło się bardzo szczęśliwe.
— Co za powietrze! — powiedziała do siebie. — Takie rześkie i krzepiące! A na niebie ani jednej chmurki! Słońce zachodzi, jakby miało zatonąć w kwiatach na łące. Co za widok! Śnieg płonie na szczytach gór! Pewnie gdzieś tam przechadza się teraz mój ukochany. A niedługo przyjdzie nas odwiedzić. I zobaczy, jak urosły nasze młode i jakie są grzeczne i piękne. Ach, jak cudownie, jak ciekawie i jak dobrze jest żyć!
Powiedziawszy to, zrobiła kilka beztroskich podskoków i już po chwili stała pod zwisającymi nad wodą bukowymi gałęziami. Skłoniła nisko głowę, żeby się napić, a potem ją podniosła, podczas gdy krople cały czas skapywały jej z pyska. Ponownie się pochyliła. Jednak gdy po raz trzeci skłoniła szyję, żeby ugasić pragnienie, powietrze przecięła ze świstem kula, trafiając sarnę prosto mostek.
W panice odwróciła się, by uciec, ale uszła ledwo kilka kroków bezdrzewną doliną. Tam upadła ciężko na ziemię, a krew tryskała z jej otwartej rany. Pociemniało jej przed oczami, a język zwisał teraz z pyska.
— Czy umieram? — jęknęła. — Co mi zrobiono? I kto to zrobił?
Zmąconym wzrokiem rozglądała się dokoła, szukając przyczyny tego bólu. Wtedy zza krzaków wyłonił się ciemnowłosy mężczyzna. Jego oczy płonęły jak u wściekłego drapieżnika. W prawej ręce ściskał długi i lśniący nóż.
— Teraz rozumiem — westchnęła sarna. — Nadchodzi kres. Taki los, moja urodziwa siostra umarła, teraz kolej na mnie. — Spojrzała na mężczyznę tak smutnym i błagalnym wzrokiem, że aż musiał na chwilę zamknąć swoje oczy. — Moje góry! — wyszeptała, patrząc na pokryte śniegiem wysokie szczyty, żarzące się w zachodzącym słońcu. — Moja piękna dolina! Moje biedne dzieciaczki! Co będzie...
W tym momencie nóż przeszył jej gardło. Raz jeszcze otworzyła swoje wielkie oczy, po czym głowa opadła jej na pierś i sarna umarła.
Mężczyzna pośpiesznie związał jej nogi, zarzucił ją sobie na ramię i pognał w las. Słońce zniknęło za górami i nastała noc.
Małe sarenki czekały na swoją matkę cały następny dzień, a gdy nie wracała, zaczęły żałośnie popiskiwać. Doskwierał im głód i pragnienie, a wciąż nie były na tyle duże, by jeść trawę i zioła. Wycieńczone wczołgały się pod krzak jałowca.
— Mamo, mamo, dlaczego do nas nie wracasz? — płakały.
Przypuszczalnie niedługo potem by umarły, gdyby nie znalazła ich pewna chłopka, która przyszła na łąkę narwać kwiatów.
Była to kobieta słusznej postury, a na imię miała Maddli. Jej mąż prowadził gospodę w Hammersbach10 i był szeroko znany ze swojego pięknego głosu. Potrafił jodłować tak, że jego głos niósł się na kilka mil, i tańczyć tak żwawo i długo, że nawet od patrzenia traciło się dech w piersiach. Sama Maddli była kiedyś wielką pięknością. Nie była już całkiem młoda i zdążyła obrosnąć w tłuszcz od stania w kuchni i smażenia kiełbas czy pieczenia chleba dla gości oraz od smakowania mocnego i smacznego piwa, które przy tym popijała. Wciąż jednak wyglądała zaskakująco dobrze, a do tego robiła wrażenie tak miłej i serdecznej, że nie dało się jej z miejsca nie polubić. Miała życzliwe brązowe oczy i rozczulający uśmiech, a do tego wypowiadała się tak rozsądnie i z taką swadą, że rozmowa z nią stanowiła prawdziwą przyjemność. Zwykle miała strasznie dużo roboty, gdyż do gospody w Hammersbach przychodziło na odpoczynek wielu ludzi — tak chłopów, jak i turystów — dlatego też rzadko opuszczała dom. Teraz jednak potrzebne jej były kwiaty na dzień przesilenia letniego, wyszła więc na łąkę popołudniem, by nazbierać ich cały kosz. Niosła go w lewej ręce, podczas gdy prawą wrzucała do niego coraz to więcej kwiatów. A tak się złożyło, że przy samym jałowcu rosło sporo dzwonków, po które się schyliła; i wtedy jej wzrok padł na młode sarny, skulone pod krzakiem. Spojrzały na nią dwie pary brązowych, przerażonych oczu. Poza tym sarenki ani drgnęły. Leżały zupełnie bez ruchu, jakby były martwe.
