Zostaw ten świat pełen płaczu - DeSales Harrison - ebook
Opis

 

Debiutancka powieść o człowieku nękanym przez minione zbrodnie i wspomnienia o dawnej ukochanej – historia, która bada, co to znaczy kochać, zdradzać i wybaczać.

Daniel Abend jest psychoanalitykiem i samotnym ojcem mieszkającym w Nowym Jorku. Prowadzi udaną praktykę i wygodne życie: apartament na Upper West Side, piękna nastoletnia córka i niezmącona codzienna rutyna. Kiedy jeden z jego młodych pacjentów popełnia samobójstwo, jest to tragedia, ale łatwo wytłumaczyć ją depresją i uzależnieniem od narkotyków.

Ale wkrótce Daniel otrzymuje złowieszczą notatkę, która sprawia, że ​​kwestionuje śmierć pacjenta. Kilka dni później znika jego córka. Seria listów od nieznanego nadawcy skłania Daniela do podjęcia coraz bardziej desperackiej pogoni za córką i za prawdą. Do rzucenia się w poszukiwania sięgające minionych dziesięcioleci, kiedy był młodym mężczyzną mieszkającym w Paryżu, który zakochał się w kobiecie, a ta wywróciła jego życie do góry nogami.

Dzięki pięknemu stylowi i mistrzowskiej narracji Zostaw ten świat pełen płaczu jest wyrafinowaną i zaskakującą literacką zagadką dotyczącą uczuć, zdrady i odkupienia. Wybitna proza w wybitnym tłumaczeniu cenionego pisarza i tłumacza – Macieja Płazy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 401

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału THE WATERS AND THE WILD
Przekład MACIEJ PŁAZA
Wydawca i redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja ROMAN HONET
Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, JAN JAROSZUK
Projekt okładki LAURA KLYNSTRA
Adaptacja projektu okładki AGNIESZKA WRZOSEK
Opracowanie typograficzne, łamanie | manufaktu-ar.com
Zdjęcie na okładce © Dmitriy Razinkov / Shutterstock, Inc.
Copyright © 2018 by DeSales Harrison Copyright © for the translation by Maciej Płaza Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2019
Warszawa 2019 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66140-85-1
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
www.marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

dla Laury

PROLOG

PAŹDZIERNIK 2008

Gdybyście mieli noktowizor lub mogli spojrzeć w dół z krokwi kościelnego dachu niczym nocny ptak, dojrzelibyście go – pastora Spurlocka, leżącego na wznak, zatopionego w ciemności, z szeroko otwartymi oczyma.

Nie zauważył tej dziewczyny, gdy wchodziła. Kiedy to było? zastanawiał się, gdy tak spoczywał na łóżku polowym i błądził wzrokiem wśród skrytych w mroku łuków i żebrowań sklepienia. Policzył: trzy tygodnie temu. Minęły trzy tygodnie, od kiedy ujrzał ją przy stoliku kościelnej kawiarni. Wyglądała tak, jak gdyby siedziała tam zawsze, profil miała nieruchomy i poważny niczym postać z płaskorzeźby. Niewielki stolik, który wybrała, znajdował się pod witrażem przedstawiającym Noego. Kruk Noego przyglądał się jej bacznie, a właściwie rozłożonej przed nią kartce papieru, jak gdyby przycupnął na nadburciu arki wyłącznie w tym celu. Potem dziewczyna podeszła do niego, pokazała mu tę kartkę i błyskawicznie wyszła, zostawiając mu jedynie nazwisko „Clementine Abend” nagryzmolone na dłoni.

Jak długo tam siedziała, zapatrzona w wieczorny tłok na ulicy? Czy raczej zapatrzona poprzez ten tłok, poprawił się w myślach, tak jak patrzy się przez wodę na dno przejrzystego strumienia. Czy była tam już wtedy, gdy przepasał sutannę fartuchem i jak co dzień o siedemnastej rozpoczął swoją zmianę za kontuarem? I w którym momencie zmieniła się, samoistnie i niepostrzeżenie, z kogokolwiek w kogoś, a z kogoś w tę akurat dziewczynę?

Nie, nie była już dziewczyną. Wyczuwał to nawet ze swojego miejsca za ladą. Ile miała lat: osiemnaście? Być może, choć wyglądała na starszą. Dwadzieścia? Nie, nie aż tyle. Coś w jej zachowaniu, w nieruchomym, zamyślonym spojrzeniu upewniało go, że na nikogo nie czeka, że nikt się do niej nie dosiądzie. Olbrzymia masa ciemności spoczywała mu teraz ciężko na piersi niczym kamienna księga.

Tak, pamiętał, że wybrała stolik pod oknem Noego. Kruk garbił się nad jej ramieniem, smoliście czarny na tle szklistego przestworu wód potopu. Skoro był widoczny, gdy zjawiła się w kawiarni, skoro reszta witrażu jeszcze nie ściemniała, musiała przyjść przed zmrokiem. Siedziała przez cały wieczór, nawet gdy stróż Luis poskładał już pozostałe krzesła, pozsuwał stoliki i przypasał to wszystko łańcuchem do uchwytu zamocowanego w fasadzie kościoła.

– Buenas noches, padre. Que duerma bien[1] – powiedział, jak to miał w zwyczaju, i wyszedł. Zachodzące słońce pozostało za drzwiami. Dziewczyna czekała w nieczynnej kafejce zupełnie sama.

Przez osiem miesięcy działalności kawiarni, urządzonej w dawnej kaplicy Matki Boskiej, pastor Spurlock na koniec dnia zwykł intonować ironicznie:

– Zamykamy, idźcie w pokoju! Święty przybytek czynny codziennie, nawet w niedziele! – Wypełniał przestrzeń dźwięcznym księżowskim barytonem, po czym dodawał, naśladując emfazę czarnoskórych pieśniarzy: – Zwłaaaszcza w niedziele!

Teraz jednak nie wiedział, co powiedzieć. Miał szczerą nadzieję, że dziewczyna nie zamierza zostać w kościele na noc. „Całonocni goście”, jak z różną dozą ironii nazywano ich w radzie parafialnej, przychodzili zawsze cichaczem po zapadnięciu zmroku, upychali swoje wózki za kubłami na śmieci w zaułku za kościołem i wchodzili do środka bocznymi drzwiami. Dziewczyna na pewno do nich nie należała. Owszem, miała w sobie coś włóczęgowskiego – na sąsiednim krześle położyła znoszony plecak – lecz w jej postawie nie wyczuwało się aury upodlenia, jaka cechowała „całonocnych” i sprawiała, że wydawali się nietykalni i niedosiężni. Zdejmując fartuch, wielebny Spurlock postanowił zatem przybrać na powrót pozę duszpasterską i zagadnąć ją tak, jak zagadnąłby każdego innego turystę czy przechodnia wchodzącego z głównej alei. Mógł powiedzieć na przykład: „Witam w Parafii Wcielenia Pańskiego. Jestem ojciec Spurlock. Cóż to, córko, dziś cię do nas sprowadza?”. Po raz pierwszy pożałował, że zapuścił aż tak gęstą płową brodę – zakrywała mu koloratkę.

Trzy tygodnie później, gdy z polowego łóżka wpatrywał się w niezmierzoną ciemność kościoła, widział wciąż, jak gdyby ciągle tam był – profil dziewczyny na tle ściany pod witrażem Noego. Powiedziała, że „dozorca”, jak go określiła, przykazał jej zaczekać do zamknięcia kawiarni; stwierdził, że wtedy padre Spurlock będzie mógł się z nią zobaczyć.

Zatem, pomyślał pastor Spurlock, za to również należy podziękować Luisowi.

– Podziękujmy za to Luisowi! – obwieszczała nieznużenie, czasem z rozbawieniem, czasem z wdzięcznością bądź irytacją, pani Nickerson, parafialna sekretarka o włosach jak u pazia. Luis, który na liście płac figurował jako kościelny, a sam, choć pracował w parafii od czterdziestu lat, pod szóstym już proboszczem, mówił na siebie portierro. Do pomysłu urządzenia kawiarni podszedł z właściwą sobie bierną pobłażliwością. Ciekawe, zastanawiał się Spurlock, ile już razy Luis widział, jak w parafii rozkwitają, a potem więdną takie i inne „działania na rzecz potrzebujących”. Ile godzin, dni, lat sprzątał po rozmaitych imprezach z udziałem wolontariuszy, amatorskich przedstawieniach, składkowych przyjęciach i operach rockowych, ile razy ustawiał w alei stoliki z wodą przed niedzielnymi maratonami, ile razy zmiatał na szufelkę nieprzebrane bogactwo psich kup po dorocznym święceniu zwierząt, szeroko rozgłaszanym w kościele? Każde nowe polecenie Spurlocka kwitował wyuczonym i beznamiętnym:

– Jeśli padre sobie życzy...

