Dary losu - Danielle Steel - ebook + audiobook

Dary losu ebook

Danielle Steel

5,0
34,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Gdy wali się świat, jest okazja, by zbudować wszystko od nowa.

San Francisco, bal charytatywny dla bogatych gości. I trzęsienie ziemi, które nie zważa na status społeczny. Szczęśliwa mężatka Sara, obiecująca piosenkarka Melanie i wielkoduszna siostra zakonna Mary Magdalen - trzy kobiety w ciągu jednej nocy pozbędą się złudzeń i odkryją dla siebie nowe życiowe perspektywy. Czy uda im się podnieść z rozsypki, gdy miasto leży w gruzach?

Przenikliwa powieść w duchu pisarstwa Jojo Moyes.

Danielle Steel to najlepiej sprzedająca się autorka na świecie. Napisała ponad 200 książek, które sprzedały się w ponad miliardzie egzemplarzy. Każda z jej powieści znalazła się na międzynarodowych listach bestsellerów, w tym w New York Times, Wall Street Journal i Sunday Times.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 321

Oceny
5,0 (3 oceny)
3
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
AT_Czlonka

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00



Danielle Steel

Dary losu

Tłumaczenie Agata Kowalczyk

Saga

Dary losu

Tłumaczenie Agata Kowalczyk

Tytuł oryginału Amazing Grace

Język oryginału angielski

Copyright © 2007 by Danielle Steel.

All rights reserved including the rights of reproduction in whole or in part in any form.

Translation copyright © 2008 by Agata Kowalczyk.

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright ©2007, 2025 Danielle Steel i Saga Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788727231013 

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.

Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania

Moim ukochanym dzieciom

Beatrix, Trevorowi, Toddowi, Nickowi,

Samowi, Victorii, Vanessie, Maxxowi i Zarze.

Wszystkich Was opromienia światło łaski,

wszystkich Was podziwiam bezgranicznie,

z wszystkich Was jestem bardzo,

bardzo dumna

i wszystkich Was kocham z całego serca.

Z wyrazami miłości

Mama

W każdej stracie jest zysk.

I w każdym zysku jest strata.

A z każdym końcem przychodzi nowy początek.

Shao Lin

Jeśli staniesz się całością,

zyskasz wszystko.

Tao Te Ching

Rozdział 1 

Gdy Sara Sloaneweszła do sali balowej hotelu Ritz-Carlton w San Francisco, przywitał ją fantastyczny widok. Stoły zasłane obrusami z kremowego adamaszku, połyskujące srebrne lichtarze, nakrycia i kryształowe kieliszki. Zastawa, nieodpłatnie wypożyczona na ten wieczór od niezależnej firmy, była bardziej gustowna niż hotelowa. Talerze ze złoconym brzegiem, przy każdym nakryciu opakowany w srebrny papier upominek, menu wykaligrafowane na czerpanym kremowym papierze i wpięte w srebrne stojaczki oraz program, katalog aukcji i tabliczka z numerem – całość robiła wrażenie. Wizytówki z nazwiskami, ozdobione złotym aniołkiem, zostały rozmieszczone według starannie przemyślanego planu Sary: w przedniej części sali złote stoły dla sponsorów, aż trzy rzędy, za nimi stoły srebrne i brązowe. Każdego szczegółu dopilnowała osobiście. Teraz, podziwiając bukiety herbacianych róż, przewiązane srebrnymi i złotymi wstążkami, pomyślała sobie, że wszystko to wygląda raczej na przyjęcie weselne, a nie na aukcję charytatywną.

Sara prowadziła już wcześniej podobne imprezy w Nowym Jorku i w organizację tego balu włożyła tyle samo zapału i staranności, ile we wszystkie swoje przedsięwzięcia. Kwiaty dostarczyła najlepsza pracownia florystyczna w mieście za jedną trzecią zwykłej ceny. Saks urządzał pokaz mody, a Tiffany biżuterii, którą prezentowały przechadzające się po sali modelki. Wszystko to wymagało wielkiego wkładu pracy i nie lada zdolności organizacyjnych, ale Sara była w tym dobra.

W katalogu aukcyjnym widniały wyłącznie drogie pozycje – biżuteria, egzotyczne podróże, karnety sportowe, zaproszenia na imprezy z udziałem sław i czarny range rover z ogromną złotą kokardą na dachu, zaparkowany przed hotelem. Ktoś będzie bardzo szczęśliwy, odjeżdżając nim dziś wieczór do domu. A oddział położniczy w szpitalu, który skorzysta na aukcji, będzie jeszcze szczęśliwszy. Był to już drugi Bal Małych Aniołków organizowany przez Sarę dla fundacji. Podczas pierwszego opłaty za miejsca, aukcja i datki przyniosły ponad dwa miliony dolarów. Dziś wieczór Sara pragnęła zebrać trzy miliony.

Zapewnienie gościom jak najlepszej zabawy miało pomóc osiągnąć cel. Sara wynajęła znakomitą orkiestrę taneczną, a ojciec jednej z członkiń komitetu – znany hollywoodzki producent muzyczny – namówił Melanie Free, by zaśpiewała na dzisiejszym balu. Dzięki temu zaproszenia, a szczególnie miejscówki przy złotych stołach, mimo że drogie, rozeszły się błyskawicznie. Melanie przed trzema miesiącami zdobyła Grammy i za solowe koncerty życzyła sobie zwykle pięć i pół miliona. Tym razem występowała charytatywnie; fundacja Małe Aniołki musiała pokryć tylko koszty, które i tak okazały się niemałe. Podróż, zakwaterowanie, wyżywienie dla niej, jej ekipy i zespołu oceniono wstępnie na jakieś trzysta tysięcy dolarów. Mimo wszystko opłacało się zainwestować w gwiazdę, której występ przyciągnie ludzi.

Gest Melanie Free zasługiwał na wdzięczność i uznanie. Oszałamiająco piękna dziewiętnastolatka w ciągu ostatnich dwóch lat poszybowała na szczyty list, wydając przebój za przebojem. Grammy była dla niej tylko lukrem na torcie. Sara najbardziej się obawiała, że artystka odwoła występ; często się zdarzało, że gwiazdy rezygnowały z tego typu imprez w ostatniej chwili, ale agent Melanie przysięgał, że koncert odbędzie się na pewno. Zapowiadał się naprawdę ekscytujący wieczór; dziennikarze walili drzwiami i oknami. Komitet organizacyjny zdołał nawet ściągnąć kilka gwiazd filmowych z Los Angeles, a bilety wykupiła cała miejscowa śmietanka towarzyska. Jak dotąd Bal Małych Aniołków był nie tylko najważniejszą i najbardziej pożyteczną imprezą charytatywną w San Francisco, ale też – zdaniem wielu – po prostu najfajniejszą.

Do urządzenia balu skłoniły Sarę własne doświadczenia na oddziale położniczym, gdzie trzy lata temu uratowano jej córeczkę. Molly, pierwsze dziecko Sary, urodziła się trzy miesiące przed czasem. Nic nie wskazywało, że ciąża może być zagrożona. Sara, wówczas trzydziestodwulatka, wyglądała i czuła się wspaniale, do chwili gdy pewnej deszczowej nocy zaczęła nagle rodzić. Molly przyszła na świat następnego dnia i spędziła dwa miesiące w inkubatorze. Sara siedziała w szpitalu dzień i noc, a jej mąż, Seth, nie odstępował ich na krok. Córeczkę utrzymano przy życiu, a dzięki troskliwej opiece przedwczesny poród nie pozostawił żadnych powikłań. Teraz Molly była radosną, pełną życia trzylatką, a jesienią miała pójść do przedszkola. Drugie dziecko Sary, Ollie – pyzaty, gaworzący, dziewięciomiesięczny bobas – urodził się zeszłego lata, a ciąża i poród przebiegły bez komplikacji. Dzieci były całym światem Sary, która opiekowała się nimi jako pełnoetatowa mama; jej jedynym poważnym zajęciem poza nimi stało się organizowanie balu.

Sara i Seth poznali się przed sześcioma laty w szkole biznesu w Stanford, do której oboje przyjechali z Nowego Jorku. Pobrali się zaraz po obronie dyplomów i zostali w San Francisco. On dostał pracę w Dolinie Krzemowej, a gdy urodziła się Molly, założył własny fundusz inwestycyjny. Sara uznała, że nie musi dorzucać się do rodzinnego budżetu. Zaszła w ciążę w noc poślubną i wolała zostać w domu z dziećmi. Przed studiami w Stanford pracowała pięć lat jako analityk na Wall Street, a teraz chciała zrobić sobie kilka lat przerwy, by cieszyć się macierzyństwem. Mąż tak dobrze zarabiał na funduszu, że nie musiała wracać do pracy.

Seth mimo młodego wieku szybko zdobył wysoką pozycję w finansowym światku San Francisco i Nowego Jorku, co pozwoliło mu równie szybko się wzbogacić. W dynamicznym San Francisco oboje czuli się doskonale i nie tęsknili za Nowym Jorkiem, z którym właściwie nic ich nie wiązało, odkąd rodzice Sary wyprowadzili się na Bermudy. Rodzice Setha nie żyli już od wielu lat. Gdy zarobił pierwsze większe pieniądze, kupili okazały dom na Pacific Heights z widokiem na zatokę i wypełnili go współczesną sztuką: dziełami Kaldera, Kelly’ego, de Kooninga, Pollocka i kilku obiecujących nieznanych artystów. Oboje doskonale wkomponowali się w biznesową i towarzyską scenę, nie ukrywając, że zamierzają na stałe osiąść w San Francisco. Konkurencyjny fundusz inwestycyjny zaproponował nawet Sarze pracę, lecz ona wolała spędzać czas z dziećmi – i Sethem, kiedy był wolny. Niestety, w domu bywał rzadko; właśnie kupił mały odrzutowiec, interesy bowiem wymagały częstych podróży do Los Angeles, Chicago, Bostonu czy Nowego Jorku. Cóż, dzięki temu mogli sobie na wiele pozwolić i z roku na rok powodziło im się coraz lepiej. Przedtem oczywiście nie klepali biedy, ale też żadne z nich nie żyło dotąd w tak ekstrawaganckim luksusie. Sarę dręczyło czasem lekkie poczucie winy, że wydają za dużo pieniędzy – mieli dom w mieście, śliczny letni dom w Tahoe, prywatny samolot, Seth natomiast uważał, że nie ma się czym przejmować; pieniądze są po to, by się nimi cieszyć. I on się nimi cieszył, bez dwóch zdań.

Seth jeździł ferrari, a Sara mercedesem kombi, idealnym dla niej i dwójki dzieci, spoglądała jednak łakomie na range rovera, który miał być dziś licytowany. Powiedziała już Sethowi, że jej zdaniem to bardzo zgrabny samochodzik, a pieniądze pójdą na szczytny cel, który im obojgu leży na sercu. W gorzej wyposażonym, mniej wyspecjalizowanym szpitalu ich córeczka nie miałaby szans na przeżycie. Sara czuła, że ma do spłacenia dług wdzięczności i stąd wziął się pomysł zbiórki pieniędzy. W zeszłym roku fundacja po pokryciu kosztów imprezy przekazała szpitalowi ogromną kwotę. W tym roku miało być jeszcze lepiej.

Seth zrobił dobry początek, ofiarowując dwieście tysięcy dolarów w imieniu ich obojga. Sara, choć nigdy nie przywiązywała wielkiej wagi do pieniędzy, czuła się dumna i podziwiała ambitnego męża, który ciężką pracą potrafił zapewnić rodzinie tak luksusowe warunki. Byli małżeństwem już cztery lata i wciąż kochali się do szaleństwa. Zastanawiali się nawet, czy nie powiększyć rodziny. W sierpniu wybierali się w rejs po greckich wyspach wynajętym jachtem, pomyślała więc, że to może być idealny moment, by postarać się o trzecie dziecko.

Obchodziła powoli każdy stół w sali balowej, sprawdzając nazwiska na wizytówkach z przygotowaną wcześniej listą. Bal Małych Aniołków był imprezą na najwyższym poziomie i zawdzięczał swój sukces przede wszystkim doskonałej organizacji. Gdy od złotych stołów przeszła do srebrnych, znalazła dwie pomyłki i przestawiła wizytówki. Skończyła właśnie kontrolę stołów i zamierzała sprawdzić, jak przebiega napełnianie torebek z prezentami, kiedy podeszła do niej zaaferowana asystentka Angela. Piękna, dwudziestodziewięcioletnia eksmodelka była żoną dyrektora naczelnego dużej korporacji. Bardzo chciała pracować z Sarą w komitecie organizacyjnym ze względu na prestiż imprezy, poza tym świetnie się bawiła, pomagając dopiąć wszystko na ostatni guzik.

– Już jest! – szepnęła z szerokim uśmiechem.

– Kto? – Sara oparła podkładkę do pisania o biodro.

– No Melanie, oczywiście, i cała reszta! Właśnie przyjechali. Zaprowadziłam ich do apartamentu.

Sara odetchnęła z ulgą; a więc zjawili się na czas. Przylecieli z Los Angeles prywatnym samolotem wyczarterowanym przez komitet specjalnie dla Melanie i jej świty. Zespół i ekipa techniczna od dwóch godzin byli już w pokojach; przylecieli wcześniej. Melanie, jej przyjaciółka, menedżerka, asystentka, fryzjerka, chłopak i matka mieli cały samolot dla siebie.

– I co, jest zadowolona? – Sara poczuła lekki niepokój. Komitet z wyprzedzeniem dostał listę wymagań; na dwudziestu sześciu stronach zawarto wszystkie osobiste życzenia gwiazdy. Musiała mieć, między innymi, butelkowaną wodę Calistoga, odtłuszczony jogurt, najróżniejsze naturalne potrawy, skrzynkę szampana Cristal; należało uwzględnić ulubione dania matki, a nawet piwo, które preferował chłopak Melanie. Do tego doszło czterdzieści stron wymagań zespołu, dotyczących sprzętu elektrycznego i nagłośnieniowego. Fortepian, którego Melanie zażyczyła sobie na występ, przywieziono o północy. Próba miała się odbyć dziś, o drugiej po południu. Do tej pory wszyscy musieli opuścić salę balową, dlatego Sara kończyła swój obchód o pierwszej.

– Wszystko w porządku. Jej chłopak wydaje się trochę dziwny, matka wręcz przerażająca, ale przyjaciółka nawet fajna. A sama Melanie jest naprawdę piękna i bardzo miła.

Sara też odniosła takie wrażenie, gdy jeden jedyny raz rozmawiała z nią przez telefon. Kontaktowała się wyłącznie z menedżerką, ale postawiła sobie za punkt honoru, by zadzwonić i osobiście podziękować Melanie za jej gest. I oto nadszedł wielki dzień. Artystka nie odwołała przyjazdu, samolot się nie rozbił, wszyscy dotarli na czas. Nawet pogoda dopisała. Był słoneczny dzień w połowie maja, wręcz gorący i parny, co rzadko się zdarzało w San Francisco; przypominał raczej nowojorskie lato. Sara wiedziała, że pogoda niedługo się załamie, ale takie ciepłe noce w mieście zawsze sprzyjały dobrej zabawie. Co prawda miejscowi żartowali, że w San Francisco taką aurę nazywa się „trzęsącą pogodą”, ale tym się nie przejmowała. Trzęsienia ziemi były jedyną rzeczą, która niepokoiła ją od czasu, kiedy tu się osiedlili, choć wiedziała, że zdarzają się naprawdę rzadko, i to niewielkie. Mieszkała nad Zatoką sześć lat i jeszcze żadnego nie doświadczyła, więc i dziś nie miała zamiaru niepokoić się „trzęsącą pogodą”. W tej chwili miała inne sprawy na głowie.

– Myślisz, że powinnam do niej pójść? – zapytała Angelę. Nie chciała być nachalna, ani tym bardziej sprawiać wrażenia nieuprzejmej, zaniedbując gości. – Pomyślałam sobie, że przywitam się z nią tutaj, kiedy zejdzie o drugiej na próbę.

– Możesz po prostu zajrzeć do pokoju i powiedzieć cześć.

Melanie wraz z osobami najbliższymi zajmowała dwa duże apartamenty i pięć dodatkowych pokoi na piętrze klubowym – wszystko na koszt hotelu. Zarząd był zachwycony, że bal się odbędzie tutaj, i oddał do dyspozycji fundacji pięć wolnych apartamentów dla VIP-ów, a do tego piętnaście pokoi i mniejszych apartamentów. Zespół i ekipa techniczna mieszkali na niższym piętrze, w nieco skromniejszych pokojach, za które komitet miał zapłacić z własnego budżetu, czyli z zysku z imprezy.

Sara zajrzała jeszcze do kobiet pakujących torby z kosztownymi prezentami ofiarowanymi przez markowe sklepy, i po chwili jechała już na górę. Użyła własnego klucza do windy – był to jedyny sposób, by dostać się na piętro klubowe. Ona i Seth też wynajęli tu pokój; uznali, że prościej będzie przebrać się w hotelu niż pędzić do domu i z powrotem. Niania zgodziła się zostać z dziećmi na noc, więc mieli miłą okazję pobyć tylko we dwoje. Sara nie mogła się już doczekać jutra, kiedy będą mogli wylegiwać się w łóżku, zamówić śniadanie i porozmawiać o imprezie. Ale teraz myślała tylko o tym, czy wszystko się uda.

Wysiadła z windy na piętrze klubowym. W wielkim holu znajdował się bufet z ciastami, kanapkami, owocami i winami, a także niewielki bar. Można było posiedzieć w wygodnych fotelach, skorzystać z telefonu, poczytać gazety, pooglądać telewizję na ogromnym, panoramicznym ekranie. Za biurkiem siedziały dwie recepcjonistki, mające pomagać gościom we wszystkim – rezerwować stoliki w restauracjach, odpowiadać na pytania dotyczące miasta, umawiać na wizyty w salonie kosmetycznym – mówiąc krótko, spełniać wszelkie zachcianki. Sara zapytała, jak trafić do pokoju Melanie, i ruszyła korytarzem. By uniknąć kłopotów z dodatkową ochroną i wścibskimi fanami, Melanie zameldowała się pod panieńskim nazwiskiem matki, Hastings. Posługiwała się nim we wszystkich hotelach, tak zresztą robi wiele gwiazd.

Sara delikatnie zapukała do drzwi apartamentu. Słyszała dobiegającą z wnętrza muzykę. Po chwili otworzyła drzwi niska, korpulentna kobieta w dżinsach i wiązanej na szyi bluzce. We włosy miała wetknięty długopis, w jednej ręce trzymała żółtą podkładkę do pisania, a na przedramieniu drugiej wieczorową suknię. Sara domyśliła się, że to asystentka Melanie. Z nią też rozmawiała już kiedyś przez telefon.

– Pam? – Kobieta kiwnęła z uśmiechem głową. – Jestem Sara Sloane. Wpadłam tylko, żeby się przywitać.

– Wejdź, wejdź – rzuciła wesoło Pam i poprowadziła Sarę do salonu. Panował tam nieprawdopodobny bałagan. Na środku leżało z pół tuzina otwartych walizek, których zawartość rozpełzła się po podłodze. Zaścielały ją seksowne sukienki wieczorowe, buty, dżinsy, torebki, koszulki, bluzy, był też kaszmirowy koc i pluszowy miś. Wyglądało to, jakby cały żeński chórek wywalił swoje rzeczy na dywan. Wśród tego wszystkiego siedziała drobna, wiotka blondynka. Zerknęła tylko na Sarę, grzebiąc niezmordowanie w jednej z waliz, najwyraźniej w poszukiwaniu jakiejś konkretnej rzeczy. Z pewnością nie było to łatwe zadanie.

Sara, trochę zmieszana, rozejrzała się po pokoju i w końcu dostrzegła Melanie Free, wyciągniętą na kanapie. Miała na sobie strój do ćwiczeń i opierała głowę na ramieniu przystojnego młodzieńca, który zawzięcie przerzucał pilotem kanały, w drugiej ręce trzymając kieliszek szampana. Poznała w nim aktora, grającego do niedawna w popularnym serialu telewizyjnym. Mówiono, że pił i ćpał, dlatego zerwano z nim współpracę. Słyszała też, że przeszedł kurację w ośrodku zajmującym się terapią uzależnień. Wyglądał na trzeźwego, mimo butelki szampana stojącej obok niego na podłodze. Na imię miał Jake. Uśmiechnął się przelotnie do Sary i z powrotem wlepił oczy w telewizor.

Melanie wstała, by się przywitać. Wydawała się jeszcze młodsza, niż była naprawdę; bez makijażu, z rozpuszczonymi złotymi włosami wyglądała najwyżej na szesnaście lat. Zanim jednak zdążyła się odezwać, jakby znikąd pojawiła się jej matka i mocno, aż boleśnie uścisnęła dłoń Sary.

– Cześć, jestem Janet, mama Melanie. Bardzo nam się tu podoba. Dzięki, że załatwiłaś nam wszystko z naszej listy. – Uśmiechnęła się przyjaźnie. – Moja córcia lubi mieć do dyspozycji swoje ulubione rzeczy, wiesz, jak to jest. – Była przystojną kobietą po czterdziestce, kiedyś może nawet piękną, ale najlepsze dni już minęły. Włosy miała ufarbowane na jaskraworudy kolor, wyjątkowo agresywny, szczególnie w zestawieniu z bladozłotymi włosami Melanie. Z wiekiem mocno zaokrągliła się w biodrach. „Córcia” wciąż milczała. Nie miała szans przebić się przez trajkot matki.

– Cześć – odezwała się w końcu cichym głosem, podając dłoń. Nie wyglądała na gwiazdę, była po prostu ładną nastolatką. Matka gadała bez przerwy, nie dając nikomu dojść do słowa. W pewnej chwili chłopak Melanie wstał z kanapy i oznajmił, że idzie na siłownię. Do apartamentu weszła hotelowa pokojówka, by zabrać do wyprasowania kostium artystki – skąpy fatałaszek, składający się głównie z cekinów i siatki. Ogólne zamieszanie trochę peszyło Sarę.

– Nie chcę wam przeszkadzać. Rozgośćcie się spokojnie – powiedziała, zwracając się do Melanie. – Czy próba o drugiej jest aktualna?

Piosenkarka spojrzała na swoją asystentkę.

– Chłopaki z zespołu mówią, że będą gotowi piętnaście po drugiej. Melanie może zacząć od trzeciej. Wystarczy nam godzina, trzeba tylko sprawdzić ustawienie dźwięku.

– Świetnie – odparła Sara. – Będę na was czekać w sali balowej. Dopilnuję, żebyście mieli wszystko, czego wam potrzeba. – Ona sama była umówiona na czwartą u fryzjera i manikiurzystki. Do hotelu musiała wrócić najpóźniej na szóstą, by zdążyć się przebrać, skontrolować wszystko jeszcze raz, i o siódmej zacząć witać gości w sali balowej. – Fortepian już od wczoraj jest na miejscu, a dziś rano był stroiciel – dodała. Przyjaciółka artystki siedząca na podłodze wśród walizek pisnęła radośnie. Sara słyszała, że ktoś nazwał dziewczynę Ashley; wyglądała równie dziecinnie jak Melanie.

– Znalazłam! Mogę to dzisiaj włożyć? – Pokazała seksowną sukienkę w lamparcie cętki. Melanie kiwnęła głową. Ashley znów zachichotała, wygrzebując z walizy pasujące do sukienki dodatki; buty na platformie miały chyba ze dwadzieścia centymetrów. Czmychnęła z pokoju, by przymierzyć kreację, a Melanie uśmiechnęła się nieco zażenowana.

– Ashley i ja chodziłyśmy razem do szkoły od piątego roku życia – wyjaśniła. – Jest moją najlepszą przyjaciółką. Jeździ ze mną wszędzie. – Najwidoczniej Ashley stała się częścią ekipy. Sara pomyślała, nie bez zdziwienia, że ci wszyscy ludzie żyli niemal jak trupa cyrkowa, w pokojach hotelowych i za kulisami scen. Dwie nastolatki w ciągu kilku minut nadały eleganckiemu apartamentowi atmosferę studenckiego akademika.

Gdy Jake wyszedł, w pokoju zostały same kobiety. Fryzjerka przymierzyła do jasnych włosów Melanie gęstą, długą treskę. Pasowała idealnie.

– Dzięki, że dla nas wystąpisz – powiedziała Sara z uśmiechem. – Widziałam cię na rozdaniu Grammy, byłaś wspaniała. Zaśpiewasz dziś Nie opuszczaj mnie?

– Owszem, zaśpiewa – pośpieszyła z odpowiedzią matka, podając córce butelkę wody Calistoga, i stanęła między nimi. Jakby piękna, jasnowłosa gwiazda w ogóle nie istniała. Melanie, wycofując się z rozmowy, usiadła na kanapie, wzięła pilota, napiła się wody z butelki i włączyła MTV. – Uwielbiamy tę piosenkę – dodała Janet z szerokim uśmiechem.

– Ja też – przyznała Sara, zdumiona zachowaniem Janet. Zaborcza kobieta wydawała się przekonana, że ma taki sam udział w sukcesie córki, jak ona sama. Na Melanie nie robiło to żadnego wrażenia, najwyraźniej przywykła.

Kilka minut później do pokoju weszła Ashley, stąpając niepewnie na wysokich, cętkowanych platformach, wystrojona w pożyczoną, odrobinę za dużą sukienkę. Klapnęła na kanapę obok przyjaciółki i obie gapiły się w ekran.

Nie sposób było stwierdzić, jaka właściwie jest Melanie. Zupełnie jakby nie miała własnej osobowości, własnego głosu – z wyjątkiem chwil, kiedy śpiewała.

Matka tokowała nieprzerwanie. Sara nie bez trudu wyrwała się z apartamentu i mogła wreszcie swobodnie odetchnąć. Gdy wychodziła, Melanie i Ashley nawet nie oderwały oczu od telewizora.

– Zobaczymy się na dole. Pójdę sprawdzić, czy wszystko gotowe do waszej próby – powiedziała do Janet. Szybko obliczyła, że jeśli zostanie z nimi na próbie dwadzieścia minut, zdąży do fryzjera.

– Więc do zobaczenia – odparła Janet z promiennym uśmiechem.

Gdy Sara dotarła do swojego pokoju, usiadła na kilka minut, by odsłuchać wiadomości z poczty głosowej. Jej telefon zawibrował dwa razy, gdy była w apartamencie Melanie, ale nie odbierała przez grzeczność. Pierwsza wiadomość pochodziła od florystki; bukiety do wielkich wazonów przed salą balową zostaną dostarczone około czwartej; druga od kierownika orkiestry tanecznej z potwierdzeniem, że będą gotowi o ósmej. Sara zadzwoniła jeszcze do domu, by sprawdzić, co u dzieci. Niania, Parmani, uspokoiła ją, że wszystko w porządku. Była uroczą Nepalką, która pracowała u nich od narodzin Molly. Sara nie chciała zatrudniać opiekunki na stałe, bo sama uwielbiała się zajmować dziećmi, więc Parmani była nianią dochodzącą i zostawała na wieczór, gdy Sara i Seth wychodzili. Rzadko się zdarzało, żeby u nich nocowała, ale dziś zgodziła się z radością. Cieszyła się, że może pomóc. Wiedziała, jak ważny dla Sary jest ten bal i jak ciężko pracowała przy jego organizacji. Nim się rozłączyły, życzyła jej szczęścia. Sara chętnie porozmawiałaby z Molly, ale mała nie obudziła się jeszcze z popołudniowej drzemki.

Po rozmowie z nianią Sara ledwie zdążyła zerknąć w notatki i uczesać włosy, które wyglądały koszmarnie, a już musiała pędzić do sali balowej. Wcześniej została uprzedzona, że piosenkarka nie życzy sobie żadnej publiczności przy próbie. Nie wiadomo, czy tak zdecydowała gwiazda, czy raczej Janet. Melanie zachowywała się, jakby nic jej nie obchodziło. Zdawała się nie zauważać, co się dzieje dookoła, kto wchodzi, kto wychodzi, co robi. Może podczas występu reagowała inaczej. Aż trudno uwierzyć, że to potulne dziecko jest obdarzone tak nieprawdopodobnym głosem. Jak wszyscy, którzy kupili bilety, Sara nie mogła się doczekać wieczornego występu.

