Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
69 osób interesuje się tą książką
Początek lat siedemdziesiątych. Mecenas Zuza Lewandowska wraca do Płocka — miasta dzieciństwa, niedomkniętych spraw i długich cieni przeszłości. Ma pracować w kancelarii ojca, Ambrożego Lewandowskiego, legendy lokalnej palestry. Zamiast spokojnego powrotu trafia jednak w sam środek zbrodni: ktoś brutalnie morduje sędziego Waszczyka.
Śledztwo szybko grzęźnie w gąszczu niedomówień, strachu i lojalności. Każdy z podejrzanych ma motyw, każdy coś ukrywa. Gdy w mieście zaczynają pojawiać się kolejne ofiary, Zuza rozumie, że Płock nie jest już miejscem, które znała — a prawda bywa groźniejsza niż kłamstwo.
Równolegle prawniczka natrafia na trop dawnej, niewyjaśnionej sprawy: legendy o pożydowskim złocie, rzekomo ukrytym przez niemieckiego zbrodniarza wojennego. Sprawy sprzed lat niepokojąco splatają się z teraźniejszością, a w ich centrum pojawia się nazwisko jej ojca.
Im głębiej Zuza drąży, tym wyraźniej widzi, że aby znaleźć mordercę, będzie musiała zmierzyć się nie tylko z cudzymi sekretami — lecz także z własną rodziną i historią, którą ktoś bardzo chciał pogrzebać na zawsze.
Mroczny kryminał retro o winie, pamięci i cenie prawdy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 298
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wszystkie postacie wymienione w tej książce są wymyślone przez autora, a ich ewentualne podobieństwo do kogokolwiek jest zupełnie przypadkowe i niezamierzone.
Dziś sędzia Waszczak miał tylko jedną rozprawę. Trwała trzy godziny, po czym sędzia, widząc, że nie ma szans na zakończenie procesu, odroczył sprawę do września. Prokurator Jarzyński aż fukał z niezadowolenia, zaś obrońca Ambroży Lewandowski był usatysfakcjonowany, bo im dłużej trwała sprawa, tym więcej pieniędzy przybywało na jego książeczce oszczędnościowej w PKO. Tak zawsze działali adwokaci i tak działają po dziś dzień. Należy skubać klienta, i to najbardziej, jak się da, a najlepiej do gołej skóry.
Godzinę później sędzia opuścił gmach sądu i pieszo udał się na umówione wcześniej spotkanie do kawiarni w Hotelu Petropol.
Stanął w progu lokalu i rozejrzał się po sali.
Ta osoba już na niego czekała. To był mężczyzna w zbliżonym do niego wieku. Przywitali się jak dobrzy znajomi.
– Andrzeju, dziękuję, że się tak szybko zjawiłeś – zaczął szeptem Waszczak, nerwowo się rozglądając. – Nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale mam, a właściwie to mamy, spory problem i nie bardzo wiem, jak go rozwiązać. Tak naprawdę to nie mam pojęcia, co jest grane, bo to, co ci zaraz powiem, jest nieprawdopodobne.
Jego towarzysz spojrzał na niego z niepokojem. Znali się kupę lat i nieczęsto widywał sędziego tak zdenerwowanego. Zapalił Marlboro. Kolegi nie poczęstował, bo wiedział, że tamten jest wrogiem papierosów.
Podeszła kelnerka, zamówili po kawie i lampce koniaku.
– Mów w końcu: co się stało? Wyduś to z siebie – ponaglił kolegę.
– Tydzień temu zjawił się u mnie Peter.
– Kto? Masz na myśli tego Petera? – zdumiał się Andrzej, a po chwili wybuchnął głośnym, niepohamowanym śmiechem. – Gadasz kompletne głupoty. To jakieś banialuki, wybacz, ale nigdy w to nie uwierzę. Przecież on nie żyje. Obydwaj dobrze o tym wiemy. To nie mógł być on. Pewnie to ktoś bardzo do niego podobny. Może miał brata bliźniaka? Ten teraz po latach zjawił się w poszukiwaniu jego śladów. Właściwie to nie mamy żadnych informacji o jego rodzinie. Ale choćby nawet, to jak by trafił do ciebie? To jedna wielka bzdura. I po to fatygowałeś mnie tu z Warszawy? Wiesz, chłopie, ile ja mam roboty? I musiałem to wszystko rzucić, żeby tu przyjeżdżać?
– Kurwa mać, on nie miał brata bliźniaka, tego to znów ja jestem pewny. Zanim my go… no wiesz, to długo ze mną rozmawiał i opowiadał o swojej rodzinie, chyba liczył na litość. Do dziś pamiętam każde jego słowo.
– Dobra, załóżmy, że to on, że ten sukinsyn cudownie zmartwychwstał. – Andrzej próbował uspokoić kolegę. – Dlaczego trafił akurat do ciebie i czego chciał? Prędzej by mnie odwiedził, bo byłem przed tobą. To jest chyba logiczne? Mam rację?
– Problem jest w tym, że niczego nie chciał. Powiedział, że się do mnie niebawem odezwie. Jeśli to faktycznie on, mogę mieć kłopoty, i to spore. Chyba wiesz dlaczego. – Głos Waszczaka drżał z emocji. – Jestem sędzią, zwalą mnie ze stanowiska i jak nic wsadzą do więzienia. Ten człowiek to istny diabeł, więc równie dobrze może mnie zabić.
Andrzej spojrzał na niego z troską.
– Stary, co ty mi tu bredzisz? Czy ty siebie słyszysz? Może bierzesz jakieś specyfiki? Wiem, że po którychś z nich można mieć halucynacje. Zrozum w końcu, że to na pewno nie on. On nie żyje. Kilka razy to sprawdzałem. Wszyscy to sprawdzaliśmy. Był zimnym trupem. Dam sobie za to głowę uciąć. To wszystko ci się jedynie wydaje. Idź może do lekarza. Załatwię ci w Warszawie wizytę u dobrego specjalisty.
– Nie rób ze mnie wariata. Wiem, co widziałem! – wykrzyknął sędzia na pół sali. Inni klienci ze zdziwieniem spojrzeli w ich kierunku. Waszczak się zreflektował i ściszył głos. – Jeśli to on, to i do ciebie przyjdzie. Pamiętaj o tym!
– Niech przyjdzie, nie boję się duchów. Ile razy mam ci powtarzać, że to nie on, że Peter jest zimnym trupem, i to od wielu lat? To jest ktoś zupełnie inny.
– Przestań wciąż tak mówić, wiem, kogo widziałem. – Sędzia upierał się przy swoim, żadna argumentacja do niego nie docierała. – Musimy coś wymyślić. Za wszelką cenę trzeba coś zrobić, żeby zniknął z mojego życia, ale nie mam pojęcia co.
Andrzej zapalił kolejnego papierosa i się zadumał. Odezwał się po dłuższej chwili. Na jego twarzy zagościł szelmowski uśmiech.
– Skoro wciąż twierdzisz, że to on, to mam pomysł. Po prostu trzeba to sprawdzić. Może wtedy się uspokoisz?
– Chyba nie chcesz go odkopać? Myślisz o tym na serio? – wyszeptał Waszczak, wyraźnie niezadowolony z tego pomysłu.
– Nie mamy innego wyjścia. Sam to sprowokowałeś, więc teraz nie narzekaj. Jeśli Peter tam leży, czego jestem pewny, to znaczy, że ktoś próbuje się pod niego podszyć, ale czemu? I czemu akurat po tylu latach? Jeszcze jedno mnie bardzo zastanawia: skąd ten ktoś wie o Peterze? To jest pozbawione jakiegokolwiek sensu, a jeśli ten niby Peter będzie chciał nas szantażować, to musimy się go pozbyć, i to na amen.
– Chcesz znów to zrobić? – wyszeptał sędzia.
Andrzej wzruszył ramionami, dogasił papierosa i upił łyk kawy.
– Zimna, a wracając do sprawy, być może nie będziemy mieć innego wyjścia. Likwidując Petera, liczyliśmy się z tym, że to pewnego dnia może się wydać, bo takie ryzyko zawsze istnieje. Nie ma morderstwa doskonałego. Sam mi to kiedyś mówiłeś, i to wielokrotnie. Być może coś lub kogoś przeoczyliśmy, jak choćby przypadkowego świadka. Chyba nie żałujesz tego, co wtedy zrobiliśmy?
– Nie i jeszcze raz nie, i to bez względu na ewentualne konsekwencje.
