Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tysiące lat temu dwa antyczne mocarstwa wszczęły wojnę. Zwycięzca zagarnął bezcenny skarb, który wkrótce zaginął w mroku dziejów.
W 1800 roku podczas przeprawy przez Alpy Napoleon Bonaparte dokonał zdumiewającego odkrycia i oznaczył jego miejsce na zaszyfrowanej mapie. Lecz mapa Napoleona zniknęła, a pamięć o niej przeminęła jak triumfy Wielkiej Armii…
Aż do dziś.
Małżeństwo Sam i Remi Fargo, miłośnicy historii i poszukiwacze skarbów, znajdują na mokradłach w Maryland… niemieckiego U-Boota z czasów wojny. I coś, co może być kluczem do zaginionej mapy Napoleona. Co wciągnie ich w pojedynek z ogarniętym obsesją szaleńcem, dla którego starożytny skarb jest cenniejszy niż ludzkie życie.
Cykl: Przygody Fargo, t. 1
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Słupsku
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Słupcy
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 432
Rok wydania: 2011
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
NOWY BESTSELLER WIELKIEGO MISTRZA PRZYGODY
AMBER
GRANT BLĄĘKWOOD
ZŁOTO SPARTAN
Powieści Clive ' a C u ssie r a
AFERA ŚRÓDZIEMNOMORSKA ATLANTYDA ODNALEZIONA ARKTYCZNA MGŁA BIEGUNY ZAGŁADY BŁĘKITNE ZŁOTO CERBER CYKLOP CZARNY WIATR KORSARZ LODOWA PUŁAPKA
MEDUZA MILCZĄCE MORZE NA DNO NOCY ODYSEJA TROJAŃSKA OGNISTY LÓD OPERACJA „HF" PODWODNI ŁOWCY PODWODNI ŁOWCY 2 PODWODNY ZABÓJCA POTOP POŚCIG SAHARA SKARB SKARB CZYNGIS-CHANA SMOK STATEK ŚMIERCI ŚWIĘTY KAMIEŃ TAJNA STRAŻ VIXEN 03 WĄŻ WIR PACYFIKU WYBRZEŻE SZKIELETÓW WYDOBYĆ „TITANICA" ZABÓJCZE WIBRACJE ZAGINIONE MIASTO ZŁOTO INKÓW ZŁOTY BUDDA ŻEGLARZ
ZŁOTO SPARTAN
6
9
10
12
13
14
15
17
18
19
xv©cfę<8>A(B
32
33
34
35
36
37
38
39
40
41
43
44
45
46
50
52
53
54
55
56
57
ZŁOTO SPARTAN
Przekład MACIEJ PINTARA
&
AMBER
Redakcja stylistyczna Joanna Złotnicka
Korekta
Jolanta Gomółka Jolanta Kucharska
\£.\
Zdjęcie na okładce © Tom Hallman
Zdjęcie autora Zbiory Clive'a Cusslera
Skład
Wydawnictwo AMBER -
Jacek Grzechulski
Druk
Opolgraf S.A., Opole
Tytuł oryginału Spartan Gold
Copyright © 2009 by Sandecker, RLLLP Ali rights reserved.
By arrangement with Peter Lampack Agency, Inc.
551 Fifth Avenue, Suitę 1613 New York, NY 10176-0187 USA
For the Polish edition
Copyright © 2010 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o. ISBN 978-83-241-3869-2
Warszawa 2011. Wydanie I
Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o. 02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63 lei. 620 40 13, 620 81 62
www.wydawnictwoamber.pl
Prolog
Wielka Przełęcz Świętego Bernarda, Alpy Pennińskie,
maj 1800
Podmuch wiatru sypnął śniegiem w nogi konia imieniem Styrie. Zwierzę parsknęło nerwowo i zboczyło ze szlaku, zanim jeździec cmoknął kilka razy i je uspokoił. Napoleon Bonaparte, cesarz Francuzów, postawił kołnierz szynela i zmrużył oczy. Na wschodzie dostrzegł poszarpany zarys Mont Blanc o wysokości ponad czterech tysięcy ośmiuset metrów.
Pochylił się w siodle i pogłaskał wierzchowca po szyi.
- Widziałeś już gorsze rzeczy, stary druhu.
Arab Styrie, którego Napoleon zdobył podczas kampanii egipskiej dwa lata wcześniej, doskonale spisywał się na polu bitwy, ale zimno i śnieg wyraźnie mu nie służyły. Urodzony i wyhodowany na pustyni, przywykł do tego, że wiatr ciska w niego piaskiem, nie lodem.
Napoleon odwrócił się i przywołał gestem swojego ordynan-sa Constanta, który stał trzy metry dalej i trzymał muły. Za nim, wzdłuż krętego szlaku, ciągnęła się kilometrami kolumna złożona z czterdziestu tysięcy żołnierzy z końmi, mułami i jaszczami.
Constant odwiązał pierwszego muła i pośpieszył naprzód. Napoleon podał mu wodze Styrie, po czym zsiadł z konia w sięgający kolan śnieg.
- Niech odpocznie - powiedział. - Chyba podkowa znów go uwiera.
- Zajmę się tym, generale.
W kraju Napoleon wolał tytuł pierwszego konsula, a podczas kampanii - generała. Nabrał powietrza do płuc, naciągnął mocniej kapelusz w kształcie pieroga i popatrzył w górę na granitowe szczyty wokół nich.
- Piękny dzień, czyż nie, Constant?
- Skoro pan tak mówi, generale - mruknął ordynans.
Napoleon uśmiechnął się pod nosem. Constant był z nim od
wielu lat i należał do wąskiego grona jego podwładnych, którym pozwalał na trochę sarkazmu. No cóż, pomyślał, Constant jest już stary i zimno przenika go do szpiku kości.
Napoleon Bonaparte, mężczyzna średniego wzrostu, barczysty, o mocnej szyi, miał orli nos, wyraziste usta i szare oczy o przenikliwym spojrzeniu.
- Laurent dał znać? - zapytał Constanta.
- Nie, generale.
General de dwision, czyli generał dywizji Arnaud Laurent, jeden z najbardziej zaufanych dowódców i najbliższych przyjaciół Napoleona, poprowadził dzień wcześniej oddział żołnierzy w głąb przełęczy na zwiady. Wprawdzie nie spodziewali się napotkać tu nieprzyjaciela, ale Napoleon już dawno nauczył się być przygotowany na pozornie niemożliwe. Zbyt wielu wybitnych dowódców zawiodły ich przypuszczenia. Choć tutaj największym wrogiem jego armii była pogoda i teren.
Położona na wysokości ponad dwóch tysięcy czterystu metrów Wielka Przełęcz Świętego Bernarda od wieków stanowiła główną drogę przez góry. Tędy, przez Alpy Pennińskie na granicy Szwajcarii, Włoch i Francji, przeprawiały się armie: Galowie w 390 roku p.n.e. ciągnęli na podbój Rzymu; w roku 217 p.n.e. Hannibal dokonał słynnego przejścia na słoniach; Karol Wielki w roku 800 wracał z Rzymu po koronacji na cesarza.
Zacne towarzystwo, pomyślał Napoleon. Nawet jeden z jego poprzedników, król Francji Pepin Krótki, szedł w 753 roku przez Alpy Pennińskie na spotkanie z papieżem Stefanem II.
Bonaparte obiecał sobie, że dowiedzie swej wielkości właśnie tu, w miejscu, gdzie inni władcy nie zdołali tego dokonać. Ogrom jego imperium przejdzie najśmielsze marzenia tamtych. Nic nie stanie mu na przeszkodzie. Ani potężne armie, ani nieprzyjazna pogoda, ani groźne góry, a już z pewnością nie jacyś austriaccy parweniusze.
Rok wcześniej, gdy jego armia podbijała Egipt, Austriacy ponownie zajęli włoskie terytorium należące do Francji na mocy pokoju w Campo Formio. Ich panowanie nie potrwa długo. Nie spodziewają się ataku o tak wczesnej porze roku, bo nawet nie przejdzie im przez myśl, że jakaś armia mogłaby pokonać Alpy Pennińskie zimą. Nie bez powodu.
Strome skalne ściany i kręte wąwozy były istnym koszmarem nawet dla pojedynczych podróżników, a cóż dopiero dla czterdziestotysięcznej armii. Od września na przełęczy leżało kilka metrów śniegu, a temperatura nie przekraczała zera. Zaspy wysokie na dziesięciu mężczyzn wyłaniały się zza każdego zakrętu i groziły pogrzebaniem ludzi i koni. Nawet w słoneczne dni mgła spowijała ziemię aż do późnego popołudnia. Wichury często zrywały się znienacka i powodowały takie zamiecie, że widoczność spadała do metra. A najbardziej przerażające były lawiny - ściany śniegu, nierzadko o szerokości prawie kilometra, które pędziły z hukiem w dół górskich zboczy i stawały się grobem każdego, kto znalazł się na ich drodze. Jak dotąd, dzięki Bogu, niegościnne Alpy zabrały tylko dwustu żołnierzy Napoleona.
Bonaparte odwrócił się do Constanta.
- Meldunek kwatermistrza.
- Oto on, generale. - Ordynans wyciągnął plik kartek z wewnętrznej kieszeni płaszcza i podał Napoleonowi.
Ten przebiegł wzrokiem liczby. To prawda, że żołnierze przede wszystkim muszą mieć prowiant, pomyślał. Jego ludzie wypili dotychczas dziewiętnaście tysięcy osiemset siedemnaście butelek wina oraz zjedli tonę sera i siedemset siedemdziesiąt jeden kilogramów mięsa.
Od strony przełęczy na wprost dobiegły okrzyki:
- Laurent! Laurent!...
- Nareszcie - rzekł Napoleon.
Z zadymki wyłoniła się grupa dwunastu jeźdźców. Byli znakomitymi żołnierzami, najlepszymi, jakich miał, takimi jak ich dowódca. Mimo silnego wiatru wszyscy prosto trzymali się w siodłach, żaden nawet nie pochylił głowy. Generał Laurent osadził konia na miejscu tuż przed Napoleonem, zasalutował i zeskoczył z wierzchowca. Bonaparte uściskał go serdecznie, po czym cofnął się i skinął na Constanta. Ordynans podbiegł do Laurenta i podał mu butelkę brandy. Generał wypił solidny łyk, potem drugi i oddał butelkę.
- Melduj, stary druhu - powiedział Napoleon.
- Pokonaliśmy około trzynastu kilometrów. Ani śladu sił nieprzyjaciela. Pogoda się poprawia na mniejszych wysokościach, głębokość śniegu też maleje. Stąd będzie już tylko łatwiej.
- To dobrze... bardzo dobrze.
- Jest jedna rzecz godna uwagi. - Laurent ujął Napoleona za łokieć i odprowadził kawałek na bok. - Coś znaleźliśmy, generale.
- Zechciałbyś to opisać?
- Lepiej, żeby pan sam to zobaczył.
Napoleon przyjrzał się uważnie twarzy starego i dostrzegł w jego oczach ledwo powstrzymywane zniecierpliwienie. Znał Laurenta od czasu, gdy obaj mielr po szesnaście lat i byli porucznikami w pułku artylerii La Fere, wiedział więc, że nie ma on skłonności do przesady. Musiał znaleźć coś naprawdę ważnego.
- Czy to daleko? - zapytał.
- Cztery godziny jazdy.
Napoleon popatrzył na niebo. Było już późne popołudnie. Nad szczytami zbierały się ciemne chmury. Nadciągała burza.
- Doskonale - rzekł i klepnął Laurenta w ramię. - Wyruszymy
0 brzasku.
Zgodnie ze swoim zwyczajem Napoleon spał pięć godzin
1 wstał o szóstej, na długo przed świtem. Zjadł śniadanie, a potem czytał nocne meldunki dowódców swoich półbrygad przy dzbanku mocnej gorzkiej herbaty. Laurent przybył ze swoim oddziałem tuż przed siódmą i wyruszyli w dolinę szklakiem przetartym przez niego dzień wcześniej.
W nocy prawie nie padało, ale porywisty wiatr uformował nowe zaspy, które tworzyły śnieżny kanion wokół Napoleona i jego jeźdźców. Konie wypuszczały obłoki pary, a przy każdym ich kroku biały puch wirował w powietrzu. Napoleon zdał się na Styrie, ufając, że arab będzie się trzymał ścieżki, a sam przyglądał się zaspom, na których wiatr wyżłobił rozmaite zawijasy i spirale.
- Upiornie tu, prawda, generale? - zagadnął Laurent.
- Po prostu cicho — odparł Napoleon. — Jeszcze nigdy nie słyszałem takiej ciszy.
- Jest cudownie - zgodził się Laurent. - I niebezpiecznie.
Jak na polu bitwy, pomyślał Napoleon. Poza łożem, które dzielił z Józefiną, nigdzie nie czuł się tak dobrze jak na polu bitwy. Huk armat, trzaski muszkietów, ostry zapach prochu... Kochał to wszystko. Już niedługo, gdy tylko pokonamy te przeklęte góry... Uśmiechnął się do własnych myśli.
Jeździec na czele uniósł pięść, dając sygnał do postoju. Napoleon patrzył, jak mężczyzna zsiada z konia i brnie przez głęboki śnieg, przyglądając się uważnie zaspom. Wkrótce zniknął za zakrętem.
- Czego on szuka? - zapytał Bonaparte.
- Świt to jedna z najgorszych pór, jeśli chodzi o lawiny - wyjaśnił Laurent. - W nocy wiatr utwardza wierzchnią warstwę śniegu, tak że powstaje skorupa, ale puch pod spodem pozostaje miękki. A kiedy wzejdzie słońce, skorupa zaczyna tajać. Często jedynym ostrzeżeniem jest odgłos, jakby sam Bóg grzmiał z niebios.
Niebawem prowadzący jeździec pojawił się z powrotem na szlaku. Pokazawszy gestem Laurentowi, że wszystko jest w porządku, dosiadł konia i ruszył dalej.
Jechali krętą doliną opadającą do podnóży gór. Po dwóch godzinach znaleźli się w wąskim kanionie, gdzie poszarpany szary granit przeplatał się z lodem. Jeździec na czele znów zasygnalizował postój i zsiadł z konia. Laurent zrobił to samo, a Napoleon poszedł w jego ślady. Rozejrzał się i zapytał:
- To tu?
Laurent uśmiechnął się tajemniczo.
- Tu, generale. - Odczepił dwie lampy olejne od siodła. - Proszę za mną.
Ruszyli wzdłuż szlaku. Minęli sześć koni, których jeźdźcy stali wyprężeni na baczność, a Napoleon każdemu kiwał głową. Gdy dotarł do czoła kolumny, on i Laurent przystanęli. Po kilku minutach prowadzący jeździec wyłonił się zza wypiętrzenia skalnego po lewej stronie i dobrnął do nich przez śnieg.
- Pamięta pan sierżanta Pelletiera, generale? - spytał Laurent.
- Oczywiście - rzekł Napoleon. - Jestem do waszej dyspozycji, Pelletier. Prowadźcie.
Sierżant zasalutował, chwycił zwój liny ze swojego siodła i zszedł ze szlaku na ścieżkę, którą właśnie wydrążył w zaspach. Poprowadził ich w górę zbocza do podnóża granitowej ściany, gdzie skręcił pod kątem prostym, pokonał jeszcze pięćdziesiąt metrów i zatrzymał się przy niszy w skale.
- Piękne miejsce - stwierdził Napoleon. - Co to jest?
Laurent skinął na Pelletiera, a sierżant uniósł muszkiet wysoko nad głowę i uderzył kolbą w skałę. Zamiast trzasku drewna o kamień Napoleon usłyszał odgłos pękającego lodu. Pelletier uderzył jeszcze cztery razy i pojawiła się pionowa szczelina. Miała ponad pół metra szerokości i prawie dwa wysokości.
Napoleon zajrzał do środka, ale zobaczył tylko ciemność.
- Latem - powiedział Laurent - wejście zasłaniają krzaki i pnącza, a zimą śnieg. Zapewne w środku jest jakieś źródło wilgoci i stąd ta warstwa lodu.
- Interesujące. Kto to odkrył?
- Ja, generale - odparł Pelletier. - Zatrzymaliśmy się, żeby konie odpoczęły, i musiałem... no... poczułem potrzebę...
- Rozumiem, sierżancie, mówcie dalej.
- Odszedłem trochę za daleko, generale, a kiedy skończyłem, oparłem się o skałę, żeby odetchnąć, i lód ustąpił za mną. Wszedłem kawałek w głąb i nie zastanawiałem się nad tym, dopóki... Powinien pan zobaczyć to na własne oczy, generale.
Napoleon zwrócił się do Laurenta.
- Byłeś w środku?
- Tak, generale. Ja i sierżant Pelletier. Nikt więcej.
- Doskonale, Laurent, pójdę za tobą.
Korytarz, który ciągnął się przez sześć, siedem metrów i był tak niski, że musieli iść zgarbieni, prowadził do skalnej groty. Idący przed Napoleonem Laurent i Pelletier odsunęli się na bok, by go przepuścić, po czym unieśli lampy i oświetlili jaskinię chybotliwym żółtym blaskiem.
Miała wymiary mniej więcej piętnaście na osiemnaście metrów i była istnym lodowym pałacem. Lód pokrywający podłogę i ściany w niektórych miejscach był gruby na kilkadziesiąt centymetrów, w innych zaś tak cienki, że widać było cień szarej skały pod spodem. Lśniące stalaktyty zwisały tak nisko, że stapiały się ze stalagmitami, tworząc lodowe rzeźby w kształcie klepsydry, a sklepienie, gdzie lód był nierówny, wyglądało jak rozgwieżdżone niebo. Z głębi jaskini dochodził odgłos kapiącej wody, a z jeszcze dalszej odległości słaby świst wiatru.
- Coś wspaniałego - szepnął zachwycony Napoleon.
- Oto, co znalazł Pelletier. - Laurent oświetlił lampą jakiś przedmiot na podłodze pod ścianą.
Napoleon podszedł bliżej i rozpoznał tarczę. Miała mniej więcej półtora metra wysokości, jakieś pół metra szerokości i kształt ósemki. Była zrobiona z wikliny i pokryta spłowiałą czerwoną skórą, na której widniały zachodzące na siebie czarne kwadraty.
- Stara - ocenił Napoleon.
- Co najmniej sprzed dwóch tysięcy lat - rzekł Laurent. -
0 ile pamiętam, to gerron, tarcza, jakich używali żołnierze lekkiej piechoty perskiej.
- Mon dieu...
- To nie wszystko, generale. Tędy.
Lawirując między stalaktytami, poprowadził Napoleona przez jaskinię do wejścia do następnego tunelu o owalnym przekroju
1 wysokości nieco ponad metra.
Pelletier zdjął z ramienia zwój liny i zawiązał jej koniec wokół podstawy stalagmitu.
- Schodzimy w dół, do czeluści piekła? - zapytał Napoleon.
- Nie, generale - odparł Laurent. - Na drugą stronę.
Oświetlił owalny tunel. Kilka kroków w głąb był lodowy most,
który ciągnął się nad rozpadliną i znikał w następnym korytarzu.
- Byłeś po drugiej stronie? - spytał Bonaparte.
- Tak, most jest całkiem mocny. To oblodzona skała. Ale lepiej być ostrożnym.
Laurent zawiązał linę wokół pasa Napoleona, a potem własnego. Pelletier szarpnął przymocowany do stalagmitu drugi koniec i skinął głową.
- Proszę patrzeć pod nogi, generale - powiedział Laurent, wchodząc do tunelu. Napoleon odczekał chwilę i ruszył za nim.
Posuwali się ostrożnie nad rozpadliną. W połowie drogi Napoleon spojrzał w dół, zobaczył tylko ciemność. Półprzezroczyste lodowe ściany opadały w mroczną otchłań.
Wreszcie dotarli na drugą stronę i pokonali następny tunel, który prowadził do drugiej lodowej jaskini, mniejszej niż pierwsza, ale z wysokim łukowym sklepieniem. Trzymając lampę przed sobą, Laurent wszedł do groty i przystanął obok dwóch kolumn o wyglądzie oblodzonych stalagmitów. Każda miała ponad trzy metry wysokości i ścięty wierzchołek.
Napoleon podszedł do jednej z nich, zatrzymał się i zmrużył oczy. Zauważył, że to nie stalagmit, lecz słup litego lodu. Położył na nim dłoń i przyjrzał się dokładniej.
Spod lotu patrzyło na niego złote oblicze kobiety.
Mokradła Great Pocomoke, Maryland, czasy współczesne
Sam Fargo podniósł się z przysiadu i spojrzał na swoją żonę, która stała po pas w rzadkim czarnym błocie. Jaskrawożółte wodery podkreślały kasztanowy kolor jej lśniących włosów. Poczuła na sobie jego wzrok, odwróciła się i, zdmuchnąwszy kosmyk włosów z policzka, spytała:
- Co się tak uśmiechasz, Fargo?
Kiedy pierwszy raz włożyła buty wędkarskie, popełnił błąd, mówiąc, że wygląda zabawnie. Zmiażdżyła go wzrokiem, więc szybko dodał, że również seksownie, ale to nie uratowało sytuacji.
- Do ciebie - odparł teraz. - Wyglądasz pięknie, Longstreet.
Gdy Remi była zła na męża, zwracała się do niego po nazwisku, a on odwzajemniał się tym samym.
Uniosła ręce ubrudzone do łokci szlamem i powiedziała, z trudem tłumiąc śmiech:
- Chyba oszalałeś. Twarz mam pokąsaną przez komary, a włosy lepią mi się do głowy.
Podrapała się w brodę, zostawiając na niej czarny ślad.
- To tylko dodaje ci uroku.
- Kłamca.
Sam wiedział, że wbrew zniesmaczonej minie Remi jest starą wygą, niemającą sobie równych. Kiedy nastawi się na osiągnięcie celu, nic jej nie zrazi.
- No cóż - powiedziała. - Muszę przyznać, że ty też wyglądasz całkiem nieźle.
Sam uchylił w jej kierunku sfatygowanej panamy i wrócił do pracy, czyli usuwania błota z zanurzonego kawałka drewna, w nadziei, że to część kufra.
Od trzech dni przeczesywali mokradła w poszukiwaniu choćby jednej wskazówki, że są na właściwym tropie. Żadne z nich nie miało nic przeciwko szukaniu wiatru w polu - to normalne przy poszukiwaniu skarbów - ale zawsze lepiej w końcu znaleźć ten wiatr.
Tym razem podążali śladem mrocznej legendy. Wprawdzie o pobliskich zatokach Chesapeake i Delaware mówiono, że są cmentarzyskiem prawie czterech tysięcy wraków, lecz skarb poszukiwany przez Sama i Remi znajdował się na lądzie. Miesiąc wcześniej Ted Frobisher, zaprzyjaźniony poszukiwacz skarbów, który niedawno wycofał się z branży i skupił na prowadzeniu antykwariatu w Princess Anne, przysłał im broszę o intrygującym pochodzeniu.
Wykonana ze złota i jadeitu, należała podobno do niejakiej Henrietty Bronson, jednej z pierwszych ofiar znanej zabójczyni Marthy „Patty" (alias Lucretia) Cannon.
Według legendy Martha Cannon była twardą, bezwzględną kobietą, która w latach dwudziestych XIX wieku grasowała ze swoją bandą na dzikich obszarach wzdłuż granicy Delaware-Maryland, gdzie grabiła i mordowała bogatych i biednych, a równocześnie prowadziła zajazd w ówczesnym Johnson's Corners, czyli dzisiejszym Reliance.
Cannon zwabiała podróżnych do swojej oberży, karmiła, zabawiała, kładła do łóżek i uśmiercała w środku nocy. Zwłoki zaciągała do piwnicy i, zabrawszy wszystkie wartościowe rzeczy, układała w rogu niczym drewno na opał. Kiedy nagromadziła dość ciał, zawoziła je do pobliskiego lasu i grzebała w zbiorowej mogile. Było to przerażające, ale późniejsze zbrodnie Cannon wielu uważało za jeszcze ohydniejsze.
Cannon zorganizowała coś, co lokalni historycy nazwali „odwrotnością kolei podziemnej"1. Porywała zbiegłych Murzynów, przetrzymywała ich związanych i zakneblowanych w wielu sekretnych pomieszczeniach oraz w prowizorycznym lochu zajazdu, po czym pod osłoną nocy przemycała do osady Cannon's Ferry, gdzie byli sprzedawani, ładowani na statki i transportowani rzeką Nan-ticoke do Georgii na targi niewolników.
Gdy w roku 1829 robotnik orzący pole na jednej z farm Cannon odkrył szczątki ciał w stanie posuniętego rozkładu, oskarżono ją o cztery zabójstwa, uznano za winną i skazano na wieloletnie więzienie. Cztery lata później zmarła w celi, prawdopodobnie wskutek zażycia arszeniku.
W następnych latach jej zbrodnie obrosły legendą. Mówiono, że uciekła z więzienia, by mordować i rabować jeszcze w wieku ponad dziewięćdziesięciu lat. Krążyły też opowieści, że jej duch wciąż włóczy się po półwyspie Delmarva i napada na niczego nie-podejrzewających turystów. Pochodzącego z rozbojów majątku Cannon - którego ponoć wydała zaledwie ułamek - nigdy nie odnaleziono. Szacowano, że jej łupy byłyby dzisiaj warte od stu do czterystu tysięcy dolarów.
Sam i Remi znali legendę o skarbie Patty Cannon, ale z braku konkretnych śladów odkładali to na przyszłość. Kiedy pojawiła się brosza Henrietty Bronson i dokładne dane, z którymi mogli rozpocząć poszukiwania, postanowili wyjaśnić tajemnicę.
Po przestudiowaniu dawnej topografii Pocomoke, naniesieniu na mapę przypuszczalnych kryjówek Cannon i porównaniu ich lokalizacji z miejscem znalezienia broszy zawęzili obszar poszukiwań do pięciu kilometrów kwadratowych. Większość tego terenu leżała w głębi bagien, labiryncie porośniętych mchem cyprysów i zakrzewionych trzęsawisk. Ustalili, że w tym rejonie, gdzie w latach dwudziestych XIX wieku było sucho, znajdowała się jedna z kryjówek Cannon.
Ich zainteresowanie skarbem Cannon nie miało nic wspólnego z pieniędzmi - przynajmniej nie dla własnej korzyści. Uzgodnili, że jeśli dopisze im szczęście i znajdą skarb, większość przekażą National Underground Railroad Freedom Center w Cincinnati w Ohio - co z pewnością rozsierdziłoby Patty, gdyby żyła, a przynajmniej jej ducha.
- Jak szedł ten wiersz o Cannon? - zapytał Sam.
Remi miała fotograficzną pamięć do szczegółów, zarówno istotnych, jak i nieistotnych dla sprawy, więc niemal bez namysłu wyrecytowała:
Ucisz się
I idź spać
Stara Patty da o sobie znać
Siedmiu w swojej bandzie ma
Niewolników porywa, wolnych też bierze
Galopuje dzień i noc
Na czarnym ogierze.
- Zgadza się - odrzekł Sam.
Wokół nich odsłonięte korzenie cyprysów wystawały z wody niczym bezcielesne szpony jakiegoś skrzydlatego dinozaura. Po burzy, która tydzień wcześniej przeszła nad półwyspem, pozostały stosy połamanych gałęzi, przypominające zbudowane naprędce tamy bobrów. W górze rozlegały się głosy ptaków i trzepot skrzydeł. Sam, sporadycznie obserwujący ptaki, rozpoznawał czasem śpiew któregoś z nich i podawał jego nazwę Remi. Uśmiechała się w odpowiedzi i mówiła, że i śpiew, i nazwa brzmią bardzo ładnie.
Sam przekonał się, że to ćwiczenie pomaga mu w grze ze słuchu na pianinie, czego nauczyła go matka. Remi była dobrą skrzypaczką i w wolnych chwilach lubili wspólnie muzykować.
Mimo technicznego wykształcenia Sam kierował się intuicją, podczas gdy Remi, absolwentka Boston College z dyplomami antropologa i historyka, rozumowała logicznie. Ta dychotomia nie przeszkadzała im być zgraną, kochającą się parą, ale prowadziła również do zażartych sporów. Potrafili całymi godzinami dyskutować, od czego zaczęta się angielska reformacja, który aktor byt najlepszy w roli Jamesa Bonda i jak należy wykonywać Cztery pory roku Vivaldiego. Spory najczęściej kończyły się śmiechem, ale każde pozostawało przy swoim zdaniu.
Sam pochylił się i przesuwał dłońmi po drewnie, aż trafił na coś metalowego. Wyczuł pod palcami kabłąk w kształcie litery U i kwadratowy korpus.
Kłódka, pomyślał, i zobaczył w wyobraźni stary pokryty pąk-lami skobel.
- Coś mam - oznajmił.
Remi odwróciła się w jego kierunku, ciekawa znaleziska.
- Ha! - Sam wyciągnął kłódkę na powierzchnię. Kiedy błotnista breja obciekła, zobaczył błysk rdzy i srebra, a potem wypukłe litery...
„Masterlock".
- Co to? - zapytała sceptycznie Remi. Przywykła do niekiedy przedwczesnego entuzjazmu męża.
- Znalazłem, moja droga, zabytkową kłódkę firmy Master z roku mniej więcej tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego - odparł i wydobył z wody przyczepiony do kłódki kawałek drewna. - Razem z czymś, co wygląda na słupek od furtki. - Rzucił znalezisko z powrotem do wody i wyprostował się ze stęknięciem.
Remi uśmiechnęła się do niego.
- Mój dzielny poszukiwacz skarbów. No cóż, to i tak więcej niż ja znalazłam.
Sam spojrzał na zegarek Timex Expedition, który nosił tylko podczas wypraw.
- Szósta - oznajmił. - Kończymy?
Remi uśmiechnęła się szerzej.
- Już myślałam, że nigdy nie zapytasz.
Założyli plecaki i wrócili do skifu, którego zostawili kilometr dalej przy wyrzuconym na brzeg pniu cyprysa. Sam odcumował łódź i zepchnął ją na głębszą wodę, brodząc po pas, a Remi szarpnęła linkę rozruchową silnika. Kiedy zaskoczył, Sam wdrapał się na pokład.
Remi wycelowała dziób w farwater i zwiększyła obroty. Najbliższym miastem i zarazem ich bazą wypadową było Snow Hill, niecałe pięć kilometrów w górę rzeki Pocomoke. Pensjonat, który wybrali, miał zaskakująco porządną piwnicę win i podawano w nim taką zupę z krabów, że podczas wczorajszej kolacji Remi znalazła się w kulinarnym siódmym niebie.
Płynęli w milczeniu, usypiani przez cichy warkot silnika, i patrzyli na sklepienie z gałęzi drzew nad ich głowami. Nagle Sam odwrócił się w prawo.
- Remi, zwolnij.
Cofnęła przepustnicę.
- Co jest?
Wyjął z plecaka lornetkę i podniósł do oczu. Na oddalonym o pięćdziesiąt metrów brzegu między roślinnością była wolna przestrzeń - kolejny ukryty dopływ, jakich widzieli już tuziny Ujście częściowo blokowały gałęzie połamane przez burzę.
- Co tam widzisz? - zapytała Remi.
- Coś... sam nie wiem - mruknął. - Zdawało mi się, że zobaczyłem jakąś linię... krzywiznę czy coś takiego. Nie wyglądała naturalnie. Możesz tam podpłynąć?
Przestawiła ster i skierowała skif w stronę ujścia dopływu.
- Czyżbyś miał halucynacje? Wypiłeś dziś za mało wody?
Sam pokręcił głową, nie przestając wpatrywać się w dopływ.
- Aż za dużo.
Dziób łodzi uderzył w stos gałęzi. Dopływ okazał się szerszy, niż wyglądał, miał prawie piętnaście metrów. Sam okręcił cumę dziobową wokół jednego z grubszych konarów, przerzucił nogi przez burtę i opuścił się do wody.
- Co ty robisz? - spytała Remi.
- Zaraz wrócę. Zostań tu.
- Jeszcze czego.
Zanim zdążyła powiedzieć coś więcej, Sam nabrał powietrza do płuc, zanurkował i zniknął. Dwadzieścia sekund później Remi usłyszała plusk po drugiej stronie gałęzi, a potem głęboki wdech męża.
- Sam, wszystko w porządku? - zawołała.
- Tak. Za minutę będę z powrotem.
Minuta zamieniła się w dwie, potem w trzy. W końcu Sam krzyknął przez roślinność:
- Remi, mogłabyś do mnie dołączyć?
Usłyszała znajomą nutę w jego głosie i pomyślała: „O rany". Uwielbiała zamiłowanie Sama do przygód, ale już zaczęła sobie wyobrażać, jak dobrze się poczuje pod gorącym prysznicem.
- Po co? - zapytała.
- Coś ci pokażę.
- Właśnie zaczęłam wysychać. Nie możesz...
- Musisz to zobaczyć. Zaufaj mi.
Remi westchnęła i zsunęła się z burty do wody. Dziesięć sekund później pływała w miejscu obok Sama. Drzewa na obu brzegach dopływu tworzyły jednolite sklepienie, zamykając ich w tunelu zieleni. Tylko gdzieniegdzie promienie słońca oświetlały cienką warstwę alg na powierzchni.
- Cześć, miło z twojej strony, że się zjawiłaś - powitał ją Sam z szerokim uśmiechem i cmoknął w policzek.
- Dobra, mądralo, co...
Stuknął knykciami w kłodę, którą opasywał ramieniem, ale zamiast głuchego odgłosu, rozległ się metaliczny dźwięk.
- Co to jest?
- Jeszcze nie wiem... nie dowiem się, dopóki nie wejdę do środka.
- Do środka czego?
- Tędy, chodź.
Wziął ją za rękę i popłynął w głąb dopływu, którego szerokość za zakrętem zmalała do pięciu, sześciu metrów. Zatrzymał się i wskazał porośnięty pnączami pień cyprysa przy brzegu.
- Tam. Widzisz to?
Remi zmrużyła oczy i przechyliła głowę w lewo, potem w prawo.
- Nie - odparła. - Czego mam szukać?
- Wystającej z wody gałęzi, której koniec ma kształt litery T...
- Okej, widzę ją.
- Przyjrzyj się dobrze. Zmruż oczy. To pomaga.
Posłuchała go i powoli dotarło do niej, na co patrzy. Wciągnęła
gwałtownie powietrze.
- Dobry Boże, czy to... Niemożliwe.
Sam uśmiechnął się od ucha do ucha i skinął głową.
- Zgadza się. To, moja droga, jest peryskop okrętu podwodnego.
2
Sewastopol, Ukraina
Hadeon Bondaruk stał przy przeszklonej ścianie i patrzył na Morze Czarne. W pokoju panował mrok, bo przyćmione lampy sufitowe oświetlały jedynie narożniki gabinetu. Na Krymie zapadła już noc, ale na zachodzie, nad wybrzeżami Rumunii i Bułgarii, w ostatnich promieniach zachodzącego słońca widział linię burzowych chmur sunących nad wodą. Co kilka sekund niebo na horyzoncie przecinały żyły błyskawic. Nawałnica dotrze tu w ciągu godziny i niech Bóg pomoże głupcom, których sztorm złapie na morzu.
Albo, pomyślał Bondaruk, niech Bóg im nie pomaga. Sztormy, choroby, a także wojny to naturalne sposoby przetrzebiania stada. Nie miał cierpliwości do ludzi, którym brakowało mądrości lub siły, by się bronić przed brutalnością życia. On nauczył się tego już w dzieciństwie.
Urodził się w roku 1960 w małej turkmeńskiej wiosce na południe od Aszchabadu, wysoko w górach Kopet-dag. Jego rodzice, tak jak wcześniej ich rodzice, byli pasterzami. Żyli w geograficznej szarej strefie między Iranem a ówczesnym Związkiem Radzieckim i jak wszyscy mieszkańcy Kopet-dag żadnego z tych krajów nie uważali za swój. Ale Bondarukowi i jego rodzinie zimna wojna zgotowała inny los.
Po wybuchu w Iranie rewolucji i obaleniu szacha Związek Radziecki przerzucił do przygranicznego rejonu więcej wojska. Armia Czerwona zaczęła zakładać bazy i instalować baterie pocisków przeciwlotniczych w tej niegdyś spokojnej górskiej okolicy. Bondaruk, wówczas dziewiętnastoletni, widział, jak jego wioska traci niezależność.
Sowieccy żołnierze traktowali mieszkańców Kopet-dag jak zacofanych dzikusów. Nawiedzali wioski, by rabować żywność i porywać kobiety, strzelali do zwierząt hodowlanych dla zabawy, urządzali obławy na „irańskie elementy rewolucyjne" i dokonywali masowych egzekucji. Nie obchodziło ich, że Bondaruk i jego krajanie niewiele wiedzą o zewnętrznym świecie i polityce. Muzułmańska religia i bliskość Iranu czyniły z nich podejrzanych.
Rok później na obrzeżach wioski pojawiły się dwa czołgi, którym towarzyszyły dwie kompanie wojska. Poprzedniej nocy, oznajmił dowódca wieśniakom, ośmiu żołnierzy wpadło w zasadzkę. Poderżnięto im gardła i zabrano ubrania, broń oraz rzeczy osobiste. Wioskowa starszyzna dostała pięć minut na wskazanie sprawców pod groźbą, że cała społeczność zostanie uznana za winną.
Bondaruk słyszał, że bojownicy turkmeńskiego ruchu oporu są wspierani przez irańskich komandosów, ale nikt z jego wioski nie należał do partyzantki. Wódz nie mógł więc wskazać sprawców. Błagał sowieckiego dowódcę o litość, lecz został zastrzelony. Przez następną godzinę czołgi prowadziły ostrzał wioski, zamieniając ją w morze płonących ruin. W zamieszaniu Bondaruka oddzielono od rodziny. Wraz z garstką chłopców i mężczyzn wycofał się wyżej w góry, wystarczająco daleko, żeby być bezpieczny, ale na tyle blisko, że on i inni mogli obserwować przez całą noc, jak ich domostwa są równane z ziemią. Nazajutrz wrócili do wioski i zaczęli szukać ocalałych. Znaleźli więcej martwych niż żywych, łącznie z rodziną Bondaruka, która schroniła się w meczecie, ale zginęła pod jego gruzami.
Od tego dnia coś się w nim zmieniło, jakby Bóg zaciągnął ciemną zasłonę na jego dawne życie. Zebrał najsilniejszych i najodważniejszych wieśniaków, mężczyzn i kobiety i ruszyli w góry jako partyzanci.