Maddli stała długo, przyglądając się im, ale ich nie głaskała, bo wiedziała, że jeśli człowiek swoimi rękami dotknie młodej sarny, to jej matka już nigdy nie będzie chciała się nią zajmować, a przecież Maddli nie mogła być pewna, czy matka tych dwóch sarenek już nie żyje czy może jedynie oddaliła się na chwilę. Dlatego rozejrzała się uważnie dokoła, żeby zapamiętać to miejsce, po czym udała się z powrotem do domu ze swoimi kwiatami. Jednak gdy nazajutrz wczesnym rankiem wróciła na łąkę, zrozumiała, że sarenki są samotne i porzucone. Leżały, trzęsąc się z zimna i głodu z zamkniętymi oczami i były bliskie śmierci.
— Biedactwa — powiedziała swoim najłagodniejszym głosem i pochyliła się do sarenek. — Nie macie matki? Czyżby ją zastrzelili i zostawili was tu zupełnie same? Biedaczyska!
Wyciągnęła ręce, by je chwycić.
W tej samej chwili sarenki otworzyły oczy i zdjął je przeraźliwy strach. Czy to nie człowiek stał tam przed nimi? Nigdy wcześniej nie widziały człowieka, ale pamiętały, jak to paskudne stworzenie opisywała matka. Miało mieć tylko dwie nogi, zupełnie jak wieśniaczka, która przed nimi stała. Maddli ostrożnie podniosła sarenki z ziemi i wzięła je na ręce. Miała takie małe i zgrabne dłonie; i choć były ogorzałe i szorstkie od pracy, to umiały bardzo delikatnie podnosić i czule pieścić. Głaskała sarenki spokojnie po grzbiecie i mówiła do nich łagodnie. One jednak nie potrafiły przemóc swojego dojmującego strachu. Trzęsły się na całym ciele, a serca waliły im jak młotem. Były przekonane, że zabrano je na pewną śmierć.
Ale Maddli miała wobec nich jak najlepsze zamiary. Czuła się niemal tak, jakby została ich matką. Sama miała ledwo jedno dziecko, córkę, ale ta była już dorosła i daleko u obcych ludzi.
Gdy Maddli wróciła do swojego domu w Hammersbach, wiedziała już, gdzie zakwateruje młode. Stary pies podwórkowy niedawno unarł, więc jego buda stała pusta. Wymoszczono ją od razu suchym i pachnącym sianem, na którym miały leżeć sarenki. Wpierw jednak trzeba je było napoić. Ale one zupełnie nie potrafiły pić z miski, tylko maczały pyszczki w mleku, po czym bezradnie prychały.
Co było robić? Nagle Maddli przyszła do głowy pewna myśl. Pobiegła do kuchni i wróciła z butelką z kauczukowym smoczkiem, z której piła jej Leni, gdy była dzieckiem. W środku było ciepłe mleko. Ledwo wetknęła ją do pyszczka jednej z sarenek, ta zaczęła pić tak łapczywie, że już po chwili w butelce nic nie zostało. Druga sarenka była równie pojętna, a Maddli śmiała się, odsłaniając wszystkie swoje piękne białe zęby. Myślała pewnie, że teraz już będzie mogła wykarmić swoje małe podopieczne.
