24,99 zł
Czy kapłan musi być silny za wszelką cenę? A może właśnie jego rany mogą stać się źródłem uzdrowienia?
Zraniony uzdrowiciel. Kapłan we współczesnym świecie to klasyczne dzieło duchowe, w którym Henri J.M. Nouwen pokazuje, że autentyczna posługa rodzi się z bliskości, współczucia i odwagi przyjęcia własnej kruchości. To książka o nadziei, która nie ignoruje cierpienia, lecz przechodzi przez nie razem z drugim człowiekiem.
Zraniony uzdrowiciel. Kapłan we współczesnym świecie to jedno z najważniejszych dzieł duchowych XX wieku, poświęcone sensowi kapłańskiej posługi w świecie naznaczonym cierpieniem, zagubieniem i kryzysem nadziei. Autor nie tworzy teoretycznego podręcznika ani zbioru gotowych rozwiązań, lecz zaprasza do głębokiej refleksji nad tym, kim jest kapłan pośród współczesnych ran świata.
Struktura książki opiera się na obrazie czterech „otwartych drzwi”, przez które autor prowadzi czytelnika:
- pierwsze drzwi ukazują kapłaństwo w „rozbitym świecie”, pełnym lęku, przemocy i poczucia zagrożenia,
- drugie drzwi prowadzą do doświadczeń pokolenia pozbawionego korzeni i trwałych punktów odniesienia,
- trzecie drzwi odsłaniają dramat człowieka pozbawionego nadziei,
- czwarte drzwi koncentrują się na samotności kapłana i jego wewnętrznych zranieniach.
Centralnym motywem książki jest postać „zranionego uzdrowiciela” – kapłana, który nie ukrywa własnych ran, lecz pozwala, by stały się one przestrzenią autentycznego spotkania z drugim człowiekiem. Nouwen pokazuje, że prawdziwa posługa rodzi się nie z dystansu i doskonałości, ale z solidarności z cierpiącymi, gościnności serca i gotowości do dzielenia ludzkiego losu.
Obecne wydanie książki zachowuje ponadczasową głębię oryginału, a jednocześnie posługuje się językiem bardziej czytelnym dla współczesnego odbiorcy. Dzięki temu publikacja pozostaje aktualna nie tylko dla duchowieństwa, lecz także dla świeckich.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 97
Rok wydania: 2025
HENRI J.M. NOUWEN
Zraniony uzdrowiciel
Kapłan we współczesnym świecie
Przełożyli
Justyna i Jan Grzegorczykowie
Wydawnictwo Diecezji Siedleckiej Unitas
ul. Szkolna 22, 08-110 Siedlce
tel. 500 106 002
www.wydawnictwo-unitas.pl
Wydanie drugie — tekst uaktualniony i bez skrótów
Tytuł oryginału
The Wounded Healer: Ministry in Contemporary Society
Copyright © 1972 by Henri J.M. Nouwen
New material copyright © 2010 by Henri Nouwen Legacy Trust
All rights reserved including the right of reproduction in whole
or in part in any form.
This edition published by arrangement with Image, an imprint
of Random House, a division of Penguin Random House LLC.
No part of this book may be used or reproduced in any manner
for the purpose of training artificial intelligence technologies
or systems. This work is reserved from text and data mining
(Article 4(3) Directive (EU) 2019/790).
Zdjęcie na okładce
Kevin Dwyer za zgodą Henri Nouwen Legacy Trust
www.henrinouwen.org
© Copyright by Wydawnictwo Diecezji Siedleckiej Unitas, 2025
© Copyright for the Polish translation
by Justyna i Jan Grzegorczykowie, 2025
Redakcja i korekta
Agnieszka Czapczyk
Skład
Przemysław Kida
Projekt okładki
Aleksandra Trochym-Twarowska
SANTRO STUDIO
Colinowi i Phyllis Williamsom
PRZEDMOWA DO WYDANIA DRUGIEGO
PODZIĘKOWANIA
WSTĘP
ROZDZIAŁ PIERWSZY Kapłaństwo w rozbitym świecie
Cover
Mija niemal czterdzieści lat od czasu, gdy to ważne dzieło ukazało się po raz pierwszy w 1972 roku. Jego nieustająca popularność jest dowodem, że Henri Nouwen uderzył we właściwą strunę, pokazując kapłaństwo jako spotkanie i utożsamienie się z tymi, którzy czekają na Dobrą Nowinę.
Twórczość Henriego Nouwena jest obdarzona cechą ponadczasowości, ale język tego jednego z pierwszych utworów w dużym stopniu, zwłaszcza w odniesieniu do płci, był zakorzeniony w innym czasie. Wydawcy oraz członkowie Henri Nouwen Legacy Trust pragną zatem podziękować Seanowi Mulrooneyowi i Kathryn Smith za ich staranną pracę nad uaktualnieniem tekstu dla współczesnych czytelników. Słowa Henriego potraktowali z gruntownym namysłem i szacunkiem, tak jak postąpiłby sam Henri, i sprawili, że Zraniony uzdrowiciel pozostaje ważnym utworem, dającym czytelnikom zrozumienie i inspirację.
Mamy nadzieję, że o ile wcześniejsze wydanie interesowało być może głównie osoby ze stanu duchownego, to obecne opracowanie jest bardziej uniwersalnym wezwaniem do współczucia w relacjach z innymi podczas naszej ziemskiej wędrówki zmierzającej do pełni człowieczeństwa.
Sue Mosteller CSJ
Henri Nouwen Legacy Trust
listopad 2009
Wiele osób odegrało ważną rolę w powstawaniu poszczególnych rozdziałów tej książki. Ci, którym pokazałem części rękopisu w formie wykładów, byli szczególnie pomocni w przeorganizowaniu i redakcji głównych akapitów.
