Złudzenie - Aprilynne Pike - ebook

Złudzenie ebook

Aprilynne Pike

0,0

Opis

[PK]

 

Laurel, niezwykła dziewczyna, odkrywa, że jest wróżką. Postanawia jednak porzucić świat rodem z baśni i legend. Od ponad roku nie widziała Tamaniego, magicznego wartownika o szmaragdowych oczach, z którym połączyła ją głęboka więź. Mimo, że ciągle jeszcze za nim tęskni, stwierdza, że pozostanie wśród ludzi było słusznym wyborem, zwłaszcza teraz, gdy tak dobrze układa jej się z Davidem. Laurel cieszy się, że jej w jej życiu nareszcie zapanowała równowaga, gdy nagle okazuje się, że magicznej krainie Avalon grozi większe niż kiedykolwiek niebezpieczeństwo... Czy i tym razem uda jej się pokonać siły zła? I czy Tamani znów stanie u jej boku? 

 

Cykl: Laurel, t. 3

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Słupsku
Miejska Biblioteka w Mszanie Dolnej

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 410

Rok wydania: 2011

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Laurel przewróciła się na szosę, zszokowana tym, że ból nagle ustał. Trzęsły jej się nogi i ręce, a dopiero po kilku sekundach zdała sobie sprawę z tego, że jest mokra - cała była zlana potem. Nigdy wcześniej jej to nie spotkało. Ktos wołał jej imię. Dawid? Tamani? Nie miała pewności. Próbowała otworzyć usta. żeby coś powiedzieć, ale nie mogła nimi poruszyć. Czarne plamy zaczęły przesłaniać jej widok i przyjęła to z ulgq. Ktoś objqł jq i podniósł, a wtedy jej powieki stały się ciężkie i spowiła jq zupełna ciemność.

eyvytey

GRUPA WYDAWNICZA

PUBLICAT S.A.

5

10

11

14

15

-Ja...

-Ale...

u

APRILYNNE PIKE

PUBLICAT S.A.

Elipsa

T

§

publicat

Papilon

książki dla dzieci: baśnie i bajki, klasyka polskiej poezji, wiersze i opowiadania, powieści, książki edukacyjne, nauka języków obcych

Publicat

poradniki i książki popularnonaukowe: kulinaria, zdrowie, uroda.

dom i ogród, hobby, literatura krajoznawcza, edukacja

Elipsa

albumy tematyczne: malarslwc, historia, krajobrazy i przyroda, albumy popularnonaukowe

Wydawnictwo Dolnośląskie

literatura młodzieżowa, kryminał i sensacja, i historia, biografie, literatura podróżnicza

Książnica

literatura kobieca obyczajowa, beletrystyka historyczna, literatura młodzieżowa, thriller i horror, fantastyka, beletrystyka w wydaniu kieszonkowym

www.NajlepszyPrezent.pl

TWOJA KSIĘGARNIA INTERNETOWA

Aprilynne Pike

Przełożyła z angielskiego Donata Olejnik

Wydawnictwo Dolnośląskie

Tytuł oryginału Illusions

Projekt okładki Mariusz Banachowicz

Redakcja Anna Jackowska

Korekta

Urszula Włodarska

Redakcja techniczna Adam Kolenda

Copyright © 2010 by Aprilynne Pike Polish edition © Publicat SA. MMXI

ISBN 978-83-245-9031-5

Wrocław

Wydawnictwo Dolnośląskie

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

oddział Publicat SA. w Poznaniu

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: [email protected]

www.wydawnictwodolnoslaskie.pl

1

Na korytarzach szkoły średniej Del Norte panował chaos typowy dla pierwszego dnia zajęć. Laurel przecisnęła się przez tłum drugoklasistów i dostrzegła barczyste ramiona Dawida. Objęła chłopaka w pasie i przytuliła twarz do jego miękkiej koszulki.

- Cześć - powiedział, odwzajemniając uścisk.

Przymknęła oczy, żeby nacieszyć się chwilą, ale w tym samym momencie rzuciła się na nich Chelsea.

- Możecie w to uwierzyć? Wreszcie jesteśmy w ostatniej klasie!

Laurel się zaśmiała. Dla niej nie było to typowe pytanie retoryczne - w minionym roku szkolnym nieraz zastanawiała się, czy w ogóle dożyje wakacji.

Dawid odwrócił się do swojej szafki, a Chelsea wyjęła z plecaka listę lektur wakacyjnych od pani Cain. Laurel z trudem powstrzymała uśmiech. Przez całe lato - a pewnie i dłużej - jej przyjaciółka gryzła się tym, co powinna przeczytać.

-Zaczynam podejrzewać, że dosłownie wszyscy wybrali Dumę i uprzedzenie — powiedziała, kierując kartkę w stronę Laurel. -Wiedziałam, że powinnam zdecydować się na Perswazje.

- Ja nie wybrałam Dumy i uprzedzenia — zaprotestowała Laurel.

- No tak, ale ty byłaś zajęta lekturą Powszechnego zastosowania paproci czy czegoś w tym rodzaju — powiedziała Chelsea, po czym nachyliła się w stronę Laurel, by ta usłyszała jej szept. - Albo Siedmiu nawyków skutecznej Preparatorki - dodała, parskając śmiechem.

-Jak zdobyć liście rzadkich roślin i zjednać sobie topole - zasugerował Dawid, unosząc brwi. Nagle wyprostował się gwałtownie i szeroko uśmiechnął, a jego głos zabrzmiał nieco donośniej. - Cześć, Ryan - powiedział, po czym wyciągnął w stronę kolegi wyprostowaną rękę z mocno zaciśniętą dłonią.

Stuknęli się pięściami na przywitanie, a potem Ryan pogładził Chelsea po rękach.

- Co słychać u najatrakcyjniejszej dziewczyny ze wszystkich czwartych klas? - zapytał, na co Chelsea zachichotała i wspięła się na palce, nadstawiając policzek do buziaka.

Laurel westchnęła z zadowoleniem, chwyciła Dawida za rękę i przytuliła się do niego. Zaledwie tydzień wcześniej wróciła z Akademii Avalońskiej i okropnie się stęskniła za przyjaciółmi, chociaż dzięki tamtejszemu nauczycielowi, Yeardleyowi, miała tyle zajęć i nauki, że nie zostawało jej wiele czasu na wspominanie najbliższych. Zdołała opanować do perfekcji przygotowywanie paru mikstur, całkiem dobrze szły jej kolejne. Coraz naturalniej przychodziło jej też mieszanie składników - zaczynała wyczuwać działanie rozmaitych ziół i olejków oraz ich kombinacji. To za mało, żeby osiągnąć poziom Katii, koleżanki z Akademii, która prowadziła samodzielne badania nad zupełnie nowymi miksturami, ale Laurel i tak była dumna ze swoich postępów.

Tak czy inaczej, powrót do Crescent City przywitała z ulgą -tu wszystko było normalne, a ona nie czuła się taka samotna. Uśmiechnęła się do Dawida, kiedy zatrzasnął drzwiczki od szafki i przyciągnął ją do siebie. Za jawną niesprawiedliwość uznała to, że w tym roku szkolnym będą mieli tylko jedną wspólną lekcję; chociaż spędziła z chłopakiem ostatni tydzień, chciała nacieszyć się tymi kilkoma minutami, które zostały im do dzwonka.

Niemal zlekceważyła dziwne uczucie, które kazało jej się odwrócić i rozejrzeć.

Czyżby była obserwowana?

Ciekawość przewazyła nad zaniepokojeniem i Laurel zarzuciła na plecy swoje długie jasne włosy, wykorzystując okazję, by ukradkiem spojrzeć za siebie. Od razu zauważyła, kto jej się przyglądał. Zamarła, spoglądając prosto w bladozielone oczy.

Oczy, które nie powinny być jasnozielone, ale raczej soczyście szmaragdowe, jak niegdyś jego włosy - teraz zwyczajnie ciemne, krótko obcięte i postawione za pomocą żelu w pozornie niedbałą czuprynę. Zamiast ręcznie tkanej tuniki i spodni ujrzała dżinsy i czarny podkoszulek. Choć wszystko dobrze na nim leżało, wiedziała, że na pewno dusi się w takim stroju.

A do tego na nogach miał buty. Prawie nigdy nie widywała Tamaniego w butach!

Wszędzie jednak rozpoznałaby jego oczy - bez względu na to, czy jasne, czy ciemne - oczy, o których śniła, bliskie jej jak własne, jak oczy rodziców. Albo Dawida.

Kiedy tylko napotkała wzrok Tamaniego, poczuła, jakby te wszystkie miesiące od ostatniego spotkania skurczyły się z wieczności do mgnienia. Zeszłej zimy w przypływie wściekłości kazała mu odejść. Odszedł. Nie miała pojęcia dokąd i na jak długo, nie wiedziała nawet, czy jeszcze kiedykolwiek go zobaczy. Po upływie niemal roku już się zaczynała przyzwyczajać do bólu, jaki ściskał jej serce za każdym razem, gdy o nim myślała. A teraz pojawił się niespodziewanie - tak blisko, że mogłaby go dotknąć.

Laurel spojrzała na Dawida, ale on wcale na nią nie patrzył. On też zauważył Tamaniego.

- Wow! - odezwała się Chelsea za plecami Laurel, wytrącając ją z zamyślenia. - Kim jest ten przystojniak? - zapytała, na co Ryan aż prychnął. - No bo przecież jest przystojny, nie jestem ślepa - dodała rzeczowym tonem.

