Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 508

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 13 godz. 30 min Lektor: Joanna Jeżewska

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 13 godz. 30 min Lektor: Joanna Jeżewska

Opis ebooka Złudzenie - Charlotte Link

Wielowarstwowa, wyrafinowana i trzymająca w napięciu do ostatniej strony nowa powieść kryminalna z wątkiem psychologicznym autorki bestsellerów Charlotte Link. Peter Simon, szanowany biznesmen, człowiek sukcesu, kochający mąż i ojciec znika bez śladu podczas podróży do Prowansji. Jego żona, Laura, zaczyna go rozpaczliwie szukać. We Francji odkrywa kolejne rewelacje, zaprzeczające obrazowi męża, jaki miała do tej pory. Kobieta nie tylko musi się pogodzić ze świadomością, że Peter wcale nie był takim człowiekiem, za jakiego go uważano... Ale także zmierzyć się z tym, że odkrycie prawdy wiąże się ze śmiertelnym niebezpieczeństwem.

Opinie o ebooku Złudzenie - Charlotte Link

Fragment ebooka Złudzenie - Charlotte Link

Tytuł oryginału:

DIE TÄUSCHUNG

Copyright © 2002 by Wilhelm Goldmann Verlag, München

© 2009 by Blanvalet Verlag, München

a division of Verlagsgruppe Random House GmbH, München, Germany

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Korekta: Iwona Wyrwisz, Aneta Iwan, Małgorzata Kryszkowska, Anna Just

ISBN: 978-83-7999-656-8

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

CZĘŚĆ I

Prolog

Nie wiedziała, co ją obudziło. Jakiś dźwięk, czy może zły sen? A może nadal nie dawały jej spokoju myśli z poprzedniego wieczoru? Zazwyczaj zabierała z sobą wątpliwości, ból i beznadzieję, gdy szła spać, i czasami budziła się od łez na policzkach.

Ale nie tym razem. Miała suche oczy.

Poszła spać koło jedenastej i od razu zasnęła. Zbyt wiele myśli chodziło jej po głowie, była zmęczona, zwłaszcza że powrócił dawny strach przed przyszłością, który jak się okazało, pokonała tylko na krótko. Poczucie osaczenia i zagrożenia ogarniało ją całą. Zazwyczaj domek na wybrzeżu oznaczał wolność; tutaj wszystko wydawało się prostsze. Jeszcze nigdy nie tęskniła, będąc tutaj, za eleganckim, ale ponurym paryskim apartamentem. A teraz po raz pierwszy cieszyła się, że lato dobiega końca.

Był piątek, dwudziesty ósmy września. Następnego dnia razem z Bernadette wróci do domu, do Paryża.

Na myśl o córeczce usiadła gwałtownie. A jeśli Bernadette ją wołała albo głośno mówiła przez sen? Bernadette miewała intensywne sny, budziła się często i wołała matkę. Często zastanawiała się, czy to normalne u czterolatki, czy może to jej wina, za bardzo obciąża córeczkę swoją niekończącą się depresją. Oczywiście z tego powodu dokuczały jej wyrzuty sumienia, ale właściwie nie wiedziała, jak to zmienić. Kończyło się na chwilowych zrywach, gdy własnymi siłami wyciągała się z bagna wiecznych narzekań i zagubienia, ale nigdy nie udało jej się na dłużej trzymać od nich z daleka.

Tylko w zeszłym roku… Zeszłego lata…

Zerknęła na elektryczny budzik stojący przy łóżku. Zielone cyfry świeciły w ciemności. Było kilka minut po północy, więc spała bardzo krótko. Nasłuchiwała czujnie. Nic. Bernadette, jeśli już ją wołała, robiła to bez przerwy. Mimo to postanowiła wstać i zajrzeć do córeczki.

Opuściła nogi na kamienną posadzkę i wstała.

Jak zawsze od śmierci Jacques’a włożyła do spania powyciągane bawełniane majteczki i spraną koszulkę. Dawniej z ochotą wkładała, zwłaszcza w ciepłe prowansalskie noce, głęboko wycięte jedwabne negliże, najchętniej w kolorze kości słoniowej, bo najlepiej podkreślały jej opaleniznę i ciemne włosy. Ale skończyła z tym, gdy Jacques trafił do szpitala i zaczęło się stopniowe umieranie. Uznali go za wyleczonego, wypisali ze szpitala, wrócił do niej, spłodzili Bernadette, a potem przyszedł kolejny nawrót choroby, bardzo szybko, i tym razem już nie wyszedł ze szpitala. Umarł w maju. W czerwcu przyszła na świat Bernadette.

W pokoju było ciepło. Okno było szeroko otwarte, zasłaniały je jedynie drewniane okiennice. Przez szpary w nich widziała jasną czerń rozgwieżdżonej nocy, czuła zapach dekadencji, którym rozpalone lato spowijało okolicę.

Wrzesień był oszałamiająco piękny, a jesień w Prowansji kochała najbardziej. Czasami zastanawiała się, czemu właściwie wraca co roku do Paryża na początku października, choć przecież nic jej tam nie trzyma. Być może potrzebowała gorsetu uporządkowanego planu, żeby nie zatracić się w braku rzeczywistości. Najpóźniej w październiku wszyscy wracali do miasta. Może chciała mieć poczucie przynależności, choć w najczarniejszych godzinach często miała do siebie pretensje o łudzenie się takim sensem życia.

Wyszła na korytarz, ale nie zapaliła światła. Jeśli Bernadette spała, lepiej jej nie budzić. Drzwi do jej pokoju były tylko przymknięte. Nasłuchiwała uważnie. Mała oddychała głęboko i spokojnie.

„Czyli nie ona mnie obudziła” – pomyślała.

Niespokojnie stała na korytarzu. Nie miała pojęcia, co ją zaniepokoiło. Nocami często się budziła, właściwie rzadko zdarzały się takie, które przespała bez przerwy. Zazwyczaj nie wiedziała, co wyrwało ją ze snu. Dlaczego więc dzisiaj jest taka zdenerwowana?

Gdzieś głęboko w niej czaił się strach. Strach, który okrywał ją gęsią skórką i dziwnie wyostrzał zmysły. Jakby wyczuwała niebezpieczeństwo czające się w ciemności. Jak zwierzę wyczuwające obecność drapieżnika, który stanowi zagrożenie.

„Nie histeryzuj” – upomniała się.

Nic nie było słychać.

A jednak wiedziała, że ktoś tu jest, ktoś poza nią i jej dzieckiem, i ten ktoś to jej najgorszy wróg. Przypomniała jej się samotność domu, zdawała sobie sprawę, jak bardzo są tu z córką oddalone od innych; nikt nie usłyszy ich krzyków, gdyby zaczęły krzyczeć, nikt nie zauważy, gdy w tym domu wydarzy się coś dziwnego.

„Niemożliwe, żeby ktoś tu wszedł – tłumaczyła sobie. – Wszystkie drzwi są pozamykane”. Przepiłowanie metalowej zasuwy narobiłoby mnóstwo hałasu. Zamki w drzwiach są mocne. Nie sposób ich po cichu otworzyć. Może ktoś jest na zewnątrz.

Przychodził jej do głowy tylko jeden człowiek, którego mogła sobie wyobrazić, jak pod osłoną nocy skrada się wokół domu, i na tę myśl zrobiło jej się niedobrze.

Nie zrobiłby tego. Jest męczący, ale nie szalony.

I w tym momencie dotarło do niej, że to nieprawda, że tak właśnie jest, że on jest szalony. I właśnie to szaleństwo kazało jej się od niego odsunąć. Właśnie to szaleństwo wyzwoliło w niej coraz silniejszą, instynktowną niechęć, której do tej pory sama nie umiała sobie wytłumaczyć. Był przecież taki miły. Taki troskliwy. Nie sposób mu niczego zarzucić. Była idiotką, że go nie chciała.

Słuchała instynktu, gdy go nie chciała.

„Dobra – powtarzała sobie i usiłowała oddychać głęboko, tak jak ją uczył terapeuta w tym strasznym pierwszym okresie po śmierci Jacques’a. – Dobra, może i rzeczywiście to on jest na zewnątrz. Ale i tak nie wejdzie do domu. Mogę spokojnie wracać do łóżka i iść spać. Jeśli rano się okaże, że to naprawdę był on, naślę na niego policję. Załatwię zakaz zbliżania się i wstępu na teren mojej posesji. Wrócę do Paryża. A jeśli zdecyduję się przyjechać tu na Boże Narodzenie, wszystko będzie zupełnie inaczej”.

Zdecydowana wróciła do sypialni.

A jednak kiedy znowu leżała w łóżku, zdenerwowanie, które wibrowało w jej ciele, nie ustępowało. Cały czas wszystkie włoski stały dęba. Dygotała, choć w pokoju było co najmniej dwadzieścia stopni. Podciągnęła kołdrę pod szyję i nagłe uderzenie gorąca utrudniało jej oddychanie. Była o krok od ataku paniki, który w jej wypadku zawsze zapowiadały naprzemienne fale gorąca i zimna. Pod koniec życia Jacques’a i zaraz po jego śmierci często doświadczała takich stanów. Teraz po raz pierwszy od dawna stare symptomy dały o sobie znać.

Kontynuowała ćwiczenia oddechowe, które zaczęła na korytarzu, i uspokoiła się tylko pozornie, bo w jej wnętrzu cały czas paliła się czerwona lampka alarmowa, a napięcie nie ustępowało. Ciągle miała wrażenie, że to nie atak paniki, tylko podświadomość, która chce ją przygotować na realne zagrożenie i daje znać, by zachowała czujność. Jednocześnie zdrowy rozsądek odrzucał te myśli. Jacques zawsze powtarzał, że wszelkie przeczucia, wewnętrzne głosy i wizje to stek bzdur.

– Wierzę tylko w to, co widzę – powtarzał. – I akceptuję tylko to, co da się udowodnić naukowo.

„A ja po prostu panikuję” – tłumaczyła sobie.

W tej chwili usłyszała dźwięk i stało się jasne, że niczego sobie nie wmawia. Dobrze znała ten dźwięk – cichy zgrzyt, jaki wydawały przeszklone drzwi, oddzielające w domu część dzienną od sypialnej. Każdego dnia tutaj słyszała go setki razy, gdy sama je odsuwała albo gdy Bernadette biegała po całym domu.

A to oznaczało, że naprawdę ktoś tu jest i wcale nie skrada się wokół domu.

Nie, jest już w środku.

Błyskawicznie wyskoczyła z łóżka.

