Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Pewnego dnia rodzice odkrywają, że Sebastian jest obdarzony niezwykłym talentem skrzypka i wtedy zaczynają się prawdziwe kłopoty. Sebastian musi bowiem pobierać lekcje u najlepszych mistrzów. Wkrótce okazuje się, że powinien występować na koncertach. Rodzice podpisują więc kontrakt...
[opis okładkowy]
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
ISBN 8388794698
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Słupsku
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 233
Rok wydania: 2004
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Noel Streatfeild
Złota Jabłoń
Noel Streatfeild
Złota Jabłoń
Pożegnanie ze „Złotą Jabłonią"
ROZDZIAŁ VI Devonshire
ROZDZIAŁ VII Pan z pociągu
ROZDZIAŁ IX Plany i projekty
ROZDZIAŁ X Powrót Sebastiana
Dni pełne wydarzeń
ROZDZIAŁ XII Jak znaleźć sposób
Dawid dowiaduje się prawdy
ROZDZIAŁ XIV Boże Narodzenie
ROZDZIAŁ XVIII Koniec podróży
Spis rozdziałów
Złota Jabłoń
Przełożyła Ewa Fiszer
OFICYNA WYDAWNICZA RYTM WYDAWNICTWO WAZA WARSZAWA
Tytuł oryginału angielskiego Apple Bough
Ilustracja na okładce © - Represented by Prieto NORMA EDITORIAL, S.A.
Okładka i strona tytułowa Małgorzata Śliwińska
Redaktor Maria Gantz
Korekta Roma Sachnowska Małgorzata Grudnik Bianka Abratowska
Skład
Wydawnictwo WAZAs.c.
ul. Raszyńska 58 m. 50a, 02-033 Warszawy-
/
MIJ1' Słupsk / OdDiM
•»
4-55820 s
ISBN 83-86678-86-0 ISBN 83-86426-20-9
Druk i oprawa Łódzkie Zakłady Graficzne
Zamówienia na książki można składać w Dziale Handlowym Wydawnictwa: ul. Górczewska 8, 01-180 Warszawa, tel./fax 631-77-92, tel. 632-02-21 w. 155
ROZDZIAŁ I Wspominki
Hekroć padały słowa „Złota Jabłoń", cała czwórka małych Forumów spoglądała na siebie smętnym wzrokiem. Bo „Złota Jabłoń" to był ich dawny dom w hrabstwie Essex.
Dzieci wspominały go jako dom wręcz „doskonały". Dużo ogromnych pokoi - dorośli narzekali, że znajdują się one w opłakanym stanie i trudno je utrzymać w porządku, natomiast dla dzieci były po prostu piękne, no i wszystko, co się w nich mieściło, było własnością rodziny. Nic się tam nigdy nie zmieniało, gdziekolwiek się coś położyło, można było być pewnym, że nikt tego nie ruszy. Dzieci obecnie często fantazjowały na temat swych książek i zabawek, gdyż od dawna ich nie widziały. Oddano je na skład wraz z meblami, zasłonami i dywanami.
— To okropne - mawiała Myra, najstarsza - człowiek nie może nawet zobaczyć własnych rzeczy.
- I chyba nie ma nic przyjemniejszego - wtórował jej trochę młodszy Sebastian - niż wrócić do domu, w którym zna się każdy przedmiot i wszystko stoi na swoim miejscu.
„Złotą Jabłoń" otaczał ogród. We wspomnieniach dzieci był równie duży, jak miejskie parki. Nikt w rodzinie nie czuł powołania do ogrodnictwa i ogród przepięknie zarósł. Ale coraz to pod jakimś krzakiem znajdowało się truskawki i poziomki, których nikt nie zasadził, o które nikt nie dbał - a one jednak owocowały. Wszędzie kwitły rośliny uważane ogólnie za chwasty - na trawniku pokrzywy, na zarośniętej alejce jaskry i mlecze. Tam gdzie zwykle sadzi się róże, rosły rzeczywiście róże, ale zdziczałe, jesienią zaś cały ogród wyglądał tak, jakby spadł śnieg - wszystko obrastał powój.
A co najważniejsze, w „Złotej Jabłoni" dzieci miały psa. Nazywał się Pucek, najprostsze z prostych imion.
- Ale my lubimy takie imiona - wyjaśniała szybko My-ra - pewnie dlatego, że nasze są strasznie wyszukane.
Pucek był własnością Myry - to jej pewien znajomy farmer ofiarował szczeniaka - uważano go jednak za psa „rodzinnego". Najbardziej przypominał pudla, ale jego babka ze strony ojca była jamnikiem, co tłumaczyło krótkie nóżki i długi tułów. Zbytnio to wszakże nie raziło, ponieważ nigdy nie strzyżono go tak, jak się strzyże miejskie pudle.
Kiedy sprzedano „Złotą Jabłoń", trzeba było rozstać się z Puckiem; na samo wspomnienie o tym Myrę do tej pory dławiło w gardle. Zabrał go brat panny Popple -Pucek za nim przepadał — jednakże Myra wiedziała, że Pucek wie, iż czeka go rozstanie, gdyż miał spuszczony ogon i bardzo smętnie polizał ją w rękę. Myra nie protestowała, gdyż jak to kiedyś określiła jej matka, „od urodzenia była bardzo rozsądną osóbką", a wytłumaczono jej, że będą teraz prowadzić tryb życia zupełnie niestosowny dla psa i Pucek będzie dużo szczęśliwszy u pana Popple. Często wszakże w hotelach i w samolotach, w pociągach i na statkach wyobrażała sobie, że trzyma Pucka na kolanach i mówi: „Prawda, Pucku, że jesteś szczęśliwszy ze mną i wcale ci te podróże nie przeszkadzają?".