Laurel nie była w stanie jej odpowiedzieć. Wzrok Tamaniego prześlizgiwał się z niej na Dawida i z powrotem, a w jej głowie aż huczało od gwałtownych myśli: „Po co się tu zjawił? Dlaczego jest tak ubrany? Dlaczego nie powiedział mi, że się spotkamy?". Nawet nie zauważyła, jak Dawid zdjął jej ręce ze swojej koszulki i splótł swoje ciepłe palce z jej palcami - nagle zimnymi jak lód.

- To na pewno wymiana międzynarodowa - rzucił Ryan. -Zobacz, pan Robison oprowadza ich po szkole.

- Możliwe - zgodziła się Chelsea beznamiętnie.

Pan Robison powiedział coś do trójki uczniów, którzy szli za nim korytarzem, a wtedy Tamani odwrócił głowę i Laurel nie widziała już jego twarzy. Zupełnie jakby uwolniona spod zaklęcia, opuściła wzrok na podłogę.

Dawid ścisnął ją za rękę, a wtedy podniosła głowę.

- Czyja dobrze widzę? - zapytał.

Tylko pokiwała twierdząco głową, bo nie była w stanie nic powiedzieć. Chociaż Dawid i Tamani spotkali się wcześniej zaledwie dwa razy, oba te wydarzenia były dość... szczególne. Dawid odwrócił się, by popatrzeć na Tamaniego, a wtedy i Laurel zrobiła to samo.

Drugi chłopak z trójki przybyszów wyglądał na zakłopotanego - dziewczyna tłumaczyła mu coś w języku, który zdecydowanie nie przypominał angielskiego. Pan Robison kiwał głową z aprobatą.

Ryan skrzyżował ręce na piersi i zaśmiał się:

- A nie mówiłem? Wymiana międzynarodowa.

Tamani przerzucał plecak z ramienia na ramię i wyglądał na znudzonego. Wyglądał na człowieka. Już samo to zgrzytało niemal tak jak jego obecność w szkole. Nagle chłopak ponownie spojrzał na Laurel, tym razem nie tak otwarcie, bo jego spojrzenie kryło się w cieniu ciemnych rzęs.

Laurel z trudem zmusiła się do regularnego oddechu. Nie wiedziała, co ma o tym wszystkim myśleć. Przecież nie przysłaliby Tamaniego bez powodu. A nie wyobrażała sobie, żeby on sam - z własnej woli - porzucił swoje stanowisko.

- Wszystko dobrze? - zapytała Chelsea, podchodząc bliżej. -Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha.

Zanim Laurel zorientowała się, co robi, spojrzała wymownie na Tamaniego. Chelsea błyskawicznie podążyła za jej spojrzeniem.

-ToTamani - szepnęła Laurel z nadzieją, że w jej głosie nie dało się słyszeć ulgi ani przerażenia, jakie odczuwała.

Musiało jej się udać, bo Chelsea patrzyła na nią tylko z niedowierzaniem.

- Ten przystojny? - szepnęła.

Laurel potwierdziła.

- Naprawdę? - zapiszczała Chelsea.

Laurel uciszyła ją ostrym gestem i spojrzała na Tamaniego, żeby przekonać się, czy to zauważył. Uniesiony w uśmiechu kącik ust chłopaka świadczył o tym, że owszem.

Chwilę później cała trójka ruszyła w ślad za panem Robi-sonem. Zanim Tamani zniknął za rogiem, obejrzał się jeszcze, spojrzał na Laurel i mrugnął do niej. Nie po raz pierwszy była wdzięczna losowi za to, że nie potrafi się rumienić.

Odwróciła się do Dawida, który patrzył na nią pytająco.

Westchnęła i uniosła ręce.

- Ja nie mam z tym nic wspólnego - oświadczyła.

* * *

- To chyba dobrze, nie? - zapytał Dawid, kiedy udało im się uwolnić od Chelsea i Ryana. Stali właśnie przed klasą, w której Laurel miała mieć pierwszą lekcję. Nie pamiętała już, żeby tak ją stresował pierwszy dzwonek. - Znaczy... wiesz. Myślałaś, że już go nigdy nie zobaczysz, a tu proszę.

- Owszem, fajnie go widzieć — odparła cicho, obejmując Dawida w pasie obiema rękami - ale boję się, bo nie wiem, co to może oznaczać. Dla nas. To znaczy, nie n a s - poprawiła się, czując, jak wkrada się pomiędzy nich dziwne zakłopotanie. -Ale to chyba świadczy o tym, że grozi nam niebezpieczeństwo, prawda?

- Staram się o tym nie myśleć - odparł Dawid. - W końcu nam chyba powie, co?

Laurel popatrzyła na niego, marszcząc czoło, i po chwili oboje wybuchnęli śmiechem.

- Rozumiem, że na to nie mamy co liczyć - zauważył Dawid i chwycił prawą dłoń Laurel. Przycisnął ją sobie do ust, a potem spojrzał na srebrną bransoletkę z kryształkami, którą podarował jej niecałe dwa lata wcześniej, kiedy zaczęli się spotykać. -Cieszę się, że nadal ją nosisz.

- Codziennie - odparła. Żałując, że nie mają więcej czasu na rozmowę, przyciągnęła Dawida do siebie i pocałowała go, a potem wbiegła do klasy.

Miała mieć zajęcia ze struktur politycznych. Zajęła ostatnie miejsce przy ścianie z oknami. Małymi oknami, co prawda, ale to zawsze coś. Starała się korzystać z naturalnych promieni słonecznych tyle, ile się dało.

Kiedy pani Harms zaczęła rozdawać semestralny plan zajęć i przedstawiać swoje wymagania, myśli Laurel poszybowały gdzieś daleko. Nietrudno jej było się wyłączyć, zwłaszcza z powodu niespodziewanego pojawienia się Tamaniego w szkole. Co to miało znaczyć? A jeśli faktycznie groziło jej jakieś niebezpieczeństwo? Na czym miało polegać? Od czasu, gdy zostawiła Barnesa w latarni, nie spotkała ani jednego trolla. Czy to może mieć coś wspólnego z Kleą, tajemniczą łowczynią trolli, która pozbawiła Barnesa życia? Jej też nikt ostatnio nie widywał, prawdopodobnie przeniosła się na inny teren łowiecki. Może to wszystko dotyczyło czegoś zupełnie innego?

Tak czy inaczej, Dawid miał rację — cieszyła się na widok Tamaniego. Zresztą nie była to tylko zwykła radość — jego obecność dodawała jej otuchy. A do tego mrugnął do niej! Zupełnie jakby ostatnich ośmiu miesięcy w ogóle nie było, jakby nigdy nie odszedł, a ona nie przyjechała, by się z nim pożegnać. Przypomniała sobie krótkie chwile spędzone w jego ramionach, delikatny dotyk jego ust na swoich wargach w tych nielicznych momentach, kiedy się zupełnie zapominała. Wspomnienia były tak żywe, że aż przyłożyła palce do ust.

Nagle drzwi otworzyły się z impetem, wytrącając ją z zamyślenia. Do klasy wszedł pan Robison, a tuż za nim - nikt inny jak Tamani.

- Przepraszam, że przeszkadzam - odezwał się pan Robison. - Dziewczęta i chłopcy - ciągnął, łącząc dwa zupełnie zwyczajne słowa w to jakże pogardliwe wyrażenie - być może już słyszeliście, że w tym roku gościmy w naszej szkole uczniów z Japonii. Tam - Laurel aż się zatrzęsła, słysząc, jak nauczyciel wymawia zdrobniałe imię Tamaniego, które należało tylko do niej - nie jest objęty programem wymiany międzynarodowej, ale właśnie przeprowadził się tu ze Szkocji. Mam nadzieję, że będziecie go traktować tak uprzejmie jak wszystkich naszych dotychczasowych gości z zagranicy. Tam, może opowiesz nam coś o sobie?

Pan Robison klepnął Tamaniego w ramię. Ten spojrzał na niego przelotnie, a Laurel wyobraziła sobie, co ciśnie mu się na usta. Jednak rozdrażnienie na twarzy chłopaka nie trwało dłużej niż sekundę i Laurel była niemal pewna, że nikt inny tego nie zauważył.

-Jestem Tam Collins - powiedział Tamani, uśmiechając się krzywo, po czym wzruszył ramionami. Połowa dziewczyn w klasie westchnęła cicho, słysząc jego melodyjny akcent. - Pochodzę ze Szkocji. Mieszkałem niedaleko Perth, ale nie tego australijskiego, i... - zamilkł, jakby próbował znaleźć coś, co mogłoby zainteresować uczniów.

Laurel wiedziała, co to mogłoby być.

- Mieszkam z wujem. Od dziecka - dodał, po czym uśmiechnął się do nauczycielki. - I kompletnie nic nie wiem o strukturach politycznych - oznajmi! ze śmiechem. - Przynajmniej nie tego kraju.

Dzięki temu cała klasa była już jego. Chłopcy kiwali głowami, a dziewczyny szeptały coś do siebie. Nawet pani Harms się uśmiechała. A przecież nawet ich nie próbował wabić. Laurel aż jęknęła w duchu, myśląc o tym, jakich kłopotów mogłoby to przysporzyć.

-W takim razie siadaj - powiedziała pani Harms, podając mu podręcznik. - Dopiero zaczęliśmy.

W klasie były trzy wolne miejsca i chyba każdy, kto siedział obok pustego krzesła, próbował w milczeniu zyskać przychylność Tamaniego. Nadia, jedna z najładniejszych dziewczyn w klasie, poczynała sobie najśmielej. Zdjęła nogę z nogi, a potem założyła ją ponownie, zarzuciła na ramiona brązowe loki i pochyliła się do przodu, by bez ogródek poklepać oparcie stojącego przed nią krzesła. Tamani uśmiechnął się, jakby przepraszająco, i minął Nadię, zajmując miejsce przed dziewczyną, która od jego wejścia praktycznie nie podniosła wzroku znad książki.

Zajmując miejsce przed Laurel.

Pani Harms przynudzała, opowiadając o książkach, które będą musieli przeczytać, a Laurel oparła się o siedzenie i wpatrywała w Tamaniego. Nawet nie próbowała się z tym kryć — chyba wszystkie dziewczyny w klasie robiły dokładnie to samo. Doprowadzało ją do szaleństwa, że musi siedzieć w milczeniu tak blisko, podczas gdy ma do niego miliony pytań. Niektóre były całkiem logiczne. Inne nie do końca.

Kiedy zadzwonił dzwonek, kręciło jej się w głowie od tego wszystkiego. Chciała zrobić parę rzeczy naraz: nawrzeszczeć na Tamaniego, uderzyć go, pocałować, chwycić za ramiona i potrząsnąć. Przede wszystkim jednak chciała go objąć, przytulić i powiedzieć, że bardzo za nim tęskniła. Przecież można zrobić coś takiego z przyjacielem, prawda?

Ale czy nie właśnie dlatego tak się na niego wkurzyła, że kazała mu odejść? Przecież dla Tamaniego to nigdy nie były tylko przyjacielskie uściski, on zawsze oczekiwał czegoś więcej. I chociaż jego upór i namiętność bardzo jej pochlebiały, to mniej jej się podobało traktowanie Dawida: jakby był wrogiem, którego należy zmiażdżyć. Odejście Tamaniego złamało jej serce; nie była pewna, czy jest w stanie przejść przez to po raz drugi.

Powoli wstała z miejsca i spojrzała na niego, czując, że nagle zaschło jej w gardle. Chłopak zarzucił sobie plecak na prężne ramię, po czym odwrócił się i spojrzał jej w oczy. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, a wtedy on uśmiechnął się i wyciągnął rękę.

- Cześć - powiedział niemal entuzjastycznie. - Wygląda na to, że będziemy siedzieć koło siebie. Chciałem się przedstawić. Jestem Tam.

Ich złączone ręce poruszały się z góry na dół, ale była to wyłącznie zasługa Tamaniego. Laurel podała mu bezwładną dłoń, a potem stała w milczeniu przez kilka sekund, aż znaczące spojrzenie chłopaka zyskało na intensywności tak, że stało się niemal gniewne.

- Aaa — powiedziała z opóźnieniem. — Jestem Laurel. Laurel Sewell. Miło mi.

„Miło mi?" Od kiedy ona mówi takie rzeczy? I dlaczego on potrząsa jej ręką niczym jakiś nudny biznesmen?

Tamani wyjął plan lekcji z tylnej kieszeni spodni.

- Teraz mam angielski z panią Cain. Mogłabyś mi pokazać,

gdzie jest ta klasa?

To, co poczuła, słysząc, że nie idą razem na następną lekcję,

to była ulga czy rozczarowanie?

-Jasne - odparła z wymuszonym entuzjazmem. - To niedaleko - mówiąc to, powoli zbierała swoje rzeczy, a kiedy sala opustoszała, pochyliła się do Tamaniego. - Co ty tu robisz? -zapytała.

- Cieszysz się, że mnie widzisz?

Pokiwała twierdząco głową i nawet pozwoliła sobie na uśmiech.

Odpowiedział uśmiechem, a jego twarz rozświetlił wyraz nieskrywanej ulgi. Zrobiło jej się lżej, kiedy zrozumiała, że i on czuł się niepewnie.

- Dlaczego...

Tamani pokręcił głową i pokazał ręką na korytarz. Kiedy byli już prawie przy drzwiach, chwycił Laurel za łokieć.

- Spotkajmy się po szkole w lesie za twoim domem - powiedział cicho. - Wszystko ci wyjaśnię - dodał, po czym zamilkł, a potem z nienaturalną szybkością pogładził ją po policzku. Zanim zdołała to zarejestrować, miał już ręce w kieszeniach i wychodził z klasy.

-Tama... Tam! - zawołała, podbiegając. - Pokażę ci, jak masz tam dojść.

- Ejże! - Zaśmiał się głośno, a potem zniżył głos do szeptu, tak że ledwo go słyszała: - Uważasz, że jestem nieprzygotowany? Znam ten budynek lepiej niż ty - to mówiąc, mrugnął porozumiewawczo i zniknął.

* * *

- O ja cię kręcę! - zapiszczała Chelsea, rzucając się na plecy Laurel i praktycznie wyrywając jej dłoń z ręki Dawida. -Ten przystojniak ze świata wróżek chodzi ze mną na angielski! Szybko, zanim tu przyjdzie Ryan. Mów!

- Cii! - Laurel rozejrzała się na boki, ale nikt nie zwracał na nich uwagi.

- Niezłe z niego ciacho - powiedziała Chelsea. - Wszystkie dziewczyny się na niego gapiły. Ten Japończyk chodzi ze mną na analizę matematyczną, chociaż ma dopiero piętnaście lat. Jak myślisz, kiedy do amerykańskich szkól dotrze świadomość, że oprócz nas istnieje jeszcze reszta świata? - zapytała, a potem zamilkła na moment. - Mam nadzieję, że starczy dla niego skali ocen.

- Wszyscy myślą to samo o tobie. - Dawid przewrócił oczami, ale widać było, że się śmieje.

- Słuchaj - Laurel przyciągnęła Chelsea do siebie - na razie nic nie wiem. Muszę z nim pogadać, okej ?

- Ale powiesz mi wszystko?

-A zwykle ci nie mówię? - uśmiechnęła się Laurel.

- Dzisiaj wieczorem?

- To się okaże - powiedziała Laurel i chwytając Chelsea za ramiona, popchnęła ją w stronę Ryana. - Idź już!

Dziewczyna odwróciła się i pokazała język.

Laurel pokręciła głową i z udawanym oburzeniem powiedziała do Dawida:

- Jedna wspólna lekcja to za mało. Czyj to w ogóle był pomysł?

- Na pewno nie mój - odparł.

Weszli do klasy i zajęli miejsca z tyłu.

Po tym wszystkim, co się wydarzyło, Laurel nie powinna być zaskoczona widokiem Tamaniego. Wszedł do sali chwilę później. Dawid aż zesztywniał, ale uspokoił się nieco, gdy dawny anioł stróż Laurel usiadł z przodu, kilka rzędów przed nimi.

Zanosiło się na bardzo długi semestr.

Laurel westchnęła ciężko i położyła szkolny plecak na blacie w kuchni. Zatrzymała się na chwilę przed lodówką, by popatrzeć na jej zawartość, a potem zrugała samą siebie za to, że próbuje odwlec to, co nieuchronne. Zanim zamknęła drzwiczki, wzięła nektarynkę, żeby usprawiedliwić zwłokę.

Podeszła do kuchennych drzwi i spojrzała - jak to często robiła - na linię drzew za domem, szukając śladu obecności wróżek, które teraz mieszkały tu na stale. Niekiedy z nimi rozmawiała. Od czasu do czasu dostarczała im nawet mikstury i proszki o działaniu ochronnym. Nie miała pojęcia, czy przydają się wartownikom, w każdym razie nie odrzucali jej oferty. Czuła się lepiej z wrażeniem, że pomaga - zwłaszcza że przecież musieli strzec jej domu, porzucając całe swoje dotychczasowe życie.

Ponieważ jednak ostatnio nie było nigdzie śladu trolli, wydawało się to zupełnie zbyteczne. Jakaś część Laurel chciała im zasugerować, by wracali do domu, chociaż dziewczyna zdawała sobie sprawę z tego, że byłoby to nierozsądne. Jamison ostrzegał ją, że trolle zwykle uderzają wtedy, gdy ofiara niczego się nie spodziewa i jest bezbronna, a doświadczenie nauczyło ją, że w tych słowach kryje się prawda. Czy jej się to podobało, czy nie, z pewnością najbezpieczniej byłoby, gdyby wartownicy zostali w lesie pod jej domem - przynajmniej na razie.

Otworzyła drzwi i ruszyła w stronę drzew. Nie była pewna, gdzie dokładnie ma się spotkać z Tamanim, ale nie wątpiła, że - jak zwykle - sam ją znajdzie. Obeszła krzak karłowatego dębu i zatrzymała się nagle, bo go ujrzała: jednym gwałtownym kopnięciem zrzucał z nogi but. Stał odwrócony do niej plecami i zdejmował koszulkę. Nie mogła się powstrzymać, musiała na niego patrzeć. Promienie słońca przedostawały się przez gąszcz liści i rozświetlały brązową - ciemniejszą niż u Dawida - skórę plecach, był zgięty wpół, rozwiązywał uparte sznurowadło. Mrucząc coś pod nosem, rozsupłał w końcu węzeł i kopnął but prosto w rosnący nieopodal cyprys.

Wyglądał, jakby zrzucił z siebie nie ubranie, lecz pęta: opuścił uwolnione ramiona i westchnął głośno. Według ludzkich standardów był raczej niewysoki, a jednak miał długie i szczupłe ręce. Przeciągnął się i rozprostował je szeroko, a barczyste ramiona utworzyły podstawę trójkąta, który schodził do pasa i bioder osłoniętych zwisającymi luźno dżinsami. Słońce rozświetliło krawędzie jego ciała i przez moment Laurel miała wrażenie, że widzi, jak Tamani pochłania odżywcze promienie. Wiedziała, że powinna się odezwać, zaznaczyć jakoś swoją obecność, ale się zawahała.

Kiedy jednak Tamani opuścił ręce na biodra, którym się przyglądała, i uniósł twarz ku niebu, zdała sobie sprawę z tego, że musi w końcu wydać jakiś dźwięk, bo chłopak gotów jeszcze zdjąć z siebie kolejne elementy garderoby. Odchrząknęła cicho.

Słońce rzuciło złote promienie na włosy Tamaniego, który odwrócił się gwałtownie, wyraźnie spięty.

- To ty - powiedział z ulgą, ale jego twarz przybrała zaraz dziwny wyraz. - Jak długo tu stoisz?

- Krótko - odparła Laurel pospiesznie.

- Minutę? - naciskał. - Dwie?

- Chyba coś około minuty.

Tamani pokręcił głową.

-Aja kompletnie nic nie słyszałem. To te przeklęte ludzkie ubrania — powiedział, po czym opadł na zwaloną kłodę i zaczął

ściągać skarpetki. - Nie dość, że są niewygodne, to jeszcze hałasują! A do tego ta szkoła! Przecież w niej panuje ciemność!

Laurel powstrzymała się od śmiechu. To samo mówiła mamie po pierwszym dniu w Del Norte.

- Przyzwyczaisz się - powiedziała i podała mu nektarynkę. -Zjedz to, poczujesz się lepiej.

Wziął owoc, muskając jej palce swoimi.

- Dzięki - powiedział cicho. Zawahał się, a potem spojrzał przed siebie i odgryzł kawałek. - Przeszedłem szkolenie. Porządne! Ale nigdy nie kazano mi spędzać tyle czasu w pomieszczeniach. Skupiałem się na poznaniu kultury, nie zastanawiałem się w ogóle, jakie konsekwencje będzie miało ciągłe siedzenie w budynku.

- Pomaga zajęcie miejsca pod oknami - zasugerowała Laurel. - Doświadczyłam tego na własnej skórze. - Uśmiechnęła się.

- I kto, u licha, wymyślił dżinsy? - ciągnął ponuro Tama-ni. - Ciężki, nieoddychający materiał. Naprawdę mam uwierzyć w to, że rasa, która wynalazła Internet, nie była w stanie stworzyć tkaniny lepszej od dżinsu? Proszę cię!

- Powiedziałeś „Internet"? - parsknęła Laurel. - Dziwnie to brzmi w twoich ustach.

Tamani zaśmiał się w odpowiedzi i znowu ugryzł nektarynkę.

- Miałaś rację - oznajmił, unosząc owoc. - Bardzo pomaga.

Laurel podeszła bliżej i usiadła obok niego na powalonym

pniu. Byli tak blisko siebie, że niemal się dotykali, a jednak oddzielające ich powietrze równie dobrze mogłoby stanowić granitową ścianę nie do przebycia.

- Tamani...

Odwrócił twarz, ale milczał.

Niepewna, czy nie popełnia błędu, uśmiechnęła się, pochyliła w jego stronę i zarzuciła mu ręce na szyję.

- Cześć - szepnęła mu do ucha.

Objął ją, odwzajemniając przywitanie. Próbowała się odsunąć, ale przytrzymał ją mocniej, jakby błagając, by tak została. Nie wyrywała się - poczuła, że wcale tego nie chce.

Po kilku sekundach Tamani puścił ją, choć widać było, że robi to niechętnie.

- Hej - przywitał się cicho.

Spojrzała prosto w jego jasnozielone oczy i poczuła rozczarowanie, bo ten kolor ją denerwował. To nadal były oczy Tamanie-go, ale zmieniona barwa dziwnie ją drażniła.

- Posłuchaj - zaczął powoli - przepraszam, żc to wszystko było dla ciebie takim zaskoczeniem.

- Mogłeś mi powiedzieć.

- Co niby miałem ci powiedzieć?

Już zaczęła coś mówić, ale szybko zamknęła usta i uśmiechnęła się zawstydzona.

- Powiedziałabyś mi, że nie mam tego robić, prawda?

Laurel uniosła jedną brew.

- No więc nie mogłem ci wyjawić. - Wzruszył ramionami.

Laurel urwała mały liść paproci i zaczęła go skubać.

- Gdzie byłeś? Shar nie chciał zdradzić.

- Głównie w Szkocji, tak jak mówiłem w szkole.

- Po co?

Teraz to on był zakłopotany.

- Na szkoleniu.

- Na jakim szkoleniu?

- Żebym mógł tu przyjechać.

- Przez cały ten czas? - zapytała, prawie szepcząc.

Tamani skinął głową w odpowiedzi.

Poczuła się zraniona. Próbowała odsunąć od siebie to uczucie.

- Cały czas wiedziałeś, że tu przyjedziesz, i nawet się ze mną nie pożegnałeś?! — Oczekiwała, ze będzie zawstydzony albo chociaż spojrzy przepraszająco, ale tak się nie stało. Patrzył na nią bez mrugnięcia.

- Miałem czekać, aż się zjawisz i powiesz mi osobiście, że zamiast mnie wybierasz Dawida i już więcej nie pokażesz się w Orick?

Odwróciła wzrok. Zraniona duma ustąpiła miejsca wyrzutom sumienia.

- Co by mi to dało? Ty poczułabyś się lepiej - może nawet jak bohaterka - a ja zostałbym jak głupiec, który jedzie na drugi koniec świata, żeby odgrywać rolę odrzuconego kochanka - powiedział i zamilkł. Ugryzł kawałek nektarynki i przez chwilę żuł ją w skupieniu. - Musiałaś poczuć ciężar swojego wyboru, a ja zachowałem choć część honoru. Zaledwie odrobinę - dodał. -Bo przecież i tak musiałem jechać na drugi koniec świata, żeby odgrywać rolę wzgardzonego kochanka. Jak by to powiedziała moja mama: „Te same owoce, choć inna gałąź".

Laurel nie była pewna, czy zrozumiała znaczenie tych słów. Mimo że dwukrotnie już spędziła całe lato w Avalonie, nadal umykały jej niuanse kultury wróżek. Ogarniała tylko podstawy.

- Co było, to było - powiedział Tamani, kończąc nektarynkę. - Zostawmy już ten temat - dodał, po czym skoncentrował się przez sekundę i mocno cisnął pestką w stronę drzew.

Rozległ się cichy jęk.

- Na oko Hekaty, Tamani! Czy to było konieczne?

Tamani zaśmiał się, gdy pomiędzy drzewami zmaterializował się nagle wysoki wartownik o bardzo krótko obciętych włosach. Rozmasowywał sobie ramię.

- Szpiegowałeś - wyjaśnił Tamani beztroskim tonem.

- Starałem się zapewnić wam nieco prywatności, ale przecież sam się tu ze mną umówiłeś.

Tamani rozłożył szeroko ręce w geście porażki.

- Touche. Kto jeszcze przyjdzie?

- Pozostali pilnują domu. Nie ma potrzeby, żeby przychodzili.

- Świetnie - odparł Tamani, wstając. — Laurel, miałaś okazję poznać Aarona?

- Spotkaliśmy się kilkakrotnie. - Laurel uśmiechnęła się na przywitanie.

„Kilkakrotnie" było pewną przesadą, ale miała niemal pewność, że spotkali się raz czy dwa. Minionej zimy próbowała nawet wychodzic, żeby porozmawiać z wartownikami, zaprzyjaźnić się z nimi. Jednak zawsze tylko kłaniali się w pas - czego nie cierpiała - i milczeli. Tak czy inaczej, znała Aarona z widzenia.

A co najważniejsze, Aaron jej nie poprawił. Skinął tylko głową - tak nisko, że wyglądało to jak ukłon - a potem odwrócił się ponownie w stronę Tamaniego.

- Nie jestem tu jako zwykły wartownik - zaczął Tamani, zerkając na Laurel. - Ale jako ktoś, kim powinienem być od zawsze: Fear-gleidhidh.

Musiała minąć chwila, zanim Laurel przypomniała sobie znaczenie tego słowa. Zeszłej jesieni Tamani wyjaśnił jej, że oznacza ono eskortę. Słowo to przypominało inne wyrażenie, jakim wróżki zimowe określały swoich ochroniarzy, było jednak bardziej... osobiste.

- W zeszłym roku mieliśmy zbyt wiele niebezpiecznych sytuacji - ciągnął Tamani. - Ciężko nam cię pilnować, kiedy jesteś w szkole, trudno dobrze cię chronić w tłumie. Udałem się więc do Manor na zaawansowane szkolenie. Nie jestem w stanie wtopić się w środowisko ludzkie tak dobrze jak ty, ale wystarczająco, żeby trzymać się blisko ciebie bez względu na okoliczności.

- Czy to naprawdę konieczne? - przerwała mu Laurel.

Tamani i Aaron spojrzeli na nią bez wyrazu.

- Przecież od miesięcy nie było nigdzie śladu trolla czy czegokolwiek innego.

Wartownicy wymienili spojrzenia, a Laurel poczuła bolesny ucisk w klatce piersiowej. Ze strachu. Zdała sobie sprawę z tego, że czegoś jej nie powiedzieli.

- To... nie do końca prawda - odparł Aaron.

- Pojawiły się ślady ich obecności - powiedział Tamani, z powrotem siadając na pniu. - Tyle że nie było nigdzie samych trolli.

-A to niedobrze? - zapytała Laurel. Miała wrażenie, że - bez względu na przyczyny - chyba lepiej, że nikt ich nie spotkał.