Jestem bardzo wdzięczny Steve’owi Thomasowi i Rufusowi Luskowi za ich istotną pomoc na końcowym etapie poprawiania maszynopisu, Inday Day za doskonałą pomoc sekretarską oraz Elizabeth Bartelme za zachętę i fachowe uwagi redakcyjne.
Zadedykowałem tę książkę Colinowi i Phyllis Williamsom, którzy swoją przyjaźnią i gościnnością sprawili, że Divinty School stała się dla mnie prawdziwie wolną przestrzenią.
Czworo otwartych drzwi
Co to znaczy być kapłanem we współczesnym społeczeństwie? W ostatnich latach często pytanie to stawiali mężczyźni i kobiety chcący podjąć służbę. Uważali przy tym, że utarte wzorce się rozpadły i że brakuje im tradycyjnego oparcia w społeczeństwie.
Poniższe rozdziały są próbą odpowiedzi na to pytanie. Ale jak mówi Antonio Porchia: „Drzwi otwierają się przede mną. Wchodzę i staję przed setką zamkniętych drzwi”1. Każde nowe rozumienie, które podpowiadało mi odpowiedź, prowadziło mnie do nowych pytań wymagających kolejnych odpowiedzi. Chciałem jednak przynajmniej odeprzeć pokusę, by w ogóle nie przechodzić przez żadne drzwi, z obawy, że następne mogą być zamknięte. To tłumaczy strukturę tej książki.
Cztery jej rozdziały można traktować jak czworo różnych drzwi, przez które starałem się wejść w problemy kapłaństwa we współczesnym świecie.Pierwsze drzwi ukazują kondycję cierpiącego świata (rozdział pierwszy); drugie — cierpiącego pokolenia (rozdział drugi); trzecie — cierpiącego człowieka (rozdział trzeci); i czwarte — cierpiącego kapłana (rozdział czwarty).
Spójność tej książki polega raczej na uporczywym dążeniu, by pomóc kapłanom znaleźć skuteczną i sensowną drogę dla ich powołania, a nie by konsekwentnie omówić temat czy dobrze udokumentować teoretyczną argumentację. Zwłaszcza że poszatkowanie naszych życiowych doświadczeń w połączeniu z pośpiechem nie pozwolą zapewne stworzyć uniwersalnego „podręcznika dla kapłanów”.
Mimo tego poszatkowania wyłania się jednak powoli jeden obraz jako oś wszelkich rozważań: obraz zranionego uzdrowiciela. Obraz ten nasunął mi się jako ostatni. Po próbie nazwania położenia, w jakim znaleźli się ludzie żyjący we współczesnym świecie, najważniejsze stało się określenie sytuacji samych kapłanów. Wszyscy kapłani bowiem są powołani do tego, by dojrzeć cierpienie swoich czasów we własnych sercach i uczynić z tej świadomości punkt wyjścia dla swej posługi. Bez względu na to, czy staramy się wejść w ten rozbity świat, zbliżyć się do konwulsyjnego pokolenia, czy rozmawiać z umierającym człowiekiem, nasza posługa nie będzie postrzegana jako autentyczna, jeżeli nie będzie płynęła z serca zranionego cierpieniem.
Niczego zatem nie można napisać o kapłaństwie bez głębszego zrozumienia, w jaki sposób kapłan może przekształcić własne rany w źródło uzdrowienia. Dlatego też książka ta nosi tytuł Zraniony uzdrowiciel.
New Haven, Connecticut
Człowiek poszukujący w epoce nuklearnej
Wprowadzenie
Od czasu do czasu wkracza do naszego życia ktoś, kto swoim wyglądem, zachowaniem i słowami uosabia w dramatyczny sposób kondycję współczesnego człowieka. Takim człowiekiem był dla mnie Peter. Przyszedł prosić o pomoc, lecz jednocześnie dał mi nowe zrozumienie mego własnego świata! Oto jego portret:
Peter ma dwadzieścia sześć lat. Jest drobnej budowy ciała. Jego szczupłą, bladą twarz okalają długie jasne włosy. Z wrażliwych oczu emanuje melancholia. Ma zmysłowe usta, a jego uśmiech wywołuje atmosferę bliskości. Uścisk jego dłoni jest czymś więcej niż zwykłym rytuałem — dzięki niemu jego ciało staje się naprawdę obecne. Ton jego głosu zmusza do uważnego słuchania.
Podczas rozmów staje się jasne, że Peter nie rozumie wielu ograniczeń decydujących o jego życiu. To życie dryfuje. Przestał mieć nad nim kontrolę, określają je liczne znane i nieznane czynniki zewnętrzne. Wyraźna granica między Peterem a otoczeniem znikła. Ma wrażenie, że jego poglądy i uczucia tak naprawdę nie są jego, lecz zostały mu narzucone.
Czasami zastanawia się: „Co jest fikcją, a co rzeczywistością?”. Często ma dziwne poczucie, że do jego głowy dostały się jakieś diabełki, które wywołują bolesny i niepokojący zamęt. Nie wie, komu może wierzyć, a komu nie, co powinien robić, a czego nie, dlaczego mówić „tak” jednemu człowiekowi, a drugiemu „nie”. Wiele rozróżnień na to, co dobre i złe, brzydkie i piękne, atrakcyjne i odpychające, traci dla niego sens. Nawet na najbardziej dziwaczne propozycje odpowiada: „Dlaczego nie? Dlaczego nie spróbować czegoś, czego nigdy nie próbowałem? Dlaczego nie zakosztować nowego doświadczenia, bez względu na to, czy jest dobre, czy złe?”.
Wydaje się, że z powodu braku wyraźnych granic między nim a otoczeniem, fikcją a rzeczywistością, tym, co robić, a czego unikać, Peter stał się więźniem chwili obecnej, został złapany przez teraźniejszość i utracił sensowne związki z przeszłością i przyszłością. Kiedy wraca do domu rodzinnego, czuje, że wchodzi do świata, który stał się dla niego obcy.
Słowa, które wypowiadają jego rodzice, ich pytania i zmartwienia, ich aspiracje i troski, należą jakby do innego świata, gdzie używa się innego języka i panuje inna atmosfera. Kiedy Peter patrzy w przyszłość, wszystko wydaje mu się ciemną nieprzeniknioną chmurą. Nie znajduje odpowiedzi na pytanie, po co żyje i dokąd zmierza. Nie pracuje nad osiągnięciem żadnego konkretnego celu, nie czeka na spełnienie żadnego marzenia, nie liczy na to, że wydarzy się coś wielkiego lub ważnego. Patrzy w pustą przestrzeń i jest pewien tylko jednego: jeśli cokolwiek w tym życiu jest warte zachodu, to musi zajść tu i teraz.
Portret Petera naszkicowałem nie po to, aby wam pokazać, że jest to ktoś, kto wymaga pomocy psychiatry. Myślę, że sytuacja Petera jest pod wieloma względami typowa dla kondycji współczesnych kobiet i mężczyzn. Być może Peter potrzebuje pomocy, ale jego doświadczeń i uczuć nie można rozumieć jedynie w kategoriach psychopatologii jednostki. Należą do kontekstu historycznego, w którym wszyscy żyjemy, kontekstu pozwalającego widzieć w życiu Petera znaki czasu, które rozpoznajemy także w swoim doświadczeniu. To, co dostrzegamy u Petera, jest bolesnym wyrazem zjawiska, które nazywam: „człowiek w epoce nuklearnej”.
W tym rozdziale chciałbym głębiej zrozumieć nasze trudne położenie, które staje się coraz bardziej widoczne na przykładzie mężczyzn i kobiet rozumiejących życie tak samo jak Peter. Mam nadzieję, że w tym naszym obecnym zagmatwaniu odkryję nowe drogi do wolności.
Dlatego podzielę ten rozdział na dwie części: najpierw powiem o zagubieniu człowieka epoki nuklearnej, a następnie o drodze do wolności człowieka epoki nuklearnej.
Zagubienie człowieka epoki nuklearnej
Ludzie utracili naiwną wiarę w możliwości, jakie niesie rozwój techniczny, i nabrali bolesnej świadomości, że te same siły, które pomagają nam tworzyć nowe style życia, niosą w sobie groźbę samozagłady. Pozwólcie, że przytoczę opowieść ze starożytnych Indii, która pomoże nam zilustrować sytuację człowieka epoki nuklearnej.
Czterej synowie króla zastanawiali się, jakie powinni opanować umiejętności. W końcu powiedzieli sobie: „Wyruszymy w świat na poszukiwania, by posiąść jakąś szczególną wiedzę”. Tak postanowili i uzgodniwszy miejsce, gdzie ponownie się spotkają, udali się w różne strony. Po jakimś czasie bracia spotkali się w umówionym miejscu i zaczęli wypytywać jeden drugiego, czego się nauczyli. „Opanowałem sztukę — powiada pierwszy — dzięki której mając kawałek kości, w jednej chwili potrafię stworzyć ciało, które ją pokryje”. „Ja — powiada drugi — wiem, jak pokryć kości i ciało skórą i sierścią”. Trzeci mówi: „A ja, jeśli mam ciało, skórę i sierść, mogę utworzyć z tego członki”. „Ja, jeśli stworzenie ma członki — zakończył czwarty — umiem tchnąć w nie życie”.
Następnie bracia poszli do dżungli, aby znaleźć jakąś kość, na której mogliby zademonstrować swoje umiejętności. Los chciał, że trafili na kość należącą do lwa, ale oni o tym nie wiedzieli. Pierwszy z nich do kości dodał ciało, drugi wytworzył skórę i sierść, trzeci uzupełnił to odpowiednimi członkami, a czwarty tchnął w lwa życie. Potrząsając gęstą grzywą, dzika bestia o przerażającej paszczy, ostrych zębach i bezlitosnych pazurach skoczyła na swoich stwórców. Pożarła wszystkich i zadowolona znikła w dżungli2.
Współczesny człowiek widzi, że jego moce twórcze kryją w sobie groźbę samozagłady. Rozumie, że nowe rozległe kompleksy przemysłowe pozwalają wyprodukować w ciągu godziny to, co w przeszłości wytwarzano latami. Ma przy tym świadomość, że ten sam przemysł zniszczył równowagę ekologiczną i — poprzez zanieczyszczenie powietrza i wody oraz hałas — zagroził otoczeniu. Jeździ samochodem, ogląda telewizję i surfuje w internecie, ale nie zawsze rozumie działanie narzędzi, których używa. Widzi taką obfitość towarów, że pokonywanie niedostatku przestało już być motywem jego życia. Jednocześnie po omacku szuka kierunku i pyta o sens i znaczenie swego istnienia. Cierpi, gdyż wie, że w obecnych czasach ulec zniszczeniu może nie tylko życie, lecz również możliwość odrodzenia, i nie dotyczy to pojedynczego człowieka, ale wszystkich ludzi. Przyszłość ludzkości stoi więc obecnie pod znakiem zapytania.
Ludzie żyjący w epoce przednuklearnej byli świadomi prawdziwego paradoksu świata, w którym życie i śmierć splatają się w śmiertelnym uścisku, a oni sami wiszą na cienkiej linie, mogącej z łatwością się zerwać. Ta wiedza jednak łączyła się z pierwotnie optymistycznym spojrzeniem na życie. W przypadku człowieka epoki nuklearnej natomiast tej nowej wiedzy nie można zastosować do starych poglądów ani przekazywać poprzez tradycyjne instytucje, gdyż radykalnie i zdecydowanie zakłóca wszystkie istniejące międzyludzkie odniesienia. Dla człowieka epoki nuklearnej problemem nie jest to, że przyszłość niesie nowe niebezpieczeństwa, takie jak wojna atomowa, ale to, że tej przyszłości w ogóle może nie być.
Młodzi ludzie nie zawsze są „nuklearni”, tak jak starsi niekoniecznie są „przednuklearni”. Różnica nie tkwi w wieku, ale w świadomości i w związanym z nią stylu życia. Psychiatra Robert Jay Lifton doskonale określił istotę dylematów ludzi nuklearnych. Uważa on, że człowieka nuklearnego można scharakteryzować według następujących kategorii:
zerwanie ciągłości historycznej;
poszatkowany światopogląd;
poszukiwanie nowej nieśmiertelności.
Może warto zatem przyjrzeć się życiu Petera w świetle tych pojęć.
Zerwanie ciągłości historycznej
Gdy ojciec pyta Petera, kiedy zamierza zdać końcowy egzamin i czy znalazł już odpowiednią dziewczynę na żonę; i gdy matka ostrożnie wypytuje go o spowiedź, komunię i przynależność do katolickiego stowarzyszenia — oboje zakładają, że oczekiwania Petera względem przyszłości są zasadniczo takie same jak ich własne. Peter jednak uważa siebie za „jednego z ostatnich w eksperymencie życia”, a nie za pioniera wykuwającego nową przyszłość. Zatem symbole używane przez rodziców nie mogą mieć dla niego takiej samej jednoczącej, integrującej siły, jaką mają dla ludzi o mentalności przednuklearnej.
Doświadczenie Petera nazywamy zerwaniem ciągłości historycznej. Jest to „utrata więzi, jakie ludzie przez długi czas odczuwali z życiodajnymi i ożywczymi symbolami ich tradycji kulturowej — symbolami dotyczącymi rodziny, systemu pojęć, religii i ogólnie cyklu życia”3. Po co człowiek ma się żenić i mieć dzieci, studiować, robić karierę; po co ma odkrywać nowe technologie, tworzyć nowe instytucje i rozwijać nowe idee — skoro wątpi, czy będzie jutro, które mogłoby gwarantować wartość tych ludzkich wysiłków?
Decydujący dla człowieka nuklearnego jest tu brak poczucia ciągłości, które jest czymś zasadniczym w twórczym życiu. Odnajduje się on jako cząstka nie-historii, w której cenna jest jedynie krótka chwila tu i teraz. Życie dla człowieka nuklearnego staje się łukiem o pękniętej cięciwie, z którego nie można wypuścić żadnej strzały. Ta zerwana ciągłość powoduje u niego paraliż. W jego reakcjach nie ma niepokoju i radości, które stanowiły tak istotną część ludzkiej egzystencji, jest natomiast apatia i nuda. Tylko wtedy, gdy czujemy się odpowiedzialni za przyszłość, możemy odczuwać nadzieję bądź rozpacz. Gdy jednak myślimy o sobie jak o ofierze skomplikowanej biurokracji technologicznej, nasza motywacja staje się chwiejna i zaczynamy dryfować od jednej chwili do drugiej, przemieniając życie w długi łańcuch luźno powiązanych zdarzeń i przypadków.
Zastanawiając się nad tym, dlaczego język tradycyjnego chrześcijaństwa stracił dla człowieka nuklearnego swą wyzwalającą moc, musimy uświadomić sobie, że większość chrześcijańskiego nauczania opiera się na założeniu, że widzimy siebie jako istotnie zintegrowanych z historią, w której Bóg przyszedł do nas w przeszłości, żyje wśród nas obecnie i przyjdzie nas wyzwolić w przyszłości. Gdy jednak świadomość naszej historycznej ciągłości jest zaburzona, to całe chrześcijańskie przesłanie wydaje się tylko wykładem o wielkich pionierach dla chłopców odurzonych narkotykami.
Poszatkowany światopogląd
Jednym z zadziwiających aspektów życia Petera jest zmieniający się w szybkim tempie system wartości. Przez wiele lat był on bardzo przykładnym i pilnym studentem seminarium. Codziennie chodził na mszę świętą, brał udział w wielogodzinnych modlitwach wspólnotowych, był aktywny w zespole liturgicznym i z wielkim zainteresowaniem, a nawet entuzjazmem studiował materiały teologiczne na zajęcia.
Jednak już po paru miesiącach od decyzji o opuszczeniu seminarium i podjęciu studiów na uniwersytecie świeckim uwolnił się od dawnego stylu życia. Przestał chodzić na mszę świętą nawet w niedziele, całe noce spędzał, pijąc i zabawiając się z innymi studentami, żył z dziewczyną, wybrał kierunek studiów całkowicie odmienny od swych zainteresowań teologicznych i rzadko mówił o Bogu albo religii.
Jest to tym bardziej zadziwiające, że Peter nie okazywał żadnego rozgoryczenia wobec swego starego seminarium. Odwiedzał tam regularnie przyjaciół i dobrze wspominał siebie z tamtych lat jako człowieka religijnego. Jednak z trudem docierała do niego myśl, że jego dwa style życia nie bardzo do siebie przystają. Oba są wartościowe i mają swoje dobre i złe strony, dlaczego więc powinno się patrzeć na życie z jednej perspektywy, żyć według jednej idei i w ramach jednego niezmiennego systemu odniesień?
Peter ani nie żałuje swych dni w seminarium, ani nie wychwala obecnej sytuacji. Jutro znowu może być inaczej. Kto wie? Wszystko zależy od tego, jakich ludzi się spotyka, od przeżytych doświadczeń oraz idei i pragnień, jakie się liczą w danej chwili.
Człowiek nuklearny, taki jak Peter, nie żyje jedną określoną ideologią. Porzucił ustalony i całościowy system poglądów na rzecz bardziej płynnych ideologicznych fragmentów4. Jednym z bardziej widocznych zjawisk naszych czasów jest postawienie człowieka wobec rozbieżnych, a często przeciwstawnych idei, tradycji, przekonań religijnych i stylów życia.
Mass media konfrontują nas ze skrajnie paradoksalnymi doświadczeniami ludzkości. Obserwujemy zarówno najbardziej wymyślne i kosztowne wysiłki ratowania życia ludzkiego dzięki transplantacjom organów, jak i bezsilność świata, który nie potrafi pomóc tysiącom ludzi umierającym z głodu. Widzimy, że człowiek potrafi docierać na inne planety, a jednocześnie jest absolutnie bezradny, gdy chodzi o zakończenie bezsensownych wojen tu na Ziemi. Słyszymy dyskusje na wysokim poziomie o prawach człowieka i moralności chrześcijańskiej i dowiadujemy się o celach tortur w Zatoce Guantanamo, Iraku i Sudanie. Jesteśmy świadkami niesamowitej pomysłowości, dzięki której powstają tamy, zmienia się bieg rzek i tworzy nowe żyzne pola uprawne, ale także doświadczamy trzęsień ziemi, powodzi i tornad, które w ciągu godziny mogą zniszczyć więcej, niż zbudowało całe pokolenie. Człowiek, skonfrontowany z tym wszystkim i próbujący to zrozumieć, nie wierzy, że jakaś idea, pojęcie albo określony system myślowy może zespolić te kontrastujące z sobą obrazy w jeden spójny pogląd na życie.
„Nadzwyczajny napływ czynników kultury postmodernistycznej”5 wymaga od tych, którzy żyją w epoce nuklearnej, coraz większej elastyczności, otwartości i życia małymi fragmentami, które w danej chwili oferują najlepszą odpowiedź na konkretną sytuację. Paradoksalnie, kiedy człowiek całkowicie oddaje się ulotnym wrażeniom płynącym z najbliższego otoczenia, może doznawać większego uniesienia i ożywienia.
Człowiek nuklearny nie wierzy, że cokolwiek może być zawsze i wszędzie prawdziwe i słuszne. Żyje z godziny na godzinę i buduje swe życie na gorąco. Jego sztuka to kolaż — technika, która dzięki łączeniu różnych kawałków zwięźle wyraża to, co w danej chwili on czuje. Jego muzyką są improwizacje, które łączą kilka tematów różnych kompozytorów w coś, co jest zarówno nowe, jak i przelotne. Jego życie przypomina często radosną ekspresję uczuć i poglądów, które trzeba przekazać i na nie zareagować, ale które nikogo do niczego nie zobowiązują.
Taka poszatkowana ideologia nie pozwala, abyśmy stali się fanatykami, gotowymi umrzeć albo zabijać dla idei. Szukamy głównie doświadczeń, które dają nam poczucie wartości. Jesteśmy więc bardzo tolerancyjni, ponieważ kogoś o innych przekonaniach traktujemy nie jako zagrożenie, lecz raczej jako okazję do odkrycia nowych idei i sprawdzenia własnych. Możemy z wielką uwagą słuchać rabina, imama, pastora albo księdza, nie myśląc o przyjęciu ich systemów myślowych. Chcemy bowiem tylko pogłębić własne zrozumienie tego, co przeżywamy jako cząstkowe i fragmentaryczne.
Czując się niezdolni do zrozumienia chrześcijańskiego przesłania, być może zastanawiamy się, czy nie jest to spowodowane faktem, że dla wielu osób chrześcijaństwo stało się ideologią. Jezus, Żyd stracony przez władców swoich czasów, dość często jest traktowany jako bohater kulturowy będący podpórką dla najbardziej rozbieżnych i często destrukcyjnych ideologicznych punktów widzenia. Kiedy chrześcijaństwo redukuje się do poziomu wszystko obejmującej ideologii, człowiek nuklearny staje się sceptyczny nawet w odniesieniu do sensu własnego życia.
Poszukiwanie nowej nieśmiertelności
Dlaczego Peter przyszedł po pomoc? Sam nie wiedział dokładnie, czego szuka, ale miał ogólne, wszechogarniające wrażenie zamętu. Utracił spójność i kierunek w życiu. Zagubił granice chroniące go przed rozbiciem i czuł się jak więzień teraźniejszości dryfujący z lewa na prawo, niezdolny do obrania jednego kursu.
Kontynuował studia w duchu posłusznej rutyny, by mieć poczucie, że coś robi, ale całe weekendy i wakacje schodziły mu głównie na spaniu, kochaniu się, siedzeniu z przyjaciółmi przy muzyce i oddawaniu się fantazjom. Nic nie wydawało się na tyle pilne czy ważne, aby się zaangażować — żadne projekty, plany, ekscytujące cele, nad którymi warto by pracować, nie znajdował żadnych ciekawych zadań do wykonania. Petera nie rozdzierały konflikty, nie miał depresji, nastrojów samobójczych ani nie dręczyły go lęki. Nie odczuwał rozpaczy, ale też nie miał żadnej nadziei.
Ten paraliż sprawiał, że zaczął patrzeć z nieufnością na swoją sytuację. Stwierdził, że nawet zaspokojenie pragnienia, aby obejmować, całować i trwać w miłosnym akcie oddania, nie dawało mu wolności, by ruszyć naprzód. Zaczął się zastanawiać, czy miłość wystarcza, aby utrzymać nas przy życiu w tym świecie, i czy aby być twórczym, nie musimy znaleźć sposobu przekraczania ograniczeń wynikających z kondycji człowieka.