W trakcie podróży dzieci bawiły się we „wspominki". Chociaż opuściły „Złotą Jabłoń", kiedy Myra miała lat dziewięć, Sebastian osiem, Wolfgang siedem, a Ethel zaledwie pięć, tak dobrze pamiętały tamte czasy, że często stawały im przed oczyma. To podczas lotu z Nowego Jorku do San Francisco Myra powiedziała nagle:
- Pamiętacie tę obluzowaną cegłę w kuchennej podłodze?
I naraz jakby w ich umysłach otworzyło się okienko. Wolfgang, który teoretycznie miał miejsce z drugiej strony przejścia, a praktycznie siedział na kolanach Sebastiana, zaraz zawołał:
- Tę cegłę można było podnieść. Kiedyś znalazłem srebrny guzik i tam go właśnie schowałem.
Sebastian też zobaczył ową cegłę.
- A ja schowałem tam pierścionek, który znalazłem w świątecznym puddingu ze śliwkami.
Siedząca między Myrą a Sebastianem Ethel zaczęła podskakiwać. I szybko wykrzyknęła, jakby się bała, że rodzeństwo zaprotestuje:
- A ja sześciopensówkę z dziurką!
Myra spojrzała na Sebastiana, Sebastian na Myrę. Oczywiście, nikt nie chciał pozbawiać Ethel prawa do „Złotej Jabłoni", wszyscy jednak wiedzieli, że niewiele pamięta i często coś zmyśla.
- Ettie, coś mi się zdaje, że nigdy nie miałaś takiej sześciopensówki - oświadczył Sebastian. - Ale niech ci będzie, że pamiętasz cegłę. Nie wypadasz z gry.
Myra wyjrzała przez okienko. Białe chmury poniżej samolotu wyglądały jak pasące się owieczki. Cudownie by było, gdyby ustanowiono prawo, iż każde dziecko musi mieć dom, a jeszcze cudowniej, gdyby w każdym domu znajdowała się w kuchni obluzowana cegła. Trudno jest wychować takie dziecko jak Ettie, które nie ma domu, wobec czego trzeba mu pozwolić fantazjować. Myra znów spojrzała na rodzeństwo.
- Ja wsadziłam tam moje zaczarowane ziarenko.
Można by uważać, że to z winy Sebastiana trzeba było sprzedać „Złotą Jabłoń" - to ze względu na niego rodzina musiała nieustannie podróżować. Kiedy mieszkali jeszcze w „Złotej Jabłoni", podróżował tylko Dawid, ojciec dzieci. Był pianistą, ale nie koncertował sam, tylko akompaniował solistom. Mnóstwo pracował, gdyż uważano go za jednego z najlepszych akompaniatorów w kraju. Na szczęście zwykle grał w Londynie, więc dużo czasu spędzał w domu. Wracał po koncertach późnym wieczorem starym, rozklekotanym Fordem. Myra i Sebastian pamiętali, że matka zawsze biegła do drzwi, pytając: „No, kochanie, jak ci poszło?". Pamiętali także radość matki, iż ojciec bezpiecznie wrócił do domu, był bowiem potwornie roztargnionym człowiekiem i po koncercie mógł śmiało wejść do cudzego domu albo nawet pojechać do innej wsi. Nim rodzina zafundowała sobie Forda, ojciec wracał pociągiem i bardzo często przejeżdżał stację. Kiedy zaczęli podróżować, ojciec objawiał jeszcze większe roztargnienie, pewnie dlatego, że miał bardziej osobisty stosunek do koncertów.
Jeden roztargniony członek rodziny zupełnie by wystarczył, tymczasem roztargniona była także i matka. Polly miała zostać śpiewaczką, ale spotkała Dawida i wyszła za niego za mąż. Przerwała studia, nie przestała jednak kochać muzyki i często dawała się jej „porwać". Wiele osób mogłoby uważać, że zajmowanie się domem i czwórką dzieci powinno wystarczyć, ale nie Polly. Przestała uczyć się śpiewu, za to zaczęła uczyć się malarstwa. Z początku dla rozrywki, wkrótce jednak tak ją to wciągnęło, że przede wszystkim stała się malarką, a dom zszedł na dalszy plan. Gdyby malarze mieli otrzymywać nagrody za roztargnienie, Polly otrzymałaby pierwszą.
