Bez winy - Charlotte Link - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Bez winy ebook i audiobook

Charlotte Link

4,5

258 osób interesuje się tą książką

Opis

Sierżant Kate Linville podróżuje pociągiem do Yorku, gdy niespodziewanie zdjęta paniką współpasażerka prosi ją o pomoc: prześladuje ją obcy mężczyzna. Pada kilka strzałów, kobiety w ostatniej chwili salwują się ucieczką. Wkrótce potem w pobliżu Scarborough dochodzi do ataku na młodą kobietę. Spada z roweru, zahaczając o rozciągnięty w poprzek drogi drut. W jej kierunku pada strzał, chybia jednak celu, kobieta uchodzi z życiem. Ekspertyza wykazuje, że pocisk pochodzi z tego samego pistoletu, z którego strzelano w pociągu. Kate Linville desperacko szuka powiązań między oboma zdarzeniami. Czas nagli, gdyż sprawca nie daje za wygraną, starając się za wszelką cenę pozbyć niedoszłych ofiar. W końcu sama Kate wpadnie w najgroźniejszą pułapkę w życiu. „Charlotte Link jest mistrzynią narastającego napięcia". Giuseppe Di Grazia, Stern Crime

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 547

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 34 min

Lektor: Joanna Jeżewska

Oceny
4,5 (72 oceny)
41
26
3
2
0
Sortuj według:
paulciaaa92_2

Dobrze spędzony czas

"Bez winy" to książka autorki, od której zaczęła się moja przygoda z thrillerami, kryminałami. Wyszło tak, że wybierając sobie w ramach prezentu w księgarni kilka pozycji, wzięłam Alex Kavę, Charlotte Link i coś jeszcze, już nie pamiętam co. Ale te dwie autorki sprawiły, że z większą chęcią zaangażowałam się w powieści... no cóż, niepokojące, powodujące gęsią skórkę na ciele, ale przede wszystkim takie, w których są zagadki, tajemnice, sekrety. Wtedy to była książka "Nieproszony gość", a dzisiaj mam za sobą niemal wszystkie powieści autorki w tym "Bez winy", o której dzisiaj Wam opowiem, a jest to już trzecia część serii z Kate Linville. Czy nadal Link powoduje, że wypatruję na horyzoncie kolejnych zapowiedzi z jej nazwiskiem na okładce? Tym razem Kate wsiada do pociągu do Scarborough, ponieważ przeprowadza się tam i ma zamiar tam rozpocząć pracę. Niestety, okazuje się, że nie jest to takie proste i oczywiste, bo w pociągu rozgrywa się nieprzyjemna sytuacja. Do sierżant doc...
00
malgorzata1308

Nie oderwiesz się od lektury

dobra lektorka
00
Pamela93

Nie oderwiesz się od lektury

Jedna z lepszych książek jakie czytałam!! Charlotte Link jak zwykle fenomenalna!! Serdecznie polecam!!
00
margaret12

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna
00
Macans

Nie oderwiesz się od lektury

przeczytałam jednym tchem, zakończenie mnie nie zadowoliło niestety, może będą kolejne części... ?
00

Popularność




Original title: Ohne Schuld

by Charlotte Link

© 2020 by Blanvalet,

a division of Penguin Random House Verlagsgruppe GmbH, München, Germany

Copyright © 2021 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2021 for the Polish translation by Dariusz Guzik

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Korekta: Maria Zając, Iwona Wyrwisz, Joanna Rodkiewicz

ISBN: 978-83-8230-216-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E - wydanie 2021

CZĘŚĆ 1Trzynaście lat później

Piątek, 19 lipca 2019 roku

Lokatorka wakacyjnego apartamentu zaalarmowała policję.

– Słychać strzały. Wydaje mi się, że w mieszkaniu obok. Proszę natychmiast przyjechać!

Tuż po jej telefonie padł kolejny strzał, co potwierdzili przybyłym na miejsce policjantom inni mieszkańcy budynku. Mieszkanie w apartamentowcu przy plaży nad Zatoką Północną w Scarborough, w którym doszło do strzelaniny, wynajął na dwa tygodnie niejaki Jayden White.

Wszyscy letnicy zostali wyprowadzeni przez funkcjonariuszy na zewnątrz, ewakuowano również klientów z mieszczących się na parterze sklepów i kawiarni oraz osoby z promenady biegnącej powyżej plaży, a odcinek deptaka ciągnący się bezpośrednio przed budynkiem zamknięto. Ponieważ dzień był gorący, a do tego właśnie rozpoczęły się wakacje, nad brzegiem morza aż się roiło od amatorów kąpieli, choć wybiła dopiero jedenasta. Błyskawicznie zrobiono wszystko, by zapewnić ludziom bezpieczeństwo, mimo to uzbrojony i z pewnością zdeterminowany mężczyzna grasujący w ośrodku wypoczynkowym to dla każdego policjanta prawdziwy koszmar. Na wszelki wypadek powiadomiono wydział śledczy. Nikt nie miał pojęcia, jak może się potoczyć ta historia. Nikt nie chciał być później obarczony winą zaniechania.

Nadkomisarz Caleb Hale przybył na miejsce razem z najbliższym współpracownikiem Robertem Stewartem, który zaledwie dwa tygodnie wcześniej awansował do stopnia inspektora śledczego i od tej pory obnosił się z tym dumnie z napuszoną miną. Caleb uznał, że stał się bardziej arogancki, choć ktoś mógłby powiedzieć: zyskał pewność siebie. W każdym razie Caleb miał wrażenie, że coś się między nimi zmieniło, poróżniła ich jakaś trudna do określenia drobnostka. Zamierzał w najbliższych dniach porozmawiać o tym z Robertem.

Teraz był po temu nader niestosowny moment.

Wpatrywał się w fasadę domu. Kompleks składał się z dwóch dużych budynków, z których pierwszy został wzniesiony na planie półkola. Mieścił apartamenty wakacyjne przeróżnego metrażu i rodzaju, jedno-, dwu- lub trzypokojowe, z widokiem na morze albo – w tańszej wersji – na tyły budynku. Niekończące się rzędy balkonów. Od frontu roztaczał się widok na morze oraz zamek w Scarborough, wzniesiony na cyplu dzielącym zatokę na część południową i północną. Na parterze sporo sklepów, kawiarni, jadłodajnia, lodziarnia. A w oddali czereda spragnionych kąpieli. Przynajmniej w lecie. Zimą zionęło tu pustką.

Jeden z funkcjonariuszy, który niezwłocznie pojawił się z patrolem na miejscu zdarzenia, przystanął obok Caleba i Roberta, by zdać raport.

– Według zgodnych relacji świadków strzały padły w mieszkaniu na trzecim piętrze. Widać je stąd, mieści się nad Fish ’n’ Chips. – Wskazał palcem w górę.

Caleb podążył za nim wzrokiem. Mieszkanie jak każde inne, balkon jak wszystkie pozostałe. Żaluzje w oknach były opuszczone. Nic się nie poruszało. Na balkonie nie było nikogo. Caleb zmrużył oczy. Jedynie stół i trzy krzesła.

– Najemca mieszkania nazywa się Jayden White – kontynuował funkcjonariusz. – Spędza tu dwa tygodnie razem z żoną Yasmin i dwiema córeczkami. W jakim dokładnie są wieku, tego właściciel nie potrafił powiedzieć. Ocenia, że mają sześć i siedem lat.

– Czy rodzina jest tu po raz pierwszy? – dopytywał się Caleb.

– Nie. Piąty rok z rzędu. Zawsze latem. Właściciel mówi, że pojawił się problem z kartą kredytową pana White’a, zna go jednak na tyle dobrze, że zgodził się, by White zapłacił dopiero pod koniec urlopu, bez żadnego zadatku.

– Gdzie mieszkają White’owie?

– W pobliżu Sheffield. Pan White prowadzi tam kawiarnię.

– Co inni letnicy mówią o tej rodzinie? O ile w ogóle nawiązano jakieś kontakty towarzyskie… – Istotne było wyrobienie sobie zdania, choć Caleb miał świadomość, że musi działać szybko. Ktoś strzelał w mieszkaniu. Przebywało tam dwoje małych dzieci.

– Raczej nie spotykano ich często, ale z dotychczasowych zeznań wynika, że nie uchodzili za nieuprzejmych. Ot, spokojna rodzina. Grzeczni i bardzo powściągliwi ludzie. Tak też opisuje ich właściciel.

– Wspomniał pan o problemach z kartą kredytową White’a – wtrącił Robert Stewart.

Funkcjonariusz się zawahał.

– Niezupełnie. Właściciel twierdzi, że w poprzednich latach pan White zawsze płacił kartą, tym jednak razem oznajmił, że pojawiły się jakieś trudności. Nie wyjaśnił, jakiej natury. Oświadczył, że pod koniec pobytu zapłaci gotówką. Jako że White nigdy nie sprawiał kłopotów, właściciel się zgodził.

– Chciałbym sam porozmawiać z właścicielem – oznajmił Caleb.

– Pewnie kręci się gdzieś w pobliżu – powiedział niejasno funkcjonariusz.

Caleb z trudem stłumił w sobie uwagę, że sensownie byłoby zatrzymać tego człowieka.

– Czy istnieje jakiś sposób nawiązania kontaktu z panem White’em? – zapytał Robert. – Albo z jego żoną?

Funkcjonariusz z rezygnacją wzruszył ramionami.

– W mieszkaniu jest telefon stacjonarny. Dzwoniliśmy tam kilka razy, ale nikt nie odbiera.

– Jaką mamy pewność, że ktokolwiek przebywa w mieszkaniu? – zapytał Caleb. Panowała tam absolutna cisza. Mogło się okazać, że całe zastępy policjantów obserwują puste mieszkanie, którego najemcy poszli się kąpać.

– Padły dwa strzały – oznajmił funkcjonariusz. – Potwierdziło to niezależnie od siebie kilkoro mieszkańców budynku. Wskazali jednoznacznie na trzecie piętro. Tylko w mieszkaniu White’ów nikt nam nie otworzył. Wszystkich pozostałych lokatorów ewakuowano, mieszkania zostały zabezpieczone. Tylko tam mogło dojść do strzelaniny.

– Hm – mruknął Caleb. Wiedział, że czasem można się pomylić przy rozróżnianiu dźwięków. Ponownie spojrzał w górę, wytężając wzrok, jakby gładka fasada oraz uśpiony balkon mogły mu podsunąć jakąś wskazówkę. Co się wydarzyło za opuszczonymi żaluzjami?

– Sir – odezwał się Robert Stewart – co robimy?

Caleb otarł pot z czoła. Było mu potwornie gorąco, a na deptaku nie znalazł ani skrawka zacienionego miejsca. Tęsknie spojrzał w stronę parasoli rozstawionych przed barem na końcu rzędu budynków. Zapragnął, by cały dramat tam właśnie się rozegrał, wtedy bowiem wszyscy mogliby się schronić w cieniu. Miał jednak wrażenie, że nikt inny nie poci się tak bardzo jak on. Robert Stewart budził w nim zazdrość, gdyż zdawał się emanować chłodem i opanowaniem, choć miał na sobie ciemnoszary garnitur i przepisowy krawat. Caleb już dawno zdjął marynarkę, a mimo to wciąż oblewał się potem. Nie powinien był o dziewiątej rano pić tej whiskey, ale siedział za biurkiem i nie potrafił skupić myśli na niczym poza butelką ukrytą w zamykanej szafce na dole po prawej. W takim upale… W ogóle nie powinno się zaczynać dnia od szklaneczki whiskey. Miał nadzieję, że Robert nic nie wyczuje. Stał tuż obok.

Zjawił się inny funkcjonariusz i wręczył Calebowi notatkę.

– Sir, młoda dziewczyna, córka właściciela lodziarni, ma numer telefonu komórkowego pani White. W ubiegłym tygodniu opiekowała się jej dziećmi, kiedy White’owie wyszli wieczorem na drinka. Wspomniała, że nie otrzymała uzgodnionej zapłaty. Pani White zabrakło gotówki, ale obiecała, że nazajutrz jej zapłaci. Tak się jednak nie stało.

– Problem z kartą kredytową, brak gotówki dla opiekunki – wyliczał Robert. – Dziwne nagromadzenie przypadków, prawda? Czyżby White’owie mieli kłopoty finansowe?

– Być może – odparł Caleb.

Nie wyglądało to dobrze. Niestety, często właśnie trudności finansowe doprowadzały mężczyzn, w szczególności ojców rodzin, do napadów szału. Zabrał notatkę.

– Spróbuję.

Wyjął komórkę, wystukał numer. Włączył tryb głośnomówiący, żeby Robert mógł się przysłuchiwać rozmowie. Czy było to jedynie wrażenie, czy rzeczywiście jego współpracownik bacznie mu się przyglądał?

Uznał, że nie jest to właściwy moment na takie rozważania.

Po dłuższej chwili miał już dać za wygraną, gdy w końcu usłyszał drżący głos:

– Tak?

– Pani White?

– Tak. – Słowo zabrzmiało jak nikłe tchnienie.

– Pani White, mówi komisarz Caleb Hale z wydziału śledczego w Scarborough. Czy przebywa pani obecnie w jednym z apartamentów Scarborough Beach Chalets w Peasholm Gap?

– Tak.

– Razem z dwójką dzieci?

– Tak.

– A pani mąż?

W głosie Yasmin White dał się słyszeć stłumiony szloch.

– On… także tu jest…

– Pani White, czy pani i dzieciom grozi niebezpieczeństwo?

– Tak.

– Czy mąż jest uzbrojony?

– Tak.

Caleb ponownie otarł pot z czoła. Gdzie się podziewa sierżant Helen Bennett, będąca wykwalifikowaną policyjną psycholożką? Lepiej się nadawała do prowadzenia takich rozmów. Wzięła wolne, gdyż chciała spędzić długi weekend z matką, mieszkającą w Saltburn-by-the-Sea. Kiedy dodzwonili się do Helen, obiecała, że postara się przyjechać jak najszybciej, ale siedziała akurat z matką w kawiarni i najpierw musiała odwieźć starszą kobietę do domu. Jeśli niezwłocznie wyruszy w drogę, może dotrze do Scarborough w godzinę. Zazwyczaj jednak jazda trwa dłużej, ponieważ szosa prowadząca wzdłuż wybrzeża jest zwykle zatłoczona powolnie sunącymi pojazdami.

Wygląda na to, że będzie musiał radzić sobie sam.

– Pani White, lokatorzy usłyszeli wystrzały. Czy to pani mąż strzelał?

– Tak.

– Czy ktoś jest ranny?

– Nie, ale… – Zniżyła głos, mówiła jeszcze ciszej.

Caleb musiał się wysilić, by cokolwiek zrozumieć.

– Musi nam pan pomóc. Proszę. On jest… On nie jest sobą. On chce nas wszystkich pozabijać.

– Pani White, proszę zachować spokój i nie tracić nerwów. Jesteśmy tu, by wam pomóc. Czy może mi pani powiedzieć, w której części mieszkania pani przebywa? W pokoju od frontu z wyjściem na balkon?

– Nie. Jestem w jednej z sypialni. Z widokiem na podwórko.

– Dobrze. Czy są z panią dzieci?

– Tak.

– A gdzie jest pani mąż?

– Nie wiem. Chyba w salonie.

– Czy może pani opuścić z dziećmi mieszkanie?

– Nie. Okno jest za wysoko. Nie damy rady skoczyć.

– Rozumiem. – Caleb kilkoma gestami dał Robertowi do zrozumienia, by poszedł na tyły budynku. Rozstawiono tam paru funkcjonariuszy, ale Robert sam miał ocenić sytuację. Caleb od razu poczuł ulgę, gdy jego współpracownik nie stał już obok niego.

– Czy zamknęła pani drzwi do sypialni?

– Zabrał nam klucz.

– Czy może pani podeprzeć klamkę? Podstawić komodę? Krzesło?

Dobiegł go cichy płacz.

– Nie. On to usłyszy.

– Mogłaby pani zamknąć się razem z dziećmi w łazience?

– Nie. Nie, to zbyt niebezpieczne. Musiałybyśmy przejść przez cały przedpokój. – Kobieta była sparaliżowana strachem.

Caleb wyobrażał sobie, jak przykucnęła gdzieś w kącie sypialni, mocno przyciskając do siebie obie dziewczynki, wstrzymując oddech, zamarła w bezruchu.

– Wyciągniemy was stamtąd. Tylko proszę zachować spokój.

Kliknięcie, rozmowa skończona. To Yasmin White się rozłączyła. Może usłyszała kroki męża. A może po prostu puściły jej nerwy.

Robert Stewart powrócił z obchodu.

– Sir, droga prowadzi na tyły, do wjazdu na podziemny parking, i dalej przez bramę na podwórze. Wszystko wokół ładnie obsadzone zielenią, są tam także balkony. Ale nie w apartamencie White’ów, oni mają balkon od frontu.

– A co z mieszkaniami obok? Czy z ich balkonów można by się dostać do okna sypialni?

– Nie. – Robert potrząsnął głową. – Za daleko. Jeśli mamy kogoś posłać do tego mieszkania, powinniśmy to zrobić od góry. Po linie opuszczonej z dachu. Myślę, że to trochę mniej ryzykowne i znacznie pewniejsze rozwiązanie.

– Gdybyśmy zdołali w ten sposób uwolnić dzieci, wtedy…

Zabrzęczał telefon. Na wyświetlaczu pojawił się numer Yasmin White. Caleb natychmiast odebrał.

– Pani White?

– Tu Jayden White. Rozmawiał pan z moją żoną.

– Tak. Panie White, mówi komisarz Caleb Hale. Cieszę się, że pan dzwoni. Bardzo się cieszę. – Rzadko kiedy tak bardzo tęsknił za obecnością Helen. Była w tym po prostu lepsza.

– Czego pan chciał od mojej żony?

– Chciałem się dowiedzieć, jak się czuje. I jak się miewają dzieci. Dwie małe dziewczynki.

– Nic im nie jest. – Jayden White mówił monotonnie, w ogóle nie modulując głosu. Przynajmniej w tej chwili. Caleb przypuszczał, że zazwyczaj mówi całkiem inaczej. Sprawiał wrażenie, jakby zupełnie nie był sobą. Albo znajdował się w głębokim szoku.

Komisarz zakrył dłonią słuchawkę i syknął do Roberta:

– Potrzebujemy psychologa. Wydaje mi się, że ten człowiek majaczy.

– Helen jest już w drodze.

– To potrwa zbyt długo. Spróbuj znaleźć kogoś innego!

Robert nieznacznie przewrócił oczami. Caleb natychmiast zrozumiał przesłanie: Sam musisz sobie radzić, szefie!.

– Panie White, może mi pan opowiedzieć, co się stało?

– Nic się nie stało.

– Sąsiedzi słyszeli, że…

– Gówno słyszeli! – Również te słowa Jayden wypowiedział całkiem beznamiętnie. – Do cholery! Niech pilnują swoich spraw.

– Panie White, doskonale rozumiem, że nie ma pan ochoty dzielić się osobistymi problemami z sąsiadami. Dlatego proponuję, żebyśmy porozmawiali. Tylko my dwaj. Na osobności.

– Niby po co?

– Rozmowa zawsze coś daje. Pozwala uporządkować sprawy.

– Nikt nie może mi pomóc.

– Jestem pewien, że możemy panu pomóc.

Nie padła żadna odpowiedź.

– Czy jest pan tam jeszcze, panie White? – zapytał Caleb.

– Jestem.

– Czy mógłby pan wysłać żonę i dzieci na dwór? Jest piękna pogoda, mogłyby posiedzieć na plaży. A wtedy ja przyjdę do pana. Sam. Moglibyśmy spokojnie porozmawiać.

– Moja rodzina nie opuści mieszkania!

– No dobrze. A czy ja mogę wejść?

Kolejne długie milczenie.

– To nie ma sensu – odparł w końcu Jayden. Ciężko oddychał.

– Cokolwiek pana trapi, znajdziemy jakieś rozwiązanie… – oznajmił Caleb. Zdawał sobie sprawę, jak nachalnie brzmią jego słowa. Musiał zachować ostrożność. Jeśli Jayden poczuje, że na niego naciska, sytuacja może wymknąć się spod kontroli. Ludzie, którzy stawiają siebie i swoją rodzinę w podobnej sytuacji, znaleźli się pod ogromną presją, kompletnie przyparci do muru.

– Jeśli tylko pan tego chce – dodał. Miał w pamięci słowa wypowiedziane niegdyś przez Helen o pewnym porywaczu – a takim porywaczem był w jakimś sensie White: Niech poczuje, że ma wybór. Zostaw mu nieco swobody działania. Za żadne skarby go nie przyduszaj.

– Nic nie da się zrobić – odpowiedział Jayden.

Wydawało się, że to przeświadczenie wyryło się w jego umyśle, w jego świadomości, i że będzie tak odpowiadał na wszystko, co Caleb zaproponuje, powie albo o co zapyta: nic nie da się zrobić, nie ma żadnego wyjścia, nic już nie ma sensu, wszystko stracone.

