Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Dzieje polskiego rodu rycerskiego i ich patriotyczna walka o niepodległość Rzeczypospolitej.
Rzeczpospolita była potężnym państwem tworzonym przez szerokie rzesze Polaków, Litwinów, a także Rusinów. Wschodnie terytoria imperium stały się miejscem, w którym interesy tych trzech nacji łączyły się – zjednoczone ideą unii – lub ścierały się, nierzadko doprowadzając ludzi do sięgnięcia po broń.
Ród Krukwiczów, którego założycielem był Jaśko Kruk, przez ponad pięćset lat będzie walczył, by ich ukochana ziemia była niepodległa. Każde kolejne pokolenie będzie uczestniczyło w historycznych wydarzeniach, począwszy od czasów unii lubelskiej, a skończywszy na drugiej wojnie światowej. Ceną ich bohaterstwa będzie utrata marzeń, rodzin, a czasem i własnego życia.
„Złudne echa” to epicka opowieść o miłości do ojczyzny, tęsknocie za rodzinną ziemią i marzeniach o wolności, które nie zawsze mają szansę się ziścić, ale o które zawsze warto walczyć.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 655
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Gromadzące się na zachodnim skłonie nieba chmury gęstniały i obniżały swe olbrzymie zwoje, a przybliżając się, toczyły je szeroko, jakby chciały objąć swymi ramionami całą puszczę jodłową. Siedzący na zwieńczonym krużgankiem trzemie przykrytym onegdaj dla bezpieczeństwa od padających strzał i dla wygody stróży, która czuwała we dnie i w nocy, latem i zimą, w czasie wojen i spokoju, patrzył na to kłębiące się zjawisko, pogrążając się myślami w czas znany mu z bajań pradziada swego, Sędzimira Starży, co to wżdy na przekór Piastom i ich poplecznikom zwał się z Tyńca. Upór w tym jego trwaniu przy rodowym gnieździe, mimo iż dawno z woli króla Piasta nie było ono w Starżów posiadaniu, stanowił sprzeciw, a raczej bezsilny bunt, że to oni, Starże, sól i krew tej wiślańskiej ziemi, musieli znosić władzę Piastów, tych przybłędów z północy, tych na poły barbarzyńców. Duma poniżonego rodu do śmierci nie pozwalała żyć mu z myślą, że oto Starże, koniądze tej ziemi, w swoich gniazdach znosić muszą tę hańbę. Upływ czasu w niczym nie złagodził tego uporu.
Upał ustąpił miejsca duchocie zapowiadającej burzę. Trajan spojrzał raz jeszcze w stronę Łysicy i Radostowej, po czym, zaciekawiony wzmożonym gwarem u podnóża kasztelu, przeniósł wzrok na jego otoczenie. Rzeka w tym miejscu tworzyła zakole, rozpościerając się szerokim rozlewiskiem wokół wzniesienia, na którym tę drewnianą siedzibę Toporów dawno temu posadowiono. Wybrzuszała się silnie na południe, kryjąc swymi wodami niezbyt płytki bród, by dalej przejść w teren na poły bagienny, utrudniający dostęp do wzgórza. Od północnego zachodu, po pochyłym wzniesieniu, prowadziła do kasztelu droga dojazdowa. Dla bezpieczeństwa przekopano tu głęboki wąwóz, przerzucając nad nim zwodzony most. Teraz właśnie trwały prace przy wymianie grubych lin i naprawie kołowrotów służących do podnoszenia i opuszczania tegoż mostu.
Dobiegające z dala odgłosy kąpiących się w osłoniętej krzewami i zaroślami zatoczce już ucichły i tylko stuki pracujących przy moście dobiegły na trzem.
Trzeba – pomyślał – ponaglić i roboty przyspieszyć tak, by do powrotu Jędrzeja Starży, pana tych włości, a mego druha, to wszystko zakończyć. Nie wiada bowiem, jakie wieści z Krakowa starosta przywiezie.
Z dołu dobiegł wysoki głos pani, a drugiej żony Jędrzeja, która strofowała synów. Z dziwnym smutkiem spojrzał w stronę brodu i jakby to wczoraj było, przesunęły się przed nim tamte niezatarte, a straszne chwile.
Wówczas to siedzieli wraz z Jędrzejem, jak on sam teraz, na trzemie, gdy idący po schodach pacholik niosący na tacy srebrny dzban z chłodnym miodem i kubki zatrzymał się, spojrzał w stronę brodu, potem na swego pana i znowu na bród.
– Panie, tam, Gabdy! – krzyknął niemal.
– Co, tam? – zapytał wyrwany z zadumy Jędrzej.
– Tam! – Wskazał chłopiec głową. – Tam, Gabdy!
Do brodu od niezbyt odległego lasu szedł Tatar, niosąc na rękach niewiastę w białych szatach zakrwawionych na wysokości piersi, której ciemne długie włosy rozwiewał wzmagający się wiatr. Za Tatarem szedł piękny kary rumak, nozdrzami dotykając to ramienia, to głowy człowieka. Pan tego pięknego, wyniosłego miejsca zerwał się z miękkiego siedzenia i wrzasnął:
– Trajan! – Wskazując przy tym w stronę brodzącego już przez wodę Tatara, który co raz to wyżej unosił niewiastę, trzymając ją ponad głową, gdy woda sięgała mu karku.
Po chwili w ich stronę biegł, rozbryzgując wodę, Trajan, który nie wiadomo jak tak szybko zbiegł z silnie umocnionego wzgórza. Szli teraz dnem wąwozu w stronę drogi, milcząc. Po śniadej twarzy Tatara spływały łzy, rzeźbiąc na surowym obliczu wyraźne ślady. Trajan szedł zesztywniały. Jędrzej stał na trzemie, opierając ręce o poprzeczną belkę, zaciskając dłonie tak, iż zda się, że wnet ją zmiażdży. Patrzył w dół, wodząc wzrokiem za kroczącymi wąwozem. Gdy ci zbliżali się do mostu, stał tam już jak skamieniały, a za nim niemal cała załoga, mieszkańcy i służba kasztelu.
– Pani, pani – słyszało się tu i ówdzie przytłumione głosy.
Jędrzej z trudem wziął na ręce małżonkę, która była nieprzytomna, lecz jeszcze oddychała.
– Do komnat – powiedział głośno. Za bramą obejrzał się za siebie. – Gdzie Trajan?
– Pognał już po brata Augustyniana – usłyszał w odpowiedzi.
Piękną, o kruczoczarnych, lśniących włosach niewiastę, Zofię Annę – bowiem takie imiona nosiła, ułożono na zasłanym kobiercami i białym płótnem łożu w jej komnacie. U wezgłowia klęczał Jędrzej, trzymając w swych potężnych dłoniach jej ręce. W nogach łoża klęczał zaś wielki i potężny jak skała Tatar. Trzymał w swych dłoniach stopy niewiasty, a łzy lały się po jego ogorzałej twarzy.
Leżała nieprzytomna, oddychając niezbyt miarowo. Długie włosy okalały jej głowę, szeroko rozlewając się na posłaniu. Poniżej lewej, pięknej piersi tkwił mały mieczyk o wspaniale inkrustowanej rękojeści, świadczącej o jego wschodnim pochodzeniu. Rana krwawiła.
W kasztelu, po okresowym zamieszaniu i harmidrze, za sprawą Sławity, Rusinki, a żony Trajana, która to zarządzała tym, co do obowiązków pani domu należy, zapanował spokój połączony z nerwowym oczekiwaniem na dalszy rozwój wydarzeń.
Sławita tymczasem, nie czekając na powrót Trajana, zarządziła zwołanie wszystkich dziewcząt, które wraz z panią były nad rzeką oraz innych świadków zdarzenia, które tam miało miejsce.
Sporo czasu upłynęło, nim Trajan wraz z zakonnikiem przybyli na kasztel, mimo iż ten drugi przebywał tymczasowo w pobliskim opactwie, lecząc wielebnego opata z obrażeń, jakich tenże doznał podczas rzekomego upadku z konia.
Ojciec Augustynian, benedyktyn z Łyśca – Świętego Krzyża, biegły był w sztuce medycznej, której, jak sam mawiał, uczył się w Padwie. Z postury wyglądał bardziej na tęgiego woja niż zakonnika. Popatrzył na żonę Jędrzeja, potem z troską na twarzy na niego samego i wydał odpowiednie polecenia Sławicie.
Czas upływał, a Zofia Anna nie odzyskiwała przytomności. Jędrzej i benedyktyn czuwali przy niej nieustannie. Do rycerza nic nie docierało. Nie jadł, nie pił, czerniał z rozpaczy. Nie pomagały zabiegi Trajana, starego Działoszy ani też Sławity. Wreszcie trzeciego dnia, późnym wieczorem, gdy Jędrzej wyszedł na chwilę z komnaty, Zofia Anna otworzyła oczy. Zobaczyła w drzwiach potężnego Tatara, a obok – na zydlu – mnicha. Tatar odwrócił się i krzyknął coś głośno. Po chwili do łoża umiłowanej żony przywarł Jędrzej. Ujął ją za rękę i z nadzieją patrzył w jej oblicze. A ona nieznacznie uśmiechnęła się, przechyliła w jego stronę głowę i zgasła.
Jakoś na trzeci czy też na czwarty dzień po odprawieniu w opactwie wszelkich egzekwii Jędrzej jeno ze służebnym chłopcem wrócił na kasztel.
Oczekiwał go Trajan wraz z Działoszą, benedyktynem i Tatar Gabdy. Zsiadłszy z konia, skinął na Trajana. Udali się do komnaty pana. Ten klaśnięciem w dłonie przywołał służebnego chłopca.
– Zawołaj do mnie Działoszę i Gabdego.
Gdy przywołani zamknęli za sobą drzwi, zapytał:
– Czy to prawda, co mi doniesiono?
– Tak, Jędrzeju! Prawda. To ten Awdaniec. Kręcił się tu z tymi dwoma młodymi Jastrzębiami. Awdańce to barbarzyńcy. Czas ich nie zmienił. Jak popędziliście go wtedy, w Sandomierzu, to cały czas coś knował. Ale żeby tak! Czas go posiekać!
– Gabdy. – Jędrzej podszedł do Tatara. – Wiem, że miłowałeś ją jak ja. Ale nic nie czyń. Nie teraz. Wy także, Działosza.
Usiadł ciężko na wielkim krześle obitym jelenią skórą. Pochylił głowę i rękę położył na sercu. Ciężko westchnął.
– Niech przyjdzie do mnie Augustynian.
– Co ci to, Jędrzeju? – Stary Działosza był wyraźnie zaniepokojony.
– Przywołajcie mnicha – powtórzył Jędrzej.