W ciągu pół roku Bondaruk stał się nie tylko przywódcą swoich bojowników, lecz również żywą legendą wśród Turkmenów. Jego ludzie uderzali nocą, urządzali zasadzki na sowieckie patrole i konwoje, po czym znikali w górach jak duchy. Rok po zniszczeniu rodzinnej wioski Bondaruka wyznaczono nagrodę za jego głowę. Zainteresowały się nim władze w Moskwie, uwikłane teraz nie tylko w napięty impas z Iranem i wojnę w Afganistanie, lecz również w konflikt z turkmeńską partyzantką.
Krótko po dwudziestych pierwszych urodzinach Bondaruk dostał od irańskiego wywiadu wiadomość, że jego bojownicy mają w Teheranie sojusznika, który chętnie się z nim spotka. Bondaruk się zgodził.
Człowiek, z którym się spotkał w małej kawiarni pod Aszcha-badem, okazał się pułkownikiem elitarnej organizacji paramilitarnej znanej jako Pasdaran, Strażnicy Rewolucji. Zaoferował Bondarukowi i jego ludziom broń, amunicję, szkolenie i zaopatrzenie niezbędne do prowadzenia wojny z Sowietami. Bondaruk był ostrożny, obawiając się, że przyjęcie oferowanej pomocy sprawi, iż dostaną się spod jarzma sowieckiego pod irańskie. Pułkownik zapewnił go jednak, że nie będzie żadnych warunków. Mamy wspólnych przodków, wiarę i sprawę. Czy potrzeba silniejszej więzi? Bondaruk przyjął propozycję i przez następnych pięć lat on i jego bojownicy pod kierunkiem irańskiego pułkownika nękali sowieckich okupantów.
Równie cenna była dla Bondaruka sama znajomość z pułkownikiem, który, zanim został powołany do służby rewolucji, uczył historii Persji. Perskie imperium, wyjaśnił, powstało przed blisko trzema tysiącami lat i w okresie największego rozkwitu obejmowało baseny Morza Kaspijskiego i Czarnego, Grecję, Afrykę Północną oraz znaczną część Bliskiego Wschodu. Bondaruk dowiedział się, że wielki Kserkses I, który najechał Grecję i rozgromił Spartan w bitwie o Termopile, urodził się w tych samych górach co on i podobno spłodził w Kopet-dag tuziny dzieci.
Myśl o tym nigdy go nie opuszczała i dodawała mu animuszu podczas walk z Sowietami, którzy okupowali tereny przygraniczne ponad dziesięć lat. Wycofali się dopiero w 1990 roku, a wkrótce potem Związek Radziecki się rozpadł.
Armia Czerwona odeszła, ale Bondaruk nie zamierzał znów być zwykłym pasterzem i przy pomocy swego irańskiego przyjaciela przeniósł się do Sewastopola, który po upadku sowieckiego imperium stał się Dzikim Zachodem basenu Morza Czarnego. Tam, dzięki wrodzonym zdolnościom przywódczym, brutalności i skłonności do przemocy, zdobył silną pozycję najpierw na ukraińskim czarnym rynku, a potem w ukraińskiej Krasnej Mafiji, Czerwonej Mafii. W wieku trzydziestu pięciu lat Hadeon Bondaruk kontrolował praktycznie wszystkie przedsięwzięcia zorganizowanej przestępczości na Ukrainie i był multimilionerem.
Kiedy zdobył władzę i majątek, skoncentrował się na kwestii, która nie dawała mu spokoju przez wiele lat: skoro Kserk-ses I urodził się i dorastał w górach Kopet-dag, jego ojczyźnie, czy to możliwe, że starożytny władca i on przemierzali w młodości te same ścieżki i podziwiali te same górskie widoki? I czy - co najważniejsze - on sam może być potomkiem perskiego króla?
Znalezienie odpowiedzi zajęło pięć lat, pochłonęło miliony dolarów i wymagało zatrudnienia sztabu historyków, archeologów i genealogów, ale zanim Hadeon Bondaruk skończył czterdziesty rok życia, był pewien, że jest w prostej linii potomkiem Kserkse-sa I, perskiego władcy z dynastii Achemenidów.
Od tej chwili zainteresowanie Bondaruka przerodziło się w obsesję na punkcie wszystkiego, co perskie. Wykorzystał swoje bogactwo i wpływy, by zgromadzić wspaniałą kolekcję perskich artefaktów: od czary używanej do picia podczas uroczystości weselnej Kyaksaresa, poprzez rytualne kamienne podium zaratustrian z okresu panowania dynastii Sasanidów do wysadzanego klejnotami gerronu noszonego przez samego Kserksesa w bitwie o Termopile.
Jego zbiór był prawie kompletny. Nikomu nie pozwalał go podziwiać, uważał bowiem, że nikt nie jest tego godny, ale przede wszystkim dlatego, że w kolekcji czegoś brakowało.
Jeszcze, pomyślał teraz. Ale wkrótce to zdobędzie.
Jak na zawołanie drzwi gabinetu się otworzyły i wszedł jego sekretarz.
- Przepraszam, szefie...
Bondaruk odwrócił się od panoramicznego okna.
- O co chodzi? - spytał.
- Dzwoni pan Archipow.
- Przełącz.
Sekretarz wyszedł i cicho zamknął za sobą drzwi. Chwilę później telefon na biurku Bondaruka zadźwięczał. Hadeon podniósł słuchawkę.
- Chcę usłyszeć, że masz dobre wieści, Grigorij.
- Mam, szefie. Według moich źródeł facet prowadzi antykwariat. Strona internetowa, na której zamieścił zdjęcie, jest znanym forum dla antykwariuszy i poszukiwaczy skarbów.
- Czy ktoś zainteresował się tym szkłem?
- Parę osób, ale to nic poważnego. Na razie panuje przekonanie, że to kawałek stłuczonej butelki.
- To dobrze. Gdzie jesteś?
- W Nowym Jorku, czekam na samolot.
Bondaruk się uśmiechnął.
- Zawsze przejmujesz inicjatywę. To mi się podoba.
- Za to mi pan płaci - odrzekł Rosjanin.
- Jeśli uda ci się zabezpieczyć to szkło, dostaniesz premię. Jak zamierzasz to rozegrać z tym antykwariuszem?
Rosjanin milczał chwilę i Bondaruk niemal zobaczył ten znajomy okrutny uśmiech na jego twarzy.
- Uważam, że bezpośrednie podejście jest zawsze najlepsze, a pan? - odparł wreszcie.
Archipow ma swoje sposoby i ma też wyniki, pomyślał Bondaruk. Były komandos rosyjskiego Specnazu w ciągu dwunastu lat pracy dla niego nigdy nie zawiódł, bez względu na to, jaką brudną robotę musiał wykonać.
- Też tak sądzę - zgodził się Bondaruk. - Tylko załatw ,tq dyskretnie.
/ */ r
- Zawsze tak robię.
Fakt, przyznał w duchu Bondaruk. Wielu jego wrogów po prostu zniknęło z powierzchni ziemi, tylko tyle zdołały ustalić władze.
- Zadzwoń do mnie, jak tylko czegoś się dowiesz.
- Oczywiście.
Bondaruk już miał odłożyć słuchawkę, ale przyszło mu do głowy jeszcze jedno pytanie.
- A tak z ciekawości, Grigorij, gdzie jest antykwariat tego gościa? Tam, gdzie przewidywaliśmy?
- Bardzo blisko. W miasteczku o nazwie Princess Anne.
3
Snow Hill, Maryland
Sam Fargo stał u stóp schodów i opierał się łokciami o poręcz. Remi jak zwykle opóźniała wyjście. W ostatniej chwili uznała, że czarna sukienka od Donny Karan będzie trochę za elegancka do restauracji, i wróciła do pokoju się przebrać. Sam spojrzał na zegarek; martwił się nie tyle o ich rezerwację, ile o swój pusty żołądek. Burczało mu w brzuchu, odkąd wrócili do pensjonatu.
Hol był staroświecki aż do przesady, urządzony w kiepskim stylu i ozdobiony akwarelami lokalnych artystów. W kominku trzaskał ogień, a z ukrytych głośników płynęła celtycka muzyka ludowa.
Sam usłyszał skrzypnięcie schodów i podniósł wzrok. Remi schodziła na dół w kremowych spodniach od Ralpha Laurena, kaszmirowym półgolfie i rudobrunatnym szalu zarzuconym na ramiona. Kasztanowe włosy związała w luźny koński ogon, kilka kosmyków dotykało jej smukłej szyi.
- Spóźnimy się przeze mnie? - zapytała, kiedy podał jej ramię.
Sam przez chwilę przyglądał się jej w milczeniu, potem odchrząknął.
- Gdy na ciebie patrzę, mam wrażenie, że czas się zatrzymał.
- Och, daj spokój - mruknęła i ścisnęła jego biceps, co bez wątpienia oznaczało, że komplement, choć oklepany, został doceniony. - Idziemy czy jedziemy?
- Przejdźmy się. Jest piękny wieczór.
- I nie będzie ryzyka, że dostaniesz kolejny mandat.
Gdy jechali do miasta wypożyczonym bmw, Sam przekroczył dozwoloną prędkość ku irytacji lokalnego szeryfa, który właśnie jadł kanapkę z kiełbasą za przydrożnym billboardem.
- To też - przyznał.
W powietrzu czuło się lekki wiosenny chłód, ale całkiem przyjemny, a z zarośli wzdłuż chodnika dobiegało kumkanie żab. Włoska restauracja z markizą w biało-zieloną szachownicę była oddalona od pensjonatu tylko o dwie przecznice, więc spacer trwał zaledwie pięć minut. Kiedy usiedli, najpierw przestudiowali kartę win i wybrali bordeaux z francuskiego regionu Barsac.
- No i jak? - zagadnęła Remi. - Jesteś pewien swego?
- Chodzi ci o... no wiesz? - sżepnął konspiracyjnie Sam.
