Zoja - Danielle Steel - ebook

Zoja ebook

Danielle Steel

5,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych

Rosja, rok 1917. Przewrót bolszewicki burzy świat siedemnastoletniej córki carskiego kuzyna, księcia Ossupowa. Zoja traci niemal wszystkich bliskich. Tylko ucieczka stwarza mglistą nadzieję na przyszłość. Zoja dociera do Paryża. I wkracza w oszałamiający świat baletu i mody... Od ogarniętego rewolucją Sankt Petersburga po Nowy Jork lat siedemdziesiątych - miłość, rozpacz i nadzieja znaczą niezwykłe losy odważnej kobiety.

Książka dostępna w zasobach:

Biblioteka Publiczna w Swarzędzu

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 593

Rok wydania: 2008

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Dora6

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00



Zoja

Zoja

Przekład

ANITA JAGODZIŃSKA

Tytuł oryginału Zoya

Korekta

Katarzyna Nowakowska

Druk

Druk-Intro S.A., Inowrocław

Copyright © 1988 by Danielle Steel All rights reserved

For the Polish edition

Copyright © 2008 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-3087-0

Warszawa 2008

Kochany Maksie

Nigdy nie bądź za młody i nigdy zbyt stary, niech sił ci zawsze wystarczy, by żyć, kochać, poznawać, obdarzaj miłością, bądź pełen dobroci. Niech ci życie udziela swych licznych błogosławieństw i niech cię nie obarcza zbyt wielkim ciężarem.

Obyś miał wiatr za plecami i słońce w głębi duszy, naszą miłość nieś w sercu teraz i po wsze czasy. Tobie i Twojemu Tatusiowi, moje serce zawsze Wam oddane, moja miłość i życie zawsze należą do Was.

D.S.

Zoja

Wędrówka po świecie urzekające miejsca, twarze niezapomniane przeszłości, gasnący szept, obrazy jak chmury przepływają przez pamięć, życie -tak ją nazywałi, nieustanne przemijanie, już nigdy nie będzie jak dawniej, pałace, wspomnienia, marzenia, mapa tego, co było i co mogło się zdarzyć, na co kiedyś patrzyła, czarowne życie, pałace i bale,

wszystko upadło, stopniało jak śnieg, odeszło tak szybko jak przelotny deszcz, muzyka, piękno, ból

i śmiech, przyjaciele odeszli w cień, wspomnienia jakby tkane z mgły, delikatne niczym policzków jej atłas, całe życie minęło, trzeba szukać od nowa, wszystko trwało tak krótko, cicha, rzewna piosenka zimowa, otulona miłością jak płaszczem, żywot płomienia

gorący, lecz jakże szybko gaśnie.

Sankt Petersburg

Rozdział I

Zoja przymknęła oczy, gdy trojka pędziła po ściętej lodem ziemi. Puszyste płatki śniegu muskały jej policzki wilgotnymi pocałunkami i zamieniały jej rzęsy w koronki. Zasłuchała się w rozkołysane dźwięki dzwoneczków. Były dla niej jak muzyka pełna słodyczy. Kochała ich brzmienie od dziecka. Jako siedemnastolatka czuła się już dorosła, była prawie kobietą, ale kiedy Fiodor popędzał swoim batem lśniące, czarne konie... szybciej... coraz szybciej... przez śnieg, miała uczucie, że wciąż jest małą dziewczynką. Kiedy otworzyła oczy, widać już było wioskę, za którą znajdowało się Carskie Sioło. Uśmiechnęła się do siebie, gdy udało się jej wypatrzyć bliźniacze pałace w oddali, i zsunęła jedną z grubych, podszytych futrem rękawiczek, by zobaczyć, ile czasu minęło. Obiecała matce, że wróci do domu na kolację... i wróci... jeżeli pogawędki nie przeciągną się zbyt długo, ale... czy mogły się nie przeciągnąć? Maria była jej najdroższą przyjaciółką, bliską jak siostra.

Stary Fiodor obejrzał się i uśmiechnął, widząc, jak ona śmieje się podekscytowana. Dzień był wspaniały. Lekcje baletu zawsze sprawiały jej radość. Taniec to była dla niej wyjątkowa przyjemność, jej pasja od wczesnego dzieciństwa; czasami zwierzała się Marii w tajemnicy, że najchętniej uciekłaby do Teatru Maryjskiego, by mieszkać tam i ćwiczyć dniami i nocami jak inne tancerki. Sama myśl o tym wywołała uśmiech na jej twarzy. O takim marzeniu nie można było nawet głośno mówić. Ludzie z jej sfery nie zostawali zawodowymi tancerzami. Ale miała dar do tańca, wiadomo było o tym, odkąd ukończyła pięć lat. Lekcje z madame Nastową umożliwiały jej uczenie się tego, co lubiła najbardziej. Ciężko pracowała, ćwicząc przez wiele godzin i wyobrażając sobie, że pewnego dnia odkryje ją wielki mistrz Fokin. Wkrótce myśli jej oderwały się od baletu i powróciły do przyjaciółki z dzieciństwa, kiedy trojka mknęła przez wieś na spotkanie z kuzynką Marią. Ojciec Zoi, Konstanty, i car byli dalekimi kuzynami i, podobnie jak matka Marii, jej matka była również Niemką. Wszystko łączyło ją z Marią, wspólne pasje, sekrety. W dzieciństwie dzieliły te same lęki i te same zachwyty. Musiała się z nią teraz zobaczyć, nawet wbrew obietnicy danej matce. Głupio byłoby nie spotkać się z nią. Nie będzie odwiedzała pozostałych dzieci w pokoju chorych, ale Maria była zupełnie zdrowa. Poprzedniego dnia przesłała Zoi wiadomość, że jest przeraźliwie znudzona chorobą całego rodzeństwa. Nie było to w końcu nic poważnego, zwykła odra. Fiodor pokrzykiwał na trzy czarne konie, a idący drogą chłopi rozpierzchali się, gdy trojka mijała ich w pędzie. Jako chłopiec pracował dla jej dziadka, a przed nim pracował dla ich rodziny jego ojciec. Gotów był dla Zoi narazić się na gniew jej ojca i chłodną, milczącą dezaprobatę matki. Zresztą, zawoził ją tam wiele razy przedtem i obiecała mu, że nikt się o tym nie dowie. Odwiedzała swoich kuzynów prawie codziennie i cóż by to mogło szkodzić teraz, nawet jeśli mały carewicz i jego siostry chorowali na odrę. Mały Aleksy nie był okazem zdrowia, o czym wszyscy wiedzieli. Mademoiselle Zoja była młoda, zdrowa i silna, i taka śliczna. Dla Fiodora była najładniejszym dzieckiem, jakie kiedykolwiek widział, jego żona Ludmiła opiekowała się nią od maleńkości. Umarła na tyfus poprzedniego roku, co było dla niego bolesną stratą, tym bardziej że nie mieli dzieci. Jedyną rodziną, jaka mu została, była ta, dla której pracował.

U bram zatrzymała ich Gwardia Kozacka i Fiodor ostro ściągnął wodze zdyszanym koniom. Padał gęsty śnieg. Zbliżali się do nich dwaj konni strażnicy w zielonych mundurach i wysokich futrzanych czapach. Mieli groźne miny, dopóki nie przekonali się, z kim mają do czynienia. Zoja była znana w Carskim Siole. Zasalutowali zgrabnie i Fiodor znów popędził konie. Szybko minęli kaplicę Fiodorowską i pomknęli w stronę Pałacu Aleksandrowskiego. Spośród licznych carskich rezydencji ta była najbardziej łubiana przez carową. Niezmiernie rzadko korzystali z Pałacu Zimowego w Sankt Petersburgu, jedynie w czasie uroczystości państwowych lub gdy wydawali jakiś bal. Co roku w maju przenosili się do swojej willi w majątku Peterhof i spędziwszy lato na swoim jachcie „Gwiazda Polarna” oraz w Spalę, w Polsce, zawsze we wrześniu wracali do pałacu w Liwadii. Zoja często pozostawała z nimi, dopóki nie zaczęły się zajęcia w Instytucie Smolnym, lecz Pałac Aleksandrowski był także jej ulubionym miejscem. Uwielbiała słynny, bladofioletowy buduar carowej i poprosiła matkę, by urządzono jej pokój w takich samych odcieniach opalu jak u cioci Alix. Matkę Zoi śmieszyło to, że jej córka chciała mieć taki pokój, ale przed rokiem wreszcie się zgodziła. Maria za każdym razem, gdy odwiedzała Zoję, droczyła się z nią, mówiąc, że czuje się tam jak u swojej matki.

Fiodor uniósł się na siedzeniu, a dwaj młodzi chłopcy przytrzymali konie, które stawały dęba. Podał rękę Zoi, by pomóc jej wysiąść. Płatki śniegu wirowały wokół jego głowy, policzki miał zaróżowione od mrozu i dwugodzinnej jazdy z Sankt Petersburga. Zoja pomyślała, że ma dokładnie tyle czasu, aby zdążyć się napić herbaty z przyjaciółką, szybko więc zniknęła w ponurej bramie Pałacu Aleksandrowskiego, a Fiodor pośpieszył z powrotem do swych koni. Miał w carskich stajniach przyjaciół i lubił im opowiadać ostatnie nowinki z miasta, ilekroć spędzał z nimi czas w oczekiwaniu na swoją panią.

Dwie służące odebrały od niej płaszcz, podczas gdy Zoja powoli ściągała swoją sobolową czapkę, uwalniając pukle płomiennych włosów, które, gdy je rozpuściła, co czyniła często tego lata w Liwadii, zatrzymywały na sobie wzrok przechodniów. Carewicz Aleksy lubił sobie drwić z jej jaskra-worudych włosów i ciągnął za nie swoimi delikatnymi rękami, za każdym razem, gdy go przytulała. Zoja była dla niego jakby jedną z sióstr. Rówieśnica Marii, starsza od niej zaledwie o dwa tygodnie, miała takie same upodobania; obie rozpieszczały go nieustannie, podobnie jak pozostałe siostry. Aleksy był przez nie, tak jak i przez matkę oraz najbliższych członków rodziny, określany prawie zawsze jako Dziecko. Nawet teraz, mimo jego dwunastu lat, wciąż traktowano go w taki sposób i, gdy Zoja wypytywała o niego z powagą służącej, starsza z nich kręciła głową.