No ale kto jak nie on teraz na koniec każdego dnia składał krzesła i stoliki? Należało mu podziękować: za to, że wkręcił w ścianę uchwyt na łańcuch, że co wieczór zmiatał z chodnika przed kościołem saszetki po cukrze, skórki z cytryny i mieszadełka do kawy, że co rano otwierał lokal pierwszym klientom, parzył kawę i wykładał na ladę wypieki.

Należało mu też podziękować – i niestety chyba także Bogu – że nie zamyka na klucz bocznych drzwi kościoła. Luis zaczął się dopuszczać tego odstępstwa od swoich obowiązków niedługo po otwarciu kawiarni, jak gdyby chciał powiedzieć: „Skoro wabimy zamożniejszych przechodniów z alei na cappuccino i biszkopty, ciertamente moglibyśmy ugościć także tych nędzniejszych, dając im kąt do spania”. Z początku do środka zakradały się najwyżej jedna, dwie nieokreślone postacie, które Spurlock rozpoznawał mgliście z kościelnych schodów: przesiadywały tam za dnia, a na noc zagrzebywały się w legowiskach z kartonów, gazet, folii bąbelkowej i strach myśleć czego jeszcze. Gdy zrobiło się chłodniej, w otwartym kościele pojawiały się kolejne osoby. Niedługo potem zaczęły napływać pochwały ze strony władz miejskich, skargi od jednych parafian i wyrazy entuzjazmu od innych, a zebrania rady parafialnej wypełniły długie, żmudne debaty, podczas których powtarzano w nieskończoność solenne frazy: „robimy to dla braci Jego najmniejszych”, „przynajmniej tyle możemy dla nich uczynić”, „pełnimy misję”, „mamy jasno określoną misję”, „poszerzamy misję”...

– Za to wszystko, szefie, trzeba podziękować Luisowi – oznajmiła pani Nickerson, jak gdyby mówiła to po raz pierwszy, wręczając Spurlockowi list z wyrazami uznania od władz.

Całonocnymi gośćmi byli mężczyźni, głównie starsi; wielu z nich drżało, wszyscy byli milkliwi. Bóg wie, jak długo żyli na ulicy i czego doświadczyli w oficjalnych miejskich schroniskach Bellevue czy Wards Island, że trzymali się od nich z daleka. Parafianie woleliby pewnie gościć dręczone kobiety lub nastoletnich homoseksualistów, których mieszczańscy rodzice wypędzili z domów, ale ci mrukliwi włóczędzy i tak niechętnie przyjmowali oznaki współczucia czy troski. Opancerzeni w zatłuszczone łachmany i okryci chmurami smrodu z trudem znosili najbłahsze wyrazy szacunku.

Pastorowi Spurlockowi największą trudność sprawiał właśnie ten smród. Któregoś razu, wiedziony czymś, co określał jako odruch solidarności, zaczął przez cztery noce w tygodniu sypiać wśród nich na łóżku polowym. Zapadał w sen na krótko, znużony trudami dnia, lecz szybko się budził, gdy tylko uderzył w niego oblepiający opar brudu, zepsutych zębów, moczu i łuszczącej się skóry. Z początku sądził, że się przyzwyczai, może nawet polubi to jako oczyszczającą pokutę. Solidarność z ubogimi, z nagimi, z więźniami! Cóż za wyboista ścieżka zbożnego samozaparcia! Cóż za szlachetność! Cóż za absurd! W gardle wezbrała mu gula zdławionego idealizmu z czasów seminarium, po czym rozpuściła się, jak gdyby czknął. Jak szybko się to wszystko potoczyło! Jak szybko przeobraził się ze świeżo wyświęconego diakona tymczasowego – nieopierzonego i rozpromienionego, radykalnego w podejściu do liturgii, z głową pełną wymyślnych projektów dla młodzieży – w znerwicowanego, cierpiącego na bezsenność proboszcza uwięzionego w niemrawej parafii, a właściwie jej resztce, z wiecznie niedomagającym budżetem. Jego poprzedniczka, pastorka Janice, przeniosła się do centrum miasta, gdzie miała służyć jako kanoniczka w katedrze, i zabrała z sobą swój dźwięczny śmiech, swój słynny saksofon oraz młodszą połowę kongregacji. Starszy administrator na zebraniach rady parafialnej wciąż uparcie nazywał Spurlocka Syneczkiem. Owszem, Spurlock był najmłodszym proboszczem w niemal dwustuletniej historii parafii, ale miał wrażenie, że to, co zostało z młodości, wisi na nim jak wieczorowa marynarka na kimś, kto w niedzielę rano wraca do domu. Po pięciu krótkich, lecz znojnych latach wylądował na płaskowyżu pod nazwą „wiek średni” i przyglądał się z oddali, jak jego żona Bethany w pocie czoła pracuje w kancelarii prawnej, ponieważ, jak mówiła, ktoś w ich małżeństwie musi zarabiać na życie.

Bethany mocno wyróżniła się w ekipie, którą szefowie kancelarii wyznaczyli do bronienia pewnej korporacji farmaceutycznej przed pozwem zbiorowym i nagrodzili ją za to rosnącą w nieskończoność listą obowiązków, przez co teraz odpowiednio więcej czasu spędzała w pracy. Gdy wyznaczono ją do tej sprawy, Spurlock obwieścił z niejaką satysfakcją, że będzie dbał, by w domu zawsze czekała na nią kolacja – o którejkolwiek godzinie wróci – lecz to postanowienie wylądowało na tym samym cmentarzysku, co wiele innych jego małżeńskich inicjatyw, jak nauka brydża czy wspólne chodzenie na jogę. Bethany wolała zjeść kolację z członkami swojego zespołu, by potem móc do późna ślęczeć z nimi w pracy, i gdy wreszcie pod drzwiami rozlegał się stukot jej obcasów, Spurlock zawsze od dawna już spał na kanapie, przygwożdżony cielskiem beztroskiej kotki Perpetui. Nie uzgodniwszy tego z żoną ani nawet z sobą, Spurlock zwiększył liczbę swoich dyżurów w zaimprowizowanym schronisku z jednej do dwóch, a potem czterech nocy w tygodniu.

Czyżby jakimś przewrotnym sposobem doszedł do tego, że woli spać w kościele, w fetorze potu i nędzy, niż we własnym domu? Czyżby właśnie tak Duch Święty sprowadził jego duszę na drogę cnoty: nie przez perswazję, lecz po prostu pozbawiając go alternatywy? Nie, jednak nie. Spurlock zdawał sobie sprawę, że spędza większość nocy w schronisku nie dlatego, że to cnotliwe, lecz dlatego, że jest to wiarygodny, a zarazem łatwy sposób stawienia choć minimalnego oporu; dzięki niemu mógł łatwo oddalić się od swojego gabinetu na piętrze, od biurka pani Nickerson i zstąpić w ciemność kościoła. Skoro kościół był statkiem – to właśnie znaczyło słowo „nawa”, jak tłumaczył co roku garstce znudzonych kandydatów do konfirmacji – przemożna siła grawitacji ściągała go na dół, do kajuty zamieszkanej przez tę szkieletową załogę, upiornych pasażerów na gapę. Gdy to wytłumaczenie straciło moc przekonywania, zaczął sobie powtarzać, że wszystko się zmieni, gdy zakończy się proces firmy farmaceutycznej lub przynajmniej gdy Bethany awansuje w kancelarii na pełnoprawną partnerkę. O ile jednak niegdyś ta perspektywa działała na niego krzepiąco, teraz napełniała go lekką trwogą.

Tamtego wieczoru to ona odezwała się pierwsza:

– Czy padre oznacza, że jesteś tu, ojcze... – zawahała się i odchrząknęła, jak gdyby nienawykła do brzmienia własnego głosu – przełożonym?

