Zimna wojna - John Lewis Gaddis - ebook
NOWOŚĆ

Zimna wojna ebook

John Lewis Gaddis

0,0

Opis

Koniec II wojny światowej stał się początkiem rywalizacji niedawnych sojuszników. Trwający blisko pół wieku konflikt między Wschodem a Zachodem rozgrywał się na wszystkich kontynentach. Szachujące arsenałem jądrowym mocarstwa toczyły wojny zastępcze w Korei, Wietnamie, państwach Afryki i w Afganistanie. W wielu miejscach świata zimna wojna była gorąca i gwałtowna, pochłonęła miliony ofiar. W innych ograniczała się do walki o rząd dusz, destabilizację polityczną i wywoływanie niepokojów społecznych. Czy rzeczywiście skończyła się w 1989 roku, jak wierzyliśmy jeszcze niedawno?
John Lewis Gaddis kreśli sugestywny obraz rywalizacji dwóch stron konfliktu przedzielonych żelazną kurtyną. Czytelnik znajdzie tutaj zarówno dramatyczny opis zakulisowych rozgrywek w gabinetach światowych przywódców, jak i pogłębiony obraz społeczeństw żyjących w cieniu groźby wojny atomowej. Ta książka to nie tylko fascynujący wycinek z historii drugiej połowy XX wieku, lecz także przypomnienie, że te wydarzenia mają swoje odniesienia we współczesności. 

 

John Lewis Gaddis (ur. w 1941 r.) – historyk, pisarz i wykładowca akademicki na Uniwersytecie Yale, specjalizujący się w tematyce zimnej wojny oraz historii Rosji i Związku Radzieckiego. Wykładał również w Naval War College i na Uniwersytecie Princeton. Autor kilkunastu publikacji wyróżnionych nagrodami. Nakładem Wydawnictwa RM ukazała się też jedna z jego najsłynniejszych książek – Geniusze strategii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 434

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Pamięci George’a F. Kennana

Przedmowa

Co roku w po­nie­dział­kowe i śro­dowe po­po­łu­dnia se­me­stru zi­mo­wego pro­wa­dzę za­ję­cia z hi­sto­rii zim­nej wojny dla kil­ku­set stu­den­tów Yale. W trak­cie wy­kła­dów stale mu­szę so­bie po­wta­rzać, że wła­ści­wie ża­den ze słu­cha­czy nie pa­mięta wy­da­rzeń, o któ­rych mó­wię. Gdy wspo­mi­nam o Sta­li­nie i Tru­ma­nie, a na­wet o Re­aga­nie i Gor­ba­czo­wie, jest tak, jak gdy­bym mó­wił o Na­po­le­onie, Ju­liu­szu Ce­za­rze czy Alek­san­drze Ma­ce­doń­skim. Więk­szość ab­sol­wen­tów, któ­rzy ukoń­czyli uczel­nię w 2005 roku, miała za­le­d­wie pięć lat, gdy ru­nął mur ber­liń­ski. Moi stu­denci zdają so­bie sprawę, że zimna wojna w pe­wien spo­sób ich do­tknęła, po­nie­waż opo­wie­dziano im, jak wpły­nęła na ży­cie ich ro­dzin. Część tych mło­dych lu­dzi – choć z pew­no­ścią nie wszy­scy – ro­zu­mie, że gdyby w kilku kry­tycz­nych chwi­lach tego kon­fliktu pod­jęto inne de­cy­zje, mo­gliby w ogóle nie przyjść na świat. Mimo to słu­cha­cze za­pi­sują się na mój kurs z bar­dzo skromną wie­dzą o po­cząt­kach, przy­czy­nach czy po­wo­dach ta­kiego, a nie in­nego za­koń­cze­nia zim­nej wojny. Jest ona dla nich hi­sto­rią nie­róż­niącą się zbyt­nio od wojny pe­lo­po­ne­skiej.

Jed­nak gdy moi stu­denci do­wia­dują się wię­cej o wiel­kiej ry­wa­li­za­cji, która po­ło­żyła się cie­niem na dru­giej po­ło­wie po­przed­niego stu­le­cia, więk­szość z nich jest za­fa­scy­no­wana, wielu jest prze­ra­żo­nych, a kil­koro – za­zwy­czaj po wy­kła­dzie o kry­zy­sie ku­bań­skim – wy­cho­dzi z sali roz­trzę­sio­nych. „Ojej! – wy­krzy­kują (to wer­sja ocen­zu­ro­wana). – Nie mie­li­śmy po­ję­cia, że tak nie­wiele bra­ko­wało! Nie­sa­mo­wite!” – do­dają za­wsze. Tak więc dla pierw­szego po­zim­no­wo­jen­nego po­ko­le­nia kon­flikt ten jest do­świad­cze­niem za­równo od­le­głym, jak i groź­nym. Czego można się było oba­wiać ze strony pań­stwa, które oka­zało się tak słabe, nie­wy­da­rzone i nie­trwałe jak Zwią­zek Ra­dziecki – za­sta­na­wiają się mło­dzi lu­dzie, jed­no­cze­śnie jed­nak za­da­jąc sa­mym so­bie i mnie py­ta­nie – jak udało nam się wyjść cało z zim­nej wojny?

Książka ta jest próbą od­po­wie­dzi na te py­ta­nia, a po­nadto na inne, znacz­nie bar­dziej pro­za­iczne. Uwa­dze mo­ich stu­den­tów nie umknęło, że na­pi­sa­łem kilka ksią­żek o hi­sto­rii zim­nej wojny – re­gu­lar­nie za­daję im jako lek­turę dzieło, w któ­rym czy­tel­nik do­ciera do 1962 roku do­piero po 300 stro­nach. „Czy nie da­łoby się zmie­ścić więk­szej liczby lat w mniej­szej licz­bie słów?” – py­tają de­li­kat­nie nie­któ­rzy. To roz­sądne py­ta­nie wy­dało mi się jesz­cze bar­dziej sen­sowne, gdy mój dys­po­nu­jący nie­zwy­kłym da­rem prze­ko­ny­wa­nia agent An­drew Wy­lie za­czął mi tłu­ma­czyć, że ist­nieje za­po­trze­bo­wa­nie na krótką, wszech­stron­nie opi­su­jącą te­mat i przy­stępną książkę o zim­nej woj­nie, tak­tow­nie su­ge­ru­jąc tym sa­mym, iż po­przed­nie tych wa­run­ków nie speł­niały. Po­nie­waż opi­nie stu­den­tów i agenta są dla mnie nie­mal tak ważne jak zda­nie mo­jej żony (któ­rej ta kon­cep­cja rów­nież się spodo­bała), uzna­łem po­mysł za wart uwagi.

Zimna wojna jest w związku z tym prze­zna­czona głów­nie dla mło­dego po­ko­le­nia czy­tel­ni­ków, dla któ­rych opi­sane w niej wy­da­rze­nia ni­gdy nie były współ­cze­sne. Mam jed­nak na­dzieję, że lu­dzie, któ­rzy sami do­świad­czyli zim­nej wojny, rów­nież znajdą w tej książce coś dla sie­bie, po­nie­waż, jak po­wie­dział pew­nego razu Gro­ucho Marx: „Poza psem książka jest naj­lep­szym przy­ja­cie­lem czło­wieka. We­wnątrz psa jest zbyt ciemno, żeby czy­tać”. Pod­czas zim­nej wojny trudno było się do­wie­dzieć, co się dzieje. Od jej za­koń­cze­nia, gdy za­częto otwie­rać ar­chiwa so­wiec­kie, wschod­nio­eu­ro­pej­skie i chiń­skie, wiemy znacz­nie wię­cej – bo­gac­two in­for­ma­cji stało się wręcz przy­tła­cza­jące. To ko­lejny do­bry po­wód, aby na­pi­sać krótką książkę. Przed­się­wzię­cie to zmu­siło mnie do pod­da­nia wszyst­kich no­wych in­for­ma­cji pro­stemu te­stowi istot­no­ści, który roz­sła­wił mój nie­ży­jący już ko­lega z Yale Ro­bin Winks: „I co z tego?”.

Warto też nad­mie­nić, czym ta książka nie jest. Nie jest ona dzie­łem ory­gi­nal­nym. Hi­sto­rycy zim­nej wojny z ła­two­ścią roz­po­znają więk­szość po­ru­sza­nych przeze mnie kwe­stii, po czę­ści dla­tego, że w du­żej mie­rze sko­rzy­sta­łem z ich pracy, a po czę­ści dla­tego, że po­wta­rzam pewne rze­czy, które sam po­wie­dzia­łem wcze­śniej. Nie usi­łuje ona rów­nież do­szu­ki­wać się w zim­nej woj­nie ko­rzeni póź­niej­szych w sto­sunku do niej zja­wisk, ta­kich jak glo­ba­li­za­cja, czystki et­niczne, eks­tre­mizm re­li­gijny, ter­ro­ryzm czy re­wo­lu­cja in­for­ma­cyjna. Nie wnosi też żad­nego wkładu w teo­rię sto­sun­ków mię­dzy­na­ro­do­wych – dzie­dzina ta ma wy­star­cza­jąco dużo pro­ble­mów i bez mo­jego udziału.

Ucie­szy mnie, je­żeli za­pre­zen­to­wany w tej książce ogląd zim­nej wojny jako ca­ło­ści za­owo­cuje no­wa­tor­skimi uję­ciami jej po­szcze­gól­nych aspek­tów. Przede wszyst­kim ude­rza mnie prze­bi­ja­jący z tego ob­razu opty­mizm, który nie jest ce­chą po­wszech­nie ko­ja­rzoną z zimną wojną. Je­stem pe­wien, że świat stał się lep­szy dzięki temu, iż kon­flikt ten po­to­czył się tak, a nie ina­czej, oraz dzięki jego wy­ni­kowi. Obec­nie nikt nie boi się no­wej wojny świa­to­wej, osta­tecz­nego triumfu dyk­ta­to­rów czy per­spek­tywy końca cy­wi­li­za­cji. Na po­czątku zim­nej wojny było jed­nak ina­czej. Mimo wszyst­kich swo­ich nie­bez­pie­czeństw, okrop­no­ści, kosz­tów, nie­po­ko­jów i kom­pro­mi­sów mo­ral­nych zimna wojna – po­dob­nie jak ame­ry­kań­ska wojna se­ce­syjna – była ry­wa­li­za­cją ko­nieczną, która roz­wią­zała pewne fun­da­men­talne kwe­stie. Nie ma po­wodu, by za nią tę­sk­nić. Bio­rąc jed­nak pod uwagę inne moż­li­wo­ści jej za­koń­cze­nia, nie ma rów­nież po­trzeby ża­ło­wać, że ją pro­wa­dzono.

Zimna wojna to­czyła się na róż­nych płasz­czy­znach, w róż­no­rodny spo­sób, w wielu miej­scach i na prze­strzeni bar­dzo dłu­giego czasu. Wszel­kie próby zre­du­ko­wa­nia jej hi­sto­rii wy­łącz­nie do roli ście­ra­ją­cych się wiel­kich sił, mo­carstw czy przy­wód­ców pro­wa­dzi­łyby do znie­kształ­ceń. Wy­siłki ma­jące na celu uję­cie jej w pro­sty chro­no­lo­giczny wy­wód da­łyby w wy­niku papkę. Uzna­łem, że naj­le­piej bę­dzie po­świę­cić każdy roz­dział waż­nemu te­ma­towi; w związku z tym po­kry­wają się one w cza­sie, prze­miesz­cza­jąc w prze­strzeni. Swo­bod­nie zmie­niam plan z ogól­nego na bli­ski, a po chwili po­now­nie się od­da­lam. Nie wa­ham się rów­nież pi­sać z per­spek­tywy w pełni uwzględ­nia­ją­cej wy­nik zim­nej wojny – ina­czej nie umiem.

Na ko­niec chciał­bym po­dzię­ko­wać oso­bom, które za­in­spi­ro­wały po­wsta­nie tej książki, uła­twiły mi jej na­pi­sa­nie i cier­pli­wie na nią cze­kały. Na­leżą do nich z pew­no­ścią moi stu­denci, któ­rych nie­słab­nące za­in­te­re­so­wa­nie zimną wojną pod­syca mój za­pał. Je­stem rów­nież wdzięczny – jak z pew­no­ścią wdzięczni będą też przy­szli stu­denci – An­drew Wy­liemu za pod­su­nię­cie mi me­tody zmiesz­cze­nia więk­szej liczby lat w mniej­szej licz­bie słów oraz za po­moc udzie­loną kilku moim by­łym stu­den­tom w pu­bli­ka­cji ich prac. Scott Moy­ers, Stu­art Prof­fitt, Ja­nie Fle­ming, Vic­to­ria Klose, Mau­reen Clark, Bruce Gif­fords, Sa­man­tha John­son oraz ich współ­pra­cow­nicy w wy­daw­nic­twie Pen­guin wy­ka­zy­wali godny po­dziwu spo­kój du­cha w ob­li­czu nie­do­trzy­my­wa­nych ter­mi­nów oraz wy­jąt­kową spraw­ność w przy­go­to­wa­niu do druku tej opóź­nia­ją­cej się książki, gdy była wresz­cie go­towa. Nie po­wsta­łaby ona w ogóle bez po­mocy Chri­stiana Oster­manna oraz jego współ­pra­cow­ni­ków z Cold War In­ter­na­tio­nal Hi­story Pro­ject, któ­rych ener­gia i sta­ran­ność w gro­ma­dze­niu do­ku­men­tów z ca­łego świata (w chwili kiedy to pi­szę, do­tarła wła­śnie naj­now­sza ich par­tia z ar­chi­wów al­bań­skich) uczy­niły wszyst­kich hi­sto­ry­ków zim­nej wojny ich dłuż­ni­kami. Chcę wresz­cie po­dzię­ko­wać Toni Do­rf­man, która jest naj­lep­szą re­dak­torką i ko­rek­torką oraz naj­bar­dziej ko­cha­jącą żoną na świe­cie.

Dedy­ka­cja upa­mięt­nia jedną z naj­więk­szych po­staci w dzie­jach zim­nej wojny – oraz mo­jego dłu­go­let­niego przy­ja­ciela – któ­rej bio­gra­fia bę­dzie moim ko­lej­nym za­da­niem.

J. L. G. New Ha­ven

Prolog. Spojrzenie naprzód

W 1946 roku czter­dzie­sto­trzy­letni An­glik Eric Blair wy­na­jął na końcu świata dom, w któ­rym za­mie­rzał umrzeć. Dom stał na pół­noc­nym skraju szkoc­kiej wy­spy Jura, u kresu grun­to­wej drogi. Nie dało się doń do­je­chać sa­mo­cho­dem, nie było tam te­le­fonu ani elek­trycz­no­ści. Naj­bliż­szy sklep – je­dyny na wy­spie – był od­da­lony o ja­kieś 40 ki­lo­me­trów na po­łu­dnie. Blair miał po­wody, by za­szyć się w od­lud­nym miej­scu. Czuł się przy­gnę­biony nie­dawną śmier­cią żony i cier­piał na gruź­licę; wkrótce miał za­cząć kasz­leć krwią. Jego kraj ugi­nał się pod brze­mie­niem kosz­tów wy­gra­nej wojny, która nie przy­nio­sła bez­pie­czeń­stwa ani do­bro­bytu – nie dała na­wet pew­no­ści, że wol­ność prze­trwa. Eu­ropa dzie­liła się na dwa wro­gie obozy, a świat zda­wał się za nią po­dą­żać. Ja­ka­kol­wiek na­stępna wojna ozna­cza­łaby apo­ka­lipsę, gdyż za­sto­so­wano by w jej ob­li­czu bomby ato­mowe. Poza tym Blair mu­siał skoń­czyć swoją po­wieść.

Książkę za­ty­tu­ło­wał Rok 1984 – był to ana­gram roku, w któ­rym ją ukoń­czył. Uka­zała się ona w Wiel­kiej Bry­ta­nii i Sta­nach Zjed­no­czo­nych w 1949 roku pod pseu­do­ni­mem li­te­rac­kim Bla­ira, który brzmiał Geo­rge Or­well. Re­cen­zje, jak od­no­to­wał „New York Ti­mes”, były w ol­brzy­miej więk­szo­ści pełne uzna­nia, lecz „aplauz za­głu­szyły krzyki prze­ra­że­nia”[1]. Nie było to ni­czym dziw­nym, po­nie­waż Rok 1984 opi­sy­wał erę – od­le­głą o za­le­d­wie 35 lat – w któ­rej to­ta­li­ta­ryzm za­trium­fo­wał na ca­łym świe­cie. Stłam­szono w niej in­dy­wi­du­al­ność, prawo, etykę, kre­atyw­ność, ję­zyk, rze­telną hi­sto­rio­gra­fię, a na­wet mi­łość, z wy­łą­cze­niem, rzecz ja­sna, mi­ło­ści, którą każdy mu­siał czuć do przy­po­mi­na­ją­cego Sta­lina dyk­ta­tora – Wiel­kiego Brata – oraz po­dob­nych do niego wład­ców, któ­rzy rzą­dzili świa­tem ogar­nię­tym wieczną wojną. „Je­żeli chcesz wie­dzieć, jaka bę­dzie przy­szłość – sły­szy bo­ha­ter po­wie­ści Win­ston Smith pod­czas ko­lej­nej se­sji bez­li­to­snych tor­tur – wy­obraź so­bie but dep­czący ludzką twarz, wiecz­nie!”[2].

