Pole garncarza - Andrea Camilleri - ebook
Opis

Niedaleko Vigaty, w miejscu zwanym “polem garncarza” odnaleziony zostaje worek ze zwłokami niezidentyfikowanego mężczyzny. Niedługo później na komisariacie zjawia się oszałamiająco piękna kobieta, która martwi się brakiem wiadomości od męża, oficera marynarki, pływającego na statkach dalekomorskich. Czy to możliwe, aby chodziło o tę samą osobę? I co wspólnego ma z tą dziwną sprawą boss lokalnej mafii, a przede wszystkim zastępca Montalbana, Mimì Augello, który z niewiadomego powodu robi się tak nieznośny, że zraża do siebie wszystkich kolegów i przyjaciół? Zranionego zdradą przyjaciela i błądzącego po omacku komisarza na na właściwy trop do rozwiązania zagadki doprowadzi dopiero… cytat z Ewangelii Mateusza

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 246

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


ANDREA CAMILLERI
POLE GARNCARZA
PrzełożyłaMonika Woźniak
NOIR SUR BLANC
Tytuł oryginału: IL CAMPO DEL VASAIO
Opracowanie redakcyjne: DOROTA JOVANKA ĆIRLIĆ
Korekta: JANINA ZGRZEMBSKA, BEATA WYRZYKOWSKA
Projekt okładki: TOMASZ LEC
Skład i łamanie: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk
Copyright © 2006 Sellerio Editore, Palermo For the Polish edition Copyright © 2014, Noir sur Blanc, Warszawa
ISBN 978-83-7392-515-1
Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o. ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa e-mail: nsb@wl.net.pl księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl
Konwersja: eLitera s.c.

1

Kiedy Montalbano się zbudził, minęła już dziewiąta. Nie błyskało ani nie było słychać grzmotów, ale pogoda na pewno była paskudna. Kto mu kazał wstawać? Bolały go dwie stare rany, doskwierały mu też inne drobne dolegliwości, niemiłe przypomnienie o jego wieku. Lepiej pospać jeszcze kilka godzin. Wstał, poszedł do jadalni, wyciągnął wtyczkę od telefonu, wrócił do łóżka i zamknął oczy.

Otworzył je pół godziny później, w reakcji na natarczywy dzwonek telefonu. Zaraz, jakim cudem telefon mógł dzwonić, skoro wyciągnął wtyczkę? A jeśli to nie telefon, co to, kurwa, za hałas? No, przecież dzwonek do drzwi, kretynie! Miał wrażenie, że w głowie wrze mu olej samochodowy, lepki i gęsty. Zobaczył na podłodze spodnie, wciągnął je na siebie i poszedł otworzyć drzwi, przeklinając pod nosem. Na progu stał zdyszany Catarella.

– Oj, panie komisarzu, panie komisarzu...

– Cisza, nic nie mów, zamknij się. Ja ci powiem, kiedy będziesz się mógł odezwać. Teraz wrócę do łóżka, a ty pójdziesz do kuchni i przygotujesz mi mocną kawę. Wlej ją do kubka na mleko, dodaj trzy łyżeczki cukru i przynieś do sypialni. Potem opowiesz to, co masz do opowiedzenia.

Kiedy Catarella wrócił z dymiącym kubkiem, musiał potrząsnąć komisarzem, żeby go zbudzić. W ciągu dziesięciu minut Montalbano zdążył znowu głęboko zasnąć. W czym rzecz? O co chodzi? Zadał sobie to pytanie, popijając kawę, która miała smak podgrzanego bulionu z cykorii. Czy nie zostało dowiedzione, że na starość potrzebuje się coraz mniej snu? To dlaczego im bardziej się starzeję, tym więcej snu potrzebuję?

– Panie komisarzu, jak kawa?

– Doskonała, Catarè.

I pobiegł do łazienki przepłukać sobie usta, bo zebrało mu się na wymioty.

– Catarè, czy to coś pilnego?

– To zależy, panie komisarzu.

– To poczekaj, najpierw wezmę prysznic i się ubiorę.

Umyty i ubrany, poszedł do kuchni i zaparzył przyzwoitą kawę.

Po powrocie do jadalni zastał Catarellę przy drzwiach na werandę, otwierającego okiennice.

Lało jak z cebra. Morze podeszło już pod werandę, która od czasu do czasu trzęsła się cała od szczególnie silnej fali.

– Teraz ja mogę mówić, panie komisarzu? – spytał Catarella.

– Tak.

– Panie komisarzu, trupa wynaleziono.

