Zjednoczone Siły Królestwa Utopii - Dariusz Orszulewski - ebook
Opis

Wszystko zaczęło się, kiedy Polska weszła do Unii Europejskiej. Wielką Brytanię zalał strumień polskich imigrantów. Konserwatywne media brytyjskie biły na alarm, że oto nadjeżdżają barbarzyńcy, a sami barbarzyńcy marzyli o brytyjskiej utopii, dokładnie tak jak bohater tej powieści. Rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana dla obu stron. Powieść Dariusza Orszulewskiego wiąże ze sobą tysiące historii Polaków na Wyspach, którzy na przestrzeni lat stali się drugą największą mniejszością zamieszkującą Zjednoczone Królestwo. Historii wybitnych, odrażających, ale i tych zupełnie przeciętnych. Historii, których dalszy ciąg stoi pod znakiem zapytania. Brexit to cios dla wielokulturowej Europy. Zjednoczone Siły Królestwa Utopii to być może ostatnia polska powieść emigracyjna.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 282

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Seria prozatorska pod redakcją Piotra Mareckiego

Zjednoczone siły królestwa utopii

Utknąłem w tym szpitalu na dobre. Zachciało mi się normalności. Anglię pamiętałem z gazet z wczesnych lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Czytałem o koledżach i uniwerkach, o studentkach i równo przystrzyżonych, zielonych trawnikach na kampusach tych uczelni, o wielkich bibliotekach. Nie miało dla mnie znaczenia, czy artykuł dotyczył Australii, Stanów Zjednoczonych czy Francji — dla mnie i tak był zawsze opowieścią o Anglii. W Anglii było jak wszędzie indziej za granicą i jak nigdzie indziej na świecie. Jakoś nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, żeby zacząć uczyć się języka. Lubiłem sobie to wszystko jedynie wyobrażać i to było natenczas bardzo dobre zajęcie. W zupełności wystarczało. Koliber wyjechał do Anglii w 1990 roku, bo miał awersję do munduru. Wprawdzie kontakt mi się z nim urwał, ale to on był moim człowiekiem na Wyspach. Mógł pracować w pizzerii, kończyć szkoły, których wcześniej nie ukończył, kupować bilety lotnicze do Paryża czy chodzić z prawdziwym angielskim parasolem w prawdziwym angielskim deszczu. Mógł nawet wrócić do Polski, a dla mnie i tak pozostałby człowiekiem na Wyspach.

Wszystko, co umiałem robić, to wyobrażać sobie, a wszystko, co potrafiłem sobie wyobrazić, oznaczało normalność. Dookoła było nieprzyjaźnie i nieprzejrzyście. Rzeczywistość była trudna do posegregowania i ułożenia w jakikolwiek sensowny sposób. Żyłem w wynajętym żoliborskim mieszkaniu z parą znajomych. Tak było taniej. Ola potrzebowała odmiany i pewnego wiosennego dnia oznajmiła mi:

— Wyjeżdżam.

— Ale jak? Na zawsze? — zapytałem.

— Koleżanka napisała mi, że potrzebują jednej osoby do baru. W Londynie. Zakwaterowanie piętro wyżej, nad lokalem, i prawie za darmo. Jej się podoba.

— Ale tak na zawsze? — zapytałem znów.

— Tutaj i tak nie mam nic do roboty — odparła i wzruszyła ramionami.

Kiedy tak robiła, oznaczało to, że nie istniał już dla niej żaden argument. Potrzebowała ode mnie jedynie wsparcia. Ostatecznie przecież sam też nie miałem za wiele do roboty. Tyle że ja nigdy nie wystawiłem nosa poza Warszawę.

— Ale na zawsze?

Po dwóch tygodniach dostałem kartkę z widokiem mostu: „Jak tylko kupię sobie komórkę, to ci tekstnę, a na razie całusy. Jest okej”. Przez te dwa tygodnie i następne dwa powtarzałem sobie, że Ola potrzebuje wsparcia. Pewnie kupowała już gazety po angielsku, mówiła z akcentem i przesiadała się w metrze. Była moim człowiekiem na Wyspach.

Kiedy tak się sobie przyglądałem, dotarło do mnie, że nic nie umiem. Nigdy nie stanąłem w miejscu, bo zawsze byłem wstecz. Bez sensownego wykształcenia, bez zasadzonego drzewa, doświadczenia na stanowisku, składki emerytalnej, bez okrągłego brzuszka. Dlatego uznałem, że trzeba po sobie posprzątać, wymienić znajomych i zrobić użytek ze swojego nazwiska — Dul. A jako że brzmiało cudzoziemsko, wziąłem to za dobrą monetę.

Wysłałem Oli esemesa z pytaniem, czy ma wolne miejsce w pokoju, bo przyjeżdżam. Nie odpisała.

Zasób angielskiego słownictwa miałem tak marny, że ledwie starczyłoby na drobne zakupy. Uczyłem się prostych zwrotów, najprostszych wyrażeń. Uczyłem się przekazywać wszystko tak, by nie pomyśleli, że jestem lepszy. Uczyłem się prostoty i trafności, miałem niewiele sposobów, żeby paroma słowami oddać wszystko to, co chciałem powiedzieć.

Jedyną sensowną drogą do pracy na Wyspach zdawał się wyjazd do szkoły językowej. Ofert nie brakowało i pewnie połowa z nich to były zwyczajne miny. Przeglądałem jednak wszystkie możliwe, a trząsłem się przy tym ze strachu jak saper.

Pewnego razu pani Irena z mojego biura pochyliła się nade mną i powiedziała:

— Słuchaj, moja córa wyjechała pół roku temu, właśnie do szkoły, i teraz wraca. Za dwa tygodnie.

— Lipa?

— Nie, chcę powiedzieć, że dam ci jej telefon, a kiedy przyjedzie, może ci coś doradzi.

— Ale dlaczego wraca? Coś nie tak?

— Nie, ona pojechała tylko uczyć się języka. Nie chce tam mieszkać. Zresztą jak chcesz.

Podziękowałem i cierpliwie czekałem. Dwa tygodnie później jej córka podała mi wszystkie detale dotyczące szkół, zakwaterowania, pracy, rozmaitych warunków i stawek. Myślę, że powinna założyć agencję doradztwa dla laickich emigrantów. Naiwnych, ale pełnych zapału.

— My, młodzi, żyjemy na pełnym luzie, nie przejmujemy się niczym i gwiżdżemy na wszystko — rzucił ktoś. A ktoś inny od razu dodał:

— Tak, to powiedział ten… — Jego palec wskazujący poruszał się, jakby liczył nim puste butelki na stole. — To powiedział… W radiu to słyszałem dawno temu.

Siedzieliśmy z kolegami nad butelczynami, filozofując. O pracy, o żonach i o ich braku, o Europie, o wszechświecie. Tymczasem ja, kiedy spojrzę za siebie, i to na jakikolwiek punkt swojego życia, widzę, że nawet bez alkoholu prawie zawsze brakowało mi rozsądku. Teraz miałem pieniądze na przelot, na szkołę, akademik i jako takie odżywianie się przez dwa miesiące.

— Czemu nie pojedziesz autobusem? Zaoszczędzisz.

— Za długo — odpowiedziałem — nie dam rady. A poza tym nie będę się tłukł z tymi wszystkimi przemytnikami. — I zaraz dodałem jeszcze: — Anglicy nawet mimo wykupionej szkoły nie muszą przyznać mi wizy. To jest loteria. Tak mi powiedziała córka pani Ireny. Mogą nawet zawrócić cały autobus. Ale nie samolot! A kiedy taki celnik spojrzy na pasażera linii lotniczych, od razu będzie widział, że student, w tym przypadku ja, ma pieniądze.

— Ale co go to obchodzi, ile ty masz pieniędzy?

— Obchodzi, bo muszę mieć na okres szkoły, żeby się utrzymać.

— No ale ty nic nie masz! — odparł mój kolega i zaczął się śmiać.

— Bez sensu — zauważył ktoś inny z naszego grona. — Skoro możesz podjąć legalną pracę na pół etatu, to po co ci oszczędności?

— Bo ja tej pracy nie mam i nie mam pisma od pracodawcy. Dlatego muszę mieć dowód, że sam się utrzymam. Że nie wyjdę z kapeluszem na ulicę, że nie będę zabierał uczciwym ludziom portfeli w metrze i psuł wizerunku tamtejszego społeczeństwa.

— A jak ty to wytłumaczysz celnikowi z tym twoim angielskim?

— Jakoś wydukam. Właśnie po to jadę do szkoły językowej. Jadę, żeby się nauczyć.

Wyuczyłem się na pamięć rozmówki granicznej, o tym, dlaczego przyjeżdżam, po co mi szkoła, po co mi język, ile mam pieniędzy. Do odprawy stały dwie kolejki. Dla obywateli Unii i dla reszty. Nawet nie musiałem czytać tabliczek. Odruchowo ustawiłem się w tej dłuższej i smutniejszej. Jeżeli ktoś myśli, że stres jest gorszy od wstydu, to porozmawiałbym z nim o tym, stojąc w takim ogonku. Teraz bowiem doświadczałem ich obu. Odprawiał mnie Afroeuropejczyk czy Afrobrytyjczyk. Stojąc przed panem egzaminatorem, zapomniałem resztek języka, paszport omal nie wyleciał mi z rąk i zwyczajnie się spociłem. Myśl, że mnie cofnie, że wszystkie staranne plany wezmą w łeb, że opłata za szkołę przepadnie, była paraliżująca.

— Ile ma pan przy sobie gotówki? „No czy on myśli, że ja pieniądze noszę w kieszeni?”

— Sto funtów około — odpowiedziałem. — Pieniądze mam na koncie.

Celnik oglądał te moje karty bankowe, jakby pierwszy raz w życiu trzymał plastik.

— Jak każdy — dodałem po chwili.

Kiedy już nacieszył się moimi kolorowymi kartami i przejrzał wyciągi, zanotował coś sobie i przybił pieczątkę. Pół roku pobytu z możliwością podjęcia pracy. W te parę minut straciłem kilka kilo, a mięśnie stały mi się miękkie jak po najlepszym masażu. Stałem teraz obiema nogami w dżungli. Jak tarzan przez małe „t”. Londyn był dla mnie europejskim odpowiednikiem Nowego Jorku, tyglem. Co prawda wolałem o tym mieście myśleć z perspektywy mojego dzieciństwa, ale proces emigracyjny tak silnie odcisnął się na mnie, że nie mogłem postrzegać go inaczej. Lotnisko Heathrow znałem z opowieści o tym, jak to się na nim ludzie gubią, ile to jest na nim sklepów, iloma językami się gada oraz że łatwo tu spotkać Liama i Noela, bo ciągle są w trasie. Ja niczego takiego nie doświadczyłem. Wyszedłem z holu wprost na wyjście. Nie miałem mapy, a tylko kartkę z adresem akademika. Nawet nie pomyślałem, żeby wcześniej dowiedzieć się, w jakiej części miasta się on znajduje. A podejść do pierwszego lepszego człowieka na międzynarodowym lotnisku z nabazgraną na kartce nazwą jakiejś tam uliczki i zapytać, gdzie to jest, wydawało mi się nieco idiotyczne. W przypływie paniki skierowałem się do biura taksówek i wręczyłem facetowi adres.

— Ile tam?

Pomyślał, pomyślał, pomyślał i odparł:

— Siedemdziesiąt funtów.

No, miałem tyle, ale siedemdziesiąt funtów… to drogo. Człowiek w okienku patrzył na mnie ze zmarszczonym czołem.

— Dlaczego nie pojedziesz tam metrem? Taniej i szybciej — stwierdził w końcu.

— A gdzie tu jest metro?

— Na lewo, schodami w dół.

Ślepy byłem, bo obok jak wół stało to napisane, i logo metra też tam było, i schody. Podziękowałem panu z budki i z tej radości aż zbiegłem po ruchomych schodach. Do kolejnego punktu informacji. Tam dostałem mapę sieci metra, która wyglądała jak kolorowa pajęczyna i która nijak nie przypominała mi warszawskiej niebieskiej kreski. Mówiono do mnie najprawdziwszym angielskim, wydawano najprawdziwsze angielskie bilety, a ja płaciłem najprawdziwszymi ciężkimi funtami. Zwykle monety nie robią na mnie wrażenia. Już bardziej banknoty, o ile są duże i szeleszczące. Ale jednofuntówki polubiłem od razu. Małe, grube i ciężkie, z mnóstwem różnych rewersów, których porównywanie do dziś sprawia mi przyjemność.

Przez trzydzieści lat siedziałem w domu, przemieszczałem się tramwajami, autobusami, a tu nagle samolot, obcy język, kolorowe linie metra. Stanąłem w ostatnim wagonie z moją wypchaną walizką, popatrzyłem na inne, eleganckie i droższe, i nie wiedziałem, co o sobie myśleć. Metro sunęło, kołysało, to na powierzchni, to pod ziemią. Nie miałem bladego pojęcia, dokąd jadę, ale wiedziałem, gdzie mam się przesiąść. Kiedy przez mikrofon zaczęły padać znajome nazwy, Piccadilly, Covent Garden, to przez tych parę minut wiedziałem, że nie błądzę. Ale po przesiadce, po zmianie linii na zieloną, znów było nijako. Aluminiowy wagon, specyficzny smrodek i skojarzenia z kolejką podmiejską. Whitechapel. Jeśli to jest to Kubowe prostytuckie Whitechapel, to jestem w dupie.

Wysiadłem na Plaistow. Plaistow Patricia. Jeśli mówią tu z takim akcentem jak Ian Dury, to jestem skończony, bo nie znajdę nawet ulicy, co więcej, nie zapytam nawet. Przemogłem się jednak — odpowiedź padła w narzeczu niesklasyfikowanego dopływu Tamizy. Nie znałem tych plemion. Bezzębny dżentelmen pokierował mnie palcem i gadał, i gadał, i gadał, jakby wiedział, że niczego nie pojmę, i czerpał przyjemność z robienia ze mnie idioty. Na koniec klepnął mnie w klatę i wskazał Stopford Road. Co za uczynny człowiek.

Nie tak wyobrażałem sobie akademik. To był zwykły stary dom, pięciopokojowy, szesnastoosobowy. Z dwiema łazienkami, korytarzami, kuchnią, piwnicą, ogrodem i wnęką, którą moi rodacy przemienili w czteroosobowy pokój. Dostałem łóżko w pokoju na piętrze z dwoma innymi chłopakami. Wprowadził mnie Jaro, Staszek miał wrócić późno.

— Do pracy czy do szkoły? — padło w moim kierunku, kiedy już zacząłem otwierać walizkę.

— I to, i to.

— Nie ma, że i to, i to. Albo zarabiasz i olewasz szkołę, albo uczysz się i nic nie zarobisz. Tylko na utrzymanie. Absolutnie nie chciało mi się gadać. Myślami ciągle byłem w Anglii, gdzieś koło Big Bena, Trafalgar Square i Buckingham Palace. Gdzieś tam sobie łaziłem.

— Jak się stąd dostać do miasta?

— Jesteś w mieście. — Jaro zaśmiał się tak, jakby do mnie strzelał. — W największym mieście Europy!

Coś osobliwego było w tym chłopaku. Łysina zupełnie mu nie pasowała. Później dowiedziałem się, że jest prawnikiem bez doświadczenia, a łeb ogolił sobie, żeby wszystkich zmylić.

— Metrem?

— Metrem zapłacisz fortunę. Najlepiej autobusem. Ja jeżdżę tylko autobusem. Najtaniej, i do tego oglądasz miasto.

— Ale za to pewnie jedzie się godzinę?

— Przede wszystkim nie przemieszczasz się jak szczur, podziemiami. Wszyscy zachwycają się tym ich metrem. Ja do pracy i z pracy biorę autobus, to najlepsze wyjście. Naprawdę.

— Jest tu jakiś sklep, gdzie mogę kupić sobie piwo?

— O tej godzinie to raczej trudno, bo większość ciapatych nie jest oflajsens.

— Co nie jest?

— Po dwudziestej trzeciej nie sprzedają. Chyba że cię znają. — Jaro uśmiechnął się, jakby znali go wszyscy okoliczni sklepowi bossowie.

„No to puder”, pomyślałem. Na Żoliborzu miałem przynajmniej nocne delikatesy.

— Ja też się napiję — pocieszył mnie Jaro. — Jak chcesz, to chodź ze mną.

Następnego dnia szedłem New Oxford Street, gdzie wszystko było tak, jak być powinno. Przechodzili panowie z parasolami, dżdżyło, w bocznych uliczkach stały kawiarniane stoliki. Do tego masa tłoczących się ludzi, którzy przeciskali się, przepraszali, gonili. Oni wszyscy tu funkcjonowali, mieli domy, pracę, jakiekolwiek prawa. Prawo do telefonu na kontrakt, konta w bankach, opiekę lekarską. Kupowali sandwicze za dwa funty, podczas gdy ja za tyle mogłem jeść przez cały dzień. Nie chciałem oszczędzać, miałem środki, ale myśl, że żyję ponad stan i nie zarabiam, hamowała mnie silniej, niżbym chciał.

— Jak tu dostać pracę?

Jaro żuł gumę i przewracał oczami tak, że nie byłem pewien, czy myśli, jak mi nie odpowiedzieć, czy rozpoznaje smak.

— Musisz sobie kupić wtorkowego „Loota”, żółtego. Albo środowego — stwierdził i dalej rozmyślał, błądząc oczami gdzieś po ścianach i suficie. — Albo przejrzeć ogłoszenia w sklepie u ciapatego.

„Ciapaty” kojarzyło mi się z ciabattą, ale to nie miało nic do rzeczy. Chłopaki nie wiedzieli, dlaczego tak na nich wołają. Hindus to ciapaty, Pakistańczyk to ciapaty, nawet Albańczyk. Wszystko jedno.

— A ty jak znalazłeś pracę?

Najprawdopodobniej nie było to pytanie, na które Jaro chciał odpowiedzieć. Długo myślał.

— Przez agencję pracy.

Job Centre to największa instytucja rekrutacyjna na Wyspach. Czytałem o nich, jeszcze więcej słyszałem. Żeby zarejestrować się tam i nie zostać olanym, potrzebowałem znajomości języka i pewności siebie. Jaro chodził po mniejszych, specjalistycznych agencjach, które rekrutowały pomywaczy, kelnerów, budowlańców, sprzątaczy, pomoc hotelową, a w najlepszym razie kucharzy. To był dla mnie kosmos. Czułem się jak przybysz z innej planety.

— Czym różni się E.T. od Polaka na Wyspach? — Jaro nie tracił poczucia humoru.

Skinąłem głową, żeby dokończył.

— E.T. zna angielski i chce wracać do domu.

Nazajutrz pojechałem na Denmark Street i usadowiłem się w biurze wśród ludzi wszystkich możliwych ras. Nawet nie umiałem sobie wyobrazić, do jakiej klasy społecznej teraz należę, gdzie jest moje miejsce, kim jestem dla tutejszych. Nawet mnie nie zauważono.

Jeździłem tam przez kilka dni z rzędu, aż wreszcie naczelna Sue wezwała mnie, wręczyła adres i powiedziała, gdzie mam być za godzinę. W tej jednej chwili poczułem bogactwo. Stać mnie było i na kawę w Starbucksie, i na kolorowy magazyn, na książkę nawet. Chciałem wchodzić do każdego napotkanego sklepu, szukać miejsc, gdzie mogę opróżnić swój portfel. Gdy już dotarłem do Alexandra Palace, molochu wystawowo-medialnego, to okazało się, że tylko po to, by dowiedzieć się, o której mam się stawić następnego dnia. To właśnie tam odbywają się największe targi, to tam kręcą Top of the Pops i to tam mieściła się pierwsza siedziba BBC. No i to tam była też wielka kuchnia z wielkimi zlewami i furą tłustych blach i naczyń.

— Jaro, masz u mnie piwo, jakie chcesz i ile chcesz.

— Na jak długo dostałeś pracę?

— Na stałe.

Jaro uśmiechnął się zębicznie i raz jeszcze zmienił się w mentora:

— Pracę dają ci na trzy dni, czasem tydzień albo dwa tygodnie, jeśli masz szczęście.

Nie uwierzyłem.

— Jak będziesz tam jutro, pogadaj z głównym kucharzem, żeby wystąpił do agencji o przedłużenie twojej umowy. Jeśli się zgodzi, to będą ci ją przedłużać co tydzień. I zapytaj o nadgodziny.

Nie miałem wrażenia, że cofnąłem się w rozwoju. Byłem przekonany, że upadłem. Moimi przełożonymi stali się ludzie bez wykształcenia, bez pieniędzy, afrykańscy imigranci kaleczący mowę Szekspira, za to z dłuższym stażem ode mnie. Dno i mrok. Tylko jakoś nie mogłem sobie poukładać w głowie, że po trzech tygodniach takiej pracy mogę opłacić czteromiesięczny pobyt w akademiku, włącznie z wyżywieniem. Nadal szybowałem w kosmosie i nie wiedziałem, czego mam się chwycić.

Ewa i jej sublokatorka Ela były jedynymi dziewczynami w akademiku. Ewa wczesnym rankiem biegła do pracy pakować kanapki, żeby były gotowe, zanim lud pracujący wysiądzie z metra, a popołudniami kelnerowała na pół etatu. Napiwki rekompensowały jej wszystko. Ela miała dyżury nocne w hotelowej recepcji, więc wychodziła około osiemnastej. Wtedy do pokoju zwykle wchodziłem ja i rozmawialiśmy z Ewą o bzdetach.

Ela wyszła z łazienki przebrana i odświeżona. Z pachnącą i lśniącą skórą, z dopracowanymi wszystkimi możliwymi detalami stroju. Staranny mejkap i wystudiowana nonszalancja.

— Podwija ci się ta bluzeczka z tyłu — zauważyłem.

— Nie dbam o to — odparła, żując gumę.

Zaproponowałem Ewie kolację. Zszedłem do kuchni i wygrzebałem to, co najlepszego miałem w szafce. Słaby jestem z zakupów w spożywczym. Nie umiem planować jedzenia na tydzień z wyprzedzeniem. Zwykle szukam czegoś, na co właśnie mam ochotę. Tym razem nawet tego mi się nie chciało. Wziąłem pierwszą z brzegu puszkę z gotową kolacją, bo wydała mi się odpowiednia. W środku parówki, pieczarki, fasola i frytki, do podgrzania w mikrofali. Funt. Kiedy zabrałem się do otwierania, Marcin aż zagwizdał:

— Burżuj.

Nie chciało mi się odpowiadać. Tak, tanie żarcie, niezdrowe, wymieszane w jednej puszce.

— Prawdopodobnie kupiłeś najdroższą puszkę w dziejach tego akademika. — Marcin uśmiechał się, ale mówił serio. — Od czasu kiedy tu jestem, chłopaki zeszli już do siedemnastu pensów za puszkę fasolki!

Nie uwierzyłem. Puszka psiej karmy była czterokrotnie droższa.

— Siedemnaście pi! Burżuj!

Nie umiałbym, jak Ewa, pakować kanapek na tempo. To te same sandwicze, które w Alexandra Palace lądują w koszu, które mamy obowiązek wyrzucać ze względu na kończący się termin ważności. Zacząłem je przemycać do domu. Jadłem je na śniadanie następnego dnia, a w pracy najadałem się na zapas, na kolację. Przez trzy tygodnie żyłem tłusto. Kiedy podczas kolejnego posiłku odrywałem plaster pieczonego bekonu, podszedł do mnie jeden z kucharzy i zapytał, czy im nie pomogę kroić warzyw. Krojenie cebuli od zmywania różniło się tym, że miałem do kogo się odezwać. I pewnie tak gadałbym z nimi o pierdołach do samego wieczoru, gdyby nie pojawił się szef.

— Dlaczego nie zmywasz?

— Chciałem pomóc kroić.

— Musisz stać tam. — Wskazał na zlew. — Masz zmywać naczynia.

— Już pozmywałem.

— Nie możesz przygotowywać jedzenia, nie możesz kroić, bo nie masz kwalifikacji.

— Do krojenia cebuli?

— Nie masz certyfikatu. Po prostu idź i czekaj na brudne naczynia.

Nie miałem wrażenia, że cofnąłem się w rozwoju. To, że upadłem, wiedziałem już wcześniej. Po trzech tygodniach agencja przysłała na moje miejsce chłopaka z Ghany. Miłego młokosa, który do agencji przystąpił dwa dni wcześniej. Natomiast ja po tygodniu zostałem rzucony do kuchni w restauracji jednego z domów towarowych przy Oxford Street. Znów byłem w Londynie. Przez następne dwa tygodnie codziennie rano przeciskałem się do pracy, mijając najprawdziwszych Anglików. Pewnie połowa z nich to imigranci, ale wolałem tak nie myśleć.

Miałem już za sobą kilka lekcji w koledżu, gdzie pojawiałem się w dniach wolnych od pracy. Zarówno nauczycielki, jak i dziewczyny z recepcji całkowicie ignorowały moje nieobecności. Ten cały koledż to nie był żaden college, tylko marnej jakości kurs językowy dla szukających pracy obcokrajowców spoza Unii. Początkowo trochę mnie to rozczarowało, ale teraz było mi już wszystko jedno, choć i tak chciałem zobaczyć się z menedżerką. Umówiono mnie bez problemu. Jej akcent nieprzyjemnie twardo zalatywał mi słowiańszczyzną.

— Mówisz po polsku? — wypaliłem w ojczystym języku.

— Nie rozumiem — odpowiedziała mi po angielsku.

Nieważne.

Koledż wystawił mi dokument, dzięki któremu mogłem otworzyć sobie konto w banku.

Bank jak bank. Polska klasa światowa. W kraju nie mieliśmy się czego wstydzić. Odczekałem swoje w kolejce i zacząłem tłumaczyć, o co mi chodzi. Moja angielszczyzna raziła. Mój akcent, twarda wymowa, gramatyka nie wymagały szlifu, wymagały nauki. Na szczęście więcej rozumiałem. Mister był bardzo grzeczny, cierpliwy i udawał, że sobie radzę. Prosta sprawa — otwarcie konta. Wysłuchał mnie do końca, mrugnął porozumiewawczo i wyrecytował:

— Potrzebuje pan paszportu, zaświadczenia ze szkoły i wypełnionego formularza.

Podsunął mi dokument.

— Mogę wypełnić go teraz. Resztę mam.

— Nie. Proszę przynieść komplet jutro między dziesiątą a jedenastą rano.

— Nie mogę, jestem w szkole — skłamałem, żeby nie pomyślał, że pracuję więcej, niż mi wolno.

— Proszę przyjść jutro w tych godzinach z kompletem dokumentów.

— Inna godzina?

— Przykro mi. Jak już powiedziałem…

— Tak, ale nie mogę.

— Niestety, nie umiem panu inaczej pomóc. Przykro mi.

Nazajutrz z samego rana streściłem sprawę mojemu bossowi, który uśmiechnął się tylko i pełen wyrozumiałości poklepał mnie po ojcowsku w ramię.

— Jeszcze nieraz się przekonasz, że angielskie banki to koszmar.

Uśmiechnąłem się do niego najszczerzej, jak tylko umiałem, ale nie z powodu jego puenty, tylko faktu, że będę w banku na czas. I byłem. Odczekałem swoje w kolejce i radośnie chlasnąłem na pulpit paszport, formularz i szkolny dokument. Byłem rozemocjonowany, za chwilę wypcham mój polski portfel angielskimi kartami, których mogłaby mi pozazdrościć prawie każda szkolna koleżanka, każda moja ciocia i sąsiedzi. Puchłem nie mniej niż ten kawałek skaju w mojej kieszeni.

— Dziękuję. Wszystko w porządku.

Mister zrobił ksero mojego paszportu, resztę rzucił na półkę i uśmiechnął się, ponownie dziękując.

— Następny, proszę.

Oj, mister, czy ty aby tych dokumentów nie umiałbyś położyć na tej pięknej półce o innej porze niż między dziesiątą a jedenastą? Za krótkie szkolenie? Oj, mister, czuję, że się mną pomiata. Spociłem się.

— Moment. — Przytrzymałem ręką parasolowca, który czekał za mną. — A co z moim kontem?

— Proszę czekać na telefon. Konsultant zadzwoni do pana i umówi się na rozmowę.

— Jaką rozmowę? Ja chcę tylko otworzyć konto.

Doznałem olśnienia.

— Wiesz co, mister, nawet w Polsce konto jest w dwadzieścia minut. I karty do konta. Wszystko.

— Bardzo mi przykro.

— A tu co?! W Polsce, rozumiesz? A tu? To jest to ta WIELKA Brytania czy nie?!

— Niestety, nic więcej nie mogę zrobić. W czym jeszcze mogę panu pomóc?

Po południu akademik świecił pustkami, bo większość mieszkańców nie wróciła jeszcze z pracy. Chłopcy brali wszystkie możliwe nadgodziny. Ja natomiast czułem się świetnie. Zarobiłem pieniądze, opłaciłem lokal, zrobiłem zakupy w Tesco i po raz pierwszy od czasu przyjazdu ugotowałem sobie obiad. Skończyłem z żarciem z mikrofali. Najedzony leżałem na sofie, oglądając rugby. Bez fajerwerków rodem z amerykańskiego futbolowego cyrku to sport dla kamieniarzy. Co ja, biedny, zrobiłbym w takim kotle? I jak by mnie z niego wydostali? Kiedy tak rozmyślałem sobie i rozważałem zmianę na krykieta albo brydża towarzyskiego, do kuchni wpadł Przemo. Przeleciał przez mój pokój jadalny tak, że tylko poczułem zapach tłuszczu z hamburgerów.

— Co jadłeś? — błysnąłem.

— Nic nie jadłem, kurwa. Nie jestem głodny i na pewno dzisiaj nie będę! — Trzasnął lodówką tak, że aż wstałem z sofy. — Kurwa!

— Weź sobie loda z zamrażarki.

— Twoje?

— Nie, Artura, ale on wróci nie wiadomo o której.

— Dzięki. Poczęstuję się. Kurwa! Zatłukę bambusa!

— Artur jest spoko. Przecież częstuje cię lodem.

— Nie jego, tego w stołówce. Jak przez niego stracę pracę, to zaczaję się na niego koło tej łódki.

— Tej żaglówki?

Przemo pracował w restauracji na zacumowanym jachcie.

— Żagiel to ja mu w dupie otworzę.

Na razie oddzielał lód od papierka, który przywarł do niego mocno, tak jak przystało na tesco value. Mi te lody smakowały papierem.

— To nie jest żaglówka.

— Wiesz, co mnie w banku spotkało?

— Normalnie utłukę. Jak lochę. Jak czarną, pastowaną lochę.

Wszedł muskularny Piotr. Popatrzył na Przema, uśmiechnął się do mnie i rzucił na stół kilogramy ziemniaków, pytając:

— Coś taki wkurwiony?

— Pamiętasz tego Murzyna, z którym jestem na zmianie? Ty, słuchaj, podchodzi dzisiaj do mnie na przerwie na lancz, wsuwa mi w łapę dwudziestaka i mówi: „Zrób mi loda”.

Piotrek zaśmiał się tak ciepło i rytmicznie, że aż cała kuchnia się zatrzęsła.

— Kiedy do mnie to dotarło, bo myślałem, że się przesłyszałem, to jak go nie chwyciłem za szyję jedną ręką i nie wycedziłem: „Ożeż ty kurwo!”. A ten się wtedy zaczął tak drzeć, jakbym mu co najmniej skalp zdejmował. W końcu przyleciał szef, też Murzyn, i pyta, co się dzieje. A tamten, że go biję, bo jestem rasistą.

— Zarypałbym. — Piotrek zacisnął dłoń na koziku do ziemniaków.

Miałem wrażenie, że kartofel trzymany przez niego w drugiej ręce za chwilę puści soki.

— Szef kazał mi iść do domu. A teraz muszę pójść do agencji, żeby to wszystko wyjaśnić. Jeśli stracę pracę, to nie wiem, co mu zrobię. I mówię do niego: „Czekam na ciebie na lądzie”. No i czekałem dwadzieścia minut, ale nie wychylił się, menda. W tej chwili to normalnie nawet tym miękkim lodem bym go zatłukł! — Przemo machnął patykiem tak, że stopiona śmietana wylądowała na szafkach.

Sobotni wieczór chciałem spędzić z Ewą. Chłopaki naznosili jednak potężne ilości piwa i najtańszej whisky. Nie chciałem się głupio wykręcać od picia, więc powiedziałem, że następnego dnia mam nadgodziny. Ewa była w dobrym humorze. Zapaliła papierosa.

— Mam temperaturę, więc pewnie będę świrowała.

Nie miało dla mnie najmniejszego znaczenia to, co ją interesowało albo ile kanapek i czym obłożyła dzisiaj, jeśli mówiąc o tym, lakierowała sobie paznokcie u stóp.

— Chodzi nad ranem o to, żeby spadające spodnie, zwisające szelki i chwiejne ciało w rozwianej koszuli usadzić w twardym fotelu i czekając na kawę, zakurzyć. Dopiero wtedy można wziąć pierwszy głęboki oddech ranny i puścić noc z dymem.

Z jakichś powodów wydawało jej się, że rozmawiając ze mną, powinna mówić, jakby pisała książkę albo wiersz. Tymi ostatnimi chwaliła mi się, ale za cholerę nie chciała ich pokazać. Poezja mało mnie interesowała, ale Ewa miała taki głos, że cokolwiek mówiła, byłem gotowy. Ona w końcu też.

Artur miał w swojej torbie potworny bałagan, ale pamiętałem, jak mówił, że trzyma w niej całą gołdapską aptekę, od polopiryny po prezerwatywy. Kiedy po raz kolejny zwolnił się pokój, a po Eli pozostał jedynie powiew perfum, Ewa walnęła mnie w ramię. Momentalnie zwinąłem z Artura apteczki kwadratową folijkę i pognałem na piętro do jej pokoju. W ciemności zaczęliśmy zrzucać z siebie łaszki. Cmok. „Kocham cię”. Czy już jest mokra? Gotowy. Podałem Ewie folijkę, a ona ją dynamicznie rozerwała i parsknęła śmiechem. Aż mi opadł. Przez ten pośpiech wziąłem wapno.

Wszyscy, których poznałem, po miesiącu porażek okrzepli. Mięczaki, wrócili do Polski. Ja zostałem, choć nie okrzepłem. Pierwszy miesiąc zrobił ze mnie chochoła. Łatwopalną, wyblakłą, słomianą kreaturę. Postanowiłem, że zmienię to na święta. Bałem się popaść w apatię, bałem się Wigilii w samotności. Po raz pierwszy w życiu samodzielnie miałem wysłać życzenia wszystkim, którzy już o mnie zapomnieli. Truchtałem po całym West Hamie, od sklepu do sklepu, nie mogąc nigdzie kupić kartek z Jezusem. Lekko zdyszany spytałem się w końcu o nie ekspedientki. Ta odwróciła się i krzyknęła przez drzwi do koleżanki:

— Jenni!!! Mamy Jezusa?!

Jenni pojawiła się w drzwiach, rozanielona przedświątecznym nastrojem.

— Nie, ale mamy renifera Rudolfa.

Akademik zaczął pustoszeć. Kilku mieszkańców się poddało, kilku wyjechało na święta. Ci, którzy zostali, chcieli ten okres przepracować. Po pierwsze po to, żeby nie rozmyślać o zostawionej w Polsce rodzinie, a po drugie z powodu wyższej stawki za godzinę w dni wolne.

— Wiesz, że tutaj rozpada się większość polskich związków?

Jaro na Wyspy przybył pół roku temu, zaraz po ukończeniu studiów. Przyjechał z dziewczyną.

— Nie liczę tego dokładnie, ale na moje to zdecydowana większość się rozpada. Jak jedno zostaje w kraju, to zwykle dlatego, że jest szczęśliwe w Polsce. A drugie, jeśli już przywyknie do tutejszych zarobków, nie będzie chciało wracać do tauzena miesięcznie. To jedna grupa.

Jaro, kiedy o tym mówił, sprawiał wrażenie człowieka, który wszystko planował. Jakby cały mechanizm rozpadu tutejszych związków był jakimś jego programem, którego zasady działania musiał mi wyjaśnić.