Or­well zmarł na po­czątku 1950 roku – nie na swo­jej wy­spie, lecz w lon­dyń­skim szpi­talu – wie­dząc tyle, że jego dzieło wy­warło wra­że­nie na pierw­szych czy­tel­ni­kach i ich prze­ra­ziło. Póź­niejsi za­re­ago­wali po­dob­nie: Rok 1984 stał się wy­ra­zi­stą wi­zją moż­li­wej przy­szło­ści w erze po­wo­jen­nej. W miarę zbli­ża­nia się rze­czy­wi­stego roku 1984 po­rów­na­nia z wy­ima­gi­no­wa­nym ro­kiem Or­wella sta­wały się więc nie­unik­nione. Świat nie był jesz­cze w ca­ło­ści to­ta­li­tarny, lecz znaczną jego czę­ścią rzą­dzili dyk­ta­to­rzy. Nie­bez­pie­czeń­stwo wojny po­mię­dzy dwoma su­per­mo­car­stwami – Sta­nami Zjed­no­czo­nymi i Związ­kiem Ra­dziec­kim – w miej­sce trzech prze­po­wia­da­nych przez Or­wella – zda­wało się naj­więk­sze od wielu lat. Wieczny, się wy­da­wało, kon­flikt zwany „zimną wojną”, który roz­po­czął się jesz­cze za jego ży­cia, nie wy­ka­zy­wał symp­to­mów zbli­ża­nia się ku koń­cowi.

Tym­cza­sem wie­czo­rem 16 stycz­nia 1984 roku w te­le­wi­zji wy­stą­pił ak­tor, któ­rego Or­well roz­po­znałby z cza­sów, gdy sam pra­co­wał jako kry­tyk fil­mowy – tym ra­zem już w roli pre­zy­denta Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Do tej pory Ro­nald Re­agan ucho­dził za za­cie­kłego uczest­nika zim­nej wojny. Te­raz przed­sta­wiał wi­zję przy­szło­ści w nie­ty­powy dla sie­bie spo­sób:

Wy­obraźmy so­bie przez chwilę, że Iwan i Ania sie­dzą w po­cze­kalni albo chro­nią się przed desz­czem czy bu­rzą wraz z Ji­mem oraz Sally i nie ma ba­riery ję­zy­ko­wej, która unie­moż­li­wia­łaby im na­wią­za­nie zna­jo­mo­ści. Czy roz­trzą­sa­liby róż­nice mię­dzy swo­imi rzą­dami, czy też roz­ma­wia­liby ra­czej o swo­ich dzie­ciach i o tym, gdzie pra­cują? […] Mo­gliby się na­wet umó­wić na wspólną ko­la­cję. Przede wszyst­kim udo­wod­ni­liby, że to nie lu­dzie wy­wo­łują wojny[3].

Była to nie­spo­dzie­wa­nie ła­godna su­ge­stia, że ludz­kie ob­li­cze może za­trium­fo­wać nad cięż­kim bu­tem, dyk­ta­to­rami oraz me­cha­ni­zmami wojny. Za­po­cząt­ko­wała ona – w zna­mien­nym roku 1984 – ciąg zda­rzeń, który to umoż­li­wił. Nieco po­nad rok po prze­mó­wie­niu Re­agana w Związku Ra­dziec­kim wła­dzę ob­jął czło­wiek, który oka­zał się ostat­nim jego przy­wódcą. W ciągu sze­ściu lat za­koń­czyła się wła­dza tego kraju nad po­łową Eu­ropy. Po ośmiu znik­nął sam Zwią­zek So­cja­li­stycz­nych Re­pu­blik Ra­dziec­kich – pań­stwo, które za­in­spi­ro­wało wiel­kie po­nure pro­roc­two Or­wella.

To wszystko nie stało się dla­tego, że Re­agan wy­gło­sił prze­mó­wie­nie, ani dla­tego, że Or­well na­pi­sał po­wieść: po­zo­stała część ni­niej­szej książki do­wo­dzi, że przy­czyny były bar­dziej zło­żone. Warto jed­nak za­cząć od wi­zji, po­nie­waż bu­dzą one na­dzieje i lęki. O tym, które z nich się zisz­czą, de­cy­duje hi­sto­ria.

[1] Mi­chael Shel­den, Or­well: The Au­tho­ri­zed Bio­gra­phy, New York 1991, s. 430. Opis ostat­nich lat ży­cia Or­wella za­czerp­ną­łem z koń­co­wych roz­dzia­łów po­wyż­szej książki.

[2] Geo­rge Or­well, Rok 1984, tłum. To­masz Mir­ko­wicz, War­szawa 1993, s. 271.

[3] Prze­mó­wie­nie ra­diowe i te­le­wi­zyjne z 16 stycz­nia 1984 r., Pu­blic Pa­pers of the Pre­si­dents of the Uni­ted Sta­tes: Ro­nald Re­agan, 1984, Wa­shing­ton 1985, s. 45.

Roz­dział 1

Powrót strachu

Cze­ka­li­śmy, aż wyjdą na brzeg. Wi­dzie­li­śmy ich twa­rze. Wy­glą­dali jak zwy­kli lu­dzie. Wy­obra­ża­li­śmy so­bie coś in­nego. To byli prze­cież Ame­ry­ka­nie!

Lubow Kozinczenko 58. Gwardyjska Dywizja Armii Czerwonej

Nie wie­dzie­li­śmy chyba, czego się po Ro­sja­nach spo­dzie­wać, ale kiedy się na nich spoj­rzało i przyj­rzało im uważ­niej, byli tacy sami, ro­zu­miesz? Gdyby dać im ame­ry­kań­skie mun­dury, mo­gliby być Ame­ry­ka­nami!

Al Aronson 69. Dywizja Piechoty Armii Stanów Zjednoczonych[1]

Tak miała się skoń­czyć wojna: wi­wa­to­wa­niem, uści­skami dłoni, tań­cami, pi­jań­stwem i na­dzieją. Był 25 kwiet­nia 1945 roku w Tor­gau nad Łabą we wschod­nich Niem­czech. Do­szło wła­śnie do pierw­szego spo­tka­nia przy­by­wa­ją­cych z prze­ciw­nych stron świata ar­mii, które prze­cięły na pół na­zi­stow­skie Niemcy. Pięć dni póź­niej Adolf Hi­tler strze­lił so­bie w głowę pod gru­zami Ber­lina. Nie­wiele po­nad ty­dzień po tym zda­rze­niu Niemcy bez­wa­run­kowo ska­pi­tu­lo­wały. Przy­wódcy zwy­cię­skiej Wiel­kiej Ko­ali­cji – Fran­klin D. Ro­ose­velt, Win­ston Chur­chill i Jó­zef Sta­lin – wy­mie­nili już uści­ski dłoni, to­a­sty oraz wi­zje lep­szego świata pod­czas dwóch kon­fe­ren­cji przed za­koń­cze­niem wojny: w Te­he­ra­nie w li­sto­pa­dzie 1943 roku i w Jał­cie w lu­tym roku 1945. Te ge­sty nic by jed­nak nie zna­czyły, gdyby woj­ska pod ich do­wódz­twem nie były go­towe zor­ga­ni­zo­wać bar­dziej ży­wio­ło­wych ob­cho­dów tam, gdzie rze­czy­wi­ście były one ważne: na li­niach fron­tów, skąd wła­śnie ustę­po­wał po­ko­nany wróg.

Dla­czego więc ar­mie w Tor­gau pod­cho­dziły do sie­bie ostroż­nie, jak gdyby spo­dzie­wały się przy­by­szy z ob­cej pla­nety? Dla­czego do­strze­żone po­do­bień­stwa wy­da­wały im się tak za­ska­ku­jące – i tak ko­jące? Dla­czego mimo to ich do­wódcy na­le­gali, aby od­były się osobne ce­re­mo­nie ka­pi­tu­la­cji – jedna dla frontu za­chod­niego we fran­cu­skim Re­ims 7 maja, a druga dla frontu wschod­niego w Ber­li­nie 8 maja? Dla­czego wła­dze so­wiec­kie pró­bo­wały po­skro­mić spon­ta­niczne pro­ame­ry­kań­skie de­mon­stra­cje, które wy­bu­chły w Mo­skwie po ofi­cjal­nej ka­pi­tu­la­cji Nie­miec? Dla­czego w na­stęp­nym ty­go­dniu Ame­ry­ka­nie rap­tow­nie wstrzy­mali bar­dzo ważne do­stawy po­mocy dla ZSRR wy­sy­łane zgod­nie z ustawą o po­życzce i dzier­ża­wie (Lend-Le­ase Act), po czym je wzno­wili? Dla­czego je­den z naj­bliż­szych współ­pra­cow­ni­ków Ro­ose­velta Harry Hop­kins, który ode­grał de­cy­du­jącą rolę w bu­do­wie wiel­kiej ko­ali­cji w 1941 roku, sześć ty­go­dni po śmierci swo­jego prze­ło­żo­nego mu­siał w po­śpie­chu udać się do Mo­skwy, aby pod­jąć próbę jej ra­to­wa­nia? Dla­czego kilka lat póź­niej Chur­chill za­ty­tu­ło­wał swoje pa­mięt­niki trak­tu­jące o tych wy­da­rze­niach Triumf i tra­ge­dia?

Od­po­wiedź na wszyst­kie te py­ta­nia brzmi w grun­cie rze­czy tak samo: wojnę wy­grała ko­ali­cja, któ­rej naj­waż­niejsi człon­ko­wie to­czyli już ze sobą ko­lejny kon­flikt – co prawda nie zbrojny, lecz ide­olo­giczny i geo­po­li­tyczny. Nie­za­leż­nie od suk­ce­sów wiel­kiej ko­ali­cji wio­sną 1945 roku jej triumf nie­zmien­nie za­le­żał od sta­wia­nia so­bie da­ją­cych się po­go­dzić ce­lów przez nie­da­jące się po­go­dzić ustroje. Pech po­le­gał na tym, że zwy­cię­stwo zmu­siło wszyst­kich wy­gra­nych do za­ne­go­wa­nia tego, co ich so­jusz za­kła­dał do tej pory.

I

Gdyby w kwiet­niu 1945 roku nad brze­gami Łaby zna­la­zły się istoty po­za­ziem­skie, do­strze­głyby może pewne po­do­bień­stwa mię­dzy obec­nymi tam ar­miami ro­syj­ską i ame­ry­kań­ską, a także mię­dzy spo­łe­czeń­stwami, z któ­rych te ar­mie się wy­wo­dziły. Za­równo Stany Zjed­no­czone, jak i Zwią­zek Ra­dziecki po­wstały w wy­niku re­wo­lu­cji. Oby­dwa kraje re­pre­zen­to­wały ide­olo­gie o glo­bal­nych dą­że­niach: ich przy­wódcy za­kła­dali, że to, co spraw­dza się w oj­czyź­nie, spraw­dzi się też na ca­łym świe­cie. Oby­dwa sko­lo­ni­zo­wały ol­brzy­mie ob­szary po­gra­ni­cza, zaj­mu­jąc po­kaźne czę­ści kon­ty­nen­tów; Zwią­zek Ra­dziecki był w owym cza­sie naj­więk­szym, a Stany Zjed­no­czone trze­cim co do wiel­ko­ści pań­stwem świata. Oby­dwa przy­stą­piły też do wojny w związku z nie­spo­dzie­wa­nym ata­kiem: ofen­sywą Niem­ców na Zwią­zek Ra­dziecki 22 czerwca 1941 roku oraz ude­rze­niem Ja­poń­czy­ków na Pe­arl Har­bor 7 grud­nia 1941 roku, które to cztery dni póź­niej po­słu­żyło Hi­tle­rowi jako pre­tekst do wy­po­wie­dze­nia Sta­nom Zjed­no­czo­nym wojny. Na tym jed­nak po­do­bień­stwa się koń­czyły. Róż­nice – co szybko wska­załby ziem­ski ob­ser­wa­tor – były znacz­nie więk­sze.

Re­wo­lu­cja ame­ry­kań­ska sprzed pół­tora wieku wy­ro­sła z głę­boko za­ko­rze­nio­nej nie­uf­no­ści do scen­tra­li­zo­wa­nej wła­dzy. We­dług oj­ców za­ło­ży­cieli wol­ność i spra­wie­dli­wość osiąga się po­przez ogra­ni­cze­nie wła­dzy rzą­dzą­cych. Dzięki po­my­sło­wej kon­sty­tu­cji, geo­gra­ficz­nej izo­la­cji od po­ten­cjal­nych ry­wali oraz wiel­kiemu bo­gac­twu za­so­bów na­tu­ral­nych Ame­ry­ka­nom udało się zbu­do­wać nie­zwy­kle po­tężne pań­stwo; stało się to ja­sne pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej. Uczy­nili to jed­nak, bar­dzo sil­nie ogra­ni­cza­jąc wpływ rządu na ży­cie co­dzienne – w za­kre­sie za­równo roz­po­wszech­nia­nia idei, jak i or­ga­ni­za­cji go­spo­darki czy pro­wa­dze­nia po­li­tyki. Mimo spu­ści­zny nie­wol­nic­twa, nie­mal cał­ko­wi­tej eks­ter­mi­na­cji In­dian oraz utrzy­mu­ją­cej się dys­kry­mi­na­cji ra­so­wej, płcio­wej i spo­łecz­nej w 1945 roku oby­wa­tele Sta­nów Zjed­no­czo­nych mo­gli nie bez ra­cji twier­dzić, że na­leżą do naj­bar­dziej wol­nego spo­łe­czeń­stwa na ziemi.

Je­śli zaś cho­dzi o re­wo­lu­cję bol­sze­wicką, która wy­bu­chła za­le­d­wie ćwierć wieku wcze­śniej, to scen­tra­li­zo­wana wła­dza zo­stała w niej użyta jako śro­dek do po­zby­cia się wro­gów kla­so­wych i stwo­rze­nia pod­staw re­wo­lu­cji pro­le­ta­riac­kiej ma­ją­cej ogar­nąć cały świat. W Ma­ni­fe­ście ko­mu­ni­stycz­nym z 1848 roku Ka­rol Marks pi­sał, że za­po­cząt­ko­wany przez ka­pi­ta­li­stów pro­ces uprze­my­sło­wie­nia rów­no­cze­śnie po­więk­sza sze­regi klasy ro­bot­ni­czej i na­pę­dza wy­zysk ro­bot­ni­ków, któ­rych wy­zwo­le­nie się po­zo­staje je­dy­nie kwe­stią czasu. Nie ma­jąc cier­pli­wo­ści cze­kać na tę chwilę, Wła­di­mir Il­jicz Le­nin po­sta­no­wił przy­spie­szyć bieg hi­sto­rii, przej­mu­jąc w 1917 roku wła­dzę w Ro­sji i na­rzu­ca­jąc jej mark­sizm, mimo że nie speł­niała ona za­ło­że­nia Marksa, że re­wo­lu­cja może na­stą­pić je­dy­nie w roz­wi­nię­tym spo­łe­czeń­stwie prze­my­sło­wym. Sta­lin roz­wią­zał ten pro­blem, prze­bu­do­wu­jąc Ro­sję w taki spo­sób, by pa­so­wała do ide­olo­gii mark­si­stow­sko-le­ni­now­skiej – za­czął siłą prze­kształ­cać rol­ni­czy w za­sad­ni­czej mie­rze kraj z nie­wiel­kimi tra­dy­cjami wol­no­ści w sil­nie uprze­my­sło­wiony i po­zba­wiony ja­kich­kol­wiek swo­bód. W wy­niku tych dzia­łań pod ko­niec dru­giej wojny świa­to­wej Zwią­zek So­cja­li­stycz­nych Re­pu­blik Ra­dziec­kich był naj­bar­dziej au­to­ry­tar­nym spo­łe­czeń­stwem na Ziemi.

Nie tylko zwy­cię­skie pań­stwa skraj­nie się róż­niły – to samo do­ty­czyło wo­jen, które sto­czyły w la­tach 1941–1945. Stany Zjed­no­czone wal­czyły rów­no­cze­śnie w dwóch kon­flik­tach – prze­ciwko Ja­po­nii na Pa­cy­fiku i Niem­com w Eu­ro­pie – po­no­sząc przy tym sto­sun­kowo nie­wiel­kie straty: na wszyst­kich po­lach bi­twy po­le­gło nie­spełna 300 tys. Ame­ry­ka­nów. Dzięki geo­gra­ficz­nemu od­da­le­niu od li­nii frontu kraj nie padł ofiarą więk­szych ata­ków, poza pierw­szym – na Pe­arl Har­bor. Wraz z bry­tyj­skim so­jusz­ni­kiem (który stra­cił w woj­nie około 357 tys. żoł­nie­rzy) Stany Zjed­no­czone mo­gły de­cy­do­wać, gdzie, kiedy i w ja­kich oko­licz­no­ściach to­czyć walki, co znacz­nie ogra­ni­czało koszty i ry­zyko zwią­zane z walką. Jed­nak w prze­ci­wień­stwie do bry­tyj­skiej go­spo­darki ta ame­ry­kań­ska pod ko­niec wojny kwi­tła – wy­datki wo­jenne spo­wo­do­wały nie­mal po­dwo­je­nie pro­duktu kra­jo­wego brutto w ciągu nie­spełna czte­rech lat. Je­żeli można w ogóle mó­wić o „do­brej” woj­nie, to była ona taka dla Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Zwią­zek Ra­dziecki nie miał tyle szczę­ścia. To­czył tylko jedną wojnę, za to być może naj­gor­szą w dzie­jach. Ro­syj­skie mia­sta, mia­steczka i wsie były spu­sto­szone, a in­sta­la­cje prze­my­słowe znisz­czone lub w po­śpie­chu prze­nie­sione za Ural – dla wielu wy­co­fu­ją­cych się jed­no­stek Ar­mii Czer­wo­nej je­dyną moż­li­wo­ścią oprócz ka­pi­tu­la­cji był roz­pacz­liwy opór, w te­re­nie i wa­run­kach wy­bra­nych przez wroga. Sza­cunki do­ty­czące ofiar cy­wil­nych i woj­sko­wych są bar­dzo nie­ści­słe; w wy­niku bez­po­śred­nich dzia­łań wo­jen­nych zgi­nęło praw­do­po­dob­nie około 27 mln so­wiec­kich oby­wa­teli, czyli dzie­więć­dzie­się­cio­krot­nie wię­cej niż Ame­ry­ka­nów. Zwy­cię­stwo nie mo­gło być cię­żej oku­pione: w 1945 roku ZSRR był pań­stwem zdru­zgo­ta­nym, które tylko cu­dem prze­trwało. Jak to okre­ślił współ­cze­sny ko­men­ta­tor, wojna była „naj­strasz­niej­szym, a za­ra­zem bu­dzą­cym naj­więk­szą dumę do­świad­cze­niem Ro­sjan”[2].

