Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Koniec II wojny światowej stał się początkiem rywalizacji niedawnych sojuszników. Trwający blisko pół wieku konflikt między Wschodem a Zachodem rozgrywał się na wszystkich kontynentach. Szachujące arsenałem jądrowym mocarstwa toczyły wojny zastępcze w Korei, Wietnamie, państwach Afryki i w Afganistanie. W wielu miejscach świata zimna wojna była gorąca i gwałtowna, pochłonęła miliony ofiar. W innych ograniczała się do walki o rząd dusz, destabilizację polityczną i wywoływanie niepokojów społecznych. Czy rzeczywiście skończyła się w 1989 roku, jak wierzyliśmy jeszcze niedawno?
John Lewis Gaddis kreśli sugestywny obraz rywalizacji dwóch stron konfliktu przedzielonych żelazną kurtyną. Czytelnik znajdzie tutaj zarówno dramatyczny opis zakulisowych rozgrywek w gabinetach światowych przywódców, jak i pogłębiony obraz społeczeństw żyjących w cieniu groźby wojny atomowej. Ta książka to nie tylko fascynujący wycinek z historii drugiej połowy XX wieku, lecz także przypomnienie, że te wydarzenia mają swoje odniesienia we współczesności.
John Lewis Gaddis (ur. w 1941 r.) – historyk, pisarz i wykładowca akademicki na Uniwersytecie Yale, specjalizujący się w tematyce zimnej wojny oraz historii Rosji i Związku Radzieckiego. Wykładał również w Naval War College i na Uniwersytecie Princeton. Autor kilkunastu publikacji wyróżnionych nagrodami. Nakładem Wydawnictwa RM ukazała się też jedna z jego najsłynniejszych książek – Geniusze strategii.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 434
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Pamięci George’a F. Kennana
Co roku w poniedziałkowe i środowe popołudnia semestru zimowego prowadzę zajęcia z historii zimnej wojny dla kilkuset studentów Yale. W trakcie wykładów stale muszę sobie powtarzać, że właściwie żaden ze słuchaczy nie pamięta wydarzeń, o których mówię. Gdy wspominam o Stalinie i Trumanie, a nawet o Reaganie i Gorbaczowie, jest tak, jak gdybym mówił o Napoleonie, Juliuszu Cezarze czy Aleksandrze Macedońskim. Większość absolwentów, którzy ukończyli uczelnię w 2005 roku, miała zaledwie pięć lat, gdy runął mur berliński. Moi studenci zdają sobie sprawę, że zimna wojna w pewien sposób ich dotknęła, ponieważ opowiedziano im, jak wpłynęła na życie ich rodzin. Część tych młodych ludzi – choć z pewnością nie wszyscy – rozumie, że gdyby w kilku krytycznych chwilach tego konfliktu podjęto inne decyzje, mogliby w ogóle nie przyjść na świat. Mimo to słuchacze zapisują się na mój kurs z bardzo skromną wiedzą o początkach, przyczynach czy powodach takiego, a nie innego zakończenia zimnej wojny. Jest ona dla nich historią nieróżniącą się zbytnio od wojny peloponeskiej.
Jednak gdy moi studenci dowiadują się więcej o wielkiej rywalizacji, która położyła się cieniem na drugiej połowie poprzedniego stulecia, większość z nich jest zafascynowana, wielu jest przerażonych, a kilkoro – zazwyczaj po wykładzie o kryzysie kubańskim – wychodzi z sali roztrzęsionych. „Ojej! – wykrzykują (to wersja ocenzurowana). – Nie mieliśmy pojęcia, że tak niewiele brakowało! Niesamowite!” – dodają zawsze. Tak więc dla pierwszego pozimnowojennego pokolenia konflikt ten jest doświadczeniem zarówno odległym, jak i groźnym. Czego można się było obawiać ze strony państwa, które okazało się tak słabe, niewydarzone i nietrwałe jak Związek Radziecki – zastanawiają się młodzi ludzie, jednocześnie jednak zadając samym sobie i mnie pytanie – jak udało nam się wyjść cało z zimnej wojny?
Książka ta jest próbą odpowiedzi na te pytania, a ponadto na inne, znacznie bardziej prozaiczne. Uwadze moich studentów nie umknęło, że napisałem kilka książek o historii zimnej wojny – regularnie zadaję im jako lekturę dzieło, w którym czytelnik dociera do 1962 roku dopiero po 300 stronach. „Czy nie dałoby się zmieścić większej liczby lat w mniejszej liczbie słów?” – pytają delikatnie niektórzy. To rozsądne pytanie wydało mi się jeszcze bardziej sensowne, gdy mój dysponujący niezwykłym darem przekonywania agent Andrew Wylie zaczął mi tłumaczyć, że istnieje zapotrzebowanie na krótką, wszechstronnie opisującą temat i przystępną książkę o zimnej wojnie, taktownie sugerując tym samym, iż poprzednie tych warunków nie spełniały. Ponieważ opinie studentów i agenta są dla mnie niemal tak ważne jak zdanie mojej żony (której ta koncepcja również się spodobała), uznałem pomysł za wart uwagi.
Zimna wojna jest w związku z tym przeznaczona głównie dla młodego pokolenia czytelników, dla których opisane w niej wydarzenia nigdy nie były współczesne. Mam jednak nadzieję, że ludzie, którzy sami doświadczyli zimnej wojny, również znajdą w tej książce coś dla siebie, ponieważ, jak powiedział pewnego razu Groucho Marx: „Poza psem książka jest najlepszym przyjacielem człowieka. Wewnątrz psa jest zbyt ciemno, żeby czytać”. Podczas zimnej wojny trudno było się dowiedzieć, co się dzieje. Od jej zakończenia, gdy zaczęto otwierać archiwa sowieckie, wschodnioeuropejskie i chińskie, wiemy znacznie więcej – bogactwo informacji stało się wręcz przytłaczające. To kolejny dobry powód, aby napisać krótką książkę. Przedsięwzięcie to zmusiło mnie do poddania wszystkich nowych informacji prostemu testowi istotności, który rozsławił mój nieżyjący już kolega z Yale Robin Winks: „I co z tego?”.
Warto też nadmienić, czym ta książka nie jest. Nie jest ona dziełem oryginalnym. Historycy zimnej wojny z łatwością rozpoznają większość poruszanych przeze mnie kwestii, po części dlatego, że w dużej mierze skorzystałem z ich pracy, a po części dlatego, że powtarzam pewne rzeczy, które sam powiedziałem wcześniej. Nie usiłuje ona również doszukiwać się w zimnej wojnie korzeni późniejszych w stosunku do niej zjawisk, takich jak globalizacja, czystki etniczne, ekstremizm religijny, terroryzm czy rewolucja informacyjna. Nie wnosi też żadnego wkładu w teorię stosunków międzynarodowych – dziedzina ta ma wystarczająco dużo problemów i bez mojego udziału.
Ucieszy mnie, jeżeli zaprezentowany w tej książce ogląd zimnej wojny jako całości zaowocuje nowatorskimi ujęciami jej poszczególnych aspektów. Przede wszystkim uderza mnie przebijający z tego obrazu optymizm, który nie jest cechą powszechnie kojarzoną z zimną wojną. Jestem pewien, że świat stał się lepszy dzięki temu, iż konflikt ten potoczył się tak, a nie inaczej, oraz dzięki jego wynikowi. Obecnie nikt nie boi się nowej wojny światowej, ostatecznego triumfu dyktatorów czy perspektywy końca cywilizacji. Na początku zimnej wojny było jednak inaczej. Mimo wszystkich swoich niebezpieczeństw, okropności, kosztów, niepokojów i kompromisów moralnych zimna wojna – podobnie jak amerykańska wojna secesyjna – była rywalizacją konieczną, która rozwiązała pewne fundamentalne kwestie. Nie ma powodu, by za nią tęsknić. Biorąc jednak pod uwagę inne możliwości jej zakończenia, nie ma również potrzeby żałować, że ją prowadzono.
Zimna wojna toczyła się na różnych płaszczyznach, w różnorodny sposób, w wielu miejscach i na przestrzeni bardzo długiego czasu. Wszelkie próby zredukowania jej historii wyłącznie do roli ścierających się wielkich sił, mocarstw czy przywódców prowadziłyby do zniekształceń. Wysiłki mające na celu ujęcie jej w prosty chronologiczny wywód dałyby w wyniku papkę. Uznałem, że najlepiej będzie poświęcić każdy rozdział ważnemu tematowi; w związku z tym pokrywają się one w czasie, przemieszczając w przestrzeni. Swobodnie zmieniam plan z ogólnego na bliski, a po chwili ponownie się oddalam. Nie waham się również pisać z perspektywy w pełni uwzględniającej wynik zimnej wojny – inaczej nie umiem.
Na koniec chciałbym podziękować osobom, które zainspirowały powstanie tej książki, ułatwiły mi jej napisanie i cierpliwie na nią czekały. Należą do nich z pewnością moi studenci, których niesłabnące zainteresowanie zimną wojną podsyca mój zapał. Jestem również wdzięczny – jak z pewnością wdzięczni będą też przyszli studenci – Andrew Wyliemu za podsunięcie mi metody zmieszczenia większej liczby lat w mniejszej liczbie słów oraz za pomoc udzieloną kilku moim byłym studentom w publikacji ich prac. Scott Moyers, Stuart Proffitt, Janie Fleming, Victoria Klose, Maureen Clark, Bruce Giffords, Samantha Johnson oraz ich współpracownicy w wydawnictwie Penguin wykazywali godny podziwu spokój ducha w obliczu niedotrzymywanych terminów oraz wyjątkową sprawność w przygotowaniu do druku tej opóźniającej się książki, gdy była wreszcie gotowa. Nie powstałaby ona w ogóle bez pomocy Christiana Ostermanna oraz jego współpracowników z Cold War International History Project, których energia i staranność w gromadzeniu dokumentów z całego świata (w chwili kiedy to piszę, dotarła właśnie najnowsza ich partia z archiwów albańskich) uczyniły wszystkich historyków zimnej wojny ich dłużnikami. Chcę wreszcie podziękować Toni Dorfman, która jest najlepszą redaktorką i korektorką oraz najbardziej kochającą żoną na świecie.
Dedykacja upamiętnia jedną z największych postaci w dziejach zimnej wojny – oraz mojego długoletniego przyjaciela – której biografia będzie moim kolejnym zadaniem.
J. L. G. New Haven
W 1946 roku czterdziestotrzyletni Anglik Eric Blair wynajął na końcu świata dom, w którym zamierzał umrzeć. Dom stał na północnym skraju szkockiej wyspy Jura, u kresu gruntowej drogi. Nie dało się doń dojechać samochodem, nie było tam telefonu ani elektryczności. Najbliższy sklep – jedyny na wyspie – był oddalony o jakieś 40 kilometrów na południe. Blair miał powody, by zaszyć się w odludnym miejscu. Czuł się przygnębiony niedawną śmiercią żony i cierpiał na gruźlicę; wkrótce miał zacząć kaszleć krwią. Jego kraj uginał się pod brzemieniem kosztów wygranej wojny, która nie przyniosła bezpieczeństwa ani dobrobytu – nie dała nawet pewności, że wolność przetrwa. Europa dzieliła się na dwa wrogie obozy, a świat zdawał się za nią podążać. Jakakolwiek następna wojna oznaczałaby apokalipsę, gdyż zastosowano by w jej obliczu bomby atomowe. Poza tym Blair musiał skończyć swoją powieść.