Być może w życiu Petera znaleźlibyśmy zdarzenia czy doświadczenia, które rzuciłyby światło na jego apatię. Trzeba jednak także widzieć w paraliżu Petera stan, w jakim znajdują się wszyscy ludzie nuklearni, którzy utracili źródło swej kreatywności, to znaczy poczucie własnej nieśmiertelności. Kiedy nie jesteśmy zdolni patrzeć poza naszą śmierć i odczuwać więzi z tym, co rozciąga się poza czasem i przestrzenią naszego indywidualnego życia, tracimy pragnienie tworzenia i radość bycia człowiekiem. Dlatego też chcę spojrzeć na problem Petera jak na problem człowieka nuklearnego, który szuka nowych sposobów osiągnięcia nieśmiertelności.
Robert Jay Lifton za główny problem człowieka nuklearnego uważa zagrożenie jego poczucia nieśmiertelności. To poczucie nieśmiertelności „stanowi naglącą, powszechną potrzebę, aby zachować wewnętrzne poczucie ciągłości ponad czasem i przestrzenią, z różnymi elementami życia”. Jest to „sposób, w jaki doświadczamy związku z dziejami człowieka”6. Dla człowieka nuklearnego jednak tradycyjne formy nieśmiertelności utraciły integrującą moc.
Wiele osób nie chce wydawać dzieci na ten autodestrukcyjny świat. Oznacza to, że pragnienie, aby przetrwać w swoich dzieciach, znika w obliczu przewidywanego końca historii. Dlaczego mielibyśmy chcieć żyć w dziełach naszych rąk, skoro jeden atomowy atak może w ciągu sekundy zmienić je w popiół? A może animistyczna nieśmiertelność sprawi, że ludzie przetrwają w przyrodzie? I jak wiara w „przyszłe życie” może być odpowiedzią na poszukiwanie nieśmiertelności, skoro niemal zupełnie znikła wiara w życie tutaj? O życiu po śmierci można myśleć tylko w kategoriach życia przed nią, i nikt nie może marzyć o nowej ziemi, kiedy znikła stara będąca jej zapowiedzią.
Żadna forma nieśmiertelności — ani poprzez dzieci, ani poprzez pracę, ani poprzez przyrodę czy też życie w niebie — nie pomaga nam widzieć siebie poza ograniczeniami doczesnej egzystencji.
Z pewnością zatem nie dziwi, że ludzie nuklearni nie mogą znaleźć odpowiedniego wyrazu dla swojego doświadczenia w takich symbolach, jak piekło, czyściec, niebo, życie przyszłe, zmartwychwstanie, raj i królestwo Boże. Kaznodziejstwo i nauczanie opierające się na założeniu, że jesteśmy w drodze do nowej ziemi pełnej obietnic i że działalność twórcza w tym świecie jest pierwszą oznaką tego, co zobaczymy na tamtym świecie, nie znajdzie oddźwięku w kimś, kto rozmyśla nad samobójczym potencjałem tego świata.
Dochodzimy do końca opisu człowieka nuklearnego. Naszym modelem był Peter. Obserwowaliśmy u niego zerwanie ciągłości historycznej, poszatkowaną ideologię i poszukiwanie nowej formy nieśmiertelności. Oczywiście, poziom świadomości i postrzegalności problemu jest różny u różnych ludzi. Mam jednak nadzieję, że będziecie w stanie rozpoznać we własnych doświadczeniach, jak i doświadczeniach waszych przyjaciół niektóre cechy, które są tak widoczne w życiu Petera. To rozpoznanie może wam także pomóc w uświadomieniu sobie, że zadaniem chrześcijaństwa jest nie tylko odpowiadanie na wezwania współczesności, ale także postawienie sobie pytania, czy jego niewypowiedziane założenia mogą nadal stanowić podstawę jego zbawczych ambicji.
Droga do wolności człowieka nuklearnego
Kiedy rozpoznacie człowieka nuklearnego w swoich kolegach, przyjaciołach i rodzinie, a może nawet w refleksji nad sobą, nie unikniecie pytania, czy dla tego nowego typu człowieka istnieje jakaś droga do wyzwolenia i wolności. Ważniejsze od stawiania niefortunnych pytań, które bardziej rozdrażniają, niż przynoszą pociechę, będzie jednak odnalezienie pośród obecnego zamieszania i stagnacji nowych ścieżek prowadzących ku nadziei.
Rozglądając się wokoło, widzimy ludzi sparaliżowanych przez rozbicie i poszatkowanie ideologii, złapanych w pułapkę własnej śmiertelności. Widzimy jednak także radosne eksperymentowanie z życiem, poprzez które ludzie usiłują uwolnić się z łańcuchów swego trudnego położenia, pokonać śmiertelność, przekroczyć siebie i doświadczyć źródeł nowej kreatywności.
Moje własne zaangażowanie się w cierpienie i ból człowieka nuklearnego każe mi przypuszczać, że istnieją dwa zasadnicze sposoby, za pomocą których staramy się rozerwać kokon i wyfrunąć na wolność: droga mistyczna i droga rewolucyjna. Obie można uznać za formy „transcendencji eksperymentalnej”7, obie otwierają nowe perspektywy i proponują nowe style życia. Pozwólcie zatem, że je opiszę, a potem pokażę ich wzajemne powiązanie.
Droga mistyczna
Droga mistyczna to droga wnętrza. Ludzie starają się znaleźć w swoim życiu wewnętrznym powiązanie z „rzeczywistością niewidzialnego”, „źródłem istnienia”, „punktem ciszy”. Odkrywają, że to, co najbardziej osobiste, jest również najbardziej powszechne8. Pod powierzchownymi warstwami dziwactw, psychologicznych różnic i indywidualnych cech charakteru znajdują miejsce, z którego mogą ogarnąć wszystkie inne byty naraz i doświadczyć istotnych związków ze wszystkim, co istnieje.
