Złodziej kanapek - Andrea Camilleri - ebook
Opis

Komisarz Montalbano - człowiek o nastrojach zmiennych jak sycylijska aura i niezrównany smakosz - musi rozwiązać sprawę tunezyjskiego rybaka, zatrudnionego na włoskim kutrze i zabitego od strzału oddanego z tunezyjskiej łodzi patrolowej. Jednocześnie w Vigacie ofiarą morderstwa pada właściciel firmy handlowej, Aurelio Lapecora. Wdowa rzuca oskarżenie na kochankę denata, piękną Tunezyjkę imieniem Karima. Okazuje się, że przedsiębiorcza emigrantka szczególnie upodobała sobie majętnych starszych panów, którym świadczyła dość wymyślne usługi. Borykający się z bardzo trudnymi problemami osobistymi komisarz Montalbano dojdzie z czasem do wniosku, że pochodzenie osób uwikłanych w te dwie, zdawałoby się, zupełnie niepowiązane ze sobą sprawy będzie mieć kluczowe znaczenie dla rozwiązania jednej groźnej zagadki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 260

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Andrea Camilleri
ZŁODZIEJ KANAPEK
Przełożył Jarosław Mikołajewski
Noir sur Blanc
Tytuł oryginału: IL LADRO DI MERENDINE
Opracowanie redakcyjne: MIROSŁAW GRABOWSKI
Fotografia na okładce: TOMASZ LEC
Opracowanie graficzne serii: OLGIERD CHMIELEWSKI
Copyright © 1996 Sellerio editore, via Siracusa 50, Palermo For the Polish edition Copyright © 2007, Noir sur Blanc, Warszawa For the Polish translation Copyright © 2003 by Jarosław Mikołajewski
Wydanie I elektroniczne
Warszawa 2013
ISBN 978-83-7392-422-2
Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o. ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa e-mail: nsb@wl.net.pl Księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl
Konwersja: eLitera s.c.
7

We śnie część jego mózgu musiała w dalszym ciągu pracować nad sprawą Lapecory, ponieważ około czwartej nad ranem coś mu się przypomniało. Wstał i zaczął gorliwie przeszukiwać książki. W pewnej chwili uzmysłowił sobie, że tę powieść pożyczył od niego Augello po telewizyjnej emisji nakręconego na jej podstawie filmu. Trzymał ją od sześciu miesięcy i wcale się nie spieszył ze zwrotem. Komisarz się zdenerwował.

– Halo, Mimì? Mówi Montalbano.

– Jezu, co jest? Co się stało?

– Czy masz jeszcze tę powieść Le Carrego Budzenie zmarłych? Pamiętam, że ci ją pożyczyłem.

– Do diabła! Jest czwarta rano!

– I co z tego? Chcę, żebyś mi ją zwrócił.

– Salvo, poradzę ci szczerze jak bratu: czy nie powinieneś aby pójść do lekarza?

– Chcę ją mieć natychmiast z powrotem.

– Spałem, rozumiesz?! Uspokój się, jutro rano przyniosę ci ją do biura. Teraz musiałbym włożyć majtki, zacząć szukać, ubrać się...

– Gówno mnie to obchodzi. Poszukasz, znajdziesz, wsiądziesz, choćby w samych majtkach, do samochodu i mi ją przywieziesz.

Smytłał się po domu przez dobre pół godziny, wykonując zbyteczne czynności, na przykład daremnie próbując zrozumieć rachunek telefoniczny lub czytać etykietę na butelce wody mineralnej, aż usłyszał, jak pędem nadjeżdża jakiś samochód, jak ktoś głucho trzaska drzwiczkami i odjeżdża. Otworzył drzwi – książka leżała na ziemi, światła samochodu Augella były już daleko. Coś go kusiło, żeby anonimowo zadzwonić do żandarmerii: „Jestem zwykłym obywatelem. Jakiś wariat jeździ w samych majtkach...”

Machnął ręką. Zaczął przeglądać powieść.

Historia toczyła się dokładnie tak, jak zapamiętał. Strona piętnasta:

– Smiley, tu Maston. Przesłuchiwałeś Samuela Arthura Fennana w poniedziałek w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, tak?

– Tak... Tak, przesłuchiwałem.

– O co tam chodziło?

– Anonimowy list imputujący przynależność do partii w Oksfordzie.

Potem, na stronie sto osiemdziesiątej siódmej, odwołanie do wniosków, jakie Smiley wyciągnął w swoim raporcie:

Może to wskazywać, że Fennan stracił motywację do działalności szpiegowskiej i że zaproszenie mnie na lunch było pierwszym krokiem do poczynienia wyznań. Mógł też napisać anonimowy donos, chcąc w ten sposób skontaktować się z moim departamentem[1].

Jeśliby przyjąć rozumowanie Smileya, możliwe, że Lapecora sam napisał anonimy na siebie. Lecz jeśli był ich autorem, to dlaczego, nawet pod jakimś pretekstem, nie zwrócił się do policji lub żandarmerii?