Ach, co za odkrycie! Co za niespodzianka! Najwyraźniej ktoś natknął się na ofiarę „białej śmierci”, jeśli użyć określenia, którym lubią posługiwać się dziennikarze, kiedy ktoś umiera niespodziewanie bez pożegnania. A właściwie, po co dodawać jakiś kolor śmierci. Biała śmierć! Tak jakby istniała też śmierć zielona, żółta... Kolor śmierci, jeśli już ktoś koniecznie chciałby jej jakiś nadać, mógł być tylko czarny, czarny jak atrament.

– Świeży?

– Nie powiedzieli mi tego, panie komisarzu.

– Gdzie go znaleźli?

– Gdzieś na polu. Gmina Pizzutello.

No pewnie! Odludne miejsce, gdzie diabeł mówi dobranoc, pełne stromych i kamienistych jarów, w których zwłoki mogły się poczuć jak u siebie w domu i istniało duże prawdopodobieństwo, że nikt ich nigdy nie znajdzie.

– Pojechał tam ktoś z naszych?

– Tak, panie komisarzu, Fazio i pan komisarz Augello już na miejscu znajdują się.

– To dlaczego przyjechałeś zawracać mi dupę?

– Panie komisarzu, o przebaczenie i zrozumienie się upraszam, ale tak mi telefonił pan komisarz Augello, powiedział, żebym powiedział, że pana obecność osobiście we własnej osobie jest niezbędnością. A ja, bo pan nie odpowiadał, przyjechałem wziąć pana dżippem.

– Dlaczego dżipem?

– Bo zwykły samochód tam na miejsce nie może dojechać, panie komisarzu.

– No dobrze, to jedźmy.

– Panie komisarzu, pan komisarz Augello jeszcze tak mi powiedział, że lepiej, jak pan włoży kalosze, sobie głowę osłoni kapturem i włoży płaszcz nieprzemakalny.

Wiązka soczystych przekleństw, którą posłał Montalbano, wprawiła Catarellę w kompletne osłupienie.

Ulewa nie ustawała. Posuwali się praktycznie po omacku, bo wycieraczki nie nadążały z usuwaniem wody. Poza tym ostatni kilometr, który pokonywali w drodze do miejsca, gdzie znaleziono nieboszczyka, był skrzyżowaniem kolejki górskiej w lunaparku z epicentrum trzęsienia ziemi ósmego stopnia w skali Richtera. Zły humor komisarza jeszcze się pogorszył. Montalbano zapadł w kamienne milczenie, które tak wytrąciło z równowagi Catarellę, że nie omieszkał wjeżdżać we wszystkie dziury, zamienione teraz w małe jeziorka.

– Zabrałeś koło ratunkowe?

Catarella nie odpowiedział, wolałby już sam być trupem, tym, którego jechali zobaczyć. W pewnej chwili żołądek Montalbana zaczął mieć dość tych wstrząsów. Komisarzowi podszedł do gardła ohydny posmak kawy, którą zaparzył mu wcześniej Catarella.

W końcu, Bóg wie jakim szczęśliwym trafem, zatrzymali się obok drugiego dżipa, którym przyjechali Augello i Fazio. Tylko że w pobliżu nie było ani Augella, ani Fazia, ani żadnego nieboszczyka.

– Bawimy się w chowanego? – spytał Montalbano.

– Panie komisarzu, mnie kazali tak, żebym się zatrzymał, jak tylko ichniego dżippa zobaczę.

– Zatrąb, żeby im dać znać, że jesteśmy.

– Czym mam zatrąbić, panie komisarzu?

– A na czym, kurwa, chcesz trąbić? Na trąbce? Na rożku angielskim? Naciśnij klakson!

– Kiedy klakson niefunkcjonalny jest, panie komisarzu.

– No, to poczekamy tu, aż noc zapadnie.

Montalbano zapalił papierosa. Kiedy skończył, Catarella podjął decyzję.

– Panie komisarzu, ja pójdę ich wyszukać. Bo jakoż ich dżippa tu widzimy, to oni może całkiem są bliziutko.

– Weź mój płaszcz nieprzemakalny.

– Nie, panie komisarzu, ja nie mogę.

– Dlaczego?

– Bo płaszcz nieprzemakalny jest cywilny, a ja znajduję się w mundurze.

– Kto cię tu zobaczy?

– Panie komisarzu, mundur to mundur.