– Teraz musimy się zmierzyć z nowym problemem – zaczął Andrzej, zapalając następnego papierosa. – Ten człowiek przypuszczalnie zagraża nam wszystkim i w końcu, tak jak zauważyłeś, trafi do mnie, a później do reszty. Zanocuję w hotelu, a jutro z rana pojadę na działkę rodziców i sprawdzę, czy Peter tam leży, czy się cudownie ulotnił. Nie byłem tam od ich śmierci, a więc od wielu lat, pewnie trzeba będzie prócz szpadla wziąć siekierę, może piłę do drewna. Z tym nie będzie problemu, zaopatrzę się odpowiednio w sklepie geesowskim w Nowym Rynku. Jedziesz ze mną czy mam to zrobić sam?
– Jadę. Razem weszliśmy w to szambo i razem będziemy w nim brodzić.
– Dobrze, podjadę pod twój dom jutro o dziewiątej rano. Weź ze sobą gumowce, mogą się przydać.
– Może trzeba zawiadomić innych?
– Na razie poczekaj. Zawsze będzie na to czas.
Następnego dnia padało już od samego rana. Punkt dziewiąta przed kamienicę przy Kolegialnej siedem, w której mieszkał Waszczak, zajechała niebieska Warszawa M20, tak zwany garbus, na warszawskich numerach rejestracyjnych. W chwilę potem pojawił się sędzia w długim płaszczu przeciwdeszczowym. Nerwowo się rozejrzał, po czym pospiesznie wsiadł do auta. Pojazd ruszył z miejsca i skierował się w stronę rogatek warszawskich, by później skręcić ku mostowi. Po pokonaniu przeprawy samochód przemknął przez Radziwie w stronę Łącka, do którego nie dojechali, bo wcześniej skręcili do Grabiny. To tam znajdowała się działka po rodzicach Andrzeja. Minęli domki kempingowe, plażę zwaną przez Płocczan patelnią i pokonali dwa kilometry polnej drogi, by w końcu dotrzeć do celu. Już na pierwszy rzut oka widać było, że dawno nikt tu nie zaglądał. Na bramie wisiały skorodowany łańcuch i kłódka w równie złym stanie. Długo nie chciała się poddać kluczowi, aż wreszcie się udało, łańcuch spadł na ziemię, brama się uchyliła. Wyjęli z bagażnika szpadel, kilof i siekierę, a następnie weszli w głąb działki. Dookoła wybujałe chwasty, panoszące się wszędzie dzikie pnącza, tu przydałaby się maczeta. Minęli drewniany domek, którego drzwi wejściowe nosiły znaki włamania, nic dziwnego, takie opuszczone miejsca kuszą włamywaczy. Przeszli do końca ogrodzenia, miejsca najbardziej oddalonego od drogi, w okolice dorodnej czereśni. Właściciel działki zatrzymał się i wbił szpadel w ziemię.
– To tu. Trzeba najpierw usunąć chwasty, wszystko na jedną kupę. Później, jak zasypiemy dół, to tym przykryjemy to miejsce. – Ręką wskazał wielką stertę chrustu.
Mężczyźni wzięli się do roboty. Spieszyli się, co chwila rozglądali się nerwowo, czy aby ktoś ich nie widzi. Kiedy uprzątnęli teren, zabrali się do kopania, a że mieli tylko jeden szpadel, to robili to na zmianę. Dół się pogłębiał, a kości Petera wciąż nie było.
– Może to nie tu? – spytał nagle Waszczak.
– Jak nie tu? Chyba wiem, gdzie go zakopaliśmy – zdenerwował się jego towarzysz. – Znam tę działkę jak własną kieszeń. Przez lata rodzice zmuszali mnie do ciągłego przyjeżdżania tu i pomocy w uprawach. Jeszcze do dziś śni mi się po nocach. To jest to miejsce! Kopiemy głębiej! Ten sukinsyn musi gdzieś tu być. Teraz zapalę i odpocznę. Kop ty! – Wcisnął Waszczakowi narzędzie w dłoń.
Po dwóch godzinach dół osiągnął już głębokość blisko dwóch metrów i wciąż tylko ziemia i ziemia. Nagle Waszczak, będąc w wykopie, schylił się i podniósł coś z jego dna.
– Mam coś. To przecież jego sygnet – wyszeptał poruszony. Pamiętał go dobrze, ze względu na jego oryginalność, ale i osobę właściciela. Był niecodzienny. Zrobiono go ze srebra, a zamiast oczka umieszczono miniaturową czaszkę. Spojrzeli po sobie. Wiedzieli już jedno: na pewno kopali w dobrym miejscu. Obaj pamiętali, że Peter nigdy się z sygnetem nie rozstawał, że zawsze miał go na palcu, wciąż się nim chwalił, że był wykonany na specjalne zamówienie. Skąd się tu wziął? Przecież zanim zakopali trupa, sprawdzili dokładnie wszystkie kieszenie jego ciuchów, na palcu też go nie miał. Musiał się gdzieś zawieruszyć w ubraniu.
– Kurwa mać, to gdzie jest ten cholerny trup? – wyszeptał sędzia.
Andrzej, wyraźnie zakłopotany, wsparł się na szpadlu i nerwowo podrapał się w głowę. Faktycznie, to było dobre pytanie.
– Cholera wie. Jakby wyparował. Też tego nie rozumiem. Nawet gdyby żył, kiedy go zakopywaliśmy, to nie miał szans wydostać się spod takiej ilości ziemi, udusiłby się.
– Ale go nie ma. Jak to wytłumaczysz? – Waszczak nie ustępował.
– Wytłumaczenie jest proste: musiał go ktoś wykopać, ale czemu to zrobił i skąd wiedział, gdzie go szukać? To jest jeszcze ciekawsze pytanie. Ziemia tu była zbita, porośnięta co najmniej kilkunastoletnią roślinnością, a więc musiało to mieć miejsce wiele lat temu, a ten typ nachodzi cię dopiero teraz. Wciąż się to wszystko kupy nie trzyma.
Sędzia wysłuchał w skupieniu wywodów kolegi, po czym spojrzał na niego z niepokojem.
– A może jednak Peter żyje? Ponoć cuda się zdarzają. Może powinniśmy powiadomić innych?
– Nie, zawsze zdążymy to zrobić, nie działajmy pochopnie. Wciąż upieram się przy swoim, on nie żyje. Tego, co mu zrobiliśmy, nikt by nie przeżył. W końcu w to uwierz. Ktoś wykopał jego ciało i je gdzieś przeniósł. Czemu to zrobił? Tego nie wiem. Jeśli miał jakiś plan w stosunku do nas, to dlaczego czekał z jego realizacją aż tyle lat?
– Może przez cały ten czas siedział w kryminale lub w szpitalu psychiatrycznym? To by wiele tłumaczyło.
– Tego nie wykluczam, ale dla nas nie byłoby to dobre. Długiego wyroku nie daje się za byle co, tak jak i nie wsadza się do psychiatryka. Może jest zabójcą, a może czubkiem, który te wszystkie lata spędził w izolatce, a więc jest równie groźny.
– No i dlaczego akurat mnie nachodzi? Byli inni, ja byłem ostatni.
– Widocznie tego jeszcze nie wie. Musimy go dorwać, zanim on dorwie któregoś z nas – tłumaczył Andrzej. – Pamiętaj, trzeba być krok przed nim.
Waszczak pokręcił głową, niezbyt przekonany do pomysłu kolegi.
– Może poczekajmy, aż się ponownie zjawi. A może tylko chce pieniędzy?
– Chcesz płacić szantażyście?! – wydarł się na niego Andrzej. – Chyba zgłupiałeś. Przecież wiesz, że oni nigdy nie mają dość. Trzeba będzie skurwysyna wyeliminować, i to na amen. Jeśli się boisz, to ja sam to załatwię. Obiecaj mi tylko, że jak się z tobą skontaktuje, to natychmiast dasz mi znać. Jeśli będzie chciał kasę, to go przeciągaj, bo muszę mieć czas na odpowiednie przygotowania. Jeśli nie chodzi o pieniądze, to chodzi o zemstę, a więc sprawa będzie prosta: my albo on. Gorąco, pić mi się chce. Chodź, po drugiej stronie działki jest studnia, zaczerpniemy z niej wody.
– Nie, dziękuję, nie jestem spragniony – skłamał Waszczak.
Andrzej spojrzał na niego badawczo.
– Myślisz, że on tam jest? No dobra, to jedźmy już, zapraszam cię na golonkę do Łącka, do Restauracji pod Kasztanami. Wierz mi, jest wspaniała, palce lizać.
Minął tydzień i nic się nie wydarzyło. Codziennie wieczorem do sędziego dzwonił Andrzej i zadawał mu to samo jedno pytanie: „Kontaktował się?”. I zawsze otrzymywał krótką odpowiedź: „Nie!”.
Minął drugi tydzień i wciąż to samo. Mężczyzna podający się za Petera jakby zapadł się pod ziemię. Minął trzeci i też cisza.
Waszczak źle sypiał, noce stały się dla niego jednym koszmarem, wciąż mu się śnił Peter. Przychodził do niego z diabolicznym uśmiechem na twarzy. Odbijało się to na jego życiu, stracił apetyt, był apatyczny, w pracy był jakby duchem nieobecny, a kiedy wracał do domu, to ryglował wszystkie zamki w drzwiach wejściowych i co chwila zza firanki obserwował ulicę.
W końcu Peter się pojawił. Sędzia natknął się na niego na ulicy Tumskiej. Tamten wziął się nie wiadomo skąd, podszedł do niego od tyłu i nachylił się mu do ucha.
– Chcieliście mnie zlikwidować, ale to ja was po kolei pozabijam – szeptał. – To będzie z zaskoczenia. Od dziś nie prześpisz żadnej nocy, nie przejdziesz spokojnie ulicą, strach będzie ci wciąż towarzyszył, będzie cię paraliżował, stanie się twoim przyjacielem. A może już tak jest, bo widzę, że się trzęsiesz? Do następnego spotkania, być może ostatniego – zakończył kpiąco. Poklepał Waszczaka po ramieniu i ulotnił się, zostawiając sędziego stojącego jak słup soli, całego zdrętwiałego z przerażenia. Kiedy Waszczak wreszcie doszedł jako tako do siebie, pobiegł do domu i od razu zadzwonił do Andrzeja.
– Widziałem się z nim – mówił drżącym, łamiącym się głosem do słuchawki. – Odgraża się, że nas pozabija! – Ostatnie słowa wykrzyczał.
– Spokojnie. Przynajmniej już znamy jego zamiary. Widziałeś go z bliska? Przypatrzyłeś się mu uważnie?
– Tak, to on. Jestem tego pewny.
– Bzdura, to musi być ktoś inny. Teraz przynajmniej wiemy, czego chce. Długo myślałem nad tym, jak do ciebie trafił. Ktoś musiał puścić farbę, innej możliwości nie widzę. Tak czy owak, w tej sprawie jest mnóstwo niejasności. Może chodzi mu o coś zupełnie innego, a przy okazji chce wyrównać stare rachunki? Myślałem o sygnecie. Dobrze go ukryłeś?
– Tak, trzymam go w domu. Jest dobrze schowany.
– To świetnie. Jak następnym razem go spotkasz, to nie panikuj, tylko spróbuj pójść za nim. Musimy wyśledzić, gdzie mieszka.
– Chyba zwariowałeś? – Sędzia się wystraszył. – Nie służę w milicji, nie mam w tym żadnego doświadczenia. Nie pójdę za nim! To czyste szaleństwo!
– Dobrze, mam inny pomysł.
– Jaki?
– Nie mogę ci jeszcze powiedzieć.
Połączenie zostało zakończone.
I znów minęło kilka dni. Waszczak żył w ciągłym napięciu, idąc ulicą wciąż się oglądał za siebie. Przestał się spotykać z przyjaciółmi, do domu nikogo nie wpuszczał, nawet listonosza. Żeby przetrwać noc, połykał mnóstwo środków uspokajających, bo inaczej nawet na chwilę nie zmrużył oka. W dzień też je zażywał, i to coraz więcej.
Tego dnia sędziemu Waszczakowi zeszło długo w pracy. Napisał kilka uzasadnień do wyroków, co było zawsze bardzo czasochłonne, a na dodatek tego nie cierpiał. Gmach sądu opuścił, jak już się ściemniało. Ruszył w stronę domu najpierw ulicą Tumską, a później skręcił w Kolegialną. Co chwila zerkał nerwowo do tyłu przez ramię. Kiedy doszedł do swojej kamienicy, z jej cienia wyskoczył jakiś zakapturzony mężczyzna. Chwycił sędziego za poły marynarki i wepchnął go na korytarz. Waszczak był tak zaskoczony, że nawet się nie bronił.
– Sukinsynu, czas się rozliczyć! – szeptał mu do ucha napastnik. – Przyszła pora na zapłatę.
– Czego chcesz? – wydukał sędzia przez gardło ściśnięte ze strachu. – Pieniędzy? Wymień kwotę.
– Myślisz, że się wykupisz? A ile możesz mi dać? Ciekawy jestem, na ile wyceniasz swoje życie.
– Nie mam dużych oszczędności. Mogę ci dać sto tysięcy złotych.
– Czyli twoje życie jest warte trochę więcej niż Mały Fiat, bo jego oficjalna cena to sześćdziesiąt dziewięć tysięcy. Nie chcę forsy, chcę ciebie.
Napastnik nagle wpadł w szał, brutalnie pchnął sędziego na ścianę, po czym zza pazuchy wyciągnął sztylet o długim wąskim ostrzu i z dziką furią zaczął go nim dźgać. Trzy pchnięcia nożem prosto w serce. Waszczak w jednej chwili oddał ostatnie tchnienie, nawet nie zdążył jęknąć. Jego ciało bezwładnie osunęło się na posadzkę. Zabójca schylił się, wytarł ostrze sztyletu o poły marynarki sędziego i przez nikogo niezauważony wymknął się na ulicę, by w chwilę później rozpłynąć się w mroku nocy.
Był wieczór, choć jeszcze widno. Gdzieś w oddali z otwartego okna słychać było charakterystyczną dynamiczną melodię, którą zawsze zaczynał się „Dziennik Telewizyjny”, a zatem było dokładnie wpół do ósmej. Opustoszałą ulicą Sienkiewicza szedł przygarbiony starszy mężczyzna, co chwila przystawał, starając się złapać oddech. W pewnym momencie zniknął w bramie numeru pięćdziesiąt trzy. Dotarł do oficyny, a potem schodami na pierwsze piętro. Zatrzymał się przed odrapanymi brązowymi drzwiami ze skorodowaną tabliczką „M. Tomczak”, włożył klucz do zamka i go przekręcił. Zaskrzypiały otwierane drzwi. Mężczyzna wszedł do środka.
Zapalił światło w przedpokoju, zzuł buty i włożył kapcie, skórzane, góralskie, pamiątkę po ostatniej zakładowej wycieczce do Zakopanego. Wtedy wszyscy funkcjonariusze kupili sobie takie same. Baca nimi handlujący był w siódmym niebie, bo trafić na takich klientów to rzadkość. Nawet spuścił im cenę, ale nie za dużo.
Mężczyzna, szurając stopami, poszedł do kuchni wstawić czajnik na gaz.
W chwilę potem ze szklanką gorącej herbaty w dłoni udał się do pokoju, po czym usiadł przy stole. Chwycił szarą tekturową teczkę leżącą przed nim i ją otworzył. Z etui wyjął okulary, ze szkłami umieszczonymi w grubych oprawkach z masy perłowej. Były staromodne, ale on je lubił, bo był tradycjonalistą. Założył je na nos i skupił się na lekturze dokumentów, które wcześniej wyjął z szarej teczki. Po dłuższej chwili odłożył je i sięgnął po papierosy, Na biało-czerwonej paczce widniała ich nazwa – „Radomskie”. Od wielu lat je palił, choć ostatnio się ograniczał, bo przyplątał mu się okropny kaszel. Jego szef, pułkownik Skibiński, już od miesiąca wysyłał go do lekarza i chyba w końcu powinien się do niego udać, bo jeszcze mu się gruźlica przyplącze. Wiedział, jaki potem z tym problem, bo na gruźlicę chorował kapral Kielecki, który wciąż był na zwolnieniach lekarskich albo w sanatoriach. On nie mógł sobie na to pozwolić po prawie rocznej absencji w pracy, a tym bardziej teraz, kiedy dyskretnie prowadził tak trudne śledztwo. To była sprawa oficjalnie zamknięta, ale Tomczakowi wydawało się, że porucznik Mariański odwalił tu niezłą fuszerkę.
Zadzwonił telefon. Mężczyzna nie miał ochoty go odbierać, ale w końcu wstał od stołu i podszedł do ściany, bo tam wisiał aparat. Podniósł słuchawkę.
– Słucham?
– Porucznik Tomczak? – Usłyszał chropowaty głos po drugiej stronie.
– Tak, a kto mówi?
– Jan Kiciński, szatniarz z Nowoczesnej. Mam informacje, które pana zainteresują.
– Skąd ma pan mój numer telefonu, panie Kiciński, i o jakich informacjach pan mówi? – warknął porucznik, wyraźnie niezadowolony, że ktoś nieznajomy poznał jego zastrzeżony numer.
– Numer do pana dał mi mecenas Welik. Wiem sporo o zabójstwie sędziego Waszczaka i poszedłem z tym do niego, a on kazał mi z panem rozmawiać, bo on jest adwokatem, a nie milicjantem.
– To co pan wie? – spytał oschle Tomczak.
– Tak przez telefon? Wolałbym się z panem spotkać, tak będzie bezpieczniej, bo powiadają, że rozmowy są podsłuchiwane.
Milicjant spojrzał na zegarek.
– To może jutro?
– Wolę dziś. Może spotkajmy się na Tumach? Na przykład gdzieś koło katedry? Nie chcę świadków.
– Dobrze, będę tam za godzinę. Tylko proszę przyjść, żebym się na próżno nie fatygował.
– Zależy mi, żeby to z siebie wyrzucić, a nie chcę kłopotów. Przecież zabójca sędziego wciąż jest na wolnoś…
– A więc za godzinę – wszedł mu w słowo Tomczak, po czym odwiesił słuchawkę na widełki, tym samym kończąc rozmowę. Spojrzał na szklankę.
– Chociaż dopiję herbatę – mruknął, na powrót siadając przy stole.
Pół godziny później podszedł do kuchni gazowej, schylił się i otworzył piecyk. Tu zawsze chował broń służbową. Może to nie było najlepsze miejsce na przechowywanie tetetki, ale na pewno oryginalne. Wcisnął ją za pasek spodni, zarzucił płaszcz na ramiona i wyszedł z mieszkania.
Szedł zupełnie pustą ulicą. Gdzieś w oddali w podwórkach słychać było miauczenie kotów, kilka razy szczury z głośnym piskiem przemknęły mu między nogami. Wiedział dobrze, że ta pustka jest bardzo złudna, bo w bramach czają się najróżniejsze męty społeczne, że w okolicznych melinach tętni życie, że na klatkach schodowych prostytuuje się tak zwany element. Zwykły obywatel, przemieszczając się po mieście, powinien być bardzo uważny, ale jemu nic nie groziło, bo on znał tu wszystkich i wszyscy znali jego. Skręcił w Tumską, z mijanego Marabuta dolatywała głośna muzyka. Tu też nieraz zaglądał, kilka razy nakrył na gorącym uczynku cwaniaczków handlujących narkotykami, ale na szczęście to były odosobnione przypadki. Płocka młodzież piła, łajdaczyła się, ale ćpała jedynie sporadycznie.
Z kina Przedwiośnie wysypał się tłum ludzi, wychodzili z ostatniego seansu. On do kina nie chodził, nie miał na to czasu, tak absorbowała go praca.
W chwilę potem był przy Pałacu Biskupim, a stąd już widać było Tumy. Jeszcze dwieście metrów i był na miejscu spotkania. Rozejrzał się, ale nikogo nie zauważył. Popatrzył na zegarek. Przyszedł pięć minut za wcześnie, a więc musiał uzbroić się w cierpliwość. Usiadł na pobliskiej ławce. Z niej miał świetny widok na katedrę i okoliczne ścieżki. W końcu go zobaczył. Niski korpulentny mężczyzna, kulejący na lewą nogę szedł w jego kierunku. Tak, to na pewno był on. Pamiętał go dobrze, choć tylko kilka razy był w Nowoczesnej. Tamten też go zobaczył, zwolnił. No tak, nic dziwnego, przecież nie wiedział, czy to on, czy może na przykład zabójca sędziego. Wreszcie z wyraźnym wahaniem podszedł do ławki. Teraz chyba i on sobie go przypomniał.
– Pan porucznik? Mam rację? – spytał, patrząc na milicjanta płochliwym wzrokiem.
– Zgadza się. Co pan ma mi do powiedzenia? Proszę się tylko streszczać, bo już późno, a rano muszę wstać.
– Znałem sędziego Waszczaka, często bywał u nas na kawie. Zawsze zamawiał czarną kawę i torcik czekoladowy. Siadał przy witrynie i obserwował ludzi na ulicy. Nieraz ze mną porozmawiał. Wie pan, klienci często zwierzają się szatniarzom. On…
– I z czego się panu zwierzył? – wtrącił Tomczak.
– To nie tak. Kiedyś spotkał się tam z tym dziennikarzem… uciekło mi jego nazwisko. Taki kudłaty, wysoki, baby na niego lecą. Ma taki zachodni samochód, taki bez dachu.
– Mariusz Powiatowy? Jego ma pan na myśli?
– O tak. Widzę, że pan go zna.
– Owszem, ale wróćmy do tematu.
– Rozmawiali głośno. Pan sędzia był bardzo zdenerwowany. Opowiadał o jakimś facecie, co zaginął wiele lat temu. Radził się tego dziennikarza.
Tomczak rzucił mu niedowierzające spojrzenie. Znał dobrze Waszczaka i nie pasowało mu to, że zwierzał się akurat największemu w Płocku skandaliście.
– Kochany, ty mi tu takiego kitu nie wciskaj.
– Słowo daję. Oni się bardzo dobrze znali. Byli po imieniu.
– Dobra. Załóżmy, że to prawda. O czym rozmawiali, że tak to pana wystraszyło?
– Sędzia coś wspominał o czasach wojny. Chyba był w partyzantce i ten, co zaginął, też. Tak to zrozumiałem, ale nie jestem pewny. Tamten się teraz odnalazł i chciał od niego sporo pieniędzy. Chyba go szantażował.
– Nie słyszał pan, o co konkretnie chodziło? Czemu miałby go szantażować?
– Nie słyszałem, ale może pan spytać tego dziennikarza. On pewnie wie. Przecież rozmawiali.
– Może wie, a może nie. Jakoś ta historia do mnie nie przemawia. Co jeszcze pan usłyszał?
– Coś mówili o mecenasie Lewandowskim. Ten Powiatowy wspominał o mecenasie Lewandowskim. Żalił się sędziemu, że tamten go prześladuje, i prosił, żeby to jakoś załatwił.
Porucznik zerknął na zegarek. Już wiedział, że to spotkanie to strata czasu. Mecenas Lewandowski jako prześladowca dziennikarza słynącego z niewyparzonej gęby. To przecież normalne. Powiatowy od zawsze miał prawie z każdym na pieńku.
– Tylko tyle czy coś jeszcze? – spytał znudzonym głosem.
– Ten Powiatowy obiecał pomóc sędziemu, jak tamten usadzi tego adwokata.
– Ale coś więcej?
– Wspominał o jakimś Rokietnickim.
Milicjant nagle zastrzygł uszami. Rokietnicki to był znany w Płocku bandzior. Podejrzewano go o wiele zbrodni, ale do dziś nic mu nie udowodniono. Był bardzo sprytny i wciąż unikał odpowiedzialności karnej. Tomczak od dawna podejrzewał, że ma kogoś zaufanego w komendzie. Kiedyś na odprawie podzielił się swoimi podejrzeniami ze zwierzchnikiem, ale został wyśmiany. Jedynie porucznik Mariański wykazał spore zainteresowanie, można by powiedzieć, że zaniepokojenie. Gdyby nie to, że Mariański był funkcjonariuszem tępym jak stara siekiera, to można by pomyśleć, że to on jest tym kretem.
– No i co z tym Rokietnickim?
– Podobno są kuzynami.
– Powiatowy i ten bandzior są rodziną? – zdumiał się Tomczak. Widział kartoteki tego oprycha i nic w nich o tym nie było.
– I to bliską. Musi pan pogadać z tym dziennikarzem.
– Nie omieszkam. Co więcej pan usłyszał?
– Coś mówili o cegielni w Górach. O ile dobrze zrozumiałem, to kogoś ten Rokietnicki miał wrzucić do pieca do wypalania cegieł. Nie wiem, czy to na poważnie, czy nie, bo ten dziennikarz roześmiał się na całą kawiarnię.