Je­żeli cho­dzi o kształ­to­wa­nie po­rządku po­wo­jen­nego, siły zwy­cięz­ców były jed­nak bar­dziej wy­rów­nane, niż po­wyż­szy opis mógłby su­ge­ro­wać. Stany Zjed­no­czone tra­dy­cyj­nie dy­stan­so­wały się wo­bec spraw eu­ro­pej­skich – Ro­ose­velt za­pew­nił wręcz Sta­lina w Te­he­ra­nie, że woj­ska ame­ry­kań­skie po­wrócą do oj­czy­zny w ciągu dwóch lat po za­koń­cze­niu wojny[3]. Bio­rąc pod uwagę przy­gnę­bia­jące do­świad­cze­nia lat trzy­dzie­stych XX wieku, nie było żad­nej gwa­ran­cji, że oży­wie­nie go­spo­dar­cze cza­sów wojny bę­dzie trwało ani że de­mo­kra­cja się od­ro­dzi, poza sto­sun­kowo nie­licz­nymi kra­jami, w któ­rych się utrzy­mała. Trudna do prze­łknię­cia prawda była taka, że Ame­ry­ka­nie i Bry­tyj­czycy nie zdo­ła­liby po­ko­nać Hi­tlera bez po­mocy Sta­lina; ozna­czało to, iż druga wojna świa­towa przy­nio­sła zwy­cię­stwo tylko nad fa­szy­zmem – nie ukró­ciła au­to­ry­ta­ry­zmu i jego per­spek­tyw na przy­szłość.

Mimo że Zwią­zek Ra­dziecki po­niósł ol­brzy­mie straty, na­dal dys­po­no­wał zna­czą­cymi atu­tami. W związku ze swoim po­ło­że­niem w Eu­ro­pie nie miał po­trzeby wy­co­fy­wać wojsk z kon­ty­nentu. Jego go­spo­darka na­ka­zowa oka­zała się zdolna do za­pew­nie­nia lu­dziom peł­nego za­trud­nie­nia, pod­czas gdy de­mo­kra­tyczne pań­stwa ka­pi­ta­li­styczne nie były na to go­towe na­wet w la­tach przed­wo­jen­nych. W wielu re­gio­nach Eu­ropy so­wiecka ide­olo­gia cie­szyła się po­wa­ża­niem – szcze­gól­nie tam, gdzie ko­mu­ni­ści sta­nęli na czele ru­chu oporu. Wresz­cie nie­pro­por­cjo­nal­nie wielki wkład Ar­mii Czer­wo­nej w zwy­cię­stwo nad hi­tle­row­skimi Niem­cami zda­niem wielu da­wał ZSRR mo­ralne prawo do istot­nego, a może wręcz de­cy­du­ją­cego wpływu na kształt po­wo­jen­nego po­rządku. W 1945 roku wy­da­wało się, że au­to­ry­tarny ko­mu­nizm ma co naj­mniej taką samą przy­szłość jak de­mo­kra­tyczny ka­pi­ta­lizm.

Zwią­zek Ra­dziecki miał jesz­cze je­den atut – jako je­dyny spo­śród zwy­cię­skich kra­jów za­koń­czył wojnę pod wy­pró­bo­wa­nym przy­wódz­twem. Po na­głej śmierci Ro­ose­velta 12 kwiet­nia 1945 roku go­spo­da­rzem Bia­łego Domu zo­stał nie­do­świad­czony i nie­do­in­for­mo­wany wi­ce­pre­zy­dent Harry S. Tru­man. Trzy mie­siące póź­niej, po nie­spo­dzie­wa­nej po­rażce Chur­chilla w bry­tyj­skich wy­bo­rach par­la­men­tar­nych, fo­tel pre­miera za­jął przy­wódca Par­tii Pracy Cle­ment At­tlee, po­stać znacz­nie mniej­szego for­matu. Na­to­miast Zwią­zek Ra­dziecki miał Sta­lina, nie­kwe­stio­no­wa­nego władcę od 1929 roku, czło­wieka, który zmie­nił ob­li­cze kraju, a na­stęp­nie po­pro­wa­dził go do zwy­cię­stwa w dru­giej woj­nie świa­to­wej. Prze­bie­gły, bu­dzący re­spekt i pe­łen spo­koj­nej de­ter­mi­na­cji dyk­ta­tor Kremla wie­dział, czego chce w erze po­wo­jen­nej. Wy­da­wało się, że Tru­man i At­tlee oraz na­rody pod ich przy­wódz­twem tego nie wie­dzą.

II

Czego za­tem chciał Sta­lin? Na­leży tu za­cząć od niego, po­nie­waż tylko on spo­śród trzech po­wo­jen­nych przy­wód­ców, bę­dąc u wła­dzy, miał czas prze­my­śleć i usze­re­go­wać swoje prio­ry­tety. W mo­men­cie za­koń­cze­nia wojny władca Związku Ra­dziec­kiego miał 65 lat; był wy­czer­pany fi­zycz­nie, oto­czony po­chleb­cami i sa­motny. Mimo to za­rzą­dzał silną, prze­ra­ża­jąco wręcz po­tężną ręką. Jego wąs, prze­bar­wione zęby, ospo­wata twarz i żółte oczy – jak wspo­mina ame­ry­kań­ski dy­plo­mata – „nada­wały mu wy­gląd sta­rego, po­kie­re­szo­wa­nego ty­grysa […]. Nie­świa­domy gość ni­gdy by się nie do­my­ślił, że za nie­po­zorną fa­sadą kryją się nie­wia­ry­godne wy­ra­cho­wa­nie, am­bi­cja, żą­dza wła­dzy, za­zdrość, okru­cień­stwo i pełna prze­bie­gło­ści mści­wość”[4]. Sta­lin wy­eli­mi­no­wał wszyst­kich ry­wali już dawno, dzięki se­rii czy­stek w la­tach trzy­dzie­stych. Pod­władni wie­dzieli, że unie­sie­nie brwi lub ski­nie­nie pal­cem może de­cy­do­wać o ży­ciu lub śmierci. Mimo ude­rza­jąco ni­skiego wzro­stu (miał za­le­d­wie 163 cen­ty­me­try) ten star­szy męż­czy­zna z brzusz­kiem był ko­lo­sem na czele ko­lo­sal­nego pań­stwa.

Po­wo­jen­nymi ce­lami Sta­lina były: bez­pie­czeń­stwo jego osoby, jego re­żimu, jego kraju oraz jego ide­olo­gii – w ta­kim wła­śnie po­rządku. Cho­dziło mu o pew­ność, że jego rzą­dom nie za­grożą już żadne siły we­wnętrzne, a kra­jowi – żadne nie­bez­pie­czeń­stwo z ze­wnątrz. In­te­resy ko­mu­ni­stów w in­nych czę­ściach świata, choćby i naj­bar­dziej godne wspar­cia, ni­gdy nie prze­wa­ży­łyby nad wy­ty­czo­nymi przez niego prio­ry­te­tami do­ty­czą­cymi so­wiec­kiego pań­stwa. Sta­lin był uoso­bie­niem nar­cy­zmu, pa­ra­noi i wła­dzy ab­so­lut­nej[5]; bano się go po­twor­nie, za­równo w Związku Ra­dziec­kim, jak i w mię­dzy­na­ro­do­wym ru­chu ko­mu­ni­stycz­nym, lecz jed­no­cze­śnie ota­czano go na­bożną czcią.

So­wiecki przy­wódca był zda­nia, że o po­dziale łu­pów po­winny de­cy­do­wać przede wszyst­kim na­kłady wo­jenne: prze­lana krew i wy­dane pie­nią­dze. Zgod­nie z tym Zwią­zek Ra­dziecki mu­siałby ich otrzy­mać bar­dzo wiele[6]. Miał nie tylko od­zy­skać zie­mie utra­cone na rzecz Nie­miec pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej, lecz także za­trzy­mać te­ry­to­ria na­byte wsku­tek opor­tu­ni­stycz­nego, a przy tym krót­ko­wzrocz­nego paktu o nie­agre­sji za­war­tego przez Sta­lina z Hi­tle­rem w sierp­niu 1939 roku: część Fin­lan­dii, Pol­ski i Ru­mu­nii oraz wszyst­kie kraje bał­tyc­kie. Miał się do­ma­gać, aby kraje znaj­du­jące się za prze­su­nię­tymi gra­ni­cami po­zo­stały w stre­fie wpły­wów Mo­skwy, a po­nadto żą­dać ustępstw te­ry­to­rial­nych od Iranu i Tur­cji (w tym kon­troli nad tu­rec­kimi cie­śni­nami) oraz baz ma­ry­narki w re­gio­nie Mo­rza Śród­ziem­nego. Wresz­cie miał uka­rać po­ko­nane i zruj­no­wane Niemcy woj­skową oku­pa­cją, wy­własz­cze­niami, re­pa­ra­cjami oraz ide­olo­giczną trans­for­ma­cją.

Sta­lin stał jed­nak przed trud­nym dy­le­ma­tem. Być może nie­pro­por­cjo­nal­nie wiel­kie w po­rów­na­niu z USA i Wielką Bry­ta­nią straty wo­jenne da­wały Związ­kowi Ra­dziec­kiemu ty­tuł do nie­pro­por­cjo­nal­nie wiel­kich zy­sków po woj­nie, lecz ode­brały mu rów­nież po­tęgę nie­zbędną, by so­bie te ko­rzy­ści za­pew­nić. ZSRR po­trze­bo­wał te­raz po­koju, po­mocy go­spo­dar­czej oraz przy­chyl­no­ści ze strony by­łych so­jusz­ni­ków. Nie miał więc wy­boru: mu­siał za­bie­gać o współ­pracę Ame­ry­ka­nów i Bry­tyj­czy­ków – po­dob­nie jak oni po­trze­bo­wali wcze­śniej Sta­lina, by po­ko­nać Hi­tlera, Sta­lin był te­raz uza­leż­niony od bry­tyj­skiej i ame­ry­kań­skiej życz­li­wo­ści, je­śli miał osią­gnąć swoje po­wo­jenne cele na dro­dze dy­plo­ma­cji i roz­sąd­nym kosz­tem. Nie chciał więc wojny – ani go­rą­cej, ani zim­nej[7]. Inną kwe­stią było jed­nak to, czy miał się oka­zać wy­star­cza­jąco zręczny, by unik­nąć in­nego roz­woju wy­pad­ków.

Oce­nia­jąc swo­ich wo­jen­nych so­jusz­ni­ków oraz ich po­wo­jenne cele, Sta­lin ba­zo­wał w więk­szym stop­niu na wy­obra­że­niach niż na ra­cjo­nal­nej ana­li­zie prio­ry­te­tów Wa­szyng­tonu i Lon­dynu. Wi­dać tu wpływ ide­olo­gii mark­si­zmu-le­ni­ni­zmu, który był źró­dłem jego złu­dzeń. Naj­waż­niej­szą spo­śród tych ilu­zji była wiara (prze­jęta od Le­nina), że ka­pi­ta­li­ści ni­gdy nie będą zdolni współ­pra­co­wać ze sobą na dłuż­szą metę. Ich wro­dzona chci­wość – nie­po­wstrzy­many pęd do przed­kła­da­nia zy­sków nad po­li­tykę – prę­dzej czy póź­niej weź­mie górę, więc ko­mu­ni­ści mu­szą je­dy­nie cier­pli­wie cze­kać, aż ich prze­ciw­nicy sami się znisz­czą. „So­jusz mię­dzy nami a de­mo­kra­tyczną frak­cją ka­pi­ta­li­stów udało się za­wrzeć, po­nie­waż za­po­bie­gnię­cie do­mi­na­cji Hi­tlera było w ich in­te­re­sie – sko­men­to­wał Sta­lin pod ko­niec wojny. – W przy­szło­ści zmie­rzymy się rów­nież z tą frak­cją ka­pi­ta­li­stów”[8].

Przed­sta­wiona kon­cep­cja kry­zysu ka­pi­ta­li­zmu nie była cał­ko­wi­cie nie­do­rzeczna. Osta­tecz­nie pierw­sza wojna świa­towa była kon­flik­tem mię­dzy pań­stwami ka­pi­ta­li­stycz­nymi. To ten kon­flikt umoż­li­wił po­wsta­nie pierw­szego ko­mu­ni­stycz­nego pań­stwa na świe­cie. Pod­czas wiel­kiego kry­zysu w la­tach trzy­dzie­stych po­zo­stałe pań­stwa ka­pi­ta­li­styczne, za­miast współ­pra­co­wać w celu ra­to­wa­nia go­spo­darki świa­to­wej czy utrwa­le­nia po­wo­jen­nego ładu, sta­rały się oca­lić wy­łącz­nie same sie­bie. Jed­nym ze skut­ków było po­wsta­nie na­zi­stow­skich Nie­miec. Sta­lin wie­rzył, że po za­koń­cze­niu dru­giej wojny świa­to­wej kry­zys go­spo­dar­czy po­wróci i wów­czas to kraje ka­pi­ta­li­styczne będą po­trze­bo­wały Związku Ra­dziec­kiego, a nie na od­wrót. Wo­bec tego za­kła­dał z pew­no­ścią, że Stany Zjed­no­czone po­ży­czą ZSRR mi­liardy do­la­rów po­trzebne na od­bu­dowę, po­nie­waż w prze­ciw­nym ra­zie, pod­czas nad­cho­dzą­cego świa­to­wego kra­chu, ZSRR nie sta­nie się ryn­kiem zbytu dla ame­ry­kań­skich pro­duk­tów[9].

Poza tym Sta­lin był prze­ko­nany, że dru­gie ka­pi­ta­li­styczne su­per­mo­car­stwo, Wielka Bry­ta­nia, z któ­rej sła­bo­ści wciąż nie zda­wał so­bie sprawy, wsku­tek ry­wa­li­za­cji go­spo­dar­czej prę­dzej czy póź­niej ze­rwie so­jusz z Ame­ry­ka­nami. „Wojny mię­dzy kra­jami ka­pi­ta­li­stycz­nymi po­zo­stają nie­unik­nione” – twier­dził upar­cie jesz­cze w 1952 roku[10]. Tak więc z punktu wi­dze­nia Sta­lina bieg hi­sto­rii miał w przy­szło­ści wy­na­gro­dzić ka­ta­strofę, jaką dla Związku Ra­dziec­kiego sta­no­wiła druga wojna świa­towa. Bez­po­śred­nia kon­fron­ta­cja z Ame­ry­ka­nami i Bry­tyj­czy­kami nie była nie­zbędna do osią­gnię­cia jego ce­lów. Za­mie­rzał po pro­stu cze­kać, aż pań­stwa ka­pi­ta­li­styczne za­czną się spie­rać, a zde­gu­sto­wani Eu­ro­pej­czycy sami padną w ob­ję­cia ko­mu­ni­zmu.

Ce­lem Sta­lina nie było za­tem przy­wró­ce­nie w Eu­ro­pie rów­no­wagi sił, lecz cał­ko­wita do­mi­na­cja nad kon­ty­nen­tem, do ja­kiej dą­żył Hi­tler. Za­cho­wało się jego no­stal­giczne, wiele mó­wiące wy­zna­nie z 1947 roku: „Gdyby Chur­chill otwo­rzył drugi front na pół­nocy Fran­cji rok póź­niej, Ar­mia Czer­wona by tam do­tarła […]. Roz­wa­ża­li­śmy wkro­cze­nie do Pa­ryża”[11]. W prze­ci­wień­stwie do Hi­tlera Sta­lin nie kie­ro­wał się jed­nak usta­lo­nym har­mo­no­gra­mem. Z za­do­wo­le­niem przy­jął lą­do­wa­nie alian­tów w Nor­man­dii, mimo że ozna­czało ono, iż w naj­bliż­szym cza­sie Ar­mia Czer­wona nie bę­dzie miała oka­zji za­jąć Eu­ropy Za­chod­niej; naj­waż­niej­sze było po­ko­na­nie Nie­miec. Nie re­zy­gno­wał też z dy­plo­ma­cji jako środka do celu, rów­nież dla­tego, że li­czył – co naj­mniej przez pe­wien czas – na współ­pracę Ame­ry­ka­nów w jego osią­gnię­ciu. Czyż Ro­ose­velt nie dał do zro­zu­mie­nia, że Stany Zjed­no­czone nie będą się sta­rać o wła­sną strefę wpły­wów w Eu­ro­pie? Sta­lin miał więc wielką wi­zję: osią­gnię­tej po­ko­jowo, lecz po­dyk­to­wa­nej de­ter­mi­ni­zmem hi­sto­rycz­nym wła­dzy nad Eu­ropą. Wi­zja ta miała jed­nak pe­wien man­ka­ment: nie uwzględ­niała kry­sta­li­zu­ją­cych się po­wo­jen­nych ce­lów Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

III

Czego pra­gnęli po woj­nie Ame­ry­ka­nie? Bez wąt­pie­nia rów­nież bez­pie­czeń­stwa, lecz w prze­ci­wień­stwie do Sta­lina nie byli pewni, co na­leży zro­bić, by je osią­gnąć. Wią­zało się to z dy­le­ma­tem, który po­sta­wiła przed nimi druga wojna świa­towa: Stany Zjed­no­czone nie mo­gły na­dal sta­no­wić wzoru dla reszty świata, jed­no­cze­śnie dy­stan­su­jąc się wo­bec niej.

Ame­ry­ka­nie usi­ło­wali po­dą­żać tą drogą przez więk­szą część swo­jej hi­sto­rii. Po­nie­waż od wszel­kich państw, które mo­głyby wy­rzą­dzić im szkodę, dzie­liły ich oce­any, nie mu­sieli zbyt­nio mar­twić się o bez­pie­czeń­stwo. Już sama nie­za­leż­ność od Wiel­kiej Bry­ta­nii wy­ni­kała, jak cel­nie ujął to Tho­mas Pa­ine w 1776 roku, z nie­praw­do­po­do­bień­stwa sy­tu­acji, w któ­rej „kon­ty­nent [miałby] być stale rzą­dzony przez wy­spę”[12]. Mimo swo­jej prze­wagi na mo­rzu Bry­tyj­czycy ni­gdy nie byli go­towi wy­słać od­po­wied­nio wiel­kich sił woj­sko­wych pięć ty­sięcy ki­lo­me­trów przez Atlan­tyk, aby utrzy­mać Ame­ry­ka­nów w ob­rę­bie im­pe­rium lub po­wstrzy­mać ich przed zdo­mi­no­wa­niem Ame­ryki Pół­noc­nej. Jesz­cze mniej­sze było praw­do­po­do­bień­stwo, że uda się to in­nym pań­stwom eu­ro­pej­skim, gdyż ko­lejne rządy w Lon­dy­nie do­szły do tego sa­mego wnio­sku co Ame­ry­ka­nie: czas za­koń­czyć ko­lo­ni­za­cję za­chod­niej pół­kuli. W związku z tym Stany Zjed­no­czone zna­la­zły się w luk­su­so­wej sy­tu­acji: po­sia­dały ol­brzy­mią strefę wpły­wów, nie ry­zy­ku­jąc przy tym, że na­ru­szą in­te­resy ja­kie­go­kol­wiek in­nego mo­car­stwa.

Ame­ry­ka­nie pra­gnęli roz­po­wszech­niać swoje idee na ca­łym świe­cie – De­kla­ra­cja Nie­pod­le­gło­ści za­wie­rała wszak ra­dy­kalne stwier­dze­nie, że wszy­scy lu­dzie są równi. Przez pierw­sze 140 lat nie­pod­le­gło­ści nie pod­jęli jed­nak wy­sił­ków, by za­mie­nić słowa w czyny. Stany Zjed­no­czone miały sta­no­wić przy­kład, a de­cy­zja o tym, jak i w ja­kich oko­licz­no­ściach pójść za nim, na­le­żała do reszty świata. „Ame­ryka ży­czy wszyst­kim wol­no­ści i nie­pod­le­gło­ści” – oświad­czył w 1821 roku se­kre­tarz stanu John Qu­incy Adams – lecz „broni i strzeże je­dy­nie wła­snej”[13]. Tak więc po­mimo ide­olo­gii uwzględ­nia­ją­cej także inne na­rody Ame­ry­ka­nie prak­ty­ko­wali izo­la­cjo­nizm – nie do­szli jesz­cze do wnio­sku, że wła­sne bez­pie­czeń­stwo wy­maga upo­wszech­nie­nia wy­zna­wa­nych za­sad. Po­li­tyki za­gra­niczna oraz woj­skowa Sta­nów Zjed­no­czo­nych były znacz­nie mniej am­bitne, niż można by ocze­ki­wać po tak wiel­kim i sil­nym pań­stwie.

Do­piero po wy­bu­chu pierw­szej wojny świa­to­wej sy­tu­acja ta ule­gła zmia­nie. Za­nie­po­ko­jony moż­li­wo­ścią po­ko­na­nia Wiel­kiej Bry­ta­nii i Fran­cji przez ce­sar­skie Niemcy Wo­odrow Wil­son prze­ko­nał ro­da­ków, że do przy­wró­ce­nia rów­no­wagi sił w Eu­ro­pie nie­zbędna jest ame­ry­kań­ska po­tęga woj­skowa – jed­nak na­wet on uza­sad­niał ten geo­po­li­tyczny cel ar­gu­men­tami ide­olo­gicz­nymi. Świat, jak twier­dził, na­le­żało uczy­nić „bez­piecz­nym dla de­mo­kra­cji”[14]. Jako pod­stawę po­ko­jo­wego po­rządku Wil­son za­pro­po­no­wał Ligę Na­ro­dów, która miała na­rzu­cać pań­stwom coś na kształt prawa, które pań­stwa – przy­naj­mniej te oświe­cone – na­rzu­cały jed­nost­kom. Miał na­dzieję, że po­łoży to kres za­sa­dzie mó­wią­cej, iż ra­cję ma sil­niej­szy.

Za­równo ta wi­zja, jak i rów­no­waga, którą dzięki niej przy­wró­cono, wy­prze­dziły jed­nak swój czas. Zwy­cię­stwo w pierw­szej woj­nie świa­to­wej nie uczy­niło Sta­nów Zjed­no­czo­nych świa­to­wym mo­car­stwem; w oczach więk­szo­ści Ame­ry­ka­nów po­twier­dziło wręcz, że nad­mierne za­an­ga­żo­wa­nie w kon­flikty zbrojne jest szko­dliwe. Plany Wil­sona do­ty­czące utwo­rze­nia po woj­nie or­ga­ni­za­cji zbio­ro­wego bez­pie­czeń­stwa były, zda­niem jego ro­da­ków, za da­leko po­su­nięte. Roz­cza­ro­wa­nie so­jusz­ni­kami, wraz z nie­prze­my­ślaną i nie­zde­cy­do­waną in­ter­wen­cją Wil­sona prze­ciwko bol­sze­wi­kom na Sy­be­rii i pół­nocy Ro­sji w la­tach 1918–1920, ode­brało ra­dość ze zwy­cię­stwa. Wa­runki ze­wnętrzne sprzy­jały po­wro­towi do izo­la­cjo­ni­zmu: uwa­żany przez nie­które na­rody za nie­spra­wie­dliwy trak­tat wer­sal­ski, na­dej­ście świa­to­wego kry­zysu, a na­stęp­nie po­ja­wie­nie się w Eu­ro­pie i Azji Wschod­niej agre­syw­nych państw prze­ko­nały Ame­ry­ka­nów, że naj­roz­sąd­niej jest uni­kać an­ga­żo­wa­nia się w sprawy mię­dzy­na­ro­dowe. Na­stą­piło zja­wi­sko rzadko spo­ty­kane: mo­car­stwo wy­co­fy­wało się ze swo­ich za­gra­nicz­nych zo­bo­wią­zań.

Po prze­pro­wa­dze­niu się w 1933 roku do Bia­łego Domu Fran­klin D. Ro­ose­velt dzia­łał wy­trwale (choć nie­raz okrężną drogą) na rzecz zwięk­sze­nia udziału Sta­nów Zjed­no­czo­nych w po­li­tyce świa­to­wej. Nie było to ła­twe. „Czuję się, jak gdy­bym po omacku szu­kał drzwi w li­tej ścia­nie”[15] – stwier­dził. Na­wet po wy­bu­chu wojny chiń­sko-ja­poń­skiej w 1937 roku i dru­giej wojny świa­to­wej w Eu­ro­pie w roku 1939 Ro­ose­velt nie od­niósł szcze­gól­nego suk­cesu w swo­ich pró­bach prze­ko­na­nia na­rodu, iż Wil­son miał ra­cję: wy­da­rze­nia w in­nej czę­ści świata mogą za­chwiać bez­pie­czeń­stwem w ich kraju. Do­piero po wstrzą­sa­ją­cych wy­pad­kach z lat 1940–1941 – upadku Fran­cji, Bi­twie o An­glię, wresz­cie ja­poń­skim ataku na Pe­arl Har­bor – Ame­ry­ka­nie po­now­nie za­an­ga­żo­wali się w za­da­nie przy­wró­ce­nia rów­no­wagi sił poza pół­kulą za­chod­nią. „Uczymy się na błę­dach z prze­szło­ści. Tym ra­zem bę­dziemy wie­dzieć, jak w pełni wy­ko­rzy­stać zwy­cię­stwo”[16] – za­po­wie­dział pre­zy­dent w 1942 roku.

Pod­czas wojny Ro­ose­velt kie­ro­wał się czte­rema pod­sta­wo­wymi prio­ry­te­tami. Pierw­szym było utrzy­ma­nie so­jusz­ni­ków – przede wszyst­kim Wiel­kiej Bry­ta­nii, Związku Ra­dziec­kiego oraz (z mniej­szym po­wo­dze­niem) rzą­dzo­nych przez na­cjo­na­li­stów Chin – gdyż była to je­dyna droga do zwy­cię­stwa: Stany Zjed­no­czone nie mo­gły wal­czyć z Niem­cami i Ja­po­nią w po­je­dynkę. Dru­gim było za­pew­nie­nie so­bie współ­pracy ze sprzy­mie­rzeń­cami przy kształ­to­wa­niu po­wo­jen­nego po­rządku, po­nie­waż w prze­ciw­nym ra­zie szanse na trwały po­kój by­łyby mi­ni­malne. Trzeci prio­ry­tet do­ty­czył cha­rak­teru tego po­rządku. Ro­ose­velt li­czył, że so­jusz­nicy zde­cy­dują się na roz­wią­za­nie, które wy­eli­mi­nuje naj­bar­dziej praw­do­po­dobne przy­czyny przy­szłych wo­jen. Cho­dziło o nową or­ga­ni­za­cję zbio­ro­wego bez­pie­czeń­stwa, która mia­łaby peł­no­moc­nic­two do po­wstrzy­my­wa­nia agre­so­rów i w ra­zie po­trzeby ka­ra­nia ich, a także o uzdro­wie­nie świa­to­wego sys­temu go­spo­dar­czego oraz wy­po­sa­że­nie go w me­cha­ni­zmy chro­niące przed no­wym glo­bal­nym kry­zy­sem. Wresz­cie po­rzą­dek ten mu­siałby być moż­liwy do za­ak­cep­to­wa­nia przez ame­ry­kań­skie spo­łe­czeń­stwo. Ro­ose­velt był zde­cy­do­wany nie po­wta­rzać błędu Wil­sona, który przed­sta­wił Ame­ry­ka­nom zbyt da­leko idące roz­wią­za­nia. Po dru­giej woj­nie świa­to­wej nie było więc już po­wrotu do izo­la­cjo­ni­zmu, jed­nak Stany Zjed­no­czone nie za­mie­rzały – po­dob­nie jak Zwią­zek Ra­dziecki – za­ak­cep­to­wać kształtu świata, który przy­po­mi­nał ten sprzed wojny.

Na­leży jesz­cze po­wie­dzieć coś o ce­lach Wiel­kiej Bry­ta­nii. Win­ston Chur­chill okre­ślił je w do­syć pro­sty spo­sób: prze­trwa­nie za wszelką cenę, na­wet gdyby ozna­czało to zrze­cze­nie się na rzecz Wa­szyng­tonu przy­wódz­twa w bry­tyj­sko-ame­ry­kań­skiej ko­ali­cji, osła­bie­nie bry­tyj­skiego im­pe­rium, a na­wet współ­pracę ze Związ­kiem Ra­dziec­kim, który Chur­chill, bę­dąc młod­szym, bez­po­śred­nio po bol­sze­wic­kiej re­wo­lu­cji, miał na­dzieję zmiaż­dżyć[17]. Bry­tyj­czycy mieli się sta­rać wy­wie­rać na Ame­ry­ka­nów jak naj­więk­szy wpływ – aspi­ro­wali do roli Gre­ków bę­dą­cych men­to­rami no­wych Rzy­mian – lecz w żad­nym ra­zie nie za­mie­rzali wcho­dzić z nimi w kon­flikt. Ocze­ki­wa­nia Sta­lina, który wy­obra­żał so­bie nie­za­leżną Wielką Bry­ta­nię, zdolną sprze­ci­wić się Sta­nom Zjed­no­czo­nym, a na­wet wal­czyć z nimi, bar­dzo za­sko­czy­łyby lu­dzi, któ­rzy w rze­czy­wi­sto­ści two­rzyli wo­jenną i po­wo­jenną stra­te­gię tego kraju.

IV

Bio­rąc pod uwagę po­wyż­sze prio­ry­tety, ja­kie były wi­doki na po­wo­jenny układ, który umoż­li­wiłby za­cho­wa­nie wiel­kiej ko­ali­cji? Ro­ose­velt, Chur­chill i Sta­lin z pew­no­ścią mieli na to na­dzieję – nikt nie pra­gnął no­wych wro­gów na­tych­miast po po­ko­na­niu sta­rych. Jed­nak ich ko­ali­cja od sa­mego po­czątku była za­równo środ­kiem do po­ko­na­nia Osi, jak i na­rzę­dziem, które miało po­móc każ­demu ze zwy­cięz­ców w osią­gnię­ciu jak naj­więk­szych wpły­wów w po­wo­jen­nym świe­cie. Nie mo­gło być ina­czej – po­mimo pu­blicz­nych oświad­czeń wiel­kiej trójki, że po­li­tyka ulega za­wie­sze­niu na czas wojny, ża­den z jej człon­ków nie wie­rzył w tę za­sadę ani nie za­mie­rzał jej sto­so­wać. W rze­czy­wi­sto­ści – pod­czas kon­tak­tów i kon­fe­ren­cji, które za­zwy­czaj od­by­wały się bez udziału ob­ser­wa­to­rów – sta­rali się go­dzić roz­bieżne cele po­li­tyczne, rów­no­cze­śnie kon­ty­nu­ując współ­pracę mi­li­tarną. W du­żej mie­rze po­nie­śli przy tym po­rażkę, w któ­rej na­leży się do­pa­try­wać po­cząt­ków zim­nej wojny. Naj­waż­niej­szymi oma­wia­nymi kwe­stiami były:

Drugi front i pokój separatystyczny

Oprócz klę­ski Bry­tyj­czycy i Ame­ry­ka­nie naj­bar­dziej oba­wiali się po­now­nego układu mię­dzy Związ­kiem Ra­dziec­kim a na­zi­stow­skimi Niem­cami, jak w 1939 roku. W ta­kich oko­licz­no­ściach znaczna część Eu­ropy po­zo­sta­łaby pod rzą­dami au­to­ry­tar­nymi, dla­tego też Ro­ose­velt i Chur­chill przy­wią­zy­wali wielką wagę do dal­szego udziału ZSRR w woj­nie. Wią­zało się to z do­star­cza­niem tam wszel­kiej moż­li­wej po­mocy w po­staci żyw­no­ści, odzieży oraz broni, na­wet roz­pacz­li­wymi me­to­dami i wiel­kim kosz­tem – wy­sy­ła­nie kon­wo­jów do Mur­mań­ska i Ar­chan­giel­ska oraz chro­nie­nie ich przed nie­miec­kimi ło­dziami pod­wod­nymi nie było ła­twe do wy­ko­na­nia. Ozna­czało rów­nież nie­sprze­ci­wia­nie się żą­da­niom Sta­lina do­ty­czą­cym zwrotu utra­co­nych te­ry­to­riów, mimo że nie­które z nich – kraje bał­tyc­kie, wschod­nia Pol­ska oraz część Fin­lan­dii i Ru­mu­nii – do­stały się w ręce So­wie­tów w wy­niku paktu z Hi­tle­rem. Wresz­cie za­po­bie­ga­nie po­ko­jowi se­pa­ra­ty­stycz­nemu ozna­czało utwo­rze­nie dru­giego frontu w Eu­ro­pie tak szybko, jak tylko było to moż­liwe z woj­sko­wego punktu wi­dze­nia, choć w Lon­dy­nie i Wa­szyng­to­nie uwa­żano, że trzeba odło­żyć tę de­cy­zję do czasu, gdy praw­do­po­dobne sta­nie się od­nie­sie­nie suk­cesu moż­li­wym do przy­ję­cia kosz­tem.

W tej sy­tu­acji drugi front – a do­kład­niej: dru­gie fronty – ma­te­ria­li­zo­wał się po­woli, wy­wo­łu­jąc tym sa­mym gniew u nę­ka­nych przez wroga Ro­sjan, któ­rzy nie mo­gli so­bie po­zwo­lić na ogra­ni­cza­nie strat w lu­dziach. Do pierw­szych dzia­łań do­szło w oku­po­wa­nej przez re­żim Vi­chy Afryce Pół­noc­nej, gdzie siły ame­ry­kań­skie i bry­tyj­skie wy­lą­do­wały w li­sto­pa­dzie 1942 roku; z ko­lei w le­cie 1943 roku na­stą­piła in­wa­zja na Sy­cy­lię i po­łu­dniowe Wło­chy. Do­piero jed­nak po lą­do­wa­niu w Nor­man­dii w czerwcu 1944 roku bry­tyj­skie i ame­ry­kań­skie dzia­ła­nia mi­li­tarne za­częły wy­raź­niej od­cią­żać Ar­mię Czer­woną, która zdą­żyła od­wró­cić bieg zda­rzeń na fron­cie wschod­nim i wy­pie­rała już Niem­ców z ob­sza­rów przez nich oku­po­wa­nych. Sta­lin po­gra­tu­lo­wał so­jusz­ni­kom uda­nego de­santu; miał jed­nak po­dej­rze­nia, że opóź­nie­nie było ce­lowe i miało prze­rzu­cić jak naj­więk­szy cię­żar walk na ZSRR[18]. Jak stwier­dził póź­niej pe­wien so­wiecki ana­li­tyk, plan Sta­nów Zjed­no­czo­nych po­le­gał na wzię­ciu udziału „do­piero w ostat­niej chwili, gdy będą mo­gły z ła­two­ścią wy­wrzeć wpływ na wy­nik wojny i w pełni za­bez­pie­czyć swoje in­te­resy”[19].

Zna­cze­nie po­li­tyczne dru­gich fron­tów co naj­mniej do­rów­ny­wało mi­li­tar­nemu – dzięki nim Ame­ry­ka­nie i Bry­tyj­czycy mieli wraz ze Związ­kiem Ra­dziec­kim uczest­ni­czyć w ka­pi­tu­la­cji i oku­pa­cji Nie­miec oraz ich kra­jów sa­te­lic­kich. We wrze­śniu 1943 roku, gdy ska­pi­tu­lo­wały Wło­chy, bry­tyj­skie i ame­ry­kań­skie do­wódz­two woj­skowe nie do­pu­ściło Ro­sjan do udziału w tych pro­ce­du­rach – przede wszyst­kim ze wzglę­dów prak­tycz­nych. Sta­lin wy­ko­rzy­stał to jako pre­tekst do po­su­nię­cia, na które za­pewne i tak by się zde­cy­do­wał: cho­dzi tu o od­mó­wie­nie Ame­ry­ka­nom oraz Bry­tyj­czy­kom zna­czą­cej roli w oku­pa­cji Ru­mu­nii, Buł­ga­rii i Wę­gier po wej­ściu Ar­mii Czer­wo­nej na ich te­ry­to­ria w la­tach 1944–1945.

Sta­lin i Chur­chill uzgod­nili bez więk­szych trud­no­ści w paź­dzier­niku 1944 roku, że Zwią­zek Ra­dziecki uzy­ska w tych kra­jach prze­wa­ża­jące wpływy w za­mian za uzna­nie bry­tyj­skich wpły­wów w Gre­cji. Sy­tu­acja była jed­nak bar­dziej zło­żona, niż się na po­zór wy­da­wało. Ro­ose­velt za­pro­te­sto­wał, bo nie uzgod­niono z nim po­ro­zu­mie­nia mię­dzy Sta­li­nem a Chur­chil­lem, a gdy z ko­lei Bry­tyj­czycy i Ame­ry­ka­nie roz­po­częli ne­go­cja­cje w spra­wie ka­pi­tu­la­cji nie­miec­kich wojsk w pół­noc­nych Wło­szech wio­sną 1945 roku, Sta­lin nie­mal wpadł w pa­nikę; ostrzegł wów­czas swo­ich do­wód­ców, że może zo­stać za­warty układ, zgod­nie z któ­rym Niemcy za­koń­czą walkę na Za­cho­dzie, kon­ty­nu­ując opór na Wscho­dzie[20]. Ujaw­nił tym sa­mym swoje głę­bo­kie obawy do­ty­czące po­koju se­pa­ra­ty­stycz­nego. To, że są­dził, iż so­jusz­nicy mo­gliby za­wrzeć taki po­kój na tak póź­nym eta­pie wojny, do­wo­dziło, w jak nie­wiel­kim stop­niu uspo­ko­iło go utwo­rze­nie dru­gich fron­tów i jak mało ufał in­nym.

Strefy wpływów

Po­dział Eu­ropy na strefy wpły­wów wy­ni­ka­jący z umowy mię­dzy Chur­chil­lem a Sta­li­nem nie po­zo­sta­wiał Eu­ro­pej­czy­kom wielu moż­li­wo­ści de­cy­do­wa­nia o wła­snych przy­szłych lo­sach, co nie­po­ko­iło Ro­ose­velta. Choć z jego punktu wi­dze­nia uspra­wie­dli­wie­niem dla wojny było za­cho­wa­nie rów­no­wagi sił, Ame­ry­ka­nom przed­sta­wił ją po­dob­nie, jak uczy­niłby to Wil­son – jako walkę o sa­mo­sta­no­wie­nie. Chur­chill zgo­dził się z tym sta­no­wi­skiem w 1941 roku, pod­pi­su­jąc Kartę atlan­tycką – zbiór Wil­so­now­skich za­sad sfor­mu­ło­wa­nych po­now­nie przez Ro­ose­velta. Wo­bec tego pod­sta­wo­wym ce­lem Bry­tyj­czy­ków i Ame­ry­ka­nów stało się po­go­dze­nie tych ide­ałów z rosz­cze­niami te­ry­to­rial­nymi Sta­lina oraz jego żą­da­niami do­ty­czą­cymi stref wpływu gwa­ran­tu­ją­cych obec­ność przy­ja­znych państw za po­wo­jen­nymi gra­ni­cami Związku Ra­dziec­kiego. Ro­ose­velt i Chur­chill wie­lo­krot­nie na­ci­skali na Sta­lina, by po­zwo­lił na wolne wy­bory w kra­jach bał­tyc­kich, Pol­sce i po­zo­sta­łych pań­stwach Eu­ropy Wschod­niej. Zgo­dził się on na to pod­czas kon­fe­ren­cji jał­tań­skiej, nie ma­jąc jed­nak naj­mniej­szego za­miaru do­trzy­mać obiet­nic. „Nie ma się co mar­twić – uspo­koił mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych Wia­cze­sława Mo­ło­towa. – Mo­żemy to zro­bić po swo­jemu póź­niej. Naj­waż­niej­szy jest układ sił”[21].

Sta­lin uzy­skał więc na­bytki te­ry­to­rialne i strefę wpły­wów, ja­kich pra­gnął. Gra­nice Związku Ra­dziec­kiego prze­su­nęły się kil­ka­set ki­lo­me­trów na za­chód, a w po­zo­sta­łej czę­ści Eu­ropy Wschod­niej Ar­mia Czer­wona przy­nio­sła na ba­gne­tach słu­żal­cze re­żimy. Nie wszyst­kie były już ko­mu­ni­styczne – władca Kremla po­zo­sta­wał jesz­cze ela­styczny w tej kwe­stii – lecz ża­den z nich nie kwe­stio­no­wał ro­sną­cych so­wiec­kich wpły­wów w sercu kon­ty­nentu. Ame­ry­ka­nie i Bry­tyj­czycy li­czyli na co in­nego: chcieli, aby miesz­kańcy Eu­ropy Wschod­niej, a w szcze­gól­no­ści Pol­ski – pierw­szej ofiary Nie­miec pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej – wy­brali wła­sne rządy. Te dwa sta­no­wi­ska mo­głyby dać się po­go­dzić, gdyby wszyst­kie kraje Eu­ropy Wschod­niej były go­towe wy­brać przy­wód­ców speł­nia­ją­cych wy­mogi Mo­skwy, jak uczy­niły to Fin­lan­dia i Cze­cho­sło­wa­cja. W Pol­sce taki sce­na­riusz był jed­nak nie do po­my­śle­nia – po­stę­po­wa­nie Sta­lina już dawno zni­we­czyło wszel­kie szanse na to, aby rząd pod­po­rząd­ko­wany ZSRR mógł się cie­szyć po­par­ciem Po­la­ków.

Li­sta krzywd za­czy­nała się od za­war­tego w 1939 roku paktu mię­dzy hi­tle­row­cami a So­wie­tami, który ode­brał Pol­sce nie­pod­le­głość. Póź­niej od­kryto, że w 1940 roku Ro­sja­nie wy­mor­do­wali w le­sie ka­tyń­skim około czte­rech ty­sięcy pol­skich ofi­ce­rów, a dal­szych 11 tys. za­gi­nęło bez wie­ści. W 1943 roku Sta­lin ze­rwał w związku z tą sprawą sto­sunki z pol­skim rzą­dem na uchodź­stwie w Lon­dy­nie i po­parł grupę pol­skich ko­mu­ni­stów z sie­dzibą w Lu­bli­nie. Na­stęp­nie ce­lowo wstrzy­mał dzia­ła­nia wo­jenne, gdy Niemcy bru­tal­nie pa­cy­fi­ko­wali zor­ga­ni­zo­wane w 1944 roku przez rząd lon­dyń­ski po­wsta­nie war­szaw­skie, mimo że Ar­mia Czer­wona stała wów­czas na przed­mie­ściach pol­skiej sto­licy. Rosz­cze­nia Sta­lina do nie­mal po­łowy po­wo­jen­nego te­ry­to­rium Pol­ski wzbu­dziły jesz­cze więk­sze roz­go­ry­cze­nie; jego obiet­nica wy­rów­na­nia strat kosz­tem Nie­miec nie była wy­star­cza­ją­cym za­dość­uczy­nie­niem.

Po­nie­waż Po­lacy z pew­no­ścią nie wy­bra­liby pro­so­wiec­kiego rządu, Sta­lin im go na­rzu­cił – kosz­to­wało go to jed­nak trwałą urazę ze strony Po­la­ków oraz utratę za­ufa­nia ame­ry­kań­skiego i bry­tyj­skiego so­jusz­nika. Po­zba­wiony złu­dzeń Ro­ose­velt stwier­dził na dwa ty­go­dnie przed śmier­cią: „[Sta­lin] zła­mał wszyst­kie swoje przy­rze­cze­nia z Jałty”[22].

Pokonani wrogowie

Nikt nie miał wąt­pli­wo­ści – przy­naj­mniej od chwili de­santu w Nor­man­dii – że w prze­ci­wień­stwie do kon­tro­lo­wa­nej jed­no­stron­nie przez ZSRR Eu­ropy Wschod­niej Niemcy znajdą się pod wspólną oku­pa­cją. Ro­sja­nie czuli się jed­nak oszu­kani spo­so­bem wpro­wa­dze­nia tej oku­pa­cji. Stany Zjed­no­czone, Wielka Bry­ta­nia oraz (dzięki hoj­no­ści obu tych kra­jów) Fran­cja kon­tro­lo­wały osta­tecz­nie ⅔ Nie­miec – nie z po­wodu liczby po­le­głych pod­czas wojny, a wsku­tek geo­gra­ficz­nej bli­sko­ści ich na­cie­ra­ją­cych ar­mii oraz tego, że Sta­lin od­dał znaczną część wschod­nich Nie­miec Pol­sce. Oku­po­wany wspól­nie Ber­lin ota­czała so­wiecka strefa, jed­nak obej­mo­wała ona za­le­d­wie około ⅓ lud­no­ści Nie­miec i jesz­cze mniej­szą część obiek­tów prze­my­sło­wych.

Dla­czego Sta­lin zgo­dził się na taki układ? Praw­do­po­dob­nie dla­tego, że są­dził, iż mark­si­stow­sko-le­ni­now­ski rząd, który pla­no­wał za­in­sta­lo­wać we wschod­nich Niem­czech, przy­cią­gnie Niem­ców z za­chod­nich stref oku­pa­cyj­nych, a ci wy­biorą przy­wód­ców, któ­rzy osta­tecz­nie zjed­no­czą cały kraj pod kon­trolą so­wiecką. Na­stą­pi­łaby wów­czas spóź­niona o wiele lat pro­le­ta­riacka re­wo­lu­cja, którą za­po­wia­dał w Niem­czech Marks. „Całe Niemcy mu­szą być na­sze – czyli so­wiec­kie, ko­mu­ni­styczne” – stwier­dził w 1946 roku Sta­lin[23]. Z tym za­my­słem łą­czyły się jed­nak dwa po­ważne pro­blemy.

Pierw­szy wy­ni­kał z bru­tal­nego po­stę­po­wa­nia Ar­mii Czer­wo­nej w oku­po­wa­nych wschod­nich Niem­czech. So­wiec­kie woj­ska nie tylko do­ko­ny­wały wy­własz­czeń i ścią­gały wy­so­kie re­pa­ra­cje, lecz rów­nież do­pusz­czały się ma­so­wych gwał­tów – ich ofiarą pa­dło w la­tach 1945–1947 około dwóch mi­lio­nów nie­miec­kich ko­biet[24]. Wsku­tek tego Ro­sja­nie zra­zili do sie­bie nie­mal wszyst­kich Niem­ców, co do­pro­wa­dziło do sy­tu­acji, która miała się utrzy­mać całą zimną wojnę – re­żi­mowi za­in­sta­lo­wa­nemu przez Sta­lina na Wscho­dzie bra­ko­wało le­gi­ty­mi­za­cji, którą jego od­po­wied­nik na Za­cho­dzie wkrótce miał zy­skać.

Drugi pro­blem wią­zał się z so­jusz­ni­kami. Uni­la­te­ra­lizm dzia­łań so­wiec­kich w Niem­czech i Eu­ro­pie Wschod­niej spo­wo­do­wał, że Bry­tyj­czycy i Ame­ry­ka­nie nie­uf­nie pod­cho­dzili do współ­pracy z Mo­skwą w ra­mach oku­pa­cji po­zo­sta­łej czę­ści Nie­miec. W związku z tym ko­rzy­stali z każ­dej moż­li­wo­ści kon­so­li­da­cji wła­snych stref, wraz z fran­cu­ską, go­towi za­ak­cep­to­wać po­dział kraju. Cho­dziło im o za­cho­wa­nie jak naj­więk­szej czę­ści Nie­miec pod rzą­dami za­chod­nimi i unik­nię­cie ry­zyka, że kraj do­sta­nie się w ca­ło­ści pod kon­trolę So­wie­tów. Po­nie­waż więk­szość Niem­ców co­raz le­piej zda­wała so­bie sprawę z tego, co ozna­cza­łyby rządy Sta­lina, z ocią­ga­niem po­parli oni bry­tyj­sko-ame­ry­kań­skie plany.

To, co wy­da­rzyło się w Niem­czech i Eu­ro­pie Wschod­niej, sta­no­wiło z ko­lei dla Sta­nów Zjed­no­czo­nych ar­gu­ment prze­ciwko wspól­nej ame­ry­kań­sko-so­wiec­kiej oku­pa­cji Ja­po­nii. Zwią­zek Ra­dziecki nie wy­po­wie­dział temu kra­jowi wojny po ataku na Pe­arl Har­bor, przy czym so­jusz­nicy nie ocze­ki­wali tego w sy­tu­acji, gdy na przed­mie­ściach Mo­skwy stała nie­miecka ar­mia. Sta­lin obie­cał jed­nak wziąć udział w woj­nie na Pa­cy­fiku trzy mie­siące po ka­pi­tu­la­cji Nie­miec, w za­mian za co Ro­ose­velt i Chur­chill zgo­dzili się prze­ka­zać pod kon­trolę So­wie­tów na­le­żące do Ja­po­nii Wy­spy Ku­ryl­skie, a po­nadto zwró­cić im po­łu­dniową część Sa­cha­linu oraz te­reny i bazy ma­ry­narki w Man­dżu­rii – wszystko to Ro­sja utra­ciła w wy­niku po­rażki w woj­nie ro­syj­sko-ja­poń­skiej w la­tach 1904–1905.

W Wa­szyng­to­nie i Lon­dy­nie po­wszech­nie uwa­żano, że po­moc Ar­mii Czer­wo­nej, a szcze­gól­nie jej in­wa­zja na oku­po­waną przez Ja­poń­czy­ków Man­dżu­rię, zna­cząco przy­spie­szy zwy­cię­stwo. Było to jed­nak przed tym, jak Stany Zjed­no­czone w lipcu 1945 roku prze­pro­wa­dziły po­myślny test pierw­szej bomby ato­mo­wej. Gdy stało się ja­sne, że Ame­ry­ka­nie dys­po­nują taką bro­nią, za­po­trze­bo­wa­nie na so­wiecką po­moc mi­li­tarną znik­nęło[25]. Nowa ad­mi­ni­stra­cja Tru­mana do­sko­nale pa­mię­tała o wcze­śniej­szych jed­no­stron­nych dzia­ła­niach So­wie­tów w Eu­ro­pie i nie chciała do­pu­ścić do po­wtórki w Azji Pół­nocno-Wschod­niej. W tych oko­licz­no­ściach Ame­ry­ka­nie po­parli po­dej­ście Sta­lina, który prze­kła­dał prze­laną na woj­nie krew na póź­niej­sze wpływy. Skoro to na nich spo­czął w więk­szo­ści cię­żar walk na Pa­cy­fiku, za­mie­rzali sami oku­po­wać kraj, który tę wojnę roz­po­czął.

Bomba atomowa

Tym­cza­sem do wza­jem­nej nie­uf­no­ści So­wie­tów i Ame­ry­ka­nów przy­czy­niała się sama bomba. Stany Zjed­no­czone i Wielka Bry­ta­nia opra­co­wy­wały tę broń w ta­jem­nicy, aby użyć jej prze­ciwko Niem­com, lecz ci ska­pi­tu­lo­wali, nim prace zo­stały ukoń­czone. Pro­gram Man­hat­tan nie był jed­nak utaj­niony na tyle do­brze, aby so­wiecki wy­wiad nie mógł ze­brać o nim in­for­ma­cji za po­śred­nic­twem szpie­gów – So­wieci pod­jęli co naj­mniej trzy udane próby prze­nik­nię­cia za­bez­pie­czeń Los Ala­mos, gdzie kon­stru­owano bombę[26]. To, że Sta­lin na­ka­zał za­kro­joną na wielką skalę ope­ra­cję szpie­go­wa­nia so­jusz­ni­ków w trak­cie wspól­nie to­czo­nej wojny, jest ko­lej­nym do­wo­dem na jego brak za­ufa­nia do nich. Trzeba jed­nak przy­znać, że Bry­tyj­czycy i Ame­ry­ka­nie nie zde­cy­do­wali się po­in­for­mo­wać go o bom­bie do chwili, gdy prze­pro­wa­dzono pierw­szy udany test na pu­styni w No­wym Mek­syku.

So­wiecki przy­wódca nie oka­zał więc wiel­kiego za­sko­cze­nia, gdy Tru­man prze­ka­zał mu tę wia­do­mość na kon­fe­ren­cji pocz­dam­skiej. Wie­dział o bom­bie na długo przed no­wym pre­zy­den­tem Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Jed­nak gdy trzy ty­go­dnie póź­niej Wa­szyng­ton zde­cy­do­wał się użyć tej broni prze­ciwko Ja­po­nii, Sta­lin za­re­ago­wał ostro. Test na pu­styni był jedną rze­czą, za­sto­so­wa­nie broni w wa­run­kach rze­czy­wi­stych czymś zu­peł­nie in­nym. „Wojna to bar­ba­rzyń­stwo, ale uży­cie bomby A to wy­jąt­kowe bar­ba­rzyń­stwo” – oświad­czył, do­wie­dziaw­szy się, jak znisz­czono Hi­ro­szimę. Do­ko­nany przez Ame­ry­ka­nów prze­łom był ko­lej­nym wy­zwa­niem dla jego teo­rii, że ilość prze­la­nej krwi po­winna się prze­kła­dać na osią­gane wpływy – Stany Zjed­no­czone zdo­były na­gle siłę mi­li­tarną, która nie wy­ma­gała roz­miesz­cze­nia ar­mii na polu bi­twy. Obec­nie w ta­kim sa­mym stop­niu li­czyły się wie­dza oraz opra­co­wy­wana dzięki niej tech­nika woj­skowa. „Hi­ro­szima wstrzą­snęła świa­tem – po­wie­dział Sta­lin swoim na­ukow­com, uru­cha­mia­jąc in­ten­sywny so­wiecki pro­gram ma­jący na celu nad­ro­bie­nie za­le­gło­ści. – Rów­no­waga zo­stała na­ru­szona […]. Tak nie może być”[27].

Zda­niem Sta­lina bomba skró­ciła wojnę, unie­moż­li­wia­jąc tym sa­mym Ro­sja­nom ode­gra­nie istot­niej­szej roli w po­ko­na­niu i oku­pa­cji Ja­po­nii; uwa­żał ją też za śro­dek, za po­mocą któ­rego Stany Zjed­no­czone będą pró­bo­wały zmu­sić Zwią­zek Ra­dziecki do póź­niej­szych ustępstw. „Ato­mowy szan­taż to nowa po­li­tyka ame­ry­kań­ska”[28]. Było w tym nieco prawdy. Tru­man użył bomby przede wszyst­kim po to, by za­koń­czyć wojnę, lecz pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych i jego do­radcy rze­czy­wi­ście spo­dzie­wali się, że nowa broń skłoni ZSRR do przy­ję­cia bar­dziej po­jed­naw­czej po­stawy. Nie opra­co­wali jed­nak stra­te­gii po­zwa­la­ją­cej osią­gnąć ten cel, a Sta­lin szybko ob­my­ślił plan ma­jący im to unie­moż­li­wić. Choćby po to, by po­ka­zać, że nie da się za­stra­szyć, for­so­wał so­wiec­kie in­te­resy z jesz­cze więk­szą siłą. „Jest oczy­wi­ste – po­wie­dział głów­nym do­rad­com pod ko­niec 1945 roku – że […] nie osią­gniemy ni­czego zna­czą­cego, je­żeli ule­gniemy w ob­li­czu gróźb lub oka­żemy nie­pew­ność”[29].

Zimna wojna wy­ro­sła z wojny świa­to­wej, co tłu­ma­czy, dla­czego nowy kon­flikt za­ry­so­wał się tak szybko po za­koń­cze­niu sta­rego. Ry­wa­li­za­cja już od dawna była wśród mo­carstw co naj­mniej tak samo po­wszechna jak ich przy­mie­rza. Przy­bysz z in­nej pla­nety, gdyby był tego świa­dom, mógłby za­pewne do­kład­nie prze­wi­dzieć dal­szy ciąg wy­da­rzeń. Teo­re­ty­kowi sto­sun­ków mię­dzy­na­ro­do­wych uda­łoby się to z pew­no­ścią. In­te­re­su­ją­cym py­ta­niem jest, dla­czego przy­wódcy z cza­sów wojny byli za­sko­czeni, a wręcz za­alar­mo­wani roz­pa­dem wiel­kiej ko­ali­cji. Jak naj­bar­dziej szcze­rze li­czyli na inny ob­rót spraw, w prze­ciw­nym ra­zie bo­wiem nie usi­ło­wa­liby, gdy jesz­cze to­czyły się walki, uzgad­niać pla­nów na czas, kiedy się za­koń­czą. Ich na­dzieje były po­dobne, lecz wi­zje się róż­niły.

Mó­wiąc naj­pro­ściej, Ro­ose­velt i Chur­chill wy­obra­żali so­bie po­wo­jenny po­rzą­dek, który gwa­ran­to­wałby rów­no­wagę sił, a przy tym po­sza­no­wa­nie pew­nych za­sad. Cho­dziło o to, by za­po­biec no­wym kon­flik­tom zbroj­nym, uni­ka­jąc błę­dów, które do­pro­wa­dziły do dru­giej wojny świa­to­wej: mieli za­miar za­pew­nić współ­pracę mię­dzy mo­car­stwami, do­pro­wa­dzić do od­ro­dze­nia się Ligi Wil­sona w po­staci no­wej or­ga­ni­za­cji zbio­ro­wego bez­pie­czeń­stwa: Na­ro­dów Zjed­no­czo­nych, oraz dzia­łać na rzecz jak naj­da­lej po­su­nię­tego sa­mo­sta­no­wie­nia po­li­tycz­nego i in­te­gra­cji go­spo­dar­czej po­szcze­gól­nych kra­jów, co wy­eli­mi­no­wa­łoby z cza­sem przy­czyny wo­jen, tak jak je oni poj­mo­wali. Wi­zja Sta­lina była krań­cowo różna: po­wo­jenny układ miał za­pew­nić bez­pie­czeń­stwo jemu sa­memu i jego kra­jowi, pod­sy­ca­jąc za­ra­zem ry­wa­li­za­cję mię­dzy ka­pi­ta­li­stami, co mia­łoby, w jego opi­nii, wy­wo­łać ko­lejną wojnę. Z ko­lei ka­pi­ta­li­styczne bra­to­bój­stwo za­gwa­ran­to­wa­łoby w końcu So­wie­tom wła­dzę nad całą Eu­ropą. Pierw­sza wi­zja była wie­lo­stronna i za­kła­dała moż­li­wość wy­stę­po­wa­nia da­ją­cych się po­go­dzić in­te­re­sów, na­wet przy nie­da­ją­cych się po­go­dzić ustro­jach. Druga za­kła­dała coś zu­peł­nie in­nego.

V

Po­li­to­lo­dzy chęt­nie po­słu­gują się po­ję­ciem dy­le­matu bez­pie­czeń­stwa – do­ty­czy ono sy­tu­acji, kiedy pewne pań­stwo po­dej­muje dzia­ła­nia, by zwięk­szyć swoje bez­pie­czeń­stwo, lecz po­gar­sza tym sa­mym bez­pie­czeń­stwo jed­nego lub więk­szej liczby in­nych państw, te z ko­lei usi­łują na­pra­wić sy­tu­ację, wpro­wa­dza­jąc środki, które po­gar­szają bez­pie­czeń­stwo pań­stwa pierw­szego. Pro­wa­dzi to do roz­krę­ca­nia się spi­rali nie­uf­no­ści, z któ­rej trudno jest się wy­rwać na­wet naj­bar­dziej da­le­ko­wzrocz­nym i po­sia­da­ją­cym naj­lep­sze in­ten­cje przy­wód­com – ich po­dej­rze­nia stają się sa­mo­speł­nia­jącą się prze­po­wied­nią[30]. Jako że sto­sunki Bry­tyj­czy­ków i Ame­ry­ka­nów ze Związ­kiem Ra­dziec­kim za­częły się roz­wi­jać we­dług tego sche­matu na długo przed za­koń­cze­niem dru­giej wojny świa­to­wej, trudno jest do­kład­nie umiej­sco­wić w cza­sie po­czą­tek zim­nej wojny. Nie do­szło do ataku z za­sko­cze­nia, wy­po­wie­dze­nia wojny czy na­wet ze­rwa­nia sto­sun­ków dy­plo­ma­tycz­nych. Na szczy­tach wła­dzy w Wa­szyng­to­nie, Lon­dy­nie i Mo­skwie ro­sło jed­nak po­czu­cie za­gro­że­nia wy­wo­łane wy­sił­kami sprzy­mie­rzeń­ców z cza­sów wojny na rzecz za­pew­nie­nia so­bie bez­pie­czeń­stwa po jej za­koń­cze­niu. Po po­ko­na­niu wro­gów dawni so­jusz­nicy mieli co­raz mniej po­wo­dów, by skry­wać swoje obawy. Każdy ko­lejny kry­zys na­pę­dzał na­stępny, co spo­wo­do­wało, że po­dział Eu­ropy stał się rze­czy­wi­sto­ścią.

Iran, Turcja, region Morza Śródziemnego i powstrzymywanie Rosji

Po uzy­ska­niu ustępstw te­ry­to­rial­nych w Eu­ro­pie Wschod­niej i Azji Pół­nocno-Wschod­niej naj­waż­niej­szym po­wo­jen­nym ce­lem Sta­lina było umoc­nie­nie nie­wy­star­cza­jąco, jego zda­niem, za­bez­pie­czo­nych ru­bieży po­łu­dnio­wych. Miał on po­noć wy­ra­zić sa­tys­fak­cję w związku z mapą przed­sta­wia­jącą nowe gra­nice Związku Ra­dziec­kiego, wska­zu­jąc jed­nak z nie­za­do­wo­le­niem na Kau­kaz: „Na­sza gra­nica tu­taj mi się nie po­doba!”[31]. Skut­kiem były trzy ini­cja­tywy: Sta­lin od­wlekł w cza­sie wy­co­fa­nie so­wiec­kich wojsk z pół­noc­nego Iranu, gdzie sta­cjo­no­wały od 1942 roku w ra­mach bry­tyj­sko-so­wiec­kiego układu za­bez­pie­cza­ją­cego złoża naf­towe w tym kraju przed do­sta­niem się w ręce nie­miec­kie. Poza tym za­żą­dał ustępstw te­ry­to­rial­nych od Tur­cji, a także do­stępu do baz, które da­łyby Związ­kowi Ra­dziec­kiemu efek­tywną kon­trolę nad tu­rec­kimi cie­śni­nami. Do­ma­gał się wresz­cie udziału w za­rzą­dza­niu by­łymi wło­skimi ko­lo­niami w Afryce Pół­noc­nej, z na­dzieją na zdo­by­cie jed­nej lub kilku do­dat­ko­wych baz ma­ry­narki wo­jen­nej we wschod­nim re­gio­nie Mo­rza Śród­ziem­nego.

Bar­dzo szybko stało się ja­sne, że Sta­lin po­su­nął się za da­leko. „Nie zgo­dzą się na to” – ostrze­gał usłużny za­zwy­czaj mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych Mo­ło­tow, od­no­sząc się do cie­śnin. „Na­ci­skaj na wspólny za­rząd! – od­burk­nął zde­ner­wo­wany gen­sek. – Żą­daj tego!”[32]. Mo­ło­tow zro­bił, jak mu ka­zano, ale nic nie osią­gnął. Tru­man i At­tlee ka­te­go­rycz­nie od­rzu­cili so­wiec­kie żą­da­nia do­ty­czące ko­rekt gra­nic kosz­tem Tur­cji oraz tu­rec­kich i śród­ziem­no­mor­skich baz ma­ry­narki. Za­sko­czyli rów­nież Sta­lina, pod­no­sząc kwe­stię prze­dłu­ża­ją­cej się so­wiec­kiej oku­pa­cji pół­noc­nego Iranu na fo­rum Rady Bez­pie­czeń­stwa ONZ na po­czątku 1946 roku – była to pierw­sza zna­cząca próba wy­ko­rzy­sta­nia no­wej świa­to­wej or­ga­ni­za­cji w celu za­ra­dze­nia mię­dzy­na­ro­do­wemu kry­zy­sowi. Kilka mie­sięcy póź­niej, zda­jąc so­bie sprawę, że jego siły woj­skowe są prze­cią­żone, a jego am­bi­cje zo­stały zde­ma­sko­wane, Sta­lin na­ka­zał dys­kretne wy­co­fa­nie wojsk z Iranu. Tru­man zdą­żył już jed­nak wzmoc­nić wła­sną po­zy­cję, roz­lo­ko­wu­jąc ame­ry­kań­ską Szó­stą Flotę na czas nie­okre­ślony we wschod­niej czę­ści Mo­rza Śród­ziem­nego. Był to wy­raźny sy­gnał, że Sta­lin wy­czer­pał li­mit ustępstw, któ­rych mógł się spo­dzie­wać w za­mian za współ­pracę pod­czas wojny[33].

Usztyw­nie­nie sta­no­wi­ska Wa­szyng­tonu zbie­gło się w cza­sie z po­szu­ki­wa­niem wy­ja­śnień za­cho­wa­nia So­wie­tów: dla­czego wielka ko­ali­cja się roz­pa­dła? Czego jesz­cze chce Sta­lin? Naj­traf­niej­szej od­po­wie­dzi udzie­lił Geo­rge F. Ken­nan, sza­no­wany, lecz wciąż nie­wy­soko po­sta­wiony urzęd­nik służby dy­plo­ma­tycz­nej de­le­go­wany do ame­ry­kań­skiej am­ba­sady w Mo­skwie. Dwu­dzie­stego dru­giego lu­tego 1946 roku Ken­nan od­po­wie­dział na naj­now­sze z dłu­giej se­rii za­py­tań De­par­ta­mentu Stanu, prze­sy­ła­jąc po­spiesz­nie zre­da­go­wany, li­czący osiem ty­sięcy słów te­le­gram – jak sam póź­niej przy­znał, był to „skan­da­liczny spo­sób wy­ko­rzy­sta­nia te­le­grafu”. Stwier­dze­nie, że jego wia­do­mość od­biła się echem w Wa­szyng­to­nie, by­łoby eu­fe­mi­zmem. „Długi te­le­gram” Ken­nana po­zo­stał pod­stawą stra­te­gii Sta­nów Zjed­no­czo­nych wo­bec Związku Ra­dziec­kiego przez całą resztę zim­nej wojny[34].

Ken­nan twier­dził, że nie­prze­jed­na­nie Mo­skwy nie wy­nika z żad­nych po­su­nięć Za­chodu, lecz sta­nowi od­bi­cie we­wnętrz­nych uwa­run­ko­wań sta­li­now­skiego re­żimu i żadne ru­chy Za­chodu w da­ją­cej się prze­wi­dzieć przy­szło­ści tego nie zmie­nią. Przy­wódcy so­wieccy mu­szą trak­to­wać świat ze­wnętrzny jak wroga, po­nie­waż sta­nowi to je­dyne uspra­wie­dli­wie­nie „dyk­ta­tury, bez któ­rej nie po­tra­fią rzą­dzić, okru­cieństw, od któ­rych nie mają od­wagi się po­wstrzy­mać, i po­świę­ceń, któ­rych czują się zmu­szeni wy­ma­gać”. Na­iwne jest ocze­ki­wa­nie, że ustęp­stwa zo­staną od­wza­jem­nione, gdyż stra­te­gia Związku Ra­dziec­kiego nie zmieni się, do­póki nie po­nie­sie on wy­star­cza­jąco wielu po­ra­żek, aby przy­szły przy­wódca na Kremlu uznał – Ken­nan nie ży­wił więk­szych na­dziei, że Sta­lin kie­dy­kol­wiek to do­strzeże – iż po­stę­po­wa­nie jego kraju nie służy so­wiec­kim in­te­re­som. Aby osią­gnąć ten re­zul­tat, nie bę­dzie po­trzebna wojna. Po­trzebne bę­dzie – jak Ken­nan ujął to w opu­bli­ko­wa­nej rok póź­niej wer­sji swo­jego wy­wodu – „dłu­go­ter­mi­nowe i cier­pliwe, lecz za­ra­zem twarde i czujne po­wstrzy­my­wa­nie eks­pan­sjo­ni­stycz­nych ten­den­cji Ro­sji”[35].