Gdy weszła do sali, zespół był już na miejscu. Muzycy rozmawiali, śmiejąc się, podczas gdy ekipa techniczna ustawiała sprzęt. Zespół składał się aż z ośmiu osób – przecież ta ładna blondyneczka, która oglądała MTV w apartamencie na górze, należała do grona największych gwiazd światowej sceny muzycznej. Sara wciąż musiała sobie o tym przypominać. Dziewczyna nie miała w sobie ani krzty pretensjonalności czy arogancji. Jej pozycję zdradzała tylko liczba osób tworzących ekipę. Nie była rozkapryszona w przeciwieństwie do większości gwiazd. Piosenkarka, którą zaprosili na Bal Małych Aniołków w zeszłym roku, urządziła gigantyczną awanturę z powodu drobnego problemu z nagłośnieniem, rzuciła butelką wody w swojego menedżera i zagroziła, że nie zaśpiewa. Sprawa została załatwiona, ale Sarę ogarnęła panika na myśl, że gwiazda odwoła występ w ostatniej chwili. Nieuciążliwy sposób bycia Melanie okazał się miłą niespodzianką, mimo wszelkich wymagań stawianych przez matkę w jej imieniu.

Sara odczekała jeszcze dziesięć minut, aż technicy skończą ustawiać sprzęt. Nie miała odwagi zapytać, kiedy przyjdzie Melanie. Dyskretnie wybadała członków zespołu, czy wszystko jest w porządku, a gdy zapewnili ją, że tak, usiadła przy stole, by zejść im z drogi. Melanie chyba zaraz dołączy. Dziewczyna zjawiła się dopiero za dziesięć czwarta; Sara wiedziała już, że się spóźni do fryzjera, a potem będzie wracać pędem, by zdążyć się przebrać. Przecież nie mogła pójść na bal uczesana w koński ogon, bez makijażu, w bluzie, dżinsach i klapkach. Ale najpierw musiała dopełnić obowiązków, między innymi zmiatać pyłki spod nóg gwiazdy i być do jej dyspozycji.

Melanie miała na sobie japonki, kusą koszulkę i obcięte dżinsy, włosy spięła klamerką w kształcie banana. Obok niej szła Ashley; przodem maszerowała matka, a menedżerka i asystentka zamykały niewielki pochód, którego strzegło dwóch groźnie wyglądających ochroniarzy. Jake pewnie nie wrócił jeszcze z siłowni. Melanie była najbardziej niepozorną osobą w całym tym towarzystwie, niemal niewidoczną. Perkusista podał jej colę. Otworzyła butelkę, wypiła łyk, wskoczyła na scenę i rozejrzała się po sali. W porównaniu z ogromnymi scenami i halami, do których przywykła, pomieszczenie mogło się wydawać maleńkie. W przytulnej sali balowej panowała miła atmosfera, którą dodatkowo podkreślała aranżacja Sary. Teraz jasno oświetlona wyglądała pięknie, ale wieczorem, z przygaszonymi światłami i świecami, miała wyglądać czarodziejsko. Melanie rozglądała się przez chwilę, mrużąc oczy, aż w końcu krzyknęła do techników:

– Zgasić światła!

Ożywała. Stawała się inną osobą.

– Czy wszystko jest w porządku? – zapytała Sara, podchodząc pod scenę. Znów miała wrażenie, że rozmawia z dzieckiem. Ale przecież Melanie to wciąż nastolatka, która zrobiła oszałamiającą karierę.

– Sala wygląda wspaniale. Naprawdę nieźle ci to wyszło – powiedziała ciepło, a Sara poczuła się wzruszona.

Muzycy zaczęli stroić instrumenty. Melanie odwróciła się do nich, natychmiast zapominając o swojej rozmówczyni. Najszczęśliwsza czuła się na scenie, w sali wypełnionej do ostatniego miejsca. To był jej świat.

– Jak tam, chłopaki? – zawołała pewnym głosem. Gdy odpowiedzieli, że wszystko okej i że mogą zaczynać, powiedziała, co chciałaby przećwiczyć najpierw. Porządek piosenek na koncercie został ustalony już wcześniej; znalazł się też wśród nich aktualny największy hit.

Sara uznała, że nie jest tu już potrzebna i może wyjść. Było pięć po czwartej. Wiedziała, że spóźni się pół godziny do fryzjera i że będzie miała szczęście, jeśli uda jej się zrobić manikiur. Ledwie wyszła za drzwi, dopadła ją jedna z członkiń komitetu. Towarzyszył jej kierownik cateringu. Mieli problem, bo nie dostarczono ostryg, a te z zapasu nie były dość świeże, Sara musiała więc zdecydować, co w zamian. Powiedziała kobiecie, by sama coś wybrała, byle tylko nie jakieś frykasy, które zrujnują im budżet, po czym popędziła do windy, przebiegła przez foyer i poprosiła parkingowego o podstawienie samochodu. Na szczęście auto było zaparkowane niedaleko; sowity napiwek, jaki wręczyła rano chłopakowi, okazał się dobrą inwestycją. Wyjechała z piskiem opon na California Street, skręciła w lewo i ruszyła w stronę Nob Hill. Piętnaście minut później wpadła zadyszana do salonu fryzjerskiego, przepraszając za spóźnienie. Musi stąd wyjść najpóźniej o szóstej. Umawiając się, miała nadzieję, że za piętnaście szósta będzie już jechać z powrotem, ale teraz to mało możliwe. Dziewczyny w salonie wiedziały, że Sara prowadzi dziś wieczór wielki bal, więc natychmiast się nią zajęły. Podano jej wodę, a po chwili także herbatę.

– To jaka jest naprawdę ta Melanie Free? – zagadnęła fryzjerka w nadziei na jakieś pikantne plotki, susząc jej włosy. – Jake jest z nią?

– Nic się nie zmieniło – odparła dyskretnie Sara. – A Melanie to naprawdę urocza dziewczyna. Wieczorem na pewno będzie wspaniała. – Zamknęła oczy, starając się odprężyć. Czekał ją bardzo długi i, jak miała nadzieję, bardzo udany wieczór.

Sara siedziała w salonie, patrząc, jak fryzjerka układa jej włosy w elegancki francuski kok i wpina w nie kryształowe gwiazdki, gdy Everett Carson meldował się w hotelu. Pochodził z Montany i wciąż bardzo przypominał kowboja, którym był w młodości. Dobrze zbudowany, wysoki mężczyzna – ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu – miał odrobinę za długie, potargane włosy. Nosił dżinsy, białą koszulkę i buty, które nazywał swoimi szczęśliwymi kowbojkami: stare, zdarte, wygodne, uszyte z czarnej krokodylej skóry. Cenił je ponad wszystko i zamierzał nawet włożyć te buty do smokingu wypożyczonego na dzisiejszy wieczór.

Gdy pokazał w holu swoją legitymację prasową, recepcjonistka powiedziała z uśmiechem, że się go spodziewali. Ritz-Carlton przewyższał standardem hotele, w których zwykle pomieszkiwał Everett. Dziś przyjechał tu, by zrelacjonować bal dla pisma „Scoop”, hollywoodzkiego brukowca. Właśnie rozpoczął w nim pracę. Do tej pory przez wiele lat jeździł do miejsc ogarniętych wojną jako korespondent Associated Press. Po rozstaniu z agencją i rocznym urlopie potrzebował roboty, więc wziął, co się nadarzyło. Przez pierwsze trzy tygodnie zdążył obskoczyć trzy koncerty rockowe, jedno hollywoodzkie wesele i jeden bal charytatywny. Ten był drugi. I coraz lepiej rozumiał, że to nie jego bajka. W smokingu czuł się jak kelner. Naprawdę tęsknił za spartańskimi warunkami, do jakich przywykł podczas swoich dwudziestu dziewięciu lat pracy dla Associated Press. Niedawno obchodził czterdzieste ósme urodziny.