Po śmierci żony Jędrzej zamknął się w sobie, czas spędzał na ogół w samotności lub w towarzystwie Działoszy, a na Trajana spadła większość obowiązków dotyczących tak kasztelu i włości doń należnych, jak i rozległej kasztelanii. Sam Jędrzej interesował się jedynie przebudową rodowej siedziby, którą postanowił, dosyć dawno temu, przekształcić w murowaną z kamienia i cegły twierdzę. W tym celu często przywoził z Opatowa lub Sandomierza budowniczego, Włocha, który tamtejsze opactwa i kościoły po nowemu budował.
Tak powstawał z kamiennych i skalnych głazów mur po obu stronach wąwozu, który w tym celu został poszerzony. Po każdej ze stron bramy strzegącej wjazdu na kasztel zgromadzono już materiały do przebudowy umocnień drewniano-ziemnych, które teraz pospiesznie rozbierano. Czas chwilowo był spokojny, a przy nowym władcy Topory i Starże powoli wracali na należne im miejsce, to i budować było bezpiecznie.
Wieczorami, gdy wszyscy srodze utrudzeni udawali się na spoczynek i tylko stróża czuwała nad bezpieczeństwem kasztelu, stary Działosza przychodził do pana tych włości, by w jego ulubionym miejscu, na trzemie, zdać sprawę z przebiegu prac i porozmawiać o tym, co było i o tym, co być może nastąpi.
– Wiem, Jędrzeju – zaczął tym razem stary – czym po śmierci naszej pani Zofii Anny był dla was Jaśko. Wiem też, czym była dla was ich matka, piękna niewiasta z możnego rodu Telegich. Pomnę, jak to upodobała sobie ciebie, Jędrzeju i jak ciągle przychodziła do nas, dla różnych powodów, gdy to Bośniaczka, uwięziwszy nas wraz z Sędziwojem z Szubina, uczyniła z nas zakładników. To ona przynosiła Trajanowi i mnie wszelkie wieści z dworu Bośniaczki i pomogła w ucieczce Sędziwojowi. Za jej to namową Trajan i jej krewniacy konie rozstawne przygotowali i bezpieczeństwo dali. Nie chciała, byś o tym wiedział. Ale teraz!
– Co wy jeszcze ukrywacie przede mną, Działosza?
Stary, towarzysz doli i niedoli ojca Jędrzeja, Budzimira Starży, rycerz o nieposzlakowanej przeszłości, który po utracie dóbr i rodziny w krwawych zmaganiach z Tatarami, a potem Litwą, na dobre i na złe związał się z Budzimirem, sam zresztą będąc Toporczykiem, był współwychowawcą i nauczycielem Jędrzeja. To on właśnie uczył go rzemiosła rycerskiego. To on wprawiał w tym rzemiośle młodego Jaśka. Krzepki jeszcze, choć nieco przygarbiony, siedział teraz zadumany, gładząc swoją krótką, gęstą brodę, mocno już posiwiałą. Patrzył to na Jędrzeja, to w dal, w stronę puszczy, jakby tam szukał rady, jak pomóc temu, którego traktował jak własnego syna, temu, który tej rady, jakże często, u niego szukał.
W trzy lata po tragicznej śmierci Zofii Anny pojawiła się na zamku nowa pani. Powiła już Jędrzejowi dwóch synów i nie było tajemnicą, że nie darzyła sympatią Jaśka, pierworodnego syna radomskiego starosty. A tenże, zgodnie z umową i życzeniem matki Jaśka, po zakończeniu jego nauk w Sandomierzu, wysłał syna na Węgry do Telegich, by stamtąd, po jakimś czasie, udał się na dalsze nauki do Włoch i Niemiec.
– Dużo czasu już upłynęło, jakem Jaśka nie widział.
– Tęskno mi za nim. – Jędrzej w zadumie pokiwał głową.
– Ano, Jędrzeju, tęskno i mnie. A Trajan, co to miał go jak syna, a Gabdy? Tam, w obcych krajach, na pewno wiele się nauczył. Ale wojowania nigdzie lepiej nie pozna, jak tu właśnie. Naszemu rycerstwu mało kto dorówna.
Pomyślał chwilę.
– Pomnę ja ci dawne czasy, jakem z ojcem twoim, Budzimirem, dobywał na Litwinach Lwowa. Miasto zostało spalone, a my wzięliśmy tedy duże łupy i uprowadziliśmy dwóch możnych kupców i pewnego Rusina. Oj, duży za nich okup był! Wiosną to było, roku pańskiego czterdziestego, tuż po Wielkiej Nocy. A latem na drugiej wyprawie, na którą ojciec twój nie miał ochoty iść, ale prawo króla jest święte dla rycerza, nie było łatwo. Ciężkie tedy były walki z Litwinami i Tatarami, których Lubart sprowadził. Pod Łuckiem ubito pod twoim ojcem konia, a jego samego raniono w lewy bok. Tam już sami odpieraliśmy ataki Tatarów, bo Awdańce i Jastrzębie odstąpili nas. Starosta sandomierski nas wyprowadził. Po tym ojciec twój chorzał, na Śląsk z królem nie chodził. W ten czas byliśmy pod komendą starosty sandomierskiego. Ale szczęśliwie.
– To pod Łuckiem Awdańce nie dali wam pomocy!
– Ano tam. Gdym to zawołał, by wzięli ze sobą twego ojca, dziad tego zbója zawołał, że to Starża, niech zdycha!
Jędrzej po słowach Działoszy, mimo iż słyszał tę opowieść po raz nie wiadomo który, zacisnął usta i pięści, a pełne nienawiści oczy zwrócił ku niebu. – Daj Boże, daj Boże! – wyszeptał przez zaciśnięte zęby.
Działosza siedział rozmarzony, jakby nieobecny, bo myślami był w swych młodych jeszcze leciech, gdy pełen sił wojował tam, gdzie go władcy posyłali. Popatrzył na Jędrzeja i z niedowierzaniem kręcąc głową, ręką uścisnął jego przedramię.
– Jaki ten świat dziwny. Przecież to na łbach i karkach litewskich, gdy Kiejstut łupił ziemie za Wisłą, wziąłeś pas rycerski. Potem, w odwecie, braliśmy Chełm, Bełz i wielkie łupy. A dzisiaj my z nimi jak bracia.
– Dawne to już dzieje. Uczyliście mnie wtedy rycerskiego rzemiosła. Dobrze mnie nauczyliście. A teraz cała nadzieja w Jaśku. Oby tylko szczęśliwie wrócił. I jego nauczcie. On teraz będzie was wodził na wyprawy. Pas rycerski mu potrzebny i wasza i Trajana przy nim służba.
– Jędrzeju, jeszcze nie raz na koń siądziesz i topór a miecz w garść weźmiesz. Nie wiem, co nasz król zamyśla, ale rycerstwo wszystkich ziem naszych niespokojne. Poselstwa idą na wszystkie strony. Na granicy z Zakonem ciągłe niepokoje.
Jędrzej dzielił swój czas między kasztelanią, radowskim starostwem i Krakowem, dokąd w tych niełatwych czasach był wzywany. Onegdaj, gdy w drodze z Radomia do Krakowa na kilka dni zatrzymał się w domu, tak mówił do Trajana:
– Jaśko już z Italii do Niemiec będzie jechał, jak ustaliłem z wielebnym prałatem z Sandomierza, któren to z pilną posługą od Króla Jegomości się tam udaje. Pomyślałem, że nauk u Niemców w Ratyzbonie powinien zaniechać. Trzeba mu tutaj służbę szykować, o czym w Krakowie rozprawiać będę. Jedź po niego, Trajanie, druhu mój i Jaśka nauczycielu.
Trajan wyczuwał, że jest w tym głowa nowej pani.
Oj, niedobrze, powiedział do siebie, idąc do swej komnaty, co mi robić?
Trajan, pomny słów Jędrzeja Starży, nie zwlekał w podróży do Ratyzbony. Znanym sobie szlakiem, samoczwart, nigdzie długo nie popasając, tyle tylko, co by konie wypoczęły, szybko dotarł do Pragi. Tam, zatrzymawszy się w oberży w pobliżu zamku, trzech swoich ludzi, których specjalnie na tę wyprawę dobrał, rozesłał, aby dowiedzieli się, czy też ktoś nie udaje się tam, dokąd on zmierzał. Jakoż po niedługim czasie przyniesiono mu wieść, że kupcy z Wrocławia spiesznie jadą do Włoch, a droga ich wiedzie przez Ratyzbonę. Wyruszają jutro skoro świt i chętnie będą widzieli przy sobie rycerzy. Podróż z kupcami przebiegała wolniej, ale w kupie zawsze bezpieczniej. Jednak na terenie Bawarii Trajan kupiecką karawanę porzucił i co koń wyskoczy pognał do celu. Do Ratyzbony ani wielebny prałat z Sandomierza, ani też Jaśko jeszcze nie dotarli. Dawszy wypocząć koniom i ludziom, Trajan wyruszył do Freisingu. Tam postanowił czekać, gdyż, jak się okazało, oczekiwano na powrót z Rzymu wielebnego biskupa Freisingu i jak sądził Trajan, wraz z nim przybędzie także Jaśko. Znalazłszy odpowiednią kwaterę, przykazał swoim ludziom, by na zmianę czuwali i o przybyciu biskupa natychmiast dali mu znać.
Trzeciego dnia, późnym wieczorem, a była to sobota, świta biskupa, a wraz z nią książę austriacki Fryderyk i Jaśko Starża, stanęli na brzegu Izery. Przeprawa odbyła się przy światłach latarni i pochodni. Jaśko wpadł w ramiona Trajana i oderwać się od niego nie mógł. Nie mógł także nie ulec naleganiom sekretarza biskupa i udał się na wieczerzę do pałacu biskupiego. Z Trajanem zamienił ledwie kilka słów i przyrzekł mu, że rano przyjdzie do jego gospody.
Wczesnym rankiem w niedzielę Trajan udał się na poszukiwanie prałata, by powiadomić go o swojej misji i ostatnich wydarzeniach. Prałat bowiem był tym, dzięki staraniom którego Jaśko pobierał nauki w Padwie i Trydencie, korzystając z gościnności tamtejszych duchownych. Prałat obiecał pomoc w rozmowie z Jaśkiem i zaprosił Trajana na obiad do biskupiego pałacu. Mógł sobie na to pozwolić, bowiem reprezentował polskiego króla, w imieniu którego przedstawiał królewskie listy dostojnikom kościoła, dotyczące sporu z Zakonem Krzyżackim. Król Polski poprzez dostojników świeckich i duchownych zjednywał sobie tą drogą sojuszników w sprawie.
Pobyt w Freisingu trwał dwa dni, ponieważ książę austriacki Fryderyk udawał się w podróż do Ratyzbony i życzył sobie, aby Jaśko mu towarzyszył. Trajan był tym wszystkim zaniepokojony, jako że nakazano mu pośpiech, lecz zaradzić nic nie mógł. Wraz z wielebnym prałatem porozmawiał tylko raz z Jaśkiem, przedkładając mu, z czym ku niemu zdążał. Czas upływał, a Trajan w gospodzie czekał.
Do Ratyzbony przybyli na trzeci dzień od wyjazdu z Freisingu, bowiem książę – dwukrotnie popasał i zbytnio się nie spieszył. Jaśko cały czas jechał u jego boku.
Na zamku powitał przybyłych książę Bawarii, któren oświadczył, że na cześć księcia Fryderyka wydaje uroczystą wieczerzę.
Na wieczerzę Jaśko niemal siłą zaciągnął Trajana, któren to nie krył niepokoju, że nie może należycie wykonać swojej misji. Mówił Jaśkowi o konieczności pośpiechu, a tenże powiedział, że poinformował o wszystkim księcia austriackiego i jutro bez przeszkód udadzą się w podróż do domu.
Trajan, bywały w świecie, nie był zaskoczony ani wystawnością wieczerzy, ani też ilością gości. Powiedział Jaśkowi, że na polskich dworach rycerskich świetniejsze wieczerze widywał. Oprócz księcia Bawarii i jego małżonki, księcia Fryderyka oraz ich najbliższej świty obecnych było jeszcze kilkunastu rycerstwa, spośród których jeden zwracał uwagę swym hałaśliwym zachowaniem i nieukrywaniem bardzo bliskich stosunków z gospodarzem. Książę z poważną miną powitał wszystkich dwoma krótkimi zdaniami, jego pani opromieniła gości uśmiechem i zajęto miejsca przy obszernym stole, stojącym na środku dużej komnaty, przyozdobionej chorągwiami, zbrojami i portretami.
Wzniesiono kilka toastów, a gdy goście poczuli się swobodnie, gospodarz rozparty w wielkim krześle odezwał się tubalnym głosem:
– Ucztuje dzisiaj z nami mój druh i towarzysz wielu wypraw, dzielny rycerz Ruperut z Turyngii, któren to dopiero co powrócił z północnych krain, gdzie ramię w ramię z rycerzami spod znaku czarnego krzyża nawracał pogan na chrześcijaństwo i wprowadzał tam nasz porządek. Rycerzu Ruperut, witam cię i proszę, opowiedz nam o tym, czego tam dokonałeś.
Ochoczo opróżniono puchary, jednak Trajan swego nie tknął. Za jego przykładem poszedł Jaśko, co nie uszło uwagi księcia Fryderyka. Tenże znacząco spojrzał na nich, po czym po chwili odwrócił się, przywołał kogoś ze swego otoczenia i wydał krótkie polecenie.
Ruperut wstał, podniósł swój puchar, skłonił się dworsko księciu i księżnej, opróżnił puchar i zwrócił się do biesiadników:
– Na zaproszenie braci z Zakonu Najświętszej Marii Panny gościłem na ich ziemiach. Widziałem tam potężne zamki i warowne grody, podziwiałem ich czyny w nawracaniu pogan. Sam brałem udział w rejzach i bitwach, biłem dzikusów z Litwy i Żmudzi wspieranych przez tchórzliwe rycerstwo z Polski, wysyłane do walki z naszymi braćmi przez ich pogańskiego króla. Całe ciżby tych dzikusów…
W tej chwili u końca stołu, po przeciwnej stronie do miejsca zajmowanego przez parę książęcą i księcia Fryderyka, wstał młody rycerz, tak energicznie, że zydel, na którym siedział, przewrócił się z hukiem. Szybko podszedł do Ruperuta.
– Jeśli jesteście rycerzem, jak powiedział książę, to nie powinniście kłamać. A każde wasze słowo to podłe kłamstwo. Nie jesteście godni, by nosić ten rycerski pas. To hańba dla rycerskiego stanu. – I całą mocą rzucił rękawicą w jego twarz.
Ruperut zczerwieniał. Cofnął się o krok, wzniósł w górę ręce z rozcapierzonymi palcami i już miał się rzucić na Jaśka Starżę, bo on to był. Jednak wyrósł przed nim jak spod ziemi Trajan z wyciągniętym przed siebie krótkim mieczykiem. Tamten stanął i opuścił ręce. Zwrócił się w stronę gospodarza:
– Wasza Książęca Mość, jutro każę go obić moim pachołkom! Nie będę się pojedynkował z pachołkiem nierycerzem.
Wstał książę Fryderyk i podniósł rękę.
– Nie musicie, rycerzu Ruperut. Wasze Książęce Mości, obecni tu goście, ten oto młody rycerz z Polski podczas mojej i Wielebnego Biskupa Freisbergu podróży z Rzymu, w górach, gdy zatrzymała nas banda rycerzy-rabusiów, sam, nie oglądając się na nikogo, i wyrwawszy kopię jednemu ze straży, uderzył na bandytów. Ich przywódcę zwalił z konia jednym pchnięciem, a gdy kopia pękła, drugiego powalił ułomkiem, co mu się w ręce ostał. Potem, dobywszy miecza, ciął trzeciego. Gdy ruszyłem z naszą osłoną w pomoc, rabusie ujechali.
Książę wyszedł zza stołu. Za nim podążał giermek, niosąc miecz i pas rycerski.
– Podejdź, rycerzu z Polski. – Książę ujął miecz i Jaśka, który ukląkł na jedno kolano, uderzył mieczem w ramię. Potem miecz oddał, ujął Jaśka za ramiona i podniósł, po czym opasał pasem rycerskim.
– A teraz, rycerzu Ruperut, możecie się potykać jak równy z równym.
Ruperut milczał przez chwilę. Zwrócił się do księcia Bawarii:
– Jutro go ubiję! – powiedział z wściekłością.
– Jutro w południe – powiedział książę. – Konno i pieszo. Na zamku.
Trajan rwał włosy z głowy. Odwołanie pojedynku nie wchodziło w grę. Tamten robił wrażenie zaprawionego w bojach. Był wyższy od Jaśka i w ubiorze, w jakim wystąpił na wieczerzy, wyglądał na potężniejszego. Jaśka dawno nie widział. Uczył go wraz z Działoszą i Jędrzejem. Swoje umiejętności przekazywał mu Gabdy. Sporo czasu przebywał pod pieczą wojewody sandomierskiego i starosty krakowskiego. Pod starostą sandomierskim chodził na pogranicze krzyżackie, brał udział w potyczkach. Zmężniał przez ten czas. Ale to jeszcze młokos mimo swych dziewiętnastu lat. A tu będzie się potykał sam na sam. Nie daj Boże! Co ja powiem Jędrzejowi?
Jaśko nie chciał o niczym rozmawiać. Poprosił tylko Trajana, by przygotował mu dobrego konia i sprawdził cały jego rynsztunek. Sam udał się na spoczynek.
Rankiem objeździli konia Trajana, gdyż jego zdaniem ten koń był najlepiej wyćwiczony i dobrze chodził pod rycerzem. Potem w komnacie Jaśka, w południowej wieży, zjedli posiłek przyniesiony przez umyślnego. Po krótkiej rozmowie Jaśko przywdział zbroję i pojechał tam, gdzie z zamku nie było go widać. Wrócił i odpoczywał, prosząc Trajana, by ten nad wszystkim czuwał.
W samo południe, na zamkowym dziedzińcu, zebrało się niewiele ponad dwadzieścia osób. Książę zadbał o to, by nie było zbyt wielu ciekawych tego widowiska, a gawiedzi zabronił wstępu. Pewien zwycięstwa swego druha i towarzysza, który, jak Trajanowi doniesiono, odgrażał się, że porąbie tego Polaka na kawałki, obawiał się zbyt krwawej rozprawy. Teraz wraz ze swoją żoną i księciem Fryderykiem, uśmiechnięty i rozbawiony, siedział na podwyższeniu, na środkowym krużganku otaczającym dziedziniec.
Rycerze stanęli po przeciwnych stronach dziedzińca. Pod Ruperutem koń nerwowo rzucał łbem i kopał, zaś koń Trajana pod Jaśkiem stał spokojnie, krótko ujęty w wędzidła. Na znak dostojnika z otoczenia księcia obaj wyjechali na środek i stanęli przed książęcą parą, oddając jej cześć. Książę wstał i dał znak do rozpoczęcia pojedynku.
Rozjechali się na poprzednie miejsca, stanęli naprzeciw siebie i zasunęli przyłbice. Z uwagi na zbyt małą przestrzeń pojedynek odbywał się na miecze. Dostojnik dworu ponownie dał znak i w tej chwili rycerze skoczyli ku sobie, spinając konie. Uderzyli niemal jednocześnie. Ciosy zostały odparte tarczami, a konie nieco wstrzymane. W momencie gdy Ruperut poprawiał swą tarczę na przedramieniu, Jaśko ostro spiął wierzchowca, który stanął na tylnych nogach, odwrócił go i jak taran runął na Ruperuta, atakując naraz tarczą i mieczem. Przedramię Ruperuta dzierżące tarczę opadło pod tym impetem, a miecz Jaśka zatoczył łuk w powietrzu i upadł na ziemię. Ruperut, uchwycony przez wychylonego Jaśka lewą ręką, na której była ta nieduża, będąca obiektem obaw Trajana tarcza, w pół, prawą ręką od spodu za hełm po wyprostowaniu się Jaśka i odskoczeniu jego wierzchowca, wyrwany został z siodła i rzucony na ziemię. Jaśko zeskoczył z konia, ujął swój krótki mieczyk, zerwał hełm Ruperuta i odrzucił go. Mieczyk przyłożył do jego gardła.
Na krużganku wszyscy stali jak oniemiali. Nie takiego zakończenia tego pojedynku oczekiwali. Książę wyraźnie nie wiedział, co począć. Wtem usłyszeli:
– Nie będziesz więcej lżył mego króla i pana, nie będziesz lżył polskiego rycerstwa i ludu mej ziemi…
Spojrzał w wylęknione oczy i przerażone oblicze tego, który jeszcze przed chwilą był taki pewny swego nad nim zwycięstwa. Postawił stopę na pancerzu okrywającym pierś Ruperuta i powoli począł naciskać mieczem na jego gardło. Wtem usłyszał głośny okrzyk księcia Bawarii:
– Zaniechaj go, dzielny rycerzu z Polski! Zaniechaj!
Spojrzał na księcia, potem na księcia Fryderyka, któren dał mu znak ręką, by uczynił akt łaski. Odjął miecz od gardła i ciął Ruperuta od ucha aż po wąsy.