I Dawid, i Polly pochodzili z „muzycznych" rodzin. Ojciec Dawida był pastorem i chórmistrzem. W jego kościele zawsze panował tłok, gdyż ludzie przychodzili z daleka, aby posłuchać chóru. Matka Dawida grała w kościele na organach i grała świetnie. Ojciec Polly był wprawdzie oficjalnie jak to mawiano — „człowiekiem interesu", całym sercem jednak oddawał się swemu hobby - muzyce kameralnej. Matka była za młodu gwiazdą miejscowego kółka operowego, ale i po urodzeniu dzieci zdarzało jej się często, jak to nazywała, „ćwierkać". Toteż państwo Forum uważali za pewnik, że dzieci wyrosną na muzyków. Najprawdopodobniej pójdą w ślady ojca i zostaną pianistami. I nadano im stosowne imiona. Myra została Myrą na cześć Damy Myry Hess. Sebastian na cześć Jana Sebastiana Bacha, Wolfgang - Mozarta, a Ethel - Damy Ethel Smith. Oczywiście nikt nie nazywał Wolfganga pełnym imieniem, mawiano do niego Wolfie albo po prostu Wolf. A Ethel stała się Ettie.
Nim jeszcze dzieci nauczyły się chodzić i mówić, Dawid i Polly zaczęli eksperymentować - sprawdzali, jak malcy reagują na dźwięki muzyki. Dawid grał na fortepianie, a Polly śledziła reakcje dziecka. Nastawiano także odpowiednie płyty, a stara pozytywka wygrywała „Ostatnią różę lata". Tak, dzieci miały muzykę we krwi i żywo reagowały. Myra niemal od urodzenia słuchała muzyki jak zahipnotyzowana, a kiedy płyta milkła, zaczynała płakać. Sebastian, leżąc twarzą w dół na kolanach Polly, gdy ta zmieniała mu pieluszki, usiłował dyrygować orkiestrą grającą Beethovena przez radio. Wolfgang, który już jako niemowlę lubił się popisywać, zaskakiwał przechodniów, nucąc w swym stojącym przed sklepem wózeczku melodię „Ostatniej róży lata", miał ponoć słuch absolutny. A Ethel, nim jeszcze nauczyła się dobrze chodzić, tańczyła w takt muzyki.
Ale tylko w wypadku Sebastiana przewidywania się spełniły. Tamta trójka też była muzykalna — kiedy jednak dzieci zaczęły się kolejno uczyć gry na fortepianie, to choć robiły duże postępy, wkrótce Dawid napisał do swoich rodziców, a Polly do swoich, że niestety Myra, potem Wolfgang, a na koniec Ethel pozostaną na zawsze amatorami. Wprawdzie Wolfgang miał talent - już jako czteroletni malec komponował ckliwe melodyjki - ale jego rodzice zatykali tylko uszy i nigdy się o tym nie mówiło.
Długo trwało, nim odkryto powołanie Sebastiana. A to dlatego, że i Polly, i Dawid uważali, że powinien zostać pianistą. Grał jak na chłopaczka zastanawiająco dobrze, niemniej czegoś tu brakowało. Ale kiedy miał cztery latka, zabrano i jego, i Myrę na pierwszy w ich życiu koncert symfoniczny. Z początku aż tyle muzyki naraz poraziło Sebastiana, skurczył się. Jednakże Dawid i Polly przewidywali taką reakcję.
- Zaraz nastąpi solo fortepianowe - powiedział Dawid. - Będzie mu łatwiej słuchać.
Ale nie solo fortepianowe ułatwiło Sebastianowi odbiór muzyki, lecz solo skrzypcowe - było takie piękne, że nieomal bolało. Wyprostował się i uśmiechnął błogo, jak kociak, który wypił całą miseczkę mleka. Polly i Dawid spojrzeli na siebie nad jego głową. Było to spojrzenie, jakie wymieniają rodzice, gdy dowiedzą się czegoś interesującego o swoim dziecku. I mówiło: „Musimy mu kupić skrzypce".
Przez następne trzy lata w „Złotej Jabłoni" nic się nie zmieniło, tyle że Sebastian raz na tydzień jeździł do Londynu na lekcję skrzypiec, no i codziennie ćwiczył, z początku godzinę dziennie, a potem trzy albo i cztery. Nikt mu tego nie kazał, grał, bo po prostu lubił grać. Ojciec kupił mu małe skrzypce, były to zupełnie dobre skrzypce, w każdym razie najlepsze, na jakie było stać państwa Forum. Sebastian stwierdził jednak, że nie śpiewają tak jak skrzypce na tamtym koncercie. Nie powiedział o tym rodzicom, nie chciał bowiem ichmar-twić, zwierzył się natomiast Myrze.
- Istnieje coś takiego, co skrzypkowie nazywają wibracją. Nie wiem, jak oni to robią - ja nie potrafię. Ale boję się, że nawet jeśli się nauczę, to moje skrzypce nie będą naprawdę śpiewać. Ćwiczę i ćwiczę, żeby to jak najprędzej sprawdzić.
Sebastian pobierał lekcje od młodego skrzypka nazwiskiem Peter Pond. Był to dobry skrzypek, nie miał jednak talentu pedagogicznego. I dzieci to widziały na swój dziecinny sposób.
- Czy on by cię tej wibracji nie mógł nauczyć?
Sebastian przyłożył do policzka wyimaginowane
skrzypce i odwrócił się tak., żeby Myra mogła widzieć jego palce.
- One mają drżeć. Wiem, jak to wygląda, ale palce nie chcą się mnie słuchać.
- Nie martw się - pocieszyła go Myra. - Któregoś dnia to się po prostu zdarzy.
Rzeczywiście, któregoś dnia zdarzyło się i odtąd Sebastian robił takie postępy, że zadziwił Petera Ponda.
- Moje skrzypce jednak śpiewają - powiedział My-rze z dumą Sebastian. - Mają piękny głos.
Ze względu na lekcje skrzypiec Sebastian nie mógł chodzić do szkoły i rodzice postanowili zaangażować guwernantkę, która uczyłaby wszystkie dzieci.
- Dla Sebastiana nie byłoby dobrze, gdyby tylko on miał się uczyć w domu — powiedziała Dawidowi Polly. -Mamy nadzieję, że zostanie zawodowym skrzypkiem, ale tym bardziej nie powinien się czuć inny niz reszta dzieci.
No i do „Złotej Jabłoni" zawitała panna Popple. Od pierwszego dnia wydawało się, że jest tu z nimi od zawsze. Myra porównała ją do jabłuszka. Panna Popple miała rudawe włosy, czerwone lśniące policzki i była okrąglutka. Pojawiła się jako nauczycielka i udzielała dzieciom lekcji, ale na tym się nie skończyło. W przeciwieństwie do Polly była urodzoną gospodynią. Toteż wkrótce zajęła się także sprzątaniem, szyciem, a co najważniejsze - kuchnią. Panna Popple bowiem, czyli Popps, jak wkrótce zaczęły ją nazywać dzieci, była świetną kucharką. I w trakcie zawiłego matematycznego zadania zrywała się, by pobiec do kuchni, bo nawet nie spojrzawszy na zegarek, co do sekundy wiedziała, kiedy należy wyjąć z piekarnika ciasto lub podlać pieczeń. W czasie lekcji historii potrafiła zrobić cały półmisek placuszków. Prawdę mówiąc, lekcje często odbywały się w kuchni, a kiedy zasiadano w pokoju, panna Popple zwykle cerowała i łatała, nie przestając uczyć.
W każdej rodzinie musi być ktoś, na kim można polegać. Panna Popple od razu zauważyła, że w rodzinie Forumów tą osobą jest Myra. Panna Popple przychodziła o dziewiątej rano, a wychodziła po podwieczorku, kiedy do końca dnia brakowało jeszcze kilku godzin. No i pozostawały sobotnie popołudnia i niedziele, które spędzała w domu wraz z bratem. Myra miała wówczas zaledwie sześć lat, ale reszta dzieci była jeszcze młodsza i wymagała opieki. Toteż Myra musiała opiekować się rodzeństwem.
Panna Popple, nim jeszcze zaczęła pracować u państwa Forum, wiedziała, że Polly nie przypomina innych matek. We wsi dużo się o tym mówiło. Miejscowe kobiety uważały, że to cud, iż mali Foru-mowie wyglądają na zdrowe, szczęśliwe dzieci; ciekawe, kiedy jedzą i co jedzą, skoro matka cały czas maluje w swej pracowni.
Mimo to lubiły Polly i choć kręciły głowami, gdy o pierwszej z farbą na nosie wpadała do wiejskiego sklepu i pytała: „Co mogłabym dostać? Nic nie mam na obiad , starały się jej dopomóc, chociaż wzdrygały się na myśl, że takiego dzidziusia jak Etty karmi się potrawami z puszek. I użalały się nad Dawidem, bo Dawid to już naprawdę nie wyglądał dobrze. Dawid zresztą cieszył się świetnym zdrowiem, ale był z natuiy chudy, a jego tryb życia nie sprzyjał tyciu. Nim kupił Forda, biegł często o ósmej na pociąg, a kumoszki podnosiły do góry brwi. „Pewnikiem gna bez śniadania, a wieczorem dostanie tylko kilka kanapek. Przydałaby mu się porządna gorąca kolacja, ale jej to ani w głowie".
Kiedy panna Popple po raz pierwszy zobaczyła My-rę, wyglądała ona dość osobliwie. Wszyscy Forumowie byli niewysocy i Myrze na pierwszy rzut oka nikt nie dałby sześciu lat, póki nie zobaczyłby jej buzi, która mogłaby być buzią dziesięcioletniej dziewczynki. Cała rodzina miała ciemne włosy, włosy Myry były ściągnięte do tyłu i zawiązane różową tasiemką, która przedtem służyła do przewiązywania nut. Dopóki w „Złotej Jabłoni" nie pojawiła się panna Popple, dzieci ubrane były w byle jakie szmatki, nauczycielka więc wcale się nie zdziwiła, że w ten mroźny lutowy dzień Myra ma na sobie cienkie dżinsy. Co prawda miała też rozciągnięty brudny sweter, było w nim jednak mnóstwo dziur, i panna Popple natychmiast sobie pomyślała, że nieźle musi przez nie wiać. Przede wszystkim jednak uderzył ją wyraz twarzy dziewczynki. Myra miała ogromne, ciemne oczy, w których malowała się troska.
- Mama powiedziała, że Sebastian i ja mamy się uczyć w tym ostatnim pokoju, i rozpaliła tam ogień na kominku, ale wciąż gaśnie, choć Sebastian bez przerwy dmucha. I zupełnie nie wiem, co zrobić z Wolfem i Ettie, mama uważa, że mogą siedzieć z nami, ale oni są naprawdę za mali, żeby słuchać lekcji, a poza tym strasznie hałasują, pani wie, jakie są dzieci w tym wieku.
Panna Popple wyciągnęła rękę.
- Jakoś sobie poradzimy. Gdzie jest twoja matka?