„Do cholery, Jacques – pomyślała, nie zastanawiając się nad nietypowością tej chwili, bo po raz pierwszy w krytycznym momencie pomyślała o zmarłym mężu i do tego zwróciła się do niego przekleństwem. – Od początku wiedziałam, że ktoś jest w domu; dlaczego nie posłuchałam instynktu?”

Mogłaby zaryglować sypialnię od środka i tym samym zapewnić sobie bezpieczeństwo, ale Bernadette spała w sąsiednim pokoju; jak mogłaby ratować siebie, zostawiając córeczkę? Westchnęła na myśl, że prymitywny, zwierzęcy instynkt obudził ją i kazał iść do Bernadette; mogła ją wtedy zabrać i przenieść do siebie. Zmarnowała tę okazję. Jeśli on jest już po tej stronie przeszklonych drzwi, dzielą ich tylko kroki. Jak zahipnotyzowana wpatrywała się w drzwi do pokoju. Teraz, gdy wstrzymała oddech, w niczym niezakłóconej ciszy słyszała kroki na korytarzu.

Klamka poruszyła się lekko.

Czuła własny strach. Nie miała pojęcia, że przerażenie ma tak intensywny zapach.

Zrobiło jej się nagle bardzo zimno, miała wrażenie, że w ogóle nie może oddychać.

Kiedy drzwi stanęły otworem i framugę wypełnił wysoki mężczyzna, wiedziała już, że umrze. Wiedziała to z tą samą niezachwianą pewnością, z jaką wcześniej wyczuła, że ktoś jest w domu.

Przez chwilę stali naprzeciwko siebie. Zdziwił się, widząc ją na środku pokoju, a nie śpiącą w łóżku?

Była zgubiona. Rzuciła się do okna. Wbiła palce w zasuwkę przy okiennicach. Pękły jej paznokcie, rozerwała sobie skórę na ręce, niczego nie zauważyła.

Ze strachu zwymiotowała na parapet. Był tuż za nią. Brutalnie złapał ją za włosy. Odciągnął jej głowę do tyłu, tak że musiała spojrzeć mu w oczy. Widziała lodowaty chłód. Miała odsłoniętą szyję. Sznur, którym ją otoczył, boleśnie ranił skórę.

Umierając, modliła się za dziecko.

Sobota, 6 października 2001

1

Tuż przed Notre-Dame de Beauregard zobaczył nagle psa na autostradzie. Małego biało-brązowego psiaka z okrągłym łebkiem i wesoło zwisającymi uszami. Wcześniej go nie widział, nie wiedział, czy już od pewnego czasu biegł skrajem jezdni, zanim wpadł na samobójczy pomysł przedarcia się na drugą stronę.

„O Boże – pomyślał – zaraz będzie po nim”.

Samochody mknęły po autostradzie z prędkością stu trzydziestu kilometrów na godzinę. Prawie niemożliwe, żeby psu udało się między nimi przemknąć.

„Nie chcę patrzeć, jak rozjeżdżają go na miazgę” – pomyślał. Ze strachu okrył się gęsią skórką.

Wokoło wszyscy hamowali. Nikt się nie zatrzymał, na to jechali zbyt szybko, ale zwalniali, usiłowali zmienić pas, niektórzy trąbili.

Pies biegł dalej z dumnie uniesionym łbem. To zakrawało na cud, może naprawdę był to cud, że cały i zdrów dotarł do pasa między wstążkami autostrady.

Bogu dzięki. Udało mu się. Przynajmniej do połowy.

Poczuł, że oblał się potem, że koszulka pod wełnianym swetrem przylega mu do ciała. Nagle zrobiło mu się słabo. Zjechał na pobocze, zatrzymał się. Przed nim wznosiło się skalne wzgórze – bardzo dzisiaj ponure, jak zauważył, na którym kościółek Notre-Dame de Beauregard wbijał w niebo wąską, spiczastą wieżyczkę. Dlaczego niebo nie jest dzisiaj niebieskie? Przed chwilą minął zjazd na St. Remy, wkrótce dojedzie do wybrzeża Morza Śródziemnego. Ponury październikowy dzień mógłby nabrać trochę kolorów.

Przypomniał mu się psiak; wysiadł z samochodu i obejrzał się za siebie. Nigdzie go nie widział, ani na pasie między jezdniami, ani w postaci mokrej plamy na ruchliwej drodze. Czyżby udało mu się pokonać także drugą wstążkę drogi?

„Albo się ma anioła stróża, albo nie – pomyślał. – Jeśli się go ma, wówczas cud to nie cud, tylko logiczne następstwo. Mały psiak prawdopodobnie beztrosko gna w tej chwili przez pola. I zapewne nigdy nie zrozumie, że właściwie powinien już nie żyć”.

Obok niego przemykały samochody. Zdawał sobie sprawę, że niebezpiecznie jest tak stać na poboczu. Wrócił do samochodu, zapalił papierosa, wziął komórkę, zamyślił się. Czy już teraz zadzwonić do Laury? Ustalili, że odezwie się z „ich” parkingu, z tego miejsca, z którego widać już Morze Śródziemne.

Zamiast tego wybrał numer matki. Czekał cierpliwie. Chwilę trwało, zanim staruszka odebrała. Zaraz usłyszał jej ochrypły głos:

– Słucham?

– To ja, mamo. Chciałem się tylko przywitać.

– Świetnie. Dawno się do mnie nie odzywałeś. – Pretensje w głosie. – Gdzie jesteś?

– Na stacji benzynowej na południu Francji. – Zaniepokoiłaby się, słysząc, że stoi na poboczu autostrady i robi mu się słabo na wspomnienie psiaka, który na jego oczach cudem uniknął śmierci.

– Laura jest z tobą?

– Nie, jestem sam. Umówiłem się z Christopherem na żagle. Za tydzień wracam do domu.

– Czy o tej porze to nie jest przypadkiem niebezpieczne? No wiesz, żeglowanie.

– Skądże. Pływamy przecież co roku i zawsze wszystko było w porządku. – Mówił to wymuszonym, beztroskim tonem, choć zdawał sobie sprawę, że brzmi bardzo sztucznie. Laura nie dałaby mu spokoju, wypytywałaby bezlitośnie: „Coś się stało? Coś jest nie tak? Masz dziwny głos”.

Ale matka nie zauważyłaby nawet, gdyby leżał na łożu śmierci. Nie, w jej stylu są troskliwe pytania, jak właśnie to, czy żeglowanie o tej porze jest bezpieczne. Być może naprawdę się tym martwiła. Ale czasami myślał złośliwie, że zadaje te pytania odruchowo i wcale nie słucha odpowiedzi.

– Dzwoniła Britta – oznajmiła.

Westchnął. Kiedy była żona kontaktowała się z jego matką, nigdy nie zapowiadało to nic dobrego.

– Czego chciała?

– Ponarzekać. Podobno znowu nie przekazałeś jej pieniędzy i biedna nie może związać końca z końcem.

– Niech sama mi to powie. Nie musi zawracać ci głowy.

– Twierdzi, że jej unikasz, kiedy dzwoni do pracy. A do domu… mówiła, że nie ma ochoty rozmawiać z Laurą.

Pożałował, że do niej zadzwonił. Jakimś cudem to się zawsze źle kończyło.

– Muszę już kończyć, mamo – rzucił pospiesznie. – Bateria w komórce mi pada. Całuję cię.

„Dlaczego to powiedziałem? – zastanawiał się. – Co za głupota: całuję cię? Zazwyczaj tak do niej nie mówię”.

Z niemałym wysiłkiem udało mu się ponownie włączyć do ruchu. Nie spieszyło mu się, jechał z prędkością stu dwudziestu kilometrów na godzinę. Ciekawe, czy jego matka też zastanawiała się nad tym ostatnim zdaniem, czy jej też wydało się dziwne?

„Nie – zdecydował – na pewno nie”. Jego ostatnie słowa wpadły jednym uchem i wypadły drugim, jak wszystko, co dotyczyło innych ludzi, nie jej.

Włączył radio, rozkręcił muzykę na cały regulator. Muzyka go znieczulała, tak jak innych alkohol. Nieważne, czego słuchał, ważne, żeby było głośno.

Koło osiemnastej dotarł na parking, z którego miał zadzwonić do Laury. Ilekroć jechali razem na południe Francji, zatrzymywali się właśnie tutaj, wysiadali z samochodu i napawali się widokiem zatoki Cassis, otoczonej winnicami łagodnie opadającymi ku morzu, zwieńczonej stromymi skałami. Ilekroć jechał sam – na coroczny rejs z Christopherem – właśnie stąd dzwonił do Laury. To jedna z niepisanych umów, których było wiele między nimi. Laura uwielbiała rytuały, lubowała się w powracających momentach. Jemu osobiście specjalnie na nich nie zależało, ale też nie przeszkadzało mu jej zamiłowanie.

Pokonał długi, kręty podjazd na parking. W niczym nie przypominał innych podobnych miejsc postojowych. To właściwie był jeden wielki plac piknikowy – kamienne siedziska, ścieżki wysypane żwirem, cieniste drzewa. I widok zapierający dech w piersiach. Zazwyczaj porażał go błękit nieba i morza, dzisiaj jednak chmury nie będą się odbijały w tafli wody. Niebo, szare i ciężkie, wisiało nisko nad zatoką. Cisza była ciężka, przytłaczająca. W powietrzu unosił się zapach deszczu.

„Ponury dzień” – pomyślał. Zaparkował, zgasił silnik.

Niedaleko inny samotny mężczyzna siedział w białym renault i patrzył przed siebie. Przy sześciokątnym stole rozsiadło się starsze małżeństwo. Postawili przed sobą termos i pili z niego na zmianę. Z minibusu wysypała się duża rodzina, rodzice, chyba dziadkowie i niemożliwa do ustalenia liczba dzieci w różnym wieku. Starsze niosły kartony z pizzą, dorośli taszczyli kosze, z których wystawały butelki soku i wina.

„Co za idylla – pomyślał. – Ciepły październikowy wieczór, a ci urządzają sobie piknik w cudownym miejscu widokowym. Posiedzą tu ze dwie godziny, potem zrobi się za ciemno, za zimno. Wrócą do minivana, pojadą do domu, szczęśliwi i najedzeni udadzą się do łóżek”.

On osobiście nigdy właściwie nie chciał mieć dzieci – zarówno syn z pierwszego małżeństwa, jak i dwuletnia córeczka, którą miał z Laurą, pojawili się na świecie przez przypadek – ale czasami zastanawiał się, jak to jest: być częścią wielkiej rodziny. Nie miał bynajmniej naiwnych złudzeń: to oznacza ciągłe kolejki do łazienki, wieczne poszukiwania różnych drobiazgów, które ktoś sobie pożyczył, nieustający hałas, bałagan, chaos i zamieszanie. Ale być może też ciepło, poczucie przynależności, świadomość siły. I brak miejsca dla samotności i obaw przed bezsensem.

Po raz drugi sięgnął po komórkę. Nie czekał długo – odebrała od razu. Najwyraźniej spodziewała się, że zadzwoni mniej więcej o tej porze, i nie oddalała się od telefonu.

– Halo! – odezwała się radośnie. – Jesteś na Pas d’Ouilliers!

– Tak! – Starał się naśladować jej beztroski ton. – Mam Morze Śródziemne u stóp.

– Lśniące w wieczornym słońcu?

– Niestety nie. Jest pochmurno. Pewnie będzie dzisiaj padać.

– Och… ale może szybko się wypogodzi.

– Oczywiście, tym się akurat nie martwię, choć najlepsza kombinacja dla Christophera i dla mnie to słońce i wiatr.

Była zdecydowanie bardziej wrażliwa niż jego matka. Wyczuwała jego napięcie.

– Co jest? Masz dziwny głos.

– Jestem zmęczony. Dziewięć godzin na autostradzie to nie byle co.

– Koniecznie musisz odpocząć. Jeszcze dzisiaj spotykasz się z Christopherem?

– Nie, chcę się wcześnie położyć.

– Pozdrów nasz domek!

– Oczywiście. Bez ciebie będzie bardzo pusty.

– Będziesz tak zmęczony, że nawet tego nie zauważysz. – Roześmiała się.

Lubił jej śmiech, świeży, szczery, pochodzący z jej wnętrza. Tak samo jak jej smutek, gdy cierpiała. W przypadku Laury nie było mowy o uczuciach na pół gwizdka. Nie znał drugiej osoby równie szczerej jak ona.

– Być może. Pewnie zasnę jak niedźwiedź na zimę. – Spojrzał na szarą wodę. Rozpacz osaczała go ponownie.

„Nie mogę tu zostać – pomyślał. – Za dużo wspomnień. Muszę uciec przed wielką rodziną z pizzą, śmiechem, beztroską”.

– Wstąpię jeszcze gdzieś na kolację – powiedział.

– Gdzieś? Do Henriego i Nadine?

– Niezły pomysł. Pizza Henri – oto czego mi teraz trzeba.

– Później jeszcze zadzwonisz?

– Z domu – obiecał. – Odezwę się, zanim pójdę spać. W porządku?

– W porządku. Już czekam. – Nawet przez telefon, nawet z odległości tysięcy kilometrów wyczuwał jej uśmiech.

– Kocham cię – powiedziała cicho.

– Ja ciebie też – zapewnił.

Zakończył rozmowę, odłożył komórkę na fotel pasażera. Pizzowa rodzinka hałasowała niemiłosiernie, strzępki rozmów i śmiechów docierały do niego mimo zamkniętych okien. Odpalił silnik i powoli wyjechał z parkingu.

Zmierzch zapadał szybko, ale i tak nie było sensu czekać; dzisiaj nie będzie zachodu słońca nad morzem.

2

Kiedy kwadrans po dwudziestej drugiej Peter nadal nie zadzwonił, po dłuższej chwili wahania Laura wybrała numer jego komórki. Peter źle znosił, kiedy nie przestrzegała ustaleń – a tym razem ustalili, że to on zadzwoni. Denerwowała się jednak, nie pojmowała, co zatrzymało go do tej pory w restauracji. Cztery godziny temu, kiedy rozmawiali po raz ostatni, wydawał się bardzo zmęczony. Ostatnio rzadko go takim słyszała.

Nie odbierał, a po szóstym dzwonku włączyła się poczta głosowa:

– Proszę zostawić wiadomość, oddzwonię, kiedy…

Kusiło ją, żeby coś mu powiedzieć, dać do zrozumienia, że się martwi, że tęskni, że go kocha, ale nie zrobiła tego, żeby nie poczuł się osaczony. Może zasiedział się u Henriego i Nadine, może nie słyszał komórki, nie miał ochoty przerywać rozmowy, a może po prostu zostawił ją w samochodzie.

„Jeśli teraz zadzwonię do pizzerii, Peter poczuje się osaczony – pomyślała. – A jeśli zadzwonię do domu, a on już śpi, mogę go obudzić”.

– Czasami powinnaś po prostu zdać się na bieg wydarzeń – powtarzał jej często. – Sprawy rozwiążą się same, tak czy inaczej, a ty nie musisz bez powodu doprowadzać do szału wszystkich wokół.

Mimo to jeszcze dłuższą chwilę stała przy telefonie i zastanawiała się, czy nie zadzwonić do Christophera. Co prawda Peter mówił, że tego wieczoru się do niego nie wybiera, ale mógł przecież zmienić zdanie.

„Mam prawo zadzwonić” – stwierdziła buńczucznie.

Christopher zrozumie jej niepokój, ba, wcale nie uzna, że przesadza. Ale Peter później i tak stwierdzi, że ośmieszyła go w oczach przyjaciela.

– Christopher pewnie uważa mnie teraz za pieska na krótkiej smyczy. Wiesz, Lauro, nigdy nie zrozumiesz istoty prawdziwej męskiej przyjaźni, bo z nią wiąże się odrobina wolności.

– Nie wydaje mi się, żeby Christopher uważał to za problem.

– Nic nie mówi na ten temat, bo nie chce się wtrącać, a poza tym to porządny facet. Ale co sobie myśli, to jego, uwierz mi.

„Tylko że to ty przypisujesz przyjacielowi myśli i odczucia, które tak naprawdę są twoje” – pomyślała.

Poszła na górę, zajrzała do pokoju Sophie. Mała spała, oddychała spokojnie, głęboko.

„Może jednak powinnam była z nim pojechać – rozmyślała Laura. – Spędzić kilka słonecznych październikowych dni w naszym domu, podczas gdy Peter będzie żeglował. Nie byłabym taka samotna”.

Tylko że nigdy dotąd nie towarzyszyła mu w jesiennej wyprawie na żagle. Oczywiście przed czterema laty nie mieli jeszcze domku w La Cadiere, wtedy musiałaby się zatrzymać w hotelu, a nie uśmiechała jej się myśl o kilku samotnych dniach w hotelowym pokoju. Kiedyś – pewnie z pięć lat temu – zastanawiała się, czy nie zatrzymać się u Henriego i Nadine, w jednym z tych przytulnych i bardzo niewygodnych pokoi gościnnych na poddaszu, które od czasu do czasu wynajmowali.

– Byłabym w pobliżu, kiedy żeglujesz z Christopherem – tłumaczyła. Kolejny raz wydawało jej się, że nie przeżyje tygodniowego rozstania z Peterem.

Ale Peter był temu przeciwny.

– Moim zdaniem nie wypada akurat ten jeden raz zatrzymywać się u Henriego i Nadine. Zazwyczaj tego nie robimy i mogą sobie pomyśleć, że na co dzień ich pokoje nam nie odpowiadają, ale w ostateczności możemy się u nich zatrzymać.

Odkąd stali się posiadaczami własnego domu, ten problem rozwiązał się samoistnie, ale Peter nie zareagował na jej delikatną aluzję, że mogłaby pojechać z nim, a po raz drugi wolała nie ryzykować. Ten październikowy tydzień to czas dla Christophera. Peterowi najwyraźniej przeszkadzałaby obecność żony i córki, nawet gdyby zostały na brzegu.

Poszła do sypialni, rozebrała się, starannie powiesiła ubranie w szafie, włożyła powyciąganą koszulkę, w której zwykle sypiała. Dostała ją od Petera podczas ich pierwszego wspólnego urlopu na południu Francji. Wtedy była jeszcze wesoła i kolorowa, z czego niewiele zostało po niezliczonych praniach i Laura nie chciała wkładać jej nawet w domu. Ale Peter nie pozwalał jej wyrzucić.

– Chociaż w niej śpij – prosił. – Nie wiem dlaczego, jestem do niej bardzo przywiązany. Przypomina mi szczególne chwile w naszym życiu.

Byli wtedy świeżo zakochani. Laura miała dwadzieścia siedem lat, Peter – trzydzieści dwa. On był tuż po rozwodzie, ona rozstała się z poprzednim partnerem. Oboje pokonani, nieufni, niechętni angażowaniu się ponownie. Tuż po rozwodzie była żona Petera zabrała ich synka i wyprowadziła się na drugi koniec Niemiec, tym samym kpiąc sobie w żywe oczy z jego prawa do odwiedzin. Załamało go to. Potrzebował więcej czasu niż Laura, zanim odważył się pomyśleć o wspólnej przyszłości.

W starej koszulce poszła do łazienki, umyła zęby, wyszczotkowała włosy. Z lustra patrzyło na nią jej odbicie – była blada, jej usta otaczały zmarszczki oznaczające zmartwienie. Przypomniały jej się zdjęcia, na których jest na ulicach Cannes w tej samej koszulce, osiem lat wcześniej: opalona, roześmiana, z błyszczącymi oczami. Zakochana po uszy, oszołomiona, bezgranicznie szczęśliwa.

– Nadal jestem szczęśliwa – powiedziała do siebie. – Bezgranicznie szczęśliwa. Tylko że jestem też starsza. Trzydzieści pięć lat to nie to samo co dwadzieścia siedem.

Nerwowość, z jaką rozczesywała włosy, uświadomiła jej, jak bardzo jest spięta.

„Mój mąż nie dzwoni zaledwie jeden jedyny raz – tłumaczyła sobie. – Dlaczego nawet taki drobiazg do tego stopnia wyprowadza mnie z równowagi?”

Od przyjaciółek wiedziała, że ich mężowie są pod tym względem o wiele gorsi. Ciągle zapominali zadzwonić – albo o określonej porze, albo w ogóle. Nie dotrzymywali obietnic, ważne terminy wypadały im z głowy. Elisabeth, jej matka, w kółko powtarzała, że w postaci Petera trafił jej się wyjątkowo udany egzemplarz.

– Jest bardzo spolegliwy i cały czas koncentruje się na tobie. Trzymaj go z całej siły, drugiego takiego ze świecą nie znajdziesz.

Wiedziała o tym. I naprawdę nie chciała być małostkowa. Ale właśnie dlatego, że Peter zawsze był taki spolegliwy, nie mogła się uspokoić.

Oczywiście za bardzo się na nim skupiała – Anne, jej przyjaciółka, w kółko jej to powtarzała, ale jednak…

Dzwonek telefonu wyrwał ją z bolesnych rozważań.

