Obietnica komisarza Montalbano - Andrea Camilleri - ebook
Opis

Podczas morskiej kąpieli komisarz Montalbano znajduje kołysanego przez fale trupa, którego identyfikacja okaże się nadzwyczaj trudna, lecz doprowadzi do sensacyjnych i przerażających odkryć. Wspomagany przez oryginalnego dziennikarza oraz urodziwą znajomą komisarz musi stawić czoło potężnej organizacji przestępczej, wyspecjalizowanej w handlu dziećmi na szlakach łączących Afrykę Północną z Sycylią. W dramatycznym zakończeniu dzielny Montalbano omal nie przypłaci życiem zwycięstwa.

Książka nawiązuje do nadal bardzo aktualnego we Włoszech, wyjątkowo skomplikowanego tematu nielegalnej imigracji zarobkowej na wielką skalę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 247

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Andrea Camilleri
OBIETNICA KOMISARZA MONTALBANO
Przełożył Krzysztof Żaboklicki
Noir sur Blanc
Warszawa 2012
Tytuł oryginału: IL GIRO DI BOA
Opracowanie redakcyjne: MIROSŁAW GRABOWSKI
Korekta: MACIEJ KORBASIŃSKI, JANINA ZGRZEMBSKA
Zdjęcie na okładce: Alamy/B&W
Opracowanie graficzne serii: OLGIERD CHMIELEWSKI
Skład i łamanie: PLUS 2 WITOLD KUŚMIERCZYK
Copyright © 2003 Sellerio Editore, Palermo For the Polish edition Copyright © 2009, Noir sur Blanc, Warszawa
Wydanie I elektroniczne
Warszawa 2012
ISBN 978-83-7392-404-8
Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o. ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa e-mail: nsb@wl.net.pl Księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl
Konwersja: eLitera s.c.
2

Kiedy poczuł, że odzyskuje oddech, znowu ruszył dalej. Wydawało mu się, że płynie bez końca, że czas stanął w miejscu. Wreszcie jednak stwierdził, że dotyka stopami gruntu. Odwiązał z nogi sznurek i stanął, trzymając go w ręku. Woda sięgała mu do nosa. Podskakując na czubkach palców, posunął się o kilka metrów i w końcu mógł stanąć na piasku całą stopą. Poczuwszy się bezpiecznie, chciał teraz zrobić krok.

Spróbował, ale nie ruszył się z miejsca. Spróbował ponownie — i znowu nic. Boże, czy to paraliż? Stał jak słup wbity w morskie dno — słup z przycumowanymi zwłokami. Na plaży nie widać żywej duszy, znikąd pomocy. Może to wszystko tylko sen, jakiś koszmar?

— Zaraz się obudzę — powiedział sobie.

Nie obudził się jednak. W rozpaczy odrzucił do tyłu głowę i wrzasnął tak głośno, że sam się ogłuszył. Ten wrzask natychmiast odniósł dwa skutki: po pierwsze, spłoszył przerażone mewy, które krążyły nad nim, ciesząc się zabawnym spektaklem; po drugie, wprawił w ruch, choć z największym trudem, jego mięśnie, nerwy, słowem — wszystkie składniki jego ciała. Od brzegu dzieliło go ze trzydzieści kroków, ale była to prawdziwa droga krzyżowa. Po dotarciu do skraju plaży usiadł ciężko na piasku i siedział tak długo, nie wypuszczając z ręki sznurka. Wyglądał jak rybak, który złowił zbyt dużą rybę i nie ma siły wyciągnąć jej z wody.

— Ręce do góry! — rozległ się nagle głos za jego plecami.

Przestraszony Montalbano odwrócił się. Rozkaz wydał mężczyzna ponadsiedemdziesięcioletni, wysoki i chudy, lecz krzepki, z resztkami włosów sztywnych jak druty i błędnymi oczami. Mierzył w komisarza z rewolweru chyba z czasów wojny włosko-tureckiej (1911—1912). Obok niego stała kobieta, również ponadsiedemdziesięcioletnia, w słomianym kapeluszu, uzbrojona w żelazną sztabę, którą potrząsała nie wiadomo czy po to, aby grozić przeciwnikowi, czy też wskutek zaawansowanej choroby Parkinsona.

— Chwileczkę — powiedział Montalbano — ja jestem...

— Jesteś mordercą! — krzyknęła kobieta głosem tak silnym i zgrzytliwym, że mewy, które zdążyły już wrócić w zamiarze obejrzenia drugiego aktu tej farsy, rzuciły się z piskiem do ucieczki.

— Ależ, proszę pani, ja...

— Nie wypieraj się, ty morderco! Od dwóch godzin obserwuję cię przez lornetkę! — wrzasnęła jeszcze głośniej starucha.

Montalbano zupełnie stracił głowę. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, puścił sznurek i wstał, obracając się w stronę pary nieznajomych.

— O Boże! Jest goły! — krzyknęła starucha, cofając się o dwa kroki.

— Nikczemniku! Koniec z tobą! — zawołał jej towarzysz, cofając się również o dwa kroki.

I strzelił. Strzał huknął ogłuszająco, kula przeleciała ze dwadzieścia metrów od komisarza, przerażonego przede wszystkim tym hukiem. Starzec, który wskutek odrzutu cofnął się o dalsze dwa kroki, uparcie znowu w niego celował.

— Co pan robi? Zwariował pan? Ja jestem...

— Milcz i nie ruszaj się! — rozkazał starzec. — Zawiadomiliśmy policję, zaraz tu będą.

Montalbano nie poruszył się. Kątem oka dostrzegł, że trup powoli odpływa od brzegu. Po chwili zgodnie z wolą nieba nadjechały szybko dwa samochody, stanęły. Zobaczył, że z pierwszego wysiadają w pośpiechu Fazio i Gallo, obaj po cywilnemu. Od razu lepiej się poczuł, ale na krótko, bo z drugiego samochodu wyskoczył fotograf, który natychmiast zaczął wszystko uwieczniać.

Fazio z miejsca rozpoznał komisarza i zawołał do starego:

— Policja! Nie strzelać!

— A skąd mam wiedzieć, że nie jesteście jego wspólnikami? — odparł na to mężczyzna.

I wymierzył rewolwer w Fazia. Tym samym spuścił z oka Montalbana, który dostatecznie już wyprowadzony z równowagi rzucił się na napastnika, złapał go za nadgarstek i rozbroił. Ale nie uniknął potężnego ciosu, jaki zadała mu starucha swoją żelazną sztabą. Oczy zaszły mu mgłą, osunął się na kolana i zemdlał.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki