Sześć lat. Pożegnanie z siostrą - Charlotte Link - ebook
Opis

Charlotte Link, autorka wielu bestsellerów, w przejmujący sposób opisuje chorobę i śmierć swojej siostry Franziski. To nie tylko najbardziej osobiste dzieło pisarki, dające również wgląd w jej własne życie, ale także poruszające przedstawienie przeżywanego przez kilka lat lęku przed utratą najukochańszej osoby. Charlotte Link opisuje codzienność niemieckich szpitali, na którą skazani są chorzy na raka oraz ich bliscy, spotkania ze wspaniałymi, zaangażowanymi lekarzami, ale także z takimi, których zachowanie sprawia, że ciarki przechodzą po plecach. Ta opowieść to także apel o to, by nigdy nie porzucać nadziei – bo tylko ona daje siłę do walki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 333

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

SECHS JAHRE. DER ABSCHIED VON MEINER SCHWESTER

Copyright © 2014 by Blanvalet Verlag,

a division of Verlagsgruppe Random House GmbH, München, Germany.

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Szara Sowa

Zdjęcie na okładce: archiwum prywatne autorki

Redakcja: Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Korekta: Iwona Wyrwisz, Marta Chmarzyńska, Małgorzata Hordyńska

ISBN: 978-83-8110-026-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Przedmowa

Dlaczego taka książka? Pytanie to zadawałam sobie, jeszcze zanim zaczęłam ją pisać, a potem podczas pracy wielokrotnie próbowałam na nie odpowiedzieć. Choćby dlatego, że jako znana autorka kryminałów zakładałam, że moi Czytelnicy mogą być zaskoczeni i że też będą chcieli wiedzieć: dlaczego taka książka?

Moja siostra Franziska umarła, mając czterdzieści sześć lat, siódmego lutego 2012 roku, po sześcioletniej, zaciekłej walce z rakiem, a przede wszystkim ze straszliwymi skutkami zdrowotnymi chemioterapii i naświetlań. Cała nasza rodzina walczyła u jej boku. W tym czasie doświadczyliśmy rzeczy koszmarnych, tragicznych, szalonych, niewiarygodnych, a czasem nawet komicznych. Raz po raz zdarzały się chwile, w których Franziska mówiła do mnie:

– Potem, jak już będziemy mieć to wszystko za sobą, musisz to opisać!

Obiecywałam jej, że tak zrobię. I szybko zmieniałyśmy temat, bo nie chciałyśmy zagłębiać się w to, jak będzie wyglądać to „potem”. Stawką było życie albo śmierć. A w takim wymiarze rozwiązania pośrednie nie istnieją.

Śmierć siostry oznaczała dla mnie utratę najważniejszej osoby w moim życiu. Doznałam duchowego wstrząsu, który był niczym kataklizm: nic już nie było takie jak wcześniej, nie pozostał kamień na kamieniu, zdawało się, że na zawsze utraciłam ufność i poczucie bezpieczeństwa.

„Życie toczy się dalej!”. To chyba zdanie, które słyszałam wtedy najczęściej.

„Owszem – myślałam sobie wtedy. – Życie toczy się dalej. Tylko jak?”.

Straciłam swoje miejsce w życiu. Próbowałam dzielnie stawić czoła wyrokowi losu, podążać dalej, nie pogrążać się w rozpaczy, wysoko trzymać głowę. Czasami strategia „życie toczy się dalej” pomagała, lecz zwykle nie przynosiła żadnej ulgi. W którymś momencie zrozumiałam, że nie zapanuję nad spustoszeniem, które dokonało się w moim wnętrzu, starając się je ignorować. Musiałam je uznać, zaakceptować, a potem rozpocząć porządki. Tylko w ten sposób mogłam odzyskać jakiekolwiek poczucie, że moje życie może dalej dokądkolwiek prowadzić.

Z tej perspektywy pisanie niniejszej książki było dla mnie czymś w rodzaju uporządkowania. Stanowiło mój osobisty sposób poradzenia sobie z tą sytuacją. Może była to nawet próba, by pomóc samej sobie zrozumieć to, co się wydarzyło, ujmując to w słowa. Wciąż bowiem czuję przede wszystkim, że nie pojmuję, że jej już nie ma.

Poza tym myślę, że podczas tych sześciu lat zebraliśmy doświadczenia, którymi powinniśmy się podzielić z innymi. Opisuję w tej książce, z jakim przerażającym brakiem empatii traktuje się ciężko chorych ludzi w szpitalach – oczywiście nie we wszystkich, tylko w niektórych. Jak zostawia się ich i ich bliskich zupełnie samych z bezlitosnymi, nie pozostawiającymi żadnej nadziei diagnozami. Jak drastycznie często przekazuje się takie właśnie śmiertelne diagnozy, nie sprawdzając wcześniej z należną starannością ich prawdziwości.

Z pewnością nie jestem ani pierwszą, ani ostatnią osobą, która zajęła się tym tematem. Jestem jednak przekonana, że nigdy nie będzie dosyć mówienia o tych problemach. Będąc osobiście zaangażowanym, jest się wręcz zobowiązanym, by raz po raz o tym przypominać, dopóki sytuacja znacząco się nie zmieni.

Książka ta, pomimo swego tragicznego finału, ma także dodawać odwagi. Franziska miała naturę wojownika i nigdy nie godziła się z pozornie beznadziejnymi sytuacjami. Gdy pięciu lekarzy mówiło jej, że z jakiejś konkretnej sytuacji nie ma już żadnego wyjścia, szukała szóstego albo i siódmego, który może jednak dostrzeże jakąś szansę. My, jej rodzina, szukaliśmy razem z nią i udawało się. I to w rzekomo beznadziejnych sytuacjach, gdy uprzedzano nas, że absolutnie żaden sukces nie jest możliwy.

Napisałam tę książkę z mojego punktu widzenia, a więc z punktu widzenia medycznego laika i z pełną świadomością zrezygnowałam z konsultacji lekarskiej. Procesy i zależności medyczne opisuję więc tak, jak mi się w danym momencie przedstawiały, i tak, jak je rozumiałam. Z pewnością fachowcy opisaliby niektóre zagadnienia w dużo bardziej skomplikowany i szczegółowy sposób, niż uczyniłam to ja.

Sprostanie wymogom naukowej dokładności oznaczałoby jednak pominięcie pod pewnym istotnym względem celów tej książki: byliśmy rodziną, która nie dysponowała jakąś szczególną wiedzą medyczną i nagle znaleźliśmy się w środku konfrontacji z chorobą zagrażającą życiu. Zależało mi choćby na tym, żeby oddać tę bezradność, jaka wynika z niewiedzy.

To, że napisanie tej książki było słuszną decyzją, potwierdził fakt, że jeszcze w trakcie jej powstawania dwie kliniki poprosiły mnie o wygłoszenie odczytów, gdy będzie już gotowa. Najpierw na temat traktowania najciężej chorych przez lekarzy. A potem o problemie długoterminowych skutków radioterapii. Oczywiście nie uważałam naszego przypadku za jedyny w swoim rodzaju, ale mimo wszystko za dość specyficzny. Okazało się jednak, że to nieprawda.

„Problem długoterminowych skutków terapii przeciwnowotworowych dotyczy coraz większej liczby pacjentów” – napisał do mnie profesor, który poprosił mnie o ten odczyt. Nauka w coraz większym stopniu zajmuje się już nie tylko walką ze straszliwą chorobą, jaką jest rak, ale także z chorobami, które ta właśnie walka dopiero wywołuje. Pełna cierpienia droga Franziski to tragiczny przykład dylematu, w którym utknęła współczesna medycyna – a my razem z nią.

Wszystko to są z pewnością sensowne powody, by opowiedzieć niniejszą historię. Lecz oprócz próby osobistego poradzenia sobie z tym doświadczeniem oraz podzielenia się naszą historią z innymi, chodzi mi przede wszystkim o to, by w tej relacji choć w niewielkim stopniu oddać sprawiedliwość pewnej wyjątkowej osobie: mojej siostrze Franzisce.

Charlotte Link

Niedziela, 8 stycznia 2012 roku

Niedziele przypadają mnie, tak ustaliliśmy. Czasem też pojedyncze dni w ciągu tygodnia, ale niedziele zawsze. W inne dni jest mi trudno cały dzień przebywać poza domem, mam dziesięcioletnie dziecko i trzy psy. Ale w niedzielę w domu jest mój mąż, więc ja mogę wyjść.

W inne dni w szpitalu są moi rodzice. Nie chcieliśmy już więcej zostawiać mojej siostry Franziski samej, a przynajmniej chcieliśmy, żeby to się zdarzało jak najrzadziej. Od dwudziestego dziewiątego grudnia 2011 roku leży w szpitalu w Bad Homburg pod Frankfurtem. Od sześciu lat walczy o swoje życie, walczymy o nie wszyscy. Przez ostatnie tygodnie sytuacja zaostrzyła się dramatycznie. W głębi duszy wiemy, że teraz może już pomóc tylko cud. Ona też to wie. Ma czterdzieści sześć lat i dzień i noc zamartwia się o dzieci, które zostawi, dwudziestoletniego syna i ośmioletnią córeczkę. Poza tym po prostu boi się śmierci. Ten lęk przybiera na sile, gdy jest sama, więc staramy się odwracać jej uwagę, na ile się da.

Idę korytarzem. Szpitalny zapach, pod stopami skrzypiące cicho linoleum. Pielęgniarka pcha wózek z pustymi kubkami i talerzami z powrotem do kuchni. Pozdrawia mnie uprzejmie. Wszyscy tutaj na oddziale pulmonologicznym są mili i zaangażowani. Dobrodziejstwo po tym wszystkim, czego doświadczyliśmy przez ostatnie lata.

Na drzwiach wiszą jeszcze świąteczne gwiazdki z czerwonej i złotej folii. Wydają się jakieś nie na miejscu. Spotykam bardzo sympatycznego pielęgniarza, który z prawdziwym zaangażowaniem opiekuje się moją siostrą. Należy do tych ludzi, którzy sami z siebie robią więcej, niż muszą. Chyba też zwrócił uwagę na te gwiazdki, bo mówi do mnie:

– Jutro je zdejmiemy. I powiesimy na drzwiach wiosenne kwiaty z papieru.

– Nie mogę się doczekać – odpowiedziałam. Choć wiosna wydaje się nieskończenie odległa, a tegoroczny styczeń jest moim zdaniem dokładnie tak zimny, szary i beznadziejny, jak to jest możliwe tylko w tym miesiącu. Tym piękniej, gdy ktoś stara się wnieść w codzienność odrobinę koloru.

Wchodzę do sali mojej siostry. Drzwi są jedynie przymknięte. Franziska, która podobnie jak ja zawsze była wyjątkową indywidualistką, nie przepadała za licznym towarzystwem i zawsze musiała mieć na podorędziu możliwość wycofania się – nie znosi zamkniętych drzwi, szczególnie gdy jest sama. Na tym oddziale respektują to w ten sposób, że zawieszają niebieski ręcznik na klamkach po obu stronach drzwi jej pokoju tak, by nie mogły się domknąć. Zdejmuję go teraz. Jestem tu, więc możemy zamknąć drzwi.

Franziska śpi, nie zauważa mojej obecności. Stawiam na krześle wielką torbę, w której przyniosłam jej bieliznę na zmianę i gazety. Zdejmuję płaszcz i jak najciszej przemykam do wieszaka, żeby go odwiesić. Mimo to mnie słyszy. Otwiera oczy, potrzebuje chwili, żeby otrząsnąć się ze snu. A potem jej twarz rozświetla ciepły, radosny uśmiech.

– Jesteś – mówi. – Od dawna?

– Właśnie weszłam.

Jej uśmiech dosłownie otula, jest szczery i promienny. Nadal tak jest, choć ona pod innymi względami zmieniła się straszliwie. Mierząc metr siedemdziesiąt trzy centymetry, schudła do trzydziestu dziewięciu kilogramów, przez co jej głowa wygląda jak ruchoma czaszka, a okalające ją długie, jasne i lśniące włosy sprawiają dziwnie niepokojące wrażenie. O reszcie ciała lepiej nie mówić. Gdy przynoszę świeżą koszulę nocną, a ona się przebiera, muszę się odwrócić, nie jestem w stanie znieść tego widoku. Wygląda jak kobiety na zdjęciach z wyzwolenia Auschwitz.

Do nosa ma wsunięte dwie rurki, które łączą ją z aparatem tlenowym. Z każdym rokiem oddycha z coraz większym trudem, ale jeszcze w zeszłym listopadzie, kilkanaście miesięcy temu, była w stanie przyjechać do mnie samochodem z Monachium do Wiesbaden, żeby odbyć wizytę kontrolną w Moguncji. Teraz bez aparatu tlenowego nie przejdzie nawet z łóżka do łazienki.

I to właśnie sprawiło, że tej zimy wszyscy zwątpiliśmy: choroba zaczęła gwałtownie postępować. Wszystko dzieje się naraz. Tracimy kontrolę. Gonimy, próbujemy zapobiec przerwaniu tamy, ale czujemy, że ciągle przybywamy za późno. Przez sześć lat raz po raz wychodziliśmy nawet z najbardziej beznadziejnych walk zwycięsko – przynajmniej na daną chwilę. Teraz jednak los się chyba odwrócił.

Pomimo uśmiechu zauważam, że to nie będzie dobry dzień. Ostatniej niedzieli, w Nowy Rok, też tu byłam i wszystko przebiegało harmonijnie – oczywiście stosownie do przykrych okoliczności. Umyłam jej włosy i nieźle się obie uśmiałyśmy z gimnastyki, jaką musiałam przy tym wykonać: maleńka łazienka, w niej Franziska, krzesło, na którym mogła usiąść i wózek na kółkach z aparatem tlenowym. Dla mnie tak właściwie nie było tam już miejsca, więc myłam jej włosy w pozycji, która przekonała mnie, że choć mam pod pięćdziesiątkę, to ciało całkiem gibkie, i że powinnam być dumna ze swojego kręgosłupa.

Dziś nie będziemy się z niczego śmiać. Franziska jest bardzo przygnębiona. Jakiś głos podpowiada mi, że brak powietrza bardzo jej dzisiaj dokucza, a poza tym nie potrafi się pogodzić z wynikami wczorajszego ważenia: trzydzieści osiem i pół kilograma.

– Jest gorzej – mówi. – Coraz gorzej.

Moja siostra jest uzależniona nie tylko od aparatu tlenowego, ma też wprowadzony pod obojczykiem port do karmienia pozajelitowego. Całą dobę, przez dwadzieścia cztery godziny, wprowadza do jej organizmu białą, wysokokaloryczną papkę, która każdego innego człowieka zamieniłaby w krótkim czasie w grubasa. Jest na odżywianiu dożylnym od Bożego Narodzenia, a więc od dwóch tygodni. I cały czas chudnie.

Tak właściwie nie mam pojęcia dlaczego, ale wyjaśniam jej, że wyobrażam to sobie jak bycie na diecie, tylko takiej odwrotnej. Wiadomo, człowiek chce schudnąć, głodzi się i głodzi, ale najpierw nie dzieje się nic. Czasem nawet waga idzie w górę. Dopiero po dłuższym czasie nadchodzi nagroda za wysiłek. Może, myślę sobie, tak samo jest, gdy człowiek chce koniecznie przytyć. Trzeba czasu, żeby intensywne karmienie poskutkowało.

– Zobaczysz – mówię. – Jeszcze kilka tygodni i nie zmieścisz się w żadne dżinsy.

Uśmiecha się zmęczona. Tak nie będzie i obie to wiemy.

Tej niedzieli też chce, żebym umyła jej włosy, ale czuje paniczny strach przed tym zabiegiem. Jest tak słaba, że nie może ustać i musi usiąść na taborecie podsuniętym pod sam prysznic, a potem pochylić głowę do przodu, żebym mogła umyć jej włosy. Pomimo podłączonego aparatu tlenowego w takiej pozycji nie ma jak oddychać. A że tego dnia ma z oddychaniem większe kłopoty niż zwykle, jest przerażona.

– Może odpuśćmy – mówię. – Wrócę jutro albo pojutrze i wtedy to zrobimy.

Ale jest szaleńczo zdeterminowana. Pomimo żałosnego stanu, a może właśnie z jego powodu, na niczym bardziej jej nie zależy jak na tym, by być czystą i zadbaną. Codziennie myje się od stóp do głów, sama, choć ledwo trzyma się na nogach. Poprosiła mnie, żebym przyniosła odżywkę do włosów, bo bardzo jej się przesuszyły. To też budzi mój niepokój: moje zadanie polega przecież przede wszystkim na tym, żeby zrobić wszystko w błyskawicznym tempie. Zmoczyć włosy, nałożyć szampon, spłukać go. Jak najszybciej, żeby mogła się znowu wyprostować i odetchnąć. Odżywka wszystko przedłuży.

W końcu i tak jej nie użyjemy. Będziemy się cieszyć, że w ogóle się udało.

Całe przedpołudnie dręczy ją pytanie, kiedy zacząć. Musi najpierw zadzwonić po pielęgniarkę, która odłączy ją od sztucznego odżywiania i przeniesie aparat tlenowy ze ściany na wózek. Potem wszystko to trzeba przywrócić do poprzedniego stanu. Nie będzie więc odwrotu, gdy już się zdecyduje – inaczej miałaby poczucie, że niepotrzebnie przysporzyła innym pracy. Jest bliska łez.

– Nie mogę oddychać – powtarza raz za razem. – Nie mogę oddychać.

Oprócz innych problemów, moja siostra cierpi na zwłóknienie popromienne. Naświetlane z powodu raka płuco zaczęło trzy lata temu przekształcać tkankę płucną w tkankę włóknistą, która na dodatek twardnieje. Najpierw powoli, a potem coraz szybciej i szybciej, niepowstrzymanie. Teraz jej płuco ma już tylko wydajność oddechową płuca niemowlęcia – ale musi zaopatrywać w wystarczającą ilość tlenu ciało dorosłej kobiety. Przepona pracuje jak szalona, jest całkowicie przeforsowana. Franziska ma wrażenie – czy słuszne, czy nie, lekarze nie są zgodni – że po każdym kęsie jedzenia jeszcze bardziej się dusi, więc przez ostatnie trzy lata postępującego zwłóknienia jadła coraz mniej. Podświadomie przyjęła postawę obronną, co oczywiście doprowadziło do kolejnego problemu: zagrażającej już teraz jej życiu niedowagi.

Jedynym, co nas wszystkich jeszcze podtrzymuje na duchu, jest słabiutka nadzieja, że zwłóknienie się zatrzyma, a przepona poprawi swoją wydajność, gdy Franziska przybierze na wadze. To bardzo, bardzo wątła nadzieja i niektórzy lekarze tylko potrząsają głowami. Inni jednak dostrzegają taką możliwość. I tych się trzymamy.

Ja sama mam bardzo złe przeczucia.

Przynoszą obiad, Franziska siada ze mną przy stoliku. Teoretycznie nie musi nic jeść, bo przecież jest odżywiana dożylnie, ale opiekujący się nią lekarz, doktor Althoff, zawsze prosi ją, żeby próbowała. Żołądek nie powinien jej się jeszcze bardziej skurczyć, a cały system trawienny całkowicie przestać działać. Przynoszą jej lekkostrawne, apetycznie pachnące jedzenie, ale znów tylko wpatruje się w talerz z głęboko nieszczęśliwą miną.

– No dalej – mówię. – Trzy łyżki. Proszę. Dla mnie.

Bierze łyżeczkę do herbaty, żeby od razu mieć łatwiej, nakłada odrobinę ziemniaczanej papki na czubek i podnosi do ust. Przełyka i natychmiast kładzie rękę na brzuchu.

– Jestem najedzona. Naprawdę. Już nie mogę.

– Żołądek ci się skurczył, wiem. Ale aż tak mały nie jest. Proszę, trzy łyżki. Obiecałaś.

Wcale tak nie było, ale wyczuwa moją troskę. Znów zapełnia czubek łyżeczki. Jej oddech staje się charczący.

– Proszę, nie zmuszaj mnie. Nie mogę oddychać.

Przez to, że jej płuco tak się pomniejszyło, powstało wolne miejsce i jak stwierdzono, żołądek przesunął się do góry. Czy rzeczywiście naciska na płuco – nie wiadomo. Jedni twierdzą, że tak. Inni uważają, że to problem natury psychologicznej. Franziska próbuje być może podświadomie dopasować wagę ciała do zmniejszającej się wydajności płuc i tylko wmawia sobie ten ucisk. Wszystko jedno. Tak czy siak, nie może jeść.

Żeby pielęgniarki na oddziale miały właściwy obraz sytuacji, nie zjadam obiadu Franziski, tylko wyjmuję sobie kanapkę. Nie powinni sprzątać pustej tacy, sądząc, że zaszła jakaś poprawa. Połykam jedynie z nieczystym sumieniem deser, kubeczek śmietankowo-czekoladowego budyniu. Przy Franzisce wyglądam jak mors z nadwagą.

Gdy wychodzę na korytarz po filiżankę kawy z udostępnianego tam zawsze po południu wielkiego termosu, znów myślę o ostatniej niedzieli. Franziskę nagle naszła ochota na kawałek ciasta, a ja zbiegłam do szpitalnej stołówki i kupiłam tort śmietankowy. Zjadła prawie dwie trzecie.

Są też lepsze dni, pocieszam się, dzisiejszy dzień jest po prostu… gówniany.

Z powrotem w sali. Franziska w końcu decyduje się na mycie włosów, bo wewnętrzne napięcie spowodowane nieustannym odsuwaniem tego na potem jest już nie do wytrzymania. Uważam, że to nie jest dobry moment, bo po dwóch kęsach ziemniaczanego purée oddycha z wielkim trudem, ale nie chcę jej zniechęcać. Jak wypiję kawę, zadzwonimy po pielęgniarkę.

I zacznie się przygoda.

Zgodnie z oczekiwaniami przygoda szybko przeradza się w katastrofę. Przerywamy dwa razy, bo Franziska nie wytrzymuje braku powietrza. A przez to, że wtedy panicznie podrywa głowę do góry, jest całkiem przemoczona. Na dodatek musi więc jeszcze zmienić koszulę nocną, co kosztuje ją resztki sił. Gdy w końcu znów siedzi na krześle pośrodku pokoju, w suchym ubraniu, ale z mokrą głową, z rurkami od aparatu tlenowego w nosie i blada jak kreda, zaczyna płakać.

Od sześciu lat walczy ze śmiercią i w tym okresie rzadko płakała. Ma naturę wojownika i nigdy nie miała skłonności do użalania się nad sobą. Nieustannie spotykaliśmy lekarzy, którzy wyrażali swój podziw dla jej dzielności, dla odwagi i godności, z jaką stawia czoła losowi.

I dlatego widok, jak płacze, jest dla mnie taki straszny. Bo wiem, że w tym momencie musi być całkowicie wykończona psychicznie.

– Nic z tego – mówi cicho, szlochając. – Spójrz na mnie. Sama widzisz, że ja już dłużej nie dam rady. Nigdy nie będę w stanie wrócić do domu. Tym razem nie dam rady.

– Nie możesz tego wiedzieć. Doktor Althoff mówi…

Przerywa mi gwałtownie:

– Tak naprawdę na pewno mówi wam coś innego. On wie i wy też wiecie, że już po wszystkim. Umówiliście się, żeby mi wmawiać, że jest inaczej, ale ja nie jestem aż taka głupia!

Wcale się tak nie umówiliśmy. Lecz prawdą jest, że nie mamy nawet połowy pewności, jaką staramy się jej okazać. Zastanawiam się, nie po raz pierwszy, czy nasza strategia, by zawsze pokazywać jej siłę, pewność i pozytywne podejście, jest właściwa. Robimy tak od pierwszego dnia, często zapewniając jej w ten sposób znaczące wsparcie. Ale czasem może się czuć pozostawiona w swej rozpaczy sama sobie, bo przeczuwa, bo wręcz wie, że sytuacja jest bardzo, bardzo zła. Czasem te nasze uśmiechnięte, pełne optymizmu twarze muszą wyglądać w jej oczach jak jakaś drwina, jakby pochodziły z innego świata. Od sześciu lat otrzymuje od lekarzy jedną hiobową wieść za drugą, a ostatnio usłyszała straszliwą diagnozę: „Całe pani płuco będzie się stopniowo zabliźniać. A my nie potrafimy tego powstrzymać”.

Jest przyparta do muru, ale rzadko się skarży. Myślę, że gdybym to ja usłyszała taką diagnozę, wrzeszczałabym od rana do wieczora.

Biorę ją za rękę.

– Będzie dobrze, wytrzymaj. Tyle razy dałaś radę, teraz też dasz. Wysuszę ci teraz włosy. Bo jeszcze dostaniesz zapalenia płuc, a to naprawdę ostatnia rzecz, jakiej nam teraz trzeba.

Przytrzymuje moją dłoń trochę dłużej.

– Posłuchaj, jak się nie uda, to chciałabym, żebyś…

Natychmiast jej przerywam.

– Nie chcę o tym rozmawiać. Uda się.

Milczy. To czwarty czy piąty raz przez cały ten czas, gdy próbuje porozmawiać ze mną o swojej śmierci albo o tym, co będzie potem. Za każdym razem zmieniam temat. Myśl, że ją stracę, jest dla mnie tak przerażającym koszmarem, że nie jestem w stanie o niej mówić. Wiem, że moja z trudem utrzymywana fasada optymizmu runie, jeśli wdam się w tego rodzaju rozmowę, i że potem nie uda mi się jej już odbudować.

Suszę jej włosy, wraca do łóżka. Znów jest podłączona do sztucznego odżywiania. Przynoszę sobie drugą kawę. Na zewnątrz zapada zmrok, ciężkie od śniegu chmury są coraz niżej. Rozmawiamy o zupełnie nieistotnych w naszej sytuacji sprawach. Styczeń 2012, całe Niemcy wstrzymują oddech z powodu afery z prezydentem Wulffem. Co tydzień przynoszę Franzisce „Spiegela”, a ojciec codziennie czyta jej swoją ulubioną „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Sądząc po jej uwagach – które wygłasza z przerwami i z trudem z powodu braku tlenu – bardzo uważnie wszystko czyta. Orientuje się w każdym temacie, widać, że sporo sobie przemyślała. Nigdy nie była osobą, która papugowałaby poglądy dominujące w prasie albo wśród opinii publicznej. Wyrabia sobie własną opinię, przygląda się sprawie ze wszystkich stron, wyciąga własne wnioski. Przyjemnie się z nią dyskutuje, bo nie sypie frazesami i nigdy nie patrzy na problem tylko z jednego punktu widzenia. Nie używa sztampowej argumentacji. I właśnie wtedy, gdy ogólny pogląd – jak w sprawie Wulffa – wywrzaskiwany jest we wszystkich mediach w niemal jednobrzmiącej formie, bez względu na ich opcję polityczną, gdy na dodatek pojawia się wrażenie, że już tylko nieliczni starają się podpierać swe hipotezy stwierdzonymi faktami, staje się nieufna. I pełna wątpliwości.

Mimo to kończymy rozmowę. Zamyka oczy, próbuje uspokoić oddech. Wyciągam książkę i zaczynam czytać. Poddaję się, gdy czytam czwarty raz tę samą stronę, a nadal nie wiem, o co chodzi. Poza tym pora już na mnie. Zapowiadano opady śniegu i wolałabym dotrzeć do domu, zanim się zaczną.

Gdy stoję już w płaszczu, trzymając w dłoni torbę, w której jest teraz brudna bielizna, Franziska mówi nagle:

– Mogłabyś jeszcze coś dla mnie zrobić? Chciałabym mieć zapas tavoru pod ręką. Możesz położyć mi opakowanie przy łóżku?

Tavor to silny, bardzo skuteczny środek uspokajający, który koi lęki i działa lekko usypiająco. Przepisuje się go ludziom z problemami lękowymi, zapobiega atakom paniki i zwalcza bezsenność. Mojej siostrze polecono go przed sześcioma laty, gdy po druzgocącej nowotworowej diagnozie, która nie zostawiała żadnej nadziei, nie była w stanie zapanować nad strachem. Problem z tavorem polega na tym, że już po czterech tygodniach codziennego stosowania popada się w fizyczne i psychiczne uzależnienie od substancji czynnej. Franziska bierze ten lek bez przerwy od sześciu lat. Mogłaby go odstawić tylko w klinice odwykowej, ale w tym momencie uzależnienie od tavoru to nasz najmniejszy problem, a jego rozwiązanie odsuwamy na jakieś nieokreślone później. Odkąd jednak doktor Althoff oznajmił, że chciałby, by jego pacjentka odstawiła jednak kiedyś te tabletki, Franziska boi się, że nagle jej tego leku odmówi. Powtarzam jej, że nigdy by tego nie zrobił. Gwałtowne odstawienie skutkowałoby katastrofalną zapaścią. Poza tym ona nadal jest dorosłą osobą, która ma prawo o sobie decydować. To ona decyduje, które leki przyjmować.

Zasadniczo o tym wie, ale chyba z powodu osłabienia i poczucia całkowitej bezsilności nie chce ryzykować. Musiałam więc w różnych miejscach pokoju, a przede wszystkim w kieszeniach i pod ubraniami, porozdzielać jej zapasy tavoru. Przy okazji z zaskoczeniem zauważyłam, jak ogromne są te zapasy, mogłaby zacząć prowadzić handel z innymi uzależnionymi. Ukryłam przed domniemanym zamachem ze strony doktora Althoffa sześć pudełek po sto tabletek. Nie wszystkie opakowania są pełne, ale mimo to Franziska musiała przez te lata brać mniej tabletek, niż jej przepisywano. Tylko tak można wyjaśnić, jak zdołała zgromadzić aż taką ilość.

I teraz chce je wszystkie mieć przy łóżku?

– Po co? To znaczy, czemu akurat teraz ich potrzebujesz?

– Nie czuję się pewnie, gdy są takie porozdzielane. Wolałabym mieć je wszystkie pod ręką w szufladzie. – Wskazuje na stolik na kółkach obok łóżka.

– Na dziś wieczór jedną przecież masz? I na jutro, i na cały tydzień?

– Tak. Chodzi mi tylko o kontrolę. – Patrzy na mnie poirytowana, z pewnością nienawidzi w tym momencie słabości swojego ciała, która nie pozwala jej zebrać leków samodzielnie.

Ja też na nią patrzę.

– Nie – mówię. – Myślę, że lepiej będzie, jeśli zostaną tam, gdzie są.

– Zajmie ci to minutę. Przynieś mi je. – Jej głos brzmi spokojnie i niewinnie.

– Nie widzę takiej potrzeby.

– Chodzi mi o bezpieczeństwo. Jeśli sprzątaczka je znajdzie…

– Sprzątaczka nie sprząta w twoich kieszeniach ani w ubraniach.

Nie mówi już nic. W kłótniach ma się teraz nad nią prostą przewagę – tak strasznie szybko brakuje jej tchu.

Zostaję jeszcze chwilę. Franziska wydaje się taka spokojna, że nagle mam pewność, że źle zinterpretowałam sytuację. Naprawdę chciała tylko mieć swoje leki pod ręką, żeby ich pilnować. W takich okolicznościach ma prawo do lekkiej paranoi. Ja zresztą też.

W końcu obejmuję ją na pożegnanie. Zupełnie jakby się przytulało kruchą kukiełkę, którą w każdej chwili można zgnieść. Uśmiecha się do mnie, gdy wychodzę z pokoju, a ja układam ręcznik na klamce, żeby w drzwiach została szpara.

Zjeżdżam na dół windą, przecinam hol wejściowy, wychodzę na lodowato zimne powietrze. Płacę za parking w automacie. Z nieba spadają, wirując, pierwsze płatki śniegu. Zawsze czuję się okropnie, gdy od niej wychodzę, mam poczucie, że zostawiam ją samą. Że wychodzę zbyt wcześnie. Wracam do życia, podczas gdy ona zostaje sama ze swoim brakującym tchem i strachem przed śmiercią. Wiem, że bierze właśnie tabletkę tavoru i że potem się rozluźni. Pod wpływem tavoru nawet łatwiej jej się oddycha. Poogląda trochę telewizji, a potem zaśnie.

Lecz dzisiaj nie udaje mi się tak jak zwykle pogodzić z rozstaniem. Powoli rośnie we mnie jakiś straszny niepokój. Słowo „tavor” ciągle krąży mi po głowie. Myślę o setkach tabletek, które są tam na górze, w jej pokoju. Nie wie o tym żaden z lekarzy, żaden z nich nie powinien się dowiedzieć o naszej konspiracji. Myślę, że nawet nasi rodzice nie wiedzą. Tylko ja. A ja wiem, jak ogromna jest jej rozpacz i poczucie beznadziei.

– Najbardziej ze wszystkiego boję się, że się uduszę – powiedziała kiedyś przed laty w zupełnie innej sytuacji.

Zastanawiam się, czy nie powinnam zabrać tych tabletek. Tak dla pewności. Nie byłaby w stanie mnie powstrzymać. Lecz mam całkowitą pewność, że wtedy dręczyłoby mnie jeszcze gorsze uczucie, mianowicie, że odebrałam jej godność. Właśnie z tego powodu, że nie może się już obronić przed niczym, co robią inni, ogromne znaczenie ma to, by nie robić niczego wbrew jej woli. To jej tabletki. Nikt poza nią nie powinien nimi dysponować.

Jest niedzielny wieczór, więc bez zwyczajowych korków dojeżdżam z Bad Homburg do Wiesbaden. Z każdym kilometrem, który pokonuję, moja panika rośnie. Zrobiłam słusznie, ale to wcale nie zmniejsza mojego strachu.

To strach, z którym żyję od sześciu lat i nad którym raz panuję lepiej, a raz gorzej. Moja siostra jest najważniejszą osobą w moim życiu. Zawsze przy mnie była, a ja żyłam w przekonaniu, że będzie też ze mną w przyszłości. Jest nie tylko moją siostrą, ale też moją najlepszą przyjaciółką i najbliższą zaufaną. Wie o mnie wszystko i ja wiem wszystko o niej. Jest człowiekiem, który daje mi pewność, psychiczną stabilność i wsparcie.

Nie wyobrażam sobie życia bez niej.

Panika ogarnia mnie z taką siłą, że nie mogę jechać dalej. Na szczęście dotarłam już do Wiesbaden, skręcam w prawo i zajmuję wolne miejsce parkingowe. Robię to dość gwałtownie, kierowca za mną trąbi rozeźlony. Do dziś nie wiem, w którym miejscu się wtedy zatrzymałam.

Wyłączam silnik, wyciągam szybko komórkę z torebki. Numer jej telefonu w szpitalu mam na szczęście zapisany w telefonie, bo ręce trzęsą mi się tak mocno, że nawet wybranie go z kontaktów udaje mi się dopiero za trzecim razem.

Nareszcie. Telefon w jej pokoju już dzwoni.

To trwa. To jednak normalne. Nawet coś tak prostego jak odebranie telefonu kosztuje ją dużo sił. Poza tym pewnie się waha. Szpitalny telefon nie ma wyświetlacza, nie może sprawdzić, kto dzwoni. Czasem dzwonią przyjaciele, którzy mają dobre intencje i sądzą, że podczas nudnego pobytu w szpitalu z pewnością ucieszy ją miła, długa pogawędka. A że mnie nie wolno mówić innym, jak bardzo jest z nią źle, mają zupełnie błędny obraz jej stanu. Dlatego niemal cały czas ma wyłączoną komórkę. Woli być poza zasięgiem.

– Proszę – szepczę. – Odbierz! Odbierz!

W końcu się zgłasza. Po głosie słychać, że jest wyczerpana, ale nie jest gorzej niż zwykle.

– Tak? – pyta po prostu.

Nawet nie wiem, co powiedzieć. Czuję ogromną ulgę, że odebrała.

– To ja. Hej – mówię w końcu.

– Jesteś w domu?

– Jeszcze nie. Ale już w Wiesbaden. Zatrzymałam się przy ulicy.

– Przy ulicy?

– Tak. Ja… Ja nie mogłam już wytrzymać… Do domu jeszcze kawałek.

Czeka.

– Chciałam się tylko upewnić, że u ciebie wszystko w porządku – mówię.

– Tak. Dziękuję. Wszystko w porządku.

– Wzięłaś ten jeden tavor? – pytam, celowo podkreślając ilość.

– Przed chwilą. Ale jeszcze nie działa.

– Ach, na pewno zaraz zacznie – mówię. Jeszcze nie dotarłam do kulminacyjnego punktu rozmowy. Potem jednak wyrywa mi się.

– Te wszystkie tabletki… Nie wzięłaś ich sobie, co?

Wydaje się zdumiona.

– Nie. Zajęłoby mi to przecież pół wieczoru.

– Okej. Okej. To dobrze. – Zanim nad tym zapanuję, zaczynam płakać. To nie jest parę łez. Płaczę tak mocno, jak nie zdarzyło mi się od lat. Tak, jakbym miała nigdy nie skończyć. – Nie możesz tego zrobić. Proszę. Obiecaj mi, że tego nie zrobisz!

Od razu wie, o czym mówię. Milczy przez chwilę. Gdy odpowiada, w jej głosie słychać rezygnację.

– Wiesz, ja już nie wierzę, że to przetrwam.

– Ależ tak! Przetrwasz! Jestem pewna. Musisz walczyć. Walczyłaś przez te wszystkie lata. Proszę, nie poddawaj się teraz. Nie ustawaj w walce!

Wiem, jak wiele wymagam. Jak można walczyć, gdy nie ma już żadnych perspektyw? Gdy nie ma już nikogo, kto dałby nadzieję? I gdy jest się po licznych walkach tak zmęczonym, że nie ma się pojęcia, skąd wziąć jeszcze siły?

Zwykle przechodzę wtedy na temat dzieci. Tak było przez lata. Gdy była w złej kondycji – podczas chemioterapii, naświetlań czy po operacji – zawsze przypominaliśmy jej o dzieciach.

Musisz walczyć dla nich!

Tym razem tego nie robię. Nie wspominam o dzieciach. Ani o mężu. Ani o zwierzętach. To jeden z nielicznych momentów podczas długich lat jej choroby, gdy nie jestem rozważna i roztropna, nie jestem dorosła. Tylko jak najbardziej prawdziwa.

A gdy cicho pyta: „Po co?” – odpowiadam zgodnie ze swymi odczuciami. I lękami. Po prostu zgodnie ze sobą.

– Dla mnie. Z mojego powodu musisz walczyć. I przetrwać. Jeśli nie z jakiegokolwiek innego powodu, to dla mnie. Bo nie możesz mnie zostawić. Bo to nie do pomyślenia. Proszę. Nie zostawiaj mnie. Nie dam sobie rady bez ciebie. Nie zostawiaj mnie samej!

Natychmiast słyszę w jej głosie, że ją przekonałam. My wszyscy, cała rodzina, zawsze starannie ukrywaliśmy przed nią nasz strach, nasz ból. By okazywać siłę i optymizm. Po raz pierwszy, odkąd śmierć wisi nad nami niczym miecz Damoklesa, pozwalam jej zajrzeć w głąb mej duszy. W ponurą, pełną rozpaczy ciemność, która w niej panuje. Nie jestem starszą siostrą, która wszystko ma pod kontrolą. Jestem tylko człowiekiem, który umiera ze strachu.