- Biedactwo, cały pokryty jest krostami i okropnie kaszle. Pan Gil-liard siedział przy nim dzisiaj przez cały dzień. Jej Wysokość zajmowała się w tym czasie dziewczętami.

Olga, Tatiana i Anastazja zaraziły się odrą od chłopca; była to już niemal epidemia i dlatego właśnie matce tak zależało, by Zoja trzymała się od nich z daleka. Ale Maria nie miała żadnych objawów. Jej liścik, wysłany do Zoi poprzedniego dnia, zawierał błagalną prośbę:

„...Przyjedź do mnie, moja kochana Zoju, jeżeli tylko mama Ci pozwoli...”

W zielonych oczach Zoi tańczyły wesołe ogniki, kiedy odgarniała włosy i poprawiała swą ciężką wełnianą suknię. Przebrała się w nią po lekcjach baletu, zamiast włożyć szkolny mundurek. Szła teraz szybko niekończącym się korytarzem ku znajomym drzwiom, które prowadziły na górę do spartańskiej sypialni Marii i Anastazji. Przeszła na palcach obok drzwi, za którymi pracował zwykle adiutant cara, książę Meszczerski. Nic nawet nie zauważył. Mimo swych ciężkich, zimowych butów Zoja weszła cichutko po schodach na górę. Chwilę później zapukała do drzwi sypialni i usłyszała znajomy głos.

- Proszę!

Smukłą dłonią przekręciła z wdziękiem gałkę i uchyliła drzwi. Zajrzała przez szparę, którą wypełniła burza jej rudych włosów. Maria stała cicho przy oknie. Gdy tylko ją ujrzała, jej ogromne niebieskie oczy roziskrzyły się i pobiegła przywitać się z przyjaciółką, która wpadła do pokoju, wyciągając szeroko ramiona, by ją objąć.

- Przyjechałam cię ratować, kochana moja Maszko!

- Dzięki Bogu! My siałam, że już umrę z nudy. Wszyscy tutaj są chorzy. Nawet biedna Anna zeszła wczoraj na dół cała obsypana. Mieszka teraz w pokojach połączonych z apartamentem mamy. Mama upiera się, że sama będzie się troszczyła o wszystkich. Przez całe dnie nic innego nie robi, tylko nosi im zupę i herbatę, a kiedy śpią, chodzi do szpitala obok i zajmuje się mężczyznami. Wygląda na to, że teraz jest tu niejeden, lecz dwa szpitale.

Zrobiła gest, jakby wyrywała sobie swoje puszyste, brązowe włosy z głowy. Zoja zaczęła się śmiać. Pałac Katarzyny znajdujący się obok został zamieniony w szpital na początku wojny. Carowa pracowała w nim niestrudzenie, ubrana w uniform Czerwonego Krzyża, i oczekiwała od swoich córek tego samego, lecz Maria najmniej spośród nich wszystkich lubiła tego typu obowiązki.

- Mam już tego wszystkiego dość! Bałam się, że już nie przyjedziesz. Mama byłaby naprawdę zła, gdyby się dowiedziała, że cię o to prosiłam.

Młode kobiety przeszły powoli przez pokój przytulone do siebie i usiadły przy kominku. Sypialnia, którą Maria dzieliła zwykle z Anastazją, była prosta i surowa. Podobnie jak pozostałe siostry, Maria i Anastazja miały zwyczajne żelazne łóżka, na nich szorstkie białe prześcieradła i niewielkie biurko, a nad kominkiem stały, ustawione w zgrabny szereg, misternie wykonane jajka wielkanocne. Maria otrzymywała je co roku. Niektóre zrobione były dla niej przez przyjaciół, inne podarowane przez siostry. Wykonane z malachitu lub drewna, niektóre przepięknie grawerowane lub inkrustowane drogocennymi kamieniami. Polubiła je tak jak inne spośród swoich nielicznych skarbów. Pokoje dziecinne, jak je wciąż nazywano, nie miały w sobie nic z przepychu i luksusu pokojów rodziców czy reszty pałacu. Na jedno z dwóch krzeseł znajdujących się w sypialni Marii i Anastazji narzucony był wykwintnie haftowany szal, który zrobiła dla ich matki jej najbliższa przyjaciółka Anna Wyrubowa. O niej właśnie mówiła Maria na początku, gdy Zoja przyszła. I oto teraz jej przyjaźń została wynagrodzona odrą. Na myśl o tym obie przyjaciółki uśmiechnęły się z poczuciem wyższości, że udało im się uniknąć choroby.

- Ale tobie nic nie jest? - Zoja spoglądała na kuzynkę z czułością. Zdawała się jeszcze bardziej filigranowa w wełnianej sukni, którą włożyła, by nie zmarznąć w drodze. Była drobniejsza od swojej przyjaciółki i bardziej delikatna, ale to Maria była uważana za największą piękność w rodzinie. Odziedziczyła po ojcu jego urok i olśniewające niebieskie oczy. Lubiła klejnoty i ładne stroje bardziej niż inne siostry. To była pasja, która łączyła ją z Zoją. Potrafiły godzinami rozmawiać o pięknych sukniach, które widziały, i zawsze, kiedy Maria odwiedzała Zoję, przymierzały kapelusze i klejnoty jej matki.

- Ja jestem zdrowa... tylko mama mówi, że nie będę mogła pojechać w niedzielę do miasta z ciocią Olgą.

Był to rytuał, który uwielbiała ponad wszystko. W każdą niedzielę ich ciotka, Wielka Księżna Olga Aleksandrowna, zabierała je wszystkie do miasta na obiad z ich babką w Pałacu Aniczkowskim. Przy okazji odwiedzały przyjaciół, lecz choroba sióstr Marii pokrzyżowała te plany. Na tę wiadomość Zoi zrzedła mina.

- Tego się właśnie obawiałam. A tak bardzo chciałam ci pokazać swoją nową suknię. Babcia przywiozła mi ją z Paryża.

Babka Zoi, Eugenia Pietrowna, była nadzwyczajną kobietą. Drobna i elegancka, o żywych oczach, które wciąż jarzyły się szmaragdowym blaskiem, choć miała już osiemdziesiąt dwa lata. Wszyscy twierdzili, że Zoja przypominała ją w każdym calu. Matka Zoi, wysoka, elegancka i apatyczna piękność o jasnych blond włosach i rozmarzonych niebieskich oczach, była typem kobiety, którą chciało się chronić przed światem i ojciec Zoi to właśnie zawsze starał się czynić. Traktował swoją żonę jak niezwykle delikatne dziecko. Zupełnie inaczej niż swoją pełną wigoru córkę.

- Babcia przywiozła mi nadzwyczajną suknię z różowego atłasu. Jest cała naszywana maleńkimi perłami. Tak bardzo chciałam, żebyś ją zobaczyła!

Rozmawiały o swoich sukniach, tak jak małe dzieci mówią o misiach, i Maria klaskała w ręce z radości.

- Nie mogę się doczekać, kiedy ją zobaczę! Za tydzień wszyscy już będą zdrowi. Wtedy przyjedziemy. Obiecuję! A tymczasem namaluję dla ciebie obrazek do twojego śmiesznego fioletowego pokoju.

- Nie waż mi się drwić z mojego pokoju! Jest prawie tak elegancki jak pokój twojej mamy.

Dziewczyny zaczęły się śmiać i do pokoju wpadła Joy, cocker-spanielka cesarskich dzieci. Zaczęła szczekać radośnie u stóp Zoi, gdy ta ogrzewała sobie ręce przy kominku i opowiadała Marii najświeższe nowiny o swoich koleżankach z Instytutu Smolnego. Maria uwielbiała słuchać tych opowieści. Żyła odizolowana od świata, w towarzystwie swojego brata i sióstr, z ich nauczycielem Pierre’em Gilliardem i z Mr. Gibbesem, który uczył ich angielskiego.

- Przynajmniej nie mamy lekcji. Pan Gilliard jest zbyt zajęty siedzeniem przy Dziecku. A pana Gibbesa nie widziałam już od tygodnia. Papa mówi, że on panicznie się boi zarazić odrą.

Dziewczęta roześmiały się znowu. Maria zaczęła z czułością zaplatać pukle rudych włosów Zoi. Zdarzało im się spędzać w ten sposób razem czas od wczesnego dzieciństwa. Zaplatały sobie nawzajem włosy, opowiadały o Sankt Petersburgu i ludziach, których znały, przekazywały sobie ostatnie plotki, chociaż wszystko nieco przycichło, odkąd wybuchła wojna. Nawet rodzice Zoi, ku jej goryczy, nie wydawali już tylu przyjęć co kiedyś. Zoja uwielbiała rozmawiać z mężczyznami w jasnych mundurach i przyglądać się kobietom w eleganckich sukniach i cudownej biżuterii, czerpiąc stąd materiał do swych opowieści dla Marii i jej sióstr o flirtach, które zauważyła, o tym, kto był piękny, a kto nie i która kobieta miała na sobie najbardziej olśniewający naszyjnik z pereł. Był to świat, który nie istniał w żadnym innym miejscu, świat carskiej Rosji. A Zoja wiodła szczęśliwy żywot w samym jego środku. Była hrabianką, spokrewnioną, choć daleko, z carem. Wraz ze swoją rodziną, mającą powiązania z wieloma szlacheckimi rodami, cieszyła się wysoką pozycją, przywilejami i luksusem. Jej rodzinny dom był mniejszą wersją Pałacu Aniczkowskiego, a jej towarzyszami zabaw byli ludzie, którzy tworzyli historię. To wszystko wydawało się takie zwyczajne i naturalne.

- Joy wydaje się teraz bardzo szczęśliwa. - Zoja patrzyła na psa baraszkującego u jej stóp. - Jak się miewają szczenięta?

Maria uniosła ramiona z tajemniczym uśmiechem.

- Są słodkie. Och, zaczekaj... - Upuściła długi warkocz, który plotła z włosów Zoi, i podbiegła do biurka, by wyjąć coś, o czym omal nie zapomniała. Zoja pomyślała, że chodzi o list od któregoś z ich przyjaciół albo fotografie Aleksego lub którejś z sióstr. Maria zawsze miała przygotowane skarby, którymi chciała podzielić się z Zoją, lecz tym razem przyniosła jakiś flakonik i wręczyła go z dumą swej przyjaciółce.

- Co to jest?

- Coś cudownego... całe dla ciebie! - I gdy Zoja pochylała się nad buteleczką, pocałowała ją delikatnie w policzek.

- Och, Maszka! Czy to jest?... Tak, to one! - stwierdziła Zoja, gdy tylko poczuła zapach.

Były to Lilas, ulubione perfumy Marii, które Zoja pragnęła mieć już od miesięcy.

- Skąd je masz?

- Liii przywiozła je dla mnie z Paryża. Pomyślałam, że ucieszyłabyś się z nich. Mnie jćszcze zostało sporo tych, które dostałam od mamy.

Zoja przymknęła oczy i odetchnęła głęboko, wydawała się taka szczęśliwa. Ich przyjemności były niewinne i proste... szczeniaki, perfumy... a w le-cie długie spacery po wonnych łąkach Liwadii... albo zabawy na cesarskim jachcie, gdy dryfowali po norweskich fiordach. Wiodły życie tak doskonałe, nienaruszone nawet przez trwającą wojnę, choć czasem o niej rozmawiały. Marię zawsze przygnębiał dzień spędzony przy rannych, których pielęgnowały w sąsiednim pałacu. Wydawało jej się to okrutne, że zostali zranieni, okaleczeni... że umrą... lecz nie widziała w tym większego okrucieństwa niż w chorobie zagrażającej życiu jej brata. Jego hemofilia często stanowiła temat ich poważniejszych, lecz sekretnych rozmów. Prawie nikt poza najbliższą rodziną nie znał prawdziwej natury jego choroby.

- Ale nic mu nie jest, prawda? To znaczy... odra nie...

Oczy Zoi wypełniła troska, kiedy odstawiła buteleczkę z perfumami i zaczęła mówić o Aleksym. Twarz Marii nie wyrażała jednak niepokoju.

- Nie sądzę, by ta odra była dla niego niebezpieczna. Mama mówi, że Olga jest w znacznie cięższym stanie niż on.

Olga była od nich starsza o cztery lata i o wiele poważniejsza. Była też ogromnie nieśmiała, w przeciwieństwie do Zoi i Marii czy dwóch pozostałych sióstr.

- Wspaniale było dzisiaj na lekcjach baletu - westchnęła Zoja, a Maria zadzwoniła na służącą, żeby przyniosła herbatę. - Chciałabym robić coś, co by się z tym wiązało. To byłoby cudowne.

Maria się roześmiała. Słyszała już wcześniej o marzeniach swojej kochanej przyjaciółki.

- Co na przykład? Chciałabyś, żeby cię odkrył Diagilew?

Obie się teraz śmiały, lecz oczy Zoi płonęły, kiedy o tym mówiła. Wszystko, co wiązało się z Zoją, było pełne życia, jej oczy, kolor jej włosów, sposób, w jaki poruszała rękami, jak przebiegała przez pokój lub obejmowała swoją przyjaciółkę. Choć była drobna, wypełniały ją energia, siła i entuzjazm. Jej imię znaczyło: życie, i zdawało się doskonale pasować do dziewczyny, jaką była, i kobiety, którą się powoli stawała.

- Ja nie żartuję... Madame Nastowa mówi, że jestem bardzo dobra.

Maria roześmiała się ponownie. Oczy dziewcząt spotkały się i obie pomyślały o tym samym... o Matyldzie Krzesińskiej, tancerce, która była kiedyś kochanką cara, zanim poślubił Aleksandrę; całkowicie zakazany temat, poruszany tylko szeptem w czasie ciepłych letnich nocy i nigdy w zasięgu uszu dorosłych. Kiedy pewnego dnia Zoja powiedziała coś na ten temat matce, hrabina wpadła we wściekłość, zabraniając jej o tym kiedykolwiek wspominać. Był to temat w najwyższym stopniu nieodpowiedni dla młodych dam. Natomiast babka Zoi nie była tak powściągliwa i napomknęła kiedyś rozbawionym tonem, że owa kobieta była bardzo utalentowaną tancerką.

- Czy nadal marzysz o tym, żeby uciec do Teatru Maryj skiego?

Nie wspominała o tym od paru lat, ale Maria znała ją na tyle dobrze, by wiedzieć, kiedy żartowała i jak poważnie traktowała swoje skryte marzenia. Wiedziała również, że to marzenie było dla Zoi nierealne. Pewnego dnia wyjdzie za mąż i będzie miała dzieci. Zacznie ubierać się równie elegancko jak jej matka i z pewnością nie poświęci życia baletowi. Przyjemnie było jednak porozmawiać o tym i pomarzyć w długie lutowe popołudnie, przy gorącej herbacie, przyglądając się psu skaczącemu po całym pokoju. Życie zdawało się łatwę_L bezpieczne, nawet w obliczu epidemii odry. rzystwie Zoihi^głu na chwilę zapomnieć o swoich kłopot/«® i obo-wiAzk^k jyfezyh o tyftyto^mieć kiedyś taką swobodę jak Zoja.1 doskonale/^^jjijjj^L^ij^ rodzice wybiorą dla niej mężczyzn^aorego będzie musiała poślubić. Ale były dwie starsze siostry, o których musieli pomyśleć najpierw... rozmyślała, wpatrując się w ogień, i zastanawiała się, czy naprawdę pokocha swego przyszłego męża.

- O czym teraz myślałaś? - spytała Zoja miękko. Słychać było trzask ognia. Na dworze padał śnieg.

Zapadał zmrok. Zoja zupełnie zapomniała o tym, że śpieszyła się do domu na kolację.

- Maszka?... Miałaś taką poważną minę.

Często sprawiała takie wrażenie, kiedy się nie śmiała. Jej oczy miały w sobie tyle czaru i były takie niebieskie, pełne ciepła i dobroci, zupełnie inne niż oczy matki Zoi.

- Sama nie wiem... chyba o jakichś głupstwach. - Łagodnie uśmiechnęła się do przyjaciółki. Miały prawie po osiemnaście lat i myśl o małżeństwie nie była im obca... być może po wojnie... - Zastanawiałam się, za kogo wyjdę za mąż. - Zawsze była z Zoją szczera.

- Ja też się czasem nad tym zastanawiam. Babcia mówi, że już zbliża się pora, by o tym pomyśleć. Ona uważa, że książę Orłów byłby dobrym kandydatem dla mnie.

I nagle się roześmiała, potrząsając przy tym głową, a jej włosy uwolniły się z luźnego warkocza splecionego przez Maszkę.

- Czy zdarzało ci się spotkać kogoś takiego, że pomyślałaś: to musi być on?

- Niezbyt często. Najpierw Olga i Tatiana muszą wyjść za mąż. A Tatiana jest taka poważna, nie mogę sobie nawet wyobrazić, że będzie chciała się za kogoś wydać.

Ze wszystkich sióstr ona była najbardziej związana z matką i Maria miała podstawy przypuszczać, że Tatiana będzie chciała pozostać na zawsze na łonie rodziny.

- Chociaż fajnie byłoby mieć dzieci.

- Ile? - zapytała Zoja żartem.

- Co najmniej pięcioro. - W jej rodzinie było sześcioro, i to zawsze wydawało jej się ideałem.

- Ja chcę też mieć sześcioro - powiedziała Zoja z absolutną pewnością. - Trzech chłopców i trzy dziewczynki.

- I żeby wszyscy byli rudzi. - Maria zaśmiała się i pochyliła się nad stołem, żeby ją pogładzić delikatnie po policzku. - Jesteś moją najdroższą przyjaciółką.

Spojrzały sobie w oczy. Zoja wzięła jej rękę i pocałowała z dziecięcą czułością.

- Zawsze chciałam, żebyś była moją rodzoną siostrą.

Miała starszego brata, który dokuczał jej niemiłosiernie, szczególnie lubił sobie drwić z jej włosów. Sam miał włosy ciemne, podobnie jak ojciec, lecz jego oczy były zielone. Posiadał ukrytą siłę i godność ich ojca. Miał dwadzieścia trzy lata, o pięć i pół roku więcej niż jego siostra.

- Jak się miewa Mikołaj?

- Jest okropny, jak zawsze. Ale mama jest strasznie zadowolona z jego pobytu w Pułku Preobrażeńskim, a nie gdzieś na froncie. Babcia twierdzi, że został tu tylko po to, by nie przegapić żadnego przyjęcia.

Chwila powagi minęła i obie znowu się śmiały. Tymczasem drzwi otworzyły się cicho i do pokoju weszła niepostrzeżenie wysoka kobieta. Przyglądała im się przez chwilę, zanim uświadomiły sobie jej obecność. Za nią wszedł do pokoju duży szary kot. Zatrzymał się przy niej i także się przyglądał. Była to carowa Aleksandra, która przed chwilą opuściła pokój chorych, gdzie usługiwała swoim trzem, złożonym chorobą, córkom.

- Dobry wieczór, dziewczęta. - Uśmiechnęła się do Zoi, gdy ta się odwróciła.

Obie panienki natychmiast wstały i Zoja podbiegła, by jąucałować. Carowa chorowała na odrę wiele lat wcześniej i wiedziała, że nie grozi jej zarażenie.

- Ciocia! Jak się czują wszyscy?

Aleksandra objęła ją serdecznie. Westchnęła i uśmiechnęła się ze znużeniem.

- Otóż z pewnością nie jest z nimi dobrze. Biedna Anna chyba jest najbardziej chora ze wszystkich. - Mówiła o swojej drogiej przyjaciółce Annie Wyrubowej. Ona i Liii Dehn były jej najbliższymi towarzyszkami. - A ty, maleńka, dobrze się miewasz?

- O, tak. Dziękuję bardzo. - Zoja zaczerwieniła się, co zdarzało się jej dość często. Miała karnację typową dla rudowłosych, co sprawiało, że często się rumieniła i łatwo chwytało ją słońce na jachcie albo kiedy przebywali w Liwadii.