- Maluje w pracowni. Prosiła, żeby jej nie przeszkadzać, chyba że coś się stanie. Ma niedługo wystawę i musi skończyć obraz.
Trzymając się za ręce, panna Popple i Myra poszły do przyszłego pokoju lekcyjnego. Sebastian leżał tam na brzuchu przed kominkiem, dmuchając na czarne węgle w nadziei, że mizerny płomyczek stanie się ogniem. W pokoju było lodowato zimno.
- Dzień dobry, Sebastianie - powiedziała panna Popple. - Nie męcz się już z tym ogniem. Dziś rano będziemy mieć lekcję w kuchni. W kuchniach jest zwykle bardzo przytulnie.
Sebastian przewrócił się na plecy i wstał. On także był za mały na swój wiek i miał ciemne włosy - panna Popple od razu zwróciła uwagę, że naileżałoby je przystrzyc; Sebastian co chwila je odgarniał, żeby nie właziły mu w oczy. Panna Popple ucieszyła się, widząc, że jest cieplej ubrany, miał na sobie flanelową koszulę i welwetowe spodnie. Miły chłopczyk, pomyślała, ale podejrzewała, że nie jest tak rozsądny jak Myra, pewnie wdał się w roztargnionych rodziców. Był jednak dobrze wychowany. Wyciągnął rękę.
- Dzień dobry pani. Nasza kuchnia nie jest chyba przytulna.
- Nie jest — potwierdziła Myra. — Ale po śniadaniu wszystko zmyłam, więc jest w niej czysto.
Panna Popple wcale się nie zmartwiła.
- Zaraz tam będzie miło. No, zaprowadźcie mnie do tej kuchni, rozpalę w piecu ogień, postawię garnki z czymś na obiad i zaraz zrobi się cieplutko.
Idąc do kuchni, zabrali z sobą Wolfganga i Ethel, którzy bawili się na korytarzu w konie. Wolfgang miał wówczas dopiero cztery latka, ale już lubił się popisywać. Natychmiast przestał być koniem i skłonił się nisko przed panną Popple.
- Panna Popple, jak „mieniam".
Wolfgang był najładniejszy z całej rodziny. Jego ciemne włosy miały kasztanowaty odcień i zwijały się w loki. I nie miał piwnych oczu tak jak jego rodzeństwo, lecz szafirowe, ocienione długimi rzęsami.
- Dobrze mniemasz - powiedziała panna Popple. -De masz lat?
- Cztery. Czy mogę też się uczyć?
Panna Popple pomyślała, że lepiej będzie mieć go na oku, i odpowiedziała:
- Owszem, możesz. I ta panienka także. - Spojrzała na Ethel. - To Ettie, prawda?
Choć Ettie miała na sobie zbyt obszerne spodnie w szkocką kratę i zbyt obszerny sweter, panna Popple od razu zauważyła, że wprawdzie Ettie nie jest tak ładna jak jej brat, ma za to bardzo zgrabną figurkę. Żadne z dzieci nie grzeszyło nieśmiałością i Ettie wygłosiła dłuższe przemówienie. Co prawda tak niewyraźnie, że Wolfgang musiał je przetłumaczyć.
- Ona mówi, że panią lubi i że chce się uczyć.
Ettie uznała to za zniewagę.
- Sama chcem mówić - oświadczyła dumnie.
- Oczywiście, oczywiście - zgodziła się panna Popple. Weszli do kuchni. Nic nie wskazywało na to, że ktoś zamierza ugotować obiad, więc panna Popple dodała: — Dziś nie będzie lekcji. Musimy się najpierw dobrze poznać. Pomożecie mi ugotować obiad.
ROZDZIAŁ II List
Myra wcale nie wiedziała, że to dzięki pannie Pop-ple dostała Pucka. Brat panny Popple był weterynarzem i któregoś dnia powiedział przy śniadaniu:
- Jakiś tydzień temu oszczeniła się ta pudliczka Solly na farmie Pond. Wszystkie szczeniaki mają jednak coś z jamnika.
A panna Popple zawołała tak, jakby o tym rozmyślała od wielu dni:
- Danie, jak sądzisz, czy stary Bush nie chciałby oddać jednego szczeniaka?
Pana Popple bardzo to ubawiło.
- Nie masz dosyć roboty z tym czworgiem małych Forumów, potrzebny ci jeszcze pies?
- Ależ, Danie, nie chcę go dla siebie, tylko dla Myry. Ona jest za poważna, nigdy się nie bawi. Może taki szczeniaczek ją rozweseli.
- A Sebastian się bawi?
Panna Popple nie tylko nie była muzykalna, ale w ogóle nie rozumiała, jak można chcieć słuchać muzyki.
- Sebastian! Biedaczysko, on każdą wolną chwilę spędza w swojej sypialni grając na skrzypcach. Na pewno mu to nie służy. Powiedziałam to jego matce, a ona zaczęła się śmiać. „Niech pani spróbuje mu przeszkodzić" — powiedziała. Chwała Bogu, w jego sypialni jest piec, podobno nie da się grać na skrzypcach, jeśli ma się zimne ręce.
Dan skończył już jeść śniadanie i wstał.
- Będę przechodził koło farmy to zapytam.