– W końcu! – krzyknęła i pobiegła do sypialni. Aparat telefoniczny stał przy łóżku.

– Już myślałam, że zasnąłeś i całkiem o mnie zapomniałeś – powiedziała na przywitanie.

W słuchawce odpowiedziała jej pełna konsternacji cisza.

– Szczerze mówiąc, nie rozumiem, co ma pani na myśli – odezwała się w końcu Britta, była żona Petera.

Laurze zrobiło się głupio.

– Przepraszam bardzo, myślałam, że to Peter.

W głosie Britty jak zawsze czaiła się nutka dezaprobaty.

– Wnioskuję z tego, że nie ma go w domu. Chciałabym z nim porozmawiać.

„W sobotę o wpół do jedenastej wieczorem? – pomyślała gniewnie Laura. – To nie jest normalna pora na rozmowę. Nawet z byłym mężem”.

– Peter pojechał do La Cadiere. Wraca w przyszłą sobotę.

Britta westchnęła ciężko.

– Te cholerne jesienne żagle z Christopherem chyba nigdy mu się nie znudzą. Co roku to samo, od jakichś piętnastu lat.

Britta zawsze chętnie podkreślała, że wie wszystko o gustach i zamiłowaniach Petera i że zna go o wiele dłużej niż Laura.

– Bogu dzięki, że to już nie moja sprawa – dodała.

– Czy mam mu przekazać, żeby się z panią skontaktował, kiedy do mnie zadzwoni? – zapytała Laura, puszczając ostatnią uwagę Britty mimo uszu.

– Tak, koniecznie. Wciąż nie przesłał mi alimentów na Olivera, a dziś jest już szósty października.

– Cóż, uważam…

– Oczywiście mam na myśli kwotę za wrzesień. Którą powinnam otrzymać pierwszego września. Nie wydaje mi się, żebym przedwcześnie wszczynała alarm. Oczywiście kwoty październikowej także nie otrzymałam.

– O ile mi wiadomo, Peter przekazuje alimenty jako stałe zlecenie – zauważyła Laura. – Może zaszła pomyłka w banku.

– Stałe zlecenie skończyło się ponad rok temu – oznajmiła Britta. Nie udało jej się ukryć tryumfu w głosie na myśl o tym, że są rzeczy, o których aktualna żona Petera nie ma pojęcia. – Teraz przelewa te pieniądze sam i niestety prawie zawsze z pewnym opóźnieniem. Nie ukrywam, że to denerwujące, że muszę czekać na należne mi pieniądze. A już nie wspomnę, jak to wpływa na Olivera. Wiara, którą nadal mimo wszystko pokłada w ojcu, chwieje się, ilekroć mu tłumaczę, że nie mogę mu czegoś kupić, bo Peter po raz kolejny spóźnia się z alimentami.

Laura musiała ugryźć się w język, żeby nie odpowiedzieć złośliwie. Wiedziała, że Britta, kierowniczka oddziału banku, sama zarabia całkiem nieźle i mało prawdopodobne, żeby musiała odmówić czegoś synowi tylko dlatego, że Peter kilka dni później niż zwykle przekazał alimenty. A jeśli naprawdę to robiła, to tylko po to, żeby nastawić chłopca negatywnie do ojca.

– Porozmawiam z Peterem, gdy tylko zadzwoni – obiecała. – I poproszę, żeby się z panią skontaktował. Jestem pewna, że to tylko małe nieporozumienie.

– Cóż, może jeszcze dzisiaj zadzwoni – rzuciła szorstko Britta. Pierwsze słowa Laury, gdy podniosła słuchawkę, zdradzały, jak bardzo czeka na jego telefon i jak bardzo się już denerwuje. – W każdym razie tego pani życzę. Jutro rano zastanie mnie w domu. Dobranoc. – Rozłączyła się, zanim Laura zdążyła odpowiedzieć.

– Żmija! – syknęła i odłożyła słuchawkę.

„Peter powinien był mi powiedzieć, że zlikwidował stałe zlecenie – pomyślała. – Nie wyszłabym wtedy na kompletną ignorantkę”.

Ale czy właściwie naprawdę wyszła na ignorantkę? I czy likwidacja stałego zlecenia to sprawa na tyle istotna, że powinien był jej o tym powiedzieć? Chyba jest jak zwykle przewrażliwiona i dlatego wydaje jej się, że ją źle potraktowano. Nikomu innemu coś takiego nawet nie przyszłoby do głowy. Każda inna widziałaby to takim, jakie jest naprawdę – opóźnienie w płatności, nic więcej. Była żona ziejąca jadem, bo nie może się pogodzić, że jej eks jest szczęśliwy w nowym związku, podczas gdy ona zapewne do końca życia będzie sama.

„Nie mogę wiecznie czuć się od niej gorsza – stwierdziła Laura. – Jest ode mnie o wiele starsza, sfrustrowana i zapewne bardzo nieszczęśliwa. Jej życie potoczyło się zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażała”.

Na wszelki wypadek jeszcze raz zajrzała do Sophie, ale wszystko było tak samo jak przedtem: mała spała smacznie, miała rozpalone, rumiane policzki, jak zawsze, gdy zapadała w głęboki sen.

Laura poszła do sypialni. Przelotnie spojrzała na oprawioną fotografię Petera na nocnym stoliku. Stał na pokładzie Vivace, ich wspólnego jachtu. Na oryginalnym zdjęciu był też Christopher, ale obcięła je tak, że teraz został tylko skrawek jego ramienia. Peter miał na sobie niebieską koszulę i biały sweter o grubym splocie, nonszalancko zawiązany na ramionach. Śmiał się. Był opalony, zadowolony, zdrowy. W zgodzie z sobą, autentyczny, wolny. Miał „minę z pokładu Vivace”. Zawsze tak wyglądał, gdy wybierał się na żagle. Czasami wydawało się, że staje się innym człowiekiem.

– Deski pokładu pod stopami, wiatr w żaglach i krzyki mew – mawiał. – Nic więcej nie potrzeba mi do szczęścia.

Bolało, ilekroć to mówił, bo nie wymieniał jej. Kiedyś nawet zapytała:

– A ja? Mnie nie potrzebujesz do szczęścia?

Zrobił wielkie oczy.

– To zupełnie inna sprawa. Chyba o tym wiesz.

Położyła się, naciągnęła kołdrę pod szyję. Słyszała deszcz za oknem. W pokoju było zimno; okno było uchylone przez cały dzień, a jeszcze nie uruchomiła ogrzewania. Ale w zimnym pomieszczeniu na pewno zaśnie.

Westchnęła i spojrzała na wyświetlacz budzika przy łóżku. Za dziesięć jedenasta.

Niedziela, 7 października

1

Tej nocy prawie nie zmrużyła oka. Chwilami miała wrażenie, że obserwuje, jak zmieniają się godziny na zegarze i może naprawdę tak było. Szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w zegarek. Wpół do pierwszej. Pierwsza. Dziesięć po pierwszej. Dwadzieścia po pierwszej. Wpół do drugiej.

Za kwadrans druga wstała, poszła do kuchni po szklankę wody. Choć dygotała z zimna w cienkiej koszulce, nie chciało jej się szukać szlafroka. Kafelki w kuchni wydawały się lodowato zimne pod nagimi stopami. Piła wodę małymi łyczkami i wpatrywała się w rolety w oknie. Zdawała sobie sprawę, że przesadza. Bo co się właściwie stało? Jej mąż wyjechał i zapomniał zadzwonić do niej przed snem. Odezwie się jutro rano, wyjaśni, że położył się do łóżka, chciał jeszcze chwilę poczytać i niepostrzeżenie zasnął. Był bardzo zmęczony. Przypomniała sobie, kiedy o tym myślała. O tym jego nietypowym zmęczeniu. Wydawał się bardziej wyczerpany niż kiedykolwiek. Nic dziwnego, że w taki dzień senność wzięła górę. Że zapomniał zadzwonić. Że…

Rozsądek, który miał jej pomóc opanować niepokój, rozpływał się bez śladu. Strach, poczucie beznadziejnej samotności wystrzeliły w niej jak płomień. Znała go nie od dziś, to nie było nowe uczucie. Lęk przed samotnością towarzyszył jej przez całe życie i nigdy nie nauczyła się nad nim panować. Zjawiał się nie wiadomo skąd, a Laura nie miała do dyspozycji żadnej broni, by mu się przeciwstawić. Także teraz duma i rozwaga, dzięki którym przez cały wieczór trzymała się w garści, rozpłynęły się bez śladu. Odstawiła szklankę z wodą, pobiegła do saloniku, sięgnęła po słuchawkę, wybrała numer Petera. I znowu trafiła na pocztę głosową. Tym razem zostawiła wiadomość.

– Peter? To ja, Laura. Dochodzi druga w nocy. Martwię się, bo nie zadzwoniłeś. I właściwie dlaczego nie odbierasz? Wiem, że to głupie, ale… – Zdała sobie sprawę, że mówi płaczliwie jak małe dziecko. – Czuję się bardzo samotna. Bez ciebie łóżko jest wielkie i puste. Proszę, odezwij się.

Rozłączyła się. Ulżyło jej, gdy powiedziała to wszystko na głos, a poza tym słyszała jego głos na automatycznej sekretarce i już to stanowiło namiastkę kontaktu, choć tylko jednostronnego.

Choć rzadko pijała alkohol, teraz nalała sobie odrobinę wódki, która czekała na gości na srebrnym barku. Jedyne źródło światła stanowiła lampa w przedpokoju. Jak zawsze, gdy tu wchodziła, zachwycała się urodą tego wnętrza. Salonik udał jej się nadspodziewanie i była z niego bardzo dumna. Właściwie sama urządziła cały dom, wtedy, cztery lata temu, gdy go kupili i zamieszkali na eleganckim przedmieściu Frankfurtu. Peter miał pełne ręce roboty i we wszystkim zdał się na nią.

– Pieniądze nie grają roli – oznajmił i dał jej swoją kartę kredytową. – Kupuj, co ci się tylko spodoba. Masz fantastyczny gust. Na pewno spodoba mi się wszystko, co wymyślisz.

Była szczęśliwa, że ma się czym zająć. Zazwyczaj dni nieco się jej dłużyły; co prawda czasami pomagała sekretarce Petera prowadzić księgowość, ale praca biurowa nie dawała jej satysfakcji ani spełnienia. Była w końcu artystką. Nie lubiła porządkować papierów, opłacać faktur, dodawać długich kolumn liczb. Robiła to, żeby odciążyć Petera, ale cały czas marzyła o tym, żeby…

Nie. Jak zawsze odepchnęła od siebie myśl o tym, czego pragnęła. Nie ma sensu snuć nierealnych marzeń. Jej życie jest cudowne, o wiele lepsze niż życie innych ludzi. Osobiście urządziła ten wspaniały dom, prawie codziennie coś w nim zmieniała, uwielbiała szukać skarbów w małych antykwariatach i galeriach, znajdować perełki, znosić je do domu i wić gniazdko dla siebie i Petera.

„Cudownie – powtarzała sobie. – I tak spokojnie. Nowe zasłony pasują idealnie”.

Odebrała je w przeddzień wyjazdu Petera. Znalazła te zasłony we włoskim sklepiku. Były co prawda nieprzyzwoicie drogie, ale uważała, że są warte swojej ceny. Powiesiła je sama z niemałym wysiłkiem i wieczorem czekała, co powie Peter, on jednak w pierwszej chwili w ogóle ich nie zauważył. Kiedy koło ósmej wrócił z pracy, był całkowicie pogrążony w myślach. Coś najwyraźniej nie dawało mu spokoju; Laura założyła wtedy, że to zbliżająca się podróż. Teraz, gdy stała pośrodku saloniku i niechętnie, wbrew sobie, sączyła alkohol, którego nie lubiła, miała przed oczami tamtą scenę: stali tu razem, prawie w tym samym miejscu, tu, gdzie ona teraz.

– Niczego nie zauważyłeś? – zapytała wtedy.

Peter rozejrzał się dokoła. Był zmęczony, wydawał się nieobecny myślami.

– Nie. A co miałem zauważyć?

Była oczywiście zawiedziona, ale tłumaczyła sobie, że Peter myślami jest już na jachcie i że ma prawo cieszyć się na tydzień urlopu.

– Zawsze powtarzaliśmy, że te niebieskie zasłony nie pasują do dywanu – zaczęła, chcąc go naprowadzić na właściwy trop.

W końcu spojrzał na okno.

– Och – powiedział. – Nowe zasłony.

– Podobają ci się?

– Bardzo ładne. Jak stworzone do tego pokoju. – Nie wiadomo dlaczego, zabrzmiało to sztucznie. Jakby tylko udawał, że mu się podobają. Ale może tak jej się tylko zdawało.

– Kupiłam je w tym włoskim sklepie meblowym. Pamiętasz, opowiadałam ci o nim.

– Tak, tak, wiem. Bardzo ładne, naprawdę.

– Rachunek położyłam na biurku – dodała.

– Dobrze. – Roztargniony skinął głową. – Idę się spakować. Wolałbym się dzisiaj wcześniej położyć.

– Możesz przed wyjazdem zrobić przelew? Bo po twoim powrocie może być za późno.

– Oczywiście. Będę pamiętał. – Powoli wyszedł z saloniku.

W tej chwili przypomniał jej się rachunek za zasłony. O dziwo alkohol rozjaśnił jej w głowie. Atak paniki na myśl o samotności poszedł w niepamięć. Znowu myślała logicznie. Co prawda sprawa rachunku nie była zbyt ważna, ale i tak poszła do gabinetu, żeby się przekonać, czy ją załatwił.

Gabinet to był mały pokoik między kuchnią a salonikiem, wychodzący na ogród przeszkloną ścianą. Początkowo miał być w tym miejscu ogród zimowy. Laura wstawiła tu uroczy stary sekretarzyk, który przed laty znalazła na południu Francji, do tego dodała drewnianą biblioteczkę i wygodny fotel. Sama także tu pracowała; tu prowadziła księgowość, a Peter pracował tu wieczorami i w weekendy.

Zapaliła światło i od razu zobaczyła rachunek na biurku. W tym samym miejscu, w którym go położyła. Najwyraźniej Peter nawet na niego nie spojrzał, a co dopiero zapłacił.

„To był nieodpowiedni moment – pomyślała – tuż przed wyjazdem. Miał po prostu inne rzeczy na głowie”.

Powoli wracała na górę. Może po alkoholu w końcu zaśnie.

Nie zasnęła. Aż do świtu leżała z otwartymi oczami. O szóstej wstała, upewniła się, że Sophie nadal smacznie śpi, i poszła pobiegać. Cały czas padało. Wiatr wydawał się zimniejszy niż poprzedniego dnia.

2

W tamten niedzielny poranek padało też w Prowansji. Po długim, suchym lecie drugi tydzień października przyniósł zmianę pogody. Przyroda bardzo potrzebowała deszczu.

Nad górami wewnątrz lądu kłębiły się chmury, nadciągały ponurą warstwą. Winnice, pełne kolorowych liści, nie mieniły się w jesiennym słońcu jak zazwyczaj, tylko smętnie kryły za welonem wilgoci. Na drogach i dróżkach gromadziły się kałuże. Wiatr ze wschodu oznaczał, że zła pogoda zagości na dłużej.

Catherine Michaud wstała wcześnie, jak zawsze. Gdyby została w łóżku nieco dłużej, mogłaby zacząć rozmyślać, a to zawsze było niebezpieczne. Koniec końców zaczęłaby płakać albo zatraciłaby się w i tak wiecznie obecnej nienawiści i zgorzknieniu, a potem nie umiałaby sobie w ogóle poradzić z rozbudzonymi emocjami.

Zaparzyła sobie kawy i przechadzała się po mieszkaniu, ogrzewając palce o filiżankę. Z kuchni do saloniku, do sypialni, z powrotem do kuchni. Łazienki unikała. Nienawidziła łazienki w tym mieszkaniu. Przypominała wąski, wysoki wąwóz, do którego jakimś cudem gdzieś z góry wpada odrobina światła. Podłogę pokrywały zimne szare płytki, w które wżarł się brud wielu pokoleń mieszkańców. Nie sposób było go usunąć. Bladożółte kafelki wznoszące się nieco ponad metr nad podłogę były poobijane. Na jednym z nich, tuż przy umywalce, któryś z poprzedników Catherine wyrył gniewne Fuck you. Usiłowała zakrywać to ręcznikiem na wieszaku, ale haczyk odpadł po dwóch dniach i ziejąca w ścianie dziura bynajmniej nie poprawiła sytuacji.

Okno znajdowało się tak wysoko, że musiała wchodzić na sedes, żeby je uchylić. Kiedy stało się przed lustrem przy umywalce, światło padało na twarz pod najgorszym możliwym kątem. Człowiek zawsze wyglądał szaro, żałośnie, nieszczęśliwie, o wiele starzej niż w rzeczywistości.

Właśnie przez lustro tego ranka unikała łazienki. Bardziej niż brzydota pomieszczenia przerażał ją tego dnia widok jej twarzy – i nie tylko tego dnia. W ciągu minionych tygodni czuła się trochę lepiej, ale tej nocy obudziło ją palenie na twarzy, wrażenie, że nie tyle jej ciało, co jej skóra płonie od gorączki. Westchnęła cicho, wtulona w poduszkę, zmusiła się, by nie rozrywać palcami policzków, by z rozpaczy nie drzeć skóry paznokciami. Znowu się zaczęło. Dlaczego ciągle, w fazach względnego spokoju, łudzi się, że choroba odeszła na dobre, że weszła w fazę uśpienia, uznała, że dość już ją umęczyła? Bóg – albo ten, kto za tym stał – mógł się przecież w końcu znudzić, uznać, że dość już nabroił, i poszukać nowej ofiary. Ale ta nadzieja za każdym razem okazywała się płonna. W ciągu zaledwie kilku tygodni – najdłuższe przerwy trwały dwa, trzy miesiące – trądzik powracał nocą; zdradliwie oszczędzał plecy, brzuch i nogi, koncentrował się na twarzy i szyi, szalał tam, gdzie za nic nie mogła go ukryć. Wykwitał na kilka dni, a potem znikał, zostawiając po sobie paskudne blizny, ślady, czerwone plamy, niekształtne przebarwienia. Dzisiaj, w wieku trzydziestu dwóch lat, miała twarz ofiary strasznego zamachu. Była trwale oszpecona nawet w okresach bez świeżych wykwitów, ale wtedy, dzięki grubej warstwie pudru i kosmetyków, mogła przynajmniej wyjść z domu. W okresach zaognienia makijaż tylko pogarszał sprawę.

Swędzenie na twarzy i ciasne ściany starego, ponurego mieszkania doprowadziły ją w krótkim czasie do takiego stanu, że uznała, że mimo wszystko lepiej będzie wyjść i zjeść śniadanie w kafejce przy promenadzie w porcie. Jej mieszkanko, położone w jednej z wąskich, ciasnych uliczek starówki La Ciotat, było tak ponure, że czasami nie mogła tu wytrzymać. Latem, kiedy nadciągał upał, chłód i cień niosły przynajmniej ulgę. Zimą i jesienią tylko potęgowały depresję.

Włożyła lekki płaszczyk, owinęła szyję chustką, starając się ukryć przy okazji podbródek i usta. Wyszła na mokrą, źle oświetloną uliczkę. Stojące blisko siebie domki zdawały się ku sobie skłaniać. Mżyło monotonnie. Catherine szła szybkim krokiem z pochyloną głową. Na szczęście o tej porze i w taką pogodę na ulicach prawie nie było przechodniów. Nadchodzący z przeciwka starszy mężczyzna gapił się na nią bezwstydnie. Zorientowała się, że chustka zsunęła jej się z twarzy. Zdawała sobie sprawę, jak bardzo jest ohydna. Właściwie nie miała ludziom za złe, że uciekają wzrokiem.

Odetchnęła, gdy minęła ostatni dom i zobaczyła przed sobą morze. Leniwie uderzało o murowane nabrzeże, szare jak niebo, bez charakterystycznego dla niego blasku. Ogromne żurawie w porcie odcinały się od skalistego wybrzeża; wspomnienia z wojennej przeszłości, wzniesione przez nazistów, tak mocno osadzone, że ich usunięcie kosztowałoby majątek, zostały więc i swoją stalową brzydotą dbały o to, by La Ciotat nigdy nie stała się turystyczną perłą Morza Śródziemnego, i miasteczko na zawsze zostanie robotniczym szarym portem.

„Paskudne miasto – pomyślała Catherine. – Jakby stworzone dla paskudnej kobiety”.

Weszła do Bellevue, jedynej knajpki czynnej o tej porze, położonej nieco na ukos od portu. Od lat znała właściciela, mogła więc pokazać mu się nawet z oszpeconą twarzą. Usiadła w kącie i osłoniła sobie twarz szalem.

– Café crème – poprosiła. – I croissant.

Philippe, właściciel, spojrzał na nią ze współczuciem.

Skinęła głową, siląc się na beztroski ton:

– Nic na to nie poradzę. Wszystko ma swój rytm i znowu przyszła na mnie pora.

– Zaraz podam pani pyszną kawę, a potem największego croissanta – zapewnił ochoczo Philippe.

Miał jak najlepsze intencje, ale jego wyraźne współczucie sprawiało jej ból. Zazwyczaj spotykała się z dwiema reakcjami – litością albo obrzydzeniem.

Czasami sama nie wiedziała, co jest gorsze.

Przed Bellevue znajdował się zadaszony taras, w chłodniejsze dni osłaniany także foliową ścianą. Catherine mogła więc obserwować ulicę, na której stopniowo robiło się coraz tłoczniej. Koło knajpki przebiegły dwie kobiety w towarzystwie małego, rozbrykanego pieska. Co jakiś czas przejeżdżał samochód. Biegaczki minęły się z mężczyzną, który zmierzał w kierunku starówki z wielką bagietką pod pachą. Catherine wyobrażała sobie, jak żona i dzieci wypatrują go niecierpliwie. Ciekawe, czy ma dużą rodzinę? A może nie, może czeka na niego tylko kochanka, śliczna młoda kobieta, która jeszcze śpi i której chce zrobić niespodziankę. Kochali się w nocy, ranek był spokojny, właściwie nawet nie zauważyli, że pada. Młoda kobieta ma pewnie lekki rumieniec na policzkach, a on patrzy na nią z podziwem i miłością w oczach.

Nienawidziła takich kobiet.

– Proszę, oto kawa i croissant – oznajmił Philippe.

Kwiecistym gestem postawił jedno i drugie na stołku.

– Dzisiaj pewnie znowu będzie padać – zapowiedział.

Wrzuciła samotną kostkę cukru do samotnej filiżanki. Czuła, że Philippe chce powiedzieć coś jeszcze, i miała nadzieję, że tego nie zrobi, bo to może tylko pogorszyć sytuację.

– Jeśli chodzi o pani twarz… – zaczął speszony, unikając jej wzroku. – Co na to lekarze? Bo przecież pani się leczy, prawda?

Przełknęła złośliwą odpowiedź, która cisnęła jej się na usta. Philippe nie był winny jej nieszczęścia, zresztą wolała się z nim nie kłócić. Gdyby nie mogła przyjść do jego knajpki, zostałoby jej już tylko własne mieszkanie.

– Oczywiście – odparła. – Byłam u wielu lekarzy i chyba nie ma środka, którego nie próbowałam. Ale… – Wzruszyła ramionami. – Nic nie pomaga.

– Niemożliwe! – oburzył się Philippe. – Żeby kobieta musiała w takim stanie… No wie pani, latamy na Księżyc, przeszczepiamy serca, a z czymś takim sobie nie radzą?

– Tak to już jest – odparła. Intrygowało ją, co jego zdaniem powinna teraz powiedzieć. – Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że pewnego dnia znajdzie się lekarz, który zdoła mi pomóc.

– A skąd to się bierze? – Philippe najwyraźniej pokonał barierę; gapił się na nią jawnie i coraz bardziej zagłębiał się w temat. – Jest chyba jakaś teoria?

– Teorii jest wiele, Philippe. Bardzo wiele. – Zobaczyła, jak do kafejki wchodzi kobieta z dwójką dzieci, i liczyła na to, że Philippe zainteresuje się nowymi gośćmi. – Jakoś to będzie – zakończyła pojednawczo i najchętniej rozpłakałaby się na głos. Twarz płonęła jej żywym ogniem.

– Głowa do góry – poradził Philippe i w końcu dał jej spokój. Odetchnęła z ulgą. W tej chwili współczucie wydawało jej się gorsze niż wstręt.

Czuła na sobie wzrok dwójki dzieci. Wyglądały na jakieś osiem, dziewięć lat, dwie ładniutkie dziewczynki o ciemnych lokach i dość ponurych minkach.

– Co się stało tej pani? – zapytała młodsza i złapała matkę za rękę. – Mama, co się tej pani stało w buzię?

Matce najwyraźniej zrobiło się głupio, gdy usłyszała pytanie córki. Syknęła, że ma być cicho.

– Nie gap się tak! Nie wolno. To bardzo biedna pani, nie można się na nią patrzeć!

Catherine czuła, jak policzki płoną jej coraz bardziej. Bała się podnieść głowę znad kawy. Straciła apetyt na croissanta, ale też odechciało jej się płakać. Powróciła nienawiść, która oprócz smutku stanowiła jej częstą towarzyszkę. Nienawiść do wszystkich, którzy są zdrowi i piękni, których ktoś kocha, podziwia, którzy mogą rozkoszować się życiem.

– Dlaczego? – mruknęła pod nosem. – Dlaczego, do cholery?

– Mogę? – zapytał męski głos. Podniosła głowę. Henri. I nawet on, który znał ją dłużej niż ktokolwiek inny, w pierwszej chwili nie zdołał ukryć obrzydzenia na widok jej twarzy.

– Och, Catherine – powiedział tylko bezradnie.

– Siadaj! – Wskazała krzesło naprzeciwko. Nie tyle widziała, co czuła, że matka dwóch wścibskich dziewczynek także zerka ciekawie w ich stronę. Henri to bardzo przystojny mężczyzna. Nie taki, którego można sobie wyobrazić u jej boku. A nie każdy musi wiedzieć, że to jej kuzyn.

– Byłem u ciebie przed chwilą – wyjaśnił. – A skoro nie zastałem cię w domu, pomyślałem, że zajrzę tutaj.

– Cóż, innych możliwości właściwie nie ma. – Podsunęła mu talerzyk z croissantem. – Proszę, jedz, nie jestem głodna.

– Ale powinnaś…

– Nie chcę. Więc albo zjesz, albo go zostawimy.

Rzucił się na ciastko jak człowiek, który od dawna nie miał nic w ustach.

– Co się stało, że już o tej porze jesteś na nogach? – zdziwiła się.

– Pewnie się domyślasz. W nocy nie zmrużyłem oka.

– Henri, ja…

– Nie. – Machnął ręką na znak, żeby nic nie mówiła. – Nie chcę o tym rozmawiać.

– Gdzie Nadine?

– Wczoraj po południu wyszła z domu, ale rano była w łóżku koło mnie. A potem od razu pojechała do matki.

– Czy wy…

Jego blada, umęczona twarz była jak wykuta z kamienia.

– Nie chcę o tym rozmawiać!

– Dobrze, już dobrze. – Wiedziała, że teraz to i tak bez sensu. Prędzej czy później Henri będzie chciał rozmawiać i wtedy sam do niej przyjdzie. – Wyglądasz okropnie – powiedziała cicho.

– Potrzebuję twojej pomocy. Mogłabyś dzisiaj pomóc mi w kuchni? Nadine, jak powiedziałem, pojechała do matki, a przy kiepskiej pogodzie w pizzerii będzie wielki ruch. Sam sobie nie poradzę. Wiem, że zaledwie w piątek mi pomagałaś, ale…

– Nie ma sprawy. Wczoraj wieczorem też mogłabym ci pomóc. Pewnie było ci ciężko, skoro Nadine wyszła. Dlaczego po mnie nie zadzwoniłeś?

– Domyślałem się, że chciałabyś o tym… rozmawiać. A nie miałem na to siły.

– O której mam dzisiaj być?

– Możesz od jedenastej?

Roześmiała się gorzko.

– A zdarzyło się kiedyś, że nie mogłam? Przecież ja tylko czekam, aż będę ci potrzebna.

Westchnął. Na jego twarzy malował się wyraz autentycznej troski.

– Zawiodłem cię, wiem. Okazałem się za słaby. Nie masz pojęcia, jak często pragnę, pragnąłem…

– Czego? Zmienić przeszłość?

– Nie. Będąc sobą, takim, jaki jestem, nie zrobiłbym niczego inaczej. Słabość to część mojego życia, mojego charakteru, mojej osobowości. Nie, pragnę czegoś innego. Chciałbym być innym człowiekiem. Nie Henrim Joly z La Ciotat, tylko… Bo ja wiem, Jeanem Dupont z Paryża!

– Kim jest Jean Dupont z Paryża?

– W tej chwili go wymyśliłem. Jean Dupont jest menedżerem w wielkiej firmie. Jest dumny, nie ma skrupułów, to twardziel, nie tyle lubiany, co budzący respekt, ale każdy chce go mieć po swojej stronie. Zasiada w zarządzie i ogólnie uważa się, że ma spore szanse pewnego dnia zająć fotel przewodniczącego. Co powiesz na Jeana?

Catherine uśmiechnęła się, tym razem miękko, dzięki czemu na jej twarzy malował się wyraz, który sugerował, jak mogłaby wyglądać, gdyby nie choroba i gorycz w jej rysach; mogła być naprawdę ładna. Być może wtedy ludzie zauważyliby jej śliczne oczy.

– Nie lubię Jeana – oznajmiła. – Wręcz przeciwnie, sądzę, że to okropny typ. Być może dlatego, że bardzo przywiązałam się do Henriego i chciałabym, żeby zawsze był taki, jaki jest.

Po chwili na stole zjawiła się kawa Henriego. Jak zawsze pił czarną, bez cukru i mleka. Catherine od lat wiedziała, jaką pija kawę – bardzo mocną i bardzo gorzką. Czasami wyobrażała sobie, jak by to było co rano parzyć mu tę kawę, razem z nim siadać do śniadania, nalewać mu ciemnego płynu do filiżanki. Kroiłaby mu bagietkę, smarowała masłem i miodem. Uwielbiał bagietkę z miodem. O tym także wiedziała.

Podchwycił jej ostatnie zdanie.

– Ten Henri, do którego się tak przywiązałaś… bardzo cię rozczarował.

Natychmiast uciekła od tego tematu, powtarzając niemal dokładnie jego słowa:

– Nie chcę o tym rozmawiać! Proszę!

– Dobrze. – Dopił kawę, odsunął filiżankę, położył drobne na stoliku i wstał. – Do zobaczenia później. Dziękuję, Catherine. – Zanim wyszedł, pogłaskał ją po włosach. Matka dwóch dziewczynek w przeciwnym kącie knajpki odprowadzała go wzrokiem. Jak wszystkie kobiety.

„I pomyśleć – przemknęło Catherine przez głowę – że kiedyś naprawdę się łudziłam, że się ze mną ożeni”.