Ken­nan nie mógł wów­czas wie­dzieć, że jed­nym z naj­uważ­niej­szych czy­tel­ni­ków jego te­le­gramu był sam Sta­lin. So­wiecki wy­wiad szybko uzy­skał do­stęp do „dłu­giego te­le­gramu” – nie było to trudne, skoro do­ku­ment, choć utaj­niony, znaj­do­wał się w sze­ro­kim obiegu[36]. Nie chcąc po­zo­stać z tyłu, Sta­lin na­ka­zał swo­jemu am­ba­sa­do­rowi w Wa­szyng­to­nie Ni­ko­ła­jowi No­wi­ko­wowi spo­rzą­dze­nie wła­snego „te­le­gramu”, który zo­stał prze­słany do Mo­skwy 27 wrze­śnia 1946 roku. „Po­li­tyka za­gra­niczna Sta­nów Zjed­no­czo­nych – pi­sał No­wi­kow – od­zwier­cie­dla im­pe­ria­li­styczne ten­den­cje ame­ry­kań­skiego mo­no­po­li­stycz­nego ka­pi­ta­li­zmu [i] ce­chuje ją […] dą­że­nie do świa­to­wej do­mi­na­cji”. Am­ba­sa­dor twier­dził, że Stany Zjed­no­czone ko­lo­sal­nie zwięk­szyły wy­datki na cele woj­skowe, za­kła­da­jąc bazy da­leko poza swo­imi gra­ni­cami, oraz za­warły z Wielką Bry­ta­nią układ o po­dziale świata na strefy wpły­wów. Bry­tyj­sko-ame­ry­kań­ska współ­praca jest jed­nak „pełna we­wnętrz­nych sprzecz­no­ści i z pew­no­ścią nie bę­dzie trwała […]. Jest bar­dzo moż­liwe, że Bli­ski Wschód sta­nie się ogni­skiem kon­fliktu mię­dzy Bry­tyj­czy­kami a Ame­ry­ka­nami, który zni­we­czy umowy za­wie­rane obec­nie przez Stany Zjed­no­czone i An­glię”[37].

Ana­liza No­wi­kowa, któ­rej au­to­rem w rze­czy­wi­sto­ści był Mo­ło­tow[38], od­zwier­cie­dlała po­glądy Sta­lina, co mo­gło tłu­ma­czyć spo­kojną pew­ność sie­bie, z jaką władca Kremla przyj­mo­wał mia­no­wa­nego nie­dawno se­kre­ta­rza stanu w ad­mi­ni­stra­cji Tru­mana Geo­rge’a C. Mar­shalla pod­czas spo­tka­nia ame­ry­kań­skich, bry­tyj­skich, fran­cu­skich i so­wiec­kich mi­ni­strów spraw za­gra­nicz­nych w Mo­skwie w kwiet­niu 1947 roku. Sta­lin od lat miał na­wyk szki­co­wa­nia w no­tat­niku czer­wo­nym ołów­kiem wil­czych łbów pod­czas przyj­mo­wa­nia waż­nych go­ści; nie prze­ry­wa­jąc ry­so­wa­nia, za­pew­nił Mar­shalla, że nie­moż­ność po­ro­zu­mie­nia się co do przy­szło­ści po­wo­jen­nej Eu­ropy nie jest pro­ble­mem – nie ma po­śpie­chu. Mar­shall – spo­kojny, la­ko­niczny, lecz by­stry były ge­ne­rał, który był głów­nym twórcą ame­ry­kań­skiej stra­te­gii woj­sko­wej pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej – nie miał co do tego pew­no­ści. „Przez całą drogę do Wa­szyng­tonu – wspo­mi­nał póź­niej jego współ­pra­cow­nik – mó­wił o ko­niecz­no­ści wyj­ścia z ini­cja­tywą, która za­po­bie­gnie cał­ko­wi­temu roz­pa­dowi Eu­ropy Za­chod­niej”[39].

Doktryna Trumana i plan Marshalla

Gdyby Sta­lin rów­nie uważ­nie czy­tał spra­woz­da­nia wy­wiadu do­ty­czące kon­fe­ren­cji mi­ni­strów spraw za­gra­nicz­nych jak te na te­mat bomby ato­mo­wej i „dłu­giego te­le­gramu” Ken­nana, może zdo­łałby prze­wi­dzieć dal­szy prze­bieg zda­rzeń. Mar­shall spę­dził w Mo­skwie wiele go­dzin wraz z bry­tyj­skim i fran­cu­skim mi­ni­strem spraw za­gra­nicz­nych – po­mi­ja­jąc bez­owocne spo­tka­nia z Mo­ło­to­wem – na roz­mo­wach o po­trze­bie współ­pracy przy od­bu­do­wie Eu­ropy. W po­miesz­cze­niach, gdzie to­czyły się roz­mowy, bez wąt­pie­nia za­in­sta­lo­wano pod­słu­chy. Ide­olo­gia nie po­zwo­liła jed­nak Sta­li­nowi po­waż­nie po­trak­to­wać wy­chwy­co­nych in­for­ma­cji. Czyż Le­nin nie wy­ka­zał, że ka­pi­ta­li­ści nie są zdolni do dłu­go­trwa­łej współ­pracy? Czyż „te­le­gram” No­wi­kowa tego nie po­twier­dził? Władca Kremla miał po­wody, by po­zo­stać pew­nym sie­bie.

Nie były to jed­nak po­wody słuszne. Tru­man ogło­sił już wcze­śniej (12 marca 1947 roku) pro­gram po­mocy woj­sko­wej oraz go­spo­dar­czej dla Gre­cji i Tur­cji w związku z nie­spo­dzie­wa­nym, wcze­śniej­szym o do­kład­nie dwa ty­go­dnie ko­mu­ni­ka­tem bry­tyj­skiego rządu o za­koń­cze­niu fi­nan­so­wego wspie­ra­nia tych kra­jów. Pro­gram był za­kro­jony na nie­zwy­kle sze­roką skalę. Jak po­wie­dział Tru­man: „po­li­tyką Sta­nów Zjed­no­czo­nych musi być po­par­cie dla wol­nych na­ro­dów, które opie­rają się pró­bom zdo­mi­no­wa­nia przez uzbro­jone mniej­szo­ści lub siły ze­wnętrzne. […]. Mu­simy po­móc wol­nym na­ro­dom w sa­mo­dziel­nym kształ­to­wa­niu wła­snego losu”[40]. Sta­lin nie zwró­cił więk­szej uwagi na mowę Tru­mana, choć tam­tej wio­sny zna­lazł czas, aby do­ma­gać się prze­re­da­go­wa­nia opu­bli­ko­wa­nej wła­śnie hi­sto­rii fi­lo­zo­fii w celu mniej­szego wy­eks­po­no­wa­nia osią­gnięć my­śli­cieli Za­chodu[41].

Pod­czas gdy Sta­lin zaj­mo­wał się tą kwe­stią, Mar­shall – idąc w ślady Tru­mana – opra­co­wy­wał stra­te­gię pro­wa­dze­nia zim­nej wojny. W „dłu­gim te­le­gra­mie” Ken­nan zi­den­ty­fi­ko­wał pro­blem: wy­ni­ka­jącą z we­wnętrz­nych uwa­run­ko­wań wro­gość Związku Ra­dziec­kiego w sto­sunku do świata ze­wnętrz­nego. Nie su­ge­ro­wał jed­nak żad­nego roz­wią­za­nia. Te­raz Mar­shall za­le­cił Ken­na­nowi przed­sta­wie­nie jego pro­po­zy­cji; je­dy­nym za­strze­że­niem było, aby „uni­kał su­ge­stii try­wial­nych”[42]. Trzeba przy­znać, że po­le­ce­nie zo­stało wy­peł­nione. Ogło­szony przez Mar­shalla w czerwcu 1947 roku Eu­ro­pej­ski Pro­gram Od­bu­dowy zo­bo­wią­zy­wał Stany Zjed­no­czone do ni mniej, ni wię­cej tylko od­bu­dowy Eu­ropy. Plan Mar­shalla, jak go na­tych­miast ochrzczono, nie wpro­wa­dzał co prawda po­działu kon­ty­nentu na czę­ści znaj­du­jące się pod rzą­dami So­wie­tów i te, które były poza ich kon­trolą, lecz idea le­żąca u jego pod­staw z pew­no­ścią go uwzględ­niała.

Plan Mar­shalla ba­zo­wał na kilku pod­sta­wo­wych prze­słan­kach: to nie per­spek­tywa so­wiec­kiej in­ter­wen­cji woj­sko­wej jest naj­więk­szym za­gro­że­niem dla za­chod­nich in­te­re­sów w Eu­ro­pie, lecz ry­zyko, że głód, ubó­stwo i de­spe­ra­cja skło­nią Eu­ro­pej­czy­ków do gło­so­wa­nia w wy­bo­rach na wła­snych ko­mu­ni­stów, któ­rzy będą na­stęp­nie po­słusz­nie wy­ko­ny­wać po­le­ce­nia Mo­skwy; ame­ry­kań­ska po­moc go­spo­dar­cza od razu za­owo­cuje ko­rzy­ściami psy­cho­lo­gicz­nymi, a póź­niej ma­te­rial­nymi, które tę ten­den­cję od­wrócą; Zwią­zek Ra­dziecki nie za­ak­cep­tuje ta­kiej po­mocy i nie po­zwoli na to rów­nież swoim sa­te­li­tom, przez co na­razi swoje sto­sunki z nimi na szwank; wów­czas Stany Zjed­no­czone będą mo­gły prze­jąć ini­cja­tywę geo­po­li­tyczną i mo­ralną w ry­su­ją­cej się na ho­ry­zon­cie zim­nej woj­nie.

Sta­lin wpadł w za­sta­wioną przez Mar­shalla pu­łapkę, która po­le­gała na spo­wo­do­wa­niu, aby to on zbu­do­wał mur dzie­lący Eu­ropę. Za­sko­czony pro­po­zy­cją Mar­shalla wy­słał do Pa­ryża liczną de­le­ga­cję w celu prze­dys­ku­to­wa­nia udziału So­wie­tów w pla­nie, a na­stęp­nie ją od­wo­łał, po­zwa­la­jąc kra­jom wschod­nio­eu­ro­pej­skim, w tym Pol­sce, po­zo­stać na miej­scu, po czym za­ka­zał im – w szcze­gól­nie dra­ma­tyczny spo­sób Cze­chom, któ­rych przy­wód­ców ścią­gnięto do Mo­skwy – przyj­mo­wa­nia ta­kiej po­mocy[43]. Była to nie­ty­powa nie­kon­se­kwen­cja w dzia­ła­niu za­zwy­czaj pew­nego sie­bie krem­low­skiego dyk­ta­tora, su­ge­ru­jąca, że stra­te­gia po­wstrzy­my­wa­nia eks­pan­sji ko­mu­ni­zmu, którą za­kła­dał plan Mar­shalla, za­częła krzy­żo­wać jego plany. Dal­sze ulep­sza­nie tek­stów o fi­lo­zo­fii mu­siało po­cze­kać.

Czechosłowacja, Jugosławia i blokada Berlina

Ken­nan traf­nie prze­wi­dział re­ak­cję Sta­lina na plan Mar­shalla: so­wiecki dyk­ta­tor umoc­nił swoje wpływy tam, gdzie było to moż­liwe. We wrze­śniu 1947 roku ogło­sił utwo­rze­nie Ko­min­formu, no­wej wer­sji przed­wo­jen­nego Ko­min­ternu, któ­rego za­da­niem było sta­nie na straży or­to­dok­sji w mię­dzy­na­ro­do­wym ru­chu ko­mu­ni­stycz­nym. „Nie bądź­cie tacy ważni – upo­mniał wy­ra­ża­ją­cego wąt­pli­wo­ści Po­laka An­driej Żda­now, rzecz­nik Sta­lina w no­wej or­ga­ni­za­cji. – My w Mo­skwie le­piej wiemy, jak sto­so­wać mark­sizm-le­ni­nizm”[44]. Zna­cze­nie tych słów stało się ja­sne w lu­tym 1948 roku, gdy Sta­lin za­apro­bo­wał opra­co­wany przez cze­cho­sło­wac­kich ko­mu­ni­stów plan prze­ję­cia wła­dzy w je­dy­nym na­dal de­mo­kra­tycz­nie rzą­dzo­nym pań­stwie Eu­ropy Wschod­niej. Wkrótce po za­ma­chu stanu na dzie­dzińcu pra­skiego zamku zna­le­ziono zwłoki mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych Jana Ma­sa­ryka – syna To­maša Ma­sa­ryka, jed­nego z twór­ców Cze­cho­sło­wa­cji po pierw­szej woj­nie świa­to­wej. Ni­gdy nie usta­lono, czy sko­czył z okna, czy ktoś go wy­pchnął[45]. Nie czy­niło to jed­nak róż­nicy: per­spek­tywa ja­kiej­kol­wiek nie­pod­le­gło­ści w ob­rę­bie strefy wpły­wów Sta­lina zda­wała się od­cho­dzić w prze­szłość wraz z Ma­sa­ry­kiem.

Nie wszy­scy ko­mu­ni­ści chcieli jed­nak po­zo­stać w tej stre­fie. Od za­koń­cze­nia dru­giej wojny świa­to­wej Ju­go­sła­wia była jed­nym z naj­wier­niej­szych so­jusz­ni­ków Związku Ra­dziec­kiego, a jej przy­wódca Jo­sip Broz Tito do­szedł do wła­dzy wła­snymi si­łami. To on i jego par­ty­zanci, a nie Ar­mia Czer­wona, wy­gnali Niem­ców ze swo­jego kraju; w prze­ci­wień­stwie do przy­wód­ców z Eu­ropy Wschod­niej Tito nie po­trze­bo­wał po­par­cia Sta­lina, by po­zo­stać u wła­dzy. Ob­ru­szał się też na próby zmu­sze­nia go do prze­strze­ga­nia or­to­dok­syj­nej li­nii Ko­min­formu, a pod ko­niec czerwca 1948 roku otwar­cie ze­rwał z Mo­skwą. Sta­lin uda­wał obo­jęt­ność. „Skinę tylko ma­łym pal­cem i Tity już nie bę­dzie” – stwier­dził[46]. Wstrząs w Związku Ra­dziec­kim i mię­dzy­na­ro­do­wym ru­chu ko­mu­ni­stycz­nym po pierw­szym ak­cie nie­sub­or­dy­na­cji ko­mu­ni­sty wo­bec Kremla nie przy­po­mi­nał by­naj­mniej ski­nię­cia pal­cem, nie­mniej Tito oca­lał, a wkrótce za­czął otrzy­my­wać po­moc go­spo­dar­czą ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Ju­go­sło­wiań­ski dyk­ta­tor może i był „su­kin­sy­nem”, jak to okre­ślił w 1949 roku nowy ame­ry­kań­ski se­kre­tarz stanu Dean Ache­son, ale był te­raz „na­szym su­kin­sy­nem”[47].

Tym­cza­sem Sta­lin po­rwał się na jesz­cze mniej obie­cu­jące przed­się­wzię­cie: blo­kadę Ber­lina. Po­wody, dla któ­rych to uczy­nił, do dziś są nie­ja­sne. Być może miał na­dzieję zmu­sić Ame­ry­ka­nów, Bry­tyj­czy­ków i Fran­cu­zów do opusz­cze­nia ich sek­to­rów w po­dzie­lo­nym mie­ście, wy­ko­rzy­stu­jąc za­leż­ność tych sek­to­rów od li­nii za­opa­trze­nio­wych prze­bie­ga­ją­cych przez so­wiecką strefę oku­pa­cyjną. Moż­liwe, że jego ce­lem było opóź­nie­nie ich dzia­łań na rzecz kon­so­li­da­cji wła­snych stref oku­pa­cyj­nych, mo­gą­cych z du­żym praw­do­po­do­bień­stwem dać po­czą­tek sil­nemu za­chod­nio­nie­miec­kiemu pań­stwu, w któ­rym Mo­skwa nie mia­łaby już żad­nych wpły­wów. Nie­za­leż­nie od jej ce­lów blo­kada Sta­lina spa­liła na pa­newce po­dob­nie jak jego próba zdy­scy­pli­no­wa­nia Tity. Za­chodni so­jusz­nicy za­im­pro­wi­zo­wali most po­wietrzny do ob­lę­żo­nego mia­sta, zy­sku­jąc tym spo­so­bem wielką wdzięcz­ność ber­liń­czy­ków, sza­cu­nek więk­szo­ści Niem­ców oraz ogól­no­świa­towy triumf pro­pa­gan­dowy, na tle któ­rego Sta­lin ja­wił się jako przy­wódca bru­talny i nie­kom­pe­tentny. „Dra­nie – od­no­to­wał, jak gdyby tłu­ma­cząc się, sta­rze­jący się dyk­ta­tor na opi­su­ją­cej wy­da­rze­nia de­pe­szy dy­plo­ma­tycz­nej. – To stek kłamstw […]. To nie blo­kada, ale śro­dek obronny”[48].