Ledwie zdążył sformułować pytanie, rozśmieszyła go własna naiwność. Anonim wysłany na policję lub do żandarmerii pozostałby bez odpowiedzi albo ściągnąłby jeszcze poważniejsze kłopoty na samego Lapecorę. Adresując donosy do żony, Lapecora miał nadzieję, że wywoła... jak by to powiedzieć... reakcję „domową”, ale wystarczającą, żeby wydobyć go z niebezpiecznej lub uciążliwej sytuacji, której nie był już w stanie kontrolować. Chciał się wycofać i jego znaki były wołaniem o pomoc, ale żona wzięła je za to, czym były na pierwszy rzut oka, czyli za zwykłe anonimy, za donos na powszednią, wulgarną zdradę. Obraziła się i nie zareagowała, zamknęła się w wyniosłym milczeniu. Wówczas zdesperowany Lapecora napisał do syna, już nie chowając się za anonimowością. Ale ten, przepojony egoizmem i strachem, że straci kilka lirów, uciekł do Nowego Jorku.

Dzięki Smileyowi wszystko grało. Montalbano mógł zasnąć spokojnie.

Komendant Baldassare Marzachì, dyrektor urzędu pocztowego w Vigacie, był powszechnie znany z zarozumialstwa i kretynizmu. Również tym razem potwierdził swoją sławę.

– Nie mogę spełnić pańskiego życzenia.

– Ale dlaczego, przepraszam?

– Ponieważ nie ma pan pozwolenia prokuratora.

– A dlaczego powinienem je mieć? Każdy urzędnik z pańskiego biura mógłby udzielić mi informacji, o którą proszę. To rzecz bez znaczenia.

– To pan tak twierdzi. Urzędnik, który udzieliłby panu takiej informacji, popełniłby tym samym naganne wykroczenie.

– Niech pan się zastanowi, panie dyrektorze. Ja proszę tylko o nazwisko listonosza obsługującego obszar, w którym znajduje się Salita Granet. To wszystko.

– A ja panu nie podam tego nazwiska, jasne? Ale gdybym tak na przykład je panu podał, to co by pan zrobił?

– Zadałbym listonoszowi kilka pytań.

– Widzi pan?! Chce pan pogwałcić tajemnicę korespondencji.

– Dlaczegóż to?

Autentyczny kretyn, jakich mało nawet w czasach, gdy kretyni robią za mędrców. Komisarz postanowił uciec się do przedstawienia, które unicestwiłoby wroga. Nagle odchylił plecy, przywarł nimi do krzesła, zaczęły mu drżeć ręce i nogi, rozpaczliwie próbował rozpiąć sobie kołnierzyk koszuli.

– Jezu! – wyrzęził.

– Jezu! – zawołał jak echo komendant Marzachì, wstał i podbiegł do komisarza. – Źle się pan czuje?

– Proszę mi pomóc – stęknął Montalbano.

Ten rzucił się, rozluźnił mu kołnierzyk, a wtedy komisarz zaczął się wydzierać.

– Niech pan mnie puści! Na litość boską, niech pan mnie puści!

W tej samej chwili złapał ręce Marzachiego, który odruchowo próbował się uwolnić, i zacisnął je na swojej szyi.

– Co pan robi? – wymamrotał Marzachì, całkiem zdezorientowany, nie mając pojęcia, co się dzieje.

Montalbano znowu wrzasnął.

– Niech pan mnie zostawi! Jak pan śmie?! – wydusił, trzymając zaciśnięte ręce dyrektora.

Drzwi się otworzyły, pojawiło się dwoje zaskoczonych urzędników, mężczyzna i kobieta. Wyraźnie widzieli, że ich przełożony próbuje udusić komisarza policji.

– Idźcie stąd! – krzyknął Montalbano. – Idźcie! To nic! Wszystko w porządku!

Urzędnicy wyszli, zamykając za sobą drzwi. Montalbano spokojnie poprawił sobie kołnierzyk i spojrzał na Marzachiego, który kiedy tylko komisarz puścił jego ręce, przywarł do ściany.

– Wyruchałem cię, Marzachì. Tych dwoje widziało wszystko. A że nienawidzą cię, jak zresztą wszyscy twoi pracownicy, to na pewno będą gotowi zeznawać. Napaść na przedstawiciela wymiaru sprawiedliwości! I co teraz zrobimy? Chcesz być oskarżony czy nie?

– Dlaczego chcesz mnie zrujnować?

– Bo uważam, że jesteś odpowiedzialny.

– Za co, na Boga?

– Za najgorsze. Za listy, które z jednej dzielnicy Vigaty do drugiej idą dwa miesiące, za paczki, które przychodzą do mnie wybebeszone, z połową zawartości. I ty mi mówisz o tajemnicy korespondencji? Możesz ją sobie wsadzić w dupę! Jesteś odpowiedzialny za książki, które powinienem otrzymać, a których nie otrzymam nigdy... Jesteś gównem, które chciałoby pachnieć jak łąka, żeby ukryć całą tę kloakę. Wystarczy?

– Tak – odpowiedział zdruzgotany Marzachì.

Pewnie, że otrzymywał korespondencję. Niedużo, ale otrzymywał. Pisała do niego jedna firma spoza Włoch, tylko ona.

– Skąd?

– Nie zwróciłem uwagi. W każdym razie znaczek był zagraniczny. Ale mogę panu powiedzieć, co to za firma, ponieważ na kopercie była wydrukowana nazwa. Aslanidis. Pamiętam, bo mój świętej pamięci ojciec walczył w Grecji i znał tam pewną dziewczynę, która nazywała się Galatea Aslanidis. Ciągle o niej mówił.

– Czy na kopercie było napisane, czym handluje ta firma?

– Tak. Dattes, czyli daktylami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Przypisy

[1] John Le Carré, Budzenie zmarłych; przeł. Radosław Januszewski.