– Wiem, że nie zdołam pana teraz przekonać – odparł Caleb. – Ale proszę mi wierzyć, na trudnościach życie wcale się nie kończy. Niech pan da sobie i swojej żonie, a zwłaszcza dzieciom, szansę na dalsze życie. Nie jest pan człowiekiem, który zrobiłby coś takiego. Kto byłby zdolny zastrzelić kobietę i dwie małe dziewczynki?

– Nie ma pan o niczym pojęcia – powiedział Jayden.

Caleb miał nadzieję, że nie popełni błędu, poruszając jedyny temat, jaki nasuwał się na podstawie dostępnych informacji.

– Jeśli chodzi o kłopoty finansowe, panie White, myślę, że…

– Nie mam żadnych kłopotów finansowych – odpowiedział Jayden.

– Cóż, tym lepiej, w takim razie…

– To finansowa katastrofa – odparł Jayden.

Po czym się rozłączył.

Pół minuty później padło kilka strzałów.

Sobota, 20 lipca

1

Pociąg London North Eastern Railway opuścił londyński King’s Cross punktualnie o godzinie dziewiątej i zmierzał w kierunku północnym. Mijał miasta na przemian z wioskami, sunął wśród łąk, lasów i pól. Krajobraz zalewały promienie letniego słońca. Głębokiego błękitu nieba nie przesłaniała ani jedna chmura. Wymarzony dzień, by usiąść na balkonie, pojechać rowerem nad jezioro albo wybrać się nad morze, zabierając ręcznik i koszyk piknikowy.

Ksenia Paget westchnęła, bo wiedziała, że po przyjeździe do Leeds nie będzie mogła skorzystać z żadnej z tych propozycji. Nie tylko dlatego, że w pobliżu Bramhope, gdzie mieszkała, nie było ani morza, ani jeziora; wszak miała własny ogród i taras. Niestety, miała także męża, który uznałby to za niewybaczalny przejaw lenistwa najgorszego rodzaju, gdyby po niemal trzech dniach nieobecności pozwoliła sobie na kilka miłych godzin na leżaku. Po jej wyjeździe z całą pewnością nie włączył ani odkurzacza, ani pralki, ani nawet nie podlał kwiatów. Z myślą o niej. I oczekiwał, że niezwłocznie się tym zajmie.

Ksenia wyciągnęła się na siedzeniu. Ba, rozkoszowała się podróżą. Drobną podróżą ku wolności. Minie sporo czasu, zanim znów nadarzy się po temu okazja.

Gdyby tylko facet siedzący naprzeciw niej po skosie po drugiej stronie przejścia przez cały czas nie zerkał w jej stronę. Nieustannie się na nią gapił. Od chwili wyjazdu z Londynu. Wyglądała przez okno, patrzyła w sufit, czytała książkę, którą z sobą zabrała, wysyłała przez WhatsAppa wiadomości do swojej przyjaciółki Mai, do której wybrała się w odwiedziny… lecz za każdym razem, gdy spojrzała przed siebie, napotykała jego wzrok. Mroczny. Głęboki. Pusty. Niesamowity. Mężczyzna wyglądał dosyć młodo, miał najwyżej dwadzieścia kilka lat i z pewnością nie był nią zainteresowany. Trzydziestosiedmioletnią otyłą kobietą w zwiewnej hipisowskiej sukience, w której fałdach starała się ukryć nadmiernie obfite kształty. Jego spojrzenia nie były pożądliwe. Wzrok miał na to zbyt odrętwiały.

Były za to groźne.

Kim był i czego od niej chciał?

Rozejrzała się po całym wagonie, ale nie znalazła innego wolnego miejsca, by się przesiąść. Poszła do toalety, spoglądając dokoła, jednak wszystkie miejsca w pociągu były zajęte. Nie chciała się zanadto oddalać od swojej walizki, dlatego nie sprawdziła wszystkich wagonów. Nie odważyła się także zabrać z sobą bagażu. Nie chciała zbytnio zwracać na siebie uwagi. Coś jej podpowiadało, że ten facet ruszy w ślad za nią, gdy tylko się zorientuje, że zamierza zmienić miejsce.

No dobrze, do Yorku było już niedaleko. Tam przesiądzie się do pociągu do Leeds. Mało prawdopodobne, by ten dziwny człowiek akurat tam zmierzał. A jeśli nawet, tym razem wybierze sobie lepsze miejsce. Był środek dnia, nic złego nie mogło jej się stać. W Leeds odbierze ją ze stacji jej mąż Jacob. W zwyczajnych okolicznościach wcale nie byłaby z tego zadowolona, jednak tym razem dobrze się złożyło.

Zamknęła książkę i wsunęła ją do torebki. I tak nie zdoła się skupić. Ostrożnie uniosła wzrok. Facet wciąż się na nią gapił. Sprawiał wrażenie przebiegłego. Przyczajonego. Agresywnego. I dziwnie chorego. Niezrównoważonego.

Przebiegł ją dreszcz. Gdyby tylko miała więcej pewności siebie. Wtedy wlepiłaby w niego wzrok, aż poczułby zmieszanie. Albo otwarcie by go zagadnęła. A jednak brakowało jej odwagi. Jak zawsze.

Patrzyła w sufit. Wtem usłyszała przerażone westchnienie siedzącej obok kobiety. Instynktownie spojrzała w stronę obcego mężczyzny.

Trzymał w dłoni pistolet.

Ksenia ani przez chwilę nie miała wątpliwości, że go użyje. I że to ona będzie ofiarą.

Chwyciła torebkę, zerwała się z miejsca i zaczęła uciekać.

Piękny letni dzień, pomyślała Kate, a ja przez tyle godzin muszę siedzieć w klimatyzowanym pociągu!

Była zmęczona, miała kiepski humor, wiedziała jednak, że jej niezadowolenie jest po trosze nieuzasadnione. Podróż do Leeds, uwzględniając przesiadkę w Yorku, trwała dwie i pół godziny, w żadnym więc razie nie spędzi w pociągu całego dnia. A weekendowy pobyt w spa w Yorkshire Dales, wykupiony dla niej przez kolegów ze Scotland Yardu w pożegnalnym prezencie, przynajmniej dla zwykłego człowieka nie powinien być powodem do narzekań. Jednakże Kate, jak zawsze pełna samokrytycyzmu, podejrzewała czasem, że nie jest całkiem normalna. Czy nie powinna jej ucieszyć perspektywa spędzenia weekendu, a właściwie jedynie sobotniego popołudnia i połowy niedzieli, w eleganckim hotelu oferującym smaczne jedzenie, masaże, błotne okłady oraz relaks z plasterkami ogórka na twarzy? Z kąpielami w sianie i innymi dziwnymi zabiegami, które tak bardzo by jej pomogły. Nigdy wcześniej tego nie robiła. Obawiała się, że nie wytrzyma nawet pół godziny.

W czwartkowy wieczór urządziła małe przyjęcie pożegnalne dla kolegów z pracy, zamówiła dwie skrzynki szampana i bufet od firmy cateringowej. Doskonale wiedziała, że pracownicy z jej wydziału zawsze uważali ją za nieco dziwną i że padające w rozmowie na jej temat epitety w rodzaju: zamknięta w sobie, introwertyczna, nieprzenikniona należały do najmilszych. Faktem jest, że dwadzieścia lat pracy w Scotland Yardzie uczyniło z niej zupełną outsiderkę i mimo pokaźnej liczby sukcesów dorobiła się tylko stopnia sierżanta śledczego. Przyjęło się, że to przełożeni rekomendowali swoich pracowników do awansu, a nawet zachęcali ich do zgłaszania swoich kandydatur. Jej bezpośredni przełożony nigdy tego nie zrobił. Kate przystępowała do egzaminów z własnej inicjatywy, dlatego czuła niepewność, miała też wrażenie, że pozostali sobie z niej drwią. Zgodnie z zasadą: Na tyle arogancka, by występować bez wsparcia ze strony szefa. Kate nie była jednak arogancka, ani trochę, często krytykowano ją nawet za brak pewności siebie.

Niekończąca się spirala. Pozbawiona logiki i wyjścia.

Oddychała głęboko, spoglądając przez okno. Pewien etap w jej życiu został zamknięty. Nowy właśnie się przed nią otwierał. Pytanie, czy wszystko zmierza ku lepszemu.

– W Scarborough doszło wczoraj do okropnej zbrodni. Przerażającej.

Drgnęła, odwróciła się do siedzącego obok mężczyzny. Colin Blair. Jedyny bodaj jej przyjaciel, choć określenie to było chyba na wyrost. Tak naprawdę tworzyli swego rodzaju związek z konieczności, ot, dwoje ludzi mających trudności w nawiązywaniu kontaktów społecznych, którzy spotykali się przygodnie w weekendy, by nie spędzać czasu samotnie. Poznali się dwa lata wcześniej na internetowej randce. Nie zaiskrzyło między nimi, nie zostali parą, niemniej ich samotne dusze nawiązały nić porozumienia. Kate nawet nie miała pewności, czy rzeczywiście darzy Colina sympatią. Przynajmniej go rozumiała. I miała wrażenie, że on czuje wobec niej to samo.

Pożegnalny upominek od kolegów był przeznaczony dla dwóch osób. Kate przez cały czas się zastanawiała, czy to tylko niewinny, może wręcz perfidny sposób wytknięcia jej raz jeszcze jej samotności. Wszyscy wiedzieli, że Kate nie nawiązała w swym życiu żadnych bliskich znajomości. Nie miała przyjaciół, a już na pewno partnera czy męża. Gdzie znajdzie kogoś, kto zechce jej towarzyszyć w trakcie weekendu w spa? Oczywiście pomyślała o Colinie; ostatecznie zaprosiła go tylko po to, by zaskoczyć kolegów z pracy. A jednak kogoś ma! Była gotowa dopłacić za osobny pokój dla Colina, ale nikt nie musiał o tym wiedzieć. I rzeczywiście, jej koleżanka Christy McMarrow, której wieczorem w przeddzień wyjazdu oddała kotkę Messy pod opiekę, była całkowicie zaskoczona.

– Och, naprawdę kogoś z sobą zabierasz? – zapytała zdumiona.

– Tak – odparła Kate – przyjaciela.

Christy zastygła z rozdziawionymi ustami.

Miała za to teraz Colina na głowie. Być może kąpiele w sianie łatwiej będzie znieść we dwoje.

Colin spędził podróż z nosem przyklejonym do ekranu smartfona i widocznie natrafił na ciekawą wiadomość.

– Zbrodnia? – zapytała Kate. – W Scarborough?

– Jakiś mężczyzna zastrzelił całą swoją rodzinę. Żonę i dwójkę małych dzieci. Policja została wezwana przez sąsiadów, którzy usłyszeli wystrzały. W tym czasie wszyscy jeszcze żyli, facet strzelał w sufit. Twój nowy szef negocjował z nim przez telefon.