– Nie martw się – mówi. – Zrobię wszystko, żeby z tobą zostać.

Więcej zapewnień nie trzeba.

Zawsze było między nami tak, że mogłyśmy bezwarunkowo na sobie polegać.

Czesia

Nazywam ją Czesią. To dlatego, że jako małe dziecko nie potrafiłam wymówić imienia, którym nasz ojciec często ją wołał. Raz po raz przekształcał Franziskę we Francescę. I właśnie na tym włoskim wariancie jej imienia łamałam sobie język. Czesia był łatwiejsza, a potem jakoś wszyscy zaczęli ją tak nazywać.

Tato przesiedlał ją tym imieniem do południowego kraju, dlatego że zewnętrznie różniła się nieco od reszty rodziny. Wszyscy mamy jasną cerę, wrażliwą, szczególnie mama i ja. Niemal na samą myśl o słońcu dostajemy oparzeń. Z moim ojcem jest trochę lepiej, ale i on musi latem zachowywać ostrożność. Czesia natomiast przyszła na świat z oliwkową cerą, a co roku już przy pierwszych promieniach słońca wiosną na długo brązowieje. Ponieważ od samego początku uważałam, że jest częścią mnie, nie zazdrościłam jej, odczuwałam najwyżej tęskne pragnienie, by wyglądać tak jak ona.

Jako dziecko widziałam samą siebie jako perliczkę. Cały nos miałam usiany piegami.

– Ach tak, irlandzki typ cery – powiedziała kiedyś do mnie sprzedawczyni w drogerii. – Nie będzie ci łatwo!

To brzmi jak wyrok. O Czesi, która jest zwykle mocno opalona, bez śladu jednego piega, jasnowłosa i zielonooka, nikt tak nie mówi.

O Czesi od razu wiadomo: „Co za śliczne dziecko!”.

Była i jest najwspanialszym prezentem, jaki kiedykolwiek dali mi rodzice.

Przyszła na świat, gdy miałam rok i cztery miesiące, i choć nie mogę pamiętać tych pierwszych chwil, to wystarczy, że popatrzę na stare zdjęcia, by od razu wiedzieć, jak wiele dla mnie znaczyła już wtedy: zawsze trzymam ją na rękach i wszędzie ze sobą zabieram. Pochylam się nad jej łóżeczkiem, ściskam jej rączki, obejmuję obiema rękami. Nie ma właściwie zdjęcia, zwłaszcza z naszego wczesnego dzieciństwa, żebyśmy nie były razem. Jesteśmy nierozłączne, więc nie mamy oddzielnych zdjęć. Nazywam ją moim dzidziusiem. Tak przedstawiam ją innym i ku przerażeniu matki zbieram przypadkowo napotkane nieznajome dzieci z ulicy, prowadzę długim korowodem do domu i do łóżeczka siostry, żeby z dumą zaprezentować im ten niewiarygodny cud, który pojawił się w moim życiu.

Największa tragedia naszego dzieciństwa nastąpiła w dniu, w którym poszłam do szkoły, a ona musiała zostać w domu. To była nasza pierwsza rozłąka, więc obie przeżyłyśmy głębokie załamanie. Na szczęście moja wychowawczyni wprowadziła zwyczaj, że rodzeństwo – w towarzystwie kogoś dorosłego – mogło od czasu do czasu posiedzieć z tyłu sali i poprzyglądać się lekcji. Oboje rodzice pracowali, więc zajmowała się nami opiekunka, która przychodziła do naszego domu i którą owinęłyśmy sobie wokół palca. W efekcie Czesia tak często siedziała z nią u mnie w sali, że gdy w końcu poszła do szkoły, znała praktycznie na pamięć cały materiał pierwszej klasy.

Mimo to szkoła miała swoją dobrą stronę, bo zapobiegła temu, byśmy się za bardzo ze sobą stopiły. Obie poznałyśmy inne dzieci, zawarłyśmy odrębne przyjaźnie. Zaczęłyśmy odcinać pępowinę. Rozwijać własne zainteresowania.

Lecz nadal łączyła nas głęboka, silna więź. Jesteśmy jak jedno, i tak się postrzegamy. Nikt, nawet nasi rodzice, nie może spierać się z jedną z nas, by natychmiast nie mieć przeciwko sobie tej drugiej. Trzymamy się razem niczym mocny, stabilny fundament, czego nie uświadamiałam sobie jako dziecko i jako młoda dziewczyna. Tak po prostu było i miało być zawsze. Później zrozumiałam, jaka to podpora, jak silna czułam się w głębi duszy, mając pewność, że jest osoba, która zawsze i bezwarunkowo będzie po mojej stronie. Dzięki niej nawet w trudnych latach dorastania nigdy nie odczułam, co to samotność.

Dopiero gdy w jej życie wkroczyła choroba, zrozumiałam, jak bardzo dotąd polegałam na siostrze.

Rak zagroził jej życiu.

A mnie usunęła się ziemia spod nóg.

Patrząc z perspektywy, aż trudno uwierzyć, że moja siostra już tyle razy była bliska śmierci, jakby śmierć od zawsze towarzyszyła jej gdzieś w tle niczym czerwona nić, która nigdy się do końca nie zerwała. Jako dziecko nie miała zwykłego zapalenia wyrostka robaczkowego, jak wiele innych dzieci, tylko od razu pęknięcie i błyskawiczny transport karetką na sygnale do szpitala.

Gdy, mając siedemnaście lat, podczas przejażdżki konnej spadła z konia, nie złamała po prostu ręki albo nogi, tylko przeleżała w szpitalu niemal dwa miesiące z ciężkim złamaniem podstawy czaszki, a przez pierwsze dni cały czas groziło jej krwawienie do mózgu, które mogło skończyć się śmiercią.

Miała dwadzieścia trzy lata, gdy zachorowała na chorobę Morbusa Hodgkina, szczególny rodzaj chłoniaka, zwany ziarnicą złośliwą. Będzie jeszcze mowa o tej chorobie, to ona bowiem wszystko zapoczątkowała. Oznaczała naszą pierwszą bezpośrednią konfrontację z chemioterapią i naświetlaniami.

Gdy potem, wiosną 2006, dopada nas prawdziwa tragedia, Franziska kończy właśnie czterdzieści jeden lat. Z mężem Christianem i dwójką dzieci oraz mnóstwem psów i kotów mieszka w małej wiosce położonej tuż nad jeziorem Ammersee w Górnej Bawarii. Po wielu latach pracy jako redaktorka różnych monachijskich gazet wycofała się na pewien czas z życia zawodowego, żeby jej syn, czternastoletni Johannes, nie siedział całe popołudnia i wieczory w domu sam, spędzając czas przed telewizorem i komputerem. Potrzeba mu kogoś, kto ugotuje obiad, wysłucha narzekań na szkołę, a przede wszystkim zadba o to, żeby odrobił lekcje – nie wykazuje ku temu szczególnych chęci. Wiedząc, że i tak ma przez najbliższy czas pełnić funkcję pani domu i matki, Franziska świadomie w wieku trzydziestu ośmiu lat zachodzi po raz drugi w ciążę i rodzi córeczkę Clarę. Nad możliwościami powrotu do zawodu będzie się zastanawiać później, gdy oboje dzieci podrosną. Wcześniej zostawiała malutkiego Johannesa w różnych grupach przedszkolnych, dzielonych w ciągu dnia na rozmaite konfiguracje, co unieszczęśliwiało dziecko, a w niej wywoływało silne poczucie winy. Teraz cieszy się, że przez całą dobę może być z dziećmi.

Dom, w którym mieszkają, jest za mały na potrzeby powiększonej rodziny, więc sprzedają go i decydują się na większy, nieco dalej od jeziora, w jeszcze spokojniejszej okolicy. Przeprowadzkę planują na czerwiec.

Franziska już się cieszy na nowy rozdział w życiu. Nie czuje się najlepiej, często jest bardzo zmęczona i ciągle czuje się przybita, ale usprawiedliwia wszystko długotrwałym brakiem snu. Mała Clara, choć ma już dwa latka, wciąż płacze w nocy i Franziska siedzi wtedy przy niej godzinami, starając się ją uspokoić. Nic dziwnego, że nie wygląda kwitnąco i nie czuje się doskonale.

Nie ma najmniejszego pojęcia, że nosi w sobie raka z przerzutami, który osiągnął już takie stadium, że lekarze określą go jako nieuleczalny.

Luty/marzec 2006

1

Dwudziesty siódmy lutego, urodziny Franziski. W tym roku 2006, gdy kończy czterdzieści jeden lat, wypadają w zapustny poniedziałek, przed Środą Popielcową. Moja siostra, która podobnie jak ja, ma bardzo północnoniemiecki, czyli niezwykle zdystansowany stosunek do zapustów, zawsze się złościła, że jej urodziny często schodzą się z końcem karnawału. Na zdjęciach z dzieciństwa zawsze widać salon wypełniony balonikami, a pośród nich co najmniej dziesiątka albo i tuzin figlujących dzieci w kostiumach.

– Sztucznie barwione tulipany, nadziewane pączki i tekturowe noski – tak podsumowała kiedyś swoje urodziny.

Pomimo niechęci zgodziła się, ze względu na męża i syna, pojechać w ten poniedziałek z całą rodziną do Monachium i poprzyglądać się paradzie przebierańców na placu Mariackim. Potem mieli coś zjeść i pochodzić po sklepach. Dostała od naszych rodziców bon podarunkowy na ubrania, więc będzie okazja, żeby z niego skorzystać. Odkąd zamieszkali całą rodziną na wsi, a na dodatek malutka Clara wymaga opieki, Czesi nieczęsto udaje się wybrać na zakupy dla siebie.

Gdy dzwonię do niej z samego rana, żeby złożyć życzenia, słyszę, że ma udręczony głos.

– Znowu boli mnie brzuch – odpowiada na moje pytanie. – Jeszcze bardziej niż wcześniej. – Boi się, że nie da rady pojechać na wycieczkę do Monachium.

Cała rodzina ma od kilku tygodni kłopoty ze zdrowiem. W szkole Johannesa panuje grypa żołądkowa. Johannes przywlókł ją do domu, a tam – jak to w rodzinie – wszyscy zachorowali po kolei. Jednak choć mój szwagier, Johannes, a nawet dwuletnia Clara doszli szybko do siebie, to u mojej siostry pojawiło się zapalenie błony śluzowej żołądka, z którego leczy się już od dziesięciu dni. Dostała od lekarza silne leki, ale nic jej nie pomaga. Jest bardzo zmęczona ciągłym bólem brzucha, a my – jej mąż, rodzice i ja – zaczynamy się niepokoić.

Taki niepokój, gdy Franziska ma kłopoty zdrowotne, towarzyszy nam od roku 1988, gdy zdiagnozowano u niej chłoniaka, chorobę Morbusa Hodgkina, przez którą wszyscy – ona jako pacjentka, a my jako najbliżsi – wylądowaliśmy na oddziale onkologicznym dużego monachijskiego szpitala, gdzie po raz pierwszy zetknęliśmy się ze światem chorych na raka. Od wyzdrowienia Franziski minęło siedemnaście lat, ostatnio lekarz mówił o całkowitej remisji. Ryzyko nawrotu choroby po tak długim czasie jest minimalne. Jednak rodziny, w których zdarzył się rak, z pewnością rozumieją, co mam na myśli. Potem już nigdy nie jest tak jak wcześniej. Strach tkwi głęboko i nigdy już nie da się całkiem przegonić.

Gdyby to był ktokolwiek inny, choćby ja sama, pomyślałabym sobie: „No cóż, to po prostu uparte zapalenie śluzówki”. Ale że chodzi o Franziskę, inna myśl nie daje mi spokoju: „Mam nadzieję, że to tylko zapalenie błony śluzowej żołądka”.

Rozmawiamy o dziewiątej jeszcze raz, chcę się dowiedzieć, czy czuje się lepiej. Nie, nie jest lepiej, umówiła się nawet do lekarza. Fakt, że rzeczywiście odwołuje rodzinną wycieczkę, na którą wszyscy od dawna się bardzo cieszyli, świadczy o tym, że czuje się bardzo źle. Czesia to osoba, która zwykle zagryza zęby i wiele od siebie wymaga, nawet jeśli chodzi o sprawy zdrowotne. Nienawidzi być chora. A jeszcze bardziej nienawidzi tego, gdy inni się nad nią użalają. Musi być bardzo źle, skoro przyznaje, że znalazła się w tarapatach.

W południe nadal nic nie wiemy, jesteśmy tylko jeszcze bardziej zaniepokojeni: lekarz nie ma pojęcia, dlaczego przepisane przez niego silne leki w ogóle nie działają, i wysyła Franziskę do szpitala. Powinna mieć zrobioną tomografię żołądka. Włączają mi się wszystkie lampki alarmowe, gdy sprawdzam sobie w Google „tomografię komputerową żołądka” i dowiaduję się, że jest to procedura stosowana przede wszystkim przy podejrzeniu raka żołądka. Informację tę zachowuję jednak na razie dla siebie. Franziska postanawia, że w żadnym razie nie spędzi urodzin w szpitalu, i odsuwa badanie na następny dzień. Ale i tak nie jest wesoło. Zamiast nadziewanych pączków je sucharka, popija go herbatką z rumianku i kładzie się wcześnie spać.

Boi się.