– Co jeszcze pan usłyszał, panie Kiciński? Proszę powiedzieć wszystko, nieraz drobny szczegół może być bardzo ważny.
Szatniarz z zakłopotaniem podrapał się w głowę.
– Chyba już wszystko. Jak usłyszałem o tym piecu, to się okropnie przeraziłem i od razu pobiegłem do mecenasa Welika. Jego syn chodzi do jednej klasy z moją córką i on mi dał pana numer telefonu.
– Ale mówił pan przez telefon, że wie sporo o zabójstwie sędziego, a dotąd nic o tym nie usłyszałem. No więc? Może o tym porozmawiajmy?
Szatniarz wyraźnie coś jeszcze wiedział, ale chyba śmiertelnie przestraszył się tej wiedzy.
– No bo po kilku dniach ten dziennikarz spotkał się z jakimś mężczyzną. Chwilę pogadali, wypili po secie i wyszli.
– Tylko tyle? Nie wie pan, o czym gadali? – Tomczak zaczął go cisnąć.
– Coś słyszałem, ale nie jestem pewny, czy dobrze. Ten nieznajomy twierdził, że wszystko załatwił i już jest po kłopocie, i chciał od dziennikarza sporo pieniędzy. Dał mu termin kilka dni, bo jak nie, to i jego załatwi.
– Czy podczas tej rozmowy padło nazwisko sędziego?
– No nie, ale to było zaraz po zabójstwie, więc skojarzyłem, że to o niego chodzi.
– Zaraz, zaraz, ale to nie sędzia miał ewentualnie zginąć, tylko ktoś inny?
– Też tak myślałem. Panie poruczniku, powiedziałem panu wszystko, co wiedziałem. Ja już sobie pójdę.
– Jeśli pan sobie jeszcze coś przypomni, to proszę dzwonić. Jeszcze jedno, musimy ustalić, kim był mężczyzna, z którym rozmawiał dziennikarz.
– No chyba ten Rokietnicki.
– Nie jestem tego pewny, skoro jest bliskim kuzynem Powiatowego. Przyjdę do Nowoczesnej z jego zdjęciem. Chcę, żeby pan potwierdził jego tożsamość.
– Dobrze, ale proszę tak dyskretnie, bo nie chcę, żeby ktoś widział, że z milicją gadam. Od razu są pytania, a nie wiem, co mam im mówić.
Tomczak wrócił do domu. W pierwszym odruchu chciał sobie zaparzyć herbatę, ale jak spojrzał na zegar wiszący w kuchni na ścianie, poniechał tego pomysłu, było już za późno. Z szafki wyjął butelkę Wódki Wyborowej i nalał sobie do połowy musztardówki. Wypił jednym haustem, nawet się nie skrzywił. Opowieść szatniarza dawała mu trochę do myślenia. Informacja, że sędzia Waszczak zwierzał się dziennikarzowi, była absurdalna, ale musiał ją sprawdzić. Przesłucha tego dziennikarza, a potem pogada z mecenasem Lewandowskim. Zobaczy, co obydwaj powiedzą, czy choć część tych informacji się potwierdzi. Mógł jeszcze przesłuchać Rokietnickiego, ale wiedział, że tamten nic nie zezna. Może gdyby miał coś na niego, ale przecież jedyne, co ma, to poplątane zeznania szatniarza z Nowoczesnej. Czas się położyć, a już z samego rana weźmie w obroty tego dziennikarzynę.
Tomczaka zbudziła dzika awantura za ścianą. To było nagminne, od kiedy sąsiad wrócił z więzienia. Miał obsesję na punkcie żony, uważał, że się puszcza, kiedy on siedzi w kryminale. Jak było naprawdę, to porucznika nie obchodziło, choć chyba sąsiadka święta nie była. Tym razem nie zamierzał interweniować, to nie jego działka. Jedyne, co uczynił, to zadzwonił na komendę, żeby przyjechał patrol i coś z tym raptusem zrobił. Potem udał się do kuchni i wbił cztery jajka na patelnię. Nie cierpiał gotować, ale od śmierci Eli, swojej konkubiny, stanął przed alternatywą: albo się tego nauczy, albo skończy w barze mlecznym na rogu Tumskiej i Kwiatka. Zdecydował się na pierwsze rozwiązanie. Spróbuje. Jeśli temu nie podoła, to będzie musiał pokochać żarcie knajpiane.
Było południe, kiedy Tomczak spotkał się z Powiatowym w kawiarni Zamkowej. Rano dziennikarz był nieuchwytny, ponoć zabawił u jakiejś rozwódki, tak w każdym razie szepnął porucznikowi do ucha kolega tamtego z redakcji. Oczywiście spóźnił się. Nigdy wcześniej się nie spotkali, ale Tomczak od razu go rozpoznał. Ubrany w ciuchy z Pewexu, Levisy, kolorowy T-shirt z nadrukiem podobizny Hendrixa, buty Adidasa. Perfumy, których używał, też były dolarowe, bo żadne krajowe tak wystrzałowo nie pachniały. Powiatowy spojrzał na porucznika, na jego wymięty garnitur, na brudne czarne lakierki.
– A mówią, że dobrze zarabiacie – rzekł kpiąco.
Tomczak nie dał się sprowokować. Z kieszeni marynarki wyjął notatnik i długopis.
– Mam do obywatela kilka pytań – zaczął bardzo służbowo. – Czy obywatel jest spokrewniony z niejakim Rokietnickim?
– Ze Staszkiem? Owszem, to jest brat mojej matki, a właściwie brat przyrodni. Jeśli szuka pan kontaktu do niego, to od razu mówię, że nie wiem, gdzie mieszka. Myślę jednak, że Milicja Obywatelska nie będzie mieć problemu z ustaleniem jego miejsca pobytu, bo przecież wszystkich szpiegujecie i podsłuchujecie. – Zarechotał. Wyraźnie bawiło go to spotkanie.
– Nie szukam kontaktu do niego. Chcę tylko wiedzieć, kiedy obywatel się ostatnio widział z wujem?
– A co to ma do rzeczy? – obruszył się dziennikarz.
– Chcę ustalić, czy to było przed zabiciem sędziego Waszczaka? – spytał Tomczak, bacznie przyglądając się swojemu rozmówcy.
Dziennikarz zbladł, a więc być może coś tu było na rzeczy. Jego świetny nastrój momentalnie gdzieś prysł.
– Co proszę? – wydukał wreszcie z trudem.
– Obywatel nie usłyszał tego, co powiedziałem? Mam powtórzyć?
– Nie trzeba. To jakiś absurd! Ja miałbym mieć z tym coś wspólnego? A w ogóle to nie znałem sędziego osobiście. Co to za insynuacje? Ja sobie to wypraszam! – Na koniec podniósł głos.
– Ja nic nie insynuuję, ja tylko zadaję pytania. Problem jest w tym, że ktoś był świadkiem pewnej bardzo ciekawej rozmowy i stąd moje zainteresowanie, obywatelu Powiatowy. Mało tego, wiem, że znaliście sędziego, że byliście na ty, i mogę to udowodnić. Źle to wszystko się prezentuje i jedynie współpraca ze mną może obywatela uratować. Radziłbym to sobie dobrze przemyśleć.
– Nie mam co przemyśleć. Już mówiłem: nie znałem sędziego! – Powiatowy szedł w zaparte. – Z Jankiem Rokietnickim kilka razy się spotkałem, ale to chyba nie przestępstwo?
– To zależy. Jeśli służy ono do nakłaniania do popełnienia zabójstwa, paragraf sto czterdzieści osiem, to już tak.
– Nikogo do niczego nie namawiałem, ile razy mam to powtarzać?
– Sprawa wygląda grubo –wypalił prosto z mostu Tomczak. – Wiemy od świadka, że obywatel wynajął swojego wuja, aby ten zlikwidował sędziego.
– Jeszcze raz powiadam, że to jakiś absurd! Ja miałbym wynająć kogoś do zabicia człowieka, którego nawet osobiście nie znałem? Ja sobie to wypraszam. Opiszę w gazecie, jak działa Milicja Obywatelska.
– Obywatelu Powiatowy, radziłbym to sobie przemyśleć, bo jedynie współpraca ze mną może obywatelowi uratować dupę.
– Nie mam co przemyśleć! Już mówiłem: nie znałem sędziego! – Dziennikarz dalej szedł w zaparte, niczym zdarta płyta.
– Czy obywatel zna mecenasa Lewandowskiego?
– Owszem, tego znam, nie ukrywam, że go nie lubię, ale za to ma fajną córkę. Ognista babka, nie da sobie w kaszę dmuchać. Ona jedna dała mi kosza, ale to było dawno, kiedy była studentką. Teraz to chyba już skończyła prawo albo kończy i pewnie wróci do Płocka. Może zrobię drugie podejście. – Puścił oko do Tomczaka. Widać było, że zmiana tematu wyraźnie go ucieszyła.
– Załóżmy, że wam uwierzyłem, że nie znaliście Waszczaka, ale co obywatel słyszał o przeszłości sędziego? Obywatel jest dziennikarzem, to pewnie zaraz po jego śmierci tu i ówdzie o niego popytał?
– No niezupełnie. Kiedy do tego doszło, to byłem w Kołobrzegu na wakacjach, a jak wróciłem, to kazano mi napisać artykuł o Fabryce Maszyn Żniwnych, bo akurat mieli jubileusz. Wywiady z dyrektorami, o historii zakładu, o kolektywie zakładowym i takie tam głupoty. Wiem, że o sprawie zabójstwa pisał Mańkowski. Chce pan wiedzieć coś więcej, to niech jego zapyta. Proszę jednak za dużo się nie spodziewać, bo Zdzisiek jest cholernie leniwy. Gdyby nie to, że jego kuzyn pracuje w komitecie, to naczelny już by go wyjebał na pysk. Ja nie mam takich znajomości i przez to muszę ciężko pracować, a bywa, że nieraz i za niego.
– Cześć, słodki! – To dziewczyna, która akurat przechodziła koło stolika. Uśmiechała się zalotnie do Powiatowego. – Kiedy znów do mnie wpadniesz?
– Dziś wieczorem, chyba że ten milicjant zamknie mnie w kryminale – odparł, spoglądając kpiąco na Tomczaka.
Dziewczyna dosiadła się do dwóch innych koleżanek. Chwilę szeptały, zerkając na Powiatowego, po czym nagle wybuchły śmiechem.
Porucznik zamknął notes i schował go do kieszeni marynarki. Wiedział, że dalsza rozmowa nie ma sensu. Musi, i to pilnie, przesłuchać Rokietnickiego, a potem tego drugiego dziennikarza, Mańkowskiego. Musi też spotkać się z mecenasem Lewandowskim, ale po tej rozmowie niczego się nie spodziewał, bo trudno się z nim rozmawiało. Adwokat od zawsze dosłownie ział nienawiścią do władzy i wszystkich, co dla niej pracowali.
Porucznik szybko ustalił miejsce zamieszkania Rokietnickiego. Udał się na Kwiatka, do przechodniaka nazywanego przez okolicznych mieszkańców żelazną bramą. Oprych mieszkał w kamienicy w podwórzu. Nie zastał go, więc poszedł do biurowca Petrochemii. Tam mieściła się redakcja „Tygodnika Płockiego”. Miał szczęście, bo Mańkowskiego zastał. Siedział skupiony nad maszyną do pisania i stukał coś na jej klawiszach. Przestał, jak zobaczył mężczyznę stojącego przy jego biurku.
Spojrzał na niego pytająco.
– O co chodzi?
– Porucznik Tomczak, wydział kryminalny, mamy do was, obywatelu, kilka pytań.
– Ale o co chodzi? – powtórzył. – Mam pilny artykuł do napisania.
– Artykuł poczeka. Chodzi o zabójstwo sędziego Waszczaka. Wiemy, że pisaliście o tej sprawie, że chodziliście po sąsiadach ofiary. Potrzebujemy wszelkich informacji, nawet o jego przeszłości.
Dziennikarz, słysząc to, zdziwił się niezmiernie.
– Ale o ile wiem, to śledztwo zostało zamknięte. Złapano mordercę, a on się przyznał.
– Owszem, ale gdyby was przesłuchiwał porucznik Mariański, to też byście się przyznali. Chyba słyszeliście o jego metodach?
– Co nieco obiło mi się o uszy, ale nie wiem, ile jest w tym prawdy.
– Wszystko jest prawdą, uwierzcie mi. Wypłynęły nowe okoliczności i chcemy się temu ponownie przyjrzeć. Mówcie, co wiecie.
– Dziwi mnie, że pan o to pyta. Przecież to płocka milicja prowadziła śledztwo.
– Byłem na długim zwolnieniu lekarskim, bo wcześniej miałem zawał serca i dlatego nie jestem na bieżąco. Teraz przyglądam się tej sprawie, że tak powiem, po części prywatnie.
– To, że Waszczaka zasztyletowano, jak wchodził do swojej kamienicy, to pan porucznik zapewne wie. Zabójca czekał na niego w korytarzu. Klatka schodowa była nieoświetlona, więc go łatwo zaskoczył. Zadał mu trzy ciosy prosto w serce. To były bardzo precyzyjne pchnięcia. Ten, który się przyznał do zbrodni, na wizji lokalnej nie potrafił fachowo wbić sztyletu. To był zwykły prymitywny rzezimieszek. Jako motyw zabójstwa podał rabunek, a przy zwłokach znaleziono portfel ofiary, a w nim sporą ilość gotówki. O ile wiem, to narzędzia zbrodni nie znaleziono do dziś.
– Wiem o tym wszystkim i też, tak jak obywatel, byłem zdziwiony. A jeśli chodzi o Waszczaka, to czy coś wiadomo o jego przeszłości? Na mieście krążą plotki, że jako młody sędzia naraził się komuś, i to bardzo, że jego zabójstwo to zwykła zemsta – drążył temat Tomczak.
– Też to słyszałem, ale ile jest w tym prawdy? Pamięta pan sprawę doktor Kamińskiej i Bielaja? Też wokół niej krążyło mnóstwo plotek, a niektóre z nich były wręcz absurdalne.
– A jakie plotki obywatel dziennikarz słyszał? Chciałbym je poznać. – Tomczak wbił natrętne, wyczekujące spojrzenie w Mańkowskiego.
– Mówią, że sędzia w latach pięćdziesiątych skazał na śmierć brata pierwszego sekretarza partii. Usłyszałem też, że tuż po wojnie, zanim został sędzią, był członkiem jakieś bandy włamującej się do domów i rabującej kosztowności i dzieła sztuki. Później ponoć je upłynniali przez pasera Janka Wesołowskiego. Wie pan, o kim mówię?
– Wiem, miesiąc temu Wesołowski miał udar i jest warzywem, czyli niczego się od niego nie dowiemy. Co jeszcze?
– Powiadają, że sędzia przyprawił rogi szefowi Prokuratury Okręgowej. Nie wiem, ile w tym jest prawdy, ale wiem, że się nienawidzili.
– Co jeszcze?
– Ktoś mi kiedyś szepnął, że sędzia w czasie wojny i tuż po niej kręcił jakieś lody z jednym z milicjantów, ale nie wiem z którym.
– To wszystko?
– Tak. Chyba jest tego sporo?
– Ale może któraś z tych plotek nie jest zwykłą plotką. Być może motyw zbrodni był zupełnie inny. Słyszałem, że Waszczak miał sporą kolekcję numizmatów, i to unikatowych.
– Zgadza się, i to największą na Mazowszu. Wiem, że przyjeżdżali do niego kolekcjonerzy z całej Polski, i wiem też, że nic z kolekcji nie zginęło. Tak w każdym razie stwierdziła wdowa po nim.
– Nie można wykluczyć, że nie wiedziała o wszystkich cennych eksponatach.
– Owszem, ale to jest mało prawdopodobne, bo ponoć obydwoje się tym zajmowali.
Porucznik zamknął notatnik. Nie spodziewał się, że tak dużo się dowie. On nie znał tych plotek, a wszystko przez tę przeklętą chorobę, która na rok wyłączyła go z normalnego życia.
– Chyba Powiatowy was nie lubi? – spytał, uśmiechając się szeroko. – Mówił mi, że niczego od was nie wyciągnę, a tak naprawdę dzięki waszym zeznaniom mam o czym myśleć.
– Panie poruczniku, ten bawidamek i narcyz o każdym tak gada. Kreuje się wszędzie na gwiazdę dziennikarstwa i na to zarywa babki. Trzeba powiedzieć, że jest w tym cholernie skuteczny, ale to wszystko. Z niego taki dziennikarz jak z koziej dupy bęben.
– To fakt, jest specyficzny – odparł porucznik.