– Caleb Hale? – Złożyła podanie o pracę w jego wydziale – i została przyjęta. Nikt z jej otoczenia nie mógł tego zrozumieć. Była funkcjonariuszką w Scotland Yardzie, jednym z najsłynniejszych wydziałów na świecie. A teraz dołączyła do policji z North Yorkshire, wydziału śledczego w Scarborough. W północno-wschodniej Anglii, w placówce, o której nikt nie słyszał. Nieważne. Kate doskonale wiedziała, dlaczego tak postąpiła. Razem z Calebem rozwiązali dwie sprawy. Był prawdopodobnie jedynym funkcjonariuszem w całej brytyjskiej policji, który uważał ją za genialną śledczą.

– Tak. Komisarz Caleb Hale. Ale nie zdołał go powstrzymać. Facet przerwał rozmowę, po czym zastrzelił dwójkę dzieci i żonę. „Wykonano na nich wyrok”, pisze „Daily Mail”. – Colin pokiwał głową. – Potworne.

– Czy on także się zastrzelił? – zapytała Kate.

Historia straszna, ale bynajmniej nie wyjątkowa. Mężczyźni tracący z oczu życiowy cel, czujący na sobie ogromny ciężar własnych problemów i chcący ze wszystkim skończyć, nierzadko wikłali w samobójstwo całe rodziny. To właśnie mężczyźni przejawiają skłonność do inscenizowania swojego odejścia, jadąc autostradą pod prąd i skazując przy tym na śmierć niewinnych ludzi. Podobne wypadki niezwykle rzadko powodują kobiety – one zazwyczaj odbierają sobie życie w samotności.

– Nie – odparł Colin – nie zrobił tego. Po aresztowaniu wyjaśnił, że zamierzał się zastrzelić, ale nie zdołał się przemóc. Mój Boże, co za tchórz!

– Straszne – powiedziała Kate. – Potworne.

– Dla prasy to oczywiście nie lada gratka – ciągnął Colin. – Martwa kobieta. Dwoje martwych dzieci. A policja przez cały czas stała przed domem. „Czy nie za późno zdecydowano się na interwencję?”, pytają. Ten twój Caleb Hale pewnie ma teraz niezły ambaras.

Kate skinęła głową. Miała podobne obawy. W takich wypadkach potrzebny jest winowajca. Był nim oczywiście ojciec rodziny, ale na pewno znajdą się dlań okoliczności łagodzące. Znacznie prostsze – i bardziej dramatyczne – będzie uderzenie w policję. Spekulacje można snuć w dowolnym kierunku. O ile też łatwiej wyrokować z perspektywy czasu. Gdyby policja wtargnęła do mieszkania, powodując tym śmierć dzieci, podniosłyby się głosy krytyki. Caleb Hale zdecydował się jednak podjąć negocjacje, a mimo to dzieci zginęły. I teraz to on znalazł się na celowniku. W podobnych wypadkach niejednokrotnie negowano fakt, który Kate uznawała za równie smutny, co prawdziwy i nieunikniony: w życiu bywają sytuacje, które wykluczają dobre rozwiązania. Nieważne, co się zrobi i jak się postąpi.

– Caleb będzie musiał sporo ścierpieć – stwierdziła Kate. – Ale da sobie radę. Konieczność zmierzenia się z krytyką i wrogością to część jego pracy.

Znacznie gorsze okażą się wyrzuty, które sam będzie sobie czynił. Bezbronna rodzina zamordowana w okrutny sposób we własnej sypialni. On zaś, stojąc ledwie kilka metrów dalej wraz z całym sztabem swoich ludzi, nie był w stanie jej pomóc. Znała go i doskonale wiedziała, jak bardzo będą go dręczyć obrazy, jak boleśnie będzie nurtować kwestia własnej porażki. Znała też niestety sposób, w jaki reagował na wszelkie stresy, kryzysy, na chwile zwątpienia w samego siebie – był alkoholikiem. Od wielu lat. Przez pewien czas przebywał w klinice odwykowej i od tej pory nazywał siebie suchym alkoholikiem. Kate wiedziała, że wcale nim nie był. Nałóg powrócił. Pozostawało pytanie, jak długo będzie mu to uchodziło płazem.

– Będzie cię teraz miał u swego boku – oznajmił Colin. – Nic złego już się nie stanie.

Uśmiechnęła się do niego. Czasami Colin potrafił być całkiem uroczy.

Spojrzała na zegarek. Za kilka minut dotrą do Yorku, gdzie czeka ich przesiadka. Podniosła się z miejsca.

– Skoczę jeszcze do toalety. Przypilnujesz mojej torebki?

– Pewnie – przytaknął Colin.

Kate ruszyła pomiędzy czerwonymi tapicerowanymi siedzeniami, a następnie przeszła przez wagon z wydzielonymi przedziałami. Prawie już dotarła do drzwi toalety, gdy za plecami usłyszała odgłos spiesznych kroków. Ktoś biegł korytarzem. Kate się odwróciła.

Wpadła na nią kobieta. Ciężko dyszała. Na jej twarzy perlił się pot. Miała wybałuszone oczy. Potknęła się i nie upadła tylko dlatego, że Kate w mgnieniu oka chwyciła ją za ramię i podtrzymała.

– O Boże. Proszę mi pomóc. Niech mi pani pomoże!

– Co się stało?

– On… On tam jest! – Kobieta wskazała w kierunku przejścia, skąd nadbiegła.

Kate podążyła wzrokiem za jej wyciągniętym palcem. Korytarz był pusty.

– Ale kto to? I proszę się uspokoić.

– Nie wiem – szepnęła kobieta. – Nie mam pojęcia, kim on jest. Ale ma broń.

Kate zamierzała uspokoić ją rozmową i zapytać o ewentualnych krewnych lub znajomych podróżujących tym samym pociągiem, sądziła bowiem, że ma do czynienia z osobą ogarniętą psychozą, gdy nagle otwarły się przeszklone automatyczne drzwi prowadzące do wagonu. Pojawił się w nich mężczyzna. Sekundę później padł strzał, kula minęła obie kobiety o włos.

Obcy krzyczał.

– Nie! Nie!

Kate, nadal podtrzymując kobietę za rękę, otwarła ramieniem drzwi toalety, wepchnęła ją do środka, wpadła za nią, zamknęła drzwi i przesunęła zasuwę. Na zewnątrz padł kolejny strzał. Kobieta zaczęła wrzeszczeć jak oszalała.

Kate pchnęła ją w kąt za drzwiami, sama stanęła tuż przed nią. Zgadła: chwilę później przez drzwi przeszła kula.

– Spokojnie, tylko spokojnie. – Kate trzymała kobietę za rękę. – Jak ma pani na imię?

Kobieta wlepiła w nią przerażony wzrok.

– Ksenia.

– Dobrze, Kseniu. Jestem Kate. Nic nam tu nie grozi. Niech się pani uspokoi.

Drzwi przebiła kolejna kula. Sprawca nie mógł celować prosto do kobiet skulonych w kącie, ale wystarczyło, że jedna z kul odbije się od ściany i trafi je rykoszetem, a wtedy nic ich nie uratuje.

W krótkim odstępie czasu padły dwa kolejne strzały.

Kate zerknęła na zegarek. Tylko dwie minuty do Yorku. Pociąg już zwalniał. Ludzie zaraz zaczną się tłoczyć na korytarzu, zmierzając w kierunku drzwi. Mogła mieć tylko nadzieję, że strzały już usłyszano i że nikt nie pojawi się w przejściu przed toaletą. To mógł być szaleniec strzelający na oślep do wszystkiego, co się porusza. Kate sięgnęła do kieszeni dżinsów i jęknęła, uświadomiwszy sobie, że telefon komórkowy zostawiła w torebce. A torebkę na siedzeniu obok Colina. Nie będzie w stanie z nikim się skontaktować.

Kolejny strzał. Ksenia trzęsła się jak osika.

– Kseniu, ma pani komórkę?

– Zgubiłam torebkę, gdy biegłam przez cały pociąg. Siedziałam w jednym z ostatnich wagonów… Nie wiem, gdzie ją upuściłam. – Zaczęła płakać.

– Nie szkodzi. Proszę zachować spokój.

Oczywiście, że znalazły się w tarapatach. Siedziały zamknięte w toalecie, a za drzwiami stał uzbrojony człowiek. Nie mogły wezwać pomocy. Na szczęście pociąg za chwilę się zatrzyma. A pozostali pasażerowie musieli usłyszeć wystrzały. Może wezwano już policję.

Spojrzenie Kate powędrowało w kierunku przesuwnego okna. Nie wiedziała, czy zdoła je otworzyć, ale warto było spróbować. Kiedy jednak zacznie przy nim majstrować, stanie się idealnym celem dla czającego się za drzwiami szaleńca. Gdyby strzelił, mógłby ją trafić prosto w plecy. Mimo to musiała podjąć próbę.

– Proszę zachować spokój – szepnęła do Kseni. – On nie może się zorientować. Spróbuję otworzyć okno.

Ksenia natychmiast złapała ją za rękę.

– Proszę tego nie robić. Proszę tu zostać. Proszę.

– Tylko otworzę okno. A potem obie przez nie wyjdziemy.

Ksenia dygotała coraz mocniej, ale skinęła głową. Kuląc się, Kate podeszła do okna. Pomieszczenie było niewielkie, od okna dzieliły ją nie więcej niż dwa kroki. Po jej lewej stronie znajdowała się umywalka ze stali nierdzewnej, z małym lusterkiem powyżej. Na wprost muszla klozetowa. Nad nią okno. Za plecami, w linii prostej, drzwi i stojący za nimi strzelec. Kate poczuła, że oblewa ją pot. Na szczęście stukot kół był na tyle głośny, by zagłuszyć ewentualny hałas otwieranego okna. Kate szarpnęła za uchwyty. Okno otwarło się bezgłośnie i bez przeszkód. Niestety, tylko nieznacznie.

Do wnętrza wniknęło ciepłe letnie powietrze. Łagodny podmuch.

Nie chcę umierać, pomyślała Kate. Nie teraz.

Sprawdziła wąski okienny otwór. Sama, choć z pewnym wysiłkiem, pewnie by się przecisnęła, była drobna i bardzo szczupła. Ksenia nie miałaby jednak szans. Była, oględnie mówiąc, dość pulchna. Wypchnięcie jej na zewnątrz wydawało się mało realne.

Ksenia również to zauważyła.

– Proszę nie zostawiać mnie samej. Proszę!

– Nie zostawię pani.

To oczywiste. Kate była policjantką, chociaż nie pełniła teraz służby. Dwa dni wcześniej opuściła szeregi Scotland Yardu. A pracę w Scarborough miała rozpocząć dopiero w sierpniu. W pewnym sensie pozostawała obecnie w zawodowym zawieszeniu. Mimo to nigdy nie zostawiłaby nikogo bez opieki w tak trudnym położeniu, myśląc wyłącznie o własnym bezpieczeństwie. Wykluczone.

Naraz padł kolejny strzał, niemal w tej samej chwili wśród pisku hamulców i zgrzytu kół pociąg zatrzymał się na stacji w Yorku.

Kate poczuła ból w prawej łydce, ostry i przenikliwy, lecz kilka sekund później miała wrażenie, że jedynie tak jej się zdawało. Poczłapała z powrotem do skulonej w kącie Kseni. On nadal tam jest. Wciąż tam jest.

Przez otwarte okno słychać było płynące z głośników komunikaty. Z ogłuszającym łoskotem nadjechał kolejny pociąg. Rozległ się grzechotliwy hałas ciągniętych po peronach walizek. Z oddali dobiegały głosy.

Odgłosy stacji.

– On wciąż stoi przy drzwiach – szepnęła Ksenia.

– Tak, najwyraźniej. Ale ludzie musieli coś usłyszeć, z pewnością wezwano już policję. Wydostaną nas stąd. Proszę się nie martwić.

Zastanawiała się, co teraz robi Colin. Czy się niecierpliwi, czemu ona tak długo siedzi w toalecie? Czy usłyszał wystrzały? Musiał być podenerwowany. Zaraz mieli przesiadkę, pociąg do Leeds odjeżdżał niecałe dwadzieścia minut później. Oby tylko nie poszedł jej szukać. Znalazłby się na muszce zabójcy.

Ksenia nagle wrzasnęła, przerażona wskazała na nogę Kate.

– Pani krwawi!

Kate spostrzegła, że na prawej łydce tkanina jej dżinsów zabarwiła się na kolor czerwonobrunatny. Wydawało się, że plama wciąż się powiększa. Przypomniała sobie przeszywający ból. A więc ją trafił. O dziwo, rana nie bolała. To wskutek szoku, przypływu adrenaliny.

– Lekki postrzał – szepnęła, choć przecież nie mogła tego stwierdzić – nic poważnego.

– On nas zabije. O Boże, on nas zabije!

– Czy domyśla się pani, kim on jest? I dlaczego panią ściga?

– Nie. Siedziałam w ostatnim wagonie. On naprzeciw mnie po skosie, dzieliło nas przejście. Przez cały czas gapił się na mnie, to było nieprzyjemne, czułam się nieswojo.

– I nigdy wcześniej nie widziała pani tego człowieka?

– Nie.

– Hm. Dziwne.

Zdarzają się szaleńcy, ale zazwyczaj strzelają na oślep, nieważne, kogo trafią, byleby tylko uśmiercić jak najwięcej osób. Jednak ten człowiek upatrzył sobie wyłącznie Ksenię. A to oznaczało, że istniał między nimi jakiś związek.

– Nic nie słychać – szepnęła Ksenia. – W pociągu.

Rzeczywiście, dało się słyszeć odgłosy stacji. Ale pociąg sprawiał wrażenie opustoszałego.

– Czy myśli pani, że on nadal tam jest?

– Nie wiem. Nie chcę wychylać głowy. Powinni wsiąść nowi pasażerowie, wiedziałybyśmy o tym. Skoro tak nie jest, policja prawdopodobnie opanowała już sytuację.

Ksenia nieco się odprężyła. Nie dygotała już tak gwałtownie, jej oddech się wyrównał. Wtem ktoś zaczął przeraźliwe dobijać się do drzwi.

– Policja! Kto jest w środku?

Kate powstrzymała Ksenię, która z miejsca rzuciła się do drzwi.

– Sierżant Kate Linville. I jedna z pasażerek.

Ksenia popatrzyła oszołomiona.

– Pani jest…?

– Tu sierżant Jenkins z policji North Yorkshire. Może pani otworzyć? Wszystko jest pod kontrolą.

– A jeśli to on? – zapytała cicho Ksenia.

– Już dawno by tego spróbował – odparła Kate. Pokuśtykała do drzwi. Noga zaczęła sprawiać jej ból, nie mogła jej przeciążać. Odsunęła zasuwę. Ujrzała przed sobą mężczyznę w ciemnym garniturze.

– Sierżant Linville?

– Tak.

– Czy ktoś jest ranny?

– Zostałam lekko draśnięta w nogę – wyjaśniła Kate. – Poza tym w porządku.

– A więc jest pani funkcjonariuszką? – zapytał Jenkins.

– Tak. Ale nie jestem na służbie. Przez przypadek znalazłam się w samym centrum wydarzeń. – Rozejrzała się po korytarzu. Wszędzie krzątała się policja. Także na zewnątrz, na peronie.

– Kilku pasażerów wezwało pomoc. W pociągu padły strzały. Chwilę po zatrzymaniu składu przyjechaliśmy na pomoc miejscowym służbom. – Zawahał się.

Kate domyśliła się reszty.

– Nie macie go?

– Nie. Wysiadła masa ludzi, rozbiegli się we wszystkie strony, dwóch posterunkowych nie miało żadnych szans. Usiłowaliśmy zapanować nad sytuacją, ale wielu pasażerów już się oddaliło. Niektórzy są pod opieką w budynku dworca. Innych już dawno tu nie ma. Musieliśmy najpierw zablokować tory, zabezpieczyć stację. Przeszukać pociąg. – Otarł czoło. Nie poszło za dobrze. Gdzieś na zewnątrz przebywał człowiek z bronią. Zbiegł. Nie sięgnąwszy celu.

Ksenia pobladła jeszcze bardziej.

– A jeśli ponownie spróbuje? – szepnęła. – Co ze mną, jeśli on ponownie spróbuje?

2

Sierżant Paul Jenkins sprawiał wrażenie nieco przybitego, mimo to usiłował wstępnie opanować sytuację. Siedział z Kate Linville i Ksenią w niewielkim pomieszczeniu, oddanym mu do dyspozycji przez ochronę stacji. Jego współpracownicy przebywali na zewnątrz, wypytując pasażerów podróżujących pociągiem z Londynu do Yorku. Przynajmniej tych, których jeszcze tam zastali. Wielu wykorzystało powstałe zamieszanie i oddaliło się, chcąc przede wszystkim złapać połączenia i uniknąć zawirowań w rozkładzie dnia. Kate wyszła z pociągu wsparta na ramieniu sanitariusza, na peronie spotkała Colina, który ujrzawszy ją żywą, poczuł tak ogromną ulgę, że aż ją to wzruszyło. Ściskał w rękach jej torebkę, a nawet zachował dość przytomności umysłu, by wynieść z pociągu jej dwie małe walizki na kółkach.

– Dzięki Bogu, że nic ci się nie stało! – zawołał. – Bałem się o ciebie. Ledwie poszłaś do toalety, przez wagon przebiegła jakaś kobieta. A za nią mężczyzna. Potem padły strzały. Myślałem, że… O Boże… – Nie mógł znaleźć odpowiednich słów.

Policjant dotknął jego ramienia i odsunął go na bok.

– Chciałbym zadać panu kilka pytań – oznajmił.

– Oczywiście. Naturalnie! – Colin niczego bardziej nie pragnął. Kate domyśliła się, że przedstawi mocno podkoloryzowaną wersję własnych przeżyć.

Poprosiła go, aby pod żadnym pozorem nie opuszczał stacji i pilnował obydwu walizek. Torebkę zabrała ze sobą. Następnie sanitariusz opatrzył jej nogę. Rzeczywiście była to rana postrzałowa.

– Ma pani szczęście – stwierdził pielęgniarz. – Sporo krwi, przez co wygląda to gorzej, niż jest w rzeczywistości. Przemyję ranę, założę opatrunek i dam pani środek przeciwbólowy. Ale powinna pani skonsultować się z lekarzem.

– Tak zrobię – obiecała Kate.

Sierżant Jenkins zamierzał zabrać Ksenię na przesłuchanie, lecz kobieta zareagowała histerycznie.

– Nie ruszę się bez Kate! Nigdzie nie pójdę bez Kate! – Kate uratowała jej życie. Kate była policjantką. Ksenia widziała w niej jedyną bezpieczną opokę wśród zamętu tego koszmarnego dnia.

Siedziały więc obie w nagrzanym, niewielkim pomieszczeniu. Promienie lipcowego słońca wdzierały się przez wychodzące na południe okno, ukazując pokrywający szybę kurz i zamieniając pokoik z metalowymi szafkami na akta i uporządkowanym biurkiem w piekarnik. W oknie nie było żaluzji ani zasłon. Po kilku minutach Kate poczuła się jak jajko smażone na rozgrzanej do czerwoności patelni. Cudownie. Pociąg do Leeds już odjechał. Weekend w spa nieco się opóźni. Jeśli w ogóle się zacznie. Najchętniej wróciłaby do domu, usiadła na balkonie z chłodnym drinkiem w dłoni, wyciągnęła wygodnie obolałą nogę, zdjęła zakrwawione dżinsy.

Sierżant Jenkins musiał jednak dopełnić formalności. Doskonale o tym wiedziała.

Spisał dane Kseni. Ksenia Paget. Zamieszkała w Leeds-Bramhope, Yorkshire. Mężatka. Bezdzietna. Urodzona dziesiątego maja tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego drugiego roku.

– Gdzie się pani urodziła? – zapytał Jenkins.

Ksenia się zawahała.

– Kirow. Rosja. Wówczas jeszcze Związek Radziecki.

Jenkins się wyprostował.

– Jest pani Rosjanką?

– Mam brytyjskie obywatelstwo. – Ksenia sięgnęła w miejsce, gdzie pewnie zazwyczaj stawiała torebkę. Wtedy przypomniała sobie, że zgubiła ją w pociągu, uciekając przed prześladowcą. – Moja torebka! Nadal leży gdzieś w pociągu. Są w niej moje dokumenty. Mój paszport. Mam brytyjski paszport!

– Proszę się nie martwić, pociąg został zabezpieczony, moi ludzie go przeszukają. Znajdą pani torebkę, wszystko pani zwrócimy – zapewnił Jenkins. Wyjął chusteczkę, otarł czoło, poluzował krawat. – Boże, ależ tu gorąco.

– Wyszłam za mąż za Anglika – wyjaśniła Ksenia. – Za Jacoba Pageta. Dlatego mogłam się ubiegać o przyznanie obywatelstwa.

To było dla niej ważne, ogromnie ważne, zauważyła Kate. W żadnym razie nie chciała wzbudzić podejrzenia, że mieszka w Anglii nielegalnie. Kate uznała, że mówi doskonałą angielszczyzną. Gdy się wiedziało, że pochodzi z Rosji, można było zauważyć ledwo słyszalny akcent; jeśli nie miało się o tym pojęcia lub nie zwracało się na to uwagi, trudno się było domyślić, że nie jest rodowitą Angielką.

– Jak długo mieszka pani w Anglii? – zapytał Jenkins.

– Od dwa tysiące szóstego roku. Wzięliśmy ślub w czerwcu dwa tysiące szóstego.

– Pani i pani mąż…

– Poznaliśmy się za pośrednictwem agencji – wyjaśniła Ksenia. – Mój mąż chciał za żonę Rosjankę. Nie miał szczęścia do Angielek, więc postanowił spróbować czegoś innego.

– Wtedy nazywała się pani…?

– Ksenia Pietrowna Sidorowa.

Jenkins zanotował nazwisko, szepcząc po cichu nietypową sekwencję liter.

– Cóż, pani Paget – powiedział – najbardziej interesuje mnie oczywiście to, co wydarzyło się dziś w pociągu. Strzelał do pani jakiś mężczyzna. Czy może mi pani opowiedzieć ze szczegółami całą historię?

Ksenia powtórzyła to, o czym informowała już Kate: od chwili wyjazdu z londyńskiego King’s Cross jakiś nieznajomy nieustannie się na nią gapił.

– Czułam się coraz bardziej nieswojo. Ale w pobliżu nie było innego wolnego miejsca, nie mogłam się przesiąść. Tuż przed przyjazdem do Yorku nagle wyciągnął broń. Wtedy zerwałam się i pobiegłam. Torbę podróżną zostawiłam w miejscu przeznaczonym na bagaż. – Przerwała. – Moja torba…

– Ją także pani zwrócimy – zapewnił Jenkins.

– Biegłam coraz szybciej. W następnym wagonie odważyłam się obejrzeć za siebie. Podążał za mną. Biegłam jeszcze szybciej. On też.

– Przemierzyliście praktycznie cały pociąg?

– Tak. Siedziałam na samym końcu składu. Tuż przed dotarciem do wagonu, w którym spotkałam Kate, ponownie się obejrzałam. Facet był za mną jakieś pół długości wagonu. Wciąż trzymał w ręku pistolet. Wpadłam w panikę, bo wiedziałam, że zaraz dotrę do końca pociągu i nie zdołam mu uciec. Biegłam. I wtedy wpadłam na Kate. A on zaczął strzelać.

– Pani Paget, jeśli dobrze zrozumiałem, przez długi czas siedziała pani naprzeciwko tego człowieka. Gapił się na panią, gdy tylko uniosła pani wzrok, widziała go pani. Zakładam, że może nam pani podać jego dokładny rysopis?

Ksenia westchnęła.

– Byłam tak przerażona i zdezorientowana… Pamiętam, że był dość młody. Co najmniej dziesięć lat młodszy ode mnie. A więc nie był typem mężczyzny, który by mi się przyglądał, bo uznał mnie za interesującą kobietę.

– Nie sądzę, by ten wniosek brzmiał przekonująco – odparł Jenkins. – Rozumiem jednak, że nie wydawał się zainteresowany poznaniem pani?

– Nie. On chciał mnie zabić.

– Ocenia go pani na dwudziestokilkulatka. Czy może pani powiedzieć coś na temat jego wyglądu? Kolor oczu? Odcień włosów?

– Był bardzo wysoki. Silny. Miał gęste czarne włosy. Kręcone. Brak rozpoznawalnej fryzury. Wydawał się zaniedbany.

– Tylko z powodu włosów? Czy może czegoś jeszcze?

– Miał wytarte, pogniecione dżinsy. I chyba bluzę. Szarą. Poplamioną.

– Kolor oczu?

– Nie wiem. Chyba ciemnobrązowy. Choć może to były rozszerzone ciemne źrenice. Miał nieruchome spojrzenie. Nie było normalne.

– Chcielibyśmy z pani pomocą spróbować stworzyć jego portret pamięciowy.

– Tak, oczywiście. Pomogę, jak tylko będę mogła.

– To dobrze – odparł Jenkins. Zamyślił się. – Wspomniała pani, że mieszka w Leeds. Czym się pani zajmuje?

– Niczym. Na razie. Raz w tygodniu prowadzę nieodpłatnie kurs językowy dla uchodźców, poza tym nigdzie nie pracuję. Mój mąż twierdzi, że nie muszę.

– Kim jest z zawodu pani mąż?

– Pracuje jako zarządca nieruchomości. Dla kilku wspólnot mieszkaniowych w Leeds i okolicach.

– Rozumiem. Ale na pewno wykonywała pani jakiś zawód?

– W Rosji zaczęłam studia językowe. Języki azjatyckie. Mówię całkiem dobrze po chińsku i koreańsku.

– Ma pani prawdziwy talent – zauważył Jenkins. – Pani angielski również jest doskonały.

Ksenia zarumieniła się z radości.

– Dziękuję.

– Ale nie skończyła pani studiów?

– Nie. Moja rodzina zubożała. Ojciec pracował w przemyśle zbrojeniowym, po zakończeniu zimnej wojny wiązał koniec z końcem tylko dzięki pracy dorywczej. Tak samo jak moja matka. W końcu także tę pracę oboje stracili. Wie pan, mam czwórkę młodszego rodzeństwa. Rzuciłam więc studia i zaczęłam pomagać rodzinie. Pracowałam jako kelnerka, sprzątałam. Ale nadszedł moment, kiedy zapragnęłam…

– Tak?

– Chciałam koniecznie wyjechać z kraju. Nie widziałam tam dla siebie żadnej przyszłości. Byłam wtedy młoda i ładna. Zgłosiłam się do angielskiej agencji, która opiekuje się w Anglii kobietami ze Wschodu. Uznałam, że to moja jedyna szansa.

– Nie musi się pani usprawiedliwiać – zapewnił sierżant Jenkins.

Kate przyglądała się Kseni z ukosa. Co za tragiczna historia, pomyślała. Inteligentna osoba, która prawdopodobnie mówi płynnie w kilku językach, ale musiała zostać sprzątaczką i kelnerką, a teraz jest żoną mężczyzny, który nie chce, aby pracowała. Ciekawe, czy to dlatego tak bardzo przytyła. Czy w ten sposób rekompensuje sobie frustrację, własną pustkę?

Przywołała się jednak do porządku. To czyste spekulacje. Nie znała Kseni na tyle, by mogła sobie pozwolić na ocenę jej życia.

– Co robiła pani w Londynie? – zapytał Jenkins.

Ksenia przez chwilę sprawiała wrażenie zdezorientowanej.

– W Londynie?

– Cóż, na londyńskim King’s Cross wsiadła dziś pani do pociągu.

– No tak. Oczywiście. Byłam w odwiedzinach u przyjaciółki. Pojechałam do niej w czwartek, dziś wracałam. Mój mąż odbierze mnie ze stacji w Leeds. – Nagle wydała się potwornie przejęta. – O Boże. Będę dużo później. Koniecznie muszę go powiadomić.

– Chce pani skorzystać z mojego telefonu? – zaproponowała Kate.

– Tak, proszę. – Ksenia zerwała się z miejsca. – Czy mogę wyjść na chwilę na zewnątrz?

– Oczywiście – odparł Jenkins.

Kate odblokowała telefon, po czym Ksenia wyszła z pomieszczenia.

Gdy zostali sami, Jenkins zapytał:

– Jak pani ocenia tę sytuację? Pytam panią jako koleżankę.

Kate się zamyśliła.

– Trudno teraz cokolwiek wyrokować. Mężczyzna z pociągu nie był zwykłym szaleńcem, w przeciwnym razie urządziłby krwawą jatkę wśród pasażerów. Wyraźnie upatrzył sobie Ksenię. Ja znalazłam się na linii ognia tylko dlatego, że zabarykadowałam się razem z nią. To by sugerowało, że między nim a Ksenią musi istnieć jakiś związek.

– Czy trop może prowadzić do Rosji? Myśli pani, że warto by sprawdzić ich historię?

– Obawiam się, że byłoby to bardzo kosztowne i długotrwałe dochodzenie. Przynajmniej jeśli chodzi o część rosyjską. Może przydatna okaże się rozmowa z agencją, która skontaktowała ją z obecnym mężem.

– Może była winna pieniądze. Rosjanie są znani z drastycznych działań windykacyjnych.

– Ale to była angielska agencja.

– Mimo to mógł w tym uczestniczyć jakiś rosyjski biznesmen. Uczestniczyć w realizacji umowy, a więc i w pozyskaniu prowizji.

– To wszystko wydarzyło się trzynaście lat temu. Wyszła za mąż w dwa tysiące szóstym roku, przynajmniej tak nam powiedziała. Przypuśćmy, że prowizja nie została wypłacona lub nie została wypłacona w całości, i ktoś w Rosji czuje się oszukany – czy w takim razie nie interweniowałby wcześniej?

– Może to zrobił. Ale bezskutecznie. I właśnie dlatego zdecydował się na nieco bardziej drastyczne metody.

– To brzmi jak scenariusz filmu o rosyjskiej mafii – stwierdziła Kate.

Jenkins wzruszył ramionami.

– Ksenia Paget jest z pochodzenia Rosjanką.

– Ale takie pośrednictwo matrymonialne nie może przecież kosztować fortuny. Gdyby Jacob Paget od trzynastu lat był nękany o spłatę długu, gdyby wywierano na niego coraz większą presję… Nie sądzi pan, że spłaciłby dług, byleby tylko uniknąć kontaktu z takimi ludźmi?

– Nie wiem, jakim jest człowiekiem – odparł Jenkins. – Może uznał, że za dużo od niego żądają, i woli dać się poćwiartować, niż ustąpić.

Kate się zamyśliła.

– W każdym razie należałoby porozmawiać z panem Pagetem. Podejrzewam, że tu tkwi cały problem. Nie jestem jednak pewna, czy ma to związek z dzisiejszymi wydarzeniami w pociągu.

– Jaki problem ma pani na myśli?

– Nie wiem, czy posunęłabym się aż tak daleko, niemniej skłaniam się do twierdzenia, że Ksenia Paget boi się własnego męża. Przynajmniej sprawia wrażenie zastraszonej.

Jenkins był zaskoczony.

– Skąd taki wniosek? Bo nie chce pozwolić jej pracować?

– To może być wskazówka. Jeśli to, co mówiła, jest prawdą, mamy do czynienia z bardzo utalentowaną językowo młodą kobietą, która z powodzeniem mogłaby pracować jako tłumaczka. Dlaczego pozwala sobie na tego rodzaju bezczynność?

– Może istnieją po temu jakieś powody. Może chce mieć dzieci, może unika w ten sposób stresu. Nie wiem.

– No dobrze. Ale czy nie zauważył pan, że niemal spanikowała, gdy sobie uświadomiła, że nie dotrze o umówionej porze do Leeds i że jej mąż na próżno będzie czekał na stacji?

– Odniosłem wrażenie, że nie chciała go martwić.

– Możliwe – odparła Kate.

Wróciła Ksenia, oddała Kate telefon.

– Bardzo dziękuję. – Usiadła. Chyba nie czuła ulgi, sprawiała wrażenie jeszcze bardziej przygnębionej. – Mój mąż chciał wiedzieć, kiedy wrócę do domu. Czy długo to jeszcze potrwa?

– Nie – zapewnił Jenkins. – Rozumiem, że chce pani wrócić do domu. Ale proszę mi jeszcze powiedzieć, jak nazywa się pani przyjaciółka w Londynie. I skąd ją pani zna?

– Maja Price. Dawniej mieszkała po sąsiedzku w Leeds. Zaprzyjaźniłyśmy się. Dwa lata temu przeprowadziła się do Londynu. Ściślej mówiąc, do Southend-on-Sea pod Londynem. Bardzo za nią tęsknię. Czasem ją odwiedzam.

– Dlaczego odwiedza ją pani w czwartek i piątek, a wraca w sobotę? Dlaczego nie zostaje pani na cały weekend?

Ksenia się zawahała.

– Mój mąż chce, żebym w weekendy była w domu. Byśmy mogli spędzać ten czas razem.

Kate i Jenkins wymienili spojrzenia. No proszę, zdawał się mówić wzrok Kate.

I co z tego? – zapytywał wzrokiem Jenkins.

– Dobrze. Pani Paget, czy pamięta pani cokolwiek, co podczas pobytu w Londynie wydało się pani dziwne? Albo nawet w trakcie samej podróży?

– Dziwne?

– Może poczuła pani, że ktoś panią obserwuje. Nie tak wyraźnie i bezpośrednio jak w pociągu. Człowiek odnosi czasem wrażenie, że ktoś na niego patrzy. Albo może wydarzyło się coś niezwykłego. Coś, na co wówczas nie zwróciła pani uwagi, teraz jednak wydaje się dziwne, jeśli spojrzeć przez pryzmat dzisiejszych wydarzeń.

Ksenia wyraźnie usiłowała sobie cokolwiek przypomnieć.

– Nie – odparła. – Nic. Absolutnie nic.

– A ten mężczyzna: jest pani pewna, że nigdy wcześniej go pani nie widziała?

– Jestem pewna.

– A może przypomina pani sobie coś z przeszłości? Tutaj albo w Rosji? Czy istnieje coś, co mogłoby sprawić, że ktoś poczuł się zmuszony, by panią ścigać przez pół pociągu, a potem do pani strzelać?

– Nie – zaprzeczyła Ksenia. Chwilę później coś rozbłysło w jej oczach. Tylko na sekundę.

Kate to dostrzegła, gdyż mierzyła ją wzrokiem. Jenkins chyba tego nie zauważył.

A właśnie że tak, stwierdziła Kate, coś przemknęło ci przez myśl. Ale nie chcesz o tym mówić.

3

Wynik badania krwi był jednoznaczny: siedem dziesiątych promila.

Caleb został poproszony o dobrowolne poddanie się badaniu. Po interwencji w Zatoce Północnej. Zakończyła się koszmarnie. Martwa kobieta. Dwoje martwych dzieci. I sprawca siedzący na podłodze w sypialni. Szlochał nieprzerwanie, wciąż trzymając w ręku broń.

– Nie mogłem – jęczał. – Nie potrafiłem tego zrobić. – Miał na myśli swój prawdziwy zamiar: na końcu zastrzelić samego siebie.

Godzinę później Caleb musiał się stawić u naczelnika wydziału.

– Co poszło nie tak?! – wrzeszczał naczelnik. – Troje zabitych. Dzieci miały sześć i siedem lat. Dobry Boże! Pańscy ludzie rozstawieni wokół domu czekają w pogotowiu, padają strzały, było jasne, że w mieszkaniu jakiś szaleniec grozi swojej rodzinie. A pan… nie robi nic. Najspokojniej w świecie siedzi i czeka, aż facet dokona na żonie i dwójce dzieci egzekucji. Dopiero wtedy wdziera się pan do mieszkania.

To nie było fair. Caleb o tym wiedział – wiedział też jego przełożony. Znalazł się jednak pod presją opinii publicznej. Musiał poradzić sobie z tsunami oburzenia przetaczającym się przez media, wiadomo było, że te nie odpuszczą. Martwe dzieci. To było najgorsze. Także dlatego, że gazety tym bardziej zwiększały swoje nakłady, im bardziej dramatyczne drukowały doniesienia.

– Sir, w zaistniałej sytuacji szturm mieszkania uznałem za nazbyt ryzykowny – wyjaśnił Caleb. – Niemal na pewno doprowadziłby do krwawej jatki.

– A nie tak właśnie się stało?

– Owszem. Niestety. Mieliśmy jedną jedyną szansę, by dotrzeć do tego człowieka, by odwołać się do jego sumienia. Najpierw strzelał w sufit i ścianę. Nie od razu do własnej rodziny.

– Może należą mu się za to brawa?

– O czymś to jednak świadczy. Z początku nie był w stu procentach zdeterminowany. Wręcz przeciwnie, w chwili gdy zaczął strzelać na oślep w dużym apartamentowcu, ryzykował, że ktoś powiadomi policję.

– I?

– Sądzę, że chciał porozmawiać. Że tak naprawdę szukał pomocy.

– Ale potem doszło do katastrofy. Widocznie w trakcie rozmowy telefonicznej powiedział mu pan coś, co sprawiło, że w jednej chwili puściły mu wszelkie hamulce.

– Ja…

Naczelnik zerknął na notatkę leżącą przed nim na biurku.

– Doniesiono mi, że nachalnie zagadywał go pan o sprawy finansowe. I wtedy on oszalał.

– Chciałem go przekonać, że z pewnością istnieje jakieś rozwiązanie. Że także kłopotom finansowym można zaradzić.

– Cóż, najwyraźniej nie zdołał go pan przekonać. Wręcz przeciwnie. Praktycznie pociągnął pan za spust jego pistoletu. Świetna robota, Hale!

Te słowa kąsały. Zajadle. Druzgocąco.

Kto przekazał mu treść mojej rozmowy z Jaydenem White’em? – zastanawiał się Caleb. Jedynym człowiekiem, który stał tuż obok niego i się jej przysłuchiwał, był inspektor Robert Stewart. Jego najbliższy, zaufany współpracownik. Z drugiej strony, gdyby naczelnik zapytał go o to, Robert nie miałby innego wyjścia, jak tylko złożyć zgodny z prawdą raport. Mimo to coś przyprawiło Caleba o dreszcze.

– Sir, nie wiem… – zaczął, ale mu przerwano.

– Gdzie właściwie była sierżant Helen Bennett?

– Wzięła wolne. Pojechała do Saltburn w odwiedziny do matki. Powiadomiono ją o sprawie, była już w drodze powrotnej do Scarborough.

– I nie był pan w stanie zagadywać Jaydena White’a na tyle długo, by przekazać rozmowę kompetentnemu funkcjonariuszowi?

– Nie – odparł Caleb.

Naczelnik zmierzył go spojrzeniem swoich wąskich oczu.

– Doniesiono mi coś jeszcze, Hale. Kierując akcją, był pan pijany.

Caleb miał wrażenie, że się przesłyszał.

– Że co proszę?

Przełożony odchrząknął zakłopotany.

– Komisarzu, powiem panu: to da się wyczuć. Wiedziałem, że to prawda, kiedy wszedł pan do mojego gabinetu.

– Sir, ja…

– Chryste! – Naczelnik walnął pięścią w stół. – Myślałem, że z tym skończyliśmy. Myślałem, że ma pan to za sobą. Poszedł pan na terapię odwykową i solennie mnie zapewniał, że wszystko jest już w najlepszym porządku. Do cholery, zbliża się pan do pięćdziesiątki, a nie potrafi pan sobie z tym poradzić? Nie potrafi pan rozwiązać tego głupiego problemu?

Do pięćdziesiątki brakowało Calebowi jeszcze kilku lat, lecz rzeczywiście nie był już młodzieniaszkiem. Nie miało to jednak żadnego znaczenia, nałóg pozostaje nałogiem, bez względu na wiek.

– Wstawiłem się za panem, by mógł pan wrócić na dawne stanowisko – ciągnął naczelnik. – Wierzyłem w pana. A teraz słyszę, że znów jest pan uzależniony. Że ledwie pół roku po zakończeniu terapii znowu się pan stoczył. Że znów regularnie pan pije. I to na służbie!

– Kto tak panu powiedział?

– To nieistotne. Pytanie brzmi, czy zgadza się pan poddać badaniu krwi. Wiem, że może pan odmówić.

– Sir, ja…

– Jeśli pan tego nie zrobi, znajdę sposób, żeby pana usunąć, Hale. Jest pan niezrównoważony. Powiem o tym każdemu, kogo spotkam, i wszystkim każę meldować, gdy zobaczą, że pan pije. Jeśli jednak zdecyduje się pan teraz współpracować…

– To?

– Jeśli test alkoholowy okaże się pozytywny, czego można się spodziewać, zostanie pan zawieszony w obowiązkach. W związku z ostatnią akcją, w której zginęło dwoje dzieci. Fakt, że był pan pijany, pozostanie między nami. Będzie pan miał okazję zająć się swoimi problemami. W końcu. Mam taką nadzieję.

– A potem?

– Niczego nie mogę panu obiecać. Daję panu szansę.

– Pozostanie między nami – powtórzył gorzko Caleb. – A jednak ktoś chętnie rozgłasza to wśród ludzi.

– W tej kwestii nie mogę panu pomóc.

– Rozumiem.

– Zgadza się pan na badanie krwi?

– Tak – odparł Caleb. Wyczerpany. Zrezygnowany.

– W porządku. – Naczelnik odetchnął z ulgą. – A przy okazji, dochodzenie w sprawie White’a przejmuje inspektor Stewart. Poprowadzi także konferencję prasową, którą zaplanowaliśmy na jutro o dziesiątej rano. Proszę się tam nie pokazywać.

Robert – pomyślał Caleb. Nie był zaskoczony. Za to głęboko zraniony. Robert Stewart. W końcu jest tam, gdzie zawsze chciał się znaleźć.

W sobotę lawina ruszyła. Prasa rozpętała prawdziwe piekło. Martwa matka. Dwoje martwych dzieci. Policja, wezwana na czas, stała bezczynnie na ulicy przed budynkiem. „Dlaczego nic nie zrobiliście?” – zapytywała „Yorkshire Post” na pierwszej stronie.