— Druga kategoria to związki, które wyemigrowały razem.

— Jak twój.

— Jak mój. I wtedy jedno poznaje obcokrajowca.

A może po prostu chłopak był zgorzkniały?

Dwa tygodnie przed Wigilią Jaro wrócił do domu wstawiony, w rękach trzymał grube zbrojone buty i kask.

— Idę na budowę.

— Ty? Na budowę? — zakpił muskularny Piotrek. — Intelektualista?

— Będę śmiał się z tych waszych pięć pięćdziesiąt za godzinę!

— Ja tam mam sześć pięćdziesiąt — pochwalił się Piotrek i pięknie się uśmiechnął.

— Będę śmiał się z tych waszych sześć pięćdziesiąt też. Chcą mnie za całe siedem funtów, plus ekstra za nadgodziny, których do wzięcia jest w pip!

Potem popatrzył na mnie, jakby na moment wytrzeźwiał, i wręczył mi pomięty świstek papieru. „Job Centre Plus”, oferta, numer. Na odwrocie koślawym pismem zanotowana była nazwa firmy, DYN Metal, oraz telefon.

— Co to jest?

— Twoja nowa praca. Na stałe. Pięć siedemdziesiąt za godzinę. Z możliwością awansu. — Jaro uśmiechnął się złośliwie. — Jeśli oczywiście chcesz. Zadzwoń jutro i powiedz im, że ja dostałem coś lepszego i że polecam ciebie.

Znów się uśmiechnął, ale tym razem życzliwie, żeby nie powiedzieć — przyjacielsko.

— Tak więc — ciągnął dalej — z okazji naszych przedświątecznych awansów zawodowych proponuję wznieść toast tym, co nasi nieobecni koledzy zostawili w lodówce.

Lodówkę mieliśmy wspólną i dzieliliśmy się półkami. Ci z nas, którzy waletowali za pół ceny, musieli pomieścić swoje jedzenie w chłodziarce. Waletowanie było powszechne, a wyglądało w ten sposób, że do pokoju trzyosobowego dołączały, dajmy na to, dwie nowe osoby, które nocowały na podłodze, płacąc pozostałym pół ceny najmu. Dzięki temu nam częściowo zwracał się koszt. Byliśmy podnajemcami.

Jak co rano zszedłem na dół zrobić sobie kawę. Jaro, o dziwo, był już na nogach i smażył jajecznicę. Nie wiedziałem jeszcze, że zaplanował naszą najbliższą przyszłość.

— Wymyśliłem sobie tak: odkładamy pieniądze przez dwa miesiące, po czym wynajmujemy w okolicy dom. Taki za dwieście pięćdziesiąt funtów tygodniowo. Trzy pokoje plus living room i jadalnia.

Już mi to śmierdziało, w przeciwieństwie do jego jajecznicy, która nastrajała mnie niedzielnie. Do tego jeszcze tylko aromatyczna kawa, wygodne krzesło i mogłem słuchać wszystkich jego fantazji.

— Słuchasz mnie? — Celował we mnie widelcem. — W tym samym czasie rozwieszamy ogłoszenia w koledżach, po czym dzwonią do nas Japończycy, Włosi, ci z Wybrzeża Kości Słoniowej.

— I z Przylądka Dobrej Nadziei.

— Kurwa, proponuję ci coś naprawdę dobrego.

— To zaproponuj mi lepiej trochę jajecznicy.

Jaro nałożył na dwa talerze, pewnie sądząc, że głodny nie będę go słuchał.

— Masz. Z pełną gębą nie będziesz mi przerywał. Słuchaj. Wynajmujemy dwa pokoje i living room jako trzeci łącznie sześciu osobom. Płacą nam po pięćdziesiąt funtów tygodniowo, wliczając gaz i prąd, czyli ciut więcej niż my teraz. My mieszkamy w trzecim pokoju, pilnujemy porządku i nie kosztuje nas to ani funta.

Nie wiem, czy ten kac tak na niego podziałał, czy mu się coś miłego przyśniło, czy też spotkał wczoraj kogoś, kto go olśnił, ale po raz pierwszy widziałem go tak poważnego. Kłopot w tym, że pomysł brzmiał mi utopijnie.

— Po trzech miesiącach zaoszczędzimy na mieszkaniu jakieś tysiąc dwieście funtów. Do tego cały czas będziemy pracować i odkładać na nowy dom, z którym zrobimy to samo co z pierwszym. Tyle że tam nie zamieszkamy i trzeci pokój wynajmiemy kolejnym dwóm Japończykom. Policz.

— A co na to właściciel?

— Nic. A czy landlord tego domu wie, ilu nas tu mieszka? Według umowy jest nas tu przecież ośmioro.

— A jeśli nie znajdziesz ludzi, to ile wtedy dopłacimy?

— Wtedy weźmiemy Polaków. — Jaro uśmiechnął się po raz pierwszy tego ranka.

To był jakiś twór jego umysłu, zbyt łatwy. Ja wierzyłem w moje sześć za godzinę i kilka ołwertajmów.

— Jaro, ja tu jestem od niecałych dwóch miesięcy. Kto podpisze ze mną jakąkolwiek umowę?

— Nie z tobą, a ze mną. Wystarczą dwa dokumenty tożsamości, trzymiesięczny pejslip i rekomendacja od poprzedniego landlorda.

— Jakie