-Jeśli Bush się zgodzi, to powiedz mu, że pod jakimś pretekstem przyślę do niego Myrę, żeby jej tego szczeniaka sam dał. Nie chcę, by wiedziała, iż miałam z tym coś wspólnego.
Jeśli po południu było ładnie, panna Popple zabierała Myrę i Wolfganga na spacer, Ethel jechała w wózecz-ku. Sebastian w tych spacerach nie uczestniczył, bo
0 tej porze grał zawsze na skrzypcach. Któregoś dnia panna Popple zatrzymała się przed drogowskazem z napisem „Farma Pond".
- Myro, pobiegnij tam i poproś panią Bush o tuzin jaj, wolałabym ciemne.
- Ja też pójdę - powiedział Wolfgang. - Lubię panią Bush, a pani Bush lubi mnie.
Był już marzec i panna Popple dobrze poznała Wolfganga.
- Pani Bush lubi także Myrę.
Wolfgang zrobił dumną minę.
- Ale nie aż tak, jak mnie. Powiedziała, że jestem „ryginalnym" chłopcem.
Myra z troską spojrzała na Wolfganga.
- Ja wiem, proszę pani, że on jest okropny, ale mówi prawdę. Słyszałam, jak to powiedziała.
Panna Popple przerwała im kategorycznym tonem:
- Dziś nie będzie miała okazji, żeby coś o tobie powiedzieć. No, Myro, leć!
Dzieci wiedziały już, że ten ton wymaga natychmiastowego posłuszeństwa. Myra przeszła przez kładkę
1 pobiegła ścieżką w kierunku farmy, a Wolfgang, żeby pokazać, iż nie czuje się pokonany, oświadczył:
- W gruncie rzeczy Wolfie wcale nie ma ochoty zobaczyć pani Bush.
W dziesięć minut później Myra wróciła trzymając w ramionach Pucka, świeciły jej się oczy.
- Mam pieska! Dał mi go pan Bush! Powiedział, że pani się na pewno zgodzi.
Pucek, choć po raz pierwszy rozstał się z matką i był jeszcze naprawdę malutki, zachowywał się bardzo spokojnie. Pozwolił się wziąć na ręce i Wolfgangowi, i Ethel, choć oboje zaczęli go całować w łebek, a on był do tego zupełnie nie przyzwyczajony.
- To będzie nasz szczeniaczek - oświadczył Wolfgang. - On lubi mnie tak samo, jak Myrę.
Panna Popple znów zaczęła mówić srogim tonem:
- Jestem pewna, że Myra pozwoli wam bawić się z tym pieskiem. Ale on będzie jej własnością. Każdy pies musi mieć jednego pana, który będzie się nim opiekował i go karmił. Myro, jak go nazwiesz?
- On musi mieć imię ekstra! - zawołał Wolfgang.
- Może Orlando, tak jak w bajce? — zaproponowała panna Popple.
Wolfgang oburzył się.
- Pies nie może się nazywać tak, jak kot.
Panna Popple spojrzała na Myrę.
- To już ty musisz zdecydować.
Właśnie w tej chwili Myra odebrała Ethel pieska, a on pomachał ogonkiem, jakby wiedział, że wraca do swej właścicielki.
- Będzie się nazywał Pucek — powiedziała Myra. — U nas w domu jest już za dużo ekstrawaganckich imion.
Dzięki Puckowi Myra częściej się bawiła i nie miała już takiej zatroskanej miny, niemniej wciąż była tą osobą w rodzinie, na której można polegać. I z biegiem lat to ona wraz z panną Popple obmyślała posiłki, ona wraz z panną Popple sprzątała, cerowała, szykowała bieliznę do pralni i zajmowała się tysiącem rzeczy, których wymaga prowadzenie domu. I to Myra wraz z panną Popple zorganizowały podróże Sebastiana do Londynu w te dni, kiedy żadne z rodziców nie mogło z nim pojechać - znalazły kogoś, kto go w Londynie zabierał z dworca, a same wychodziły po niego, gdy wracał. Czasem panna Popple martwiła się, że Myra ma zbyt wiele obowiązków, ale po zastanowieniu się doszła do wniosku, że dziewczynka lubi troszczyć się o rodzeństwo i dom i byłaby bardzo nieszczęśliwa, gdyby ją od tego odsunąć i kazać się tylko bawić.
Polly jeszcze przez pewien czas zajmowała się na swój sposób domem, ale już pierwszego dnia przestała biegać w południe po puszki. Panna Popple posłała Wolfganga po matkę do pracowni.
— Mamo, obiad. Będzie duszona baranina. Wszyscy pomagaliśmy gotować.
Polly zajadała się wyborną baraniną, a potem powiedziała do panny Popple:
— Muszę pójść kupić coś dzieciom na podwieczorek.
Panna Popple pokręciła głową.
— Nie, moja droga, nie musi pani. Upiekłam ciasto. Nie było w domu smalcu, więc go kupiłam, kiedy poszłam do rzeźnika po mięso. Zrobiłam też zupę i pieróg z rybą na kolację dla pani i dla pana Foruma. Nie mogłam znaleźć w domu płatków, więc kupiłam paczkę na kolację dla dzieci. Nie ma mi pani tego za złe?
— Za złe?! — wykrzyknęła Polly. — To wspaniałe! Może od razu przekażę pani pieniądze na prowadzenie domu, jeśli rzeczywiście chce się pani tym zająć?