Książkę zatytułował Rok 1984 – był to anagram roku, w którym ją ukończył. Ukazała się ona w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych w 1949 roku pod pseudonimem literackim Blaira, który brzmiał George Orwell. Recenzje, jak odnotował „New York Times”, były w olbrzymiej większości pełne uznania, lecz „aplauz zagłuszyły krzyki przerażenia”[1]. Nie było to niczym dziwnym, ponieważ Rok 1984 opisywał erę – odległą o zaledwie 35 lat – w której totalitaryzm zatriumfował na całym świecie. Stłamszono w niej indywidualność, prawo, etykę, kreatywność, język, rzetelną historiografię, a nawet miłość, z wyłączeniem, rzecz jasna, miłości, którą każdy musiał czuć do przypominającego Stalina dyktatora – Wielkiego Brata – oraz podobnych do niego władców, którzy rządzili światem ogarniętym wieczną wojną. „Jeżeli chcesz wiedzieć, jaka będzie przyszłość – słyszy bohater powieści Winston Smith podczas kolejnej sesji bezlitosnych tortur – wyobraź sobie but depczący ludzką twarz, wiecznie!”[2].
Orwell zmarł na początku 1950 roku – nie na swojej wyspie, lecz w londyńskim szpitalu – wiedząc tyle, że jego dzieło wywarło wrażenie na pierwszych czytelnikach i ich przeraziło. Późniejsi zareagowali podobnie: Rok 1984 stał się wyrazistą wizją możliwej przyszłości w erze powojennej. W miarę zbliżania się rzeczywistego roku 1984 porównania z wyimaginowanym rokiem Orwella stawały się więc nieuniknione. Świat nie był jeszcze w całości totalitarny, lecz znaczną jego częścią rządzili dyktatorzy. Niebezpieczeństwo wojny pomiędzy dwoma supermocarstwami – Stanami Zjednoczonymi i Związkiem Radzieckim – w miejsce trzech przepowiadanych przez Orwella – zdawało się największe od wielu lat. Wieczny, się wydawało, konflikt zwany „zimną wojną”, który rozpoczął się jeszcze za jego życia, nie wykazywał symptomów zbliżania się ku końcowi.
Tymczasem wieczorem 16 stycznia 1984 roku w telewizji wystąpił aktor, którego Orwell rozpoznałby z czasów, gdy sam pracował jako krytyk filmowy – tym razem już w roli prezydenta Stanów Zjednoczonych. Do tej pory Ronald Reagan uchodził za zaciekłego uczestnika zimnej wojny. Teraz przedstawiał wizję przyszłości w nietypowy dla siebie sposób:
Wyobraźmy sobie przez chwilę, że Iwan i Ania siedzą w poczekalni albo chronią się przed deszczem czy burzą wraz z Jimem oraz Sally i nie ma bariery językowej, która uniemożliwiałaby im nawiązanie znajomości. Czy roztrząsaliby różnice między swoimi rządami, czy też rozmawialiby raczej o swoich dzieciach i o tym, gdzie pracują? […] Mogliby się nawet umówić na wspólną kolację. Przede wszystkim udowodniliby, że to nie ludzie wywołują wojny[3].
Była to niespodziewanie łagodna sugestia, że ludzkie oblicze może zatriumfować nad ciężkim butem, dyktatorami oraz mechanizmami wojny. Zapoczątkowała ona – w znamiennym roku 1984 – ciąg zdarzeń, który to umożliwił. Nieco ponad rok po przemówieniu Reagana w Związku Radzieckim władzę objął człowiek, który okazał się ostatnim jego przywódcą. W ciągu sześciu lat zakończyła się władza tego kraju nad połową Europy. Po ośmiu zniknął sam Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich – państwo, które zainspirowało wielkie ponure proroctwo Orwella.
To wszystko nie stało się dlatego, że Reagan wygłosił przemówienie, ani dlatego, że Orwell napisał powieść: pozostała część niniejszej książki dowodzi, że przyczyny były bardziej złożone. Warto jednak zacząć od wizji, ponieważ budzą one nadzieje i lęki. O tym, które z nich się ziszczą, decyduje historia.
[1] Michael Shelden, Orwell: The Authorized Biography, New York 1991, s. 430. Opis ostatnich lat życia Orwella zaczerpnąłem z końcowych rozdziałów powyższej książki.
[2] George Orwell, Rok 1984, tłum. Tomasz Mirkowicz, Warszawa 1993, s. 271.
[3] Przemówienie radiowe i telewizyjne z 16 stycznia 1984 r., Public Papers of the Presidents of the United States: Ronald Reagan, 1984, Washington 1985, s. 45.
Rozdział 1
Czekaliśmy, aż wyjdą na brzeg. Widzieliśmy ich twarze. Wyglądali jak zwykli ludzie. Wyobrażaliśmy sobie coś innego. To byli przecież Amerykanie!
Lubow Kozinczenko 58. Gwardyjska Dywizja Armii Czerwonej
Nie wiedzieliśmy chyba, czego się po Rosjanach spodziewać, ale kiedy się na nich spojrzało i przyjrzało im uważniej, byli tacy sami, rozumiesz? Gdyby dać im amerykańskie mundury, mogliby być Amerykanami!
Al Aronson 69. Dywizja Piechoty Armii Stanów Zjednoczonych[1]
Tak miała się skończyć wojna: wiwatowaniem, uściskami dłoni, tańcami, pijaństwem i nadzieją. Był 25 kwietnia 1945 roku w Torgau nad Łabą we wschodnich Niemczech. Doszło właśnie do pierwszego spotkania przybywających z przeciwnych stron świata armii, które przecięły na pół nazistowskie Niemcy. Pięć dni później Adolf Hitler strzelił sobie w głowę pod gruzami Berlina. Niewiele ponad tydzień po tym zdarzeniu Niemcy bezwarunkowo skapitulowały. Przywódcy zwycięskiej Wielkiej Koalicji – Franklin D. Roosevelt, Winston Churchill i Józef Stalin – wymienili już uściski dłoni, toasty oraz wizje lepszego świata podczas dwóch konferencji przed zakończeniem wojny: w Teheranie w listopadzie 1943 roku i w Jałcie w lutym roku 1945. Te gesty nic by jednak nie znaczyły, gdyby wojska pod ich dowództwem nie były gotowe zorganizować bardziej żywiołowych obchodów tam, gdzie rzeczywiście były one ważne: na liniach frontów, skąd właśnie ustępował pokonany wróg.
Dlaczego więc armie w Torgau podchodziły do siebie ostrożnie, jak gdyby spodziewały się przybyszy z obcej planety? Dlaczego dostrzeżone podobieństwa wydawały im się tak zaskakujące – i tak kojące? Dlaczego mimo to ich dowódcy nalegali, aby odbyły się osobne ceremonie kapitulacji – jedna dla frontu zachodniego we francuskim Reims 7 maja, a druga dla frontu wschodniego w Berlinie 8 maja? Dlaczego władze sowieckie próbowały poskromić spontaniczne proamerykańskie demonstracje, które wybuchły w Moskwie po oficjalnej kapitulacji Niemiec? Dlaczego w następnym tygodniu Amerykanie raptownie wstrzymali bardzo ważne dostawy pomocy dla ZSRR wysyłane zgodnie z ustawą o pożyczce i dzierżawie (Lend-Lease Act), po czym je wznowili? Dlaczego jeden z najbliższych współpracowników Roosevelta Harry Hopkins, który odegrał decydującą rolę w budowie wielkiej koalicji w 1941 roku, sześć tygodni po śmierci swojego przełożonego musiał w pośpiechu udać się do Moskwy, aby podjąć próbę jej ratowania? Dlaczego kilka lat później Churchill zatytułował swoje pamiętniki traktujące o tych wydarzeniach Triumf i tragedia?
Odpowiedź na wszystkie te pytania brzmi w gruncie rzeczy tak samo: wojnę wygrała koalicja, której najważniejsi członkowie toczyli już ze sobą kolejny konflikt – co prawda nie zbrojny, lecz ideologiczny i geopolityczny. Niezależnie od sukcesów wielkiej koalicji wiosną 1945 roku jej triumf niezmiennie zależał od stawiania sobie dających się pogodzić celów przez niedające się pogodzić ustroje. Pech polegał na tym, że zwycięstwo zmusiło wszystkich wygranych do zanegowania tego, co ich sojusz zakładał do tej pory.
I
Gdyby w kwietniu 1945 roku nad brzegami Łaby znalazły się istoty pozaziemskie, dostrzegłyby może pewne podobieństwa między obecnymi tam armiami rosyjską i amerykańską, a także między społeczeństwami, z których te armie się wywodziły. Zarówno Stany Zjednoczone, jak i Związek Radziecki powstały w wyniku rewolucji. Obydwa kraje reprezentowały ideologie o globalnych dążeniach: ich przywódcy zakładali, że to, co sprawdza się w ojczyźnie, sprawdzi się też na całym świecie. Obydwa skolonizowały olbrzymie obszary pogranicza, zajmując pokaźne części kontynentów; Związek Radziecki był w owym czasie największym, a Stany Zjednoczone trzecim co do wielkości państwem świata. Obydwa przystąpiły też do wojny w związku z niespodziewanym atakiem: ofensywą Niemców na Związek Radziecki 22 czerwca 1941 roku oraz uderzeniem Japończyków na Pearl Harbor 7 grudnia 1941 roku, które to cztery dni później posłużyło Hitlerowi jako pretekst do wypowiedzenia Stanom Zjednoczonym wojny. Na tym jednak podobieństwa się kończyły. Różnice – co szybko wskazałby ziemski obserwator – były znacznie większe.
Rewolucja amerykańska sprzed półtora wieku wyrosła z głęboko zakorzenionej nieufności do scentralizowanej władzy. Według ojców założycieli wolność i sprawiedliwość osiąga się poprzez ograniczenie władzy rządzących. Dzięki pomysłowej konstytucji, geograficznej izolacji od potencjalnych rywali oraz wielkiemu bogactwu zasobów naturalnych Amerykanom udało się zbudować niezwykle potężne państwo; stało się to jasne podczas drugiej wojny światowej. Uczynili to jednak, bardzo silnie ograniczając wpływ rządu na życie codzienne – w zakresie zarówno rozpowszechniania idei, jak i organizacji gospodarki czy prowadzenia polityki. Mimo spuścizny niewolnictwa, niemal całkowitej eksterminacji Indian oraz utrzymującej się dyskryminacji rasowej, płciowej i społecznej w 1945 roku obywatele Stanów Zjednoczonych mogli nie bez racji twierdzić, że należą do najbardziej wolnego społeczeństwa na ziemi.
Jeśli zaś chodzi o rewolucję bolszewicką, która wybuchła zaledwie ćwierć wieku wcześniej, to scentralizowana władza została w niej użyta jako środek do pozbycia się wrogów klasowych i stworzenia podstaw rewolucji proletariackiej mającej ogarnąć cały świat. W Manifeście komunistycznym z 1848 roku Karol Marks pisał, że zapoczątkowany przez kapitalistów proces uprzemysłowienia równocześnie powiększa szeregi klasy robotniczej i napędza wyzysk robotników, których wyzwolenie się pozostaje jedynie kwestią czasu. Nie mając cierpliwości czekać na tę chwilę, Władimir Iljicz Lenin postanowił przyspieszyć bieg historii, przejmując w 1917 roku władzę w Rosji i narzucając jej marksizm, mimo że nie spełniała ona założenia Marksa, że rewolucja może nastąpić jedynie w rozwiniętym społeczeństwie przemysłowym. Stalin rozwiązał ten problem, przebudowując Rosję w taki sposób, by pasowała do ideologii marksistowsko-leninowskiej – zaczął siłą przekształcać rolniczy w zasadniczej mierze kraj z niewielkimi tradycjami wolności w silnie uprzemysłowiony i pozbawiony jakichkolwiek swobód. W wyniku tych działań pod koniec drugiej wojny światowej Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich był najbardziej autorytarnym społeczeństwem na Ziemi.
Nie tylko zwycięskie państwa skrajnie się różniły – to samo dotyczyło wojen, które stoczyły w latach 1941–1945. Stany Zjednoczone walczyły równocześnie w dwóch konfliktach – przeciwko Japonii na Pacyfiku i Niemcom w Europie – ponosząc przy tym stosunkowo niewielkie straty: na wszystkich polach bitwy poległo niespełna 300 tys. Amerykanów. Dzięki geograficznemu oddaleniu od linii frontu kraj nie padł ofiarą większych ataków, poza pierwszym – na Pearl Harbor. Wraz z brytyjskim sojusznikiem (który stracił w wojnie około 357 tys. żołnierzy) Stany Zjednoczone mogły decydować, gdzie, kiedy i w jakich okolicznościach toczyć walki, co znacznie ograniczało koszty i ryzyko związane z walką. Jednak w przeciwieństwie do brytyjskiej gospodarki ta amerykańska pod koniec wojny kwitła – wydatki wojenne spowodowały niemal podwojenie produktu krajowego brutto w ciągu niespełna czterech lat. Jeżeli można w ogóle mówić o „dobrej” wojnie, to była ona taka dla Stanów Zjednoczonych.
Związek Radziecki nie miał tyle szczęścia. Toczył tylko jedną wojnę, za to być może najgorszą w dziejach. Rosyjskie miasta, miasteczka i wsie były spustoszone, a instalacje przemysłowe zniszczone lub w pośpiechu przeniesione za Ural – dla wielu wycofujących się jednostek Armii Czerwonej jedyną możliwością oprócz kapitulacji był rozpaczliwy opór, w terenie i warunkach wybranych przez wroga. Szacunki dotyczące ofiar cywilnych i wojskowych są bardzo nieścisłe; w wyniku bezpośrednich działań wojennych zginęło prawdopodobnie około 27 mln sowieckich obywateli, czyli dziewięćdziesięciokrotnie więcej niż Amerykanów. Zwycięstwo nie mogło być ciężej okupione: w 1945 roku ZSRR był państwem zdruzgotanym, które tylko cudem przetrwało. Jak to określił współczesny komentator, wojna była „najstraszniejszym, a zarazem budzącym największą dumę doświadczeniem Rosjan”[2].
Jeżeli chodzi o kształtowanie porządku powojennego, siły zwycięzców były jednak bardziej wyrównane, niż powyższy opis mógłby sugerować. Stany Zjednoczone tradycyjnie dystansowały się wobec spraw europejskich – Roosevelt zapewnił wręcz Stalina w Teheranie, że wojska amerykańskie powrócą do ojczyzny w ciągu dwóch lat po zakończeniu wojny[3]. Biorąc pod uwagę przygnębiające doświadczenia lat trzydziestych XX wieku, nie było żadnej gwarancji, że ożywienie gospodarcze czasów wojny będzie trwało ani że demokracja się odrodzi, poza stosunkowo nielicznymi krajami, w których się utrzymała. Trudna do przełknięcia prawda była taka, że Amerykanie i Brytyjczycy nie zdołaliby pokonać Hitlera bez pomocy Stalina; oznaczało to, iż druga wojna światowa przyniosła zwycięstwo tylko nad faszyzmem – nie ukróciła autorytaryzmu i jego perspektyw na przyszłość.
Mimo że Związek Radziecki poniósł olbrzymie straty, nadal dysponował znaczącymi atutami. W związku ze swoim położeniem w Europie nie miał potrzeby wycofywać wojsk z kontynentu. Jego gospodarka nakazowa okazała się zdolna do zapewnienia ludziom pełnego zatrudnienia, podczas gdy demokratyczne państwa kapitalistyczne nie były na to gotowe nawet w latach przedwojennych. W wielu regionach Europy sowiecka ideologia cieszyła się poważaniem – szczególnie tam, gdzie komuniści stanęli na czele ruchu oporu. Wreszcie nieproporcjonalnie wielki wkład Armii Czerwonej w zwycięstwo nad hitlerowskimi Niemcami zdaniem wielu dawał ZSRR moralne prawo do istotnego, a może wręcz decydującego wpływu na kształt powojennego porządku. W 1945 roku wydawało się, że autorytarny komunizm ma co najmniej taką samą przyszłość jak demokratyczny kapitalizm.
Związek Radziecki miał jeszcze jeden atut – jako jedyny spośród zwycięskich krajów zakończył wojnę pod wypróbowanym przywództwem. Po nagłej śmierci Roosevelta 12 kwietnia 1945 roku gospodarzem Białego Domu został niedoświadczony i niedoinformowany wiceprezydent Harry S. Truman. Trzy miesiące później, po niespodziewanej porażce Churchilla w brytyjskich wyborach parlamentarnych, fotel premiera zajął przywódca Partii Pracy Clement Attlee, postać znacznie mniejszego formatu. Natomiast Związek Radziecki miał Stalina, niekwestionowanego władcę od 1929 roku, człowieka, który zmienił oblicze kraju, a następnie poprowadził go do zwycięstwa w drugiej wojnie światowej. Przebiegły, budzący respekt i pełen spokojnej determinacji dyktator Kremla wiedział, czego chce w erze powojennej. Wydawało się, że Truman i Attlee oraz narody pod ich przywództwem tego nie wiedzą.
II
Czego zatem chciał Stalin? Należy tu zacząć od niego, ponieważ tylko on spośród trzech powojennych przywódców, będąc u władzy, miał czas przemyśleć i uszeregować swoje priorytety. W momencie zakończenia wojny władca Związku Radzieckiego miał 65 lat; był wyczerpany fizycznie, otoczony pochlebcami i samotny. Mimo to zarządzał silną, przerażająco wręcz potężną ręką. Jego wąs, przebarwione zęby, ospowata twarz i żółte oczy – jak wspomina amerykański dyplomata – „nadawały mu wygląd starego, pokiereszowanego tygrysa […]. Nieświadomy gość nigdy by się nie domyślił, że za niepozorną fasadą kryją się niewiarygodne wyrachowanie, ambicja, żądza władzy, zazdrość, okrucieństwo i pełna przebiegłości mściwość”[4]. Stalin wyeliminował wszystkich rywali już dawno, dzięki serii czystek w latach trzydziestych. Podwładni wiedzieli, że uniesienie brwi lub skinienie palcem może decydować o życiu lub śmierci. Mimo uderzająco niskiego wzrostu (miał zaledwie 163 centymetry) ten starszy mężczyzna z brzuszkiem był kolosem na czele kolosalnego państwa.
Powojennymi celami Stalina były: bezpieczeństwo jego osoby, jego reżimu, jego kraju oraz jego ideologii – w takim właśnie porządku. Chodziło mu o pewność, że jego rządom nie zagrożą już żadne siły wewnętrzne, a krajowi – żadne niebezpieczeństwo z zewnątrz. Interesy komunistów w innych częściach świata, choćby i najbardziej godne wsparcia, nigdy nie przeważyłyby nad wytyczonymi przez niego priorytetami dotyczącymi sowieckiego państwa. Stalin był uosobieniem narcyzmu, paranoi i władzy absolutnej[5]; bano się go potwornie, zarówno w Związku Radzieckim, jak i w międzynarodowym ruchu komunistycznym, lecz jednocześnie otaczano go nabożną czcią.
Sowiecki przywódca był zdania, że o podziale łupów powinny decydować przede wszystkim nakłady wojenne: przelana krew i wydane pieniądze. Zgodnie z tym Związek Radziecki musiałby ich otrzymać bardzo wiele[6]. Miał nie tylko odzyskać ziemie utracone na rzecz Niemiec podczas drugiej wojny światowej, lecz także zatrzymać terytoria nabyte wskutek oportunistycznego, a przy tym krótkowzrocznego paktu o nieagresji zawartego przez Stalina z Hitlerem w sierpniu 1939 roku: część Finlandii, Polski i Rumunii oraz wszystkie kraje bałtyckie. Miał się domagać, aby kraje znajdujące się za przesuniętymi granicami pozostały w strefie wpływów Moskwy, a ponadto żądać ustępstw terytorialnych od Iranu i Turcji (w tym kontroli nad tureckimi cieśninami) oraz baz marynarki w regionie Morza Śródziemnego. Wreszcie miał ukarać pokonane i zrujnowane Niemcy wojskową okupacją, wywłaszczeniami, reparacjami oraz ideologiczną transformacją.
Stalin stał jednak przed trudnym dylematem. Być może nieproporcjonalnie wielkie w porównaniu z USA i Wielką Brytanią straty wojenne dawały Związkowi Radzieckiemu tytuł do nieproporcjonalnie wielkich zysków po wojnie, lecz odebrały mu również potęgę niezbędną, by sobie te korzyści zapewnić. ZSRR potrzebował teraz pokoju, pomocy gospodarczej oraz przychylności ze strony byłych sojuszników. Nie miał więc wyboru: musiał zabiegać o współpracę Amerykanów i Brytyjczyków – podobnie jak oni potrzebowali wcześniej Stalina, by pokonać Hitlera, Stalin był teraz uzależniony od brytyjskiej i amerykańskiej życzliwości, jeśli miał osiągnąć swoje powojenne cele na drodze dyplomacji i rozsądnym kosztem. Nie chciał więc wojny – ani gorącej, ani zimnej[7]. Inną kwestią było jednak to, czy miał się okazać wystarczająco zręczny, by uniknąć innego rozwoju wypadków.
Oceniając swoich wojennych sojuszników oraz ich powojenne cele, Stalin bazował w większym stopniu na wyobrażeniach niż na racjonalnej analizie priorytetów Waszyngtonu i Londynu. Widać tu wpływ ideologii marksizmu-leninizmu, który był źródłem jego złudzeń. Najważniejszą spośród tych iluzji była wiara (przejęta od Lenina), że kapitaliści nigdy nie będą zdolni współpracować ze sobą na dłuższą metę. Ich wrodzona chciwość – niepowstrzymany pęd do przedkładania zysków nad politykę – prędzej czy później weźmie górę, więc komuniści muszą jedynie cierpliwie czekać, aż ich przeciwnicy sami się zniszczą. „Sojusz między nami a demokratyczną frakcją kapitalistów udało się zawrzeć, ponieważ zapobiegnięcie dominacji Hitlera było w ich interesie – skomentował Stalin pod koniec wojny. – W przyszłości zmierzymy się również z tą frakcją kapitalistów”[8].
Przedstawiona koncepcja kryzysu kapitalizmu nie była całkowicie niedorzeczna. Ostatecznie pierwsza wojna światowa była konfliktem między państwami kapitalistycznymi. To ten konflikt umożliwił powstanie pierwszego komunistycznego państwa na świecie. Podczas wielkiego kryzysu w latach trzydziestych pozostałe państwa kapitalistyczne, zamiast współpracować w celu ratowania gospodarki światowej czy utrwalenia powojennego ładu, starały się ocalić wyłącznie same siebie. Jednym ze skutków było powstanie nazistowskich Niemiec. Stalin wierzył, że po zakończeniu drugiej wojny światowej kryzys gospodarczy powróci i wówczas to kraje kapitalistyczne będą potrzebowały Związku Radzieckiego, a nie na odwrót. Wobec tego zakładał z pewnością, że Stany Zjednoczone pożyczą ZSRR miliardy dolarów potrzebne na odbudowę, ponieważ w przeciwnym razie, podczas nadchodzącego światowego krachu, ZSRR nie stanie się rynkiem zbytu dla amerykańskich produktów[9].
Poza tym Stalin był przekonany, że drugie kapitalistyczne supermocarstwo, Wielka Brytania, z której słabości wciąż nie zdawał sobie sprawy, wskutek rywalizacji gospodarczej prędzej czy później zerwie sojusz z Amerykanami. „Wojny między krajami kapitalistycznymi pozostają nieuniknione” – twierdził uparcie jeszcze w 1952 roku[10]. Tak więc z punktu widzenia Stalina bieg historii miał w przyszłości wynagrodzić katastrofę, jaką dla Związku Radzieckiego stanowiła druga wojna światowa. Bezpośrednia konfrontacja z Amerykanami i Brytyjczykami nie była niezbędna do osiągnięcia jego celów. Zamierzał po prostu czekać, aż państwa kapitalistyczne zaczną się spierać, a zdegustowani Europejczycy sami padną w objęcia komunizmu.
Celem Stalina nie było zatem przywrócenie w Europie równowagi sił, lecz całkowita dominacja nad kontynentem, do jakiej dążył Hitler. Zachowało się jego nostalgiczne, wiele mówiące wyznanie z 1947 roku: „Gdyby Churchill otworzył drugi front na północy Francji rok później, Armia Czerwona by tam dotarła […]. Rozważaliśmy wkroczenie do Paryża”[11]. W przeciwieństwie do Hitlera Stalin nie kierował się jednak ustalonym harmonogramem. Z zadowoleniem przyjął lądowanie aliantów w Normandii, mimo że oznaczało ono, iż w najbliższym czasie Armia Czerwona nie będzie miała okazji zająć Europy Zachodniej; najważniejsze było pokonanie Niemiec. Nie rezygnował też z dyplomacji jako środka do celu, również dlatego, że liczył – co najmniej przez pewien czas – na współpracę Amerykanów w jego osiągnięciu. Czyż Roosevelt nie dał do zrozumienia, że Stany Zjednoczone nie będą się starać o własną strefę wpływów w Europie? Stalin miał więc wielką wizję: osiągniętej pokojowo, lecz podyktowanej determinizmem historycznym władzy nad Europą. Wizja ta miała jednak pewien mankament: nie uwzględniała krystalizujących się powojennych celów Stanów Zjednoczonych.
III
Czego pragnęli po wojnie Amerykanie? Bez wątpienia również bezpieczeństwa, lecz w przeciwieństwie do Stalina nie byli pewni, co należy zrobić, by je osiągnąć. Wiązało się to z dylematem, który postawiła przed nimi druga wojna światowa: Stany Zjednoczone nie mogły nadal stanowić wzoru dla reszty świata, jednocześnie dystansując się wobec niej.
Amerykanie usiłowali podążać tą drogą przez większą część swojej historii. Ponieważ od wszelkich państw, które mogłyby wyrządzić im szkodę, dzieliły ich oceany, nie musieli zbytnio martwić się o bezpieczeństwo. Już sama niezależność od Wielkiej Brytanii wynikała, jak celnie ujął to Thomas Paine w 1776 roku, z nieprawdopodobieństwa sytuacji, w której „kontynent [miałby] być stale rządzony przez wyspę”[12]. Mimo swojej przewagi na morzu Brytyjczycy nigdy nie byli gotowi wysłać odpowiednio wielkich sił wojskowych pięć tysięcy kilometrów przez Atlantyk, aby utrzymać Amerykanów w obrębie imperium lub powstrzymać ich przed zdominowaniem Ameryki Północnej. Jeszcze mniejsze było prawdopodobieństwo, że uda się to innym państwom europejskim, gdyż kolejne rządy w Londynie doszły do tego samego wniosku co Amerykanie: czas zakończyć kolonizację zachodniej półkuli. W związku z tym Stany Zjednoczone znalazły się w luksusowej sytuacji: posiadały olbrzymią strefę wpływów, nie ryzykując przy tym, że naruszą interesy jakiegokolwiek innego mocarstwa.
Amerykanie pragnęli rozpowszechniać swoje idee na całym świecie – Deklaracja Niepodległości zawierała wszak radykalne stwierdzenie, że wszyscy ludzie są równi. Przez pierwsze 140 lat niepodległości nie podjęli jednak wysiłków, by zamienić słowa w czyny. Stany Zjednoczone miały stanowić przykład, a decyzja o tym, jak i w jakich okolicznościach pójść za nim, należała do reszty świata. „Ameryka życzy wszystkim wolności i niepodległości” – oświadczył w 1821 roku sekretarz stanu John Quincy Adams – lecz „broni i strzeże jedynie własnej”[13]. Tak więc pomimo ideologii uwzględniającej także inne narody Amerykanie praktykowali izolacjonizm – nie doszli jeszcze do wniosku, że własne bezpieczeństwo wymaga upowszechnienia wyznawanych zasad. Polityki zagraniczna oraz wojskowa Stanów Zjednoczonych były znacznie mniej ambitne, niż można by oczekiwać po tak wielkim i silnym państwie.
Dopiero po wybuchu pierwszej wojny światowej sytuacja ta uległa zmianie. Zaniepokojony możliwością pokonania Wielkiej Brytanii i Francji przez cesarskie Niemcy Woodrow Wilson przekonał rodaków, że do przywrócenia równowagi sił w Europie niezbędna jest amerykańska potęga wojskowa – jednak nawet on uzasadniał ten geopolityczny cel argumentami ideologicznymi. Świat, jak twierdził, należało uczynić „bezpiecznym dla demokracji”[14]. Jako podstawę pokojowego porządku Wilson zaproponował Ligę Narodów, która miała narzucać państwom coś na kształt prawa, które państwa – przynajmniej te oświecone – narzucały jednostkom. Miał nadzieję, że położy to kres zasadzie mówiącej, iż rację ma silniejszy.
Zarówno ta wizja, jak i równowaga, którą dzięki niej przywrócono, wyprzedziły jednak swój czas. Zwycięstwo w pierwszej wojnie światowej nie uczyniło Stanów Zjednoczonych światowym mocarstwem; w oczach większości Amerykanów potwierdziło wręcz, że nadmierne zaangażowanie w konflikty zbrojne jest szkodliwe. Plany Wilsona dotyczące utworzenia po wojnie organizacji zbiorowego bezpieczeństwa były, zdaniem jego rodaków, za daleko posunięte. Rozczarowanie sojusznikami, wraz z nieprzemyślaną i niezdecydowaną interwencją Wilsona przeciwko bolszewikom na Syberii i północy Rosji w latach 1918–1920, odebrało radość ze zwycięstwa. Warunki zewnętrzne sprzyjały powrotowi do izolacjonizmu: uważany przez niektóre narody za niesprawiedliwy traktat wersalski, nadejście światowego kryzysu, a następnie pojawienie się w Europie i Azji Wschodniej agresywnych państw przekonały Amerykanów, że najrozsądniej jest unikać angażowania się w sprawy międzynarodowe. Nastąpiło zjawisko rzadko spotykane: mocarstwo wycofywało się ze swoich zagranicznych zobowiązań.
Po przeprowadzeniu się w 1933 roku do Białego Domu Franklin D. Roosevelt działał wytrwale (choć nieraz okrężną drogą) na rzecz zwiększenia udziału Stanów Zjednoczonych w polityce światowej. Nie było to łatwe. „Czuję się, jak gdybym po omacku szukał drzwi w litej ścianie”[15] – stwierdził. Nawet po wybuchu wojny chińsko-japońskiej w 1937 roku i drugiej wojny światowej w Europie w roku 1939 Roosevelt nie odniósł szczególnego sukcesu w swoich próbach przekonania narodu, iż Wilson miał rację: wydarzenia w innej części świata mogą zachwiać bezpieczeństwem w ich kraju. Dopiero po wstrząsających wypadkach z lat 1940–1941 – upadku Francji, Bitwie o Anglię, wreszcie japońskim ataku na Pearl Harbor – Amerykanie ponownie zaangażowali się w zadanie przywrócenia równowagi sił poza półkulą zachodnią. „Uczymy się na błędach z przeszłości. Tym razem będziemy wiedzieć, jak w pełni wykorzystać zwycięstwo”[16] – zapowiedział prezydent w 1942 roku.
Podczas wojny Roosevelt kierował się czterema podstawowymi priorytetami. Pierwszym było utrzymanie sojuszników – przede wszystkim Wielkiej Brytanii, Związku Radzieckiego oraz (z mniejszym powodzeniem) rządzonych przez nacjonalistów Chin – gdyż była to jedyna droga do zwycięstwa: Stany Zjednoczone nie mogły walczyć z Niemcami i Japonią w pojedynkę. Drugim było zapewnienie sobie współpracy ze sprzymierzeńcami przy kształtowaniu powojennego porządku, ponieważ w przeciwnym razie szanse na trwały pokój byłyby minimalne. Trzeci priorytet dotyczył charakteru tego porządku. Roosevelt liczył, że sojusznicy zdecydują się na rozwiązanie, które wyeliminuje najbardziej prawdopodobne przyczyny przyszłych wojen. Chodziło o nową organizację zbiorowego bezpieczeństwa, która miałaby pełnomocnictwo do powstrzymywania agresorów i w razie potrzeby karania ich, a także o uzdrowienie światowego systemu gospodarczego oraz wyposażenie go w mechanizmy chroniące przed nowym globalnym kryzysem. Wreszcie porządek ten musiałby być możliwy do zaakceptowania przez amerykańskie społeczeństwo. Roosevelt był zdecydowany nie powtarzać błędu Wilsona, który przedstawił Amerykanom zbyt daleko idące rozwiązania. Po drugiej wojnie światowej nie było więc już powrotu do izolacjonizmu, jednak Stany Zjednoczone nie zamierzały – podobnie jak Związek Radziecki – zaakceptować kształtu świata, który przypominał ten sprzed wojny.
Należy jeszcze powiedzieć coś o celach Wielkiej Brytanii. Winston Churchill określił je w dosyć prosty sposób: przetrwanie za wszelką cenę, nawet gdyby oznaczało to zrzeczenie się na rzecz Waszyngtonu przywództwa w brytyjsko-amerykańskiej koalicji, osłabienie brytyjskiego imperium, a nawet współpracę ze Związkiem Radzieckim, który Churchill, będąc młodszym, bezpośrednio po bolszewickiej rewolucji, miał nadzieję zmiażdżyć[17]. Brytyjczycy mieli się starać wywierać na Amerykanów jak największy wpływ – aspirowali do roli Greków będących mentorami nowych Rzymian – lecz w żadnym razie nie zamierzali wchodzić z nimi w konflikt. Oczekiwania Stalina, który wyobrażał sobie niezależną Wielką Brytanię, zdolną sprzeciwić się Stanom Zjednoczonym, a nawet walczyć z nimi, bardzo zaskoczyłyby ludzi, którzy w rzeczywistości tworzyli wojenną i powojenną strategię tego kraju.
IV
Biorąc pod uwagę powyższe priorytety, jakie były widoki na powojenny układ, który umożliwiłby zachowanie wielkiej koalicji? Roosevelt, Churchill i Stalin z pewnością mieli na to nadzieję – nikt nie pragnął nowych wrogów natychmiast po pokonaniu starych. Jednak ich koalicja od samego początku była zarówno środkiem do pokonania Osi, jak i narzędziem, które miało pomóc każdemu ze zwycięzców w osiągnięciu jak największych wpływów w powojennym świecie. Nie mogło być inaczej – pomimo publicznych oświadczeń wielkiej trójki, że polityka ulega zawieszeniu na czas wojny, żaden z jej członków nie wierzył w tę zasadę ani nie zamierzał jej stosować. W rzeczywistości – podczas kontaktów i konferencji, które zazwyczaj odbywały się bez udziału obserwatorów – starali się godzić rozbieżne cele polityczne, równocześnie kontynuując współpracę militarną. W dużej mierze ponieśli przy tym porażkę, w której należy się dopatrywać początków zimnej wojny. Najważniejszymi omawianymi kwestiami były:
Drugi front i pokój separatystyczny
Oprócz klęski Brytyjczycy i Amerykanie najbardziej obawiali się ponownego układu między Związkiem Radzieckim a nazistowskimi Niemcami, jak w 1939 roku. W takich okolicznościach znaczna część Europy pozostałaby pod rządami autorytarnymi, dlatego też Roosevelt i Churchill przywiązywali wielką wagę do dalszego udziału ZSRR w wojnie. Wiązało się to z dostarczaniem tam wszelkiej możliwej pomocy w postaci żywności, odzieży oraz broni, nawet rozpaczliwymi metodami i wielkim kosztem – wysyłanie konwojów do Murmańska i Archangielska oraz chronienie ich przed niemieckimi łodziami podwodnymi nie było łatwe do wykonania. Oznaczało również niesprzeciwianie się żądaniom Stalina dotyczącym zwrotu utraconych terytoriów, mimo że niektóre z nich – kraje bałtyckie, wschodnia Polska oraz część Finlandii i Rumunii – dostały się w ręce Sowietów w wyniku paktu z Hitlerem. Wreszcie zapobieganie pokojowi separatystycznemu oznaczało utworzenie drugiego frontu w Europie tak szybko, jak tylko było to możliwe z wojskowego punktu widzenia, choć w Londynie i Waszyngtonie uważano, że trzeba odłożyć tę decyzję do czasu, gdy prawdopodobne stanie się odniesienie sukcesu możliwym do przyjęcia kosztem.
W tej sytuacji drugi front – a dokładniej: drugie fronty – materializował się powoli, wywołując tym samym gniew u nękanych przez wroga Rosjan, którzy nie mogli sobie pozwolić na ograniczanie strat w ludziach. Do pierwszych działań doszło w okupowanej przez reżim Vichy Afryce Północnej, gdzie siły amerykańskie i brytyjskie wylądowały w listopadzie 1942 roku; z kolei w lecie 1943 roku nastąpiła inwazja na Sycylię i południowe Włochy. Dopiero jednak po lądowaniu w Normandii w czerwcu 1944 roku brytyjskie i amerykańskie działania militarne zaczęły wyraźniej odciążać Armię Czerwoną, która zdążyła odwrócić bieg zdarzeń na froncie wschodnim i wypierała już Niemców z obszarów przez nich okupowanych. Stalin pogratulował sojusznikom udanego desantu; miał jednak podejrzenia, że opóźnienie było celowe i miało przerzucić jak największy ciężar walk na ZSRR[18]. Jak stwierdził później pewien sowiecki analityk, plan Stanów Zjednoczonych polegał na wzięciu udziału „dopiero w ostatniej chwili, gdy będą mogły z łatwością wywrzeć wpływ na wynik wojny i w pełni zabezpieczyć swoje interesy”[19].
Znaczenie polityczne drugich frontów co najmniej dorównywało militarnemu – dzięki nim Amerykanie i Brytyjczycy mieli wraz ze Związkiem Radzieckim uczestniczyć w kapitulacji i okupacji Niemiec oraz ich krajów satelickich. We wrześniu 1943 roku, gdy skapitulowały Włochy, brytyjskie i amerykańskie dowództwo wojskowe nie dopuściło Rosjan do udziału w tych procedurach – przede wszystkim ze względów praktycznych. Stalin wykorzystał to jako pretekst do posunięcia, na które zapewne i tak by się zdecydował: chodzi tu o odmówienie Amerykanom oraz Brytyjczykom znaczącej roli w okupacji Rumunii, Bułgarii i Węgier po wejściu Armii Czerwonej na ich terytoria w latach 1944–1945.
Stalin i Churchill uzgodnili bez większych trudności w październiku 1944 roku, że Związek Radziecki uzyska w tych krajach przeważające wpływy w zamian za uznanie brytyjskich wpływów w Grecji. Sytuacja była jednak bardziej złożona, niż się na pozór wydawało. Roosevelt zaprotestował, bo nie uzgodniono z nim porozumienia między Stalinem a Churchillem, a gdy z kolei Brytyjczycy i Amerykanie rozpoczęli negocjacje w sprawie kapitulacji niemieckich wojsk w północnych Włoszech wiosną 1945 roku, Stalin niemal wpadł w panikę; ostrzegł wówczas swoich dowódców, że może zostać zawarty układ, zgodnie z którym Niemcy zakończą walkę na Zachodzie, kontynuując opór na Wschodzie[20]. Ujawnił tym samym swoje głębokie obawy dotyczące pokoju separatystycznego. To, że sądził, iż sojusznicy mogliby zawrzeć taki pokój na tak późnym etapie wojny, dowodziło, w jak niewielkim stopniu uspokoiło go utworzenie drugich frontów i jak mało ufał innym.
Strefy wpływów
Podział Europy na strefy wpływów wynikający z umowy między Churchillem a Stalinem nie pozostawiał Europejczykom wielu możliwości decydowania o własnych przyszłych losach, co niepokoiło Roosevelta. Choć z jego punktu widzenia usprawiedliwieniem dla wojny było zachowanie równowagi sił, Amerykanom przedstawił ją podobnie, jak uczyniłby to Wilson – jako walkę o samostanowienie. Churchill zgodził się z tym stanowiskiem w 1941 roku, podpisując Kartę atlantycką – zbiór Wilsonowskich zasad sformułowanych ponownie przez Roosevelta. Wobec tego podstawowym celem Brytyjczyków i Amerykanów stało się pogodzenie tych ideałów z roszczeniami terytorialnymi Stalina oraz jego żądaniami dotyczącymi stref wpływu gwarantujących obecność przyjaznych państw za powojennymi granicami Związku Radzieckiego. Roosevelt i Churchill wielokrotnie naciskali na Stalina, by pozwolił na wolne wybory w krajach bałtyckich, Polsce i pozostałych państwach Europy Wschodniej. Zgodził się on na to podczas konferencji jałtańskiej, nie mając jednak najmniejszego zamiaru dotrzymać obietnic. „Nie ma się co martwić – uspokoił ministra spraw zagranicznych Wiaczesława Mołotowa. – Możemy to zrobić po swojemu później. Najważniejszy jest układ sił”[21].
Stalin uzyskał więc nabytki terytorialne i strefę wpływów, jakich pragnął. Granice Związku Radzieckiego przesunęły się kilkaset kilometrów na zachód, a w pozostałej części Europy Wschodniej Armia Czerwona przyniosła na bagnetach służalcze reżimy. Nie wszystkie były już komunistyczne – władca Kremla pozostawał jeszcze elastyczny w tej kwestii – lecz żaden z nich nie kwestionował rosnących sowieckich wpływów w sercu kontynentu. Amerykanie i Brytyjczycy liczyli na co innego: chcieli, aby mieszkańcy Europy Wschodniej, a w szczególności Polski – pierwszej ofiary Niemiec podczas drugiej wojny światowej – wybrali własne rządy. Te dwa stanowiska mogłyby dać się pogodzić, gdyby wszystkie kraje Europy Wschodniej były gotowe wybrać przywódców spełniających wymogi Moskwy, jak uczyniły to Finlandia i Czechosłowacja. W Polsce taki scenariusz był jednak nie do pomyślenia – postępowanie Stalina już dawno zniweczyło wszelkie szanse na to, aby rząd podporządkowany ZSRR mógł się cieszyć poparciem Polaków.
Lista krzywd zaczynała się od zawartego w 1939 roku paktu między hitlerowcami a Sowietami, który odebrał Polsce niepodległość. Później odkryto, że w 1940 roku Rosjanie wymordowali w lesie katyńskim około czterech tysięcy polskich oficerów, a dalszych 11 tys. zaginęło bez wieści. W 1943 roku Stalin zerwał w związku z tą sprawą stosunki z polskim rządem na uchodźstwie w Londynie i poparł grupę polskich komunistów z siedzibą w Lublinie. Następnie celowo wstrzymał działania wojenne, gdy Niemcy brutalnie pacyfikowali zorganizowane w 1944 roku przez rząd londyński powstanie warszawskie, mimo że Armia Czerwona stała wówczas na przedmieściach polskiej stolicy. Roszczenia Stalina do niemal połowy powojennego terytorium Polski wzbudziły jeszcze większe rozgoryczenie; jego obietnica wyrównania strat kosztem Niemiec nie była wystarczającym zadośćuczynieniem.
Ponieważ Polacy z pewnością nie wybraliby prosowieckiego rządu, Stalin im go narzucił – kosztowało go to jednak trwałą urazę ze strony Polaków oraz utratę zaufania amerykańskiego i brytyjskiego sojusznika. Pozbawiony złudzeń Roosevelt stwierdził na dwa tygodnie przed śmiercią: „[Stalin] złamał wszystkie swoje przyrzeczenia z Jałty”[22].
Pokonani wrogowie
Nikt nie miał wątpliwości – przynajmniej od chwili desantu w Normandii – że w przeciwieństwie do kontrolowanej jednostronnie przez ZSRR Europy Wschodniej Niemcy znajdą się pod wspólną okupacją. Rosjanie czuli się jednak oszukani sposobem wprowadzenia tej okupacji. Stany Zjednoczone, Wielka Brytania oraz (dzięki hojności obu tych krajów) Francja kontrolowały ostatecznie ⅔ Niemiec – nie z powodu liczby poległych podczas wojny, a wskutek geograficznej bliskości ich nacierających armii oraz tego, że Stalin oddał znaczną część wschodnich Niemiec Polsce. Okupowany wspólnie Berlin otaczała sowiecka strefa, jednak obejmowała ona zaledwie około ⅓ ludności Niemiec i jeszcze mniejszą część obiektów przemysłowych.
Dlaczego Stalin zgodził się na taki układ? Prawdopodobnie dlatego, że sądził, iż marksistowsko-leninowski rząd, który planował zainstalować we wschodnich Niemczech, przyciągnie Niemców z zachodnich stref okupacyjnych, a ci wybiorą przywódców, którzy ostatecznie zjednoczą cały kraj pod kontrolą sowiecką. Nastąpiłaby wówczas spóźniona o wiele lat proletariacka rewolucja, którą zapowiadał w Niemczech Marks. „Całe Niemcy muszą być nasze – czyli sowieckie, komunistyczne” – stwierdził w 1946 roku Stalin[23]. Z tym zamysłem łączyły się jednak dwa poważne problemy.
Pierwszy wynikał z brutalnego postępowania Armii Czerwonej w okupowanych wschodnich Niemczech. Sowieckie wojska nie tylko dokonywały wywłaszczeń i ściągały wysokie reparacje, lecz również dopuszczały się masowych gwałtów – ich ofiarą padło w latach 1945–1947 około dwóch milionów niemieckich kobiet[24]. Wskutek tego Rosjanie zrazili do siebie niemal wszystkich Niemców, co doprowadziło do sytuacji, która miała się utrzymać całą zimną wojnę – reżimowi zainstalowanemu przez Stalina na Wschodzie brakowało legitymizacji, którą jego odpowiednik na Zachodzie wkrótce miał zyskać.
Drugi problem wiązał się z sojusznikami. Unilateralizm działań sowieckich w Niemczech i Europie Wschodniej spowodował, że Brytyjczycy i Amerykanie nieufnie podchodzili do współpracy z Moskwą w ramach okupacji pozostałej części Niemiec. W związku z tym korzystali z każdej możliwości konsolidacji własnych stref, wraz z francuską, gotowi zaakceptować podział kraju. Chodziło im o zachowanie jak największej części Niemiec pod rządami zachodnimi i uniknięcie ryzyka, że kraj dostanie się w całości pod kontrolę Sowietów. Ponieważ większość Niemców coraz lepiej zdawała sobie sprawę z tego, co oznaczałyby rządy Stalina, z ociąganiem poparli oni brytyjsko-amerykańskie plany.
To, co wydarzyło się w Niemczech i Europie Wschodniej, stanowiło z kolei dla Stanów Zjednoczonych argument przeciwko wspólnej amerykańsko-sowieckiej okupacji Japonii. Związek Radziecki nie wypowiedział temu krajowi wojny po ataku na Pearl Harbor, przy czym sojusznicy nie oczekiwali tego w sytuacji, gdy na przedmieściach Moskwy stała niemiecka armia. Stalin obiecał jednak wziąć udział w wojnie na Pacyfiku trzy miesiące po kapitulacji Niemiec, w zamian za co Roosevelt i Churchill zgodzili się przekazać pod kontrolę Sowietów należące do Japonii Wyspy Kurylskie, a ponadto zwrócić im południową część Sachalinu oraz tereny i bazy marynarki w Mandżurii – wszystko to Rosja utraciła w wyniku porażki w wojnie rosyjsko-japońskiej w latach 1904–1905.
W Waszyngtonie i Londynie powszechnie uważano, że pomoc Armii Czerwonej, a szczególnie jej inwazja na okupowaną przez Japończyków Mandżurię, znacząco przyspieszy zwycięstwo. Było to jednak przed tym, jak Stany Zjednoczone w lipcu 1945 roku przeprowadziły pomyślny test pierwszej bomby atomowej. Gdy stało się jasne, że Amerykanie dysponują taką bronią, zapotrzebowanie na sowiecką pomoc militarną zniknęło[25]. Nowa administracja Trumana doskonale pamiętała o wcześniejszych jednostronnych działaniach Sowietów w Europie i nie chciała dopuścić do powtórki w Azji Północno-Wschodniej. W tych okolicznościach Amerykanie poparli podejście Stalina, który przekładał przelaną na wojnie krew na późniejsze wpływy. Skoro to na nich spoczął w większości ciężar walk na Pacyfiku, zamierzali sami okupować kraj, który tę wojnę rozpoczął.
Bomba atomowa
Tymczasem do wzajemnej nieufności Sowietów i Amerykanów przyczyniała się sama bomba. Stany Zjednoczone i Wielka Brytania opracowywały tę broń w tajemnicy, aby użyć jej przeciwko Niemcom, lecz ci skapitulowali, nim prace zostały ukończone. Program Manhattan nie był jednak utajniony na tyle dobrze, aby sowiecki wywiad nie mógł zebrać o nim informacji za pośrednictwem szpiegów – Sowieci podjęli co najmniej trzy udane próby przeniknięcia zabezpieczeń Los Alamos, gdzie konstruowano bombę[26]. To, że Stalin nakazał zakrojoną na wielką skalę operację szpiegowania sojuszników w trakcie wspólnie toczonej wojny, jest kolejnym dowodem na jego brak zaufania do nich. Trzeba jednak przyznać, że Brytyjczycy i Amerykanie nie zdecydowali się poinformować go o bombie do chwili, gdy przeprowadzono pierwszy udany test na pustyni w Nowym Meksyku.
Sowiecki przywódca nie okazał więc wielkiego zaskoczenia, gdy Truman przekazał mu tę wiadomość na konferencji poczdamskiej. Wiedział o bombie na długo przed nowym prezydentem Stanów Zjednoczonych. Jednak gdy trzy tygodnie później Waszyngton zdecydował się użyć tej broni przeciwko Japonii, Stalin zareagował ostro. Test na pustyni był jedną rzeczą, zastosowanie broni w warunkach rzeczywistych czymś zupełnie innym. „Wojna to barbarzyństwo, ale użycie bomby A to wyjątkowe barbarzyństwo” – oświadczył, dowiedziawszy się, jak zniszczono Hiroszimę. Dokonany przez Amerykanów przełom był kolejnym wyzwaniem dla jego teorii, że ilość przelanej krwi powinna się przekładać na osiągane wpływy – Stany Zjednoczone zdobyły nagle siłę militarną, która nie wymagała rozmieszczenia armii na polu bitwy. Obecnie w takim samym stopniu liczyły się wiedza oraz opracowywana dzięki niej technika wojskowa. „Hiroszima wstrząsnęła światem – powiedział Stalin swoim naukowcom, uruchamiając intensywny sowiecki program mający na celu nadrobienie zaległości. – Równowaga została naruszona […]. Tak nie może być”[27].
Zdaniem Stalina bomba skróciła wojnę, uniemożliwiając tym samym Rosjanom odegranie istotniejszej roli w pokonaniu i okupacji Japonii; uważał ją też za środek, za pomocą którego Stany Zjednoczone będą próbowały zmusić Związek Radziecki do późniejszych ustępstw. „Atomowy szantaż to nowa polityka amerykańska”[28]. Było w tym nieco prawdy. Truman użył bomby przede wszystkim po to, by zakończyć wojnę, lecz prezydent Stanów Zjednoczonych i jego doradcy rzeczywiście spodziewali się, że nowa broń skłoni ZSRR do przyjęcia bardziej pojednawczej postawy. Nie opracowali jednak strategii pozwalającej osiągnąć ten cel, a Stalin szybko obmyślił plan mający im to uniemożliwić. Choćby po to, by pokazać, że nie da się zastraszyć, forsował sowieckie interesy z jeszcze większą siłą. „Jest oczywiste – powiedział głównym doradcom pod koniec 1945 roku – że […] nie osiągniemy niczego znaczącego, jeżeli ulegniemy w obliczu gróźb lub okażemy niepewność”[29].
Zimna wojna wyrosła z wojny światowej, co tłumaczy, dlaczego nowy konflikt zarysował się tak szybko po zakończeniu starego. Rywalizacja już od dawna była wśród mocarstw co najmniej tak samo powszechna jak ich przymierza. Przybysz z innej planety, gdyby był tego świadom, mógłby zapewne dokładnie przewidzieć dalszy ciąg wydarzeń. Teoretykowi stosunków międzynarodowych udałoby się to z pewnością. Interesującym pytaniem jest, dlaczego przywódcy z czasów wojny byli zaskoczeni, a wręcz zaalarmowani rozpadem wielkiej koalicji. Jak najbardziej szczerze liczyli na inny obrót spraw, w przeciwnym razie bowiem nie usiłowaliby, gdy jeszcze toczyły się walki, uzgadniać planów na czas, kiedy się zakończą. Ich nadzieje były podobne, lecz wizje się różniły.
Mówiąc najprościej, Roosevelt i Churchill wyobrażali sobie powojenny porządek, który gwarantowałby równowagę sił, a przy tym poszanowanie pewnych zasad. Chodziło o to, by zapobiec nowym konfliktom zbrojnym, unikając błędów, które doprowadziły do drugiej wojny światowej: mieli zamiar zapewnić współpracę między mocarstwami, doprowadzić do odrodzenia się Ligi Wilsona w postaci nowej organizacji zbiorowego bezpieczeństwa: Narodów Zjednoczonych, oraz działać na rzecz jak najdalej posuniętego samostanowienia politycznego i integracji gospodarczej poszczególnych krajów, co wyeliminowałoby z czasem przyczyny wojen, tak jak je oni pojmowali. Wizja Stalina była krańcowo różna: powojenny układ miał zapewnić bezpieczeństwo jemu samemu i jego krajowi, podsycając zarazem rywalizację między kapitalistami, co miałoby, w jego opinii, wywołać kolejną wojnę. Z kolei kapitalistyczne bratobójstwo zagwarantowałoby w końcu Sowietom władzę nad całą Europą. Pierwsza wizja była wielostronna i zakładała możliwość występowania dających się pogodzić interesów, nawet przy niedających się pogodzić ustrojach. Druga zakładała coś zupełnie innego.
V
Politolodzy chętnie posługują się pojęciem dylematu bezpieczeństwa – dotyczy ono sytuacji, kiedy pewne państwo podejmuje działania, by zwiększyć swoje bezpieczeństwo, lecz pogarsza tym samym bezpieczeństwo jednego lub większej liczby innych państw, te z kolei usiłują naprawić sytuację, wprowadzając środki, które pogarszają bezpieczeństwo państwa pierwszego. Prowadzi to do rozkręcania się spirali nieufności, z której trudno jest się wyrwać nawet najbardziej dalekowzrocznym i posiadającym najlepsze intencje przywódcom – ich podejrzenia stają się samospełniającą się przepowiednią[30]. Jako że stosunki Brytyjczyków i Amerykanów ze Związkiem Radzieckim zaczęły się rozwijać według tego schematu na długo przed zakończeniem drugiej wojny światowej, trudno jest dokładnie umiejscowić w czasie początek zimnej wojny. Nie doszło do ataku z zaskoczenia, wypowiedzenia wojny czy nawet zerwania stosunków dyplomatycznych. Na szczytach władzy w Waszyngtonie, Londynie i Moskwie rosło jednak poczucie zagrożenia wywołane wysiłkami sprzymierzeńców z czasów wojny na rzecz zapewnienia sobie bezpieczeństwa po jej zakończeniu. Po pokonaniu wrogów dawni sojusznicy mieli coraz mniej powodów, by skrywać swoje obawy. Każdy kolejny kryzys napędzał następny, co spowodowało, że podział Europy stał się rzeczywistością.
Iran, Turcja, region Morza Śródziemnego i powstrzymywanie Rosji
Po uzyskaniu ustępstw terytorialnych w Europie Wschodniej i Azji Północno-Wschodniej najważniejszym powojennym celem Stalina było umocnienie niewystarczająco, jego zdaniem, zabezpieczonych rubieży południowych. Miał on ponoć wyrazić satysfakcję w związku z mapą przedstawiającą nowe granice Związku Radzieckiego, wskazując jednak z niezadowoleniem na Kaukaz: „Nasza granica tutaj mi się nie podoba!”[31]. Skutkiem były trzy inicjatywy: Stalin odwlekł w czasie wycofanie sowieckich wojsk z północnego Iranu, gdzie stacjonowały od 1942 roku w ramach brytyjsko-sowieckiego układu zabezpieczającego złoża naftowe w tym kraju przed dostaniem się w ręce niemieckie. Poza tym zażądał ustępstw terytorialnych od Turcji, a także dostępu do baz, które dałyby Związkowi Radzieckiemu efektywną kontrolę nad tureckimi cieśninami. Domagał się wreszcie udziału w zarządzaniu byłymi włoskimi koloniami w Afryce Północnej, z nadzieją na zdobycie jednej lub kilku dodatkowych baz marynarki wojennej we wschodnim regionie Morza Śródziemnego.
Bardzo szybko stało się jasne, że Stalin posunął się za daleko. „Nie zgodzą się na to” – ostrzegał usłużny zazwyczaj minister spraw zagranicznych Mołotow, odnosząc się do cieśnin. „Naciskaj na wspólny zarząd! – odburknął zdenerwowany gensek. – Żądaj tego!”[32]. Mołotow zrobił, jak mu kazano, ale nic nie osiągnął. Truman i Attlee kategorycznie odrzucili sowieckie żądania dotyczące korekt granic kosztem Turcji oraz tureckich i śródziemnomorskich baz marynarki. Zaskoczyli również Stalina, podnosząc kwestię przedłużającej się sowieckiej okupacji północnego Iranu na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ na początku 1946 roku – była to pierwsza znacząca próba wykorzystania nowej światowej organizacji w celu zaradzenia międzynarodowemu kryzysowi. Kilka miesięcy później, zdając sobie sprawę, że jego siły wojskowe są przeciążone, a jego ambicje zostały zdemaskowane, Stalin nakazał dyskretne wycofanie wojsk z Iranu. Truman zdążył już jednak wzmocnić własną pozycję, rozlokowując amerykańską Szóstą Flotę na czas nieokreślony we wschodniej części Morza Śródziemnego. Był to wyraźny sygnał, że Stalin wyczerpał limit ustępstw, których mógł się spodziewać w zamian za współpracę podczas wojny[33].
Usztywnienie stanowiska Waszyngtonu zbiegło się w czasie z poszukiwaniem wyjaśnień zachowania Sowietów: dlaczego wielka koalicja się rozpadła? Czego jeszcze chce Stalin? Najtrafniejszej odpowiedzi udzielił George F. Kennan, szanowany, lecz wciąż niewysoko postawiony urzędnik służby dyplomatycznej delegowany do amerykańskiej ambasady w Moskwie. Dwudziestego drugiego lutego 1946 roku Kennan odpowiedział na najnowsze z długiej serii zapytań Departamentu Stanu, przesyłając pospiesznie zredagowany, liczący osiem tysięcy słów telegram – jak sam później przyznał, był to „skandaliczny sposób wykorzystania telegrafu”. Stwierdzenie, że jego wiadomość odbiła się echem w Waszyngtonie, byłoby eufemizmem. „Długi telegram” Kennana pozostał podstawą strategii Stanów Zjednoczonych wobec Związku Radzieckiego przez całą resztę zimnej wojny[34].
Kennan twierdził, że nieprzejednanie Moskwy nie wynika z żadnych posunięć Zachodu, lecz stanowi odbicie wewnętrznych uwarunkowań stalinowskiego reżimu i żadne ruchy Zachodu w dającej się przewidzieć przyszłości tego nie zmienią. Przywódcy sowieccy muszą traktować świat zewnętrzny jak wroga, ponieważ stanowi to jedyne usprawiedliwienie „dyktatury, bez której nie potrafią rządzić, okrucieństw, od których nie mają odwagi się powstrzymać, i poświęceń, których czują się zmuszeni wymagać”. Naiwne jest oczekiwanie, że ustępstwa zostaną odwzajemnione, gdyż strategia Związku Radzieckiego nie zmieni się, dopóki nie poniesie on wystarczająco wielu porażek, aby przyszły przywódca na Kremlu uznał – Kennan nie żywił większych nadziei, że Stalin kiedykolwiek to dostrzeże – iż postępowanie jego kraju nie służy sowieckim interesom. Aby osiągnąć ten rezultat, nie będzie potrzebna wojna. Potrzebne będzie – jak Kennan ujął to w opublikowanej rok później wersji swojego wywodu – „długoterminowe i cierpliwe, lecz zarazem twarde i czujne powstrzymywanie ekspansjonistycznych tendencji Rosji”[35].
Kennan nie mógł wówczas wiedzieć, że jednym z najuważniejszych czytelników jego telegramu był sam Stalin. Sowiecki wywiad szybko uzyskał dostęp do „długiego telegramu” – nie było to trudne, skoro dokument, choć utajniony, znajdował się w szerokim obiegu[36]. Nie chcąc pozostać z tyłu, Stalin nakazał swojemu ambasadorowi w Waszyngtonie Nikołajowi Nowikowowi sporządzenie własnego „telegramu”, który został przesłany do Moskwy 27 września 1946 roku. „Polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych – pisał Nowikow – odzwierciedla imperialistyczne tendencje amerykańskiego monopolistycznego kapitalizmu [i] cechuje ją […] dążenie do światowej dominacji”. Ambasador twierdził, że Stany Zjednoczone kolosalnie zwiększyły wydatki na cele wojskowe, zakładając bazy daleko poza swoimi granicami, oraz zawarły z Wielką Brytanią układ o podziale świata na strefy wpływów. Brytyjsko-amerykańska współpraca jest jednak „pełna wewnętrznych sprzeczności i z pewnością nie będzie trwała […]. Jest bardzo możliwe, że Bliski Wschód stanie się ogniskiem konfliktu między Brytyjczykami a Amerykanami, który zniweczy umowy zawierane obecnie przez Stany Zjednoczone i Anglię”[37].
Analiza Nowikowa, której autorem w rzeczywistości był Mołotow[38], odzwierciedlała poglądy Stalina, co mogło tłumaczyć spokojną pewność siebie, z jaką władca Kremla przyjmował mianowanego niedawno sekretarza stanu w administracji Trumana George’a C. Marshalla podczas spotkania amerykańskich, brytyjskich, francuskich i sowieckich ministrów spraw zagranicznych w Moskwie w kwietniu 1947 roku. Stalin od lat miał nawyk szkicowania w notatniku czerwonym ołówkiem wilczych łbów podczas przyjmowania ważnych gości; nie przerywając rysowania, zapewnił Marshalla, że niemożność porozumienia się co do przyszłości powojennej Europy nie jest problemem – nie ma pośpiechu. Marshall – spokojny, lakoniczny, lecz bystry były generał, który był głównym twórcą amerykańskiej strategii wojskowej podczas drugiej wojny światowej – nie miał co do tego pewności. „Przez całą drogę do Waszyngtonu – wspominał później jego współpracownik – mówił o konieczności wyjścia z inicjatywą, która zapobiegnie całkowitemu rozpadowi Europy Zachodniej”[39].
Doktryna Trumana i plan Marshalla
Gdyby Stalin równie uważnie czytał sprawozdania wywiadu dotyczące konferencji ministrów spraw zagranicznych jak te na temat bomby atomowej i „długiego telegramu” Kennana, może zdołałby przewidzieć dalszy przebieg zdarzeń. Marshall spędził w Moskwie wiele godzin wraz z brytyjskim i francuskim ministrem spraw zagranicznych – pomijając bezowocne spotkania z Mołotowem – na rozmowach o potrzebie współpracy przy odbudowie Europy. W pomieszczeniach, gdzie toczyły się rozmowy, bez wątpienia zainstalowano podsłuchy. Ideologia nie pozwoliła jednak Stalinowi poważnie potraktować wychwyconych informacji. Czyż Lenin nie wykazał, że kapitaliści nie są zdolni do długotrwałej współpracy? Czyż „telegram” Nowikowa tego nie potwierdził? Władca Kremla miał powody, by pozostać pewnym siebie.
Nie były to jednak powody słuszne. Truman ogłosił już wcześniej (12 marca 1947 roku) program pomocy wojskowej oraz gospodarczej dla Grecji i Turcji w związku z niespodziewanym, wcześniejszym o dokładnie dwa tygodnie komunikatem brytyjskiego rządu o zakończeniu finansowego wspierania tych krajów. Program był zakrojony na niezwykle szeroką skalę. Jak powiedział Truman: „polityką Stanów Zjednoczonych musi być poparcie dla wolnych narodów, które opierają się próbom zdominowania przez uzbrojone mniejszości lub siły zewnętrzne. […]. Musimy pomóc wolnym narodom w samodzielnym kształtowaniu własnego losu”[40]. Stalin nie zwrócił większej uwagi na mowę Trumana, choć tamtej wiosny znalazł czas, aby domagać się przeredagowania opublikowanej właśnie historii filozofii w celu mniejszego wyeksponowania osiągnięć myślicieli Zachodu[41].
Podczas gdy Stalin zajmował się tą kwestią, Marshall – idąc w ślady Trumana – opracowywał strategię prowadzenia zimnej wojny. W „długim telegramie” Kennan zidentyfikował problem: wynikającą z wewnętrznych uwarunkowań wrogość Związku Radzieckiego w stosunku do świata zewnętrznego. Nie sugerował jednak żadnego rozwiązania. Teraz Marshall zalecił Kennanowi przedstawienie jego propozycji; jedynym zastrzeżeniem było, aby „unikał sugestii trywialnych”[42]. Trzeba przyznać, że polecenie zostało wypełnione. Ogłoszony przez Marshalla w czerwcu 1947 roku Europejski Program Odbudowy zobowiązywał Stany Zjednoczone do ni mniej, ni więcej tylko odbudowy Europy. Plan Marshalla, jak go natychmiast ochrzczono, nie wprowadzał co prawda podziału kontynentu na części znajdujące się pod rządami Sowietów i te, które były poza ich kontrolą, lecz idea leżąca u jego podstaw z pewnością go uwzględniała.
Plan Marshalla bazował na kilku podstawowych przesłankach: to nie perspektywa sowieckiej interwencji wojskowej jest największym zagrożeniem dla zachodnich interesów w Europie, lecz ryzyko, że głód, ubóstwo i desperacja skłonią Europejczyków do głosowania w wyborach na własnych komunistów, którzy będą następnie posłusznie wykonywać polecenia Moskwy; amerykańska pomoc gospodarcza od razu zaowocuje korzyściami psychologicznymi, a później materialnymi, które tę tendencję odwrócą; Związek Radziecki nie zaakceptuje takiej pomocy i nie pozwoli na to również swoim satelitom, przez co narazi swoje stosunki z nimi na szwank; wówczas Stany Zjednoczone będą mogły przejąć inicjatywę geopolityczną i moralną w rysującej się na horyzoncie zimnej wojnie.
Stalin wpadł w zastawioną przez Marshalla pułapkę, która polegała na spowodowaniu, aby to on zbudował mur dzielący Europę. Zaskoczony propozycją Marshalla wysłał do Paryża liczną delegację w celu przedyskutowania udziału Sowietów w planie, a następnie ją odwołał, pozwalając krajom wschodnioeuropejskim, w tym Polsce, pozostać na miejscu, po czym zakazał im – w szczególnie dramatyczny sposób Czechom, których przywódców ściągnięto do Moskwy – przyjmowania takiej pomocy[43]. Była to nietypowa niekonsekwencja w działaniu zazwyczaj pewnego siebie kremlowskiego dyktatora, sugerująca, że strategia powstrzymywania ekspansji komunizmu, którą zakładał plan Marshalla, zaczęła krzyżować jego plany. Dalsze ulepszanie tekstów o filozofii musiało poczekać.
Czechosłowacja, Jugosławia i blokada Berlina
Kennan trafnie przewidział reakcję Stalina na plan Marshalla: sowiecki dyktator umocnił swoje wpływy tam, gdzie było to możliwe. We wrześniu 1947 roku ogłosił utworzenie Kominformu, nowej wersji przedwojennego Kominternu, którego zadaniem było stanie na straży ortodoksji w międzynarodowym ruchu komunistycznym. „Nie bądźcie tacy ważni – upomniał wyrażającego wątpliwości Polaka Andriej Żdanow, rzecznik Stalina w nowej organizacji. – My w Moskwie lepiej wiemy, jak stosować marksizm-leninizm”[44]. Znaczenie tych słów stało się jasne w lutym 1948 roku, gdy Stalin zaaprobował opracowany przez czechosłowackich komunistów plan przejęcia władzy w jedynym nadal demokratycznie rządzonym państwie Europy Wschodniej. Wkrótce po zamachu stanu na dziedzińcu praskiego zamku znaleziono zwłoki ministra spraw zagranicznych Jana Masaryka – syna Tomaša Masaryka, jednego z twórców Czechosłowacji po pierwszej wojnie światowej. Nigdy nie ustalono, czy skoczył z okna, czy ktoś go wypchnął[45]. Nie czyniło to jednak różnicy: perspektywa jakiejkolwiek niepodległości w obrębie strefy wpływów Stalina zdawała się odchodzić w przeszłość wraz z Masarykiem.
Nie wszyscy komuniści chcieli jednak pozostać w tej strefie. Od zakończenia drugiej wojny światowej Jugosławia była jednym z najwierniejszych sojuszników Związku Radzieckiego, a jej przywódca Josip Broz Tito doszedł do władzy własnymi siłami. To on i jego partyzanci, a nie Armia Czerwona, wygnali Niemców ze swojego kraju; w przeciwieństwie do przywódców z Europy Wschodniej Tito nie potrzebował poparcia Stalina, by pozostać u władzy. Obruszał się też na próby zmuszenia go do przestrzegania ortodoksyjnej linii Kominformu, a pod koniec czerwca 1948 roku otwarcie zerwał z Moskwą. Stalin udawał obojętność. „Skinę tylko małym palcem i Tity już nie będzie” – stwierdził[46]. Wstrząs w Związku Radzieckim i międzynarodowym ruchu komunistycznym po pierwszym akcie niesubordynacji komunisty wobec Kremla nie przypominał bynajmniej skinięcia palcem, niemniej Tito ocalał, a wkrótce zaczął otrzymywać pomoc gospodarczą ze Stanów Zjednoczonych. Jugosłowiański dyktator może i był „sukinsynem”, jak to określił w 1949 roku nowy amerykański sekretarz stanu Dean Acheson, ale był teraz „naszym sukinsynem”[47].
Tymczasem Stalin porwał się na jeszcze mniej obiecujące przedsięwzięcie: blokadę Berlina. Powody, dla których to uczynił, do dziś są niejasne. Być może miał nadzieję zmusić Amerykanów, Brytyjczyków i Francuzów do opuszczenia ich sektorów w podzielonym mieście, wykorzystując zależność tych sektorów od linii zaopatrzeniowych przebiegających przez sowiecką strefę okupacyjną. Możliwe, że jego celem było opóźnienie ich działań na rzecz konsolidacji własnych stref okupacyjnych, mogących z dużym prawdopodobieństwem dać początek silnemu zachodnioniemieckiemu państwu, w którym Moskwa nie miałaby już żadnych wpływów. Niezależnie od jej celów blokada Stalina spaliła na panewce podobnie jak jego próba zdyscyplinowania Tity. Zachodni sojusznicy zaimprowizowali most powietrzny do oblężonego miasta, zyskując tym sposobem wielką wdzięczność berlińczyków, szacunek większości Niemców oraz ogólnoświatowy triumf propagandowy, na tle którego Stalin jawił się jako przywódca brutalny i niekompetentny. „Dranie – odnotował, jak gdyby tłumacząc się, starzejący się dyktator na opisującej wydarzenia depeszy dyplomatycznej. – To stek kłamstw […]. To nie blokada, ale środek obronny”[48].