Może i był to śro­dek obronny, lecz agre­sywny cha­rak­ter tej i po­zo­sta­łych re­ak­cji Sta­lina na plan Mar­shalla do­pro­wa­dził do za­ostrze­nia, nie zaś zła­go­dze­nia pro­ble­mów Związku Ra­dziec­kiego w za­kre­sie bez­pie­czeń­stwa. Za­mach w Cze­cho­sło­wa­cji skło­nił Kon­gres Sta­nów Zjed­no­czo­nych – jesz­cze przed za­twier­dze­niem Tru­ma­now­skiego pro­gramu od­bu­dowy Eu­ropy – do szyb­kiego prze­gło­so­wa­nia od­po­wied­nich ustaw. Wy­da­rze­nia w Pra­dze wraz z blo­kadą Ber­lina prze­ko­nały eu­ro­pej­skich od­bior­ców ame­ry­kań­skiej po­mocy go­spo­dar­czej, że po­trze­bują rów­nież ochrony mi­li­tar­nej. W związku z tym za­żą­dali stwo­rze­nia Or­ga­ni­za­cji Paktu Pół­noc­no­atlan­tyc­kiego. Tym sa­mym Stany Zjed­no­czone po raz pierw­szy w hi­sto­rii zo­bo­wią­zały się do za­pew­nie­nia Eu­ro­pie Za­chod­niej obrony w cza­sach po­koju. Za­nim Sta­lin z ocią­ga­niem zniósł blo­kadę Ber­lina w maju 1949 roku, w Wa­szyng­to­nie zo­stał pa­ra­fo­wany trak­tat pół­noc­no­atlan­tycki, a w Bonn ogło­szono po­wsta­nie Re­pu­bliki Fe­de­ral­nej Nie­miec – była to ko­lejna rzecz, któ­rej dyk­ta­tor chciał unik­nąć. He­re­zja Tity po­zo­stała bez kary, co sta­no­wiło przy­kład, że rów­nież ko­mu­ni­ści mogą stop­niowo unie­za­leż­nić się od Mo­skwy. Wbrew prze­wi­dy­wa­niom Sta­lina, który kar­mił się ide­olo­gicz­nymi złu­dze­niami, nie po­ja­wiły się też żadne oznaki nie­zgody mię­dzy ka­pi­ta­li­stami ani kon­fliktu mię­dzy Wielką Bry­ta­nią a Sta­nami Zjed­no­czo­nymi. Jego stra­te­gia opa­no­wa­nia Eu­ropy po woj­nie le­gła w gru­zach, a wi­nić za to mógł przede wszyst­kim sie­bie.

VI

Przy­naj­mniej tak pre­zen­tuje się to z per­spek­tywy czasu. Wów­czas bo­wiem sprawy wy­glą­dały ina­czej. W la­tach 1949–1950 Za­chód po­niósł wiele po­zor­nych po­ra­żek, lecz żadna nie była aż tak po­ważna, aby od­wró­cić pro­ces, dzięki któ­remu Stany Zjed­no­czone i ich so­jusz­nicy prze­jęli ini­cja­tywę w Eu­ro­pie, czyli na naj­waż­niej­szej are­nie zma­gań. Nie mo­gli jed­nak tego wie­dzieć ów­cze­śni ob­ser­wa­to­rzy wy­da­rzeń, z punktu wi­dze­nia któ­rych triumfy Za­chodu w Eu­ro­pie zo­stały przy­ćmione przez nie­ocze­ki­wane roz­prze­strze­nia­nie się zim­nej wojny – nie­mal rów­no­cze­śnie – na kilka in­nych fron­tów, gdzie wi­doki na przy­szłość ry­so­wały się nie­po­myśl­nie.

Pierw­szym z tych fron­tów była tech­nika woj­skowa. We­dług Ame­ry­ka­nów ich mo­no­pol na bombę ato­mową miał prze­trwać sześć–osiem lat, wo­bec czego ogromna prze­waga Ar­mii Czer­wo­nej w Eu­ro­pie pod wzglę­dem sił kon­wen­cjo­nal­nych nad­mier­nie ich nie mar­twiła. „Póki je­ste­śmy zdolni pro­du­ko­wać wię­cej niż reszta świata, nad­zo­ro­wać mo­rza i za­ata­ko­wać na lą­dzie, uży­wa­jąc bomby ato­mo­wej – mó­wił pod ko­niec 1947 roku se­kre­tarz obrony Ja­mes For­re­stal – mo­żemy po­dej­mo­wać ry­zyko, które w prze­ciw­nym ra­zie by­łoby nie do przy­ję­cia”[49]. Zgod­nie z klu­czową prze­słanką planu Mar­shalla Stany Zjed­no­czone mo­gły bez obaw skon­cen­tro­wać się na od­bu­do­wie go­spo­dar­czej Eu­ropy, od­kła­da­jąc w cza­sie więk­sze na­kłady na zbro­je­nia, które mia­łyby im po­zwo­lić zrów­nać się z So­wie­tami. Pod­czas gdy Ame­ry­ka­nie przy­wra­cali do ży­cia i uspo­ka­jali Eu­ro­pej­czy­ków, Ro­sjan miała od­stra­szać broń nu­kle­arna.

Jed­nak 29 sierp­nia 1949 roku Zwią­zek Ra­dziecki wy­pro­du­ko­wał wła­sną bombę. Wy­niki prze­pro­wa­dzo­nego na pu­styni w Ka­zach­sta­nie uda­nego te­stu nie zo­stały ogło­szone pu­blicz­nie, lecz już po kilku dniach ame­ry­kań­skie sa­mo­loty zwia­dow­cze, które we­szły do służby nie­wiele wcze­śniej, wy­kryły ra­dio­ak­tywny opad – jed­no­znaczny sy­gnał, że na te­ry­to­rium Związku Ra­dziec­kiego miała miej­sce eks­plo­zja ato­mowa. Tru­man był za­sko­czony, że na­stą­piło to tak szybko; po­nie­waż oba­wiał się, że w ra­zie próby za­tu­szo­wa­nia tej kwe­stii mo­głoby dojść do prze­cie­ków, sam ogło­sił 23 wrze­śnia, że Zwią­zek Ra­dziecki jest w po­sia­da­niu broni ato­mo­wej. Kreml to po­twier­dził.

Ame­ry­ka­nie zna­leźli się w przy­gnę­bia­ją­cym po­ło­że­niu. Po­zba­wiona mo­no­polu ato­mo­wego ad­mi­ni­stra­cja Tru­mana mu­siała te­raz roz­wa­żyć roz­bu­dowę sił kon­wen­cjo­nal­nych, a być może na­wet trwałe roz­lo­ko­wa­nie ich czę­ści w Eu­ro­pie, czego nie prze­wi­dy­wał trak­tat pół­noc­no­atlan­tycki. Mu­siała też zle­cić bu­dowę na­stęp­nych bomb w celu za­cho­wa­nia ilo­ścio­wej i ja­ko­ścio­wej prze­wagi nad ZSRR. Po­nadto za­częto roz­wa­żać trze­cią, bar­dziej zło­wiesz­czą moż­li­wość, o któ­rej ist­nie­niu Tru­man wła­śnie się do­wie­dział od ame­ry­kań­skich na­ukow­ców: próbę bu­dowy tzw. su­per­bomby – czyli, zgod­nie z dzi­siej­szą ter­mi­no­lo­gią, bomby ter­mo­ją­dro­wej lub wo­do­ro­wej – co naj­mniej ty­siąc razy po­tęż­niej­szej od broni, która znisz­czyła Hi­ro­szimę i Na­ga­saki.

Osta­tecz­nie Tru­man za­twier­dził wszyst­kie trzy pro­gramy. Dys­kret­nie na­ka­zał przy­spie­sze­nie pro­duk­cji bomb ato­mo­wych; w chwili so­wiec­kiego te­stu Stany Zjed­no­czone miały ich w swoim ar­se­nale nie­spełna 200, a ba­da­nia Pen­ta­gonu wska­zy­wały, że nie była to liczba gwa­ran­tu­jąca po­ko­na­nie Związku Ra­dziec­kiego w ra­zie wy­bu­chu praw­dzi­wej wojny[50]. Na­stęp­nie, 31 stycz­nia 1950 roku, pre­zy­dent ogło­sił, że Stany Zjed­no­czone uru­cha­miają pro­jekt bu­dowy „su­per­bomby”. Naj­dłu­żej od­wle­kał roz­bu­dowę ame­ry­kań­skich sił kon­wen­cjo­nal­nych, głów­nie z po­wodu kosz­tów. Pro­duk­cja więk­szej liczby bomb ato­mo­wych, a na­wet wo­do­ro­wych, by­łaby tań­sza niż przy­wró­ce­nie ar­mii, ma­ry­narki i lot­nic­twa do li­czeb­no­ści choćby zbli­żo­nej do tej z cza­sów dru­giej wojny świa­to­wej. Wdra­ża­jąc plan Mar­shalla, Tru­man pod­jął wiel­kie ry­zyko: zo­bo­wią­zy­wał Stany Zjed­no­czone do in­we­sto­wa­nia nie­mal 10 pro­cent rocz­nych wy­dat­ków rzą­do­wych w od­bu­dowę Eu­ropy. Miał jed­nak na­dzieję na „dy­wi­dendę po­koju”, która po­zwoli zrów­no­wa­żyć bu­dżet fe­de­ralny po la­tach de­fi­cytu. Oczy­wi­ście na­le­żało zre­zy­gno­wać z jed­nej z trzech rze­czy: rów­no­wagi fi­skal­nej, roz­bu­dowy ar­mii lub od­bu­dowy Eu­ropy. Nie można było re­ali­zo­wać wszyst­kich tych ce­lów, zma­ga­jąc się rów­no­cze­śnie z no­wym za­gro­że­niem stwo­rzo­nym przez so­wiec­kie zdo­by­cze ato­mowe.

Dru­gie wy­da­rze­nie ozna­cza­jące roz­sze­rza­nie się zim­nej wojny miało miej­sce w Azji Wschod­niej 1 paź­dzier­nika 1949 roku: ty­dzień po ko­mu­ni­ka­cie Tru­mana do­ty­czą­cym so­wiec­kiej bomby ato­mo­wej Mao Ze­dong ogło­sił utwo­rze­nie Chiń­skiej Re­pu­bliki Lu­do­wej. Ko­niec trwa­ją­cej nie­mal ćwierć wieku wojny do­mo­wej, w któ­rej chiń­scy na­cjo­na­li­ści wal­czyli z ko­mu­ni­stami, uczczono wiel­kimi uro­czy­sto­ściami zor­ga­ni­zo­wa­nymi na pe­kiń­skim placu Tia­nan­men. Triumf Mao za­sko­czył za­równo Tru­mana, jak i Sta­lina, któ­rzy za­kła­dali, że po dru­giej woj­nie świa­to­wej Chi­nami na­dal będą rzą­dzić na­cjo­na­li­ści pod wo­dzą dłu­go­let­niego przy­wódcy Czang Kai-szeka. Ża­den z nich nie prze­wi­dy­wał, że cztery lata po ka­pi­tu­la­cji Ja­po­nii na­cjo­na­li­ści ura­tują się dzięki ucieczce na wy­spę Taj­wan, a ko­mu­ni­ści będą się szy­ko­wać do rzą­dze­nia naj­lud­niej­szym kra­jem świata.

Czy wo­bec tego Chiny miały się stać so­wiec­kim sa­te­litą? Tru­man i jego do­radcy, bę­dący pod wra­że­niem wy­da­rzeń w Ju­go­sła­wii, są­dzili ina­czej. „Mo­skwa ma przed sobą trudne za­da­nie, je­żeli za­mie­rza w pełni kon­tro­lo­wać chiń­skich ko­mu­ni­stów – kon­klu­do­wał w swo­jej ana­li­zie pod ko­niec 1948 roku De­par­ta­ment Stanu – choćby z tego po­wodu, że Mao Ze­dong po­zo­staje u wła­dzy nie­mal dzie­się­cio­krot­nie dłu­żej niż Tito”[51]. Za­równo Mao, jak i Tito od dawna cie­szyli się peł­nią przy­wódz­twa w swo­ich par­tiach ko­mu­ni­stycz­nych; oby­dwaj po­pro­wa­dzili je do zwy­cię­stwa w woj­nach do­mo­wych, które zbie­gły się w cza­sie z wojną świa­tową, i oby­dwaj osią­gnęli triumf bez po­mocy Związku Ra­dziec­kiego. Ame­ry­kań­scy urzęd­nicy pa­mię­tali o nie­spo­dzie­wa­nych ko­rzy­ściach wy­ni­ka­ją­cych z ze­rwa­nia Tity ze Sta­li­nem, po­cie­szali się więc, że „strata” Chin na rzecz ko­mu­ni­zmu nie ozna­cza „zy­sku” dla Związku Ra­dziec­kiego. Mao, jak są­dzili, mógł się jesz­cze oka­zać „azja­tyc­kim Titą”, dla­tego też ad­mi­ni­stra­cja nie zo­bo­wią­zała się do obrony Taj­wanu, mimo że do­ma­gało się tego silne, sprzy­ja­jące Czang Kai-sze­kowi „chiń­skie lobby” w ame­ry­kań­skim Kon­gre­sie. Stany Zjed­no­czone, jak ujął to se­kre­tarz stanu Ache­son, za­mie­rzały po pro­stu po­cze­kać, aż kurz opad­nie[52].

Prze­wi­dy­wa­nia te oka­zały się nie­trafne – Mao nie miał za­miaru iść w ślady Tity. Po­mimo że zbu­do­wał wła­sną par­tię bez szcze­gól­nej po­mocy Mo­skwy, nowy przy­wódca Chin, jako żar­liwy mark­si­sta-le­ni­ni­sta, był w pełni go­towy uznać zwierzch­nic­two sto­ją­cego na czele mię­dzy­na­ro­do­wego ru­chu ko­mu­ni­stycz­nego Sta­lina. W czerwcu 1949 roku oświad­czył, że nowe Chiny mu­szą się sprzy­mie­rzyć „ze Związ­kiem Ra­dziec­kim […] oraz z pro­le­ta­ria­tem i sze­ro­kimi ma­sami lu­do­wymi wszyst­kich in­nych kra­jów, two­rząc zjed­no­czony mię­dzy­na­ro­dowy front. […] Mu­simy opo­wie­dzieć się po jed­nej ze stron”[53].

Wy­bór Mao do­ty­czył przede wszyst­kim ide­olo­gii. Mark­sizm-le­ni­nizm po­zwa­lał mu po­wią­zać swoją re­wo­lu­cję z tą, którą uwa­żał za naj­więk­szy suk­ces w dzie­jach – bol­sze­wicką re­wo­lu­cją z 1917 roku. Dyk­ta­tura Sta­lina sta­no­wiła ko­lejny uży­teczny pre­ce­dens, Mao za­mie­rzał bo­wiem rzą­dzić Chi­nami w ten sam spo­sób co on. Poza tym chiń­ski przy­wódca czuł się zdra­dzony przez Ame­ry­ka­nów. Pod­czas wojny chęt­nie na­wią­zał z nimi kon­takty, lecz wnet uznał, że biorą stronę Czang Kai-szeka, skoro na­dal udzie­lają mu po­mocy woj­sko­wej i go­spo­dar­czej; Mao nie ro­zu­miał, że ad­mi­ni­stra­cja Tru­mana czy­niła to nie­chęt­nie, pod na­ci­skiem chiń­skiego lobby, jesz­cze długo po tym, jak na­brała prze­ko­na­nia, że Czang nie wy­gra. Nowy ko­mu­ni­styczny chiń­ski przy­wódca uznał, że Tru­man przy­go­to­wuje in­wa­zję na Chiny kon­ty­nen­talne, by przy­wró­cić do wła­dzy na­cjo­na­li­stów. Ame­ry­ka­nie byli za­jęci od­bu­dową Eu­ropy, nie­spo­kojni z po­wodu nie­wy­star­cza­ją­cych za­so­bów broni kon­wen­cjo­nal­nej i prze­cią­żeni obo­wiąz­kami – nie pla­no­wali więc ni­czego po­dob­nego, jed­nak obawy Mao, że mo­gliby – w po­łą­cze­niu z silną de­ter­mi­na­cją, by do­wieść, że jest praw­dzi­wym re­wo­lu­cjo­ni­stą, oraz pra­gnie­niem na­śla­do­wa­nia rzą­dów Sta­lina – wy­star­czały, by opo­wie­dział się po stro­nie so­wiec­kiej[54].

Z ko­lei w Sta­nach Zjed­no­czo­nych oświad­cze­nie o „opo­wie­dze­niu się po jed­nej ze stron” wy­wo­łało obawę, że po­mimo przy­padku Tity mię­dzy­na­ro­dowy ko­mu­nizm jest w rze­czy­wi­sto­ści mo­no­li­tycz­nym ru­chem ste­ro­wa­nym z Mo­skwy. Moż­liwe, że Sta­lin od po­czątku ty­po­wał zwy­cię­stwo chiń­skich ko­mu­ni­stów na wła­sny „drugi front” zim­nej wojny, na wy­pa­dek gdyby jego dzia­ła­nia w Eu­ro­pie nie przy­nio­sły suk­cesu. „Chiń­ski rząd jest w isto­cie na­rzę­dziem ro­syj­skiego im­pe­ria­li­zmu” – przy­znał Ache­son wkrótce po ob­ję­ciu wła­dzy przez Mao[55]