- Dziwi mnie, że twoja mama pozwoliła ci nas odwiedzić.

Wiedziała, jak panicznie hrabina bała się infekcji. Lecz jeszcze mocniejszy rumieniec Zoi powiedział jej wszystko. Carowa zaśmiała się i pogroziła jej palcem.

- Ach, więc to tak! I co powiesz matce? Gdzie niby to byłaś dzisiaj?

Zoja zaśmiała się, choć miała poczucie winy, i przyznała się matce Marii do tego, co zamierzała powiedzieć swojej mamie.

- Że lekcje baletu się przeciągnęły i bardzo ciężko pracowałam z madame Nastową.

- Aha, rozumiem. To szokujące, jak dziewczęta w waszym wieku potrafią kłamać, ale powinnam była wiedzieć, że nie można was rozłączać. - I dodała, zwracając się do córki: - Czy dałaś już Zoi prezent, kochanie? - Uśmiechnęła się do nich obu. Zwykle była bardziej chłodna i etykietalna, ale wskutek zmęczenia łagodniała i promieniała ciepłem.

- Tak! - zawołała natychmiast uradowana Zoja, machając ręką w stronę buteleczki Lilas stojącej na stole. - To moje ulubione perfumy!

Oczy carowej zwróciły się pytająco na Marię, która zachichotała i wyszła pospiesznie z pokoju. Zoja zaczęła gawędzić z jej matką.

- Czy wujek Mikołaj jest zdrowy?

- Tak, chociaż prawie go nie widuję. Biedak przyjechał z frontu, żeby trochę odpocząć w domu, i znalazł się w środku epidemii.

Roześmiały się obie. Tymczasem wróciła Maria, niosąc coś zamotanego w koc. Usłyszały cieniutkie piśnięcie, jakby zakwilił ptaszek, a w chwilę później ukazała się brązowo-biała mordka, z długimi uszami i świecącymi ślepiami w kolorze onyksu. Był to jeden ze szczeniaków, jakie się niedawno tam urodziły.

- Ach, jaki słodki! Nie widziałam go już parę tygodni! - Zoja wyciągnęła rękę, a szczeniak zaczął lizać jej palce, wydając przy tym serię radosnych pisków.

- To jest suczka i ma na imię Sawa - powiedziała Maria z dumą, patrząc na Zoję z przejęciem. - Mama i ja chciałyśmy, żebyś ją miała. - Wręczyła szczeniaka zdumionej Zoi.

- To dla mnie? Ojej... ale co... - Miała właśnie powiedzieć: „Ale co ja powiem mojej mamie?”, lecz nie chciała, żeby zabrały swój podarunek z powrotem, więc się powstrzymała.

Carowa jednak domyśliła się, o co chodzi.

- Och, kochanie... twoja mama nie lubi psów, tak, Zoju? Zapomniałam o tym. Czy będzie na mnie bardzo zła?

- Nie!... nie... ależ skąd - łgała uszczęśliwiona, biorąc psa na ręce i przytulając, podczas gdy Sawa lizała jej nos, policzki i oczy. Zoja starała się cofnąć głowę, zanim spanielka dobierze się do jej włosów. - Och, ona jest taka słodka! Czy naprawdę jest moja?

- Zrobisz mi ogromną przyjemność, moja droga, jeśli ją przyjmiesz.

Carowa uśmiechnęła się i opadła na krzesło, wzdychając. Wyglądała na bardzo zmęczoną. Wtedy dopiero Zoja spostrzegła, że wciąż jeszcze miała na sobie fartuch Czerwonego Krzyża. Zastanawiała się, czy włożyła ten strój na czas pielęgnowania chorych dzieci i swojej przyjaciółki, czy też pracowała jeszcze tego dnia w szpitalu. Carowa traktowała pracę w szpitalu bardzo poważnie i tego samego wymagała zawsze od swych córek.

- Czy napijesz się herbaty, mamo?

- Bardzo chętnie, dziękuję ci, Maszeńko.

Maria zadzwoniła na służącą, która wiedząc, że jest tam carowa, zjawiła się od razu z dzbankiem świeżo zaparzonej herbaty. Maria nalała herbatę do filiżanek i Aleksandra z Zoją przyłączyły się do niej.

- Dziękuję ci, kochanie.

Carowa zaczęła wypytywać Zoję o daleką kuzynkę swojego męża.

- Czy twoja babcia dobrze się miewa, Zoju? Nie widziałam jej już od miesięcy. Jestem taka zajęta. Wydaje się, że już nigdy nie będę mogła pojechać do Sankt Petersburga.

- Babcia czuje się bardzo dobrze, dziękuję, ciociu Alix.

- A rodzice?

- Dobrze. Mama wciąż się martwi, że Mikołaj zostanie wysłany na front. Papa twierdzi, że dlatego jest taka nerwowa.

Natalię Ossjupow irytowało wszystko, była przewrażliwiona, a mąż ulegał wszelkim jej kaprysom i zachciankom.

Carowa mówiła często Marii w zaufaniu, że, jej zdaniem, ciągłe przejmowanie się żoną nie wychodzi Konstantemu na zdrowie. Dobrze, że przynajmniej Zoja nie robiła z siebie omdlewającej ofiary. Była pełna życia i entuzjazmu, nie miała w sobie nic z mimozy. Aleksandrze matka Zoi kojarzyła się zawsze z następującym widokiem: spoczywająca na krześle piękność, odziana w białe jedwabie, blada, jasnowłosa, w olśniewającym naszyjniku z pereł i z takim wyrazem przerażenia w oczach, jakby życie było po prostu ponad jej siły. Gdy zaczęła się wojna, carowa poprosiła ją o pomoc w pracy dla Czerwonego Krzyża, ale Natalia odpowiedziała rozbrajająco, że nie ma do tego zdrowia. Teraz carowa powstrzymała się od komentarza, pokiwała jedynie głową.

- Jak wrócisz do domu, pozdrów ją ode mnie.

Kiedy to mówiła, Zoja zerknęła za okno. Było już całkiem ciemno. Zerwała się na równe nogi i spojrzała z przerażeniem na zegarek.

- Ojej! Muszę już wracać! Mama będzie wściekła!

- I będzie miała powody! - Carowa zaśmiała się i pogroziła jej palcem. Wstała, górując nad nią wzrostem. - Nie wolno ci okłamywać matki, ukrywając, gdzie byłaś. Z pewnością będzie bardzo zmartwiona, że wystawiłaś się na ryzyko zarażenia odrą. Czy już ją przechodziłaś?

- Nie, nie przechodziłam - odparła Zoja ze śmiechem. - Ale nie złapię jej, a jeżeli się zarażę... - Zaczęła trząść się ze śmiechu na widok miny Maszki.

Jedną z rzeczy, które Maria lubiła w Zoi najbardziej, była jej śmiałość... Miały na swoim koncie niemało psot, ale nigdy nie były one groźne i nikomu nie wyrządzały krzywdy.

- Muszę cię teraz odesłać do domu i wrócić do dzieci i do biednej Anny.

Pocałowała je na pożegnanie, po czym opuściła pokój. Maria wydostała szczeniaka z miejsca, gdzie się ukrywał, i zawinąwszy go z powrotem w koc, wręczyła Zoi.

- Nie zapomnij o Sawie!

Spojrzały na siebie. Oczy Zoi były przepełnione miłością.

- Czy naprawdę mogę ją mieć?

- Oczywiście. Od początku miała być twoja, ale chciałam ci zrobić niespodziankę. Jak będziesz jechała do domu, trzymaj ją pod płaszczem, żeby nie zmarzła.

Szczeniak miał dopiero siedem tygodni, urodził się w prawosławne Boże Narodzenie. Zoja była bardzo podekscytowana, gdy go zobaczyła w drugi dzień świąt. Byli wtedy na obiedzie u cara i jego rodziny.

- Twoja mama będzie wściekła, prawda? - Maria śmiała się, a Zoja razem z nią.

- Tak, ale powiem jej, że twoja mama poczułaby się głęboko dotknięta, gdybyśmy ją oddali. Mama bałaby się obrazić carową.

Wciąż się śmiały, gdy Maria odprowadziła Zoję na dół. Pomogła jej włożyć płaszcz, a Zoja trzymała zawiniętego w koc szczeniaka. Ukryła pod sobolową czapką swoje rude włosy, a potem objęła przyjaciółkę na pożegnanie.

- Dbaj o siebie i nie zachoruj!

- Nie mam najmniejszego zamiaru!

Podała jej jeszcze flakonik z perfumami i Zoja wzięła go w rękę już w rękawiczce. Wtedy służąca zawiadomiła je, że Fiodor czeka.

- Może za dwa dni znowu przyjadę... obiecuję... i dziękuję ci!

Zoja uścisnęła ją pośpiesznie i ruszyła w stronę czekającej już trojki i Fiodora. Miał lekko zaczerwienione policzki i nos, po czym poznała, że pił ze swoimi przyjaciółmi w stajni, lecz jej to nie przeszkadzało. Przynajmniej rozgrzało go to na czas długiej drogi do Sankt Petersburga. Pomógł jej wsiąść. Zoja spostrzegła z ulgą, że przestało padać.

Rozdział 2

Kiedy Fiodor popędzał konie i trojka mknęła Newskim Prospektem, Zoja siedziała, przyciskając do siebie szczeniaka, i z desperacją szukała wyjaśnień, które pozwoliłyby udobruchać matkę. Wiedziała, że nie będą się o nią niepokoili, bo woził ją Fiodor, lecz matka z pewnością wpadnie w szał, widząc, że tak późno wróciła do domu, w dodatku z psem. Szczeniaka trzeba będzie pokazać później. Przy Fontance skręcili raptownie w lewo i konie same gnały dalej naprzód, wiedząc, że są już blisko domu, i nie mogąc się doczekać powrotu do stajni. Ponieważ znały dobrze teren, Fiodor oddał im prowadzenie. Wkrótce pomagał wysiąść Zoi, która w nagłym porywie wyjęła spod płaszcza zawiniętego w koc szczeniaka i wcisnęła mu go z błagalnym spojrzeniem.