- Myślę, że możesz to powiedzieć. Wątpię, żeby ktoś podsłuchiwał.
Sam się uśmiechnął.
- Okręt podwodny. Tak, jestem pewien. Będziemy, rzecz jasna, musieli tam zejść, ale nie wyobrażam sobie, żeby to mogło być co innego.
- Ale co on tu robi? Taki kawał w górę rzeki.
- To jest tajemnica, którą musimy wyjaśnić.
- A co z Patty Cannon?
- Może poczekać parę dni. Zidentyfikujemy okręt podwodny, zaprzęgniemy Selmę i pozostałych do rozwikłania zagadki, a potem wrócimy do naszej socjopatycznej morderczyni i porvwaczki niewolników.
Remi zastanowiła się chwilę, po czym skinęła głową.
Czemu nie. Życie jest krótkie.
Selma Wondrash, przypominająca instruktora musztry szefowa trzyosobowej grupy badawczej Sama i Remi w San Diego, była wdową. Jej mąż, oblatywacz samolotów wojskowych, zginą! w katastrofie lotniczej przed dziesięcioma laty. Poznali się w Budapeszcie na początku lat dziewięćdziesiątych. Ona studiowała na uniwersytecie, on był pilotem myśliwskim na przepustce. Selma mieszkała w Stanach Zjednoczonych już od piętnastu lat, ale nie pozbyła się całkowicie węgierskiego akcentu.
Kiedy uzyskała dyplom Uniwersytetu Georgetown i obywatelstwo amerykańskie, zaczęła pracować w Zarządzie Zbiorów Specjalnych Biblioteki Kongresu. Po jakimś czasie skaptowali ją Sam i Remi. Selma okazała się nie tylko świetną szefową, ale również doskonałym jednoosobowym biurem podróży i guru logistyki. Organizowała im przemieszczanie się z miejsca na miejsce z wojskową sprawnością.
Sam i Remi uwielbiali badawczy aspekt ich zajęcia, natomiast Selma i członkowie jej zespołu wręcz tym żyli. Wygrzebywali fakty, znajdowali tropy i rozwiązywali rozmaite zagadki, które pojawiały się w trakcie pracy. Wiele razy zapobiegli fiasku przedsięwzięcia.
Słowo „praca" nie było precyzyjnym określeniem tego, co robili Sam i Remi. Nie chodziło im bowiem o pieniądze, lecz o przeżycie przygody i rozwój Fundacji Fargo. Fundacja ta, założona przed dziesięcioma laty, wspierała finansowo ochronę przyrody, opiekę nad zwierzętami oraz pomoc chorym i maltretowanym dzieciom. Tylko w zeszłym roku przekazała różnym organizacjom prawie pięć milionów dolarów. Znaczną część tej kwoty dali Sam i Remi, reszta pochodziła od prywatnych donatorów, zachęconych do wsparcia Fundacji dzięki licznym relacjom medialnym o dokonaniach jej założycieli.
To, że Sam i Remi mogli robić to, co lubią, było dobrodziejstwem, którego żadne z nich nie uważało za rzecz oczywistą. Oboje ciężko pracowali, by dojść do tego etapu ich życia.
Ojciec Remi, obecnie na emeryturze, prowadził firmę budowlaną wznoszącą domki letniskowe wzdłuż wybrzeża Nowej Anglii. Matka, lekarz pediatra, napisała kilka bestsellerów o wychowywaniu dzieci. Remi, tak jak ojciec, ukończyła Boston College, gdzie uzyskała dyplomy antropologa i historyka, a potem zajęła się badaniem starożytnych szlaków handlowych.
Ojciec Sama, zmarły przed kilkoma laty, był jednym z czołowych inżynierów NASA i uczestniczył w realizacji programów „Mercury", „Gemini" oraz „Apollo". Kolekcjonował rzadkie książki i zaraził tą pasją syna. Matka, Eunice, mieszkała w Key West i mimo siedemdziesiątki na karku prowadziła czarterową łódź dla amatorów nurkowania i wędkowania na pełnym morzu.
Sam również poszedł w ślady ojca, a choć nie z własnego wyboru, ukończył z wyróżnieniem studia inżynieryjne w Caltech, Kalifornijskim Instytucie Technologicznym, i zdobył kilka trofeów jako gracz w lacrosse i piłkę nożną.
Pod koniec studiów dostał ofertę pracy z DARPA, Agencji Zaawansowanych Badawczych Projektów Obronnych, gdzie na zlecenie rządu konstruowano i testowano najnowocześniejsze urządzenia dla wojska i wywiadu. Wprawdzie zaproponowano mu pensję dużo niższą niż to, co mógłby zarobić w cywilu, ale skusiła go twórcza inżynieria i możliwość służenia krajowi, więc się zgodził.
Po siedmiu latach odszedł z "DARPA z mglistą wizją wprowadzenia w życie niektórych własnych pomysłów i wrócił do Kalifornii. Dwa tygodnie później w klubie jazzowym Lighthouse w Her-mosa Beach poznał Remi. Sam wpadł do klubu na zimne piwo, Remi świętowała tam sukces wyprawy naukowej poszukującej hiszpańskiego statku zatopionego w pobliżu zatoki Abalone.
Żadne z nich nie nazwałoby tego spotkania przypadkiem „miłości od pierwszego wejrzenia", ale zgodnie twierdzili, że był to przypadek „pewności po pierwszej godzinie". Pół roku później wzięli ślub i urządzili skromne przyjęcie w Lighthouse - klubie, w którym się poznali.
Remi zachęciła Sama do założenia własnej firmy i już po roku trafili na żyłę złota w postaci argonowego skanera laserowego, który mógł na odległość wykrywać i identyfikować mieszanki i stopy metali, od złota i srebra po platynę i pallad. O licencję na używanie wynalazku Sama zabiegali nie tylko poszukiwacze skarbów, ale także uniwersytety, korporacje i przedsiębiorstwa górnicze, więc po dwóch latach roczny zysk Fargo Group wyniósł trzy miliony dolarów, a po czterech zaczęły napływać oferty zakupu firmy. Sam i Remi wybrali najkorzystniejszą i dostali tyle pieniędzy, że mogli żyć wygodnie do śmierci.
- Przeprowadziłem małe badania, kiedy byłaś pod prysznicem - powiedział Sam. - Z tego, co ustaliłem, wynika, że możemy mieć do czynienia z czymś naprawdę ciekawym.
Przyszedł kelner z koszykiem ciepłej ciabatty i spodkiem oliwy, po czym przyjął zamówienie: kalmary w czerwonym sosie i borowiki na przystawkę, pasta z muszlami świętego Jakuba i homar w sosie pesto dla Sama oraz ravioli z krewetkami i krabami w białym sosie bazyliowym dla Remi.
- Co masz na myśli? - zapytała. - Okręt podwodny to nie okręt podwodny?
- Na Boga, kobieto, zamilcz - odparł Sam z udawanym przerażeniem.
Mocną stroną Remi była antropologia i historia starożytna, on natomiast pasjonował się historią II wojny światowej, co odziedziczył po ojcu, który służył w piechocie morskiej podczas walk na Pacyfiku. Sam nie mógł się nadziwić, że Remi nie obchodzi, kto zatopił „Bismarcka" czy dlaczego bitwa o Ardeny miała tak duże znaczenie.
Chyba nikt nie dorównywał jej pod względem znajomości antropologii i historii starożytnej, ale podchodziła do zagadnień analitycznie, podczas gdy Sam uważał, że historia to dzieje prawdziwych ludzi, którzy robili prawdziwe rzeczy. Ona rozkładała wszystko na czynniki pierwsze, on - marzył.
- Przepraszam za gafę - powiedziała.
- Wybaczam ci. Sprawa wygląda tak: biorąc pod uwagę wielkość dopływu, to nie może być pełnowymiarowy okręt podwodny. Zresztą peryskop jest o wiele za mały.
- Więc to miniłódź podwodna.
- Zgadza się. Ale na peryskopie jest mnóstwo roślinności. Co najmniej z kilkudziesięciu lat. I jeszcze jedno: o ile wiem, cywilne łodzie podwodne - do badań, sporządzania map i tak dalej - nie mają peryskopów.
- Więc to łódź wojskowa.
- Najwyraźniej. Miniaturowy okręt podwodny.
- Miniaturowy okręt podwodny w górze Pocomoke, trzydzieści parę kilometrów od jej ujścia... - mruknęła Remi. - Okej, przyznaję, że mnie zaciekawiłeś. Jestem zaintrygowana.
Sam się uśmiechnął.
- To rozumiem. Po kolacji pojedziemy do Princess Anne i zobaczymy, co nam powie Ted. Zdążył zapomnieć więcej legend
0 tym rejonie, niż większość ludzi kiedykolwiek pozna. Jeśli ktokolwiek może wiedzieć, czym jest to coś, to właśnie on.
- Sama nie wiem... Robi się późno i wiesz, jak Ted nie znosi gości. Ted Frobisher, przy całym swoim geniuszu i miękkim sercu,
nie był towarzyski. Antykwariat Teda prosperował nie dzięki jego umiejętności współżycia z ludźmi, lecz jego rozległej wiedzy
1 przedsiębiorczości.
- Mała niespodzianka dobrze mu zrobi - odparł Sam.
4
Po tiramisu na deser, tak pysznym, że na chwilę zaniemówili, wrócili spacerkiem do pensjonatu. Wzięli z pokoju kluczyki do bmw i pojechali do Princess Anne, najpierw na północny zachód autostradą 12, a potem na południowy zachód autostradą 13. Wieczorne niebo zasnuły chmury i wkrótce na przednią szybę spadły pierwsze krople deszczu.
- Chyba jedziesz za szybko - zauważyła Remi, marszcząc brwi. Podobało jej się bmw, ale nie ukryta żyłka kierowcy wyścigowego, którą wyzwalało w jej mężu.
Bez obaw, nie przekraczam dozwolonej prędkości - odparł. - Czy kiedykolwiek miałem wypadek?
- Wtedy w Bombaju...
- O, nie. Jeśli sobie przypominasz, opony były prawie całkiem łyse, ścigał nas bardzo wkurzony facet bardzo dużą wywrotką i nie rozbiłem się, tylko po prostu... opuściłem drogę.
- Od biedy można by to tak nazwać.
- Powiedziałbym, że to dokładny opis.
- Więc dobrze, ale wtedy w Szkocji...
- Okej, to była moja wina.
- Nie rób sobie wyrzutów, Sam. Tamto torfowisko wyskoczyło nam przed maskę nie wiadomo skąd.
- Bardzo śmieszne.
- Ale wydobyłeś nas z niego i to się liczy.
Wydobył. Wykorzystując zwój liny, lewarek, pniak, gałąź jako dźwignię i podstawowe prawa fizyki.
Jechali w milczeniu, obserwując ciemny krajobraz, dopóki nie pojawiły się przed nimi światła Princess Anne. Miasto - czy osada, jak wielu miejscowych kazało je określać - wzięło nazwę od córki króla Jerzego II. Mieszkało tam dwa tysiące dwieście osób, nie licząc studentów University of Maryland Eastern Shore. Gdy przed laty Sam i Remi przyjechali tu po raz pierwszy, zgodnie uznali, że gdyby nie samochody na ulicach i elektryczne oświetlenie, można by pomyśleć, że zostało się przeniesionym do Marylandu sprzed wojny
0 niepodległość, tak staroświecko wyglądały niektóre rejony osady.
Dotarłszy autostradą 13 do centrum, Sam skręcił na wschód w Mount Vernon Road, a półtora kilometra dalej na północ w East Ridge Road i wkrótce znaleźli się na obrzeżach miasteczka. Dom, w którym na parterze mieścił się antykwariat Frobishera, a na piętrze jego mieszkanie, stał prawie pół kilometra od drogi na końcu obsadzonego klonami podjazdu.
Kiedy Sam dotarł do skrętu, minął ich czarny buick lucerne sedan. Wyjechał z podjazdu, kierując się na południe do Mount Vernon Road. Reflektory bmw oświetliły przednią szybę buicka
1 Sam dostrzegł Frobishera na siedzeniu pasażera.
- To był Ted - powiedziała Remi.
- Widziałem - odparł Sam w zamyśleniu.
- O co chodzi?
- Sam nie wiem... Nie podobała mi się jego mina.
- O czym ty mówisz?
- Wyglądał na... wystraszonego.
- Ted Frobisher zawsze wygląda na wystraszonego. Albo na niezadowolonego. To jego dwa jedyne wyrazy twarzy, wiesz o tym.
- Tak, wiem - mruknął Sam. Zatrzymał bmw, zawrócił i ruszył za buickiem.
- O rany - westchnęła Remi. - Zaczyna się.
- Nie przejmuj się. To pewnie nic takiego.
- W porządku. Ale obiecaj mi, że jeśli staną przy jakiejś restauracji, zawrócisz i zostawisz biedaka w spokoju.
- Obiecuję.
Buick nie stanął przy żadnej restauracji ani nie jechał długo główną drogą, tylko skręcił na południe w Black Road. Latarnie uliczne dawno zniknęły, więc Sam i Remi podróżowali w całkowitej ciemności. Mżawka zamieniła się w rzęsisty deszcz i Sam musiał włączyć wycieraczki.
- Dobrze widzisz w nocy? - zapytał żonę.
- Tak... a czemu pytasz?
W odpowiedzi Sam zgasił reflektory bmw i przyspieszył, zmniejszając dystans do tylnych świateł buicka.
Remi spojrzała na męża zmrużonymi oczami.
- Naprawdę się niepokoisz?
Skinął głową.
- Tak, mam złe przeczucia. Ale może się mylę.
- Trochę mnie przerażasz, Sam.
Wyciągnął rękę i ścisnął jej dłoń.
- Czy kiedykolwiek wpakowałem nas w kłopoty...
- Wtedy w...
- ...i nie wydobyłem nas z nich?
- Nie.
- Mamy zasięg?
Remi wyjęła swoją komórkę i sprawdziła.
- Nie.
- Cholera. A mapę?
Remi pogrzebała w schowku pod deską rozdzielczą, znalazła mapę i rozłożyła ją.
- Tu nic nie ma - powiedziała po minucie. - Żadnych domów, farm... To pustkowie ciągnie się kilometrami.
- Robi się coraz ciekawiej.
Światła hamulcowe samochodu przed nim rozbłysły raz, potem drugi. Buick skręcił w prawo i zniknął za drzewami. Sam dojechał do zakrętu w samą porę, by zobaczyć, że buick znów skręca, tym razem w lewo, na podjazd oddalony jakieś sto metrów od drogi. Wyłączył silnik i opuścił szybę pasażera. Reflektory buicka zgasły, rozległ się odgłos otwierania i zamykania drzwi, a kilka sekund później drugich.
Po chwili dobiegł ich głos:
- Hej... spokojnie!
Głos Frobishera. Wyraźnie wzburzony.
- To przesądza sprawę - stwierdził Sam.
- Co chcesz zrobić? - spytała Remi.
- Jedź do najbliższego domu albo gdzieś, gdzie będziesz miała zasięg i wezwij policję. Ja...
- Nic z tego, Sam.
- Remi, proszę...
- Nie ma mowy.
- Remi...
- Tracimy czas.
Sam znał swoją żonę wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że nie ustąpi. Zaparła się i już.
- Okej, ale bez żadnych głupstw, dobra?
- Ciebie też to dotyczy.
Uśmiechnął się szeroko i mrugnął do niej.
- Czyż nie jestem uosobieniem ostrożności? - rzekł i od razu dodał: - Nie odpowiadaj.
- Gdy się powiedziało a... - zaczęła Remi.
- To trzeba powiedzieć b - dokończył Sam.
Nadal bez świateł, Sam podjechał wolno w głąb drogi, starając się omijać wyboje. Pięćdziesiąt metrów od podjazdu wyłączył silnik.
- Zostaniesz w samochodzie? - spytał.
Spojrzała na niego ze zmarszczonymi brwiami.
- Cześć, chyba się nie znamy. - Wyciągnęła rękę. - Remi Fargo.
Sam westchnął.
- Rozumiem.
Po omówieniu strategii na wypadek najgorszego scenariusza dał Remi swoją kurtkę i wysiedli.
Zeszli z drogi do rowu odwadniającego, który z obu stron zasłaniała wysoka trawa, i ruszyli w stronę podjazdu.
Co kilka kroków przystawali na chwilę i nasłuchiwali. Wreszcie dotarli do podjazdu, wyszli z rowu i dalej ruszyli między drzewami. Po kilkunastu sekundach znaleźli się na skraju polany.
Miała prawie hektar powierzchni i zapełniały ją cylindryczne kształty. Jedne wielkości garażu, inne kompaktowego samochodu, leżały pod różnymi kątami jak rozrzucone bierki. Kiedy wzrok Sama przyzwyczaił się do ciemności, uświadomił sobie, że to złomowisko kotłów. Nie wiedział, skąd się wzięły na środku pustkowia w Marylandzie, ale niewątpliwie pochodziły z różnych źródeł -parowozów, statków i fabryk. Bębnienie deszczu o stalowe korpusy kotłów rozbrzmiewało echem wśród drzew.
- To ostatnia rzecz, jaką spodziewałam się tu znaleźć - szepnęła Remi.
- Ja też - przyznał Sam. Pomyślał, że porywacz Teda albo dobrze znał tę okolicę, albo starannie się przygotował przed przyjazdem tutaj. Żadna z tych możliwości nie napawała optymizmem.
Buick stał na środku polany, ale Frobisher i kierowca zniknęli bez śladu. Najwyraźniej zagłębili się w labirynt kotłów. Po co tu przyjechali? - zastanawiał się Sam. Pierwsza odpowiedź, jaka przyszła mu do głowy, zmroziła go. Nie miał pojęcia, co planuje porywacz Teda, ale jedno wydawało się pewne: ten człowiek potrzebował prywatności. Albo miejsca do porzucenia ciała. Albo jednego i drugiego. Sam poczuł przyspieszone bicie serca.
- Przeszukamy większy teren, jeśli się rozdzielimy - zaproponowała Remi.
- Wykluczone - odparł. - Nie wiemy, co to za facet i do czego jest zdolny.
Już miał wyjść zza drzewa, gdy wpadł na pewien pomysł. Buick lucerne. Buick... GMC. Wciągnął Remi z powrotem do kryjówki.
- Zaczekaj tu, zaraz wrócę.
- Co...
- Nie ruszaj się stąd. Nie odejdę daleko.
Rozejrzał się, a gdy nie dostrzegł żadnego ruchu, podbiegł do buicka i ukucnął przy drzwiach kierowcy. Pomodlił się w duchu i sięgnął do klamki. Drzwi otworzyły się i lampka wewnątrz samochodu rozbłysła. Natychmiast zamknął je z powrotem.
Cholera! Dobrze, że nie rozległ się sygnał przypominający o pozostawieniu kluczyka w stacyjce.
Trzeba zaryzykować, nie ma wyjścia.
Ponownie otworzył drzwi, wśliznął się do środka, zamknął je za sobą i odczekał pół minuty, wyglądając co chwilę na zewnątrz. Nic się nie ruszało. Rozejrzał się po samochodzie i od razu znalazł to, czego szukał. W panelu na desce rozdzielczej był przycisk z napisem „OnStar". Sam go wcisnął. Po dwudziestu sekundach z głośników radiowych dobiegł głos:
- Tu Dennis z OnStar, czym mogę służyć?
- Miałem wypadek - wystękał Sam. - Jestem ranny. Potrzebuję pomocy.
- Gdzie pan jest?
- Eee... nie wiem.
- Proszę zaczekać. - Minęło pięć sekund. - W porządku, zlokalizowałem pana w pobliżu Black Road na zachód od Princess Anne w Marylandzie.
- To by się zgadzało.
- Zawiadomiłem dyspozytora w tamtym rejonie. Pomoc jest w drodze.
- Kiedy tu dotrą? - wychrypiał Sam, starając się udawać rannego kierowcę.
- Za sześć do siedmiu minut. Zostanę z panem...
Ale Sam już wyśliznął się z samochodu i zamknął za sobą drzwi. Wyjął z kieszeni scyzoryk, przedziurawił wentyl w lewym tylnym kole, przeczołgał się wokół auta na drugą stronę i, zrobiwszy to samo z prawą oponą, wrócił sprintem do Remi.
- OnStar? - zapytała z uśmiechem.
Sam pocałował ją w policzek.
- Wielkie umysły rozumują podobnie.
- Kiedy przybędzie kawaleria?
- Za sześć, siedem minut. Byłoby dobrze wynieść się stąd wcześniej. Nie jestem w nastroju do odpowiadania na pytania.
- Ja też nie. Jestem w nastroju do wypicia ciepłej brandy.
- Gotowa do małej zabawy w chowanego?
- Prowadź.
Mieli nadzieję na znalezienie śladów stóp w błocie, więc przecięli polanę i zaczęli się posuwać ścieżkami i tunelami, które tworzyło cmentarzysko kotłów. Zamiast śladów Sam znalazł dwa kawałki pręta zbrojeniowego. Krótszy wręczył Remi, a dłuższy zostawił sobie. Pokonali około piętnastu metrów, gdy usłyszeli słaby głos.
- Nie wiem, o czym pan mówi... Jaki kawałek?
To był Ted.
Męski głos coś odpowiedział, ale ani Sam, ani Remi nie zdołali zrozumieć słów.
- O to chodzi? To kawałek butelki. Nic ważnego.
Sam wytężył słuch, próbując zlokalizować miejsce rozmowy. Po chwili wskazał gestem łuk uformowany przez kocioł, który na wpół runął na sąsiedni. Remi skinęła głową. Kiedy przeszli pod łukiem, głosy stały się wyraźniejsze.
- Chcę, żebyś mi powiedział, gdzie dokładnie to znalazłeś -mówił niezidentyfikowany mężczyzna z wyraźnym wschodnioeuropejskim akcentem.
- Już panu mówiłem, że nie pamiętam. Gdzieś na rzece.
- Pocomoke?
- Tak.
- A konkretnie?
- Czemu pan to robi? Nie rozumiem, co...
Rozległo się plaśnięcie, jakby coś twardego uderzyło w ciało. Ted stęknął i usłyszeli plusk. Najwyraźniej upadł w kałużę.
- Wstawaj!
- Nie mogę.
- Powiedziałem, wstawaj!
Sam dał Remi znak, żeby zaczekała, podkradł się naprzód, przywarł do kotła i wyjrzał zza krzywizny.
Między dwoma kotłami wielkości pikapów klęczał Ted Frobi-sher z rękami związanymi na plecach. Jego prześladowca stał kilkadziesiąt centymetrów przed nim, w lewej dłoni trzymał latarkę, a w prawej rewolwer, z którego celował Tedowi w pierś.
- Powiedz mi, gdzie to znalazłeś, to odwiozę cię do domu -obiecywał. - Będziesz mógł zapomnieć o tym wszystkim.
Łże jak pies, pomyślał Sam. Kimkolwiek jest ten człowiek, nie przywiózł tutaj Teda, żeby go odstawić z powrotem do domu i położyć do łóżka. „Bardzo przepraszam za wszystko i życzę dobrej nocy..." Nie, bez względu na to, czy ten mężczyzna dostanie to, co chce, czy nie, los Teda będzie przesądzony, jeśli szybko nie zadziałają.
Sam wpadł na pewien pomysł. Wolałby elegantsze rozwiązanie, ale nie mieli na to ani czasu, ani środków. Poza tym prostota jest często najlepsza. Wrócił do Remi.
Opisał jej scenę, której był świadkiem, i przedstawił swój plan.
- Wygląda na to, że chcesz wykonać najniebezpieczniejszą część - zauważyła.
- Mam całkowite zaufanie do twojego cela.
- I mojego wyczucia czasu.
- To też. Zaraz wrócę.
Zniknął między drzewami na pół minuty, wrócił i wręczył Remi kamień wielkości grejpfruta.
- Dasz radę wspiąć się jedną ręką? - spytał, wskazując głową zardzewiałą drabinkę konserwacyjną, która biegła w górę najbliższego kotła.
- Gdy usłyszysz głośny głuchy łomot w ciemności, będziesz miał odpowiedź.
Pochyliła się, złapała przód koszuli Sama i pocałowała go.
- Słuchaj, Fargo. Staraj się wyglądać na nieszkodliwego i, na litość boską, bądź ostrożny. Jeśli dasz się zabić, nigdy ci tego nie wybaczę.
- To jest nas dwoje - odparł i, chwyciwszy swój kawałek pręta zbrojeniowego, pobiegł w kierunku, z którego przyszedł, po czym skręcił w prawo i zaczął zataczać koło.
Po jakimś czasie stanął i spojrzał na zegarek. Od jego rozmowy z OnStarem upłynęło sześć minut. Nie mógł dłużej czekać.
Wetknął pręt za pasek spodni, wziął uspokajający oddech i ruszył dalej. Gdy wyłonił się zza kotła, zobaczył w ciemności światło latarki. Zatrzymał się i zawołał:
- Hej, wszystko tam w porządku?
Nieznajomy mężczyzna odwrócił się błyskawicznie i oślepił go latarką.
- A ty coś za jeden? - burknął.
- Przejeżdżałem tędy - odparł Sam. - Zauważyłem samochód i pomyślałem, że może komuś się zepsuł. Mógłby pan nie świecić mi w oczy?
Z oddali dobiegł dźwięk syren.
Mężczyzna odwrócił się z uniesioną bronią z powrotem do Teda i znów do Sama.
- Hola, człowieku, po co ta spluwa? - spytał Sam.
Podniósł ręce do góry i dał krok naprzód.
- Nie ruszaj się! Stój tam, gdzie jesteś!
Staram się tylko pomóc. - Sam wstrzymał oddech i zrobił następny krok.
Przygotuj się, Remi...
- Jeśli pan chce, żebym sobie poszedł, to żaden problem... -dodał głośniej, aby mieć pewność, że żona go usłyszy.
Po chwili dostrzegł na tle ciemnego nieba cień szybujący łukiem ze szczytu kotła. Kamień wydawał się lecieć nieskończenie długo, ale wreszcie wylądował z przyprawiającym o mdłości trzaskiem na prawej stopie mężczyzny. Remi trafiła w cel. Wprawdzie rzut w głowę uprościłby sprawę, mógłby jednak zabić faceta, a nie potrzebowali takiej komplikacji.
Mężczyzna jęknął i zatoczył się do tyłu. Sam w jednej chwili doskoczył do niego i wyrżnął prętem, który wyjął zza paska lewą rękę. Facet zamachał rękami, próbując odzyskać równowagę, i prawie mu się udało, ale Sam trafił go prawym hakiem prosto w podbródek. Broń i latarka poleciały do góry i na boki. Rewolwer wylądował z mlaśnięciem w błocie, a latarka potoczyła się w kierunku Teda. Sam dostrzegł kątem oka, że za Tedem pojawia się Remi. Pomogła mu wstać i oboje rzucili się do ucieczki.
Nieznajomy leżał na plecach i jęczał z bólu. Twardy gość, pomyślał Sam. Mój cios powinien go zamroczyć. Przełożył pręt do prawej ręki.
Głos syren narastał.
Sam podniósł latarkę i zaczął szukać rewolweru. Dostrzegł go niespełna metr dalej, był do połowy zanurzony w błotnistej kałuży. Podważył rewolwer czubkiem buta, wsunął pod niego stopę i kopnął daleko między drzewa.
Odwrócił się do mężczyzny i skierował snop światła na jego twarz. Nieznajomy zmrużył oczy przed blaskiem. Miał pociągłą, ogorzałą twarz, małe oczka i najwyraźniej wielokrotnie złamany nos, od którego grzbietu biegła głęboka blizna kończąca się tuż powyżej skroni. Nie tylko twardy, pomyślał Sam, ale i okrutny. Mówi to jego spojrzenie.
- Nie sądzę, żebyś chciał mi powiedzieć, kim jesteś i co tu robisz - zagadnął.
Mężczyzna zamrugał gwałtownie i wyrzucił z siebie jakieś słowo. Rosjanin, pomyślał Sam. Miał jakie takie pojęcie o rosyjskim, wystarczające do celów turystycznych, ale akurat tego słowa nie znał. Mógł tylko przypuszczać, że miało coś wspólnego z jego matką albo z utrzymywaniem stosunków cielesnych, albo z jednym i drugim.
- Nie zabrzmiało to przyjaźnie - stwierdził. - Spróbujmy jeszcze raz: kim jesteś i jaką miałeś sprawę do naszego przyjaciela?
Znów przekleństwo, tym razem kilkuwyrazowe.
- Nie powiesz - rzekł Sam. - No cóż, życzę więcej szczęścia następnym razem.
Powiedziawszy to, pochylił się, zamachnął prętem zbrojeniowym i zdzielił faceta za uchem. Miał nadzieję, że nie za mocno. Stalowy pręt nie jest najdelikatniejszą z broni. Mężczyzna jęknął i zwiotczał.
- Mam nadzieję, że więcej się nie spotkamy - oznajmił Sam, odwrócił się i zaczął biec.
1
„Koleją podziemną" nazywano umownie szlak ucieczek zbiegłych niewolników amerykańskich (przyp. tłum.).