— Bardzo chętnie — odpowiedziała panna Popple. -Będziemy się obie z Myrą świetnie bawić, planując posiłki, prawda, kochanie?
Przez jakiś czas Polly krzątała się jeszcze po domu. Biegała rano ze szczotką i ściereczką do kurzu, rozpalała ogień i z pomocą Myry przygotowywała śniadanie. Wkrótce jednak panna Popple znalazła lepsze rozwiązanie.
- Jeśli rozpali pani ogień w sypialni Sebastiana i w pokoju lekcyjnym, a potem zrobi śniadanie, to zupełnie wystarczy. Po moim przyjściu sprzątnę dom z pomocą dzieci, będzie to dla nich gimnastyka, no i na pewno będą się świetnie bawić.
Polly zawstydziła się.
- Naprawdę uważa pani, że tak źle sprzątam? Wiem, wiem, to dlatego właśnie woli pani sprzątnąć sama.
W oczach panny Popple zabłysł uśmiech.
- No cóż, nie urodziła się pani na gospodynię domową.
- Oj, nie. Zamiatam, ścieram kurze, a całą duszą jestem w pracowni. I w dodatku stale zapominam, gdzie już sprzątnęłam, a gdzie jeszcze nie.
- No to niech się pani już nie męczy - powiedziała panna Popple. - Zawsze przed wyjściem powiem pani, czego nie zdążyłam zrobić.
Polly miała zatem więcej czasu na malowanie, nie musiała przygotowywać obiadu i odrywać się co jakiś czas od sztalug, żeby sprawdzić, czy nic się nie stało dzieciom, toteż zaczęła wychodzić z pracowni w porze podwieczorku. I niemal co dzień jadła podwieczorek z dziećmi, a po wyjściu panny Popple bawiła się z nimi. Wymyślała wspaniałe zabawy, cały dom i ogród rozbrzmiewał śmiechem. Ludzie we wsi znów kiwali głowami, ale tym razem z aprobatą. „Całkiem się zmieniło w »Złotej Jabłoni«, odkąd tam nastała siostra naszego weterynarza".
Dawid także zauważył zmiany na lepsze. Zawsze dostawał coś smacznego na kolację, no i choć nie potrafił określić, na czym to polega, w domu zrobiło się jakoś przyjemniej. Nic nie ginęło i zawsze miał czystą, wyreperowaną bieliznę.
Nikt nie nazwałby dzieci eleganckimi, ale od czasu, gdy zajmowała się nimi panna Popple, były dużo przyzwoicie)' ubrane. Panna Popple poprosiła Polly o trochę pieniędzy i pojechała z dziećmi do Dunmow - było to najbliższe miasteczko - i kupiła każdemu ze swych podopiecznych ciepłe spodnie, dżinsy, sweter i bawełnianą koszulkę. Z dotychczasowych ubrań część wyreperowała, część wyrzuciła. Czasem podczas popołudniowych spacerów myślała z dumą, że ubranka są czyste i całe, dzieciom błyszczą włosy, i że na wsi to zupełnie wystarczy.
Któregoś dnia wiosną, tui przed urodzinami Myry, która właśnie kończyła dziewięć lat, nadszedł list i ów list zmienił całe ich życie. Listonosz pojawił się, kiedy jeszcze jedli śniadanie. Co dzień ktoś inny miał odbierać pocztę, wypadła kolej na Ethel, ale Wolfgang pierwszy zerwał się od stołu.
- Dzień dobry - powiedział tonem dorosłego człowieka, odpychając łokciem Ethel. - Jak na tę porę roku mamy zupełnie ładną pogodę.
Listonosz pstryknął palcami na Pucka, który przybiegł za Wolfgangiem.
- Niezły z ciebie gagatek, Wolf. — Listonosz dobrze znał obyczaje domu i zaraz zwrócił się do Ethel: - Dziś twoja kolej, prawda? Masz tu listy, ale poza jednym same druki.
Jedyny prawdziwy list był zaadresowany do Dawida. Dawid spojrzał na zegar, żeby się zorientować, czy zdąży go przeczytać, doszedł do wniosku, że tak, otworzył kopertę i spojrzał na podpis.
- To Peter Pond. Sebastianie, czyś ty coś przeskro-bał? - Przeczytał list, wsadził go do kieszeni i wstał. Obszedł stół, by ucałować Polly. - Opowiem ci wieczorem. No, dzieci, ruszamy.
Dzieci zawsze odprowadzały Dawida, dawniej do furtki, a teraz do garażu. Kiedy Dawid odjechał Fordem, dzieci otoczyły Sebastiana.
- Wiedziałeś, że on napisze? - spytała Myra.
Wolfgang miał nadzieję, że Sebastian rzeczywiście
ma coś na sumieniu.
- Coś ty zmalował?
- A może to jakiś miły list i pan Pond pyta na przykład, co ja i Myra chciałybyśmy dostać na urodziny -powiedziała z nadzieją w głosie Ethel.
Wolfgang spojrzał na nią z pogardą.
- Pan Pond nie zna ani Myry, ani ciebie.
Ethel upierała się jednak.
- Na pewno wiele słyszał o nas od Sebastiana.
- Chyba nie, Ettie - wtrąciła się Myra. - Oni rozmawiają wyłącznie o muzyce. Prawda, Sebastianie?