Wiele osób, które wyruszyły w ryzykowną podróż z LSD i bezpiecznie z niej powróciły, mówi o tym, jak to chwilowo przedarły się przez wyobcowanie, poczuły intymną bliskość z tajemniczą mocą, która zbliża ludzi, i doszły do wyzwalającego zrozumienia tego, co leży poza śmiercią. Coraz liczniejsze domy medytacji, skupienia i kontemplacji oraz nowe ośrodki zen i jogi świadczą o tym, że usiłujemy osiągnąć chwilę, punkt lub miejsce, w którym można pokonać granicę życia i śmierci oraz doświadczyć głębokiej jedności z całą naturą i historią.
Bez względu na to, jak zdefiniujemy ten rodzaj „eksperymentalnej transcendencji”, wydaje się, że we wszystkich jej formach próbujemy przekroczyć nasze ziemskie środowisko i przenieść się o jeden, dwa, trzy, a nawet więcej poziomów od nierzeczywistości codziennej egzystencji do szerszego spojrzenia, które pozwoli nam doświadczyć tego, co prawdziwe. Dzięki temu doświadczeniu możemy wyrwać się z apatii i dotrzeć do głębszych nurtów życia.
To doświadczenie daje nam poczucie, że należymy do opowieści, której, co prawda, początku ani końca nie znamy, ale mamy w niej swoje niepowtarzalne miejsce. Nabierając dystansu do nierealności swoich ambicji i potrzeb, człowiek nuklearny może uwolnić się od samospełniającej się przepowiedni, która każe mu cierpieć z powodu jego chorobliwych przewidywań.
Dzięki temu doświadczeniu wchodzimy w kontakt z ośrodkiem naszej kreatywności i znajdujemy siłę, by się zbuntować przeciwko byciu ofiarą własnej futurologii. Odbieramy siebie nie jako odosobnioną jednostkę złapaną w diabelski łańcuch przyczynowo-skutkowy, ale jako istotę zdolną do pokonania murów własnych ograniczeń i wyjścia poza troskę o siebie. Dotykamy miejsca, gdzie wszyscy ludzie są uznani za równych i gdzie możliwe staje się współczucie. Dochodzimy jednocześnie do szokującego, lecz oczywistego wniosku, że modlitwa nie jest w życiu tylko pobożną dekoracją, ale oddechem ludzkiej egzystencji.
Droga rewolucyjna
Istnieje jednak druga droga, coraz bardziej widoczna w świecie człowieka nuklearnego. To droga rewolucyjna, zmierzająca do przekroczenia ludzkiej kondycji. Człowiek uświadamia sobie, że dokonuje wyboru już nie między tym światem a lepszym światem, lecz między nowym światem a końcem świata. Jest to droga tych, którzy mówią: „rewolucja jest lepsza od samobójstwa”.
Ludzie ci są głęboko przekonani, że nasz świat zmierza na skraj przepaści, że Auschwitz, Hiroszima, Algieria, My Lai9, Bangladesz i Rwanda to tylko kilka z wielu nazw, które pokazują, jak sami zabijamy się poprzez absurd swych technologicznych wynalazków. Według tych ludzi nie może już pomóc żadna adaptacja, odnowa czy ulepszenie. Według nich liberałowie i postępowcy oszukują się, usiłując sprawić, by nieznośna sytuacja stała się trochę znośniejsza.
Są zmęczeni przycinaniem gałęzi — chcą wyrwać z korzeniami całe chore społeczeństwo. Nie wierzą, że rozmowy o integracji, układy o ochronie środowiska naturalnego, korpusy pokojowe, programy walki z ubóstwem i ustawy o prawach człowieka ocalą świat zdominowany przez przymus, ucisk i wyzysk. Tylko całkowite i radykalne wywrócenie istniejącego porządku wraz z drastyczną zmianą kierunku może zapobiec końcowi wszystkiego.
Ludzie ci, dążąc do rewolucji, nie są motywowani jedynie chęcią wyzwolenia uciśnionych, ulżenia biednym czy zakończenia wojny. Podczas gdy w przeszłości do buntu prowadził niedostatek, współcześni rewolucjoniści widzą pilne i naglące potrzeby cierpiących jako część znacznie większej apokaliptycznej sceny, gdzie stawką jest samo przetrwanie ludzkości. Ich celem nie jest lepszy człowiek, ale nowy człowiek; taki człowiek, który w swym ukrytym potencjale szuka nowych relacji z sobą samym i światem.
Życiem tych nowych ludzi nie rządzi manipulacja ani siła karabinów. Rządzi nim miłość, a opiera się ono na nowych sposobach komunikacji międzyludzkiej. Ci nowi ludzie jednak nie przechodzą rozwoju w wyniku samosterującego się procesu ewolucji. Mogą zaistnieć albo też nie. Być może jest już za późno. Może skłonności samobójcze, widoczne w narastającym braku równowagi zarówno w kulturze, jak i przyrodzie, osiągnęły punkt, od którego nie ma odwrotu.
A jednak ci rewolucjoniści wierzą, że sytuacja nie jest nieodwracalna i że całkowita reorientacja ludzkości jest tak samo możliwa, jak całkowita autodestrukcja. Nie uważają, że ich cel zostanie osiągnięty w ciągu kilku lat czy nawet kilku pokoleń, ale swoje zaangażowanie opierają na przekonaniu, że lepiej jest oddać życie, niż je zabrać, i że wartość działania nie zależy od natychmiastowych rezultatów. Żyją wizją nowego świata i nie chcą, by ich uwagę odwracały trywialne przelotne ambicje. W ten sposób przekraczają swój obecny stan i przechodzą od biernego fatalizmu do radykalnego aktywizmu.
Droga chrześcijańska
Czy istnieje trzecia droga — droga chrześcijańska? Jestem coraz bardziej przekonany, że w Chrystusie droga mistyczna i rewolucyjna stanowią nie przeciwieństwa, lecz dwie strony tego samego sposobu doświadczania transcendencji. Uważam, że nawrócenie to dla jednostki odpowiednik rewolucji. Dlatego też każdy prawdziwy rewolucjonista jest wezwany, aby w swym sercu był mistykiem, a ten, kto podąża drogą mistyczną, powinien z kolei demaskować złudne wartości, którym hołduje nasze społeczeństwo.