3

Wystarczyło dziesięć minut, by Nadine pożałowała, że przyjechała do matki. Jak zwykle poczuła się nie lepiej, tylko o wiele gorzej, i zastanawiała się, czemu z takim uporem powtarza w kółko ten sam błąd.

Chociaż akurat nic dziwnego, że tego dnia nie myślała logicznie. I dlatego kierowała się impulsem. I tak dobrze, że skończyło się tylko na odwiedzinach w ponurym domu matki.

Ile już razy namawiała ją, żeby wyprowadziła się z małego domku na uboczu w miejscowości Le Beausset. Co ją właściwie trzymało w rozwalającej się ruderze, którą stopniowo pochłaniała bujna roślinność wielkiego ogrodu? Dom stał w płytkim wąwozie, z okien widać było jedynie wysokie, strome skały wzbijające się w niebo. Zasłaniały wszelkie inne widoki. Wąwóz był na dodatek porośnięty gęstą roślinnością i nawet w słoneczne letnie dni panował w nim półmrok. W deszczowy jesienny dzień, jak dzisiaj, stawał się nie do wytrzymania deprymujący.

W kuchni królowało zimno i smród gnijącego jedzenia. Nadine otuliła się szczelniej ciepłą kurtką, a i tak cały czas trzęsła się z zimna. Wiekowe kamienne mury tak skutecznie chroniły wnętrze przed letnim żarem, że w środku zawsze panowały chłód i wilgoć. Jesienią i zimą trzeba było ciągle palić w wielkim kamiennym piecu w kuchni, żeby mieszkańcy w ogóle mogli tu wytrzymać, ale nawet w dzieciństwie Nadine zdarzało się to rzadko. Jej ojciec, wiecznie wplątany w ten czy inny romans, właściwie zawsze przebywał poza domem, a matka tylko płakała i narzekała, i zazwyczaj była zbyt zmęczona, by zawracać sobie głowę takimi drobiazgami jak ogień na kominku. Już jako dwunastolatka Nadine doszła do wniosku, że chce jak najszybciej wyrwać się z domu.

Także dzisiaj rozejrzała się wokół i pomyślała z goryczą: w takich warunkach nie powinno się wychowywać dzieci.

Marie Isnard podeszła do stołu ze świeżo zaparzoną kawą.

– Proszę, córeczko. To ci dobrze zrobi. – Spojrzała z troską na córkę. – Jesteś bardzo blada. Czy ty w ogóle spałaś?

– Nie. Może to kwestia pogody. Zawsze gorzej się czuję, gdy lato ustępuje jesieni. To nie jest mój czas.

– A dzisiaj jest szczególnie paskudnie – zauważyła Marie. Miała na sobie szlafrok, Nadine zastała ją jeszcze w łóżku. – Z Henrim wszystko w porządku?

– Nudny jak zawsze.

– No cóż, po piętnastu latach… żaden związek nie jest ekscytujący.

Marie usiadła koło córki, nalała im obu kawy. Nie umyła się ani nie uczesała i wyglądała nie na pięćdziesięciolatkę, ale na osobę co najmniej dziesięć lat starszą. Miała zapuchnięte oczy, choć Nadine wiedziała, że matka nie tyka alkoholu, a worki pod oczami to nie wynik picia. Marie pewnie znowu przepłakała kilka godzin. Pewnego dnia dosłownie wypłacze sobie oczy.

– Mamo – zaczęła Nadine. – Kiedy ty się w końcu wyprowadzisz z tego domu?

– Przecież już nieraz o tym rozmawiałyśmy. Mieszkam tu od ponad trzydziestu lat. Niby dlaczego miałabym się zmienić?

– Dlatego, że masz dopiero pięćdziesiąt lat, wcale nie jesteś staruszką, która za życia grzebie się w pustelni. Możesz jeszcze osiągnąć coś w życiu.

Marie przeczesała palcami lewej dłoni krótkie, ciemne loki, sterczące jak szczotka do odkurzania.

– Popatrz na mnie! Co niby mogłabym w życiu osiągnąć?

Tak naprawdę była jeszcze ciągle atrakcyjną kobietą; tego wrażenia nie psuł stary szlafrok ani zapuchnięte oczy. Nadine wiedziała, że przed laty matka, córka właściciela winnicy z Cassis, uchodziła za najpiękniejszą dziewczynę w okolicy i jeśli wierzyć fotografiom, nie była to przesadzona opinia. Zmysłowa, pełna radości życia, energiczna, promienna. Nic dziwnego, że równie przystojny i zmysłowy Michel Isnard zakochał się w niej i zrobił jej dziecko, zanim skończyła siedemnaście lat. Pod wpływem nacisków ojca Marie młodzi musieli się pobrać i szukać domu dla siebie i malutkiej Nadine.

Później Nadine nigdy nie mogła wybaczyć ojcu, że akurat wtedy wbił sobie do głowy romantyczne stare siedlisko na odludziu. Marie zawsze opowiadała, że nagle zaczął opowiadać tylko o kawałku ziemi, o kozach, kurach i domu pełnym staroświeckiego czaru…

Tym sposobem wylądowali w ruderze w Le Beausset, a Michel oznajmił, że osobiście zajmie się remontem i wyczaruje dla rodziny przytulny, wspaniały dom. Na deklaracjach się skończyło. Michel nigdy nie przepadał za pracą fizyczną. O wiele więcej uwagi poświęcał małemu antykwariatowi w Tulonie, spędzał tam całe dnie, a później i wieczory. Dopiero po latach Nadine zrozumiała, że wieczorami zajmował się przede wszystkim młodymi turystkami i wraz z nimi włóczył się po barach i dyskotekach. Mniej więcej w tym czasie Marie zaczęła co wieczór szlochać w poduszkę i w pewnym sensie nigdy z tym nie skończyła. Dbała o wielki, nieprzenikniony ogród, o kury i kozy, i o małą dziewczynkę, przez którą, mając niespełna dwadzieścia lat, utkwiła w nieszczęśliwym małżeństwie i zaczęła gorzknieć.

W domu nie miały bieżącej wody ani prądu, miały za to nieszczelne okna. Michel zaczął remont łazienki, ale w pewnym momencie dał sobie spokój. Na ścianach zostało kilka kafelków, gliniana polepa nikła miejscami pod warstwą terakoty. Pewnego dnia – Nadine miała wtedy sześć lat – z wielką dumą przytaszczył do domu wielkie lustro, antyk w bogato rzeźbionych ramach.

– Proszę bardzo. – Wręczył je Marie, która od dwóch nocy nie miała pojęcia, gdzie się podziewał, i miała oczy zapuchnięte od płaczu. – Do twojej łazienki.

Był to pierwszy i ostatni raz, gdy Nadine widziała matkę w ataku szału. Marie przyglądała się mężowi, jakby to, co usłyszała, nie mieściło jej się w głowie, jakby nie pojmowała, że tak bezwzględnie sobie z niej drwi. A potem wzięła ciężkie lustro i z całej siły trzasnęła nim o kamienną posadzkę w kuchni. Szkło i rama rozprysły się na tysiące kawałków.

– Nigdy więcej tego nie rób! – wrzasnęła. Wystąpiły jej żyły na czole, głos łamał się z wściekłości. – Nie waż się jeszcze raz tak mnie obrazić! Zachowaj takie bzdury dla siebie! Nie chcę żadnych prezentów, nic od ciebie nie chcę! Nic! Daruj sobie durne uśmiechy i głupią paplaninę, i to wszystko, co i tak nie ma żadnego znaczenia!

Nadine uciekła do swego pokoju i zakryła sobie uszy. W pewnym momencie, gdy w domu w końcu zapadła cisza, odważyła się ponownie zakraść do kuchni. Marie siedziała przy stole z twarzą w dłoniach i płakała. Wokół poniewierały się odłamki rozbitego lustra. Michela nigdzie nie było widać.

– Mamo – powiedziała miękko – co się dzieje? Dlaczego się nie ucieszyłaś, że papa dał ci prezent?

Marie podniosła głowę. Nadine po raz pierwszy zastanowiło, jak właściwie wygląda matka bez zapłakanych oczu.

– Nie rozumiesz tego – powiedziała. – Jesteś na to jeszcze za mała. Pewnego dnia to zrozumiesz.

I rzeczywiście, w końcu zrozumiała. Zrozumiała, że w życiu jej ojca zawsze były inne kobiety, że był lekkoduchem, że ulegał swoim nastrojom, że robił, co chciał, że żył z dnia na dzień i właściwie nikim się nie przejmował. Ożenił się z najładniejszą dziewczyną od Tulonu do Marsylii, ale zatruła mu życie ciągłym narzekaniem, jęczeniem, wyrzutami.

Kiedy Nadine miała czternaście lat i najbardziej na świecie chciała w końcu wyrwać się z domu, Michel zakochał się we właścicielce butiku z Nicei i z dnia na dzień wprowadził się do niej. Podnajął swój antykwariat i wszystkim, którzy chcieli go słuchać, opowiadał, że poznał kobietę swego życia. Początkowo jeszcze przychodził pod szkołę Nadine, spotykał się z córką, chodził z nią na obiady, na lody i snuł malownicze wizje swego cudownego życia. Ale zdarzało się to coraz rzadziej, aż w końcu przestał przychodzić.

Nadine namawiała wtedy Marie, żeby się z nim rozwiodła i przeprowadziła do przytulnego mieszkanka nad morzem.

– Przecież tutaj jest okropnie! Uschniemy tu na wiór! Nic się tu nie dzieje, a ten dom jest po prostu okropny! Właściwie dlaczego nadal chcesz być żoną faceta, który cię w kółko zdradzał i zawodził?

Ale wieloletnia frustracja i wieczne łzy pozbawiły Marie resztek sił. Nie wykrzesała w sobie dość energii, by przeprowadzić znaczące zmiany w swoim życiu. Pogodziła się z domem, z samotnością, z niedotrzymanymi obietnicami, od których roiło się w jej życiu. Co bynajmniej nie oznaczało, że przestała płakać. Pogodziła się także ze łzami, stanowiły nieodłączną część jej codzienności. Nadine czasami miała wrażenie, że matka płakała tak, jak inni palą, piją czy uciekają w inne nałogi. Kiedy skończyła to, co miała do roboty, albo nawet zrobiła sobie chwilę przerwy, siadała przy kuchennym stole i płakała. Po pewnym czasie wstawała i wracała do pracy.

Nadine skończyła szkołę w wieku osiemnastu lat. Miała tego wszystkiego serdecznie dosyć. Dosyć ponurego, walącego się domu, jednej wielkiej prowizorki. Dość wiecznego braku pieniędzy, który wynikał z faktu, że Marie nie zarabiała i były skazane na nieregularne wpłaty Michela i na datki ojca Marie, o które jednak musiały długo prosić i błagać. Miała dość matczynych łez i ponurej beznadziei każdego kolejnego dnia.