- Bardzo niedobrze - odrzekł Tamani. - Widzieliśmy odciski ich stóp, zakrwawione zwłoki zwierząt, nawet sporadyczne ślady po ogniskach. Tutejsi wartownicy stosują te same sposoby co strażnicy strzegący bram: mają serum tropiące, pułapki wykrywające obecność... I nic. Żaden środek nie wykrył dotąd obecności trolla. Naszymi sprawdzonymi metodami nie znajdujemy trolli, a przecież wiemy dobrze, że gdzieś tu są.

- A może... może to stare tropy? Na przykład zeszłoroczne? - zapytała Laurel.

Aaron zaczął coś mówić, ale Tamani go zagłuszył.

- Uwierz mi, są całkiem świeże.

Laurel poczuła ucisk w żołądku. Chyba nawet nie chciała wiedzieć, co zamierzał powiedzieć Aaron.

-1 tak bym tu przyjechał - mówił dalej Tamani. - Zanim jeszcze opowiedziałaś Sharowi o zdarzeniach w latarni, Jamison chciał, żebym dowiedział się czegoś więcej o bandzie Barnesa. Jego śmierć przyniosła nam pewną pociechę, ale taki troll jak on z pewnością ma dowódców. Moim zdaniem możemy śmiało założyć, że to tylko cisza przed burzą.

Laurel czuła, jak paraliżuje ją strach. Odzwyczaiła się już od tego uczucia i nie była szczęśliwa, że tak nagle wróciło.

- Dałaś Klei cztery uśpione trolle. Trudno mieć nadzieję, że obudziły się, zamordowały tę kobietę i wróciły do dawnego życia. Całkiem możliwe, że je przesłuchała, dowiedziała się o tobie, a może nawet o istnieniu bramy.

Laurel natychmiast skupiła swoją uwagę na tym, co mówił Tamani. Ogarniała ją panika.

- Przesłuchała? Z tego, co mówiła... Sądziłam, że ona je tylko... zabije. Przeprowadzi sekcję. Nawet nie...

- Nie przejmuj się - pocieszał ją Tamani. - Postąpiłaś naj-lepiej, jak umiałaś, zważywszy na okoliczności. Nie jesteś wartownikiem. Może faktycznie Kłea od razu zamordowała trolle - w końcu przesłuchiwanie tych stworzeń to samobójstwo dla przeciętnego człowieka. Nie wiemy zresztą, ile Barnes zdradził swoim sługusom. W każdym razie musimy być przygotowani na najgorsze. Jeżeli ci łowcy trolli postanowią teraz tropić także wróżki, będzie ci groziło niebezpieczeństwo większe niż kiedykolwiek. Jamison musiał wziąć pod uwagę nowe okoliczności -dlatego nastąpiła drobna zmiana planu.

- Drobna... - powtórzyła Laurel, którą nagle ogarnęło zmęczenie. Przymknęła powieki i ukryła twarz w dłoniach. Poczuła, że Tamani ją obejmuje.

- Słuchaj - odezwał się do Aarona. - Zaprowadzę ją do domu, myślę, że to wystarczy.

Delikatne trącenie poderwało Laurel w stronę domu. Ruszyła bez słowa pożegnania. Szła szybko, wyswobodziwszy się z objęć Tamaniego. Chciała zwiększyć dystans i pokazać swoją niezależność.

A przynajmniej to, co z niej zostało.

Przeszła przez drzwi kuchenne, zostawiając je otwarte dla Tamaniego. Podeszła do lodówki i chwyciła za pierwszy z brzegu owoc.

- Mogę jeszcze jedną? - zapytał Tamani. - Tamta bardzo mi pomogła.

Laurel bez słowa podała mu trzymaną w ręku nektarynkę -nagle poczuła, że zupełnie nie ma na nią ochoty.

- Co się stało? - zapytał w końcu.

- Nie wiem. - Laurel starała się unikać wzroku chłopaka. - Ale to wszystko jest takie... dziwaczne. To znaczy... - Podniosła wzrok i spojrzała mu w oczy. - Cieszę się, że cię widzę. Naprawdę.

- To dobrze. - Tamani uśmiechnął się niepewnie. - Bo już zacząłem mieć wątpliwości.

- Ale kiedy mówisz, że grozi mi wielkie niebezpieczeństwo, że znowu muszę drżeć o własne życie... Nie obraź się, ale to trochę tłumi radość.

- Shar chciał przysłać kogoś innego i w ogóle nic ci nie mówić, ale pomyślałem, że wolałabyś wiedzieć. Nawet jeśli to oznacza... to wszystko - powiedział, wykonując dziwny gest ręką.

Laurel się zamyśliła. Coś jej mówiło, że faktycznie tak jest lepiej, a jednak... nie była co do tego całkowicie przekonana.

-Jakie niebezpieczeństwo mi grozi? - zapytała.

- Nie jesteśmy pewni. - Tamani się zawahał. - Zdecydowanie coś się dzieje. Jestem tu zaledwie od paru dni, ale to, co widziałem... Wiesz, na czym polega działanie serum tropiącego?

- Pewnie. Zmienia kolor, prawda? Pokazuje, jak świeży jest ślad. Nie potrafię jeszcze przygotować takiego...

- Nie ma potrzeby. Mamy zapas - i na trolle, i na ludzi. Spryskałem nim świeży ślad i nie było żadnej reakcji.

- Czyli wasza magia zupełnie nie działa? - zapytała Laurel przez ściśnięte gardło.

- Na to wygląda - przyznał Tamani.

- Dziękuję. Bardzo mnie uspokoiłeś - odparła, próbując zmusić się do uśmiechu. Zdradził ją jednak drżący głos.

- Proszę cię, nie bój się. Magia nie jest konieczna, ona jedynie ułatwia sprawę. Robimy, co w naszej mocy, by patrolować okolicę. Nie zdajemy się na los - dodał i zamilkł na chwilę. -Problem w tym, że nie mamy pojęcia, kto stoi po stronie wroga. Nie wiemy, ilu ich jest, nie wiemy, co knują. Nic nie wiemy.

- Innymi słowy: jesteś tu po to, żeby przypomnieć mi, że muszę być znowu super hiper ostrożna — powiedziała Laurel. Wiedziała, że powinna być mu wdzięczna, ale czuła jedynie niechęć. - Nigdzie się nie ruszaj, zachód słońca to pora, w której Kopciuszek musi wracać do domu i tak dalej?

- Nie - odparł cicho.

Zaskoczyła ją ta odpowiedź.

- Nie jestem tu po to, żeby mówić ci cokolwiek w tym rodzaju. Nie patroluję, nie tropię. Ja tylko będę się trzymał blisko ciebie. Ty dalej żyj, jak żyłaś, i rób to, co zwykle. Ja dopilnuję, żebyś była bezpieczna - powiedział i podszedł bliżej, by odgarnąć kosmyk włosów z jej twarzy. - Albo zginę.

Laurel zamarła. Wiedziała, że Tamani mówi prawdę.

Błędnie zinterpretował jej nieruchomą pozę jako zaproszenie i pochylił się do przodu, obejmując dłonią policzek dziewczyny.

- Tęskniłem za tobą - szepnął, a jego oddech połaskotał ją po twarzy. Zanim zdołała zapanować nad sobą, z jej ust wydobyło się ciche westchnienie. Tamani przybliżył swoją twarz do jej twarzy i zaczął przymykać oczy.

- Nic się nie zmieniło - wyszeptała, kiedy od jej ust dzieliły go milimetry. - Dokonałam wyboru.

Ręka Tamaniego zatrzymała się, ale Laurel wyczuła delikatne drżenie w koniuszkach jego palców. Przełknął ślinę, a potem uśmiechnął się blado i odsunął.

- Wybacz, poniosło mnie.

- Co mam robić?

- To samo, co zwykle. - Wzruszył ramionami. - Im mniej zmian w rytmie dnia, tym lepiej.

- Nie to miałam na myśli. - Laurel zmusiła się, żeby spojrzeć mu prosto w oczy, ale Tamani potrząsnął tylko głową.

- Nic. To ja muszę sobie z tym poradzić, nie ty.

Laurel wbiła wzrok w podłogę.

- Naprawdę — powiedział i odsunął się delikatnie. — Nie musisz mnie wypatrywać, nie musisz spędzać ze mną czasu w szkole. Po prostu będę się kręcił w pobliżu i wszystko będzie dobrze.

- Dobrze - powtórzyła, kiwając głową.

- Kojarzysz te mieszkania przy Harding? - zapytał, przybierając znowu swobodny ton.

- Te zielone?

- Tak. Mieszkam pod siódemką - rzucił z figlarnym uśmiechem. - To tak na wypadek, gdybyś mnie kiedyś potrzebowała.

Ruszył w stronę drzwi i Laurel przyglądała mu się przez kilka sekund, aż nagle dotarło do niej, co się dzieje.

- Stój, Tamani! - zawołała, zeskakując ze stołka i biegnąc do wyjścia. - Nie wychodź tędy bez koszulki. Mam bardzo wścib-skich sąsiadów - to mówiąc, chwyciła go za rękę. Odwrócił się i automatycznie przykrył jej dłoń swoją. Patrzył na palce Laurel, tak blade na tle jego oliwkowej skóry, a potem przebiegł wzrokiem wzdłuż jej ręki, ramienia, aż po szyję. Zamknął powieki i wziął głęboki oddech. Kiedy znowu otworzył oczy, wyglądał zupełnie zwyczajnie. Uśmiechnął się lekko, ścisnął jej rękę, a potem puścił.

- Oczywiście - powiedział swobodnie. - Wyjdę tyłem.

Już miał wejść do kuchni, ale zatrzymał się jeszcze. Uniósł rękę i dotknął naszyjnika, który jej kiedyś podarował - zawieszonego na srebrnym łańcuszku małego wróżkowego pierścionka.

- Cieszę się, że go nosisz - powiedział z delikatnym uśmiechem.

Przez kolejnych kilka dni szkoła była dla Laurel torturą. Towarzystwo Tamaniego na zajęciach ze struktur politycznych doprowadzało ją do szału, a z kolei jego obecność na lekcji retoryki do białej gorączki doprowadzała Dawida.

Fakt, że po Crescent City nadal kręcą się trolle, z pewnością bardziej zaniepokoiłby Chelsea, gdyby nie jej ogromna radość płynąca z tego, że do szkoły średniej Del Norte zaczęła chodzić kolejna wróżka.

Tamani cały czas kręcił się w pobliżu Laurel, zwykle jednak ignorował i ją, i jej przyjaciół. Laurel cieszyła się, gdy mrugnął do niej albo uśmiechnął się niepostrzeżenie, ale wiedziała, że to ma jej tylko przypominać o niebezpieczeństwie: mogło czaić się za każdym rogiem.

Kiedy jednak zaczęły się na nowo zadania domowe, klasówki i wypracowania, Laurel poczuła, że wchodzi w zwykły szkolny kierat - trolle nie trolle, Tamani czy nie... Wiedziała, jak wyczerpujące bywa życie w ciągłym strachu, i powiedziała sobie, że nie chce tylko przetrwać. Chciała żyć pełnią życia, a w jej życiu - co przyznawała bardzo niechętnie - nie było zbyt wiele miejsca dla Tamaniego.

Nie wiedziała, czy powinna być z tego powodu smutna, zla, a może pełna wyrzutów sumienia. Właściwie doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że w jego życiu było miejsce tylko dla niej. Tamani żył po to, by ją chronić, i jeszcze nigdy jej nie zawiódł.

Owszem - denerwował ją, frustrował, wręcz wkurzał - ale nigdy nie zawiódł.

Czasami zastanawiała się, co on robi, gdy go nie widzi, ale uznała, że lepiej chyba tego nie wiedzieć - zwłaszcza kiedy zaczynała nad tym rozmyślać po południu, leżąc na sofie obok Dawida. Nie rozmawiała o tym z Dawidem - oczywiście powiedziała mu, co jest grane, ale już dawno temu doszli do cichej zgody, że jeśli chodzi o Tamaniego, milczenie jest złotem.

Teraz właściwie ciągle jej się wydawało, że jest obserwowana. Próbowała nie myśleć, czy rzeczywiście tak jest, czy to tylko jej wyobraźnia. Często miała nadzieję, że tak, zwłaszcza gdy obok domu przejeżdżał jakiś podejrzany samochód.

Albo gdy niespodziewanie rozlegał się dźwięk dzwonka do drzwi.

- Zignoruj to - powiedział Dawid, podnosząc głowę znad schludnych notatek, podczas gdy Laurel zsunęła z kolan stertę pogniecionych kartek. - To pewnie jakiś domokrążca.

- Nie mogę - odparła. - Mama spodziewa się przesyłki z eBaya. - Muszę odebrać i podpisać.

- Wracaj szybko. - Uśmiechnął się.

Odpowiedziała tym samym i uśmiechała się nawet jeszcze, kiedy otwierała drzwi. Jednak gdy tylko zobaczyła znajomą twarz, uśmiech zamarł jej na ustach, więc szybko zmusiła się do następnego.

- Klea! Dzień dobry! Ja...

- Przepraszam, że wpadam bez zapowiedzi - powiedziała kobieta z wyrazem twarzy godnym Mona Lizy. Jak zwykle była ubrana na czarno, a oczy miała przysłonięte okularami przeciwsłonecznymi. — Miałam nadzieję, że mogę cię prosić o przysługę.

W ustach Klei wydawało się to bardzo bezpośrednie. Laurel przypomniała sobie słowa Tamaniego o ciszy przed burzą. Chciała wierzyć, że nie jest właśnie świadkiem pierwszych grzmotów.

-Jaką przysługę? - zapytała, z ulgą przyjmując fakt, że jej głos brzmi spokojnie i donośnie.

- Możemy porozmawiać tutaj ? - Kłea skinęła głową w stronę tarasu.

Laurel poszła za nią niechętnie, chociaż wiedziała przecież, że wartownicy śledzą najmniejszy nawet ruch każdej osoby zbliżającej się do domu. Klea pokazała ręką na dziewczynę stojącą w milczeniu przy jednym z wiklinowych foteli.

- Laurel, chciałabym ci przedstawić Yuki.

Była to Japonka z wymiany międzynarodowej - to właśnie ją Laurel widziała w towarzystwie Tamaniego w pierwszym dniu szkoły. Dziewczyna miała na sobie płócienną spódniczkę w kolorze khaki oraz przewiewny top w czerwone kwiaty. Była nieco wyższa od Laurel, ale stała przykurczona tak, że wydawała się mała - splecione ręce, zwieszone ramiona, opuszczona broda. Laurel dobrze znała tę postawę - sama taką przybierała, kiedy miała ochotę zapaść się pod ziemię.

- Yuki! - powtórzyła Klea. Dziewczyna podniosła wzrok, odsłaniając oczy zakryte dotąd długi rzęsami.

Laurel aż zamrugała ze zdziwienia. Skośne oczy Yuki miały bladozieloną barwę, dziwnie niepasującą do ciemnych włosów i karnacji. Wyglądało to pięknie, ale kombinacja była dość szokująca.

- Cześć - powiedziała zakłopotana Laurel i wyciągnęła rękę, a Yuki chwyciła ją dość bezwładnie. Laurel szybko zabrała dłoń. Całe to spotkanie było wyjątkowo dziwaczne. - Jesteś z wymiany międzynarodowej, prawda? - zapytała dziewczynę, ale popatrzyła na Kleę.

Klea odchrząknęła.

-Niezupełnie. To znaczy... faktycznie przyjechała z Japonii, ale musieliśmy sfałszować niektóre dokumenty, żeby przyjęli ją do waszej szkoły. Najłatwiej nam było udać wymianę międzynarodową.

Usta Laurel ułożyły się w nieme „O".

- Możemy usiąść? - zapytała Klea.

Laurel kiwnęła głową w odrętwieniu.

- O ile pamiętasz, jesienią zasugerowałam, że być może zgłoszę się do ciebie w pewnej sprawie - zaczęła Klea, rozsiadając się wygodniej. - Miałam nadzieję, że nie będzie to konieczne, ale niestety, okazało się inaczej. Yuki jest... jest przedmiotem zainteresowania naszej organizacji. Nie, nie wrogiem - dodała pospiesznie, dławiąc w zarodku pytanie, które Laurel już miała zadać. Odwróciła się przy tym do Yuki i pogładziła ją po długich włosach, które odgarnęła z twarzy dziewczyny. -Yuki potrzebuje ochrony. Kiedy była niemowlęciem, uratowaliśmy ją z rąk trolli i umieściliśmy w przybranej japońskiej rodzinie - tak daleko od miejsca, w którym przebywały wszystkie znane nam hordy tych potworów, jak tylko się dało. Niestety, nie ma planu doskonałego. Ubiegłej jesieni opiekunowie Yuki zostali zamordowani przez próbujące ją przechwycić trolle. Ledwie udało nam się ją uratować.

Laurel spojrzała na dziewczynę, która stała całkiem spokojnie, jakby Klea wcale nie opowiadała o śmierci jej rodziców.

- Znowu wysłano ją do mnie. Jeździ z naszą organizacją, ale prawda jest taka, że powinna chodzić do szkoły. - Klea zdjęła okulary przeciwsłoneczne, jednak tylko na moment, by przetrzeć oczy. Oczywiście nosiła te idiotyczne okulary, chociaż wcale nie świeciło słońce. Nosiła je nawet w nocy, więc Laurel nie była specjalnie zdziwiona. - Poza tym w zeszłym roku udało nam się oczyścić tę okolicę z trolli. Tak czy inaczej, nie chcę znowu narażać jej na niebezpieczeństwo, a przede wszystkim wolałabym, żeby nie odkryły jej żadne nowe trolle. To dlatego umieściłam ją w waszej szkole.

- Nie rozumiem, dlaczego akurat w naszej. I do czego ja jestem potrzebna? - Laurel nie znajdowała powodu, żeby ukrywać swoje sceptyczne nastawienie. Widziała obóz Klei -jeśli chodzi o trolle, chyba nikt inny na świecie nie byt lepiej przygotowany.

- Na szczęście twoja pomoc nie będzie wielka. Chodzi o to, że znalazłam się w kłopotliwej sytuacji - nie mogę ryzykować zabierania jej ze sobą na poszukiwania. A jeśli odeślę ją zbyt daleko, może stać się przedmiotem ataku trolli, o których istnieniu nie mam pojęcia. Z drugiej strony, jeśli będzie zbyt blisko, wszystkie trolle, które wymkną się z naszej obławy, mogą ją znaleźć. W zeszłym roku poradziłaś sobie z pięcioma trollami -a przecież Jeremiasz Barnes był szczególnie trudnym przypadkiem. I dlatego śmiem przypuszczać, że byłabyś w stanie stawić opór wszelkim... łajdakom, którzy mogą pojawić się w waszym mieście. Pomyślałam sobie, że jesteś właściwą osobą do przypilnowania Yuki. Proszę... - dodała z opóźnieniem.