Może i był to środek obronny, lecz agresywny charakter tej i pozostałych reakcji Stalina na plan Marshalla doprowadził do zaostrzenia, nie zaś złagodzenia problemów Związku Radzieckiego w zakresie bezpieczeństwa. Zamach w Czechosłowacji skłonił Kongres Stanów Zjednoczonych – jeszcze przed zatwierdzeniem Trumanowskiego programu odbudowy Europy – do szybkiego przegłosowania odpowiednich ustaw. Wydarzenia w Pradze wraz z blokadą Berlina przekonały europejskich odbiorców amerykańskiej pomocy gospodarczej, że potrzebują również ochrony militarnej. W związku z tym zażądali stworzenia Organizacji Paktu Północnoatlantyckiego. Tym samym Stany Zjednoczone po raz pierwszy w historii zobowiązały się do zapewnienia Europie Zachodniej obrony w czasach pokoju. Zanim Stalin z ociąganiem zniósł blokadę Berlina w maju 1949 roku, w Waszyngtonie został parafowany traktat północnoatlantycki, a w Bonn ogłoszono powstanie Republiki Federalnej Niemiec – była to kolejna rzecz, której dyktator chciał uniknąć. Herezja Tity pozostała bez kary, co stanowiło przykład, że również komuniści mogą stopniowo uniezależnić się od Moskwy. Wbrew przewidywaniom Stalina, który karmił się ideologicznymi złudzeniami, nie pojawiły się też żadne oznaki niezgody między kapitalistami ani konfliktu między Wielką Brytanią a Stanami Zjednoczonymi. Jego strategia opanowania Europy po wojnie legła w gruzach, a winić za to mógł przede wszystkim siebie.
VI
Przynajmniej tak prezentuje się to z perspektywy czasu. Wówczas bowiem sprawy wyglądały inaczej. W latach 1949–1950 Zachód poniósł wiele pozornych porażek, lecz żadna nie była aż tak poważna, aby odwrócić proces, dzięki któremu Stany Zjednoczone i ich sojusznicy przejęli inicjatywę w Europie, czyli na najważniejszej arenie zmagań. Nie mogli jednak tego wiedzieć ówcześni obserwatorzy wydarzeń, z punktu widzenia których triumfy Zachodu w Europie zostały przyćmione przez nieoczekiwane rozprzestrzenianie się zimnej wojny – niemal równocześnie – na kilka innych frontów, gdzie widoki na przyszłość rysowały się niepomyślnie.
Pierwszym z tych frontów była technika wojskowa. Według Amerykanów ich monopol na bombę atomową miał przetrwać sześć–osiem lat, wobec czego ogromna przewaga Armii Czerwonej w Europie pod względem sił konwencjonalnych nadmiernie ich nie martwiła. „Póki jesteśmy zdolni produkować więcej niż reszta świata, nadzorować morza i zaatakować na lądzie, używając bomby atomowej – mówił pod koniec 1947 roku sekretarz obrony James Forrestal – możemy podejmować ryzyko, które w przeciwnym razie byłoby nie do przyjęcia”[49]. Zgodnie z kluczową przesłanką planu Marshalla Stany Zjednoczone mogły bez obaw skoncentrować się na odbudowie gospodarczej Europy, odkładając w czasie większe nakłady na zbrojenia, które miałyby im pozwolić zrównać się z Sowietami. Podczas gdy Amerykanie przywracali do życia i uspokajali Europejczyków, Rosjan miała odstraszać broń nuklearna.
Jednak 29 sierpnia 1949 roku Związek Radziecki wyprodukował własną bombę. Wyniki przeprowadzonego na pustyni w Kazachstanie udanego testu nie zostały ogłoszone publicznie, lecz już po kilku dniach amerykańskie samoloty zwiadowcze, które weszły do służby niewiele wcześniej, wykryły radioaktywny opad – jednoznaczny sygnał, że na terytorium Związku Radzieckiego miała miejsce eksplozja atomowa. Truman był zaskoczony, że nastąpiło to tak szybko; ponieważ obawiał się, że w razie próby zatuszowania tej kwestii mogłoby dojść do przecieków, sam ogłosił 23 września, że Związek Radziecki jest w posiadaniu broni atomowej. Kreml to potwierdził.
Amerykanie znaleźli się w przygnębiającym położeniu. Pozbawiona monopolu atomowego administracja Trumana musiała teraz rozważyć rozbudowę sił konwencjonalnych, a być może nawet trwałe rozlokowanie ich części w Europie, czego nie przewidywał traktat północnoatlantycki. Musiała też zlecić budowę następnych bomb w celu zachowania ilościowej i jakościowej przewagi nad ZSRR. Ponadto zaczęto rozważać trzecią, bardziej złowieszczą możliwość, o której istnieniu Truman właśnie się dowiedział od amerykańskich naukowców: próbę budowy tzw. superbomby – czyli, zgodnie z dzisiejszą terminologią, bomby termojądrowej lub wodorowej – co najmniej tysiąc razy potężniejszej od broni, która zniszczyła Hiroszimę i Nagasaki.
Ostatecznie Truman zatwierdził wszystkie trzy programy. Dyskretnie nakazał przyspieszenie produkcji bomb atomowych; w chwili sowieckiego testu Stany Zjednoczone miały ich w swoim arsenale niespełna 200, a badania Pentagonu wskazywały, że nie była to liczba gwarantująca pokonanie Związku Radzieckiego w razie wybuchu prawdziwej wojny[50]. Następnie, 31 stycznia 1950 roku, prezydent ogłosił, że Stany Zjednoczone uruchamiają projekt budowy „superbomby”. Najdłużej odwlekał rozbudowę amerykańskich sił konwencjonalnych, głównie z powodu kosztów. Produkcja większej liczby bomb atomowych, a nawet wodorowych, byłaby tańsza niż przywrócenie armii, marynarki i lotnictwa do liczebności choćby zbliżonej do tej z czasów drugiej wojny światowej. Wdrażając plan Marshalla, Truman podjął wielkie ryzyko: zobowiązywał Stany Zjednoczone do inwestowania niemal 10 procent rocznych wydatków rządowych w odbudowę Europy. Miał jednak nadzieję na „dywidendę pokoju”, która pozwoli zrównoważyć budżet federalny po latach deficytu. Oczywiście należało zrezygnować z jednej z trzech rzeczy: równowagi fiskalnej, rozbudowy armii lub odbudowy Europy. Nie można było realizować wszystkich tych celów, zmagając się równocześnie z nowym zagrożeniem stworzonym przez sowieckie zdobycze atomowe.
Drugie wydarzenie oznaczające rozszerzanie się zimnej wojny miało miejsce w Azji Wschodniej 1 października 1949 roku: tydzień po komunikacie Trumana dotyczącym sowieckiej bomby atomowej Mao Zedong ogłosił utworzenie Chińskiej Republiki Ludowej. Koniec trwającej niemal ćwierć wieku wojny domowej, w której chińscy nacjonaliści walczyli z komunistami, uczczono wielkimi uroczystościami zorganizowanymi na pekińskim placu Tiananmen. Triumf Mao zaskoczył zarówno Trumana, jak i Stalina, którzy zakładali, że po drugiej wojnie światowej Chinami nadal będą rządzić nacjonaliści pod wodzą długoletniego przywódcy Czang Kai-szeka. Żaden z nich nie przewidywał, że cztery lata po kapitulacji Japonii nacjonaliści uratują się dzięki ucieczce na wyspę Tajwan, a komuniści będą się szykować do rządzenia najludniejszym krajem świata.
Czy wobec tego Chiny miały się stać sowieckim satelitą? Truman i jego doradcy, będący pod wrażeniem wydarzeń w Jugosławii, sądzili inaczej. „Moskwa ma przed sobą trudne zadanie, jeżeli zamierza w pełni kontrolować chińskich komunistów – konkludował w swojej analizie pod koniec 1948 roku Departament Stanu – choćby z tego powodu, że Mao Zedong pozostaje u władzy niemal dziesięciokrotnie dłużej niż Tito”[51]. Zarówno Mao, jak i Tito od dawna cieszyli się pełnią przywództwa w swoich partiach komunistycznych; obydwaj poprowadzili je do zwycięstwa w wojnach domowych, które zbiegły się w czasie z wojną światową, i obydwaj osiągnęli triumf bez pomocy Związku Radzieckiego. Amerykańscy urzędnicy pamiętali o niespodziewanych korzyściach wynikających z zerwania Tity ze Stalinem, pocieszali się więc, że „strata” Chin na rzecz komunizmu nie oznacza „zysku” dla Związku Radzieckiego. Mao, jak sądzili, mógł się jeszcze okazać „azjatyckim Titą”, dlatego też administracja nie zobowiązała się do obrony Tajwanu, mimo że domagało się tego silne, sprzyjające Czang Kai-szekowi „chińskie lobby” w amerykańskim Kongresie. Stany Zjednoczone, jak ujął to sekretarz stanu Acheson, zamierzały po prostu poczekać, aż kurz opadnie[52].
Przewidywania te okazały się nietrafne – Mao nie miał zamiaru iść w ślady Tity. Pomimo że zbudował własną partię bez szczególnej pomocy Moskwy, nowy przywódca Chin, jako żarliwy marksista-leninista, był w pełni gotowy uznać zwierzchnictwo stojącego na czele międzynarodowego ruchu komunistycznego Stalina. W czerwcu 1949 roku oświadczył, że nowe Chiny muszą się sprzymierzyć „ze Związkiem Radzieckim […] oraz z proletariatem i szerokimi masami ludowymi wszystkich innych krajów, tworząc zjednoczony międzynarodowy front. […] Musimy opowiedzieć się po jednej ze stron”[53].
Wybór Mao dotyczył przede wszystkim ideologii. Marksizm-leninizm pozwalał mu powiązać swoją rewolucję z tą, którą uważał za największy sukces w dziejach – bolszewicką rewolucją z 1917 roku. Dyktatura Stalina stanowiła kolejny użyteczny precedens, Mao zamierzał bowiem rządzić Chinami w ten sam sposób co on. Poza tym chiński przywódca czuł się zdradzony przez Amerykanów. Podczas wojny chętnie nawiązał z nimi kontakty, lecz wnet uznał, że biorą stronę Czang Kai-szeka, skoro nadal udzielają mu pomocy wojskowej i gospodarczej; Mao nie rozumiał, że administracja Trumana czyniła to niechętnie, pod naciskiem chińskiego lobby, jeszcze długo po tym, jak nabrała przekonania, że Czang nie wygra. Nowy komunistyczny chiński przywódca uznał, że Truman przygotowuje inwazję na Chiny kontynentalne, by przywrócić do władzy nacjonalistów. Amerykanie byli zajęci odbudową Europy, niespokojni z powodu niewystarczających zasobów broni konwencjonalnej i przeciążeni obowiązkami – nie planowali więc niczego podobnego, jednak obawy Mao, że mogliby – w połączeniu z silną determinacją, by dowieść, że jest prawdziwym rewolucjonistą, oraz pragnieniem naśladowania rządów Stalina – wystarczały, by opowiedział się po stronie sowieckiej[54].
Z kolei w Stanach Zjednoczonych oświadczenie o „opowiedzeniu się po jednej ze stron” wywołało obawę, że pomimo przypadku Tity międzynarodowy komunizm jest w rzeczywistości monolitycznym ruchem sterowanym z Moskwy. Możliwe, że Stalin od początku typował zwycięstwo chińskich komunistów na własny „drugi front” zimnej wojny, na wypadek gdyby jego działania w Europie nie przyniosły sukcesu. „Chiński rząd jest w istocie narzędziem rosyjskiego imperializmu” – przyznał Acheson wkrótce po objęciu władzy przez Mao[55]