Do tej pory jej profil wyglądał srogo, wyostrzał go wysoki grzbiet nosa i pociągnięte czarną kreską brwi. Teraz, gdy obróciła się w jego stronę, wyglądała młodziej, a pełne usta miała zasznurowane w wyrazie niepewności. Spurlock zmieszał się, gdy poczuł na sobie jej spojrzenie. W jej twarzy coś błysnęło złotawo, może kolczyk w nosie lub brwi, może w uchu? To nie ozdoba, pomyślał, tylko umartwianie się. Jakże młodzi ludzie muszą być udręczeni swoim straszliwym pięknem!

– Przełożony? Brzmi nieźle – powiedział, przybierając uprzejmy ton. Dziewczyna nie odwzajemniła uśmiechu, dodał więc: – Tak, jestem proboszczem. Nazywam się Nelson Spurlock. W czym mogę pomóc?

Jej następne słowa utkwiły mu w pamięci na zawsze:

– Sądzę, ojcze, że możesz mieć coś dla... dla Clementine Abend. Coś, co przysłał mój ojciec.

Jej ojciec? Czyją mogła być córką? Czyżby go z kimś pomyliła? Może poznali się już kiedyś, a potem Spurlock o niej zapomniał? Nie, pomyślał natychmiast, to niemożliwe. Nie zapomniałby takiej twarzy.

– Nie rozumiem – powiedział. – Pani ojciec miał tu coś przysłać?

– Może list. Nie wiem dokładnie. Może jakieś dokumenty.

– Pani ojciec jest z tej parafii?

– Nie, on jest... był psychoanalitykiem. Ale zdaje się, że jego pacjentka... Zdaje się, że kiedyś odprawiłeś, ojcze, pogrzeb jego pacjentki. Niejakiej Jessiki Burke.

Jessica Burke. Spurlock pamiętał ją doskonale. Jego pierwszy pogrzeb po mianowaniu na proboszcza. Jessica przedawkowała narkotyki. Miała wtedy dwadzieścia osiem lat, niewiele mniej niż on. Nie znał jej za życia, kościelny ustawił jednak obok trumny stojaczek z portretową fotografią, którą Jessica Burke, początkująca artystka, zrobiła sobie w lustrze. Stała za jakimś kosztownym aparatem skrzynkowym, hasselbladem lub rolleifleksem, twarz miała nachyloną ku wizjerowi, a chudą, mocno wytatuowaną rękę uniosła nad głowę i przytrzymywała nią włosy, by nie spadły na twarz. Zdjęcie sprawiało wrażenie, jakby Jessica zjawiła się na własnym pogrzebie jako fotograficzka, niestosownie ubrana, obojętna, zirytowana, że musi pracować w sobotni ranek.

– Pani ojciec znał mnie tylko dlatego, że odprawiłem pogrzeb jego pacjentki?

Dziewczyna rozłożyła na ladzie odręcznie zapisaną kartkę.

– On pisze tutaj... – Urwała, po czym zaczęła od nowa: – Ten dokument to testament, jego ostatnia wola, przynajmniej jej część.

– Ostatnia wola pani ojca?

– Tak. Jest napisana po francusku. Mogę przetłumaczyć, ojcze, jeśli chcesz.

Spurlock bąknął, że uczył się trochę francuskiego w liceum, ona jednak, wodząc palcem w ślad za precyzyjnym pochyłym pismem, już zaczęła czytać:

– Zaczyna się tak: „Maître...”.

– Czyli „panie”? – spróbował zgadnąć Spurlock.

– Tak – zarumieniła się, może ze zniecierpliwienia – ale takiego zwrotu używa się w stosunku do adwokatów czy znawców prawa. No więc tak: „Maître...”. – Tłumaczyła płynnie z francuskiego, przerywając od czasu do czasu i szukając w głowie najtrafniejszych angielskich wyrażeń. Prawnicze sformułowania przychodziły jej na myśl bez trudu, jak gdyby miała już wprawę w czytaniu ostatnich życzeń zmarłych. – „Ja, niżej podpisany, zamieszkały obecnie przy West 79th Street 152 w mieszkaniu 8A, w mieście Nowy Jork, stanie Nowy Jork, niniejszym dodaję kodycyl do mojej ostatniej woli. Ponieważ lokum...”. Nie, tak źle. Nie lokum, raczej domostwo... a może lokal? „Ponieważ lokal, który zamieszkiwałem z córką przez okres jej niepełnoletności, od tej pory ma zostać opróżniony i sprzedany, niniejszym rozporządzam, by zgodnie z... – urwała znowu – by stosownie do postanowień związanych z moim majątkiem wszelka przyszła korespondencja dotycząca rzeczonego majątku przekazywana była mojemu jedynemu dziecku i jedynej dziedziczce”... Nie, nie „jedynej dziedziczce”, lepiej „wyłącznej spadkobierczyni”: „mojej wyłącznej spadkobierczyni pod następującym adresem”. Oto ten adres. – Obróciła kartkę tak, by Spurlock mógł przeczytać:

Clementine Abend

do rąk własnych ks. proboszcza Nelsona Spurlocka

Parafia Wcielenia Pańskiego

Nowy Jork, stan Nowy Jork, USA

– To ten kościół, zgadza się? – Spurlock skinął głową, tymczasem ona tłumaczyła już dwa ostatnie zdania: – „Z wyjątkiem przedstawionego niniejszym zastrzeżenia potwierdzam i ogłaszam ponownie mój testament podpisany przy świadkach 15 sierpnia 2008 roku i złożony w kancelarii prawnej Crulwich, Labrie i Steiner. Proszę przyjąć, maître, moje wyrazy najgłębszego szacunku. 29 sierpnia 2008 roku”. Tyle – dokończyła. – Nawet nie podpisał.

– Nelson Spurlock to ja. – Pastor usłyszał swój głos. Speszył się, widząc własne nazwisko na kartce napisanej niespełna dwa miesiące wcześniej przez nieznanego mu człowieka; czuł się usidlony jego odręcznym pismem, uwięziony w języku, który słabo rozumiał.

– Zatem jeśli cokolwiek przysłano do mnie, przysłano to tutaj.

– Tak wynika z tego pisma? – spytał Spurlock.

– Nie otrzymałeś niczego, ojcze?

– Nie otrzymałem? – powtórzył, jak gdyby to też było obce słowo.

– No, jakiejś poczty. Jak mówi to pismo. Czy nie przyszło nic na moje nazwisko mniej więcej przez ostatni miesiąc?

– Nie, chociaż... Nie... Może moja sekretarka... – jąkał się Spurlock, choć przecież było niemożliwe, by jakikolwiek list przeszedł przez ręce pani Nickerson bez otwierania. – Nie, nic nie zauważyłem – dokończył.

– Ani list? Ani paczka?

– Nic. – Z zaskoczeniem poczuł, że ta odpowiedź go zabolała. Dlaczego właściwie miało go boleć, że rozczarował tę nieznajomą, niemal dwukrotnie młodszą od niego dziewczynę? – Przykro mi, panno Abend. Ale jeśli zapisze mi pani swój adres i może także telefon, obiecuję, że dam pani znać, jeśli coś się pojawi. Kiedy coś się pojawi. Dam znać natychmiast.

Wtedy, właśnie w tamtej chwili, w wyrazie jej twarzy nastąpiła zmiana. Dziewczyna nagle spojrzała na niego tak, jakby to on mówił w niezrozumiałym języku.

– Obiecuję – ciągnął – Clemen... panno Abend, że jeśli adres podany w kodycylu, ten na Upper West Side, jest już, no... nieaktualny – brnął w kolejne gafy – to może jest jakiś właściwszy, pod jakim mogę panią zastać?

– Że co?

– No, jeśli ten adres... jeśli jest jakiś lepszy adres... W każdym razie obiecuję, panno Abend, że... – Spurlock miał nieodparte wrażenie, że mówi wyłącznie do siebie.

– Clementine Abend... – zaczęła, ale nie dokończyła.

– Tak, Clementine, jeśli mogę... – mówił, zakłopotany własną natarczywością – potrzebuję tylko... – Wyjął z kieszeni długopis, nie mógł jednak znaleźć żadnego papieru, zaczął więc zapisywać sobie na dłoni: – Clementine Abend – powtórzył pomału i wyraźnie. Dziewczyna wówczas wymamrotała, że musi już iść, odeszła od lady, podeszła do stolika pod witrażem przedstawiającym Noego, błyskawicznym ruchem zarzuciła plecak na ramię i wyszła na ulicę. Spurlock poczuł na sobie świdrujący wzrok kruka.

– No i co teraz, ojcze? – zdawało się pytać ptaszysko.

Działo się to trzy tygodnie temu. Przez następne dni Spurlock często łapał się na tym, że zastanawia się, czy Clementine Abend zjawi się raz jeszcze i znów spyta, czy do jego rąk trafiła jakaś poczta zaadresowana do niej.

Do moich rąk, powtórzył w myśli.

Abend. Nic mu to nazwisko nie mówiło.

Przewertował księgi parafialne, ale nie znalazł nikogo, kto by się tak nazywał. Przekartkował nawet księgę wizyt w kancelarii aż do dnia pogrzebu Jessiki Burke trzy lata temu. Abend. Abend. Nikt nie przychodził mu na myśl, choć ufał swojej pamięci do nazwisk i twarzy, zarówno parafian, jak i gości. Jeżeli przyjdzie jakaś poczta, jak odnajdzie Clementine? Nie zostawiła żadnego śladu. Musiał po prostu czekać, aż zjawi się ponownie, ona jednak nie dawała znaku życia. Czy przyczyną jego niepokoju było wyłącznie to, że ujrzał własne nazwisko uwięzione w nieczytelnym manuskrypcie nieznajomego? Czy może, zaczynał podejrzewać, raczej coś zupełnie innego: to, że może nigdy więcej nie zobaczy tej twarzy, jej twarzy?

Minęły trzy niespokojne tygodnie. Dziewczyna się nie zjawiła. Nie przyszła też do niej żadna poczta. Aż do dziś. Spurlock zamrugał, żeby odpędzić sen. Nie chciał snu, który nakrywał całe jego ciało swoim wstrętnym, zimnym i sztywnym ciężarem. Gdyby umiał po prostu odpędzić go od siebie, podnieść się z polówki, udowodniłby sobie, że ten ciężar nie jest ciężarem. Poszedłby po ciemku do kancelarii i przekonał się, że list leżący na jego biurku jest jedynie listem, tym samym przedmiotem, jakim był wówczas, gdy nieświadomy niczego Spurlock otwierał kopertę. Przyszedł ze zwykłą codzienną pocztą, jeden z wielu listów, jakie trafiały na jego biurko, jedna z wielu przesyłek, jakie zwykle przychodziły od księgowych, doradców podatkowych, rewidentów czy kancelarii diecezjalnych. Pani Nickerson opatrywała je datą i wkładała do odpowiednich teczek lub odkładała na bok, jeśli wymagały omówienia na zebraniach rady. Cóż więc miał począć z tym, że ta właśnie koperta, prostokąt śliskiego, prążkowanego papieru z zagranicznym znaczkiem, nie pasowała, jak się okazało, do żadnej przegródki i została opisana starannym drukowanym pismem jako prywatna i poufna? Gdyby otworzył ją ponownie, ujrzałby plik kartek cieniutkiego, nieważkiego peluru. Może odkryłby, że wcale ich wcześniej nie przeczytał jednym tchem, siedząc jak sparaliżowany, że to także był jedynie strzępek snu, który strząsnął z siebie i odrzucił precz. Może odkryłby, że nie słyszał jeszcze zapisanego w nich głosu: napiętego, cierpliwego, gorączkowego, rozdrażnionego, natarczywego niczym wiertło wgryzające się w skałę.

Nie pamiętasz mnie, ojcze. Nazywam się Daniel Abend.

Jakiś krzyk wyrwał go z zamyślenia. Czy to on krzyknął, czy ktoś ze śpiących? Spurlock usiłował skupić na czymś wzrok, znaleźć punkt zaczepienia w ciemności wirującej nad głową, ale na próżno, była to owa szczególna, absolutna czerń witrażu nocą, o szybkach i ołowianych ramkach jednakowo wyzbytych światła, z postaciami równie czarnymi jak kruk Noego. Przez oddechy i szmery z łóżek dobiegał pomruk niespokojnej alei – najwyraźniej noc nie była jeszcze późna – lecz czarne okna stwarzały wrażenie, że kościół, niczym jaskinia lub chodnik w kopalni, nie ma żadnego zewnętrza.

Sądzę, ojcze, że możesz mieć coś dla... dla Clementine Abend. Coś, co przysłał mój ojciec...

– tak powiedziała trzy tygodnie temu, zwrócona ku niemu już nie srogim, ostro zarysowanym profilem, lecz wprost, i tak właśnie widział ją teraz: idealnie owalną twarz, matowe, niklowo szare oczy, gdzieś z boku złoty błysk, pewnie kolczyk, pomyślał Spurlock, wpięty dlatego, że dla młodych ludzi własne piękno jest nieznośne.

...coś dla Clementine Abend.

Nie, to oczywiste, że nie była już dziewczyną, mimo że tak czyste były te jej szare oczy, tak gładkie krzywizny policzków. Jej twarz została zaciągnięta przez kogoś lub przez coś niewidzialnym woalem troskliwej opieki.

Sądzę, ojcze, że możesz mieć coś, co przysłał mój ojciec.

Gdy wtedy przyszła, nic dla niej nie miał, dziś jednak wśród porannej poczty znalazła się ciężka koperta zawierająca plik leciutkich kartek.

Nie pamiętasz mnie, ojcze. Nazywam się Daniel Abend.

Spurlock, zgarbiony nad biurkiem, przecytał list, nie zauważając, że pani Nickerson wyszła już do domu, że słońce zaczęło gasnąć w oknie za jego plecami, że cały świat zaczął znikać, a wraz z nim jego własne ciało; Spurlock stał się tylko cieniem schylonym nad plikiem kartek w świetle lampy, delikatnych, lecz gęsto zapełnionych maszynowym pismem, wypełnionych nieustępliwym ciężarem samych słów, tym samym, który teraz go przygniatał.

Clementine Abend nie wróciła. Spurlocka wypełniła nieuzasadniona, lecz zarazem nieodparta pewność, że nigdy więcej jej nie zobaczy.

Sen ukoił wreszcie udręczoną duszę pastora, lecz nawet gdy już otuliła go ta pozbawiona zewnętrza czerń, czuł, że ona drży i pęka, że pokrywa się siateczką rys, dzieli się na mrowie kawałków, drobnych poruszeń, z początku chaotycznych, następnie nabierających kształtu, najpierw obracającej się sfery, potem wirującego stożka – ten zaś zaczął opadać mu na pierś jak chmara kosów, która jesienią po zmroku zlatuje na samotne drzewo.

1

Nie pamiętasz mnie, ojcze. Nazywam się Daniel Abend.

Nawet jeśli widziałeś moją twarz, to jako jedną z wielu na pogrzebie Jessiki Burke trzy lata temu, niemal co do dnia. Pamiętasz, ojcze, Jessicę Burke, prawda? Zdaje się, że była córką waszej parafianki. Zmarła z przedawkowania. Nie chodziłem do kościoła Wcielenia Pańskiego, właściwie do żadnego kościoła, od wielu lat. Do przyjścia na pogrzeb nie skłoniła mnie żałoba, jedynie więź, jaka łączy psychoanalityka z pacjentem, owa nierównoprawna dwuznaczna bliskość, która zarazem stwarza oddalenie.

Jessica przez dwa lata była moją pacjentką. Poddawałem ją psychoanalizie, widywaliśmy się więc cztery razy w tygodniu, na początku terapii nawet pięć. Przez te dwa lata słuchałem jej częściej i uważniej niż własnej córki Clementine, która nagle skryła się przede mną w zawierusze dorastania. Wierzyłem, że dobrze znam Jessicę, nie gorzej niż każdego innego pacjenta. Wierzyłem, tak jak wiele innych osób obecnych na pogrzebie, że w końcu udało się jej rozwinąć skrzydła, że naprawdę zaczęła nowe życie. Co więcej, jestem przekonany, że ona też w to wierzyła i przypisywała mi tę zasługę. Po kilku nieudanych próbach zdołała ostatecznie uwolnić się od heroiny. Zaczęła „tworzyć sztukę”, jak mówiła, wróciła na zajęcia z rysunku, które raptownie porzuciła rok wcześniej. Napisała podanie o przywrócenie na studia i zaczęła uczęszczać na kursy wieczorowe. Naprawiła zerwane więzi z rodziną. Wierzyłem, że miewa się lepiej, wierzyłem, że już nic jej nie grozi, i właśnie dlatego, że w to wszystko wierzyłem, wieść o jej śmierci była dla mnie ogromnym wstrząsem.

Zdarzało się już, że moi pacjenci umierali w trakcie terapii, czasem wskutek choroby lub starości, bywało też, że umierali młodo. Poznałem ten szczególny rodzaj żalu, głęboki, lecz wąski, który zna każdy psychoanalityk, gdy przez długi czas zagląda w duszę uwolnioną od zewnętrznych kontekstów, rozchylającą się i rosnącą w świetle jego troskliwej uwagi, a potem niespodzianie wieko zamyka się i światło gaśnie. Mówi się, że psychoanaliza to szkoła ograniczeń: sesja musi mieć koniec, terapia musi mieć koniec, tak samo jak musi się skończyć dzieciństwo i całe życie. Może tak jest. Nawet przy najmłodszych pacjentach nie wmawiałem sobie, że ich śmierć jest niemożliwością. Czy nawet rodzice potrafią sobie wmówić, że śmierć ich dziecka jest niemożliwa?

A jednak w przypadku Jessiki właśnie tak myślałem, czy właściwie czułem, aż do chwili, gdy zasiadłem w kościelnej ławce obok starego Itzala, odźwiernego z mojej kamienicy, z którym się przyjaźniła. Najzwyczajniej w świecie czułem, że to niemożliwe, że ona nie mogła umrzeć – nie Jessica Burke, która ledwie w poprzedni piątek zajęła miejsce na kanapie w moim gabinecie, jak zwykle krzyżując nogi w kostkach, i opowiadała mi o swoich nowych butach. To były buty motocyklowe, ze sztywnej szorstkiej skóry, tak nowe, że aż wiercił mnie w nosie ich garbnikowy zapach.

– Będę musiała przejść milion ulic – powiedziała – zanim przestaną mnie od nich boleć nogi.

Był to pierwszy raz, gdy zapomniała o wszystkim, co przeszła, i kupiła sobie nowe buty. Gdzie miałaby przejść ten milion ulic, jeśli nie w przyszłości, wypełnionej planami i zobowiązaniami, na rojnym i gwarnym terytorium, które uznała za swoje?

Napisałem, że wieść o jej śmierci była dla mnie ogromnym wstrząsem. Nie, właściwie nie była – wstrząs dopiero miał nadejść. Coś go opóźniło, utrzymało w zawieszeniu, może z litości dla mnie, a może wręcz przeciwnie, w rozkosznym oczekiwaniu na moją rozpacz.

Miałem wtedy ochotę napisać do ciebie, ojcze, zaraz po pogrzebie. Znalazłem nawet adres kościoła. Cóż mógłbym wówczas powiedzieć: że w imieniu Jessiki jestem wdzięczny, że nad jej trumną przemówił ktoś inteligentny, wymowny i pozbawiony złudzeń? Że pomogłeś nam, ojcze, pożegnać się z nią, nie ukrywając, że jej życie było wypełnione bólem, nieustannym cierpieniem, nie zaprzeczyłeś, że często marnowała, a ostatecznie unicestwiła swój talent? Do dziś z wdzięcznością wspominam początek kazania. Przedawkowanie! Czyli coś, co jest nie do wytrzymania. Ciało tego nie zniesie. Nikt nie zniesie. Straciliśmy naszą przyjaciółkę i córkę Jessicę z powodu przedawkowania. Tak, już sam ten fakt był nie do wytrzymania, a gdy tam staliśmy pogrążeni w żałobie, zalewał nas istny potop śmierci, woda sięgała nam po szyję. Pomyślałem wtedy o tobie, ojcze, że na pewno masz dzieci. Może właśnie córkę, tak jak ja, może trudną córkę, z problemami. Pomyślałem, że śmierć Jessiki tobą również głęboko wstrząsnęła. Mówiłeś, ojcze: nie mieści nam się to w głowie. To nie do wytrzymania. Nasze życie jest nie do wytrzymania. Zbyt wiele pokus, ponęt, nieudanych początków, fałszywych obietnic. Zbyt wiele bólu. Zbyt wiele zgryzoty. I nie da się tego ująć w słowa, bo czasami – mówiłeś, ojcze – zgryzota wymyka się wszelkiemu pocieszeniu.

Wyjaśnienia zaś nigdy nam nie wystarczają. Pamiętam, jak mówiłeś, ojcze: nigdy nie zrozumiecie głębiny rozpaczy. Do tej pory na żadnym pogrzebie nie słyszałem, na pewno nie z ust kapłana, słów otuchy wypowiedzianych z takim dystansem, i chciałem ci za to, ojcze, podziękować. Gdybym napisał do ciebie wtedy, właśnie to powinienem powiedzieć.

Celem tamtego kazania, jak wyjaśniłeś, ojcze, było postawienie przed nami wyzwania. Na wstępie musieliśmy przyznać, że Jessica Burke odebrała nam możność pocieszenia, sformułowania zadowalających wyjaśnień, porzuciła nas na wyboistym, niezbadanym terenie. Drugim krokiem miał być akt wiary, lecz wiary nie w opatrzność czy mądrość Bożą – byłoby to zwyczajne pocieszenie – ale w to, że jej podróż, tak samotna i trudna, dobiegła końca. Zaczęło się dla niej coś zupełnie nowego. To nie tak, mówiłeś, że Jessica Burke zagubiła się do końca. Mieliśmy uwierzyć w coś innego: że sami jesteśmy zagubieni.

Potem mówiłeś dalej, lecz ja pogrążyłem się we własnych rozmyślaniach, na przykład o tym, co powiedział mi policjant po zadaniu, jak to określił, „kilku rutynowych pytań”:

– To musi być dla was trudne, gdy kogoś tracicie, co?

Poruszył mnie sposób, w jaki to powiedział, poruszyło mnie to śmiertelnie poważne „dla was”.

– Owszem, jest – odparłem.

Miał rację, podobnie jak ty, ojcze: to wyboisty, niezbadany teren. Niemniej na przekór tej wyboistości, twardości kamienistego gruntu poczułem wtedy, w kościelnej ławce, że coś się we mnie rozjarzyło i nigdy nie zgaśnie; żal przybrał postać słabiutkiego, lecz nieugaszonego płomienia. Nieugaszonego! Dobry Boże, jakże mnie ucieszyła ta myśl, ta trafna fraza, jakże mnie pokrzepiła, jak gdyby samymi słowami dało się ukoić nienasyconą pamięć o jej osobie – lub po prostu moje wspomnienia. Płakałem więc bez wstydu, jak gdybym spełniał swój obowiązek. Ukryłem twarz w dłoniach, kątem oka widząc obok niewzruszoną postać starego Itzala, i płakałem.

Gdybym napisał do ciebie, ojcze, bez zwłoki, powiedziałbym chyba właśnie to: że uradował mnie ten pogrzeb. Przyznaję, czułem wtedy coś na kształt szczęścia, jak gdyby ów słodki żal, gasnący, lecz do końca nieugaszony, był moją zapłatą i niezbywalnym prawem, jak gdyby nie była to ostatnia szczęśliwa chwila dana mi w życiu, jak gdyby śmierć Jessiki Burke nie oznaczała dla mnie kresu wszelkich satysfakcji – wszelkich oprócz najostatniejszej.

No i proszę: zacząłem się spowiadać. Czy wysłuchasz, ojcze, tej spowiedzi – choć nie wierzę w nic, choć nie potrafię nawet stwierdzić, czy spowiadam się z poczucia winy czy z grzechu, czy w ogóle jest to spowiedź? Zapewniam cię, ojcze: nie wierzę w nic. Jeżeli się teraz naprawdę spowiadam, to bez nadziei na przebaczenie, a tym bardziej na odpuszczenie i odkupienie. Co więcej, jeśli powiem, że to ja przyczyniłem się do śmierci Jessiki Burke, nie uwierzysz mi. Pomyślisz, że nie ma czego przebaczać, że ja nie potrzebuję przebaczenia, tylko pomocy. Będziesz tak sądzić do samego końca, dopóki ta opowieść nie narzuci nam obu swojej konkluzji. Wówczas przekonasz się, ojcze, że człowiekowi, którym byłem, niepodobna przebaczyć.

2

O jednym wszakże pamiętaj: nie skrzywdziłem Jessiki Burke cieleśnie. Od pierwszej wizyty, gdy uścisnęliśmy sobie dłonie, nie dotknąłem jej już. Wiedziałem, że mieszka sześć przecznic od mojej kamienicy, ale nigdy nie widziałem jej na ulicy ani nigdzie indziej w pobliżu. Choć tyle godzin spędziła w moim gabinecie, jedynie czasami, przelotnie, obracała twarz w moją stronę. Dopiero na koniec, gdy po sesji wstawała z kanapy, podnosiła wzrok i spoglądała mi w oczy, robiła to zaś zawsze w sposób nieco wymuszony, tak samo jak zmuszała się, by powiedzieć: „Do zobaczenia”.

Byłem pewien, że zrobiłem, co do mnie należało, że bez zarzutu dostosowałem się do wszelkich reguł psychoanalizy: nie odsłoniłem się, a każdy przypadek przeniesienia, obrony czy oporu interpretowałem w sposób opanowany i obiektywny, zgodnie z regułami sztuki. Byłem pewien, że Jessica, jak wielu innych pacjentów, z czasem zaczęła doceniać tę neutralność, wystudiowaną nijakość i nieokreśloność psychoanalityka.

– Czy to nie straszne, że tak mało o panu wiem? – spytała mnie kiedyś. – Czy to nie straszne, że nie chcę wiedzieć więcej?

– Czasami kogoś tracicie – powiedział na przesłuchaniu policjant. Oczywiście miał rację. Komu od czasu do czasu nie przydarza się tragiczny wypadek czy pech? Na pogrzebie Jessiki sądziłem więc, że to koniec opowieści, tymczasem ona miała dopiero się zacząć. Przez kilka następnych dni trwało odroczenie, życie jakby odzyskało rytm, mimo że na te godziny, w których dotąd spotykaliśmy się z Jessicą Burke, nie zaplanowałem nowych sesji. Snułem mgliste plany, by ten uwolniony czas poświęcić na refleksję nad jej odejściem, chadzać na przykład na spacery wokół zalewu, gdyby zaś moja córka Clementine miała akurat przerwę między lekcjami, spotykać się z nią przy kawie czy kakao i ciastku cynamonowym w naszej ulubionej kawiarni u Esmégo naprzeciw jej liceum. Nie zrobiłem jednak żadnej z tych rzeczy: w pustych godzinach po wizytach Jessiki przesiadywałem po prostu w gabinecie i gapiłem się w czworobok światła rzucany przez słońce na ścianę przy kanapie. W ciągu godziny plama zmieniała kształt, ale na tyle wolno, że dostrzegałem to dopiero po fakcie.

W tę samą figurę ze światła wpatrywała się zawsze Jessica Burke przez dwa lata, gdy była pod moją opieką. Po co wtedy na nią patrzyłem? Czy czekałem, aż ten płaski kształt zacznie wibrować, aż uwolni się z niego ciche echo słów Jessiki Burke? Były to zawsze słowa zupełnie nieznaczące, odpryski powszednich trosk i zmartwień, biały szum codzienności tłumiący wszelkie krzyki, zarówno ekstazy, jak i grozy. Z początku nie podobał mi się jej głos, bo odnotowałem w sobie jako pierwszy przykład negatywnego przeciwprzeniesienia, nieuniknioną reakcję psychoanalityka na udrękę pacjenta. Na przekór nijakim blond włosom i ciuchom z lumpeksów Jessica w górnych rejestrach swojego głosu miała jakąś wyniosłą nutę; na przekór wytatuowanym knykciom jej gestykulacja zdradzała wielkopańskie zblazowanie. Minęło kilka miesięcy, zanim doceniłem delikatność i kruchość przezierające spod tych gestów, zanim w jej profilu dojrzałem piękno, które uparcie starała się zatrzeć, zanim przyznałem to, co musiałem zauważyć już za pierwszym razem, gdy zjawiła się w gabinecie: że jej oczy miały barwę jasnego lazuru.

Wydaje mi się, że minęły całe tygodnie, że całe mnóstwo osieroconych przez Jessicę godzin przeleciało mi na gapieniu się w ścianę. Tak naprawdę trwało to krótko, nie więcej niż dwa, trzy dni, których potrzebowała przesyłka, by przewędrować przez miasto i wylądować wśród rachunków i urzędowych pism na stoliku w korytarzu mojego mieszkania. Była to prosta koperta, przysłana na domowy adres. Być może przez kilka dni przeoczałem ją bądź lekceważyłem. W każdym razie to Clementine, z pewnością szukając czegoś innego, zwróciła mi na nią uwagę.

– Ktoś przysłał ci klucz? – spytała, podnosząc kopertę pod światło.

Rzeczywiście trudno było z czymś pomylić ciężar i kształt niewielkiego przedmiotu w rogu koperty wymiętej i pobrudzonej na taśmach pocztowych sortowni. Nie było w niej nic więcej, żadnej kartki, listu, tylko kluczyk z przytwierdzoną etykietką, na której widniało moje nazwisko wypisane zgrabnymi dużymi literami: D. Abend. Na kluczu wygrawerowano litery USPS i coś jakby numer seryjny. Był to klucz do skrytki pocztowej. To pewnie mój, pomyślałem. Jak wielu psychoanalityków, aby zachować zawodową anonimowość, trzymałem skrytkę pocztową z myślą o pacjentach przysyłających zapłatę czekiem. Clementine droczyła się ze mną z powodu tej skrytki, nazywała ją moim miłosnym gniazdkiem, alkową do sekretnych schadzek, lecz tak naprawdę sprawdzałem ją rzadko, nie częściej niż raz na tydzień. Zapewne niepostrzeżenie zgubiłem kluczyk, ktoś go znalazł, odniósł do najbliższego urzędu pocztowego, poczta na podstawie numeru zidentyfikowała właściciela i odesłała mi go. Było to tak oczywiste, że nie zadałem sobie trudu, by sprawdzić, czy mój klucz naprawdę zaginął. Niby po co, skoro trzymałem go w ręku?

W tamtej chwili nawiedziło mnie przeczucie, na razie ulotne, niczym ruch dostrzeżony kątem oka – intuicja uprzednia wobec myśli. Zjawiło się i zniknęło, zanim dotarło do mnie, że trzeba sprawdzić kółko z kluczami. Najpierw przybrało postać osłupienia: cóż to takiego, skąd się wzięło? Po chwili przeistoczyło się w coś innego, nie w trwogę, jeszcze nie, raczej w roztwór, z którego dopiero później wytrąciła się trwoga, bezbarwny i bezwonny, lecz z wyczuwalną domieszką pewności, że coś jest nie tak. Gdy Clementine zagadnęła mnie o kluczyk, a ja stwierdziłem, że to na pewno do mojej skrytki pocztowej, owo bezbarwne i bezwonne „coś nie tak” od razu uzmysłowiło mi, że kłamię – nie że się mylę, ale że kłamię. To przez owo „coś nie tak” nie sprawdziłem moich kluczy od razu, a gdy w końcu to zrobiłem, nie byłem zdziwiony, że właściwy kluczyk do mojej skrytki wisi bezpiecznie na kółku. To przez owo „coś nie tak” odczekałem do poniedziałku, aż Clementine poszła do szkoły, i dopiero wtedy udałem się na pocztę wyjaśnić sprawę. „Coś nie tak” już wcześniej wiedziało, że kluczyk nie będzie pasował do mojej skrzynki. Błąd urzędnika, pomyślałem, na pewno ktoś się pomylił, sprawdzając nazwiska przy numerach.

– Nie może pan otworzyć skrytki? – spytał urzędnik.

– Włożyłem kluczyk do zamka i... – zacząłem wyjaśniać, on jednak od razu schylił się i wyciągnął spod lady oprawiony na zielono rejestr.

– Daniel Abend, mówi pan? Ma pan jakiś dowód tożsamości?

– Tak, a gdy próbowałem przekręcić...

– To pański kluczyk. Skrytka numer 5504, opłacona do końca roku.

– Ale to nie ten numer – zacząłem znowu, lecz urzędnik znów zniknął, a po chwili wyszedł, sporo wyższy, niż się spodziewałem, z zaplecza.

– 55000, 5502... jest! – Przekręcił kluczykiem drzwiczki znajdujące się dokładnie pod moją skrytką i wyciągnął dużą kopertę. Odczytał adres: – Daniel Abend, skrytka numer 5504. Może niech pan to sobie gdzieś zapisze?

Wydało mi się, że nie ma sensu, a nawet możliwości, by protestować, że to wcale nie moja skrytka, do której pacjenci przysyłają mi czeki. Urzędnik zresztą zdążył już wrócić na stanowisko, bo z okienka usłyszałem jego chrapliwe wołanie:

– Następną osobę proszę!

I nagle, gdy tak stałem, trzymając w ręku kopertę wręczoną przez urzędnika, dotarło do mnie, że to ona ją przysłała, Jessica Burke we własnej osobie zaadresowała ją do mnie, ona napisała na kopercie moje nazwisko starannymi dużymi literami. Podobnie jak na kopercie z kluczykiem, na tej także brakowało nazwiska nadawcy, teraz już jednak wiedziałem, że obie przyszły od niej. Stałem i gapiłem się cielęcym wzrokiem na kopertę, tak jak czasem zatrzymujemy się na parkingu i gapimy się na samochód zaparkowany w podobnym miejscu i podobny do naszego, ale jednak nie nasz. Ta koperta była zarazem do mnie i nie do mnie, a skoro nie była do mnie, powinienem ją zwrócić, tak jak zrobiłbym z każdym listem, który trafiłby do mnie przez pomyłkę. Mogłem zwrócić też kluczyk, wrzucić go do najbliższej skrzynki na listy, tak jak wrzuca się do czyjejś skrzynki klucz do jego drzwi, gdy nie zamierza się ich już otwierać. Zrób to, powiedziałem do siebie. No już.

Nie zrobiłem tego. Moja ręka już otwierała kopertę i wyciągała pojedynczą kartkę w kratkę, wyrwaną z zeszytu. Była zapisana takimi samymi starannymi drukowanymi literami jak koperta, układającymi się... w co? Co to było? Jakiś wykaz? Lista jakichś czynności? Nie, coś innego. To był wiersz. Zanim zdążyłem go przeczytać, znałem go już, wiedziałem, o czym jest, o czym opowiada. Wiedziałem, jak się kończy.

Jessica Burke wspomniała przelotnie o tym wierszu podczas którejś sesji. Ktoś musiał go jej pokazać, a może miała go przeczytać na studiach wieczorowych. Jessica bardzo sobie upodobała te zajęcia, miała nadzieję, że uda jej się wrócić na dzienne studia, jeśli otrzyma zgodę uczelnianej administracji. Wydawała się podekscytowana, szczęśliwa. Była wiosna, a ona odliczała czas do jesieni.

– Nowy piórnik, nowe ołówki, nowe temperówki! – mówiła na poły ironicznie.

Wierzyła, że nie jest jeszcze za późno, by zapisać się na jesienny semestr. Skoro umiała, jak mówiła, „zdać się na łaskę dziekana”, może na nic jeszcze nie było za późno!

Taki miała plan. Już to, że w ogóle ułożyła jakiś plan, uznałem za znak, że robi postępy; być może mgła, która od dawna ją spowijała, podniosła się wreszcie i odsłoniła teren, jakim była jej przyszłość. Zauważyłem, że zmienił jej się głos, słyszałem to podczas sesji i w poczekalni, gdy przychodziła wcześniej i gawędziła z Itzalem.

– Zobaczysz, Itsy, że mi się uda – mówiła. – Załóż się o milion dolarów.

Nie słyszałem, co Itzal jej odpowiadał, na pewno odrzekł, że kto się zakłada, ten kusi diabła, lub coś w tym rodzaju. Lub może tylko ramiona unosiły mu się w źle skrojonym uniformie, a zapadłe policzki marszczyły się w kwaśnym, obróconym w dół uśmiechu, jak gdyby mówił:

– Wszystko jest możliwe.

Tamten szczery, radosny prostokąt światła rzucany przez wiosenne słońce na ścianę mojego gabinetu uosabiał szczęście nowych możliwości, szczęście zaraźliwe. Pracowałem z Jessicą jak dawniej, ale moje interpretacje musiały być wówczas dla niej przychylniejsze: Tak, jesteś zdolna na nowo ekscytować się przyszłością, nowym kursem, jaki obrałaś, nie chcesz już być gdzie indziej, nie chcesz być kimś innym. Bo ja także to czułem, ową możliwość, której gwarantką wydawała się sama wiosna, plama słońca na ścianie, niczym plakat zapowiadający nową atrakcję w mieście.

O wiersz, który wtedy na poczcie wyjąłem z koperty, Jessica zagadnęła mnie kiedyś na sesji:

– Zna go pan? To wspaniałe móc chodzić znów na zajęcia i rozmawiać o książkach, tak po prostu rozmawiać o książkach. – Mówiła, że zadano jej pierwsze wypracowanie, o tym właśnie wierszu Yeetsa, nie, nie Yeetsa, Yeatsa... Czy go znałem? Musiałem być oczytany, skoro miałem tyle książek w gabinecie... – Zna go pan? – powtórzyła i nie czekając na odpowiedź, wyjaśniła, że to wiersz o wróżkach, o tym, jak leśne wróżki zwabiły, a potem skradły ludzkie dziecko, mamiąc je, by zostawiło ten świat pełen płaczu, bo nigdy nie zrozumie głębiny rozpaczy. – Zna pan to? Zna pan ten wiersz?

– Tak – odparłem szczerze i bez wahania. – Znam. Znam doskonale.

Niestety, odpowiadając w ten sposób na jej pytanie, jakkolwiek spontanicznie i zgodnie z prawdą, popełniłem techniczny błąd. Uzmysłowiłem to sobie od razu i wiedziałem, że muszę naprawić uchybienie. Dlaczego był to błąd, nie zrozumie nikt, kto nie praktykował ani nie przechodził psychoanalizy, tak jak nie pojmie reguły, że psychoanalityk nie powinien się z niczym odsłaniać. Dobrze przeprowadzona analiza opiera się właśnie na tym założeniu. Na pytanie Jessiki powinienem odpowiedzieć:

– Co by to dla ciebie znaczyło, gdybym znał ten wiersz?

Albo:

– Chcesz, byśmy razem coś znali. Chciałabyś rozpocząć ze mną nową rozmowę o czymś, co moglibyśmy ze sobą dzielić.

Powinienem odpowiedzieć mniej więcej w taki sposób, bo nawet wspominając o tym wierszu mimochodem, Jessica zrobiła z niego dar, a jeden z aksjomatów mojego zawodu głosi, że każdy dar skrywa mnóstwo utajonych pragnień i zamaskowanych znaczeń. Oto coś, co lubię, powiedziała poprzez ten wiersz; chcę, byś i ty to miał. Chcę obdarować cię czymś wspólnym dla nas obojga. Chcę, byś czuł się zobowiązany.

Z drugiej strony była to zaledwie drobna pomyłka, nikła rysa na zwierciadlanej powierzchni psychoanalizy, która z czasem przecież i tak nieuchronnie rysuje się i nadkrusza, a równocześnie kolejne sesje łagodnym, powtarzalnym tarciem przywracają jej połysk. Tak czy owak, Jessica zawahała się tylko przez chwilę, a ja, spostrzegłszy swój błąd, musiałem szybko skupić się ponownie na strumieniu jej mowy. Nie myślałem o tym incydencie aż do tamtej chwili, gdy stałem w rozświetlonym i gwarnym urzędzie pocztowym. Uderzyła mnie wtedy pewność, nie z siłą zwykłej myśli, ale porażenia prądem: to Jessica Burke przysłała mi ten list. Ona to zrobiła, ona także wynajęła skrytkę na moje nazwisko i przysłała mi klucz. Wiedziałem już to, co wedle jej pragnienia miałem wiedzieć. Trzymałem w ręku to, co wedle jej pragnienia miałem w niej trzymać. Wiedziałem też, że wbrew temu, co sądziłem na początku, nie był to dar. Jessica nie wysłała listu z taką intencją. Był to raczej testament – tak samo ważny, jak gdyby prawnik odpieczętował go w kancelarii i odczytał spadkobiercom. Gdy wysyłała ten list, jej śmierć miała równie mocno, równie nieuchronnie ustalone miejsce w jej przyszłości, jak teraz ma w mojej przeszłości. Wrzucając kopertę do skrzynki, Jessica powiedziała mniej więcej tak: Moją wolą jest, byś miał ten dokument. W razie mojej śmierci życzę sobie i rozporządzam, by był twój.

Lecz po cóż to wszystko, po co kartka wydarta z zeszytu, z wierszem Yeatsa, który można znaleźć w każdej antologii, w każdej bibliotece? Co miałem z nim począć? Jessica nie zmieniła tekstu ani na jotę, jedynie przepisała go odręcznie równymi drukowanymi literami. Stałem tam i przeczytałem go bezwiednie od początku do końca, czy raczej przeczytał mi się sam. Zresztą i tak znałem go na pamięć, od pierwszej do ostatniej strofy:

Tam, gdzie wody jeziora, którego głębiny

Skaliste szczyty i bór powtarzają,

Jest mała wyspa, co w listowiu ginie.

Nad wyspą, co w listowiu ginie,

Nad wyspą czaple z łopotem latają

I budzą szczury wodne i wydry zaspane...

Tam właśnie ukryliśmy te zaczarowane

Kadzie. Po same brzegi wypełnione

Jagodą i purpurą czereśni skradzionych...

O, pójdź tam, dziecię ludzi, w kraje nieobjęte,

Gdzie lasy dzikie, wody niedomknięte,

Niech cię prowadzą duchy borów święte.

O, zostaw, dziecko, ten świat pełen płaczu,

Bo nigdy nie zrozumiesz głębiny rozpaczy.

Gdzie płynie, niby fale, światło księżycowe

I zalewa swym blaskiem cienie piasków szarych,

Daleko, aż do Ross – tam w tańcu godowym

Pląsamy. Tam splatamy nasze pieśni stare,

Dłonie, spojrzenia, aż się księżyc zmienia

I tańczy. Tam skaczemy jak bańki mydlane,

Choć świat pełen kłopotów, on śni sny nieprzespane...

O, pójdź tam, dziecię ludzi, w kraje nieobjęte,

Gdzie lasy dzikie, wody niedomknięte,

Niech cię prowadzą duchy borów święte.

O, zostaw, dziecko, ten świat pełen płaczu,

Bo nigdy nie zrozumiesz głębiny rozpaczy.

Tam, gdzie wzgórze Glen-Car, tam, gdzie źródło tryska,

Płynie potem szerokim zakolem wśród krzewów,

Gwiazdy łowimy lub pstrąga samego

I tam, ukryci w gęstwie paprociska,

Naszeptujemy światu niespokojne śnienie,

Krople jak łzy strącając na młode strumienie...

O, pójdź tam, dziecię ludzi, w kraje nieobjęte,

Gdzie lasy dzikie, wody niedomknięte,

Niech cię prowadzą duchy borów święte.

O, zostaw, dziecko, ten świat pełen płaczu,

Bo nigdy nie zrozumiesz głębiny rozpaczy.

Chodź z nami, dziecko o chmurnym spojrzeniu.

Nie słuchaj ani cieląt, gdy tęsknie wołają

Na pastwiskach, co w słońca blasku się nurzają,

Nie słuchaj także, dziecko, śpiewu gorącego

Czajnika – chociaż pieśni całą piersią śpiewa,

Nie patrz, jak mysz brunatna podłogę przebiega,

Zakrada się, gdzie zboże w spiżarni zamknięte...

Pójdź z nami, dziecko ludzi, w kraje nieobjęte,

Gdzie lasy dzikie, wody niedomknięte,

Niech cię prowadzą duchy borów święte.

O, zostaw, dziecko, ten świat pełen płaczu,

Bo nigdy nie zrozumiesz głębiny rozpaczy.[2]

Jessica musiała wysłać wiersz nie wcześniej niż dzień, najwyżej dwa dni przed śmiercią, która, wiedziałem już o tym, nie była wypadkiem, lecz samobójstwem. Wysyłając go, powiedziała: Pamiętasz? Przyznałeś, że go znasz. Przyznałeś, że znasz go doskonale.

3

W taki oto sposób trzy lata temu narodził się mój sekret. Śląc wiersz, Jessica Burke wtajemniczyła mnie w coś, co nagle wydało mi się oczywiste: że odebrała sobie życie. Miałem zatrzymać to dla siebie, tak jak wszystkie inne jej sekrety, jako ich niemy, wynajęty powiernik. Tak w każdym razie zinterpretowałem tę przesyłkę. Lub przynajmniej tak mi się teraz wydaje, ojcze, gdy zadaję sobie pytanie, dlaczego nie powiedziałem o niej nikomu ani słowa. Czymkolwiek był sekret, który powierzyła mi Jessica Burke, z pewnością byłem zobowiązany go dochować. Zresztą komu miałbym go zdradzić? Przecież nie jej matce, która mieszkała w Pensacola z trzecim mężem i zadręczała córkę ckliwymi pijackimi telefonami. Może powinienem pójść na policję? Ale oni już wypełnili swój obowiązek, wyciągnęli swoje wnioski. Do mnie należał całkiem inny obowiązek. Czy mój zawód nie polegał na byciu powiernikiem historii, których świat nie chce słyszeć?

Tak czy owak, okno, przez które sekret mógł zostać odsłonięty, szybko się zatrzasnęło. Każda godzina opóźnienia była godziną, z której musiałbym się wytłumaczyć, a nie miałem żadnego wytłumaczenia. I tak oto sekret oznajmił, że zamieszka we mnie. Tak jak to stało się ze skrytką pocztową, nie miałem powodu otwierać go ponownie, a kluczyk wylądował w kolekcji dziwacznych przedmiotów, z biegiem lat trafiających w moje ręce, obok fetyszu Indian Zuni przysłanego przez pacjenta, który przeprowadził się do Nowego Meksyku, czy bezgłowej figurki wojownika od autystycznego chłopca, który ku mojemu zdumieniu nazywał ją Niebezpieczeństwem Spekulacji. Skrytka i kluczyk z pewnością niczego już ode mnie nie wymagały, odegrały swoją rolę posłańców. Jessica Burke z całą pewnością nie miała więcej listów do wysłania. Przyniosłem wiersz do domu i umieściłem go w pustej szufladce mojego biurka.

Niemniej od czasu do czasu w trakcie cotygodniowych wizyt na poczcie zaglądałem do skrytki numer 5504. Być może moje oczy szukały wytchnienia w jej idealnej pustce. Wiem, że to robiłem, bo pewnego dnia trzy lata później tę pustkę zakłócił złowieszczy prostokątny kształt koperty.

Proszę mi powiedzieć, ojcze, dlaczego wtedy nie uznałem, że list zaadresowany jest do kogoś innego, że sama skrytka nie należy już do mnie? Przecież przez trzy lata nie trafiło do niej nic więcej, nie dostałem nawet ani jednego wezwania z poczty, by przedłużyć wynajem.

Koperta miała z grubsza ten sam rozmiar co pierwsza, tamta była jednak standardową kopertą amerykańską, żółtą z delikatnym prążkowaniem, ta – gładsza, chyba europejska – przypominała te, których używałem podczas kilkuletniego pobytu w Paryżu. Mam teraz wrażenie, że gdy wyjąłem ją ze skrytki i przeczytałem swój adres, wykaligrafowany cierpliwie starannymi drukowanymi literami, nastąpiła chwila bezruchu, jak czasem się zdarza, gdy wypadnie nam z ręki wazon czy kieliszek i zdaje nam się, że zawisa w powietrzu, obraca się leniwie, delektuje się swoim spadaniem, jak gdyby nie mógł go uszkodzić żaden pośpiech, zanim i tak roztrzaska się o podłogę.