Coś musiało się kryć w prośbie Klei, ale Laurel nie miała pojęcia co. Czy Yuki będzie ją szpiegować? A może to podejrzenia Tainaniego powoli wpędzają ją w paranoję? Przecież Klea uratowała jej życie - i to dwukrotnie! A jednak czuła do tej kobiety niepohamowaną niechęć. Bez względu na to, jak rozsądnie się wypowiadała i jak wiarygodne wydawały się jej historie, każde słowo, które wychodziło z jej ust, sprawiało wrażenie fałszywego.

Czy Klea celowo była taka tajemnicza? Laurel miała już dość zwodzenia. Być może dlatego, że po raz pierwszy widziała Kleę w świetle dziennym, może dlatego, że ośmielała ją obecność wartowników, a może po prostu była starsza i bardziej pewna siebie.

- Może mi pani po prostu powie, po co tak naprawdę pani do mnie przyszła? - zapytała.

Ku jej zaskoczeniu Yuki zaśmiała się, choć cicho i krótko. Klea momentalnie przybrała kamienny wyraz twarzy, ale chwilę później i ona się uśmiechnęła.

- Właśnie to mi się w tobie podoba, Laurel - po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłam, ty nadal mi nie ufasz. W sumie dlaczego miałabyś mi zawierzyć? Przecież nic o mnie nie wiesz.

Taka ostrożność to twoja zaleta. Jednak musisz mi zaufać, choćby na tyle, żeby mi pomóc. Będę z tobą szczera - Klea spojrzała na Yuki. Dziewczyna wpatrywała się w swoje kolana. - Sądzimy

- ciągnęła Klea, pochylając się w stronę Laurel i ściszając głos

- sądzimy, że trolle polują na Yuki, ponieważ ona nie jest do końca... człowiekiem.

Laurel otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.

- Sklasyfikowaliśmy ją jako driadę - ciągnęła Klea. - Wszystko na to wskazuje. Tylko że to jedyny osobnik z tego gatunku, na jakiego natrafiliśmy. Jedyne, czego możemy być pewni, to to, że nie jest zwierzęciem - ma komórki roślinne. Najwyraźniej odżywiają ziemia i promienie słoneczne, ale czerpie pożywienie także z dodatkowych źródeł. Nie wykazuje żadnych szczególnych zdolności, żadnej wyjątkowej siły czy daru przekonywania, czym cechują się trolle, jednak ma dość zagadkową przemianę materii, więc... Chodzi o to, żebyś miała Yuki na oku. Być może dopiero za kilka miesięcy będę mogła jej zapewnić bezpieczny dom na stałe. Mam nadzieję, że dobrzeją ukryłam. A jeśli nie, ty jesteś moim planem awaryjnym.

W ułamku sekundy Laurel zrozumiała, co znaczą słowa Klei. Odwróciła się do Yuki, a ta w końcu podniosła wzrok i Laurel mogła spojrzeć jej prosto w oczy. Bladozielone oczy, będące wierną kopią jej własnych. A także oczu Aarona. I Katii. A ostatnio także Tamaniego.

Oczy wróżki.

Laurel zamknęła za sobą drzwi, żałując, że nie może cofnąć czasu i zignorować dzwonka, tak jak to sugerował Dawid. Nie, żeby to miało w jakikolwiek sposób zniechęcić Kleę, ale...

- No i?

Odwróciła się gwałtownie, przestraszona głosem Tamanie-go. Stał na środku pokoju obok Dawida. Obaj mieli skrzyżowane na piersiach ręce.

- Kiedy tu przyszedłeś? - zapytała zaskoczona.

- Jakieś pół sekundy przed tym, jak otworzyłaś drzwi - odpowiedział za niego Dawid.

- Czego ona chciała? - rzucił Tamani, po czym wydął wargi i pokręcił głową. - Nie słyszałem, co mówiła, ale mogę się założyć, że specjalnie wybrała tamto miejsce - zupełnie jakby wiedziała, że tam jestem.

- To weranda, Tamani. Typowe miejsce, żeby usiąść i pogadać.

Tamani nie wyglądał na przekonanego, ale nie drążył tematu.

- O co chodzi? Dlaczego była z nią Yuki?

- Kim jest Yuki? - chciał wiedzieć Dawid.

- To ta dziewczyna z Japonii - odpowiedział mu krótko Tamani. - Na wymianie.

Laurel przyglądała mu się przez chwilę, zastanawiając się, czy on wie. Ale potem przypomniała sobie, że przecież zwiedzali razem szkołę - z pewnością pan Robison przedstawił ich sobie. Zresztą chyba by jej wspomniał, gdyby wiedział, prawda?

- To wróżka - powiedziała cicho.

Przez chwilę brzęczała jej w uszach cisza.

Tamani otworzył usta, ale zawahał się i w końcu nic nie powiedział, tylko zaśmiał się ponuro.

- Te oczy... Powinienem był je rozpoznać. - Uśmiech przerodził się w grymas złości. - A więc Klea wie o istnieniu wróżek. W takim razie możemy założyć, że wie także o tobie.

- Nie jestem pewna, czy zdaje sobie sprawę z tego, kim są wróżki - odparła Laurel, cedząc słowa. - Nazwała Yuki driadą - to mówiąc, usiadła na sofie (a Dawid momentalnie zajął miejsce obok) i zrelacjonowała im całą rozmowę. Tamani chodził w tę i we w tę po pokoju. - Nie lubię jej i nie ufam, ale wydaje mi się, że ona nie ma pojęcia, kim jest Yuki.

Tamani przestał chodzić: stanął nieruchomo, przyciskając do ust kostki zaciśniętej dłoni.

- Klea uratowała nam życie. Nawet dwukrotnie - zauważył Dawid. - Ale kolejna wróżka w szkole Del Norte to chyba zbyt duży zbieg okoliczności.

- Racja - powiedziała Laurel, próbując dojść do ładu z własnymi uczuciami. Z jednej strony nie posiadała się z radości: druga wróżka udająca człowieka! I to nie na pokaz, jak Tamani, ale od dziecka wychowywana w świecie ludzi przez przybranych rodziców. Laurel miała ochotę wyściskać Yuki, zaciągnąć ją do swojego domu i wypytać o wszystko: o to, jak sobie radzi wśród ludzi, jak wygląda jej dzień, czym się odżywia, czy już kwitła... Z drugiej strony wyjawienie czegokolwiek dziewczynie oznaczało zapewne, że dowie się o tym Klea, a tego Laurel absolutnie nie chciała.

- Co w ogóle wiemy o Yuki? - zapytał Dawid, patrząc na Ta-maniego. Ten znowu skrzyżował ręce na piersi.

- Praktycznie nic. Ale coś ją łączy z Kleą, więc nie możemy jej zaufać - zauważył ponuro.

-A jeśli Klea mówi prawdę? - Bez względu na ogarniające ją wątpliwości Laurel miała cień nadziei, że w najgorszym wypadku Yuki jest w tej grze tylko niewinnym pionkiem. Nie była pewna, dlaczego tak czuje - może to po prostu naturalna skłonność do bronienia własnego gatunku? Zresztą Yuki wydawała się taka skromna i nieśmiała... - No wiecie, jeśli Yuki miałaby szpiegować, to nie zdradzałaby swojej tożsamości.

- Szpiegowanie może przyjąć rozmaite formy - powiedział Tamani powoli. - Yuki może posłużyć do odwrócenia naszej uwagi. Zresztą wiedza o tym, że ona jest wróżką, nie jest tak ważna jak to, j aką jest wróżką.

- Chyba większość z was to wróżki wiosenne? - odezwał się Dawid.

- To prawda - zgodził się Tamani. - Silny Wabiacz otoczony przez ludzi ma moc całej armii.

Dawid zbladł, ale Laurel pokręciła głową.

- Klea powiedziała, że Yuki nie ma żadnych zdolności nadprzyrodzonych.

- Klea może kłamać. Albo Yuki ukrywa przed nią swoje umiejętności — wyjaśnił Tamani i zamilkł, uśmiechając się nagle. — Tak, Yuki może okłamywać Kleę. To dopiero byłoby coś.

-Jak więc wygląda najgorszy scenariusz? - zapytał Dawid. - Może zwabić mnie lub Chelsea i zmusić do zdradzenia waszych tajemnic?

- Albo, jeśli jest Błyskotką, może być tu teraz z nami, niewidzialna, i przysłuchiwać się naszej rozmowie - odparł Tamani.

- Wróżki letnie to potrafią? - zapytała Laurel.

- Niektóre. Ale bez nauki tego nie odkryje. Jeszcze przed chwilą powiedziałbym ci, że znam miejsce pobytu każdej wróżki poza Avalonem, więc w sumie wszystko jest możliwe. Ba, Yuki może być nawet wróżką zimową - powiedział, przymykając oczy. Na samą myśl o tym Laurel poczuła ucisk w żołądku. - Albo jesienną - dodał Tamani i zawahał się, a potem szybko mówił dalej, jakby obawiał się, że ktoś go powstrzyma, zanim skończy zdanie. - Teoretycznie to ona mogła być tą Preparatorką, która otruła twojego ojca.

Laurel miała wrażenie, że otrzymała cios prosto w żołądek.

- Co?! - zdołała wydusić przez ściśnięte gardło.

-Ja... ja... - wyjąkał Tamani. - Słuchaj, być może ona jest zupełnie nieszkodliwa, ale równie dobrze może być bardzo niebezpieczna. Musimy działać szybko - powiedział, próbując uniknąć jej pytań.