Tomczak opuścił redakcję i wrócił do domu. Już idąc po schodach, okropnie się zasapał. Czuł, że serce o mało mu nie wyskoczy z piersi, a chwilami ściska go za mostkiem, gdyby miał wejść o piętro wyżej, to pewnie dostałby następnego zawału, być może tym razem już ostatniego. Otworzył zamek z klucza, następnie drzwi i wszedł do mieszkania. Poszedł do łazienki, stanął przed sedesem i poniósł klapę. Stał tak chyba z trzy minuty i nic. Wyraźnie zdenerwowany, zerknął w dół.
– No stary, dawaj. Nie każ mi tyle czekać, bo chwycę tetetkę i cię zastrzelę.
Wreszcie coś ruszyło. Wąski strumyczek moczu pomknął do muszli klozetowej.
– Uff! – Tomczak odetchnął z ulgą, zapiął rozporek i poszedł do pokoju. Nie zdążył usiąść na kanapie, kiedy zadzwonił telefon.
– Towarzyszu poruczniku, mamy dla was świetną wiadomość. – Usłyszał głos pułkownika.
To zawsze źle wróżyło. Co tym razem los mu przyniesie?
– Przyznano wam rentę, idziecie do cywila. Gratulujemy wam!
W Tomczaka jakby piorun strzelił. Tego się nie spodziewał. Służba w milicji to było jego całe życie. Wszystko jej poświęcił, w tym żonę i dzieci. Przecież nie zabiegał o rentę, nie składał żadnych papierów. Mało tego, lekarz wystawił mu zaświadczenie, że może pracować.
– Towarzyszu pułkowniku, ale ja nie prosiłem o rentę, ja się świetnie czuję.
– Dobra, dobra, widzieliśmy wczoraj na komendzie, jak się zasapaliście, idąc schodami. Wyobrażacie sobie w takim stanie łapanie zbirów? Byle łajza może wam zrobić krzywdę. Ta renta to z troski o wasze życie.
– Ale ja nie chcę na nią iść. A co ja będę teraz robić? Chyba sobie strzelę w łeb.
– Oj tam, nie przesadzajcie, będziecie chodzić na spacery, możecie mieć jakieś hobby. Wiecie co? Kupcie sobie akwarium i rybki. Opieka nad nimi to jest czasochłonne zajęcie.
– Mam całe dnie ślęczeć przy akwarium i gapić się na nie? – wydukał Tomczak, z trudem trzymając nerwy na wodzy. Wiedział, że jak go teraz poniosą, to już nie będzie odwrotu, a tak jeszcze liczył na zmianę decyzji przez szefa.
– A dlaczego nie? Kapitan Jankowski bodajże rok temu poszedł na emeryturę i wiem, że wziął się do hodowania rybek.
– Tak, ale od miesiąca siedzi u czubków w Gostyninie i niczym karp cały czas prycha ustami. Twierdzi, że jest rybą.
– Pierwsze słyszę! Skąd o tym wiecie?
– Bo go tam odwiedziłem. Po kwadransie moich odwiedzin rzucił się na mnie, bo myślał, że jestem dżdżownicą. Towarzysz pułkownik chce, żebym skończył tak samo jak on? Mają mnie zamknąć u czubków?
– Ależ nie, to może hodujcie króliki albo inne zwierzaki. Mój syn ma chomiki.
– I co ja mam z nimi robić? To przecież stwory obrzydliwe jak szczury, tylko nie mają ogonów.
– Kurwa mać. – Pułkownik się w końcu zdenerwował. Chyba nie spodziewał się z jego strony takiego oporu. – Hodujcie, co chcecie, w sumie gówno mnie to obchodzi. Decyzji o waszym odejściu ze służby nie zmienię. Teraz wysyłam was na urlop, macie jeszcze trzy dni, a potem zrobimy wam uroczystość, będą kwiaty, może odznaczenie, no i do cywila, towarzyszu poruczniku!
– A kto przyjdzie na moje miejsce? – przez zaciśnięte zęby z trudem wycedził Tomczak.
– Jak to kto? Awansujemy porucznika Mariańskiego.
– Tego debila? Nie wierzę! Chyba nie ma głupszego w całej komendzie.
– On wcale nie jest tak głupi, jak wam się wydaje, a prócz tego ma mocne plecy w komendzie głównej, a powiadają, że jeszcze wyżej.
– No tak, to się dziś najbardziej liczy. Całe życie poświęciłem tej robocie, przez nią żona ode mnie odeszła, dzieci nie widziałem od kilkunastu lat, bo wyniosły się do Gniezna, a wy mnie tak zwyczajnie wypierdalacie na rentę.
– Gdybyście byli zdrowi, to nie byłoby tej rozmowy.
– Gdyby nie ta robota, to byłbym zdrowy, to ona zabrała mi zdrowie.
– Nic wam na to nie poradzę. W poniedziałek o jedenastej stawcie się na pożegnanie, tylko włóżcie mundur galowy, pamiętajcie o tym. I jeszcze jedno: nie zapomnijcie wcześniej zdać broni służbowej i legitymacji.
W słuchawce zapanowała cisza, pułkownik zakończył połączenie.
– Kurwa mać, niechby tego chuja szlag trafił! – ryknął Tomczak, po czym z impetem odwiesił słuchawkę. Poszedł do kuchni i wyjął z lodówki Wyborową. Sięgnął do szafki po musztardówkę i nalał do pełna. Wypił do dna, nawet się nie skrzywił, to przez lata praktyki. W komendzie wszyscy pili, tyle że jedni mniej, a inni więcej. On należał do tej drugiej grupy, ale ostatnio ze względu na stan zdrowia ograniczył alkohol, a że okazje się zdarzały często, to okropnie cierpiał, wciąż odmawiając. Postawił butelkę na stole. Z piekarnika wyjął pistolet i położył go obok niej. Usiadł i znów sobie nalał, wypił i energicznym ruchem ręki odstawił szklankę. Chwycił pistolet, przeładował go, powoli go podniósł, wylot lufy przyłożył do skroni. Poczuł zimno stali. Palec wskazujący oparł na cynglu. Wystarczyło teraz jedynie mocno go dociągnąć i wszystkie problemy natychmiast by zniknęły. Zadzwonił telefon. Porucznik odłożył powoli broń i podniósł się z krzesła. Jeszcze się łudził, że dzwoni pułkownik, że sobie wszystko przemyślał, że zmienił swoją decyzję. Tak to na pewno on, no bo kto inny by dzwonił? Nie miał przyjaciół, znajomych, nieraz zastanawiał się, po co w ogóle mu telefon. Chyba ze zwykłej próżności, bo dla większości Płocczan mieć telefon to było zupełnie nierealne marzenie. Podszedł do aparatu, który wciąż dzwonił, i z wahaniem podniósł słuchawkę z widełek. Przytknął ją do ucha.
– Słucham?
– Cześć, tato – rzuciła jakaś kobieta.
– Kto mówi?
– Nie poznajesz? Krysia.
Z wrażenia nogi mu się ugięły. Głosu córki nie słyszał od kilku lat. Sporadycznie dzwonił do domu żony, ale po jego pierwszych słowach natychmiast odkładano słuchawkę. Żona izolowała go od dzieci i miała rację, bo cała ta sytuacja to była wyłącznie jego wina. To on wszystko spaprał, nigdy go nie było, a jak przychodził, to był pijany albo śmiertelnie zmęczony. Co i raz wszczynał karczemne awantury, aż żona w końcu powiedziała: „dość”, spakowała siebie i dziewczynki, po czym wyjechała z nimi do swoich rodziców do Gniezna.
– Jesteś tam?
– Tak. Co u ciebie? – wydusił z wyraźnym trudem.
– Wszystko w porządku. Właśnie skończyłam studia i chciałam cię o tym poinformować. W końcu pomagałeś mi utrzymać się w Poznaniu. Wiem, że przez te lata płaciłeś za moją stancję.
– Nie dziękuj, to był mój obowiązek. I co planujesz po studiach? Wracasz do Gniezna?
– Zostaję w Poznaniu. Poznałam wspaniałego chłopaka i chcemy się pobrać. Dzwonię, żeby cię spytać, czy przyjedziesz na ślub?
– A co na to twoja mama? Czy wie, że do mnie dzwonisz?
– Nie wie, ale spokojnie, grunt jest już urobiony. Długo rozmawiałyśmy na ten temat i nie ma nic przeciwko twojej obecności, jeśli coś obiecasz.
– Nie rozumiem. Co mam ci obiecać?
Z drugiej strony zaległa cisza.