– Teraz będziesz mógł wszem głosić, że walczyłeś z polskim rycerzem.
Podszedł w pobliże środkowego krużganka, skłonił się księciom i uśmiechniętej księżnej, a potem do Trajana trzymającego ogiera, na którym walczył.
Najbardziej szczęśliwym człowiekiem tego dnia był Trajan. Nie ucztowano jednak. Rycerstwo rozjechało się: książę Bawarii ze swym austriackim gościem udali się do biskupa Ratyzbony, a Trajan przygotowywał wszystko do powrotu do domu. Postanowiono wyjechać świtaniem następnego dnia. Przed wieczorem Jaśko zażył kąpieli, jaką mu w łaźni przygotowano i odziany w lekkie szaty, przysłane przez zamkową służbę, udał się do swojej komnaty. Jakież było jego zdziwienie, gdy zastał tam, miast pacholika, księżnę. Gdy zamierzał, po krótkiej chwili zmieszania, zadać grzecznościowe pytanie, dama zamknęła drzwi, podeszła do Jaśka, położyła mu palec na ustach i wziąwszy go pod rękę, poprowadziła w stronę łoża.
Prace trwające przy przebudowie drewnianego kasztelu na murowany z kamienia i cegły zamek pochłaniały czas nie tylko Działoszy, lecz także większości mieszkańców tego wyniosłego miejsca i wsi będących własnością Jędrzeja Starży. Nieliczni jeńcy, Wołosi, Rusini i Prusowie, nie mogli sami udźwignąć ciężaru prac. Z niecierpliwością oczekiwano powrotu Trajana i Jaśka.
Przebywający w kasztelu od dwóch dni Dobrogost Zaklika, któren to, miast Jędrzeja, staraniem Jaśka Tęczyńskiego wziął starostwo wałeckie, także niecierpliwie czekał. Szukając uzupełnienia załogi Wałcza i silnego, pewnego pocztu rycerskiego, za poręczeniem wojewody sandomierskiego, przybył do jednego z gniazd Starżów, licząc na wsparcie. Było mu pilno, gdyż król Władysław wzmacniał pogranicze z państwem krzyżackim i nie znosił w tej sprawie zwłoki.
Dzień miał się ku zachodowi. Od jodłowej puszczy szedł powiew ożywczego, wonnego powietrza, a on siedział w ulubionym miejscu Jędrzeja, na trzemie, rozważając sposób rozwiązania tego, z czym przyjechał. Popijając chłodny miód i kierując twarz w stronę puszczy, skąd nadbiegał przyjemny powiew, nie zwracał uwagi na to, co dzieje się tam, za nimi. A tam ucichł stukot młotów rozbijających złomy skalne i formujących kamienie na budowę wieży, nie skrzypiały żurawie dźwigające te ciężary na telegi, a ludzie stanęli i patrzyli w kierunku brodu, przez który przechodził niezbyt liczny poczet. Na jego czele, na zmęczonych, spienionych koniach, które mocno pochylały łby, by napić się nieco wody, jechało dwóch rycerzy. Raptem wąwozem u stóp kasztelu jak burza przeleciał na karym koniu Tatar, wpadł do wody, rozbryzgując ją i w pełnym biegu zeskoczywszy z konia, przylgnął niemal do konia i nogi jednego z rycerzy. Ten tętent wyrwał z chwilowej zadumy Zaklikę. Wstał, by zobaczyć, cóż się stało.
Na szczęście przyjechali, pomyślał gość.
Konie ciężko podchodziły pod górę, prowadzone przez potężnego Tatara. Wreszcie jeźdźcy zsiedli i, mimo zmęczenia, serdecznie witali się z oczekującymi. Działosza ze łzami w oczach ściskał Jaśka, a do Trajana tuliła się Sławiła.
Jaśko i Trajan byli srodze utrudzeni, bowiem od Pragi jechali, niemal nie popasając. Tylko koniom dawali nieco odpocząć, a i te nie wyglądały najlepiej.
Jakoż po niezbyt długim czasie, odkąd przybyli, zdążyli nieco odpocząć w dużej izbie kasztelu, której ściany ozdobione były pięknymi kobiercami, tymi przywiezionymi przez matkę Jaśka z Węgier, jak i wieloma zdobycznymi, a także różnego rodzaju uzbrojeniem własnym oraz zdobytym na Rusinach, Tatarach, Czechach, Krzyżakach, gościach Zakonu i Litwinach, kiedy podano wieczerzę.
Nie wznoszono toastów, jeno w milczeniu patrzono, jak Jaśko z Trajanem połykają kęsy mięsiwa. Byli bowiem tak zdrożeni, jak głodni. Trwało to niedługo. Gdy Trajan wziął do ręki puchar z miodem, Działosza uśmiechnął się i rzekł:
– No, mówcie wreszcie!
Oczy wszystkich obecnych zwróciły się w stronę Jaśka. Ten spuścił głowę, potem spojrzał na ojca, znowu spuścił głowę i milczał.
– Widzicie – Trajan przerwał milczenie – naszemu młodemu rycerzowi trudno przychodzi mówić o swych czynach i przewagach. Przeto ja powiem, co mi wiadomo. – Po czym zdał dokładną relację z tego, co wiedział i czego był świadkiem. Na Jaśka patrzono z podziwem, a on sam siedział skromnie z opuszczoną głową, od czasu do czasu zerkając jedynie na obecnych. Gdyby nie późna pora, pytaniom nie byłoby końca.
– Jutro czeka nas wiele spraw, przeto dzisiaj czas już na spoczynek. – Działosza wstał i skinął głową na Trajana, by ten poszedł za nim.
W swojej komnacie położył rękę na ramieniu swego druha.
– Czy aby ten pas rycerski to dobra sprawa? Czy nie będzie tu…
– Bądźcie spokojny, świadectwo czynowi Jaśka dał biskup Freisingu w piśmie do biskupa Krakowskiego, które to mam. Świadczyć temu będzie także wielebny prałat z Sandomierza, który przy tym był.
– Jeno przecie nie królewski to pas.
– Ale też nie kupiony.
Pod nieobecność Jędrzeja w jego imieniu na kasztelu i całej kasztelanii władzę sprawował Trajan jako namiestnik pana tych włości. Jejmość kasztelanowa, jak tylko mogła, unikała oficjalnych spotkań, a niechęci do Jaśka, a także do namiestnika Trajana, nie ukrywała.
W tej sytuacji Trajan, zapoznawszy się z pismem wojewody sandomierskiego do Jędrzeja Starży, które to pismo, już otwarte, dała mu mości kasztelanowa, na krótko przed południem wezwał na naradę Dobrogosta Zaklikę, Jaśka i Działoszę.
– Mości wojewoda sandomierski wyboru nie daje. – Trajan wyraźnie spoglądał na starostę wałeckiego. – Ile czasu macie, panie starosto?
– Za trzy niedziele powinniśmy wyruszyć.
– W takim razie, Jaśko, jutro udamy się na objazd włości i dobierzemy chętnych na tę wyprawę, także z sąsiedzkich ziem. Wy, mości starosto, popatrzcie u siebie i u swoich sąsiadów. Młódź wszędzie chętna. Za trzy niedziele wszyscy stajemy w Opatowie.
Za radą Działoszy zaniechano jednak objazdu pobliskich włości, gdyż łatwiej było je doglądać, a on sam dobrze sobie tu radził, to i chętnych na wyprawę poszuka.
Wziąwszy ze sobą trzech ludzi, lekko uzbrojeni udali się najpierw do kamieniołomów, gdzie skałę i kamień na budowę zamku gotowiono, by roboty przyspieszyć, a stamtąd południem włości i kasztelanii, nie omijając żadnej wsi i osady leśnej, udali się na wschód, ku Wiśle, by przeprawić się do Dzikowa. Nim dotarli do rzeki, odesłali do kasztelu tuzin młodych, rosłych mężczyzn, z których większość szła ochoczo. Po wsiach i osadach leśnych luda było dużo. Pod twardą i sprawiedliwą ręką Jędrzeja gospodarzono dobrze. Towary i pieniądze płynęły do kasztelu, bo czas był spokojny.
Do płynącej wolno rzeki dotarli przed wieczorem, drugiego dnia. Starszy już, ale krzepki jeszcze rybak wraz z dwoma synami kończył swoją pracę, ściągając z wody ciężkie łodzie. Zdor, bo tak zwał się rybak, poznał Trajana i kłaniał się z daleka, z zaciekawieniem patrząc na Jaśka.
– To wasz młody pan, Zdorze – powiedział Trajan. Rybak pospieszył z ukłonami.
– Przewieziecie nas, bo nam spieszno do Dzikowa.
– To nie zostaniecie, panie?
– Nie, czasu nie ma.
Rybak odwrócił się, gdy rycerze zsiadali z koni, krzyknął coś do dwóch dziewczyn, które stały opodal i doszedł do przybyłych.
Jaśko tymczasem z ciekawością przyglądał się synom rybaka, młodym osiłkom, z których jeden, chyba starszy, był wysoki i z wyglądu silny jak tur.
– A ilu to macie synów, rybaku?
– Czterech dał Bóg i dwie córki.
– Silne chłopy. Dacie jednego do kasztelu, Zdor. Na wojenną służbę. Takich nam potrzeba.
Dwaj młodzieńcy, słysząc te słowa, stanęli gotowi jak do skoku.
Nim rycerze jako tako otrząsnęli się po nużącej podróży, na skleconym z desek stole, służącym chyba do sprawiania ryb, na czystym lnianym płótnie córki rybaka ustawiały poczęstunek z tego, co w rybackiej chacie dostępne. Rybak z synami w milczeniu przygotowywali łodzie do przeprawy.
Dzików zastali dobrze opatrzony. Mrocz, towarzysz rycerskich wypraw Jędrzeja i Trajana, był równie dobrym gospodarzem, co rycerzem. Wstali wcześnie i nie czekając na posiłek, udali się do osuszonej fosy, by popatrzeć, co też tam Mrocz zamierza robić. A tam tenże z synem organizowali końcowe prace przed puszczeniem wody. Mrocz wyjaśnił, że fosę pogłębił i podstawę wału, tak jak podstawę trzemu, wzmocnił solidnie głazami i kamieniami. Wzmocnił też zwodzony most i na głazach osadził wjazdową bramę.
– To widzę, że i trzem podnieśliście – zagadnął Trajan.
– Kasztel mocno ucierpiał podczas najazdów Litwinów, choć im się oparł. A teraz czas spokojny, to i robię, co pan nasz nakazał. Jędrzej grosza nie żałuje, bo bezpieczeństwo zawsze jest ważne.