Laurel nie zamierzała mu jednak tak łatwo odpuścić.

- Chcesz powiedzieć, że dwa lata temu, kiedy mój tata zachorował... Mówiłeś, że to trolle!

- Bo to mogła być sprawka trolli - westchnął Tamani. - Tyle że mieliśmy z nimi do czynienia przez setki lat i nigdy nie używali takich trucizn. Manipulują ludźmi, są brutalni, ale nie potrafią przyrządzać mikstur. Więc kiedy twój tata zachorował...

- Uważasz, że maczała w tym palce wróżka jesienna? - zapytała Laurel w otępieniu. Nagle dotarło do niej, że brzmi to całkiem sensownie.

- Tak. Nie. Być może...

-1 nie powiedziałeś mi tego?! - Laurel poczuła narastającą wściekłość. Co jeszcze Tamani przed nią ukrywa? Miał zapoznać ją ze światem wróżek, a nie podtrzymywać ignorancję! - Od tego czasu byłam dwukrotnie w Akademii! Tam, gdzie mieszkają niemal wszystkie wróżki jesienne! Powinieneś był mi powiedzieć!

- Próbowałem - zaoponował Tamani. - Ale Shar mnie powstrzymał. I miał rację. Przeprowadziliśmy śledztwo. Nie licząc ciebie, od dziesiątków lat żadna Preparatorka nie opuściła bram królestwa bez nadzoru. Tak łatwo nie wypuszczamy wróżek z Avalonu.

- Mnie wypuściliście.

Tamani uśmiechnął się delikatnie, niemal ze smutkiem.

- Ty jesteś wyjątkowa - powiedział, po czym odchrząknął i mówił dalej: - Nikt nie chciał, żebyś chodziła po Akademii, podejrzewając każdą napotkaną Preparatorkę o próbę pozbawienia życia twojego ojca. Zwłaszcza że nie zrobiła tego raczej żadna z nich.

Laurel zastanowiła się nad słowami Tamaniego. Znała kilka jesiennych wróżek specjalizujących się w miksturach dla zwierząt. Należała do nich między innymi Mara, która nosiła w sobie zadawnioną urazę do Laurel.

- A więc teraz uważasz, że Yuki miała z tym coś wspólnego?

- zapytała, postanawiając skoncentrować się na zagrożeniach, które miała pod nosem.

- Być może. To znaczy... nie wydaje się to zbyt prawdopodobne. Yuki jest jeszcze bardzo młoda. A poza tym Barnes okazał się odporny na działanie naszych mikstur, więc równie dobrze mógł być wyjątkowo uzdolnionym trollem i w innych dziedzinach. Jedyne, co wiem na pewno, to to, że Yuki nie powinna tu być. Żadna dzika wróżka nie powinna się tu znajdować.

- Chwileczkę. - Dawid pochylił się i położył rękę na nodze Laurel. - Gdyby Yuki faktycznie otruła twojego tatę, oznaczałoby to, że pracowała dla Barnesa. A skoro tak, dlaczego teraz jest z Kleą? Przecież to właśnie Klea pozbawiła go życia.

- Może Yuki była przez Barnesa więziona i Klea ją uwolniła?

- zastanawiała się głośno Laurel.

-W takim razie czemu ci tego nie powiedziała? - ciągnął Dawid. - Po co miałaby kłamać, że Yuki jest sierotą?

- Czyli znowu wracamy do tego, że Klea kłamie. - Tamani się skrzywił.

Po dłuższym milczeniu Laurel pokręciła głową.

- To nie ma sensu. Nie wiemy wszystkiego, tylko to, co powiedziała nam Klea — oznajmiła i zawahała się. - Bardzo chciałabym poznać wersję Yuki.

- Wykluczone - rzucił błyskawicznie Tamani.

- Dlaczego? — Laurel zezłościł ten zakaz.

Tamani dostrzegł zmianę w wyrazie jej twarzy i złagodził ton.

- Uważam, że to zbyt niebezpieczne - powiedział cicho.

- Nie możesz użyć swojego wabienia? - zapytał Dawid.

- To nie działa na wróżki - wtrąciła Laurel.

Na nią jednak podziałało - jeszcze zanim się dowiedziała, kim jest. Może więc Dawid ma rację?

Jednak Tamani pokręcił głową.

- Nie chodzi tylko o to - powiedział. - Jeśli w ogóle na nią nie zadziała, będzie to znaczyło, że ona wie, na czym polega wabienie, a wtedy dowie się, że jestem wróżką. Nie możemy tak ryzykować, zanim nie dowiemy się czegoś więcej.

-A niby jak mamy się dowiedzieć? - Laurel była zdruzgotana. Dławiła ją beznadziejność sytuacji. - Nie mamy pojęcia, kto kłamie, a kto mówi prawdę. Może wszyscy kłamią!

- Chyba musimy udać się do Jamisona - powiedział Tamani po chwili milczenia.

Laurel pokiwała głową.

- To dobry pomysł - powiedziała z namysłem.

Tamani wyjął z kieszeni jakiś przedmiot i zaczął uderzać w niego palcem.

- O matko święta, czyżby to był iPhone? - zapytała Laurel, nieświadoma, że jej głos brzmi głośniej i bardziej piskliwie.

Tamani podniósł wzrok i spojrzał na nią beznamiętnie.

- Tak, a co?

- On ma iPhone'a - odezwała się do Dawida. - Wróżka wartownik, praktycznie żyjąca bez bieżącej wody, ma iPhone'a. Super. Po prostu super. Wszyscy na całym świecie mają komórki, tylko ja nie. To doprawdy cudownie. - Rodzice Laurel uważali, że komórki są dla studentów i osób dorosłych. Co za zacofanie.

-Jest niezbędny do... celów komunikacyjnych - bronił się Tamani. - Muszę przyznać, że człowiek znacznie wyprzedził wróżki w tej dziedzinie. Dzięki temu urządzeniu mogę natychmiast wysyłać wiadomości. Kilka kliknięć i mogę rozmawiać z Sharem. To niesamowite!

Laurel przewróciła oczami.

- Tak się składa, że doskonale się orientuję, jak działa telefon - powiedziała z wyraźnym cierpieniem w głosie. - Shar też ma taki?

- Oczywiście nie możemy obsługiwać go tak sprawnie jak ludzie - ciągnął Tamani, ignorując jej pytanie. - Nasze ciało nie przewodzi prądu w taki sposób jak ciało ludzkie, więc czasem muszę dotknąć ekranu kilka razy, żeby zaskoczyło. Ale i tak nie narzekam.

Dawid uśmiechnął się przepraszająco do Laurel.

- Zawsze możesz korzystać z mojej komórki.

Tamani jęknął i wymamrotał jakieś nieznane im słowo.

- Nie odpowiada - powiedział i schował telefon do kieszeni, po czym stanął z rękoma opartymi na biodrach. Zamyślił się.

Laurel popatrzyła na jego władczą posturę i spięte ramiona. Był tu zaledwie od dwóch tygodni, a w życiu Laurel juz zapanował kompletny chaos.

Ale jaki seksowny chaos...

Dobrze chociaż, że tym razem miał na sobie koszulkę. Odchrząknęła i odwróciła wzrok, kierując myśli na właściwsze tory.

- Musimy jechać do Orick - oznajmił Tamani, wyciągając z kieszeni pęk kluczy. - Chodź.

- Co?! Moment! - Laurel poderwała się na równe nogi, a siedzący obok niej Dawid zrobił to samo. - Dzisiaj nie możemy jechać.

- Dlaczego nie? Trzeba zawiadomić Jamisona. Ja będę prowadził.

To wszystko bardzo nie pasowało do Tamaniego.

- Bo jest już prawie szósta, za chwilę wrócą moi rodzice, a ja nie odrobiłam jeszcze lekcji.

- No i? - Tamani najwyraźniej nie zrozumiał.

- Nie mogę jechać, Tamani. Mam tutaj parę rzeczy do zrobienia. Jedź sam, nie jestem ci potrzebna. A zresztą - dodała, spoglądając na coraz bardziej purpurowe niebo - niedługo będzie ciemno. Denerwuję się tym wszystkim i wolę po zmierzchu zostać w domu. Tak będzie bezpieczniej. Sam mi powiedziałeś, że w okolicy czają się trolle.

- Dlatego muszę być blisko ciebie. To moje zadanie.

- A moim zadaniem jest nauka - odparła. - Ze nie wspomnę o bezpieczeństwie rodziny i przyjaciół. Zresztą masz telefon. Możesz później znowu zadzwonić do Shara - poproś go, żeby zaaranżował spotkanie z Jamisonem w weekend. W piątek mamy mało lekcji, możemy jechać. Albo w sobotę. A wtedy będziemy mieć mnóstwo czasu do zachodu słońca.

Tamani zazgrzytał zębami. Laurel wiedziała, że nie podoba mu się to, co usłyszał, a jednak była pewna, że takie rozwiązanie jest sensowniejsze niż godzinna jazda samochodem o zmierzchu.

- Dobrze - odparł w końcu. - Ale jedziemy w piątek, a nie w sobotę.

- Po szkole - oświadczyła Laurel.

- Zaraz po szkole.

- Umowa stoi.

Tamani pokiwał głową ze stoicyzmem.

- Dawid powinien już wracać do domu, wkrótce będzie ciemno - to mówiąc, odwrócił się i ruszył w stronę kuchennego wyjścia.

Laurel nasłuchiwała dźwięku otwieranych drzwi, ale wszędzie panowała cisza. Po chwili zajrzała do kuchni, jednak Ta-maniego już nie było.