Teraz często myślała, że nie wyszłaby za Henriego, gdyby nie wydawał się jej jedyną możliwością, by wyrwać się z rodzinnego domu.

– Wiesz, dziecko – odezwała się Marie – zawsze mi radzisz, co powinnam zrobić, żebym była szczęśliwsza. Ale prawda jest taka, że ja moje życie mam już za sobą, a twoje ciągle jest przed tobą!

– Mam trzydzieści trzy lata!

– I naprawdę jeszcze wszystko przed sobą. Jeśli okażesz się mądrzejsza ode mnie. Ja, kiedy miałam trzydzieści trzy lata, miałam prawie dorosłą córkę i akurat rozstałam się z mężem, który zdradzał mnie od lat. Ale…

– No właśnie. – Nadine wpadła jej w słowo. – Miałaś prawie dorosłą córkę. Byłaś wolna. Ale nie ruszyłaś się z miejsca.

Marie odstawiła filiżankę, którą właśnie unosiła do ust. Porcelana lekko uderzyła o spodeczek.

– Twój ojciec wyssał ze mnie całą energię, radość życia, pomysłowość – oznajmiła ostro. – Zniszczył mnie. Mając trzydzieści trzy lata, byłam zgorzkniała. Nie było we mnie ani krzty odwagi. Kilka lat później byłam już stara. Ale ty jesteś inna. Jesteś z Henrim szczęśliwa. To wspaniały facet. Od samego początku nosił cię na rękach. Nie widzę powodu, dla którego…

– Tak? Co chciałaś powiedzieć?

– Szczerze mówiąc, wyglądasz okropnie. Widziałam to już podczas twoich poprzednich odwiedzin, czyli prawie osiem tygodni temu. Pogoda była wtedy wspaniała, o nadciągającej jesieni nie było jeszcze mowy. A ty wyglądałaś jak z krzyża zdjęta… Co się dzieje? Masz wokół ust bruzdy, które na twarzach innych kobiet pojawiają się dziesięć lat później.

– Na Boga, mamo! – Nadine poderwała się z miejsca. Ostatnio bardzo schudła i zdawała sobie sprawę, że wydawała się niewiarygodnie wręcz krucha. Miniona noc pozbawiła ją ostatka sił. Była załamana, traciła resztki nadziei. – Mamo, nie naciskaj. Nigdy wcześniej o nic nie pytałaś, skąd teraz taka troska?

– Nie pytałam? Zawsze mnie interesowało, co u ciebie. Zawsze pytałam. Nie możesz mi przecież zarzucić, że…

Nadine poczuła, że nadciąga migrena. Matka nie była ani głupia, ani bezmyślna, ale nigdy nie zrozumie, jak bardzo zawiodła córkę.

– Mamo, niczego ci nie zarzucam, ale twoje pytania ograniczały się do zdawkowego: co słychać, na co równie zdawkowo odpowiadałam: w porządku, albo: może być. Nigdy specjalnie nie drążyłaś.

Marie wydawała się naprawdę zaskoczona.

– Bo wydawałaś się zawsze szczęśliwa!

Nadine uśmiechnęła się gorzko.

– Szczęśliwa! Wiesz, odkąd sięgam pamięcią, najbardziej na świecie chciałam się wyrwać z Le Beausset. Z tej dziury, w której dałaś się zamknąć, a która okazała się też moim więzieniem. I co? Dokąd dotarłam? Do Le Liouquet w La Ciotat! Daleko, co? Do kretyńskiej kuchni z jeszcze głupszym piecem do pizzy. Naprawdę myślisz, że właśnie o tym marzyłam podczas długich lat w tej dziurze?

– Ale Henri… – zaczęła Marie słabnącym głosem.

Nadine z powrotem opadła na krzesło.

– Daj spokój Henriemu – powiedziała. – Na miłość boską, daj spokój Henriemu!

Potem zaś zrobiła to, co zazwyczaj robiła jej matka: ukryła twarz w dłoniach i zaczęła płakać. A Nadine prawie nigdy tego nie robiła.

Tym razem jednak szlochała tak gorzko, jakby ból, który ją zżerał, zmienił ją całą w niewyczerpane morze łez.

4

Kilka minut po siódmej Laura wróciła z biegania, zaparzyła sobie herbatę, poszła z filiżanką do łazienki, wzięła prysznic, umyła i ułożyła włosy, umalowała się starannie i nawet pomalowała paznokcie u nóg. Nie miała pojęcia, czemu w ten niedzielny poranek zadała sobie tyle trudu; zazwyczaj w niedzielę pozwalała sobie na pewną swobodę i czasami do wieczora snuła się po domu w dresie. Tym razem jednak czuła, że to wyjątkowa sytuacja. Było jej dziwnie słabo, cały czas szukała czegoś, czego mogłaby się uchwycić. Chciała wyglądać przyzwoicie, żeby w tym świecie coś jeszcze było w porządku. Jej świat chwiał się w posadach; wczoraj po raz pierwszy poszła spać, nie porozmawiawszy uprzednio z Peterem.

I przez całą noc nie zmrużyła oka.

Wiedziała, że jest uzależniona od pewnych rytuałów, od niego, od tego związku. Jej poczucie własnej wartości rosło albo malało w zależności do tego, jak układało się między nimi. Nie umiała się od tego uwolnić, postawić na inne priorytety, doprowadzić do jakiejś równowagi. Liczył się tylko Peter. Tylko on decydował, czy była w dobrej formie, czy jednak nie.

Umyta, zadbana i dość zadowolona, w każdym razie ze swego wyglądu, usmażyła sobie w kuchni jajka sadzone i zaraz wyrzuciła je do śmieci, bo na samą myśl o jedzeniu zbierało jej się na mdłości. O wpół do dziesiątej Peter nadal nie zadzwonił.

– To nie jest normalne – szepnęła do siebie.

Z pokoju Sophie dobiegały odgłosy. Kiedy weszła, mała stała w łóżeczku i wyciągała do niej rączki. Sophie była wręcz komicznie podobna do ojca. Miała jego szeroko osadzone, szarozielone oczy, prosty nos i szeroki, promienny uśmiech. Po niej nie odziedziczyła nic, stwierdziła Laura.

– Gdybym nie wiedziała na pewno, że jestem jej matką… – żartowała nieraz. Nie miała nic przeciwko temu, że urodziła Peterowi córeczkę sobowtóra, aż do dzisiaj. Poczuła lekkie ukłucie na tę myśl i nie potrafiła go sobie wytłumaczyć.

Sprowadziła małą na dół, nakarmiła ją. Sophie była w świetnym humorze, śmiała się głośno i wyciągała łapki po wszystko, co znajdowało się w jej zasięgu.

Była za pięć dziesiąta, Laura nadal ją karmiła, gdy zadzwonił telefon.

Wstrząsnęła nią nieopisana ulga. Tak bardzo czekała na ten dźwięk, że teraz, gdy się w końcu rozległ, miała łzy w oczach. Z Sophie na ręku podbiegła do aparatu.

– Na Boga, Peter, co się stało? – zapytała.

Po raz drugi w ciągu dwunastu godzin odpowiedziało jej pełne konsternacji milczenie. Na szczęście tym razem to nie była Britta, tylko Anne, przyjaciółka Laury.

– Nie do końca rozumiem, co w tym takiego strasznego, że Peter do tej pory nie zadzwonił – zauważyła Anne rzeczowo, gdy Laura skończyła opowiadać. – Ale skoro tak bardzo to przeżywasz, na twoim miejscu urządziłabym mu piekło na ziemi. Zna cię na tyle, by wiedzieć, jak na to reagujesz, więc nie zawracaj sobie nim głowy. Dzwoń do niego co minutę. W końcu odbierze.

– Już próbowałam. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to że z jakiegoś powodu nie słyszy telefonu. I to mnie martwi.

– Albo słyszy i po prostu nie chce odebrać – stwierdziła Anne i w tej chwili Laura uświadomiła sobie, że od początku brała tę wersję pod uwagę i dlatego tak bardzo się niepokoiła.

– Nie zrobiłby czegoś takiego – zapewniła. – Niby dlaczego miałby tak postąpić?

– Wiesz, że pewnych rzeczy w nim w ogóle nie rozumiem – stwierdziła Anne. Nigdy specjalnie nie ukrywała, że nie przepada za Peterem. – Być może traktuje ten tydzień pod żaglami jako swój czas, w którym jest miejsce tylko dla niego, jego przyjaciela i jachtu. Chce być tylko z nimi, chce się poczuć wolny.

– A ja go obciążam? – dokończyła Laura urażona.

Anne westchnęła.

– Chyba wiesz, co chciałam powiedzieć. Czasami człowiek ma ochotę zrobić coś bez drugiej połówki. Tylko z przyjaciółką czy przyjacielem.

– Ale ja…

– Ty jesteś inna, wiem. – W głosie Anne nie było pretensji, co Laura dostrzegła i doceniła. Dawniej, gdy razem studiowały fotografię, i później, gdy zdobywały pierwsze zlecenia i marzyły, że pewnego dnia będą pracowały razem, zawsze snuły wspólne plany. To jednak zmieniło się całkowicie, gdy w życiu Laury pojawił się Peter. Laura nieraz myślała, że Anne miała pełne prawo zakończyć tę przyjaźń, i była jej wdzięczna za wierność, z którą nadal trwała u jej boku.

– Masz obsesję na punkcie Petera, poza nim nic się nie liczy – ciągnęła przyjaciółka. – Ale nie możesz zakładać, że on odbiera to tak samo. Może myśli zupełnie inaczej i twoja… twoja bluszczowatość czasami go przytłacza.

– Przecież go nie oplatam! Może robić, co tylko zechce. Żyje pracą, a nigdy nie miałam mu tego za złe!

– Za bardzo na niego czekasz. Codziennie wypatrujesz go gorączkowo, kiedy ma wrócić do domu. Za często do niego dzwonisz, kiedy jest w pracy. Najpóźniej we wtorek musisz wiedzieć, jak i gdzie spędzicie nadchodzący weekend. Musi ci poświęcać każdą wolną chwilę. Nie przyszło ci nigdy do głowy, że to go może przytłaczać?

Laura umilkła. Cały czas miała w uszach słowa przyjaciółki. W końcu stwierdziła cicho:

– Czasami dzień tak strasznie mi się dłuży…

– Niepotrzebnie przestałaś pracować – stwierdziła Anne.

– Peter nalegał.