- Fiodorze, proszę... dała mi ją cesarzowa... na imię ma Sawa. Zabierz ją do kuchni i oddaj Galinie. Zejdę po nią później.

Miała oczy wystraszonego dziecka. Fiodor śmiał się z niej, kręcąc głową.

- Hrabina każę mi za to ściąć głowę, mademoiselle! I panience też.

- Wiem, ale może papa...

Papa, który zawsze wstawia się za nią, który jest taki dobry i czuły dla matki. Był wspaniałym człowiekiem i jego jedyna córka ubóstwiała go.

- Szybko, Fiodorze... muszę się śpieszyć.

Było już po siódmej, a jeszcze musiała się przebrać, zanim będzie mogła pokazać się w jadalni. Fiodor wziął od niej szczeniaka i Zoja szybko wbiegła po marmurowych schodach prowadzących do niedużego, lecz bardzo pięknego pałacu. W jego architekturze widać było wpływy zarówno rosyjskie, jak i francuskie. Zbudował go dla swojej narzeczonej dziadek Zoi. Teraz jej babka mieszkała w pawilonie otoczonym drzewami, po drugiej stronie ogrodu, ale w tej chwili Zoja nie miała czasu o niej myśleć. Wśliznęła się szybko do środka, zdjęła czapkę, podała płaszcz służącej, która stała nieopodal, i już frunęła po schodach w kierunku swojej sypialni, gdy usłyszała za sobą znienacka znajomy głos.

- Stój ! Kto idzie?

- Cicho! - Zatrzymawszy się na półpiętrze, odwróciła się do swojego brata i wyszeptała wściekle: - A ty co tutaj robisz?

Młodzieniec był wysoki i wyglądał bardzo przystojnie w mundurze. Większość jej przyjaciółek ze Smolnego mdlała na jego widok. Nosił insygnia słynnego Pułku Preobrażeńskiego, ale teraz nie robiło to na Zoi wrażenia.

- Gdzie jest mama?

Wiedziała dobrze gdzie, nawet bez pytania.

- W jadalni, a czego się spodziewałaś? Gdzieś ty była?

- Daleko. Muszę się śpieszyć. - Trzeba się było jeszcze przebrać, a on ją tylko zatrzymywał. - Jestem spóźniona.

Roześmiał się. Jego oczy, bardzo podobne do jej własnych, migotały wesoło.

- Lepiej już idź tak jak jesteś. Mama wpadnie w furię, jeśli jeszcze bardziej się spóźnisz.

Zoja spojrzała na niego i się zawahała.

- Czy coś mówiła?... Widziałeś ją?

- Jeszcze nie. Dopiero co przyjechałem. Chciałem porozmawiać z papą po obiedzie. Idź się przebrać, ja ich zagadam.

Lubił ją bardziej, niż sądziła. Była jego małą siostrzyczką i wychwalał ją bezustannie przed swoimi kolegami, tymi wszystkimi, którzy już od dawna mieli na nią oko, lecz zabiłby każdego, kto ośmieliłby się ją tknąć. Była małą pięknością, lecz jeszcze o tym nie wiedziała, o wiele za młoda, by flirtować z jego kompanami. Pewnego dnia miała poślubić jakiegoś księcia albo przynajmniej kogoś tak ważnego jak ich ojciec - hrabia i pułkownik, człowiek wzbudzający szacunek i podziw wszystkich, którzy go znali.

- Idź już, mały potworze! - wołał za nią. - Śpiesz się!

Zoja pomknęła do swojego pokoju i dziesięć minut później zjawiła się na dole ubrana w granatową jedwabną sukienkę z koronkowym kołnierzem. Nie cierpiała jej, ale matce zawsze się w niej podobała. Była to jedna z tych sukienek, które powinny nosić młode panienki, więc ją włożyła, żeby już bardziej nie irytować matki. Niemożliwe było przejść przez drzwi bez zwrócenia na siebie uwagi. Weszła więc do pokoju spokojnie, nieco przygaszona, z niewinnym wyrazem twarzy. Jej brat, który siedział między ich babką a matką, uśmiechnął się do niej figlarnie. Hrabina zdawała się niezwykle blada w swojej szarej atłasowej sukni i pięknym naszyjniku z czarnych pereł i diamentów. Jej oczy przybrały niemal kolor sukni. Uniosła powoli twarz i spojrzała z głęboką dezaprobatą na swoją córkę.

- Zoja!

Nigdy nie podnosiła głosu, ale ze sposobu, w jaki patrzyła na córkę, nietrudno było wyczytać gniew. Zoja patrzyła matce prosto w oczy. Pospieszyła ucałować jej chłodny policzek, rzucając niespokojne spojrzenia w stronę ojca i babki.

- Bardzo przepraszam, mamo... Lekcje tańca się przeciągnęły... musiałam po drodze wpaść na chwilę do przyjaciółki... Strasznie przepraszam... ja....

Głos matki brzmiał lodowato. Pozostali członkowie rodziny przyglądali się w milczeniu.

- Właściwie gdzie byłaś?

- Ja... musiałam pojechać... ja...

Natalia spojrzała jej prosto w oczy. Zoja starała się przygładzić włosy, by przywrócić je do ładu. Nadal wyglądały, jakby czesała się w wielkim pośpiechu, tak zresztą było.

- Chcę znać prawdę. Czy byłaś w Carskim Siole?

- Ja...

To nie zdało się na nic. Jej matka była zbyt chłodna, zbyt groźna i za bardzo panowała nad sytuacją.

- Tak, mamo - przyznała się, mając uczucie, że znowu jest siedmioletnią dziewczynką, a nie o całą dekadę starszą dziewczyną. - Przepraszam.

- Jesteś głupia. - Lodowate oczy Natalii zapłonęły gniewem i zwróciła się rozżalona do męża: - Konstanty, specjalnie nalegałam, aby tam nie jeździła. Wszystkie dzieci są chore na odrę i ona zetknęła się z nimi. To jest bezmyślny akt nieposłuszeństwa.

Zoja zerkała niepewnie na ojca, lecz w jego oczach migotały takie same szmaragdowe ogniki jak w jej własnych i z trudem powstrzymywał się od śmiechu. Tak jak bardzo kochał swoją żonę, tak samo uwielbiał swoją córkę. Tym razem Mikołaj przyszedł jej z odsieczą, co nie leżało w jego zwyczaju, lecz Zoja wyglądała tak nieszczęśliwie, że zrobiło mu się jej żal.

- Może ją poprosili, żeby przyjechała, byłoby niezręcznie odmówić.

Ale, oprócz innych zalet, cechowała Zoję uczciwość i kiedy już usiadła na swoim miejscu, czekając, aż przyniosąjej obiad, powiedziała matce wprost.

- Chciałam tam pojechać, mamo. To moja wina, nie ich. Maria czuła się tak samotnie.

- To było bardzo niemądre z twojej strony, Zoju. Porozmawiamy o tym jeszcze po obiedzie.

- Dobrze, mamo.

Spuściła oczy. Pozostali wrócili do rozmów, jakie prowadzili, zanim Zoja przyszła. Dopiero po chwili dotarło do niej, że była tam jej babka i uśmiech rozjaśnił jej twarz.

- Witaj, babciu. Ciocia Alix kazała cię pozdrowić.

- Jak ona się czuje?

To pytanie zadał ojciec. Matka siedziała, piękna i milcząca, najwyraźniej wciąż niezadowolona z córki.

- Zawsze jest w dobrej formie, kiedy zajmuje się chorymi - odpowiedziała za nią babka. - To jest niezwykłe u Alix. Wydaje się, że cierpi na każdą dolegliwość, jaka tylko istnieje, dopóki nie jest potrzebna komuś bardziej choremu. Wtedy natychmiast staje na wysokości zadania i wszystko jej przechodzi.

Stara hrabina spojrzała wymownie na swoją synową i z dumą uśmiechnęła się do Zoi.

- Maria pewnie bardzo się ucieszyła na twój widok, Zoju?

Zoja posłała jej uśmiech wdzięczności.

- Tak, babciu - a potem, żeby uspokoić matkę, zapewniła - nie widziałam się z pozostałymi. Wszyscy znajdowali się gdzie indziej. Nawet madame Wyrubowa zachorowała - dodała jeszcze, by zaraz tego gorzko pożałować.

Matka patrzyła na nią ze zgrozą.

- Jakże głupio postąpiłaś, Zoju... nie mogę zrozumieć, po co tam jechałaś. Czy chciałaś się zarazić odrą?

- Nie, mamo. Naprawdę bardzo mi przykro.

Jednak nic w jej twarzy nie wskazywało na to, że tak było. Tylko jej słowa wyrażały skruchę, tak jak od niej oczekiwano.

- Nie zamierzałam się spóźnić. Już miałam wychodzić, gdy ciocia Alix przyszła, by napić się z nami herbaty. Nie chciałam być dla niej niegrzeczna...

- Rzeczywiście, nie powinnaś. W końcu jest zarówno naszą kuzynką, jak i cesarzową - powiedziała celnie babka Zoi.

Miała oczy tak samo zielone jak jej ojciec i brat. Jedynie oczy Natalii były szaroniebieskie jak chłodne zimowe niebo niedające nadziei na przyjście lata. Życie przerastało zawsze jej siły. Za to jej mąż był krzepkim, pełnym wigoru mężczyzną. Kochał ją zawsze mocno i gorąco. Pragnął mieć dużo więcej dzieci, niż była mu w stanie urodzić. Urodziła dwoje martwych, kilka razy poroniła, a Zoję i Mikołaja donosiła z trudem. Za każdym razem musiała spędzić rok w łóżku. Teraz sypiała sama w swoich apartamentach. Konstanty kochał swoich przyjaciół i chętnie wydawał niezliczone bale i przyjęcia. Lecz dla Natalii to wszystko było zbyt wyczerpujące i używała słabego zdrowia jako wymówki na swój brak joie de vivre1 i paraliżującą nieśmiałość.

To wytwarzało wokół niej aurę wyniosłości, za którą krył się fakt, że bała się panicznie ludzi i czuła się o wiele szczęśliwsza, gdy mogła się wyciągnąć w fotelu przy kominku. Jej córka przypominała bardziej ojca i odkąd odbył się jej debiut towarzyski ostatniej wiosny, Konstanty żywił nadzieję, że będzie z nim chodziła na przyjęcia. Od dłuższego czasu rozmawiali o zrezygnowaniu z zamiaru urządzenia balu, Natalia twierdziła, że nie powinni o tym myśleć z powodu toczącej się wojny. W końcu babka Zoi rozstrzygnęła tę kwestię za nich i Konstanty odetchnął z ulgą. W czerwcu, jak tylko Zoja ukończy Instytut Smolny, miał się odbyć bal, może nie tak huczny, jaki wydaliby, gdyby nie toczyła się wojna. Ale i tak zanosiło się na wspaniałe przyjęcie.

- Jakieś wieści od Mikołaja? - wypytywał Konstanty. - Czy Maria coś ci mówiła?

- Niewiele. Ciocia Alix mówi, że wrócił z frontu do domu, ale myślę, że wkrótce znowu tam pojedzie.

- Wiem. Widziałem się z nim w zeszłym tygodniu. Ale jest zdrów, prawda?

Konstanty był zatroskany. Jego przystojny syn przyglądał mu się bacznie. Wiedział, że do ojca musiały dotrzeć te same pogłoski, jakie on słyszał w koszarach - że Mikołaj był przemęczony bardziej, niż komukolwiek mogło się wydawać, i wyczerpany koniecznością prowadzenia wojny.

Niektórzy szeptali ukradkiem o możliwym upadku władzy. Wiedząc, jak był dobry i jak nieustannie się o wszystkich troszczył, trudno to było sobie wyobrazić, pomyśleć, że mógłby się załamać albo poddać. Ludzie równi mu stanem darzyli go głęboką miłością, a szczególnie ojciec Zoi. Podobnie jak Zoja i Maria, on i car przyjaźnili się w dzieciństwie. Car był ojcem chrzestnym Mikołaja, który otrzymał po nim imię. Z kolei ojciec cara był blisko zaprzyjaźniony z ojcem Konstantego. Ich wzajemne uczucia wykraczały poza więzi rodzinne. Zawsze byli sobie bardzo bliscy i żartowali sobie, że obaj poślubili Niemki, chociaż Alix wydawała się zawsze silniejsza i bardziej odporna od Natalii. Kiedy było trzeba, zawsze stawała na wysokości zadania. Świadczyła o tym jej praca w Czerwonym Krzyżu i to, jak opiekowała się chorymi dziećmi. Natalia była wręcz fizycznie niezdolna do czegoś takiego. Starsza hrabina była ogromnie zawiedziona, że jej syn nie ożenił się z Rosjanką. Fakt, że dla cara Niemka była wystarczająco dobrą żoną, nie pocieszał jej zbytnio.

- A co ciebie dzisiaj do nas sprowadza, Mikołaju? - zwrócił się Konstanty do syna z serdecznym uśmiechem. Był z niego dumny i zadowolony z tego, że nie wysłano go na front, tylko zatrzymano w Pułku Preobrażeń-skim. Nie ukrywał tego. Nie chciał stracić jedynego syna. Straty Rosjan już i tak były ogromne, od bitwy pod Tannenbergiem w lecie 1914 po straszliwy odwrót na zamarznięte pola Galicji. Wołał, żeby Mikołaj pozostawał bezpiecznie w Sankt Petersburgu. To było ogromną ulgą dla niego i dla Natalii.

- Chciałbym z tobą pogawędzić dzisiaj po obiedzie, papo.

Jego głos był spokojny i pewny. Natalia spojrzała na niego z niepokojem. Nie miała ochoty usłyszeć żadnych wiadomości, które by ją jeszcze bardziej przygnębiły. Słyszała niedawno od przyjaciółki, że jej syn spotykał się z jakąś tancerką, i miała mu wiele do powiedzenia, gdyby powiedział ojcu, że zamierza się ożenić.

- Ale to nic ważnego.

Babka spojrzała na niego mądrymi oczami starej kobiety, wiedząc, że sprawa, z którą chciał się zwrócić do ojca, była na pewno większej wagi. Musiał być czymś zmartwiony, skoro wpadł na cały wieczór do domu, co nie zdarzało mu się często.

- Właściwie - uśmiechnął się do wszystkich obecnych - przyjechałem, żeby sprawdzić, czy ten mały potwór zachowuje się przyzwoicie. - Zerknął na Zoję, a ta zmierzyła go śmiertelnie obrażonym wzrokiem.

- Jestem dorosła, Mikołaju. Nie jestem niegrzeczną dziewczynką. - Pociągnęła nosem z godnością i dokończyła deser.

Mikołaj roześmiał się głośno.

- Naprawdę? Pomyśleć... że zaledwie kilka chwil temu wbiegałaś po schodach w mokrych butach, spóźniona na kolację, jak zwykle, a twoje włosy wyglądały, jakbyś czesała je grabiami... - Zamierzał ciągnąć dalej, kiedy rzuciła w niego serwetką.

Jej matka pobladła i spojrzała wyczekująco na męża.

- Konstanty, powiedz im, żeby przestali. To jest okropnie irytujące.

- Kto się czubi, ten się lubi, moja droga - stwierdziła słusznie hrabina Eugenia. - To jest jedyny sposób, w jaki obecnie potrafią ze sobą rozmawiać. Moje dzieci zawsze ciągnęły się za włosy i rzucały w siebie butami. Czyż nie tak było, Konstanty?

Parsknął śmiechem i spojrzał potulnie na matkę.

- Obawiam się, że też nie zachowywałem się za dobrze, kiedy byłem młody, kochanie.

Spojrzał czule na swoją żonę, potem rozejrzał się wesoło po wszystkich, wstał, skłonił się i zaprosił syna do sąsiedniego pokoju, gdzie mogli porozmawiać na osobności. Podobnie jak jego żona miał nadzieję, że Mikołaj nie zjawił się po to, by im oznajmić, że się żeni.

Kiedy usiedli spokojnie przy kominku, elegancka złota papierośnica, którą Mikołaj wyjął z kieszeni, nie przeszła niezauważona. Była z pewnością zaprojektowana przez Carla Faberge, wykonana z różowożółtego złota, z pięknym szafirowym przyciskiem. Konstanty był prawie pewien, że zrobiono ją w pracowni Hollminga albo Wigstroma.

- Nowe cacko, Mikołaju?

On także słyszał plotki o jego, rzekomo bardzo pięknej, tancerce.

- Przyjacielski podarunek, papo.

Konstanty uśmiechnął się pobłażliwie.

- Tego się właśnie obawiałem. - Obaj mężczyźni zaczęli się śmiać. Mikołaj zmarszczył brwi. Był co prawda młody, ale mądry ponad swój wiek i oprócz atrakcyjnego wyglądu miał także bystry umysł.

Taki syn był z całą pewnością powodem do dumy Konstantego.

- Nie musisz się martwić, ojcze. To nic poważnego. Mam po prostu trochę rozrywki.

- Dobrze. Więc co cię tutaj dziś sprowadza?

Mikołaj wpatrywał się w ogień płonący w kominku, a potem, z wyrazem zatroskania, spojrzaFw oczy ojcu.

- Coś o wiele ważniejszego. Docierają do mnie bardzo nieprzyjemne pogłoski na temat cara, że jest zmęczony, chory i że nie będzie w stanie poprowadzić wojska. Ty też musiałeś coś takiego słyszeć, ojcze.

- Tak, słyszałem - przytaknął w zamyśleniu. - Ale nadal nie wierzę, że mógłby nas zawieść.

- Byłem wczoraj wieczorem na przyjęciu u ambasadora Paleologue’a. On widzi to w bardzo ponurych barwach. Uważa, że niedobory żywności i paliwa są o wiele poważniejsze, niż się do tego przed sobą przyznajemy. Wojna zaczyna zbierać swój plon. Zaopatrujemy sześć milionów żołnierzy na froncie i z trudem udaje nam się zabezpieczyć byt naszych bliskich, którzy są tutaj. Obawia się, że nie wytrzymamy naporu wojny... że Rosja może upaść... że Mikołaj może się załamać... i co wtedy, ojcze? Jak sądzisz, czy on ma rację?

Konstanty długo ważył jego słowa, wreszcie pokręcił przecząco głową.

- Nie. Myślę, że nie ma racji. Rzeczywiście wszystkie te sprawy są bardzo uciążliwe dla naszego kraju. Ale to jest Rosja, Mikołaju, a nie jakieś małe słabe państewko leżące nie wiadomo gdzie. Jesteśmy narodem silnym i wytrzymałym, bez względu na to, jakie warunki ukształtują się na zewnątrz czy wewnątrz, nie poddamy się. Nigdy.

Jego głęboka wiara rozproszyła niepokój Mikołaja.

- Jutro znowu zbiera się Duma. Zobaczymy, co się wtedy stanie.

- Nic się nie stanie. Rosja będzie zawsze. Powinieneś to wiedzieć.

Spojrzał tkliwie na syna i młodzieniec poczuł się znowu pokrzepiony.

- Wiem. Chyba po prostu musiałem to usłyszeć.

- Wszyscy czasem tego potrzebujemy. Musisz być silny, dla Mikołaja, dla nas wszystkich, dla kraju. Wszyscy musimy być teraz silni i wtedy dobre czasy powrócą. Wojna nie może się ciągnąć bez końca.

- Ta wojna jest straszna.

Obydwaj wiedzieli, jakich poważnych strat doznał już ich kraj. Ale żadna strata nie mogła oznaczać końca tego, co było tak drogie ich sercom. Teraz, kiedy myślał o tym, Mikołaj poczuł, że niepotrzebnie się tak martwił. To dlatego, że ambasador Francji tak przekonywająco przepowiadał im klęskę. Zadowolony był z tego, że przyszedł porozmawiać z ojcem.

- Czy z mamą wszystko dobrze?

Mikołaj odniósł wrażenie, że była jeszcze bardziej napięta niż zwykle, choć może dlatego, że tak rzadko ich teraz odwiedzał, widział to wyraźniej. Konstanty tylko się uśmiechnął.

- Ona też jest przygnębiona tą wojną... i martwi się o ciebie... o mnie...

i o Zoję... Wiesz, że ona potrafi czasem sprawiać kłopoty.

- Ale i tak jest cudowna, prawda? - Mówił o Zoi z czułością i zachwytem, czego natychmiast by się wyparł, gdyby się o tym dowiedziała. - Połowa mojego regimentu podkochuje się w niej i przez większość czasu muszę ich straszyć, że ich pozabijam.

Rozbawiło to Konstantego, zaraz jednak pokiwał smutno głową.

- To fatalnie, że wejdzie w świat akurat w czasie wojny. Może w czerwcu będzie już po wszystkim.

Obaj żywili taką nadzieję, ale Mikołaj obawiał się, że było to mało prawdopodobne.

- Czy pomyślałeś już o kimś dla niej? - Był ciekaw, uważał bowiem, że spośród jego kompanów dałoby się wybrać paru świetnych kandydatów.

- Trudno mi się pogodzić z myślą, że ją utracę. Wiem, że to jest niemądre. Ona ma w sobie tyle życia. Nie możemy jej zbyt długo trzymać przy sobie. Wasza babka zastanawia się poważnie nad księciem Orłowem.

- Przecież on jest dla niej za stary.

Miał dobre trzydzieści pięć lat i Mikołaj wołałby ją raczej przed nim uchronić. Właściwie nie był pewien, czy ktokolwiek zasługiwał na rękę jego małej ognistej siostrzyczki.

Konstanty wstał i uśmiechając się, poklepał syna po plecach.

- Lepiej chodźmy do nich. Bo inaczej twoja matka zacznie się zamartwiać.

Otoczył syna ramieniem i wyszli z pokoju. Kiedy przyłączyli się do pań siedzących w saloniku, Zoja właśnie tłumaczyła się z czegoś przed matką.

- Co znowu zmalowałaś, mały potworze?

Na widok wyrazu jej twarzy Mikołaj zaczął się śmiać i zauważył, że ich babka odwróciła się tyłem, żeby ukryć śmiech. Natalia była blada jak ściana, a Zoja zaczerwieniona. Spojrzała z wściekłością na brata.

- Nie wtrącaj się!

- O co chodzi tym razem, maleńka? - Konstanty patrzył na nią z rozbawieniem, dopóki nie dostrzegł pełnych wyrzutu oczu swojej żony. Uważała, że był stanowczo zbyt pobłażliwy dla córki.

- No, zobacz - mówiła młodsza hrabina zranionym głosem. - Alix dała jej dzisiaj całkowicie niedorzeczny prezent, nie mam absolutnie zamiaru pozwolić, aby go zatrzymała.

- Dobry Boże! Cóż to jest? Jej słynne perły? Ależ przyjmij je koniecznie, kochanie, zawsze możesz je nosić później.

Konstanty był w bardzo dobrym nastroju po rozmowie z synem i wymienili teraz obydwaj serdeczne spojrzenia.

- To wcale nie jest zabawne, Konstanty. Spodziewam się, że powiesz jej dokładnie to samo, co ja. Musi się tego natychmiast pozbyć.

- Cóż to takiego jest? Jakaś zaraza czy tresowany wąż? - żartował sobie Mikołaj.

- Nie, to jeden ze szczeniaków, które urodziła Joy.

Łzy zaświeciły w oczach Zoi. Patrzyła błagalnie na ojca.

- Papo, proszę... Obiecuję, że nie będę spuszczała go z oka i nie wyjdzie poza mój pokój, i będę go trzymała z daleka od mamy... proszę...

Była bliska płaczu i Konstanty czuł, że całym sercem jest po jej stronie. Wtedy Natalia wybuchła, jej oczy rzucały takie same błyski jak jej diamenty migotające w świetle lampy.

- Nie zgadzam się! Psy roznoszą choroby! Wszyscy dobrze wiecie, jakie mam delikatne zdrowie!

Akurat w tamtym momencie jej wygląd wcale na to nie wskazywał, kiedy stała pośrodku pokoju jak istne uosobienie furii. Konstanty przypomniał

sobie wtedy, jak bardzo był poruszony, kiedy ujrzał jąpo raz pierwszy. Teraz wiedział także, że nie była ona łatwą kobietą.

- Może mógłby mieszkać w kuchni... może wtedy... - Spoglądał z nadzieją na żonę.

- Zawsze musisz trzymać jej stronę, Konstanty?

- Ależ kochanie... to nie będzie zbyt duży pies. Te, które są u nich, to przecież małe psiaki.

- I mają jeszcze dwa inne, i kota, a ich dziecko wciąż balansuje na krawędzi śmierci.

Miała oczywiście na myśli owianą tajemnicą chorobę Aleksego.

- To przecież nie ma nic wspólnego z psami. Może babcia mogłaby trzymać go w swoim domu.

Spojrzał z nadzieją na swoją matkę, a ona odpowiedziała mu uśmiechem. W gruncie rzeczy ta awantura sprawiała jej pewną przyjemność. To było zupełnie w stylu Alix dawać Zoi psa, podczas gdy doskonale wiedziała, do jakiej furii doprowadzi tym jej matkę. Obie kobiety rywalizowały ze sobą po cichu, jednak Aleksandra była bądź co bądź carową.

- Chętnie go wezmę - zaofiarowała się starsza hrabina.

- To świetnie.

Konstanty poczuł, że znalazł doskonałe rozwiązanie, ale głośne trzaśnięcie drzwi uświadomiło mu, że nie zobaczy swojej żony aż do następnego ranka.

- I tym wesołym akcentem - powiedział Mikołaj, uśmiechając się do wszystkich i kłaniając się babce uroczyście - zakończę swoją wizytę, by powrócić do cichych i spokojnych koszar.

- Akurat - stwierdziła jego babka, uśmiechając się znacząco, i zakaszlała, kiedy całował ją na pożegnanie. - Słyszałam, że stałeś się niezłym rozpustnikiem, mój drogi.

- Nie powinnaś wierzyć we wszystko, co mówią. Dobranoc, babciu.

Ucałował ją w oba policzki i pożegnał się z ojcem, dotykając lekko jego ramienia.

- A co do ciebie, ty mały potworze... - Pociągnął ją lekko za rude włosy i pocałował, a Zoja spojrzała na niego z prawie nieskrywaną miłością. - Zachowuj się, gąsko. I postaraj się nie przynosić do domu więcej stworzeń, bo doprowadzisz mamę do obłędu.

- Nikt cię nie pytał o zdanie! - odcięła się, a potem jeszcze raz go pocałowała. - Do widzenia, ty okropnie nieznośny chłopaku.

- Nie jestem chłopakiem, jestem mężczyzną, chociaż nie wiem, czy kiedykolwiek dowiesz się, na czym polega różnica.

- Dowiem się, jak zobaczę jakiegoś mężczyznę.

Pomachał do nich wszystkich wesoło i zniknął w drzwiach, by najprawdopodobniej udać się na spotkanie ze swoją tancerką.

- Ależ z niego czarujący chłopak, Konstanty. Bardzo mi przypomina ciebie, jak byłeś młody - rzekła stara hrabina z dumą, a jej syn uśmiechnął się na to.

Zoja opadła na krzesło z wyrazem niesmaku na twarzy.

- Uważam, że jest absolutnie okropny.

- On mówi o tobie znacznie cieplej, Zoju Konstantinowna - powiedział łagodnie ojciec.

Był dumny z nich obojga i kochał ich bardzo. Pochylił się, żeby pocałować ją w policzek, i zwrócił się z uśmiechem do swojej matki, hrabiny Eugenii.

- Naprawdę weźmiesz do siebie tego psa, mamo? Obawiam się, że Natalia wszystkich nas powyrzuca z domu, jeżeli będę bardziej nalegał.

Zdusił w sobie westchnienie. Czasami życzyłby sobie bardzo, żeby jego żona była odrobinę łatwiejsza w pożyciu. Zwłaszcza wtedy, gdy jego matka obserwowała ją krytycznie, najwyraźniej zachowując dla siebie osąd. Ale Eugenia już dawno wyrobiła sobie pogląd na swoją synową i cokolwiek by Natalia zrobiła, nie zdołałaby już go zmienić.

- Oczywiście. Miło będzie mieć takiego małego przyjaciela. - Popatrzyła na Zoję wesoło. - Który z ich psów jest ojcem tego szczeniaka?

- Żaden z nich, babciu. Ona jest od Joy, cocker-spanielki Marii. Jest taka słodka. Ma na imię Sawa.

Zoja rozpromieniła się i jak dziecko, podeszła, żeby usiąść na kolanach swojej babki. Stara kobieta objęła ją serdecznie.

- Poproś ją tylko, żeby nie ochrzciła mojego ulubionego Aubussona, a będziemy na pewno dobrymi przyjaciółmi, obiecuję.

Pogładziła płomiennie rude włosy spływające Zoi na ramiona. Zoja kochała dotyk babcinych dłoni od dziecka i teraz ucałowała ją z czułością.

- Dziękuję, babciu. Tak bardzo chciałam jąmieć.

- Więc będziesz ją miała, maleńka moja... będziesz ją miała...

Wstała i podeszła wolno do kominka. Czuła zmęczenie, ale była rozluźniona. Zoja wyszła, żeby odzyskać szczeniaka zostawionego służącym. Hrabina z wolna odwróciła się do Konstantego. Zdawało jej się, że zaledwie parę chwil upłynęło, odkąd jej syn był w wieku Mikołaja, a nawet jeszcze młodszy. Lata mijały tak szybko, lecz były to dobre lata. Jej mąż żył pełną piersią. Umarł trzy lata temu, mając osiemdziesiąt pięć lat. Zawsze czuła, że miłość do niego była dla niej błogosławieństwem. Konstanty stał się do niego bardzo podobny i przypominał jej teraz o szczęśliwych chwilach życia, szczególnie gdy widziała przy nim Zoję.

- Ona jest kochanym dzieckiem, Konstanty Nikołajewiczu... śliczna młoda dziewczyna.

- Jest bardzo podobna do ciebie, mamo.

Eugenia pokręciła głową, ale widział po jej oczach, że się z nim zgadza. Czasami odnajdywała sporo z siebie w tej dziewczynie i zawsze cieszyła się, że Zoja w bardzo niewielkim stopniu przypominała matkę. Nawet gdy okazywała nieposłuszeństwo Natalii, stara hrabina uważała to, w jakiś sposób, za godne podziwu. Od dawna czuła, iż jest to oznaką, że w żyłach Zoi płynie jej krew, co tym bardziej drażniło Natalię.

- Ona jest kimś innym... jest jedyna w swoim rodzaju. Nie musimy jej przytłaczać swoimi niepowodzeniami i zawodami.

- Czy ty kiedykolwiek zawiodłaś? Zawsze byłaś dla mnie dobra, mamo... dla nas wszystkich...

Była kobietą powszechnie szanowaną i bardzo łubianą. Wiedziała zawsze, czego chce, i kierowała się w życiu najgłębszymi wartościami. Znał dobrze jej mądrość i polegał na jej zazwyczaj bardzo rozsądnych i trafnych opiniach.

- Zobacz, babciu, oto ona!

Zoja wróciła z małym pieskiem. Był taki maleńki, że prawie mieścił jej się w dłoniach. Hrabina ostrożnie wzięła od niej szczeniaka.

- Czyż nie jest słodka?

- Jest rozkoszna... i pozostanie taka, dopóki nie zje mojego najlepszego kapelusza albo moich ulubionych butów... tylko, błagam, nie mój ulubiony dywan z Aubusson. A jeśli to zrobisz - powiedziała, głaszcząc szczeniaka, tak jak przed chwilą gładziła włosy Zoi - ugotuję z ciebie zupę. Pamiętaj!

Na te słowa maleńka Sawa, jakby w odpowiedzi, warknęła.

- To było bardzo miłe ze strony Alix, że ci ją dała, maleńka. Mam nadzieję, że podziękowałaś jej należycie.

Zoja zachichotała, lecz zaraz zasłoniła z wdziękiem usta dłonią.

- Obawiała się nieco, że mama będzie tym zirytowana.

Jej babka też się roześmiała. Konstanty starał się powściągnąć uśmiech, przez wzgląd na swą żonę.

- Widzę, Zoju, że Alix dobrze zna twoją mamę. Nieprawdaż, Konstan-ty?

Zajrzała mu prosto w oczy, a on dobrze rozumiał, o czym mówiła.

- Słabe zdrowie Natalii nie ułatwia jej życia. Może jednak w końcu... - starał się jej bronić.

- Mniejsza z tym, Konstanty. - Hrabina wdowa machnęła zniecierpliwiona ręką. Przytuliła szczeniaka i pocałowała wnuczkę na dobranoc.

- Przyjdź nas odwiedzić jutro, Zoju. Czy może jedziesz znów do Carskiego Sioła? Pojechałabym kiedyś z tobą, żeby złożyć wizytę Alix i jej dzieciom.

- Nie teraz w czasie odry, proszę cię, mamo... i jazda, w taką pogodę, mogłaby być dla ciebie ryzykowna.

- Nie pleć głupstw, Konstanty. Chorowałam na odrę chyba ze sto lat temu i nigdy nie przejmuję się pogodą. Czuję się całkiem dobrze, wielkie dzięki, i zamierzam pozostać w takiej formie przez następne dwanaście lat albo i więcej. Jestem na tyle niedobra, że mogę to zrobić.

- To wspaniała wiadomość - powiedział z uśmiechem. - Odprowadzę cię do twojego pawilonu.

- Daj spokój - opędzała się od niego, a Zoja tymczasem przyniosła jej pelerynę i zarzuciła na ramiona. - Potrafię jeszcze przejść sama przez ogród, jak wiesz. Robię to kilka razy dziennie.

- Zatem nie odbieraj mi przyjemności uczynienia tego wraz z tobą, madame.

Uśmiechnęła się do niego, widząc w nim znowu dziecko, przynajmniej w swoim sercu, gdzie pozostanie jej małym chłopcem tak długo, jak tylko będzie żyła.

- Dobrze więc, chodź, Konstanty. Dobranoc, Zoju.

- Dobranoc, babciu. I dziękuję ci za przechowanie Sawy dla mnie.

1

franc. - radość życia (przyp. tłum.).

Rozdział 3

Dwa dni później Zoja zamierzała wybrać się ponownie do Carskiego Sioła, by odwiedzić Marię, lecz, niestety, rano, jeszcze przed śniadaniem, przyszedł list. Został przywieziony osobiście przez doktora Fedorowa, lekarza opiekującego się Aleksym, który przyjechał do miasta po lekarstwa, a przy okazji przekazał przykrą wiadomość: Maria także zachorowała na odrę. Zoja czytała liścik od niej z uczuciem wielkiego zawodu. Wszystko to oznaczało, że nie tylko nie będzie mogła teraz do niej pojechać, lecz że nie będą mogły się widywać prawdopodobnie przez kilka najbliższych tygodni. Doktor Fe-dorow powiedział, że Maria nie będzie mogła przyjmować wizyt przez dłuższy czas, wszystko będzie zależało od tego, jak dalej rozwinie się choroba. Anastazja miała obecnie problemy z uszami na skutek komplikacji po odrze i bardzo się obawiał, że u carewicza zaczęło się rozwijać zapalenie płuc.

- O mój Boże... - lamentowała Natalia. - Ty przecież stykałaś się z nimi. Zoju, zabroniłam ci tam jechać, a ty pojechałaś i pewnie też się zaraziłaś... Jak mogłaś mi to zrobić! Jak śmiałaś!

Była bliska histerii na myśl o chorobie, jaką Zoja mogła sprowadzić do ich domu. Konstanty, który właśnie przyszedł w momencie, kiedy jego żona zasłabła, posłał natychmiast służącą na górę po wonny ocet. Zamówił kiedyś dla Natalii specjalne naczyńko do przechowywania go, dzieło Faberge, w formie czerwonej truskawki, pokrytej emalią, inkrustowane diamentami. Trzymała je przy swoim łóżku, żeby mieć je zawsze pod ręką. Doktor Fedo-row zgodził się uprzejmie zostać jeszcze chwilę, by zajrzeć na górę do Natalii, gdy tymczasem Zoja skreśliła szybko liścik do przyjaciółki. Życzyła jej szybkiego powrotu do zdrowia, by mogły znowu się spotkać, i podpisała się w imieniu swoim i Sawy, która zdążyła już wspaniałomyślnie zmoczyć słynnego Aubussona. Hrabina Eugenia mimo to trzymała ją nadal u siebie, grożąc jej jednocześnie, że ugotuje z niej zupę, jeśli jej maniery szybko się nie poprawią.

„...Kocham Cię bardzo, najsłodsza moja przyjaciółko. Musisz teraz naprawdę szybko wyzdrowieć, pospiesz się, żebym mogła znowu do Ciebie przyjechać”.

Posłała jej dwie książki, w tym Helens Babies, którą i tak zamierzała jej podarować. Sama przeczytała ją parę tygodni wcześniej i bardzo jej się podobała. Dodała do listu szybkie postscriptum, w którym ostrzegła Masz-kę, by nie posłużyła się nią w celu wymówienia się od gry w tenisa, jak obie uczyniły zeszłego lata w Liwadii, gdy miały grać z siostrami Marii. Tenis był ich ulubioną grą i Maria była w nim znacznie lepsza od swych sióstr, choć Zoja zawsze groziła, że ją pokona.

„...Przyjadę do Ciebie, jak tylko Twoja mama i lekarz mi pozwolą. Jestem przy Tobie całym sercem. Twoja kochająca Zoja...”

Tego popołudnia Zoja spotkała się znów ze swym bratem, co było przynajmniej jakimś urozmaiceniem. Kiedy czekali na powrót ojca do domu, zabrał ją na przejażdżkę trojką. Matka przez cały dzień nie opuszczała swego pokoju, tak bardzo przygnębiła ją wiadomość, że Maria zachorowała na odrę i że Zoja przez swoją lekkomyślność mogła się zarazić. Zoja wiedziała, że matka może tam pozostać przez wiele dni, tym bardziej więc była wdzięczna za rozrywkę, jakiej dostarczył jej brat.

- Dlaczego przyjechałeś zobaczyć się znowu z papą? Czy coś się stało, Mikołaju?

- Nie bądź głuptasem. Dlaczego zaraz musiało się coś stać? Żartowniś z ciebie.

Ale jakże bystry żartowniś. Podziwiał czujny instynkt, który jej podpowiedział, że przyjechał porozmawiać z ojcem, ponieważ coś go niepokoiło. Poprzedniego dnia zebrała się Duma i Aleksander Kiereński wygłosił przerażającą mowę, w której między innymi podjudzał do zamordowania cara. To wzbudziło w Mikołaju obawę, że część przepowiedni ambasadora Paleo-logue mogła się spełnić. Możliwe, że sprawy miały się znacznie gorzej, niż sądzili, i ludność była bardziej rozdrażniona niedostatkiem i niedoborami żywności, niż wszyscy przypuszczali. Ambasador brytyjski, sir George Buchanan, przed wyjazdem do Finlandii, dokąd udał się na dziesięciodniowe wakacje, powiedział dokładnie to samo. Mikołaj słyszał wiele różnych pogłosek w ciągu ostatnich dni i był bardzo zmartwiony, dlatego też pragnął ponownie usłyszeć opinię ojca.

- Nigdy nie przychodzisz w odwiedziny, chyba że coś się stanie, Mikołaju. - Zoja próbowała coś z niego wyciągnąć, kiedy mknęli Newskim Prospektem.

Ziemia była pokryta nieskazitelnie białym śniegiem. Nigdy jeszcze nie wyglądało to tak pięknie jak wtedy. Mikołaj nadal twierdził, że nie ma powodów do niepokoju, i Zoja, mimo przeszywającego ją chwilami dziwnego lęku, postanowiła mu uwierzyć.

- Jakie urocze stwierdzenie, Zoju. Nawiasem mówiąc, niezgodne z prawdą. Chyba że masz na myśli fakt, że znowu doprowadziłaś mamę do szału? Podobno przez ciebie musi teraz leżeć w łóżku i dwa razy odwiedzał ją lekarz.

Zoja wzruszyła ramionami z szelmowskim uśmiechem.