Zima o poranku. Opowieść dziewczyny z warszawskiego getta - Janina Bauman - ebook + książka

Zima o poranku. Opowieść dziewczyny z warszawskiego getta ebook

Janina Bauman

0,0
44,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Janina Bauman miała trzynaście lat, gdy straciła ojca. Wraz z matką i siostrą trafiła do warszawskiego getta, gdzie wbrew śmiertelnemu zagrożeniu, głodowi, chorobom, szantażom i łapankom uniknęły Zagłady. W „Zimie o poranku” napisała o ucieczce z getta i latach tułaczki, o kryjówkach, fałszywych papierach, przypadkowości, od której zależało ocalenie. O ludziach zdolnych do najgorszej podłości, ale też do najwyższego poświęcenia. O świecie pogardy, strachu i odczłowieczenia.

Podczas wojny pisała i czytała wszystko, co wpadło jej w ręce. Dojrzewała do dorosłości i miłości, zakochiwała się i poszukiwała przynależności. Sensu i człowieczeństwa.

Jej spisana po wielu latach opowieść wciąż brzmi młodzieńczo i szczerze. Osobista i poruszająca, unika moralizowania, ale nie pozwala na obojętność. To jedno z najważniejszych świadectw wydarzeń, których powtórki dziś się boimy.

Nowe wydanie bezcennych wspomnień Janiny Bauman uzupełnione zostało o niepublikowany wcześniej w Polsce rozdział o powojennych losach i doświadczeniu emigracyjnym autorki.

 

O AUTORCE

Janina Bauman urodziła się w 1926 r. w Warszawie w zasymilowanej rodzinie żydowskiej. Jej ojciec, Szymon Lewinson był lekarzem i oficerem Wojska Polskiego, zamordowanym w Katyniu. Wraz z matką i siostrą przetrwała uwięzienie w getcie warszawskim i okupację hitlerowską. Po wojnie podczas studiów dziennikarskich poznała przyszłego męża i ojca ich trzech córek, Zygmunta Baumana. Przez ponad dwadzieścia lat pracowała w branży filmowej jako tłumaczka i redaktorka scenariuszy. 

W marcu 1968 roku Baumanowie zostali zmuszeni do wyjazdu z Polski i przenieśli się do Izraela, a następnie do Anglii, gdzie osiedlili się na stałe. 

Od dzieciństwa prowadziła dzienniki, pisała wiersze i opowiadania. Dopiero po kilkudziesięciu latach spisała po angielsku wspomnienia z getta, które sama przetłumaczyła na język polski, nadając im tytuł Zima o poranku. Wydała również książki Nigdzie na ziemi oraz Powroty. Zmarła w 2009 r. w Leeds.

 

 

FRAGMENT KSIĄZKI: 

„Pragnę, by moja książka była hołdem złożonym pamięci tych niezliczonych ludzi, którzy pomogli mojej Matce, Siostrze i mnie samej przetrwać wojnę. Byli to mężczyźni i kobiety w różnym wieku, o różnym pochodzeniu społecznym i wykształceniu. Motywy, dla których narażali własne życie, by nam pomóc, były nie mniej różnorodne niż ich charaktery.

W czasie wojny poznałam prawdę, którą na ogół woli się pomijać milczeniem: że najokrutniejszym aktem okrucieństwa jest odczłowieczenie ofiar przed ich unicestwieniem. I że najtrudniejsza ze wszystkich jest walka o pozostanie człowiekiem w nieludzkich warunkach”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 436

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Winter in the Morning

Rozdziały 9 i 10 pochodzą z wydania książki pt. Beyond These Walls. Escaping the Warsaw Ghetto – A Young Girl’s Story, Virago Press, Londyn

Copyright © by Janina Bauman 1986, 2006 Copyright © for the Polish translation by Janina Bauman All rights reserved Copyright © for the Polish translation of chapter 9 and 10 by Anna Sak Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2026

Wydanie I w tej edycji

Projekt okładki: Piotr Wszędyrówny

Na okładce wykorzystano: portret autorki w wieku lat jedenastu, rysunek na podstawie fotografii autorstwa Lydii Bauman; fotografie ze zbiorów Muzeum Getta Warszawskiego: Warszawa, ulica Sienna przegrodzona w poprzek murem getta (przód), ruiny kamienic i mur getta na ulicy Siennej (tył)

Fotografie wykorzystane we wkładce pochodzą z prywatnych archiwów rodzinnych.