Teraz domyślił się, o co chodzi.
– Od dawna nie piję. – Spojrzał na butelkę i musztardówkę. – Miałem zawał serca, nie mogę pić, bo to dla mnie jak wyrok.
– O kurczę blade, nic nie wiedziałam. A jak się teraz czujesz?
– Dobrze, a nawet bardzo dobrze – odparł rześkim głosem. – A jak Marysia? Wszystko u niej w porządku?
– Tak, kończy liceum i wybiera się na weterynarię.
– Zawsze lubiła zwierzęta. Ona też ma chłopaka?
– Chyba nie. W każdym razie nic o tym nie wiem.
– Pewnie się bardzo zmieniłyście. Tyle lat was nie widziałem. Prosiłem mamę, żeby przysłała mi wasze zdjęcia, ale nie odpowiadała na moje listy. A co u niej?
– Wszystko gra, jest na emeryturze i teraz udziela się społecznie.
– Cała ona, zawsze to lubiła. Oczywiście, że przyjadę na twój ślub. Jest mi bardzo miło, że o mnie pomyślałaś i mnie zaprosiłaś.
– No to świetnie. Teraz muszę już kończyć. Ściskam cię i dbaj o serce.
– Ja też ciebie ściskam. Powiedz Marysi, że stale myślę o was.
Rozmowa się zakończyła. Tomczak podszedł do stołu, wziął z niego Wyborową i udał się do kuchni. Odkręcił zakrętkę i wylał resztę wódki do zlewu. To samo uczynił z drugą butelką, którą chwilę wcześniej wyjął z lodówki. Wrócił do pokoju, zabezpieczył pistolet i na powrót schował go do piecyka. Jeden telefon, a jego życie uległo diametralnej zmianie. Zawsze zdąży sobie strzelić w łeb i to wszystko zakończyć, bo ma w pawlaczu ukryte parabellum, tak na wszelki wypadek. Teraz nie może tego zrobić, choćby ze względu na córkę. Jego śmierć mogłaby pokrzyżować jej plany, a tego nie chciał, bo i tak dużo przez niego wycierpiała.
Rano jeszcze przed śniadaniem poszedł do Rokietnickiego. Miał nadzieję go zastać tak wcześnie i to okazało się strzałem w dziesiątkę. Otworzyła mu tamtego matka. Podobnie jak synek była notowana. Od wielu lat trudniła się nielegalnym handlem alkoholem, miała tak zwaną metę.
– Czego milicja znów chce od nas? – warknęła, mierząc go nieprzyjaznym wzrokiem.
– Tym razem nie od was, tylko od waszego synalka. Zawołajcie go!
– Staszek, milicja do ciebie! – krzyknęła w głąb mieszkania. W chwilę potem zjawił się wygolony na łyso drab, wielki jak szafa trzydrzwiowa, w kraciastych spodniach od piżamy i ażurowym podkoszulku bez rękawów. Jego ręce i ramiona pokrywały więzienne tatuaże.
W ustach trzymał zapalonego papierosa.
– O co chodzi? – wycedził, rzucając porucznikowi nienawistne spojrzenie.
– O obywatela Powiatowego.
– To krewniak, a co? Co on nawywijał?
– Namawiał was do zamordowania pewnego człowieka?
– To znaczy kogo miałbym zamordować?
Tomczak się zafrasował, bo tego tak naprawdę wciąż nie wiedział. Rokietnicki to natychmiast zauważył.
– Facet, pytasz mnie, czy kuzyn namawiał mnie do stoczterdziestkiósemki, a nie wiesz, o kogo chodziło? Wy, psy, jesteście coraz głupsze. – Parsknął śmiechem, że aż mu papieros wypadł z ust.
– Tego się dowiem, bo jest świadek, który słyszał, jak Powiatowy o tym mówił. Wtedy padło wasze nazwisko.
– Konkretnie moje? Bo Rokietnickich w Płocku jest co najmniej kilku, w tym czterech moich kuzynów. Może chodziło o któregoś z nich? To wszystko?
– Na razie tak, ale jeszcze tu wrócę – odparł porucznik i opuścił mieszkanie.
– Zapraszam! – krzyknął za nim oprych, wciąż zanosząc się śmiechem.
Tomczak był wściekły, ale nie zaskoczony przebiegiem tego spotkania, bo przecież spodziewał się takiego, a nie innego zachowania Rokietnickiego. W przeszłości co najmniej kilka razy go przesłuchiwał w związku z różnymi dochodzeniami i zawsze było tak samo. Kpił z niego w żywe oczy.
Wyszedł na ulicę i skierował się w stronę Tumskiej. Spojrzał na zegarek, gdyż z rana zadzwonił do kancelarii i umówił się z mecenasem Lewandowskim. Przyspieszył kroku, bo wiedział, że tamten nie cierpi spóźnialskich. Miał opinię bardzo szorstkiego w obyciu i niedającego się lubić, a ponieważ był bardzo dobry, wygrywał większość spraw. Tylko dlatego miał klientów.
Niebieski Jelcz, tak zwany Ogórek, wjechał na dworzec autobusowy, po czym zatrzymał się z głośnym piskiem hamulców, a po chwili wysypał się z niego tłum pasażerów. Jedną z ostatnich wysiadających była szczupła młoda kobieta z krótko przyciętymi ciemnymi włosami. Ubrana był w dżinsy dzwony i bluzkę z Pewexu. Na stopach miała szałowe czarne czółenka. W prawej dłoni trzymała brązową skórzaną walizkę, a przez ramię przewiesiła torebkę w tym samym kolorze. Chwilę stała, rozglądając się wokoło, jakby kogoś szukała. Z torebki wyjęła Ekstra Mocne bez filtra i zapaliła.
– A to sukinsyn, mógł się pofatygować – zaklęła.
Nie wypaliła papierosa do końca, przygasiła go o rant pobliskiej śmietniczki i ruszyła w stronę miasta. Po wyjściu przed dworzec podeszła do saturatora stojącego nieopodal wejścia i kupiła szklankę wody z sokiem wiśniowym, żeby ugasić pragnienie. W autobusie, którym przyjechała z Łodzi, było chyba z czterdzieści stopni ciepła, bo jak tłumaczył kierowca, urwała się linka od cięgła ogrzewania.
Wypiwszy wodę, poszła dalej, minęła Nowy Rynek i ruszyła ulicą Tumską. Mijając Sienkiewicza, skręciła na chwilę do pobliskiego kiosku Ruchu.
– Pani Zuza? Boże, ale się pani zmieniła! – Kioskarka na jej widok nie kryła emocji. – Przyjechała pani w odwiedziny czy już na stałe?
– Chyba na stałe, ale tak naprawdę nie wiem, czy zdecyduję się zostać w Płocku. Tu dużo zależy od mojego ojca. Wie pani, jaki on jest. Wiedział, że przyjadę, ale nawet nie wyszedł po mnie na dworzec.
– To taki dobry człowiek. Pewnie mu coś wypadło. Będzie dobrze. Co potrzeba? Pewnie po papieroski? Nie szkoda na nie zdrowia?
– Może i szkoda – rzekła bez przekonania – ale są gorsze rzeczy. Ma pani może Ekstra Mocne bez filtra?
– O mój Boże, to nie lepiej zapalić Zefira? To takie kobiece papieroski. Mecenas Walicka je pali lub, jak ich zabraknie, to Marlboro.
– Cienias z niej! Ja nie zamierzam być zwykłym prawnikiem jak mecenas Walicka, nie po to kończyłam prawo na samych piątkach. Albo potrząsnę tutejszą palestrą, albo będę sprzedawać warzywa na targowisku przy Królewieckiej. Nie ma innej opcji.
– Widzę, że charakterek pani ma po ojcu. – Kioskarka się zaśmiała.
– Wiem, że wszyscy będą mnie z nim porównywać, więc proszę, niech chociaż pani tego nie robi.
– Ale dlaczego? To zacny człowiek.
– Bo dla dziecka nie ma nic gorszego jak porównywanie go z rodzicem, który dużo osiągnął, ale ja sobie z tym poradzę, ja go przeskoczę, innej możliwości w ogóle nie dopuszczam, a wie pani dlaczego?
– Nie mam pojęcia.
– Bo jestem kobietą. Ile płacę?
Redakcja
Monika Orłowska
Korekta
Janusz Sigismund
Projekt graficzny okładki, skład i łamanie wersji do druku
Agnieszka Kielak
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Jacek Ostrowski, Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384303115
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