Otworzył drzwi, wysiadł, krzyknął „och” i zniknął. Zniknięcie było tak gwałtowne, że Montalbano przestraszył się, że Catarella wpadł do głębokiej kałuży i jeszcze się w niej utopił. Wyskoczył czym prędzej z samochodu i zanim zrozumiał, co się dzieje, zjeżdżał już na tyłku po błotnistej dziesięciometrowej skarpie. Na dnie jaru stał Catarella, który wyglądał jak wyrzeźbiony ze świeżej gliny.

– Dżippa żem zatrzymał nad samym upadkiem do jaru i nie zauważyłem, panie komisarzu.

– Zrozumiałem, Catarè. Jak się teraz wdrapiemy z powrotem?

– Panie komisarzu, pan widzi na lewej stronie, jak jest taka ścieżka? Ja pójdę najpierwszy, a pan komisarz za mną się uda, tylko z niejaką taką ostrożnością, bo ślizgnąć się można.

Po jakichś pięćdziesięciu metrach ścieżka skręcała w prawo. Ulewny deszcz nie pozwalał nic zobaczyć nawet na małą odległość. Niespodziewanie Montalbano usłyszał, że ktoś do niego woła z góry.

– Panie komisarzu, tutaj jesteśmy.

Podniósł wzrok. Fazio stał na szczycie pagórka, na który prowadziły trzy strome stopnie wyżłobione w terenie. Chronił się przed deszczem pod olbrzymim czerwono-żółtym parasolem, takim, jakich używają pasterze. Skąd go wytrzasnął? Żeby wdrapać się po tych trzech stopniach, Montalbano potrzebował pomocy Catarelli, który go popychał od tyłu, i Fazia, ciągnącego go za rękę. „Nie nadaję się już do takich akrobacji”, pomyślał gorzko komisarz. Wzniesienie okazało się małym placykiem prowadzącym do groty, do której wiodło wejście wysokie na tyle, że nie trzeba się było pochylać. Gdy tylko komisarz znalazł się w środku, zatkało go ze zdziwienia.

W grocie było ciepło. W okrągłym kamiennym palenisku płonął ogień, a z sufitu zwieszała się oliwna lampa, oświetlająca całe pomieszczenie. Sześćdziesięciolatek z fajką w zębach i Mimì siedzieli na dwóch zydlach wyciosanych z pni i grali w karty w scopa przy stoliku również zrobionym z pniaków. Od czasu do czasu popijali łyk wina ze stojącej na ziemi flaszki. Prawdziwie sielankowa scena, tym bardziej że żadnych zwłok w okolicach nie było widać. Sześćdziesięciolatek przywitał się z Montalbanem, Mimì nie. Od jakiegoś miesiąca Augello był obrażony na cały świat.

– Zmarłego odkrył ten pan, który gra z komisarzem Augellem – wyjaśnił Fazio, wskazując na mężczyznę. – Nazywa się Pasquale Ajena i ten teren należy do niego. Przyjeżdża tu codziennie. I urządził tę grotę, żeby tu jeść, odpoczywać i podziwiać krajobraz.

– Mogę pokornie spytać, gdzie się, kurwa, znajduje nieboszczyk?

– Panie komisarzu, wygląda na to, że jakieś pięćdziesiąt metrów w dół.

– Jak to na to wygląda?! Jeszcze go nie widzieliście?

– Nie. Pasquale Ajena powiedział nam, że dopóki nie przestanie padać, to miejsce jest praktycznie niedostępne.

– Ale przecież będzie lało co najmniej do wieczora!

– Nie, za godzinę się rozpogodzi – wtrącił zdecydowanym głosem Ajena. – Niech mi zwiędnie cytryna, jeśli się mylę. Potem znowu zacznie padać.

– A tymczasem co będziemy robić?

– Jadł pan coś rano?

– Nie.

– Chce pan kawałek świeżego sera tumazzo z pajdą upieczonego wczoraj pszenicznego chleba?

Do serca Montalbana wtargnął nagle promyczek wesołości.

– Dlaczego nie?

Ajena wstał, otworzył duży worek zawieszony na gwoździu, wyjął z niego bochen chleba i krąg sera oraz drugą flaszkę wina. Odsunął na bok karty i ułożył wszystko na stole. Potem wyciągnął z kieszeni spodni nóż, rodzaj scyzoryka, otworzył go i położył obok chleba.

– Proszę się częstować.

Poczęstowali się.

– Powie mi pan przynajmniej, jak pan znalazł zwłoki? – spytał Montalbano z pełnymi ustami.

– O nie! – zaprotestował Augello. – Najpierw muszę skończyć partyjkę. Ani jednej nie wygrałem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki