Znajdź mnie - André Aciman - ebook

141 osób właśnie czyta

Opis

TAMTE DNI, TAMTE NOCE DWADZIEŚCIA LAT PÓŹNIEJ

 

André Aciman ‒ mistrz intymnych detali i emocjonalnych niuansów, które są materią pożądania, ponownie przenosi nas w scenerię romansu. Trzy opowiadania, trzej bohaterowie, trzy zmysłowe opowieści przepełnione erotyzmem, nostalgią i czułością.

 

Samuel, starzejący się profesor filologii klasycznej jedzie na spotkanie z synem, Eliem, wziętym pianistą. Przypadkowe spotkanie w pociągu do Rzymu z piękną młodą kobietą odmienia jego życie. Elio przeprowadza się do Paryża, gdzie nawiązuje udaną relację z niemal o dwie dekady starszym mężczyzną. Oliver, dziś wykładowca college’u w Nowej Anglii, mąż i ojciec, planuje długą podróż przez Atlantyk…

 

Jak tym razem splotą się losy głównych bohaterów?

 

„Chciałem, żeby dotknął mnie w policzek drugą dłonią i trzymał moją twarz, trzymał moją twarz i pozwolił mi być młodszym z nas dwóch, a potem pocałował mnie głęboko w usta. Poczułem się tak, jakbyśmy przed chwilą byli razem w łóżku, a on przestał ze mną rozmawiać i po prostu zniknął”.

„Patrzyliśmy na siebie, ale żadne z nas nic nie mówiło. Wiedziałem, że jeśli powiem choć słowo, czar pryśnie, siedzieliśmy więc milczący i zapatrzeni w siebie, tak jakby ona też się bała rozproszyć magię chwili. Chciałem zapytać: „Co ty robisz w moim życiu? Czy tacy młodzi i piękni ludzie naprawdę istnieją? Czy poza filmami i czasopismami w ogóle są realni?”

– fragmenty książki

 

***

 

„Świat Tamtych dni, tamtych nocy tak naprawdę nigdy mnie nie opuścił. Mimo że stworzyłem bohaterów i byłem autorem ich życia, nie przypuszczałem, że nauczą mnie tak wielu rzeczy o intymności i miłości – nie byłem świadomy, że je wiem, dopóki nie przelałem ich na papier. Film sprawił, iż zdałem sobie sprawę, że chcę wrócić do bohaterów i obserwować ich przez kolejne lata”.

– André Aciman, Vulture

 

„Stworzona przez Acimana historia jest wzruszająca, ale nie sentymentalna (…) Elegancka, zapadająca w pamięć historia o wiecznej miłości przez pokolenia.”

– Kirkus Review

 

„Elegancka kontynuacja okrzykniętej arcydziełem pierwszej powieści Acimana „Tamte dni, tamte noce” powraca do najważniejszych bohaterów blisko dwadzieścia lat później. Sercem powieści jest Elio, a jej główne tematy: między innymi ojcostwo, muzyka, natura czasu i przeznaczenia – są przesiąknięte erotyzmem, nostalgią i czułością.

Powieść ponownie demonstruje zdolność Acimana do łączenia zmysłowości i cielesności w historiach, które chwytają za serce.”

– Publishers’ Weekly

 

Książka André Acimana „Tamte dni, tamte noce” („Call Me by Your Name”) ukazała się w Polsce prawie równolegle z premierą filmu w reżyserii Luki Guadagnino, który powstał na jej podstawie. Film otrzymał Oscara® w kategorii najlepszy scenariusz adaptowany autorstwa Jamesa Ivory’ego. Historia wzajemnej fascynacji i namiętności, a wreszcie uczucia, które połączyło dorastającego chłopca z gościem jego rodziców zebrała znakomite recenzje. Czytelnicy zastanawiali się, jak potoczą się dalsze losy bohaterów, czy dane im będzie się jeszcze kiedykolwiek spotkać. „Znajdź mnie” to odpowiedź na ich prośby.

 

O autorze

 

André Aciman (ur. 2 stycznia 1951 roku) - amerykański autor, eseista i literaturoznawca urodził się i dorastał w Egipcie, w rodzinie sefardyjskich Żydów.

Wykładał literaturę francuską w Princeton University, uczył też kreatywnego pisania w Bard College. Jest autorem wielu prac krytycznych o twórczości Marcela Prousta. W 1995 roku wydał wspomnienia pod tytułem „Wyjście z Egiptu”. Książka otrzymała Nagrodę Whiting.

Aciman publikuje na łamach „The New Yorker", „The New York Review of Books" i „The New York Times". Obecnie jest profesorem City University of New York, gdzie wykłada teorię literatury.

Jego powstała w 2007 roku powieść „Tamte dni, tamte noce” otrzymała Nagrodę Literacką Lambda w kategorii Gay Fiction i została uznana przez „New York Times” za książkę roku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 302

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Find me
Copyright © 2019 by André Aciman All rights reserved.
Copyright © for the Polish translation by Tomasz Bieroń Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2019
Redaktor prowadzący: PAULINA POTRYKUS-WOŹNIAK
Redakcja: MAGDALENA GERAGA
Korekta: JOLANTA KUCHARSKA
Projekt okładki: ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ
Projekt typograficzny: MARZENNA DOBROWOLSKA
Zdjęcia wykorzystane na okładce: Ivan; Paolo Grassi / Stock.adobe.com
Łamanie i skład: MARZENA PIŁKO
Wydanie I
ISBN 978-83-66005-65-5
Wydawnictwo Poradnia K Sp. z o.o. ul. Wilcza 25 lok. 6, 00-544 Warszawa e-mail: [email protected] www: www.poradniak.plFacebook.com/poradniak Zapraszamy do naszej księgarni internetowej: sklep.poradniak.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Por mis tres hijos[1]

CZĘŚĆ I

Tempo

.

Dlaczego taka ponura?

Patrzyłem, jak wsiadała na dworcu kolejowym we Florencji. Przesunęła szklane drzwi i kiedy była już w wagonie, rozejrzała się i po chwili rzuciła swój plecak na puste miejsce obok mnie. Zdjęła skórzaną kurtkę, odłożyła anglojęzyczną książkę w miękkiej oprawie, którą czytała, a następnie, niejako z poirytowanym prychnięciem, ciężko opadła na siedzenie po przekątnej do mojego. Zrobiła na mnie wrażenie osoby, która przed chwilą gwałtownie się z kimś pokłóciła i wciąż tkwią w jej głowie raniące słowa, wypowiedziane przez nią samą albo jej rozmówcę tuż przed rozłączeniem się. Jej pies, którego starała się trzymać między nogami na zawiniętej wokół dłoni czerwonej smyczy, wyglądał na nie mniej zdenerwowanego niż ona.

– Buona, grzeczna dziewczynka – powiedziała w końcu, licząc na to, że uspokoi psa. – Buona – powtórzyła, ponieważ pies nadal wiercił się i próbował wyswobodzić ze stanowczego uścisku jej kostek.

Obecność psa drażniła mnie i odruchowo odmówiłem zdjęcia nogi z nogi czy przesunięcia się, żeby zrobić mu miejsce. Kobieta zachowywała się jednak tak, jakby nie zauważała ani mnie, ani języka mojego ciała. Zaczęła grzebać w plecaku, znalazła plastikowy woreczek i wyjęła z niego dwa przysmaki w kształcie kości, a potem wyciągnęła je przed siebie na dłoni i patrzyła, jak pies je zlizuje.

– Brava.

Ponieważ pies był na moment udobruchany, dźwignęła się nieznacznie, aby poprawić koszulę, parę razy przesunęła się na siedzeniu, a potem zapadła w rodzaj podenerwowanego stuporu, patrząc obojętnie na Florencję, kiedy pociąg zaczął odjeżdżać z dworca Santa Maria Novella. Być może bezwiednie kilka razy potrząsnęła głową, przeklinając zapewne osobę, z którą się pokłóciła przed wejściem do pociągu. Przez moment sprawiała wrażenie tak głęboko przygnębionej, że wpatrzony w moją otwartą książkę, zastanawiałem się, co powiedzieć, choćby tylko po to, by zacząć rozmowę i rozproszyć ciężkie burzowe chmury, które zebrały się nad naszym kącikiem na samym końcu wagonu. Rozmyśliłem się jednak. Lepiej zostawić ją w spokoju, pomyślałem i postanowiłem wrócić do lektury. Kiedy jednak zauważyłem, że na mnie patrzy, nie mogłem się powstrzymać:

– Dlaczego taka ponura? – spytałem.

Dopiero wtedy przyszło mi do głowy, jak bardzo niestosowne musiało się wydać moje pytanie zupełnie obcej współpasażerce, a na dodatek osobie, która sprawiała wrażenie gotowej pod najdrobniejszym pretekstem wybuchnąć. Ona jednak popatrzyła tylko na mnie ze zdziwieniem i wrogim błyskiem w oczach, zapowiadającym słowa, które miały mnie zgasić i usadzić. „Pilnuj swoich spraw, staruszku”. Albo: „Co to pana obchodzi?”. Mogła też zrobić minę i poczęstować miażdżącym komentarzem: „Palant!”.

– Nie jestem ponura, po prostu myślę – odparła.

Łagodny, niemal melancholijny ton tej odpowiedzi tak mnie zaskoczył, że odebrało mi mowę jeszcze skuteczniej, niż gdyby kazała mi się odpieprzyć.

– Może myślenie sprawia, że wyglądam ponuro.

– Czyli pani myśli są radosne?

– Nie, radosne też nie są. – Uśmiechnąłem się, ale milczałem, już teraz żałując swoich powierzchownych, protekcjonalnych zaczepek. – Może jednak jestem trochę ponura – dodała ze zgaszonym uśmiechem, przyznając mi rację.

Przeprosiłem za brak taktu.

– Nie ma za co – odparła, wpatrując się w zamiejski krajobraz za oknem. Potem wzięła do ręki swoją książkę.

Zapytałem, czy jest Amerykanką. Potwierdziła.

– Amerykanin – dodałem, chociaż mnie o to nie zapytała.

– Poznałam po akcencie.

Wyjaśniłem, że mieszkam we Włoszech od prawie trzydziestu lat, ale za nic w świecie nie potrafię pozbyć się akcentu. Dowiedziałem się, że zamieszkała we Włoszech z rodzicami, kiedy miała dwanaście lat.

Oboje jechaliśmy do Rzymu.

– Do pracy? – spytałem.

– Nie, nie do pracy. Chodzi o mojego ojca. Nie czuje się dobrze. – Spojrzała na mnie. – To pewnie tłumaczy, dlaczego jestem ponura.

– Coś poważnego?

– Chyba tak.

– Bardzo mi przykro.

Wzruszyła ramionami.

– Życie! – Zmieniła ton: – A pan? Sprawy zawodowe czy wypoczynek?

Uśmiechnąłem się na tę parodię pytania z kwestionariusza i wyjaśniłem, że zostałem zaproszony do wygłoszenia wykładu dla studentów, ale spotykam się również z moim synem, który mieszka w Rzymie i odbierze mnie z dworca.

– Z pewnością uroczy chłopiec.

Poznałem, że ze mnie dworuje, ale podobał mi się jej swobodny, nieformalny styl bycia, ten przeskok od ponurości do żartobliwości, który zmuszał rozmówcę do tego samego. Jej ton kłócił się ze sportowym ubiorem: poobijane turystyczne buty, para dżinsów, brak makijażu i rozpięta do połowy spłowiała koszula flanelowa w czerwonawym kolorze włożona na czarny T-shirt. A przy tym swoim wymiętym i rozchełstanym wyglądzie miała zielone oczy i ciemne brwi. Ona wie, pomyślałem, ona zapewne wie, dlaczego wyskoczyłem z tą głupią uwagą o ponurym nastroju. Nie miałem wątpliwości, że obcy ludzie zawsze znajdują jakiś sposób na nawiązanie z nią rozmowy i właśnie stąd bierze się jej poirytowana mina w stylu „nawet nie próbuj”.

Nie zdziwiło mnie, że po ironicznej uwadze o moim synu rozmowa przestała się kleić. Pora wziąć do ręki książki. Ona jednak odwróciła się do mnie i spytała prosto z mostu:

– Cieszy się pan, że zobaczy syna?

Uznałem, że znowu się ze mnie naigrawa, ale ton nie był ironiczny. Dostrzegłem coś urzekającego i rozbrajającego w fakcie, że przeszła prosto do spraw osobistych, przeskakując nad przeszkodami, które rozdzielają obcych ludzi w pociągu. Podobało mi się to. Może chciała wiedzieć, co dwa razy starszy od niej mężczyzna czuje przed spotkaniem z synem. Albo nie miała ochoty czytać. Czekała na moją odpowiedź.

– Czuje pan radość? A może zdenerwowanie?

– Chyba nie zdenerwowanie, no może troszeczkę. Rodzic zawsze się boi, że zostanie uznany za intruza, o nudziarzu nie wspominając.

– Uważa się pan za nudziarza?

Zachwyciło mnie, że moje słowa ją zaskoczyły.

– Może. Ale powiedzmy sobie szczerze, kto nie jest nudziarzem?

– Nie uważam mojego ojca za nudziarza.

Czyżbym ją uraził?

– W takim razie cofam swoje słowa.

Uśmiechnęła się do mnie.

– Nie tak szybko.

Najpierw prowokuje, a potem przygważdża. Przypominała mi mojego syna – była nieco starsza, ale z taką samą zręcznością wychwytywała wszystkie moje gafy i uniki, więc po każdej zakończonej pojednaniem kłótni byłem trochę poobijany.

„Jaką jesteś osobą, kiedy ktoś pozna cię bliżej?” – chciałem zapytać. – „Jesteś dowcipna, jowialna i zabawna, czy też w twoich żyłach krąży ponure, rozdrażnione serum, które kładzie się cieniem na rysach i kasuje całą wesołość obiecywaną przez uśmiech i zielone oczy?” Chciałem wiedzieć – ponieważ nie potrafiłem tego rozpoznać.

Miałem ją właśnie skomplementować za umiejętność czytania ludzi, kiedy zadzwonił jej telefon. „Chłopak, oczywiście! Któżby inny”. Tak bardzo przywykłem do tego, że telefon komórkowy przerywa rozmowę, że nie potrafiłem już spotykać się ze studentami przy kawie czy rozmawiać z kolegami z pracy, albo moim synem nawet, bez komórkowych ingerencji. Telefonicznie wybawiony, telefonicznie uciszony, telefonicznie odrzucony.

– Cześć, tato – powiedziała zaraz po pierwszym dzwonku. Sądziłem, że odebrała tak szybko, bo nie chciała, aby głośny sygnał zakłócił spokój innych pasażerów. Zaskoczyło mnie, że wrzeszczy do telefonu. – To przez ten przeklęty pociąg! Miał przestój, nie wiem jak długi, ale powinnam być nie dalej niż za dwie godziny. Do zobaczenia wkrótce. – Ojciec ją o coś zapytał. – Oczywiście, głupolu, jak mogłabym zapomnieć. – Zapytał o coś jeszcze. – To też. – Cisza. – Ja też. Bardzo, bardzo.

Wyłączyła telefon i wrzuciła go do plecaczka, jakby chciała powiedzieć: już nam więcej nie przeszkodzi. Uśmiechnęła się do mnie nieswojo.

– Rodzice... – powiedziała w końcu, w znaczeniu: „Wszędzie są tacy sami, prawda?”. Potem jednak wyjaśniła: – Widzę go co tydzień – jestem jego weekendową usługującą, a moje rodzeństwo i jego opiekunka zajmują się nim w dni powszednie. – Nie dając mi szansy wtrącić choć słowa, zapytała: – Odstawił się pan na dzisiejszą okoliczność?

Cóż za słowo na opisanie tego, co miałem na sobie!

– Naprawdę wyglądam na odstawionego? – odparłem żartobliwie, przerzucając się z nią tym słowem, aby nie pomyślała, że domagam się komplementów.

– Chusteczka w kieszonce, starannie wyprasowana koszula, bez krawata, ale ze spinkami. Widzę w tym przemyślaną koncepcję. Może trochę staroświeckie, ale wytworne.

Oboje się uśmiechnęliśmy.

– Pominęła pani to – powiedziałem, odrobinę wysuwając z kieszeni marynarki kolorowy krawat i wkładając go z powrotem.

Chciałem jej zakomunikować, że mam dostatecznie dużo poczucia humoru, aby śmiać się z samego siebie.

– Dokładnie tak, jak myślałam. Odstawiony! Nie jak emerytowany profesor w kościółkowym stroju, ale prawie. Co robicie, kiedy pan przyjeżdża do Rzymu?

Czy ona nigdy nie odpuści? Czy moje wstępne pytanie kazało jej myśleć, że może sobie pozwolić na takie niedyskrecje? Nie przeszkadzało mi to jednak.

– Spotykamy się co pięć albo sześć tygodni. Syn mieszka w Rzymie, ale niedługo przeprowadza się do Paryża. Już teraz mi go brakuje. Lubię te dni, które ze sobą spędzamy. Nie robimy nic konkretnego, głównie chodzimy, zawsze tą samą trasą: jego Rzym, koło konserwatorium, mój Rzym, gdzie mieszkałem jako młody adiunkt. Zachodzimy na lunch do Armando’s. On jakoś znosi moje towarzystwo, a może je lubi, do tej pory tego nie rozgryzłem, może jedno i drugie, ale zrytualizowaliśmy te wizyty: Via Vittoria, Via dei Banchi Vecchi, Via del Babuino, czasami wędrujemy aż do cmentarza protestanckiego. To są punkty orientacyjne naszego życia. Nazwaliśmy je rekolekcjami. Żaden z nas nie zapomina: lunch, spacer, rekolekcje. Szczęściarz ze mnie. Już samo chodzenie z nim po Rzymie to rekolekcje. Na każdym kroku człowiek potyka się o wspomnienia – swoje, cudze, miasta. Ja lubię Rzym o zmierzchu, on po południu, i zdarza się, że wstępujemy gdzieś na popołudniową herbatę, aby przeciągnąć spotkanie do wieczora i pójść na drinka.

– I to wszystko?

– To wszystko. Idziemy Via Margutta ze względu na mnie, a potem Via Belsiana ze względu na niego – wspomnienia starych miłości.

– Rekolekcje o starych rekolekcjach? – zażartowała ładna młoda kobieta w pociągu. – Jest żonaty?

– Nie.

– Ma kogoś?

– Nie wiem. Podejrzewam, że tak. Ale martwię się o niego. Swego czasu ktoś był i zapytałem, czy jest i teraz, ale on pokręcił tylko głową i powiedział: „Nie pytaj, tato, nie pytaj”. To mogło znaczyć, że nikt albo wszyscy – nie potrafię stwierdzić, co byłoby gorsze. Kiedyś był ze mną taki szczery.

– Myślę, że teraz też był z panem szczery.

– W jakimś sensie tak.

– Lubię go – powiedziała młoda kobieta, siedząca po przekątnej. – Może dlatego, że jestem do niego podobna. Czasem mi zarzucają, że jestem za bardzo bezpośrednia, za bardzo hop do przodu, a niekiedy, że zbyt ostrożna i wycofana.

– Nie sądzę, aby mój syn był wycofany. Ale chyba nie jest zbyt szczęśliwy.

– Wiem, co czuje.

– A w pani życiu nie ma nikogo?

– Gdybym to ja wiedziała.

– Jak to?

Słowa te wyskoczyły ze mnie jak zdziwione, smętne westchnienie. Co mogła mieć na myśli – że w jej życiu nie ma nikogo, że jest ich zbyt wielu albo że mężczyzna jej życia zostawił ją zdruzgotaną z pragnieniem wyładowania gniewu na sobie samej albo na kolejnych uganiających się za nią kawalerach? A może ludzie po prostu przychodzą i odchodzą. Obawiałem się, że tak jest w przypadku mojego syna – czy ta dziewczyna należy do takich, które wślizgują się i wyślizgują z cudzego życia, nie zostawiając żadnych śladów ani pamiątek?

– Chyba nie jestem typem, który choćby lubi ludzi, a tym bardziej się w nich zakochuje.

Zobaczyłem w nich dwojgu to samo: te same zgorzkniałe, apatyczne, poranione serca.

– Chodzi o to, że nie lubi pani ludzi czy po prostu po jakimś czasie zaczynają panią męczyć i za żadne skarby świata nie może sobie pani przypomnieć, dlaczego uznała ich za interesujących?

Milczała z kompletnie zaskoczoną miną, nie wydusiła z siebie ani słowa. Patrzyła mi prosto w oczy. Czyżbym znowu ją uraził?

– Skąd pan to wiedział? – spytała w końcu. Po raz pierwszy zobaczyłem u niej poważną i rozgniewaną minę. Widziałem, że ostrzy jakieś werbalne sztylety, którymi zamierza przekłuć moje aroganckie wtykanie nosa do jej prywatnego życia. Nie należało nic mówić. – Poznaliśmy się nie więcej niż piętnaście minut temu, a pan mnie już zna! Skąd mógł pan to wiedzieć? – Potem się zreflektowała: – Ile pan bierze za godzinę?

– Na koszt zakładu. Ale nie ma w tym raczej zbyt wielkiej przenikliwości, po prostu chyba wszyscy tacy jesteśmy. Poza tym jest pani młoda i piękna, mężczyźni na pewno do pani lgną, więc nie chodzi o to, że ma pani kłopoty z poznaniem kogoś odpowiedniego. – Czy znowu powiedziałem za dużo albo przekroczyłem jakąś granicę? Chcąc zneutralizować skutki mojego komplementu, dodałem: – Problem w tym, że magia kogoś nowo poznanego zawsze trwa za krótko. Chcemy tylko tych, których nie możemy mieć. Jedynie ci, których straciliśmy albo niewiedzący o naszym istnieniu, odciskają się na naszym życiu. Inni są tylko echem.

– Czy to jest przypadek panny Margutty? – spytała.

Przed tą kobietą nic się nie ukryje, pomyślałem. Podobało mi się brzmienie słów „panna Margutta”. Stawiały to, co między nami istniało przed laty, w łagodnym i potulnym, niemal komicznym świetle.

– Nigdy się tego nie dowiem. Byliśmy ze sobą tak krótko i wszystko wydarzyło się tak szybko.

– Jak dawno?

Zastanowiłem się chwilę.

– Wstydzę się przyznać.

– Oj, niech pan powie!

– Co najmniej dwie dekady temu. A ściślej prawie trzy.

– I?

– Poznaliśmy się na przyjęciu, kiedy byłem adiunktem w Rzymie. Oboje z kimś przyszliśmy, przypadkiem zaczęliśmy rozmawiać i żadne z nas nie miało ochoty przestać. W końcu wyszła ze swoim chłopakiem, chwilę przed nami. Nie wymieniliśmy się nawet numerami telefonów. Nie potrafiłem jednak o niej zapomnieć. Zadzwoniłem więc do kolegi, który zaprosił mnie na imprezę, i spytałem, czy ma jej telefon. Teraz będzie śmiesznie: dzień wcześniej ona do niego zadzwoniła, żeby go poprosić o kontakt do mnie. „Słyszałem, że mnie szukałaś”, powiedziałem, kiedy w końcu do niej zadzwoniłem. Należało się przedstawić, ale byłem taki stremowany, że w ogóle o tym nie pomyślałem. Natychmiast rozpoznała mój głos, a może nasz wspólny znajomy ją ostrzegł, że zatelefonuję. „Zamierzałam do ciebie zadzwonić”, powiedziała. „Ale nie zadzwoniłaś”, odparłem. „Nie, nie zadzwoniłam”. Wtedy powiedziała coś, co pokazało, że miała więcej odwagi ode mnie, i co przyspieszyło mi tętno, ponieważ się tego nie spodziewałem i nigdy tego nie zapomnę. „Więc jak to zrobimy?”, spytała. Jak to zrobimy? Po tym jednym zdaniu wiedziałem, że moje życie jest spychane ze swojej orbity. Nikt znajomy nie powiedział wcześniej do mnie tak szczerych, niemal drapieżnych słów.

– Lubię ją.