Wkrótce jednak okazało się, że sarenki w ogóle nie tolerują krowiego mleka, ani koziego, o które Maddli się dla nich postarała. Dostawały strasznego bólu brzucha i z każdym dniem słabły i mizerniały. Wtedy to ktoś poradził Maddli, żeby spróbowała im podać mocną kawę i herbatę rumiankową. Podobno w ten sposób udało się wyżywić inne małe, osierocone sarenki.
Pomogło! Po jakimś czasie zwierzątka nabrały sił, a ich spojrzenie pojaśniało. Zaczęły przechadzać się po podwórzu i wąchać trawę i kwiaty, choć ich głosy wciąż były słabe i przypominały popiskiwania jakiegoś małego ptaszka.
Na podwórzu, gdzie stała psia buda, był też duży przeszklony pawilon. To tam siedzieli ludzie, którzy przybywali do Hammersbach napić się kawy lub zjeść posiłek, i nierzadko zbierał się ich spory tłum. Głośno rozmawiali, śmiali się i śpiewali, i często panowała tam spora wrzawa. Sarenki trzęsły się z przerażenia, słysząc te wszystkie obce odgłosy i wczołgiwały się do budy tak głęboko, jak tylko się dało. Nigdy nie wyzbyły się strachu przed ludźmi, a jedyną osobą, do której miały zaufanie, była Maddli. Gdy przychodziła z butelką, by je nakarmić, wyciągały szyje, a potem pozwalały się jej głaskać, a nawet nosić po podwórzu. Prostowały wtedy wszystkie swoje cztery nogi i wystawiały w powietrze. Ale gdy widziały, że zbliża się ktoś obcy, szeptały jedna do drugiej:
— Spójrz na tego potwornego człowieka! Myślisz, że idzie tu, by nas zaszlachtować?
Minęło lato, a małe sarenki coraz gorzej się czuły w psiej budzie. Chybotały się na swoich chudych nóżkach, jakby nie były do końca trzeźwe, i w końcu w ogóle już nie chciały wychodzić na podwórze. Leżały cicho i nieruchowo na swoim słomianym posłaniu.
— Słuchaj — powiedziała któregoś wieczora jedna z sarenek, gdy wszyscy mieszkańcy Hammersbach udali się już na spoczynek — pamiętasz naszą prawdziwą matkę? Nie tę, która daje nam butelkę ze smoczkiem, ale tę, z której piersi piłyśmy, tę, która z taką lekkością skakała po łące?
— Oczywiście, że ją pamiętam — odpowiedziała druga. — Zobaczysz, któregoś dnia tu po nas wróci! A wtedy znów ruszymy w góry, na naszą łąkę i będziemy tam sobie chodzić wśród kwiatów i motyli.
— Ach, taka jestem zmęczona! — poskarżyła się pierwsza. — Nie mam już siły się podnieść, chce mi się tylko spać i spać.
Zamknęła oczy i spuściła głowę, a wkrótce potem obie sarenki spały głęboko.
Nazajutrz rano, gdy Maddli przyszła z butelką, sarenki w ogóle nie chciały pić. Odwracały głowy i opadały bezwładnie na posłanie.
— Teraz to już naprawdę nie wiem, co robić — westchnęła Maddli. — Nie przyjmują mleka i nie chcą pić kawy ani rumianku. Pewnie jest tak, jak mówią, że z setki sarenek, które ludzie próbują wykarmić, tylko jednej udaje się przeżyć. Wszystkie one tęsknią za samotnością wśród gór, a rosną silne i zdrowe wyłącznie wtedy, gdy piją mleko własnej matki.
I tak też było. Najpierw umarła jedna, a zaraz po niej druga sarenka.
Maddli uroniła nad nimi kilka łez i pochowała je na łące za domem.
Poza tym nikt nie smucił się z powodu ich śmierci. Przecież to były tylko dwie małe sarenki.