Sebastian skulił się i stał z niewyraźną miną.
- Nie mówcie nic mamie, bo nie skończy tego swego obrazu, ale już od jakiegoś czasu wiem, że on miał zamiar napisać. Uważa, że już niczego więcej nie może mnie nauczyć.
I Myra, i Wolfgang od razu zrozumieli, że sprawa jest poważna.
- Czy zna kogoś, kto mógłby udzielać ci lekcji? -spytał Wolfgang.
Sebastian kopnął kamień.
- On mówi, że jest mi potrzebny ktoś najlepszy.
Myra schyliła się, by pogłaskać Pucka.
- Takiemu komuś trzeba będzie jednak strasznie dużo płacić.
- Strasznie dużo — zgodził się Sebastian. — Dlatego nie chcę mówić mamie, bo zaraz zacznie się martwić, skąd wziąć pieniądze.
Jakieś inne dzieci pewnie by powiedziały Sebastianowi, że on także nie powinien się martwić, że wszystko się jakoś ułoży, ale mali Forumowie byli mądrzejsi. Od urodzenia cała czwórka żyła muzyką — wiedzieli, jak ważny jest dobry nauczyciel.
- Tata na pewno coś wymyśli - powiedziała Myra. -Może są jakieś stypendia dla dzieci.
Przyszła panna Popple i od razu zauważyła, że Myra i Sebastian czymś się martwią. Co do pozostałej dwójki, to Wolfgang nie należał do dzieci, które się czymkolwiek przejmują, Ethel zaś niezupełnie zrozumiała, o co chodzi. Robiąc pranie panna Popple spytała Myrę, co się właściwie stało. Ale jak tu wytłumaczyć osobie, która w ogóle nie rozumie muzyki, że odpowiedni nauczyciel jest wręcz niezbędny.
- Tata dostał list od pana Ponda. Sebastian obawia się, że pan Pond uważa, że tata powinien zaangażować innego nauczyciela.
Panna Popple wykazała maksimum dobrej woli.
- Biedny Sebastian. Bardzo mu współczuję. Ja też nie cierpię zmian. No, ale może widywać pana Ponda, nawet jeśli będzie miał nowego nauczyciela.
Myra zrezygnowała z dalszych wyjaśnień.
- Sebastian bardzo się przejął, ale nie chcemy o tym mówić mamie. Powie jej o tym wieczorem sam tata.
Panna Popple uważała, że na każde zmartwienie najlepszym lekarstwem jest praca. Toteż kiedy skończyły prać, zawołała dzieci do sieni:
- Zaczynamy dziś wiosenne porządki. Dzień jest piękny. Wyniesiemy do ogrodu dywany i kilimy, żeby je tam porządnie wytrzepać.
Rzeczywiście dzień był piękny. Pierwiosnki już zakwitły, pączki narcyzów miały się lada chwila rozchylić, gałęzie drzew przesłaniała seledynowa mgiełka, niebo było błękitne i wszystkie ptaki na cześć wiosny śpiewały Te Deum. Po godzinie trzepania dywanów nawet Sebastian zapomniał o swym zmartwieniu. Cóż, ostatecznie tata zna stu skrzypków i na pewno znajdzie mu dobrego nauczyciela.
Sebastian jednak nie słyszał rozmowy rodziców, bo już wówczas leżał w łóżku. Dawid wyjął list Petera Ponda.
- Posłuchaj, Polly: „Uważam, niestety, że powinienem rozstać się z Sebastianem. Niczego więcej nie potrafię go nauczyć. Chłopcu potrzebny jest prawdziwy mistrz. W przyszłym miesiącu odbędzie się koncert, z którego dochód przeznaczony jest na Fundusz Muzyków. Czy państwo zgodzą się, żeby Sebastian zagrał? Uważam, że już powinien wystąpić, a nie będzie to dla niego zbyt stresujące, jeśli zechce mu pan akompaniować".
Ten koncert najmniej ich obszedł.
- Prawdziwy mistrz! - jęknęła Polly. — Bardzo to piękne, ale skąd weźmiemy pieniądze, by opłacić wielkiego mistrza.
Dawid zapalił fajkę, fajka pomagała mu skupić myśli.
- To jeszcze nie wszystko. Sebastian musi dostać prawdziwe skrzypce. A wiesz przecież, ile takie skrzypce kosztują.
Polly zmarszczyła brwi.
- Wciąż zastanawiam się, ile pieniędzy wolno nam wydać na Sebastiana. Już teraz kosztuje nas dwa razy tyle, co reszta dzieci, a przecież one też będą musiały potem studiować. Ettie za rok, dwa powinna chodzić na lekcje tańca. Nauczyłam dzieci tańczyć irlandzką gigę -Ettie doskonale tańczy.
- Tak, to problem - zgodził się Dawid. - Peter uważa, że Sebastian zostanie wielkim skrzypkiem i pewnie ma rację. Kiedy gra, przestaje być małym chłopcem.
- Na szczęście kiedy nie ma skrzypiec w ręku, jest najzwyklejszym dzieckiem. I chcę, żeby nim został. -Polly przypomniała sobie nagle list. - Ale, ale, co z tym koncertem, będą na nim największe, sławy i może ktoś zechce uczyć Sebastiana za darmo,?'
Dawid roześmiał się.