Podczas śniadania Mrocz wyraził chęć rozliczenia się wobec Jaśka z wszelkich spraw, ale ten odesłał go z tym do ojca.
– To jak zaleję fosę wodą, udam się do naszego pana, bo mam ci ja wszystko to, co miałem od kupców wziąć: beczułki przedniego wina, materie, odzienia, a też trochę dobrej broni.
– Patrzę ja na waszego Bolka, Mrocz, i zazdroszczę wam. Godnego macie następcę. A mnie Pan Bóg nie poszczęścił. Córki jeno daje. Myślę, Jaśku, że Bolko pojedzie z nami do pana starosty wałeckiego. Dobrogost Zaklika wziął starostwo miast ojca Jaśka, któren to zdrowia nie najlepszego teraz. Wojewoda sandomierski prosi, by dać mu wsparcie. Tam granica z czarnymi krzyżami. Zbierz, Bolko, trochę sprawnych ludzi.
Dzień cały upłynął na objeździe wsi, barci, smolarskich i rybackich osad, stad bydła i przeglądzie stada koni, wcale niemałego. Trajan wybrał kilkanaście ogierów i klaczy, które następnie Jaśko kazał przepędzić do ojca. Dzików prezentował się dobrze.
Wieczorem strudzeni usiedli pod potężnym, starym dębem. Stary, sycony miód przyjemnie drażnił gardła i ciepłem rozlewał się po zmęczonych ciałach.
– Pamiętacie, Trajan, naszą ostatnią wyprawę na wschód, pod wojewodą krakowskim, kiedy to sami wzięliśmy cały tabor tej zbieraniny Tatarów i Wołochów? – Mrocz spoglądał to na Jaśka, to na Trajana.
– Ano pomnę, pomnę – pospieszył z odpowiedzią Trajan. – Tak puszczaliście w ruch swój koncerz, że cały byliście czerwony od krwi.
Mrocz podniósł w górę głowę i pokiwał nią, dając tym samym wyraz zadowoleniu z pochwały, jaka spotkała go ze strony Trajana.
– Krom taboru sporo jasyru było, któren to uwolniliśmy, bo Tatarzy wyciąć go nie zdążyli, takeśmy ich zaskoczyli. A w taborze dobra było co niemiara. Trafił się też jeden Tatar, mocno posiekany, co to teraz co najlepsze konie z mego stada wybiera i do pana Jędrzeja wysyła.
– Ano, dziwna to historia z tym Gabdym. – Trajan łyknął nieco miodu, potarł swój zaczerwieniony kark i uśmiechnąwszy się, popatrzył na Jaśka. – Kiedym podjechał pod telegę, na której leżał cały w zakrwawionych szmatach, jeden z naszych już chciał go wyprawić do piekła. Podjechał też na zakrwawionym koniu Jędrzej, popatrzył i powiedział, że jak na Tatara to wielki chłop i kazał go zabrać. Tak wracał z nami, a opiekował się nim rusinek Daniłko, który tobie, Jaśko, teraz służy. Na kasztelu leżał gdzieś w słomie, a tam wypatrzyła go Anna Maria. Zaniosła mu mleka, a potem wymusiła na mojej małżonce, by Tatara umyła, opatrzyła i codziennie doglądała. Zabierała ze stołu, co najlepsze i Gabdemu nosiła. To ona go tak nazwała, bo prawdziwego jego imienia wymówić nie mogła. Gabdy wydobrzał, sam końmi zajmować się zaczął, ale twojej matki z oczu nie spuszczał. A ona robiła z nim to, co chciała. Tak jak z nami wszystkimi. Wróciłeś z Sandomierza, ze szkół, i Gabdy przylgnął także do ciebie. Myślę ja tak, że za was dałby się posiekać.
Nazajutrz rano ustalono, że Bolko, syn Mrocza, z piętnastoma ludźmi za dziesięć dni przybędzie do Opatowa i wszyscy razem udadzą się do Wałcza. Potem żegnali się z Mroczem, dziękując mu za dobre opatrzenie Dzikowa i dobrą gospodarkę na tych włościach.
– A wy, Trajan – Mrocz zwrócił się do swego towarzysza z wojennych wypraw – baczcie na mojego Bolka, boć to jeszcze młokos i w ważnych sprawach nie bywał.
– Będę baczył na waszego Bolka i na całą tę młódź, która z nami idzie. Zaklika to dobry i uważny rycerz, umie z ludźmi sobie radzić. Bądźcie spokojni, Mrocz.
W drodze powrotnej wstąpili wpierw do Sandomierza, by, jak zalecił Jędrzej, zdać sprawę wojewodzie. Tenże jednak, pilnie wezwany do Króla Jegomości, wyjechał był już do Niepołomic. Na zamku dowiedzieli się, że Dobrogost Zaklika jest już w Wałczu i pilnie wypatruje przybycia pocztu Toporów.
Nie należało zwlekać, więc zbędnie nie popasając, wracali przez Tudorów i Konary, gdzie tylko obejrzeli stan kasztelów, wysłuchali zarządców i przekazali im, co dalej czynić należy.
W Wałczu trwała gorąca krzątanina. Wielkopolanie zaraz po przybyciu nowego starosty ujechali. Gród i zamek opatrzone były należycie, ale wobec braku wystarczającej załogi dłuższa obrona, w razie czego, nie była możliwa. Zaklika zwijał się jak tylko mógł, by przygotować doraźne siły z wszystkich dostępnych ludzi. A granica nie była ani spokojna, ani bezpieczna. Dlatego też niecierpliwie spoglądał na gościniec wiodący z południa do miasta, a gdy w końcu dostrzegł silny poczet zmierzający w jego kierunku, nie posiadał się z radości. Wyściskał zsiadających z rumaków Jaśka i Trajana i zapraszał ich do swych pomieszczeń, by byli jego gośćmi.
– Iluż to, Jaśku, z sobą przywiedliście?
– Dwudziestu i siedmiu dobrze zbrojnych, nie licząc służebnych i giermków. Jest tu część, reszta przy taborze. Ostali, gdyśmy wyruszyli.
– Widzę Starże, ale też są Prawdzice, Drużynici, Łodzie.
– Tych Bolko, syn Mrocza, co to na naszym Dzikowie siedzi, przywiódł.
– Młódź to, ale dobrze już przysposobiona – dodał Trajan. Radzi, że mogli przybyć tu i rwą się do zapasów z czarnymi krzyżami. Trzeba im twardej ręki.
– Na wasze przybycie wszystko przygotowane. Dam wam służebnych do czasu przybycia taboru, a potem zapraszam na wieczerzę. Wszystkie ważne sprawy ostawiamy na jutro.
Wieczerza przebiegła na wspomnieniach dawnych przewag, lecz niepozbawiona była troski o najbliższą przyszłość. Wyzierała ona wprost z oblicza Dobrogosta Zakliki.
– Nie wiem nic, co się dzieje u Krzyżaków. A oni znają wszystkie nasze ruchy i to, co u nas w mieście i na zamku poczynamy. Jaksa ze Żnina, który przekazywał mi starostwo, powiedział, że mają tu Krzyżacy swoich ludzi, co wszystko im donoszą. Złapali niedawno dwóch takich, zamknęli ich, a na drugi dzień byli martwi. Nie wiem, kim się tu posłużyć.
– Zostawcie to nam – odezwał się Trajan. – Naszych ludzi nikt tu nie zna. Tylko nikomu ani słowa. Dajcie mi jeno dwóch pewnych, którzy znają drogi wiodące ku czarnym krzyżom.
Następnego dnia rano, jeszcze przed świtem, Trajan obudził Jaśka.
– Jaśko, rozeznaj tu wszystko dokładnie. Ja wracam teraz do taboru, dla pozoru odeślę Gabdego z kilkoma ludźmi do Żnina, a oni będą czekać na krzyżackich posłańców i szpiegów tam, którędy prowadzą ich szlaki. Gabdy wszystkich wyłapie. Wyślę też kilku potajemnych do miasta.
O świcie Trajan samoczwart udał się w drogę, jakoby przyprowadzić tabor. Z taborem Trajan pozostawił, dla jego ochrony, samych Starżów, rycerzy pewnych, znających wojenne rzemiosło. Teraz też miał ułatwione zadanie.
Trajan przyprowadził tabor nocą, uprzedziwszy przed tym o wszystkim Jaśka. Zaraz też poprosił starostę, Jaśka i Bolka, syna Mrocza, na naradę.
– Złapaliśmy człowieka, który wracał z Szamotuł do Schlochau. Dzisiaj miał być w Wałczu u karczmarza, co to niedaleko bramy siedzi. Woził pieniądze do pewnego kupca, którymi ten opłaca znanych sobie ludzi. Miał ich też u starosty Jaksy. Mówił on, że Krzyżacy uważają Wałcz i ziemie wokół za swoje. Komtur Schlochau zbiera siły, bo teraz, gdy w Wałczu jest słaba załoga, może miasto zdobyć. Tam, na zamku, było do tej pory czterech lub sześciu braci zakonnych, a teraz jest dwunastu i drugie tyle gości z Czech, Brandenburgii, Saksonii i innych stron. Goście są także w Baldenburgu i Hammersteinie. Jeszcze nie wiedzą, co się tutaj dzieje. Ale mają tu swoich. Jest tu jakiś kupiec i podobno młynarz, ale ten człowiek ich nie znał. I już nie pozna.
– No to radźmy, panie starosto, co nam pilno robić. – Jaśko wymownie spojrzał na Dobrogosta Zaklikę, a potem na Trajana. Na niego bowiem najbardziej liczył.
Trajan sięgnął po kubek z miodem, pociągnął spory łyk i podniósł rękę, uprzedzając Dobrogosta.
– Wysłałem ludzi na szlaki prowadzące do Schlochau. Poszli dwaj tutejsi – skinął w stronę starosty, a z naszych Gabdy, Dybek ze Skały i Wojsz z Konar. Byli w Czechach i u Sasów. Znają ich język. Poczekajmy na wieści. Tak sobie myślę, że przyjmiemy ich na granicy, w dogodnych miejscach. Pójdą pewnie dwoma szlakami. Z Dybkiem i Wojszem podchodziłem Tatarów i Wołochów. Sprawią się. Mają też rozeznać miejsca, gdzie uderzymy.
– To z rana zarządzam przygotowanie.
– Ano tak – potwierdził Trajan. – Jeno całkiem spokojnie, by nie dać znaku, że wszystko wiemy. Czekamy na wieść o tym, kiedy i gdzie ruszą.
– To uważacie, Trajan, że lepsze to niż bronić zamku? Położenie dobre, nie wezmą – Zaklika wyraził swoje zaniepokojenie.
– Zamku nie wezmą, a miasto, a wsie, a granica? Wiecie, jak naszemu panu zależy na utrzymaniu tych granicznych ziem. Sami o tym mówiliście. Trzeba ich pobić, a nie bronić się za murami i czekać na pomoc, która nie wiadomo kiedy przyjdzie. Oni tylko czekają, żebyśmy pokazali, że jesteśmy słabi.
– Daję wam rację. Od rana przygotowania. A spokojnie!
Trzeciego dnia wieczorem na zamku pojawił się Dybek ze Skały w chłopskiej sukmanie na lekkiej zbroi. Powiedli go do starosty i natychmiast przywołali Trajana, Jaśka i Bolka z Dzikowa. Dybek kończył wycierać twarz i ręce w białe płótno, wziął podany mu kubek z napojem, łyknął i nie czekał na zaproszenie.
– W sobotę pod wieczór pierwszy oddział Krzyżaków z Hammersteinu i Baldenburga przybędzie do Zbyczna. Będzie tam wójt Hammersteinu i kilku rycerzy – gości Zakonu, a z nimi może nawet stu knechtów.
– To już na naszej ziemi – wtrącił starosta.
– W poniedziałek rano spotkają się z chorągwią komtura Arnolda ze Schlochau, nad dużym jeziorem, już niedaleko Wałcza. Ma z nim być pięciu braci i kilku rycerzy – gości. Knechtów będzie nie więcej jak czterdziestu. Są pewni zwycięstwa. Nie wiedzą, ilu nas tu jest.
– Nikt do nich nie przeszedł? – Jaśko uprzedził pytanie Trajana.
– Od czasu jak przybył tabor – nikt. A w tę stronę też nie. Ten Tatar to dobry wojownik. Przyprowadziłem też dwóch ludzi, którzy nas poprowadzą. Panie starosto, tam czeka człowiek, który powie, kogo trzeba tutaj wyłapać i do lochu. Będzie z dziesięciu, a z nimi rodziny. Nie miejcie litości. Służą Zakonowi i pieniądze brali.
Gdy starosta Dobrogost udał się, by wydać polecenia w sprawie wyłapania krzyżackich ludzi w mieście i na zamku, Trajan stanął w niszy okiennej i przez chwilę dumał. Potem odwrócił się i spojrzał na Jaśka.
– Mało nas – powiedział z troską w głosie. Trzeba pobić ich częściami. Tylko czy zdążymy? Czekajmy na starostę, bo czasu mało.
Starosta wrócił w czasie, gdy podano wieczerzę, i przywiódł z sobą rycerza Wojsława, któren miał pieczę nad załogą zamku i bezpieczeństwem grodu. Trajan zażądał, by wpierw omówić plan bitwy z Krzyżakami, a dopiero potem wieczerzać.
Uradzono, że na Zbyczno ruszą sami jezdni pod Jaśkiem i Trajanem, obejdą jezioro tak, by uderzyć na Krzyżaków z przeciwnej strony niż Wałcz, od tyłu. Wojsław wydzieli trzydziestu pieszych, pod Zbychem z Kcyni, którzy wraz z Dobrogostem i dziesięcioma konnymi, ludźmi starosty, będą powstrzymywać chorągiew komtura, aż do nadejścia pierwszego oddziału. Bezpieczeństwem Wałcza zajmie się Wojsław, zbierając, kogo tylko się da.
– Wyruszamy jutro przed świtem. Niech nas Pan Bóg i Przenajświętsza Panienka mają w opiece. – Dobrogost spojrzał w górę i przeżegnał się po bożemu.
Droga wokół jeziora była trudna. Poruszano się niekiedy jedynie wąskimi przesmykami wśród zarośli i strumieni porastających i przecinających puszczę. Przewodnik, jakiego dał rycerz Wojsław, znał jednak dobrze ten trakt, co pozwoliło pokonać przestrzeń dzielącą rycerstwo od celu w ciągu dnia, i to bezpiecznie. Nie rozbijano obozu i nie palono ognisk. Wieś postanowiono uprzedzić o niebezpieczeństwie na krótko przed przybyciem Krzyżaków. Z dala obejrzano przewidywane miejsce bitwy i po naradzie postanowiono uderzyć tuż po nadejściu czarnych krzyży, gdy knechci zajmą się rabunkiem, tak, by nie zdążyli sformować szyku obronnego. Wzdłuż jeziora uderzy Trajan z Bolkiem i rozpaloną, żądną krzyżackiej krwi młodzieżą. Jaśko i Starże obejdą wieś tak, by uderzyć od traktu, którym Krzyżacy nadejdą.
– Nie żywić nikogo, póki się nie zdadzą – rozkazał Trajan. Sprawę należy zakończyć jak najszybciej.
Starosta Dobrogost, idąc przetartym traktem, poruszał się tempem uzależnionym od piechoty. Po drodze zbierał chłopów, bartników, smolarzy i kogo tylko mógł, zamierzając w dogodnym miejscu zwalić tyle drzew, by utrudnić przejście chorągwi komtura i móc się skutecznie jej przeciwstawić. Jakież było jego zdziwienie, gdy po połowie dnia marszu natknął się na grupę chłopów, których Gabdy ćwiczył w rzucaniu kopią, oszczepem i strzelaniu z łuku. Na jego pytające spojrzenie odpowiedział, że Jaśko dowodzi chorągwią, która ma uderzyć na pierwszą grupę Krzyżaków w Zbicznie.
– Jedźcie, panie, dalej, tam Wojsz wszystko wam powie – odpowiedział na to Tatar i wrócił do chłopów.
Wojsz z dwudziestoma chłopami zwalał drzewa i układał zasieki.
– Są nowe wieści. Tatar Gabdy był pod samym Hammersteinem i przyprowadził stamtąd knechta. Ten nic nie chciał mówić, ale Tatar… Nie chciałbym być w jego rękach! Tę chorągiew poprowadzi jakiś ważny prokurator z Bitow, a z nim kilku Krzyżaków i rycerzy, no i knechci. Nie będzie zbyt liczna. Komtur Arnold von Baden czeka na wójta Nowej Marchii i posiłki z Tucholi. Mają z nim być dwie chorągwie, a może więcej. Dlatego zacząłem robić tu zasieki. Jak tu się bronić przeciw takiej sile?
– Czasu niewiele, ale przyprowadziłem jeszcze ludzi. Wyślijcie ich do roboty, a mnie pokażcie, jak tam jest przed zasiekami. Jest tu ktoś z załogi, kto dobrze zna te szlaki?
– Jest taki.
– To zabierzcie go ze sobą. Trzeba ustalić, gdzie ma uderzyć Jaśko, gdy przybędą spod Zbiczna, a my będziemy stawiać czoła na zasiekach. Ten człowiek pojedzie z tym do Jaśka i Trajana.
Pod Zbiczno Krzyżacy przybyli bez pośpiechu, w spokoju, w zwykłym szyku marszowym. Na czele jechało czterech braci zakonnych w białych płaszczach, za nimi kilku rycerzy, o których mówiono jako o gościach zakonu, a którzy przybyli, by w łatwy sposób zdobyć sławę i wzbogacić się, a potem liczny oddział knechtów. Wkraczając do wsi, ujrzeli z dali w popłochu wskakujących do łodzi i uchodzących w stronę wyspy na jeziorze ludzi, co utwierdziło ich w przekonaniu, że żadnego oporu tutaj nie będzie. Nie dostrzegli ani chłopów wcześniej ukrytych w lesie i w szuwarach nad jeziorem, ani tym bardziej ukrytego w lesie rycerstwa. Wobec przeważającej siły wroga zaskoczenie miało stanowić jeden z głównych czynników powodzenia. Wobec sprzeciwu młodych i butnych rycerzy, że nie przystoi rycerstwu polskiemu kryć się przed psubratem w lesie, Trajan miał jeden ważki argument.
– Nie wystarczy – dowodził – Krzyżaków tutaj pokonać. Należy ich pobić i zniszczyć tak, by nie mogli się podnieść, samemu nie ponosząc strat. Nazajutrz czeka nas rozprawa z silniejszym przeciwnikiem. Bez naszego wsparcia starosta Dobrogost nie powstrzyma komtura, a tym bardziej go nie pobije. A wtedy biada nam i tej ziemi.
Wójt Hammersteinu, stanąwszy na środku wsi, rozejrzał się i widząc jedynie pierzchających łodziami mieszkańców, zwrócił się w stronę przybyłych, stojących za nim rycerzy, pokiwał z zadowoleniem głową, na której tkwił hełm przystrojony piórami, po czym sięgnął po miecz, wskazał nim w stronę jeziora, a następnie zatoczył koło nad głową. Na ten znak stojący do tej pory w karnym ordynku knechci zaczęli rozbiegać się po domostwach i kierować w stronę jeziora. Z lasu zaczęły wytaczać się wozy taboru, a chroniący je knechci i służba podnieśli harmider i okrzyki tryumfu. Po chwili powstała sytuacja wykluczająca możliwość szybkiego sformowania, z oddziału knechtów, szyku obronnego.
Na to właśnie czekał Trajan. Na jego znak młode rycerstwo polskie z impetem wypadło z lasu i kopiami, a potem koncerzami jęło bezlitośnie ciąć knechtów. Opór był niewielki, niemający żadnych szans powodzenia. Jednocześnie Jaśko, na czele kilkunastu Starżów, omijając wozy taboru, wypadł z traktu, którym przybyli Krzyżacy, i pędził w stronę wójta i rycerzy, oniemiałych na widok tego, co się dzieje. Nim dojrzeli nowe niebezpieczeństwo, Jaśko był tak blisko, że wójt jedynie zdążył dobyć miecz, choć uderzenia kopii nie uniknął. Został zwalony z konia, a Jaśko odrzucił ułomek kopii, dobył koncerza i odparował cios drugiego Krzyżaka. Tenże zaraz spadł z konia ugodzony przez szarżującego obok. Na leżącym wójcie okrakiem siedział Daniłko, jak cień jadący za Jaśkiem, i wbijał krzyżakowi kordelas w gardło.
Dwaj rycerze, którzy przybyli do Zakonu szukać sławy i bogactwa, leżeli pocięci, a pozostali czterej odrzucili broń i stali otoczeni przez pocztowych. W dwa pacierze rozprawa z nieproszonymi gośćmi zakończyła się. Knechci nie chcieli składać broni, więc w większości padli pod ciosami napastników. Jedynie piętnastu zawarło się w dwóch chałupach, ale ulegli, gdy postraszono ich podpaleniem. Chłopi wyłapali kilku próbujących uciec i nie czekając na jakąkolwiek decyzję, po obdarciu ich wysłali wszystkich do piekła. Tabor zdał się w całości.
Gdy Jaśko i Trajan wszystko ogarnęli, jeńców powiązano, załadowano na wozy i – pod eskortą kilku pocztowych – z pomocą chłopów najkrótszą drogą wyprawiono do Wałcza.
Odpoczynku po tej bitwie nie było. Uzupełniono broń, opatrzono nieliczne rany, kto musiał – wymienił części pancerza, posilono się tym, co było pod ręką i spiesznie wyruszono na miejsce, które ustalił Dobrogost, o którym wiadomość przyniósł jego posłaniec.
Zwycięzcy upojeni łatwym sukcesem nie kryli zadowolenia. Drogę pokonano sprawnie i szybko, a Trajan, patrząc na zadowoloną rycerską młódź, czynił wszystko, by nie zdejmować z niej ciężaru odpowiedzialności za powodzenie całej wyprawy. Dlatego też po przybyciu na miejsce, nie dając nikomu wytchnienia, pokazał starszyźnie miejsce czekającej ich potyczki, trudne warunki, jakie tam panują, i zaznajomił, z kim przyjdzie się potykać. Stępił w ten sposób ostrze zadowolenia z niedawnego sukcesu.
– Komtur Arnold von Baden to potężny i znany rycerz. Przywiedzie tu znacznie lepsze chorągwie niż ta, z którą walczyliśmy. Stawią nam silny opór. A musimy ich pobić. Jedzie do nas starosta Dobrogost i naradzimy się razem. Dybek ogarnie się, posili i ze swoimi pojedzie w stronę Hammersteinu. Będzie przysyłał nam wieści.
Po krótkiej naradzie ustalono, że Dobrogost będzie bronił zasieków, Jaśko ze Starżami i częścią młodzieży rycerskiej pod Bolkiem uderzą z tyłu, traktem, a Trajan z młodzieżą rycerską, częścią chłopstwa, bartników i innych leśnych ludzi – z boku. Zarządzono odpoczynek, a na wiadomość od Dybka wszyscy mieli stawić się na swoich miejscach.
– Ostateczne decyzje zapadną po wiadomości od Dybka, który musi ustalić, w jakiej sile pójdą na nas Krzyżacy.
Miejsce na zasadzkę Dobrogost wybrał dobre. Trakt był tu wąski, ale w pewnej odległości od powalonych drzew, tworzących na zakręcie zasiek, rozszerzał się, umożliwiając uderzenie szarżą. Po jednej stronie teren obniżał się ku bagnistej rzeczce i zaroślom, a po przeciwnej porośnięty był gęstymi krzewami, przechodzącymi w trudną do szybkiego przebycia puszczę.
Odpoczywano spokojnie do niedzielnego wieczora, kiedy to przybył posłaniec od Dybka ze Skały. Przyniósł on wiadomość, że w południe z Hammerstainu wyruszył oddział krzyżacki, do którego dołączyła część oddziału wójta Nowej Marchii. Jest tam ponad stu ludzi, w tym dwudziestu trzech rycerzy konnych. Kto na czele, tego nie wiadomo. Komtur i wójt Nowej Marchii czekają na posiłki, które prowadzi komtur Tucholi. Podobno nie wyruszą wcześniej, jak w poniedziałek w południe.
– Będę stawiał czoła Krzyżakom na zasiekach, tak jak pierwej się rzekło – Starosta Dobrogost Zaklika rozejrzał się po siedzących na zwalonych pniach drzew rycerzach.
– Pierwsze zwycięstwo, odniesione z pomocą bożą, mamy już za sobą – kontynuował. Oddział wójta Nowej Marchii nie jest tak silny jak krzyżacki, i gorzej uzbrojony. Pójdzie na końcu. Jak miarkujecie, Trajan, gdyby tak uderzyć całą siłą z tyłu i zepchnąć ich na pieszych knechtów, to nie zdążą w porę ustawić szyku. A wtedy? Jezdni będą z przodu, przy zasiekach.
– Prawie mówicie, mości starosto. Tak możemy ich zaskoczyć. Wszystkich pieszych, których mam, ustawię w lesie za tymi zaroślami. My zaś całą siłą uderzymy z tyłu. Z boską pomocą zwyciężymy.
Wszystkie siły późnym wieczorem przesunięto na ustalone miejsca tak, aby od samego rana panował całkowity spokój wzdłuż trasy marszu Krzyżaków. Już po świtaniu straże rozstawione wzdłuż traktu przywiodły dwóch podpitych giermków, których wysłano z wiadomościami do wójta Hammersteinu. Wystraszeni pijaczkowie wyznali, że Krzyżacy są pewni zwycięstwa, bo w Wałczu nie ma załogi. Oni wyjechali przed świtem, a całe wojsko wyruszy po śniadaniu.
Wśród rycerskiej młodzi uwidaczniało się narastające zniecierpliwienie, ale Jaśko, Trajan i Bolko studzili przedwczesny zapał bojowy, przypominali ustawienie w szyku bojowym i kazali w cieniu drzew wypoczywać. Jakoż około południa Dybek ze Skały przysłał umyślnego z wiadomością, że należy się gotować do bitwy.
Krzyżacy szli spokojnie w luźnym szyku, jakby nie na wojnę. Wielu w lekkich zbrojach, bez hełmów i bez kopii. Tu i ówdzie przypijano do siebie, podając z rąk do rąk gąsiory. Giermkowie i pomocni byli objuczeni, tabor bowiem w części poszedł z wójtem Hammersteinu, a reszta miała przybyć z pozostałymi siłami. Pomocni zwłaszcza uwijali się między szykiem, spełniając życzenia swoich panów i rycerzy – gości zakonu. Nawet wśród knechtów pieszych nie było tego charakterystycznego im ładu, a szyk łamał się bezustannie. Jeszcze gorzej przedstawiały się posiłki wójta Nowej Marchii.
Rycerstwo polskie ustawiono w dwóch rzutach. Gdy czoło krzyżackiej kolumny dotarło do zakrętu traktu, za którym były zasieki, Trajan i Bolko na czele pierwszego rzutu uderzyli na tyły kolumny krzyżackiej, wbijając pieszych z Marchii w szyk knechtów, robiąc w nim wyłom i potworne zamieszanie, po czym – odrzucając skruszone kopie, tnąc zaciekle toporami i mieczami – na znak dany przez Trajana zepchnęli pieszych wojów na boki traktu w zarośla, a w powstały wyłom runął drugi rzut na czele z Jaśkiem, spychając knechtów, którzy jeszcze nie zdążyli sformować szyku bojowego, na jezdne rycerstwo. Dwóch braci zakonnych i pięciu rycerzy – gości położono trupem w tym uderzeniu.
Z tyłu bitwa na moment zamarła. Szukających ucieczki pieszych wyłapywali lub wybijali ustawieni za zaroślami chłopi, bartnicy i leśni ludzie. Czekający na dogodny moment służebni donosili rycerzom kopie, a Trajan pospiesznie formował szyk.
Trzecie uderzenie dopełniło losu tej bitwy. Knechci wciśnięci między konnych rycerzy Zakonu i gości stanowili tylko przeszkodę. Na Krzyżaków wyłuskiwanych początkowo zza zasieków uderzył teraz starosta. Widząc, co się dzieje, goście Zakonu zdali się. Knechci rzucali tarcze, broń i klękając, wznosili w górę ręce. Kto tego nie czynił, padał pod razami topora lub miecza. A zaciekłość po polskiej stronie była wielka. Tylko konni Zakonu bronili się zajadle. Cóż jednak z tego? Jeśli któryś odcinał się rycerzowi, z boku lub z tyłu dosięgała go kopia lub maczuga. Padli wszyscy.
Jaśko z pilnującym go jak własnego oka Tatarem Gabdym i z dwoma Starżami u boku przebił się niemal do zwalonych pni. Wtedy to prowadzący oddział krzyżacki rycerz zakonny, który do tej pory nie brał udziału w walce i zbierał wokół siebie rycerzy oraz knechtów, by stawić opór i wyjść z opresji, runął jak burza na Jaśka, lecz nim zdążył wznieść swój miecz, by razić nim przeciwnika, uderzony przez Tatara z olbrzymią siłą wielką maczugą spadł na ziemię, a na niego padł jego rumak, przewrócony przez trudne do powstrzymania konie Jaśka i Gabdego. To ostatecznie przesądziło o losach bitwy.
Pięciu rycerzy, gości Zakonu, których ogarnął Daniłko, a którzy wykrzykiwali na nierozumiejącego ich Rusina, gdy zobaczyli przed sobą na wielkim rumaku równie wielkiego Tatara o dzikim spojrzeniu i wyszczerzonych w złowrogim uśmiechu, pod opadającymi wąsami, zębach, struchleli z przerażenia. Widzieli już swój krwawy koniec.
Bitwa dogasała w gąszczu puszczy, gdzie wyławiano ukrytych i wybijano próbujących stawiać opór. Przed zwalonymi drzewami leżeli wszyscy rycerze zakonni oraz pięciu gości zakonu. Wśród gości pozostałych przy życiu trzech było ciężko poranionych. Wzięto około czterdziestu jeńców, którzy popędzani przez czeladź pilnie usuwali z traktu przeszkody, by strudzeni zwycięzcy mogli swobodnie wrócić do Wałcza.
Z polskich rycerzy nie zginął nikt. Jednak brak rycerskiego doświadczenia, zapalczywość i chęć pokazania się w walce spowodowały, że odniesiono wiele niepotrzebnych ran. Jednak nie umniejszyło to radości z odniesionego zwycięstwa i chrztu bojowego własną krwią poświadczonego.
Młodzi polscy rycerze półkolem otoczyli pobojowisko, na które co rusz doprowadzano wyłapanych w puszczy jeńców. Większość była już ogołocona przez chłopów i nieźle poturbowana. Starosta Dobrogost poprosił Jaśka i Trajana na krótką naradę.
– Nie ma jeszcze wieści, co się dzieje w Hammersteinie. Nie będziemy tu popasać. Rycerze zakonni padli wszyscy. Ich mienie odeślemy do Króla Pana. Z pozostałymi postąpimy podług naszego rycerskiego obyczaju. Knechtów i piechotę z Marchii w niewolę. Kogo pilnie trzeba, niech słudzy opatrzą na miejscu. Ruszamy do Wałcza.
Starosta zamilkł i spojrzał na Trajana.
– Poszukajcie wśród knechtów takiego, którego można odesłać do Hammersteinu z wiadomością, by przyszli zabrać swoich pobitych. To powinno ich powstrzymać przed dalszymi działaniami.
W Wałczu nie świętowano, gdyż nie wiadomo było, co może uczynić komtur Arnold von Baden. Podjęte przygotowania do obrony kontynuowano. Starosta wysłał posłańców z listami do wszystkich przygranicznych starostów z wiadomościami o wydarzeniach ostatnich dni, prosząc jednocześnie o nadesłanie pomocy, gdyby była taka potrzeba. Wiadomość wysłano także do kasztelana krakowskiego.
Wzięci do niewoli rycerze, z wyjątkiem jednego frankończyka, pochodzili z krajów niemieckich. Ponieważ zachowywali się butnie, mimo iż wyjaśniono im, że brali udział w podstępnym napadzie na Rzeczypospolitą, nie spodziewano się, że dotrzymają rycerskiego słowa, gdy wypuści się ich na parol. Podzielono ich na dwie grupy i odesłano do Ossolina i Morawicy. Tam miały rozstrzygnąć się ich dalsze losy.
Na pograniczu polsko-krzyżackim nigdy nie było spokoju. Akcja każdej ze stron spotykała się z odpowiedzią strony przeciwnej. Krzyżacy nagminnie łamali postanowienia zawartych porozumień. Mimo nalegań kancelarii królewskiej nie sposób było nad tym wszystkim zapanować, gdyż samowoli nie brakowało po obu stronach.
W połowie marca wojewoda sandomierski podziękował Starżom za służbę na granicy i zwolnił ich z tego obowiązku. Starosta Dobrogost, dzięki wsparciu ze skarbca królewskiego, opatrzył dobrze Wałcz i należycie przygotował stałą załogę.
Jaśko wracał do dom zadowolony, bo nie dość, że doświadczenia bojowego przybyło, to i trzos napęczniał. Mimo iż pogoda była nie najlepsza, oczy jego wyrażały radość z życia. Wracający z nim Starże też nie mieli powodów do zmartwień. Rycerska służba zaszczytna, to i sławy rycerskiej przybędzie. Na zamku w Kole popasali dwa dni, bo śnieg z deszczem i silny wiatr nie zachęcały do podróży. Trzeciego dnia poprawiło się na tyle, że po sutym śniadaniu wyruszono w dalszą drogę. Nie ujechano zbyt daleko. Na krótko przed Kościelcem lunął silny deszcz. Opończe przemokły całkiem i trzeba było przerwać dalszą podróż w najbliższej przydrożnej karczmie, by się osuszyć. Na zewnątrz czyjeś zaobroczone konie przygotowywano do drogi. Z wnętrza dochodził gwar. Tatar Gabdy, wiedziony jakimś swoim stepowym instynktem, kazał Daniłce i innym służebnym, by jeszcze poczekali przy koniach, aż on wróci.
Karczmarz, widząc wchodzących rycerzy, uwolnił stół i ławy, zapraszał w ukłonach do zajmowania miejsc. Jaśko, zrzuciwszy przemoczoną opończę, chętnie zasiadł. To samo uczynili pozostali. Na ławach przy palenisku zapanował spokój. Nie zwrócono na to uwagi. Odsunęła się zasłona i do karczmy wszedł Tatar. Zmierzał w kierunku ławy, na której siedział Jaśko. Raptem stanął, spojrzał w stronę paleniska, rozwarł oczy, podniósł przed siebie dłonie z rozczapierzonymi palcami i wprost zawył nieludzkim głosem, rzucając się naprzód. Potknął się o ciężki stół, lecz szybko odzyskał równowagę. To wystarczyło, by naprzeciw niego stanęło dwóch lekko uzbrojonych, niewątpliwie rycerskiego stanu. Sięgali po krótkie miecze. Nie zdążyli. Gabdy nadludzką chyba siłą schwycił ich, uderzył o siebie i odrzucił jak dwa pęki siana. A przed nim był on. Zamierzał się nań wydobytym krótkim mieczem. Poznał go Trajan. Błyskawicznie dobył miecza i ciął we wzniesiony miecz tak, że wpadł on do paleniska. Tamten odepchnął na nich ławę, skoczył i po chwili był na koniu.
– Awdaniec! – krzyknął Trajan.
Jaśko zrozumiał w lot całą sytuację. Wypadł zaraz za Awdańcem, a za nim Gabdy i Trajan. Gnali, ile tylko konie zmogły. Z Awdańcem uciekało jeszcze trzech, którzy w pełnym galopie dokonali zwrotu i próbowali dać opór. Na próżno. Dwóch padło pod toporami Jaśka i Trajana, trzeciego przewrócił Gabdy. Awdaniec wpadł na groblę prowadzącą przez bagnisko, do dworu w Kościelcu. A potem na most. Z dworu na widok tego, co się dzieje, wypadło kilku pieszych na pomoc ściganemu. Most był wąski. Gabdy, nie mogąc dosięgnąć Awdańca, kopnął potężnie w zad jego konia, a tenże zachwiał się i runął wraz z jeźdźcem do bagniska. Za nim, porzucając konia, skoczył Tatar.
Jaśko, Trajan i pozostali, Starże roztrącając i tratując idących Awdańcowi w pomoc, wpadli na dziedziniec dworu.
– Nie daj Bóg, by ktoś wyciągnął rękę w pomoc temu zbójowi. Padnie pod moim toporem. On moją matkę zbezcześcił i zabił. Teraz zapłaci! – Jaśko trzymał wzniesiony ku górze zakrwawiony topór.
W rozwartą bramę Tatar, Daniłko i dwóch z rycerskiej czeladzi wciągali opierającego się Awdańca.
– On mój – stanowczo i spokojnie powiedział, patrząc na Jaśka, ubłocony Tatar.
Nieopodal bramy rósł potężny dąb. Tatar wskazał go Daniłce. Ten, wraz z pomocnikami, ciągnął tam opierającego się Awdańca. Był on rosły i silny. Zaparł się nogami, rękoma ucapił ciągnących go i w swej wściekłości zaczął nimi pomiatać. Na to podszedł Tatar i zdzielił go pięścią w kark tak, że zmiękł. Rzemieniami przywiązano mu ręce i nogi do dębu.
– Wody – powiedział do Daniłki Jaśko.
Pojmanego zlano wodą przynoszoną ze studni. Tak obmyty i całkiem przytomny, złowrogo patrzył to na Jaśka, to na Tatara, to z nadzieją na miejscowych, bo jedynie od nich mógł oczekiwać ratunku.
Jaśko, siedząc na koniu, podjechał do Awdańca.
– Mienisz się rycerzem i jako tenże rycerz dokonałeś czynu niegodnego i hańbiącego, porywając się na bezbronną niewiastę. Mógłbym cię za to zabić, ale nie uczynię tego. Będziesz żył, jeno każdego dnia tego życia będziesz prosił Boga, by zesłał ci śmierć. – Zakrwawionym toporem tkwiącym wciąż w jego dłoni skinął na Tatara.
Tatar dziwnie jakoś spojrzał na Jaśka tak dzikim spojrzeniem, że ten się wzdrygnął. Potem stanął naprzeciw pojmanego i tym strasznym wzrokiem wodził po całej jego postaci. Podszedł doń Daniłko i spojrzał mu w twarz. Tatar położył mu rękę na ramieniu, potrząsnął lekko młodzieńcem, jakby dziękując mu. Wyjął zza grubego, nabijanego żelaznymi łuskami kaftana długi, zakrzywiony, lśniący kindżał. Podszedł do uwięzionego, rozciął jego dolne odzienie tak, że opadło, ukazując szczegóły ciała. Wziął w dłoń jego męskie narządy i po krótkim cięciu nożem wyrwał jedno jądro i rzucił je psom. Awdaniec zawył wprost nieludzkim głosem. Po chwili zrobił to samo z drugim. I znowu rozległo się wycie Awdańca, tak doniosłe, że wszystkie okoliczne wrony zerwały się w powietrze.
Tatar odwrócił się, spokojnym, posuwistym krokiem podszedł do swego konia. Ze skórzanej torby przytroczonej do siodła wyjął dwa przedmioty. Jeden, żelazny, podał Daniłce. Drugim była zwierzęca łapa o ostrych pazurach. Podszedł ponownie do Awdańca, umoczył łapę w spływającej po nogach krwi, a następnie otoczył ją czarną ziemią i rozorał tym policzki jeńca. Teraz cofnął się odeń na trzy kroki, odrzucił łapę, opuścił ręce i stojąc w rozkroku, z lubością w oczach czekał. Minęło trochę czasu, gdy pojawił się z dymiącym garncem Daniłko. Postawił garniec pełen żaru przed Tatarem. Ten podszedł do Awdańca i tym samym nożem rozciął mu na piersiach skórzany kaftan. Wyjął zza pasa rękawicę, nałożył ją, z garnca wyjął wystający przedmiot i spojrzał na Daniłkę. Ten podszedł do Awdańca i odsunął poły kaftana. Tatar przyłożył żelazo do prawej, a potem lewej piersi Awdańca, aż zaskwierczała skóra jego ciała. Tak odbił klejmo Toporów na ciele swego i ich wroga. Włożył żelazo do żaru, poczekał chwilę, wziął w garść włosy z czoła Awdańca i zciął je nożem. Ponownie wyjął z żaru żelazo i wypalił klejmo na jego czole. Oddał żelazo Daniłce, swój zakrwawiony nóż zagłębił pod prawym okiem jeńca i powoli mu je wydłubał.
Jaśko z wysokości swego wierzchowca spokojnie, bez podniecenia patrzył na te czynności.
Wreszcie – pomyślał – to ścierwo normańskie czy może piastowskie ma to, na co zasłużył.
Podjechał doń Trajan i wskazał na grupę jezdnych oraz pieszych, którzy, nie kryjąc wrogich zamiarów, zbliżali się do grobli. Jaśko wskazał głową w ich kierunku, po czym podjechał do krwawiącego przy dębie Awdańca.
– Nie podniesiesz więcej zbrojnej prawicy przeciw Starżom – powiedział głośno i obuchem swego topora zmiażdżył mu prawą dłoń, wbijając ją niemal w pień drzewa.
– Starże, za mną! – zawołał i wskazując most, ruszył przeciw nadchodzącym zbrojnym.
Potyczka trwała krótko. Spieszący z pomocą najechanym nie zdzierżyli uderzenia lepiej uzbrojonych Toporów. W starciu i ucieczce zginęło ich kilku. Trajan i Jaśko wrócili do dworu. Tatar siedział już na koniu i patrzył na swoje dzieło.
– Opatrzcie go. Niech teraz on nosi swoje cierpienie do końca dni jego. – Jaśko skinął na Tatara i ruszyli w stronę mostu, na którym, na niecierpliwym wierzchowcu, stał Trajan. W oddali widać było dymy. Paliły się dwie wsie.
– Co teraz? – Trajan spojrzał na Jaśka.
– Nie darujemy wam tego! – usłyszeli za sobą głos przysadzistej niewiasty.
Jaśko milczał.