Powinien być wdzięczny za ten mały, ładnie urządzony pokój. Rzucił na podłogę sfatygowaną torbę – zjeździł z nią cały świat. Może, gdyby zamknął oczy, mógłby udawać, że znów jest w Sajgonie, Islamabadzie czy New Delhi… W Afganistanie, Libanie albo Bośni targanej wojną. Wciąż zadawał sobie pytanie, dlaczego taki facet jak on zajmuje się relacjonowaniem imprez dobroczynnych i ślubów gwiazd. Los go pokarał wyjątkowo okrutnie.

Podziękował recepcjonistce, która odprowadziła go do pokoju. Na biurku leżała broszurka o oddziale noworodkowym i identyfikator prasowy, dający mu wstęp na Bal Małych Aniołków. I szpital, i bal obchodziły go tyle co zeszłoroczny śnieg. Ale zamierzał wykonać swoją pracę rzetelnie. Miał zrobić zdjęcia sławnym osobom i zdać relację z koncertu Melanie Free. Naczelny powiedział, że to dla nich duża sprawa, więc niech im będzie.

Z lodówki w minibarku wyjął butelkę lemoniady, otworzył ją i pociągnął łyk. Z pokoju był widok na budynek po drugiej stronie ulicy, wnętrze było nieskazitelnie czyste i tak cholernie eleganckie. Everett tęsknił za odgłosami i zapachami zapluskwionych hotelików, w których sypiał przez trzydzieści lat, za smrodem biedy w bocznych uliczkach New Delhi, za wszystkimi tymi egzotycznymi miejscami, po których kiedyś się tułał.

– Wyluzuj, Ev – powiedział głośno do siebie. Włączył CNN, usiadł w nogach łóżka i wyjął z kieszeni kartkę. Wydrukował ją z Internetu, zanim wyszedł z biura w Los Angeles. Miał dziś szczęście. Jeden z mityngów odbywał się ledwie przecznicę dalej, w kościele Świętej Marii przy California Street. Zaczynał się o szóstej i trwał godzinę. A więc będzie musiał pójść tam w smokingu, chcąc zdążyć na rozpoczęcie balu o siódmej. Wolał się nie narażać naczelnemu. Było za wcześnie na takie olewactwo. Co prawda zawsze to robił i jakoś mu się udawało, ale wtedy pił. Teraz zaczynał życie na nowo. Zgrywał grzecznego chłopca, sumiennego i uczciwego. Czuł się, jakby wrócił do przedszkola. Po zdjęciach umierających żołnierzy w okopach, po kulach gwiżdżących koło uszu, taki bal charytatywny w San Francisco to nuda, choć niejeden reporter pewnie byłby zachwycony. Niestety, nie Everett. Z westchnieniem dopił lemoniadę, cisnął butelkę do kosza, zrzucił ciuchy i poszedł pod prysznic.

Woda przyjemnie chłodziła skórę. W Los Angeles było gorąco, tu też dość ciepło, a na dodatek parno. Na szczęście w pokoju działała klimatyzacja. Po prysznicu poczuł się lepiej i ubierając się, powiedział sobie, że dość już narzekania. Postanowił jak najlepiej wykorzystać sytuację, więc się poczęstował czekoladkami zostawionymi na nocnej szafce, zjadł też ciastko z minibarku. Spoglądając w lustro, przypiął muszkę i włożył marynarkę wypożyczonego smokingu.

Boże święty, wyglądam jak dyrygent… albo dżentelmen. Roześmiał się. Nie przesadzajmy, jak kelner.

Był cholernie dobrym fotografikiem, który kiedyś dostał Pulitzera. Kilka jego zdjęć trafiło na okładki „Time’a”. Miał nazwisko w branży i omal nie spaprał tego wszystkiego przez picie, ale przynajmniej to się zmieniło. Spędził sześć miesięcy na odwyku, potem kolejne pięć w ashramie, próbując wymyślić inny sposób na życie. I chyba wymyślił. Pożegnał się z wódą na zawsze. Nie widział innego wyjścia. Nim sięgnął dna, omal się nie przekręcił w jakimś zawszonym hotelu w Bangkoku. Dziwka, z którą był tego wieczoru, uratowała mu życie, pogotowie przyjechało szybko. Kiedy wrócił do Stanów, wylali go z Associated Press – nie dawał znaku życia przez prawie trzy tygodnie i zawalił wszystkie terminy, chyba po raz setny tego roku. W przebłysku rozsądku zgłosił się na odwyk wbrew samemu sobie. Zgodził się tylko na trzydzieści dni. Dopiero tam zrozumiał, jak fatalnie wyglądały jego sprawy. Miał do wyboru: wytrzeźwieć albo zdychać. Został więc sześć miesięcy i postanowił jednak wytrzeźwieć, zamiast zdechnąć następnym razem, gdy wpadnie w ciąg.

Od tamtej pory przytył, nabrał zdrowego wyglądu i codziennie chodził na mityngi – czasem nawet aż trzy w ciągu dnia. Teraz już nie były tak niezbędne jak na początku, ale uważał, że nawet jeśli spotkania nie zawsze mu pomagały, to jego obecność na nich służyła dobrze komuś innemu. Miał sponsora, sam był czyimś sponsorem i nie pił od ponad roku. Teraz wetknął do kieszeni smokingu metalowy znaczek roku w trzeźwości, włożył swoje szczęśliwe kowbojki, ale zapomniał uczesać włosy. Wyszedł z pokoju trzy minuty po szóstej, z torbą, w której miał aparat, przewieszoną przez ramię i z uśmiechem na twarzy. Czuł się już dużo lepiej. Codzienne życie wciąż nie było proste, jednak, mimo wszystko, o niebo lepsze niż przed rokiem. Jak to powiedział ktoś z AA? „Wciąż mam złe dni, ale przedtem miewałem złe lata”. Gdy opuścił hotel, skręcił w prawo na California Street i ruszył w stronę kościoła Świętej Marii. Cieszył się na ten mityng. Miał dobry nastrój. Dotknął w kieszeni okrągłego znaczka i od razu przypomniał sobie, jak wiele osiągnął przez te dwanaście miesięcy.

– Tak trzymaj… – szepnął do siebie. Wszedł na dziedziniec parafialny, rozglądając się za grupą. Było dokładnie osiem po szóstej. A on wiedział – zawsze czuł to wcześniej – że podzieli się dziś swoją radością z innymi.

Gdy Everett wchodził do kościoła Świętej Marii, Sara właśnie wyskoczyła z samochodu i wbiegała do hotelu. Miała trzy kwadranse na ubranie się i pięć minut na zejście do sali balowej. Uszkodziła sobie dwa tipsy, sięgając do torebki po napiwek, gdy lakier jeszcze nie wysechł, ale wyglądały dobrze. Fryzura też nie budziła zastrzeżeń. Kiedy biegła przez foyer, odźwierny uśmiechnął się do niej i krzyknął:

– Powodzenia!

– Dzięki! – odkrzyknęła i pomachała. W windzie wcisnęła guzik piętra klubowego i trzy minuty później szykowała już sobie kąpiel. Wyjęła suknię z plastikowego, zasuwanego worka. Srebrnobiała, połyskująca kreacja doskonale podkreślała jej figurę. Do kompletu Sara kupiła srebrne sandały na obcasach od Manolo Blahnika; wiedziała, że chodzenie w nich będzie torturą, ale razem z sukienką wyglądały bajecznie.