Mistycyzm i rewolucja są dwoma aspektami tego samego dążenia do wprowadzania radykalnych przemian. Każdy mistyk powinien być krytykiem społecznym, gdy w refleksji nad sobą odkrywa źródła chorobliwego stanu społeczeństwa. Tak samo rewolucjonista nie może unikać konfrontacji z własną ludzką kondycją, gdy w ogniu walki o nowy świat odkrywa, że walczy również z własnymi lękami i fałszywymi ambicjami.
Mistycy, podobnie jak rewolucjoniści, muszą oderwać się od swoich egoistycznych potrzeb zabezpieczania i ochrony własnej egzystencji i bez lęku stawić czoło swojej mizernej kondycji i kondycji świata. Stąd nic dziwnego, że wielkich przywódców rewolucyjnych i wielkich mistyków naszych czasów łączy wspólna troska, aby wyzwolić człowieka nuklearnego z paraliżu. Być może ich osobowości są całkiem różne, ale pokazują tę samą wizję, która prowadzi do radykalnego samokrytycyzmu, jak i radykalnego aktywizmu. Ta wizja potrafi przywrócić „zerwaną łączność” (Lifton) z przeszłością i przyszłością, wprowadzić jedność do poszatkowanej ideologii i wyjść poza ograniczenia śmiertelnego ja. Ta wizja może stworzyć twórczy dystans do nas samych i naszego świata i pomóc nam wyrwać się z trudnego położenia.
Zarówno dla mistyka, jak i dla rewolucjonisty życie oznacza zerwanie okrywającej nas zasłony i podążenie za wizją, która się przed nami wyłania. Bez względu na to, jak tę wizję nazwiemy — Świętością, Bóstwem, Duchem czy Ojcem — wierzymy, że nawrócenie i rewolucja jednakowo czerpią swą moc ze źródła znajdującego się poza ograniczeniami naszej stworzoności.
Dla chrześcijan to Jezus jest tym, który pokazuje wyraźnie, że w poszukiwaniu transcendencji nie da się rozdzielić rewolucji i nawrócenia. Jego pojawienie się wśród nas potwierdziło niezaprzeczalnie, że przemiana ludzkiego serca i przemiana społeczeństwa nie są zadaniami oddzielnymi, ale połączonymi jak dwie belki krzyża.
Jezus był rewolucjonistą, ale nie ekstremistą, ponieważ nie oferował ideologii, ale dawał siebie. Był także mistykiem, który nie wykorzystał swej zażyłości z Bogiem, by zlikwidować społeczne zło swych czasów, ale wstrząsnął swym otoczeniem do tego stopnia, że został stracony jako buntownik. W tym sensie także dla współczesnego społeczeństwa pozostaje drogą do wyzwolenia i wolności.
Wnioski
Zobaczyliśmy trudne położenie ludzi nuklearnych, charakteryzujące się zerwaniem ciągłości historycznej, poszatkowaną ideologią i poszukiwaniem nieśmiertelności. Odkryliśmy dwie drogi: mistyczną i rewolucyjną, dzięki którym staramy się przekroczyć samych siebie. W końcu przekonaliśmy się, że Jezus-człowiek objawił chrześcijanom, że te dwie drogi sobie nie przeczą, ale są dwiema stronami tego samego sposobu doświadczania transcendencji.
Przypuszczam, że zawahacie się przed uznaniem siebie za mistyka lub rewolucjonistę. Jeśli jednak macie oczy do patrzenia i uszy do słuchania, odnajdziecie ich pośród siebie. Czasami są bezsprzecznie widoczni, aż drażniący, czasami dostrzegalni tylko częściowo.
Znajdziecie ich w oczach partyzantów, młodych radykałów albo protestujących kobiet. Dostrzeżecie ich w cichych marzycielach grających na gitarze w kącie kawiarenki, w łagodnym głosie mnichów, w melancholijnym uśmiechu studentów skoncentrowanych na lekturze. Zobaczycie ich w matkach, które pozwalają, aby ich synowie szli własną trudną drogą, w ojcach czytających dzieciom dziwne książki, w śmiechu młodych dziewcząt, w wyobraźni młodych buntowników i w determinacji protestujących. Znajdziecie ich w swoim mieście, rodzinie, a nawet w zmaganiach własnego serca, ponieważ oni są w każdym, kto czerpie siły z wizji świtającej na nieboskłonie życia i prowadzącej do nowego świata.
To ten nowy świat, wypełniający nasze marzenia, kieruje naszymi działaniami i każe nam iść dalej, mimo ryzyka, i z rosnącym przekonaniem, że pewnego dnia wreszcie będziemy wolni — wolni, by kochać!
Koniec bezpłatnego fragmentu
1 „Voices”, Chicago 1969.
2 Opowieść pochodzi ze zbioru Tales of Ancient India, przeł. z sanskrytu J.A.B. van Buitenen, Nowy Jork 1961, s. 50–51.
3 Robert Jay Lifton, History and Human Survival, Nowy Jork 1970, s. 318.
4 Robert Jay Lifton, Boundaries, Nowy Jork 1970, s. 98.
5 Robert Jay Lifton, Historyand Human Survival, s. 318.
6 Robert Jay Lifton, Boundaries, s. 22.
7 Robert Jay Lifton, Historyand Human Survival, s. 330.
8 Carl Rogers, On Becoming Person, Houghton Miffilin 1961, s. 26.
9 My Lai — wioska w Wietnamie południowym, w której 16 marca 1968 roku oddział żołnierzy amerykańskich dokonał masakry miejscowej ludności (przyp. tłum.).