– A można jej było nie lubić? Prostolinijna, bezpośrednia i taka rzeczowa, że musiałem od razu podjąć decyzję: „Zjedzmy razem lunch”, powiedziałem. „Ponieważ kolacja byłaby trudna, tak?”, spytała. Zachwyciła mnie ta śmiała, chociaż zawoalowana ironia. „Zjedzmy razem lunch – dajmy na to dzisiaj”, powiedziałem. „Może być, dajmy na to, dzisiaj”. Roześmialiśmy się z tego, jak szybko sprawy idą do przodu. Do lunchu mieliśmy ledwo godzinę.

– Nie przeszkadzało panu, że zamierzała zdradzić swojego chłopaka?

– Nie. Tak jak nie przeszkadzało mi, że planowałem to samo ze swoją dziewczyną. Lunch trwał bardzo długo. Odprowadziłem ją do domu Via Margutta, potem ona odprowadziła mnie tam, gdzie jedliśmy lunch, a potem ja znowu odprowadziłem ją do domu Via Margutta. „Jutro?”, spytałem, nadal nie mając pewności, czy się nie narzucam. „Absolutnie, jutro”. To był tydzień przed świętami. We wtorek po południu zrobiliśmy coś szalonego: kupiliśmy dwa bilety w obie strony i polecieliśmy do Londynu.

– Jakie romantyczne!

Wszystko szło niezmiernie szybko i wydawało się tak naturalne, że żadne z nas nie widziało potrzeby omawiania spraw z naszymi partnerami i w ogóle zastanawiania się nad nimi. Po prostu porzuciliśmy wszelkie zahamowania. W tamtych czasach jeszcze je mieliśmy.

– Chce pan powiedzieć, że dzisiaj ludzie ich nie mają?

– Nie jestem zorientowany.

– Mogłam się tego domyślić.

Ten sarkastyczny przytyk miał mi dać do zrozumienia, że powinienem poczuć się lekko skarcony.

Zaśmiałem się pod nosem. Ona też, sygnalizując, że wie, iż nie jestem szczery.

– W każdym razie skończyło się po kilku dniach. Ona wróciła do swojego chłopaka, a ja do dziewczyny. Nie zostaliśmy przyjaciółmi. Ale byłem na jej ślubie i zaprosiłem ich później na swój. Oni pozostali małżeństwem. My nie. Voilà.

– Dlaczego pozwolił jej pan wrócić do chłopaka?

– Dlaczego? Może dlatego, że nie miałem pełnego przekonania co do swoich uczuć. A może nie walczyłem o to, żeby ją zatrzymać, a ona już wiedziała, że nie będę walczył. Może chciałem być zakochany i bałem się, że nie jestem, może wolałem nasz mały stan zawieszenia w Londynie niż zmierzenie się z faktem, że nic do niej nie czuję. Może wolałem wątpić niż wiedzieć. A ile pani bierze za godzinę?

– Touché!

Kiedy ostatni raz rozmawiałem z kimś w ten sposób?

– Teraz proszę mi powiedzieć o osobie w pani życiu. Jestem pewien, że widuje się pani z kimś wyjątkowym, mam rację?

– Tak, widuję się z kimś.

– Od jak dawna? – Po chwili się zreflektowałem. – Jeśli wolno mi zapytać.

– Wolno panu. Ledwie od sześciu miesięcy. – Wzruszyła ramionami. – Nie jest to historia, o której warto byłoby napisać do gazet.

– Lubi go pani?

– Jest w porządku. Dogadujemy się. I mamy wiele wspólnych upodobań. Ale jesteśmy tylko dwojgiem współlokatorów, którzy udają, że mają wspólne życie. A nie mamy.

– Ależ to pani wyraziła. „Dwoje współlokatorów, którzy udają, że mają wspólne życie”. Smutne.

– Rzeczywiście smutne. Ale smutne jest również to, że może przeżyłam więcej wspólnych chwil z panem w tym pociągu niż z nim przez cały tydzień.

– Może nie otwiera się pani na ludzi.

– Przecież z panem rozmawiam.

– Jestem obcy, a na obcych łatwiej się otworzyć.

– Jedyne istoty, z którymi potrafię rozmawiać szczerze, to mój ojciec i pies Pawłowa, a żadna z nich nie zabawi na tym świecie zbyt długo. Nawiasem mówiąc, ojciec nie znosi mojego obecnego chłopaka.

– Całkiem częste zjawisko u ojców.

– Mojego poprzedniego partnera uwielbiał.

– A pani?

Uśmiechnęła się, zdradzając tym samym, że udzieli odpowiedzi ze szczyptą humoru:

– Ja nie. – Zastanowiła się. – Poprzedni chłopak chciał się ze mną ożenić. Odmówiłam. Poczułam wielką ulgę, że nie robił zamieszania podczas zerwania. Nie minęło pół roku, kiedy dowiedziałam się, że się żeni. Byłam sina z wściekłości. Ale jeśli kiedykolwiek poczułam się zraniona i płakałam przez miłość, to w dniu, w którym usłyszałam, że jego wybranką jest kobieta, z której godzinami się naśmiewaliśmy, gdy byliśmy razem.

Cisza.

– Zazdrosna bez śladu miłości – trudna z pani kobieta – powiedziałem w końcu.

Rzuciła mi spojrzenie, które było upomnieniem dotyczącym stylu rozmowy i ciekawości.

– Znamy się mniej niż godzinę, a pan mnie już całkowicie rozumie. I w ogóle mi to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie: podoba mi się to. Ale powinnam panu powiedzieć również o innym strasznym defekcie.

– Co znowu?

Oboje się roześmialiśmy.

– Nigdy nie podtrzymuję znajomości z mężczyznami, z którymi byłam w związku. Większość ludzi nie lubi palić za sobą mostów. Ja wysadzam je w powietrze – przypuszczalnie dlatego, że właściwie nigdy nie ma prawdziwego mostu. Zdarza mi się, że zostawiam wszystko w jego mieszkaniu i po prostu znikam. Nie znoszę długiego procesu pakowania się, wyprowadzania i nieuniknionych rozgrzebywań, które zamieniają się w łzawe błagania, żebyśmy zostali ze sobą. A przede wszystkim nienawidzę tej fikcji przywiązania, kiedy nie chcę być dotykana przez kogoś, z kim zapewne chętnie kiedyś sypiałam, ale już tego nie pamiętam. Jak pan powiedział, nie wiem, dlaczego w ogóle się z kimkolwiek wiążę. Nowe związki są takie denerwujące. Dochodzą do tego drobne nawyki, które muszę znosić. Zapach jego klatki dla ptaka, to, że lubi mieć CD ułożone w stos. Odgłosy przedpotopowego kaloryfera w środku nocy, które budzą mnie, ale jego nigdy. On chce zamknąć okna. Ja lubię, żeby były otwarte. Ja rozrzucam ubrania po całym mieszkaniu. On chce, żeby ręczniki były poskładane i odłożone do szafy. On lubi, żeby tubkę z pastą do zębów starannie wyciskać od dołu, ja wyciskam gdzie popadnie i zawsze gubię kapturek, który on znajduje na podłodze za muszlą klozetową. Pilot od telewizora ma swoje wyznaczone miejsce, mleko musi stać niedaleko, ale nie za blisko zamrażalnika, majtki i skarpetki mają swój kąt w tej szufladzie, ale nie w tamtej. Nie jestem trudna, tylko trochę apodyktyczna. To po prostu zasłona dymna. Toleruję wszystkich i wszystko. Przynajmniej przez chwilę. A potem pewnego dnia przychodzi olśnienie: nie chcę być z tym facetem, nie chcę go mieć w pobliżu. Muszę od niego uciec. Walczę z tym, ale jak tylko on to wyczuje, zaczyna mnie gnębić swoimi zrozpaczonymi oczami szczeniaczka. Jak tylko zauważę to spojrzenie, pfffff i już mnie nie ma, natychmiast znajduję sobie kogoś innego. Mężczyźni! – powiedziała w końcu, jakby to jedno słowo podsumowywało wszystkie wady, których większość kobiet jest gotowa nie dostrzegać albo nauczyć się z nimi żyć i ostatecznie wybaczyć tym mężczyznom, których mają nadzieję kochać do końca życia, nawet jeżeli wiedzą, że tak nie będzie. – Nie cierpię patrzeć na kogoś, kogo zraniłam.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

PRZYPISY

[1] Por mis tres hijos, hiszp. – Dla moich trzech synów (przyp. tłum.).