Poniżej zdjęcia ofiar: Yasmin White, młoda, delikatna kobieta o dużych ciemnych oczach i bardzo poważnej twarzy. Ava White, lat siedem. Sina White, lat sześć. Wesołe dziewczynki o brązowych lokach i ciemnych oczach.

„Czy musiały umrzeć, bo policja za długo zwlekała?” – pytano w komentarzu. Poruszono kwestię nieobecności policyjnego psychologa („Czy zdołałby powstrzymać zdesperowanego ojca przed tym strasznym czynem?”), by następnie dobrać się do skóry szefowi całej akcji, komisarzowi Calebowi Hale’owi: „Ma na rękach krew małych dziewczynek” – twierdzono, a dwa zdania później dopisano, że Hale był tak agresywny i mało taktowny w rozmowie z ojcem rodziny, że to on spowodował eskalację gniewu. Nigdzie nie wspominano o alkoholu. Jeszcze nie. Caleb wiedział, że to się może w każdej chwili zmienić.

Caleb Hale i Robert Stewart nie spotkali się już w owo piątkowe popołudnie, każdy z nich był zajęty swoimi sprawami. Caleb głównie przyjmowaniem milczących wyrzutów i roztrząsaniem sypiącej się w proch kariery. Teraz jednak, w sobotni wieczór spędzany w pustym, cichym domu, miał wrażenie, że nie zniesie kolejnej godziny milczenia, jeżeli nie rozmówi się z Robertem Stewartem. Musiał się dowiedzieć, czy to on wbił mu właśnie nóż w plecy.

Zanim wyszedł, odsłuchał nagrania z automatycznej sekretarki. Po południu telefon dzwonił kilka razy, lecz nie podniósł słuchawki, bo po prostu nie miał ochoty z nikim rozmawiać o całej tej pokpionej sprawie. Rozległ się głos Kate Linville. „Witaj, Caleb. Słyszałam i czytałam o wczorajszych zdarzeniach w Scarborough. Cóż, samobójstwo rozszerzone to raczej nie było, przecież facet ostatecznie się nie zabił. Mam nadzieję, że nie masz wielu kłopotów z tego powodu”. Pauza. „»The Yorkshire Post« nie pisze zbyt przychylnie. Jeśli chce pan porozmawiać, proszę do mnie zadzwonić w dowolnym momencie. Na komórkę. Spędzam upiorny weekend spa w Dales, prezent pożegnalny od kolegów z Yardu. Obawiam się, że nie przepadam za błotnymi okładami i tego typu rzeczami. Za to miałam bardzo ekscytującą podróż. Zapewne napiszą o niej w jutrzejszej gazecie”. Kolejna pauza. „A więc – dodała – do zobaczenia”.

Caleb znalazł jeszcze dwie wiadomości od byłej żony, ale nawet ich nie odsłuchał, tylko natychmiast skasował. Z pewnością przeczytała „Yorkshire Post” i chciała wiedzieć, czy podczas akcji był trzeźwy. To właśnie z powodu nałogu rzuciła go wiele lat wcześniej.

Caleb zastanawiał się przez chwilę, czy nie oddzwonić do Kate. Doszedł jednak do wniosku, że najpierw rozmówi się z Robertem Stewartem. Musiał to wyjaśnić.

Robert mieszkał w centrum miasta, w niewielkim lokum na trzecim piętrze domu stojącego przy spokojnej uliczce biegnącej równolegle do ruchliwej Victoria Road. Przyjechał akurat w tej samej chwili co Caleb, zaparkowali nawet tuż obok siebie na poboczu drogi. Wysiedli. Robert widocznie wracał z biura, gdyż mimo upału miał na sobie garnitur i krawat. W związku z wydarzeniami musiał zapewne porzucić myśl o spokojnym weekendzie. Przed południem poprowadził konferencję prasową. Popołudnie, jak przypuszczał Caleb, spędził na przesłuchaniu Jaydena White’a. Wyglądał na zmęczonego.

Przez chwilę się wydawało, że zamierza uciec, potem jednak ściągnął ramiona i podniósł głowę. Uniki na nic się zdadzą. Robert Stewart był gotów stawić czoła sytuacji.

– Inspektorze Stewart – zagadnął oficjalnie Caleb.

– Sir – odparł Robert.

Stali naprzeciw siebie w przedwieczornym blasku słońca. Pachniało ciepłym asfaltem i różami kwitnącymi w jednym z przydomowych ogródków. Dało się też wyczuć lekką woń soli i morza. Zapachy letniego wieczoru. Miastem wstrząsnęła tragedia, która znalazła się teraz na ustach wszystkich, ale wcale nie kładła się cieniem na tym łagodnym wieczornym nastroju.

– Dlaczego? – zapytał Caleb po kilku chwilach milczenia.

Robert wiedział, co ma na myśli.

– To już jest nie do zniesienia – odparł. A po chwili wahania dodał: – To pan stał się nie do zniesienia.

– Czy uważa pan, że byłem wczoraj pijany? I dlatego nie sprostałem zadaniu?

– Wyczułem, że pan pił. I zauważyłem, że nie czuł się pan najlepiej. Oblewał się pan potem i desperacko rozglądał za jakimś zacienionym miejscem. Wyglądał pan tak, jakby ledwo trzymał się na nogach.

Trudno było temu zaprzeczyć. Caleb aż za dobrze pamiętał, jak mocno przygrzewało słońce. A do tego wrażenie, jakby język przykleił mu się do podniebienia. Złe samopoczucie dawało mu się we znaki – mimo to był w stu procentach przekonany, że sprawa nie potoczyłaby się inaczej, gdyby nie pił. Nawet na trzeźwo powziąłby te same decyzje.

– Nie czułem się dobrze, owszem. Ale proszę mi wytłumaczyć, w którym momencie popełniłem z tego powodu poważny błąd. Albo w ogóle jakikolwiek błąd.

– Nie popełnił pan żadnego błędu, sir.

– Ale…

– Żadne ale. Nie popełnił pan błędu. Nie czekał pan zbyt długo, słusznie zdecydował pan podjąć negocjacje przez telefon, zamiast w tak niejasnej sytuacji od razu przystąpić do szturmu. Fakt, że facet nagle się rozłączył, a potem całkiem zbzikował, jest oczywiście tragicznym zdarzeniem, ale nie dało się tego przewidzieć.

– Mimo to uznał pan za konieczne zameldować naczelnikowi, że byłem pijany. Tego właśnie nie potrafię zrozumieć.

Robert zerknął na czubki swoich nieskazitelnie wypolerowanych czarnych butów, po czym uniósł głowę, spojrzał na swojego szefa i wyrzucił z siebie:

– To jest nie do zniesienia. Dla mnie. Wciąż byłem tego świadkiem. Butelka w pańskim biurku. Picie w pośpiechu, ukradkiem. Woń wypełniająca całe pańskie biuro. I ten pański oddech. A ja musiałem robić dobrą minę do złej gry. Udawać, że to nic takiego. Wiedziałem o czymś, o czym powinienem był niezwłocznie zameldować. Nigdy to panu nie przeszkadzało. Że musiałem ukrywać coś, co wydawało mi się nie do zniesienia. Nigdy pan nie zapytał, jak się z tym czuję.

Caleb aż drgnął, słysząc gniewne słowa Roberta. Najgorsze było to, że nie mógł im zaprzeczyć. Nic z tego nie było zbyt absurdalne, przesadzone ani naciągane. On go… rozumiał.

– Nie mogłem… – zaczął, ale Robert mu przerwał.

– Oczywiście, że pan nie mógł. W ogóle nie było o tym mowy. Oficjalnie problem nie istniał. Niby jak miałby pan ze mną o tym rozmawiać? To niepisana umowa: nic nie widzę, nie słyszę, nie czuję. Świetnie się pan ustawił.

Caleb nie użyłby takiego sformułowania. Przez cały czas znajdował się pod presją. Czuł się winny. Zdany na łaskę nałogu, a niekiedy głęboko zestresowany dążeniem do ukrycia przed otoczeniem własnego stanu. Teraz, gdy wreszcie mógł odpuścić – stało się, jego szef o tym wiedział, został zawieszony, nie musiał dłużej udawać – zdał sobie sprawę, w jak ogromnym żył napięciu. Jak potworny przytłaczał go ciężar.

– Wczorajsze zdarzenia wstrząsnęły nami wszystkimi – ciągnął Robert. – Uzbrojony człowiek traci nerwy, strzela w mieszkaniu na oślep. Widocznie chce zakończyć swoje życie i zabrać ze sobą zupełnie bezbronną rodzinę. W końcu strzałem w głowę zabija własną żonę i dzieci. Przez wszystkie lata mojej służby tylko kilka spraw poruszyło mnie tak bardzo jak ta. Kiedy zobaczyłem te dwie martwe dziewczynki…

– Wiem – odparł Caleb.

Robert z wyrzutem wskazał na niego palcem.

– Tymczasem my stoimy na zewnątrz z pijanym dowódcą oddziału… Skąd mielibyśmy czerpać siłę do takich akcji, do podjęcia trudnych decyzji, do stawienia oporu wściekłości mediów, kiedy, jak wczoraj, nic się nie układa? O powodzeniu można mówić jedynie wtedy, gdy sami przynajmniej na służbie będziemy się zachowywać bez zarzutu. Jeśli sami nie będziemy musieli czynić sobie wyrzutów.

Caleb powoli skinął głową. Trudno było cokolwiek odpowiedzieć.

– Uważam – odezwał się w końcu – że byłoby fair, gdyby najpierw porozmawiał pan ze mną. Ostrzegł mnie. Umożliwił mi jakieś wyjście z sytuacji. Gdyby to wszystko, co mi pan teraz zarzuca, powiedział pan wczoraj. Potraktował to jako ostatnie ostrzeżenie. Zwyczajnie dał mi szansę.

Robert unikał jego wzroku.

– Przez cały ten czas – wyznał – przez lata igrałem z tą myślą. Ale nie miałem dość odwagi. Był pan moim przełożonym. Instancją, której nie odważyłem się tknąć.

– Cóż – powiedział Caleb. – To już przeszłość. Nie jestem już pańskim przełożonym. Zobaczymy, kto teraz będzie kierował wydziałem. Może nawet to pan dostanie tę posadę!

Robert Stewart niezdarnie usiłował przybrać obojętną minę. Caleb się domyślił.

– Rozumiem. Ma pan już tę posadę. A więc się opłaciło. Jest pan pewien, że myśl o awansie nie odegrała swojej roli, gdy postanowił pan przywrócić morale oddziału i pozbyć się gorszącego elementu, czyli mnie?

Robert chciał odpowiedzieć, ale Caleb nie dał mu szansy. Wsiadł do samochodu, przekręcił kluczyk w stacyjce, rozruszał silnik. Chyba nie był do końca sprawiedliwy.

Musiał jednak zaczerpnąć powietrza.