Wykąpała się w pięć minut, usiadła przed lustrem, by zrobić makijaż, i przypinała właśnie brylantowe klipsy, gdy, za dwadzieścia siódma, do pokoju wszedł Seth. Dziś był czwartek. Mąż błagał ją, by urządziła bal w weekend, żeby następnego dnia nie musiał wstawać o świcie i pędzić do pracy, ale tylko taki termin odpowiadał dyrektorowi hotelu i Melanie, więc zmiana nie wchodziła w grę.

Seth wyglądał na zestresowanego – jak zawsze, kiedy wracał z biura. Za swój sukces płacił ciężką, wyczerpującą psychicznie pracą. Ale Sara zauważyła, że dziś jest wyjątkowo zgnębiony. Usiadł na brzegu wanny, przeczesał włosy palcami i pochylił się, by pocałować żonę.

– Wyglądasz na bardzo zmęczonego – powiedziała ze współczuciem. Zawsze wyczuwała jego nastroje. Dobrali się idealnie. Znaleźli porozumienie od pierwszego dnia, gdy się poznali. Cieszyli się szczęściem rodzinnym i mieli bzika na punkcie dzieci. Seth zadbał o to, by życie Sary było usłane różami. A ona uwielbiała każdą chwilę spędzoną z nim, a przede wszystkim uwielbiała jego.

– Jestem skonany – przyznał. – Jak tam bal? Wszystko idzie dobrze? – Lubił słuchać o wszystkim, co robiła, i kibicował jej poczynaniom. Mawiał czasem, że siedząc w domu, Sara marnuje wspaniały biznesowy umysł i dyplom magisterski, ale był wdzięczny, że jest tak oddana rodzinie.

– Fantastycznie! – Sara uśmiechnęła się promiennie i włożyła maleńkie koronkowe stringi; specjalnie wybrała przezroczyste, żeby nie odznaczały się pod sukienką. Miała odpowiednią figurę do takiej bielizny i wyglądała bardzo seksownie. Seth nie mógł się oprzeć. Wyciągnął rękę i pogłaskał żonę po udzie.

– Nie zaczynaj, skarbie – ostrzegła go – bo się przez ciebie spóźnię. Ty możesz trochę odpocząć. Wystarczy, jeśli zejdziesz na kolację. Wpół do ósmej. Dasz radę? – Seth spojrzał na zegarek i kiwnął głową. Była za dziesięć siódma. Sarze zostało pięć minut na ubranie się.

– Będę na dole za pół godziny. Mam jeszcze do załatwienia parę telefonów. – Jak zwykle. Prowadząc fundusz inwestycyjny, był zajęty dzień i noc, co wcale Sary nie dziwiło. Przypominało jej to dni wprowadzania do obrotu akcji nowej spółki, w czasach, kiedy sama pracowała na Wall Street. Życie Setha cały czas tak wyglądało, ale miał szczęście w interesach i odnosił sukcesy, dzięki czemu pławili się w luksusie. Młodzi i bajecznie bogaci; tak majętne pary były zwykle dwa razy starsze. Sara nie zapominała, że te pieniądze nie spadły z nieba.

Odwróciła się, by mąż zapiął jej sukienkę. Seth patrzył na nią z podziwem. Wyglądała wspaniale.

– Rany! Zwalasz mnie z nóg, mała!

– Dziękuję. – Pocałowali się czule. Schowała kilka drobiazgów do maleńkiej, srebrnej torebki, włożyła eleganckie nowe buty. Seth rozmawiał już przez telefon, wydając dyspozycje na jutro. Nie chciało jej się nawet słuchać, o czym mówi. Postawiła obok niego buteleczkę szkockiej i szklankę z lodem. Gdy wychodząc z pokoju, pomachała mu od drzwi, nalewał sobie whisky, dziękując żonie uśmiechem.

Sara wsiadła do windy i zjechała do sali balowej, trzy poziomy poniżej głównego holu. Wszystko wyglądało perfekcyjnie. W foyer sali ładne hostessy w szmaragdowych, rubinowych i bursztynowych sukienkach siedziały przy długich stołach, czekając na gości; sprawdzały zaproszenia i wręczały karty z numerami stołów i miejsc. Modelki, które krążyły po sali, miały długie czarne suknie i drogocenną biżuterię od Tiffany’ego. Nieliczni goście zjawili się przed czasem. Sara rozejrzała się jeszcze raz, sprawdzając, czy wszystko jest w porządku. W tej samej chwili do foyer wszedł wysoki mężczyzna z rozczochranymi, piaskowo-siwymi włosami i z torbą przewieszoną przez ramię. Uśmiechnął się, z podziwem obrzucając wzrokiem jej figurę. Kiedy powiedział, że jest z magazynu „Scoop”, Sara ucieszyła się. Im więcej dziennikarzy zjawi się dzisiaj, tym większe będzie zainteresowanie balem w przyszłym roku – a zainteresowanie przekładało się na pieniądze. Media były ogromnie ważne.

– Jestem Everett Carson – przedstawił się mężczyzna i przypiął dziennikarski identyfikator do kieszeni smokingu. Wyglądał na zrelaksowanego i wyluzowanego.

– Sara Sloane, przewodnicząca komitetu organizacyjnego. Życzy pan sobie drinka? – zaproponowała, ale on pokręcił głową. Odkąd nie pił, uderzało go, że ludzie zawsze tak mówili, witając się z kimś. Propozycja drinka padała czasem wręcz w tym samym zdaniu, co „dzień dobry”.

– Nie, dziękuję. Czy mam mieć oko na kogoś szczególnego? Miejscowe sławy, osoby z towarzystwa?

Sara powiedziała mu, że na balu będą Gettysowie, Sean i Robin Wright Penn, Robin i Marsha Williamsowie. Wymieniła też kilka nazwisk, które nic mu nie mówiły, ale obiecała, że wskaże właściwe osoby.

Wróciła do długich stołów, by witać gości wysiadających z wind, a Everett Carson zaczął fotografować modelki. Dwie z nich wyglądały zjawiskowo; miały jędrne, krągłe piersi, zapewne sztuczne, i interesujące dekolty, na których pyszniły się brylantowe naszyjniki. Pozostałe były za chude jak na jego gust. Po chwili wrócił i zrobił zdjęcie Sarze. Podobała mu się ta młoda kobieta o niebanalnej urodzie; ciemnokasztanowe włosy miała upięte do góry i ozdobione migotliwymi gwiazdkami, a w jej wielkich zielonych oczach błyszczały wesołe iskierki.

– Dziękuję – powiedziała uprzejmie, a on się uśmiechnął ciepło. Sara się zastanawiała, dlaczego nie uczesał włosów. Roztargnienie, czy może taki styl? Zauważyła zniszczone kowbojki z czarnej krokodylej skóry. Ciekawy człowiek, z pewnością miałby niejedno do opowiedzenia. Żałowała, że nie będzie miała okazji poznać bliżej dziennikarza, który przyjechał z Los Angeles na jeden wieczór.

– Powodzenia – rzucił Everett i poszedł sobie, w chwili, kiedy z wind wysypało się chyba ze trzydzieści osób naraz. Dla Sary Bal Małych Aniołków zaczął się na dobre.

Rozdział 2 

Wejście do sali i odszukanie miejsc przy stolikach zajęło gościom więcej czasu, niż przewidziała Sara. Konferansjer, znany hollywoodzki aktor, który wiele lat prowadził nocny talk-show w telewizji i niedawno przeszedł na emeryturę, był wspaniały. Zapraszał do zajmowania miejsc, przedstawiał, w miarę jak się pojawiały, znane osobistości, które przyjechały z Los Angeles na dzisiejszy wieczór, nie zapominając oczywiście o burmistrzu i lokalnych personach. Poza drobnym poślizgiem w czasie wszystko szło zgodnie z planem.

Sara ograniczyła przemówienia i podziękowania do minimum. Po krótkim wystąpieniu ordynatora oddziału położniczego wyświetlono film o „cudach”, jakich tam dokonano. Po projekcji opowiedziała o własnych doświadczeniach z Molly, a potem od razu zaczęła się aukcja. Licytacja była ostra. Brylantowy naszyjnik od Tiffany’ego poszedł za sto tysięcy dolarów. Zaproszenia na imprezy z gwiazdami sprzedały się za nieprawdopodobne kwoty. Miniaturowy yorkshire terier, uroczy szczeniak, kosztował nowego właściciela dziesięć tysięcy. A range rover sto dziesięć. Seth zalicytował za nisko i w końcu opuścił numerek, poddając się. Sara szepnęła mu, że nic nie szkodzi, bo wystarcza jej samochód, którym jeździ. Uśmiechnął się do niej smutnie. Był rozkojarzony, ciągle jeszcze nie mógł się odprężyć po ciężkim dniu w pracy.

Kilka razy mignął jej w tłumie Everett Carson. Podała mu numery stolików ważniejszych osób z towarzystwa. Nie tylko jemu zresztą; zjawili się fotoreporterzy z „W”, „Town and Country”, „Entertainment Weekly” i „Entertainment Tonight”. Operatorzy kamer telewizyjnych czekali na występ Melanie. Choć bal się nie skończył, już okazał się wielkim sukcesem. Dzięki jednemu z aukcjonariuszy, który licytował wyjątkowo agresywnie, aukcja przyniosła ponad czterysta tysięcy. Sprzedano wszystko, nawet dwa kosmicznie drogie obrazy z miejscowej galerii sztuki, a także atrakcyjne rejsy i wycieczki. Łącznie z zyskami ze sprzedaży miejscówek zebrana kwota przeszła wszelkie oczekiwania, a przecież po zeszłorocznym balu jeszcze przez wiele dni napływały czeki z darowiznami.

Sara, krążąc między stołami, dziękowała gościom za przybycie, witała się ze znajomymi. Kilka stolików z tyłu sali przeznaczono dla organizacji dobroczynnych – lokalnego oddziału Czerwonego Krzyża i fundacji na rzecz zapobiegania samobójstwom – a jeden ze stołów, wykupiony przez Stowarzyszenie Katolickich Organizacji Charytatywnych współpracujące z oddziałem położniczym, obsiedli duchowni i zakonnice. Dostrzegła księży w koloratkach i kilka kobiet w prostych, czarnych lub granatowych kostiumach. Tylko jedna z sióstr nosiła habit – drobniutka kobieta przypominająca skrzata o rudych włosach i świetlistych, niebieskich oczach. Sara rozpoznała ją natychmiast. Siostra Mary Magdalen Kent, miejscowa wersja Matki Teresy. Zajmowała się bezdomnymi i pozostawała w sporze z władzami miasta. Według niej za mało robiły dla najbiedniejszych. Sara bardzo chciała z nią porozmawiać, ale nie miała na to czasu. Przemknęła obok stołu, posyłając uśmiech księżom i siostrom. Ci zaś gawędzili swobodnie, śmiali się, pili wino – Sara nie kryła radości, widząc, że tak dobrze się bawią.

– Nie sądziłem, że cię tu zobaczę, Maggie – powiedział z uśmiechem ksiądz prowadzący darmową jadłodajnię dla najuboższych. Znał ją doskonale. Siostra Mary Magdalen była prawdziwą lwicą, kiedy przychodziło jej bronić podopiecznych, ale skromną myszką, jeśli chodziło o kontakty towarzyskie. Nie pamiętał, by kiedykolwiek wcześniej widział ją na imprezie charytatywnej. Inne siostry zakonne siedzące przy stole – w tym dyrektorka szkoły pielęgniarskiej przy Uniwersytecie San Francisco, ubrana w szykowny, granatowy kostium, ze złotym krzyżykiem w klapie i z krótko ostrzyżonymi włosami – prezentowały modny styl klasycznej elegancji. Czuły się całkiem swobodnie. Siostra Mary Magdalen, czy też Maggie, jak nazwał ją przyjaciel, wyglądała na speszoną, niemal zawstydzoną faktem, że tu się znalazła. W kornecie, który przekrzywił się trochę na jej krótkich, ogniście rudych włosach, przypominała elfa przebranego za zakonnicę.

– Niewiele brakowało, a nie zobaczyłbyś mnie – odpowiedziała półgłosem ojcu O’Caseyowi. – Kuratorka, z którą współpracuję, dała mi zaproszenie. Nie pytaj, czemu akurat mnie. Musiała dziś iść na różaniec. Wolałabym, żeby oddała bilet komuś innemu, ale zgodziłam się, bo nie chciałam wyjść na niewdzięczną. – Tłumaczyła się zażenowana, jakby przepraszając, że w ogóle tu jest, a nie z bezdomnymi na ulicy. Tego rodzaju imprezy z pewnością nie były w jej stylu.

– Dajże sobie spokój, Maggie. Wiem, że pracujesz ciężko i ofiarnie – odparł wielkodusznie ojciec O’Casey. Znał siostrę Mary Magdalen od lat i podziwiał ją za radykalne przekonania i bezkompromisową postawę. – Ale przyznaję, że zaskoczyłaś mnie tym habitem. – Pokręcił głową i nalał siostrze kieliszek wina, którego nie tknęła. Nawet zanim wstąpiła do zakonu, mając dwadzieścia jeden lat, nigdy nie paliła ani nie piła.

Roześmiała się na jego uwagę dotyczącą ubrania.

– Habit to moja jedyna sukienka. Na co dzień chodzę w dżinsach i bluzach. Do tego, co robię, nie potrzebuję eleganckich strojów. – Spojrzała na swoje towarzyszki, które wyglądem przypominały bardziej zadbane gospodynie domowe czy nauczycielki niż zakonnice, jeśli nie liczyć złotych krzyżyków w klapach.

– Dobrze ci zrobi takie wyjście raz na jakiś czas – stwierdził ojciec O’Casey. Zaczęli rozmawiać o polityce Kościoła, o kontrowersyjnym stanowisku biskupa w sprawie wyświęcania młodych księży i o ostatnim oświadczeniu Watykanu. Maggie szczególnie interesował projekt nowego prawa miejskiego, oceniany aktualnie przez ekspertów. Jego zapisy w znacznym stopniu dotyczyły jej podopiecznych. Uważała, że proponowane zmiany są krzywdzące dla bezdomnych. Była błyskotliwą dyskutantką i po kilku minutach dwóch księży i jedna z zakonnic przyłączyli się do rozmowy. Ciekawiło ich, co Maggie ma do powiedzenia, bo o tej ustawie wiedziała więcej, niż oni.

– Maggie, jesteś zbyt surowa – powiedziała siostra Dominica, dyrektorka szkoły pielęgniarskiej. – Nie da się rozwiązać problemów wszystkich ludzi jednocześnie.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.