Opieka redakcyjna: Małgorzata Wróblewska

Redakcja: Magdalena Zielińska

Korekta: Marcin Grabski, Jolanta Kucharska

ISBN 978-83-68472-33-2

Wydawnictwo Poradnia K Sp. z o.o. Prezes: Joanna Bażyńska 00-544 Warszawa, ul. Wilcza 25 lok. 6 e-mail: [email protected]

Poznaj nasze inne książki. Zapraszamy do księgarni:www.poradniak.plfacebook.com/poradniaklinkedin.com/company.poradniakinstagram.com/poradnia_k_wydawnictwotiktok.com@poradnia_k

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Książkę tę poświęcam

mojej Matce i Siostrze

Gorąco dziękuję Marii Hirszowicz za to, że przed laty namówiła mnie do opisania moich wojennych przeżyć. Ze smutkiem i z wdzięcznością wspominam Łukasza Hirszowicza, którego światłe rady i słowa zachęty pomogły mi w tym trudnym zadaniu.

Z wieloletnim opóźnieniem dziękuję serdecznie Jerzemu Jedlickiemu, gdyż za Jego to sprawą powstała polska wersja książki.

Annie Zeidler-Janiszewskiej i Romanowi Kubickiemu wielkie dzięki za ich inicjatywę i starania, aby ukazało się niniejsze wydanie Zimy o poranku.

I wreszcie dziękuję Zygmuntowi, który musiał pogodzić się z moją „nieobecnością”, kiedy pisząc najpierw angielską, a potem polską wersję książki, dwukrotnie odchodziłam w nieznany mu świat mojej wczesnej młodości.

Słowo wstępne

Minęło prawie czterdzieści lat, nim poczułam się gotowa do napisania tej książki. W tym czasie rzadko wspominałam przeszłość. Nigdy nie mówiłam o niej z Matką i Siostrą. Nigdy nie opowiedziałam córkom o swoich przeżyciach. Wolałam zapomnieć. Przerażające obrazy powracały tylko w snach.

Nie próbowałam też nigdy wydać drukiem moich notatek i opowiadań napisanych w czasie wojny – przez długie lata leżały zapomniane w warszawskiej szufladzie. Wróciłam do nich dopiero po śmierci Matki, gdy wśród Jej licznych pamiątek znalazłam przepisane przez Nią własnoręcznie fragmenty moich młodzieńczych utworów. Dopiero wtedy, na początku lat osiemdziesiątych, w moim angielskim domu w Leeds, poczułam, że nadszedł czas, by wziąć się do pisania.

Pogrążyłam się głęboko w przeszłości, zapominając o moim rzeczywistym wieku i stając się znów dziewczynką. Zadziwiające, jak wiele można sobie przypomnieć, gdy raz podjęło się decyzję, by przeżyć ponownie miniony czas, rok po roku, miesiąc po miesiącu... Starałam się być wierna nie tylko faktom, lecz również moim własnym myślom i uczuciom z owych czasów. Robiłam świadomy wysiłek, żeby nie dopuścić, by moja obecna wiedza i tok rozumowania osoby dojrzałej zniekształciły to, co zapamiętałam. Pragnęłam wrócić do tamtego życia, do tamtych miejsc i wydarzeń – takich, jakimi je wtedy widziałam. Ten świat jednakże był ciasnym, ograniczonym światem kilkunastoletniej dziewczynki, która żyła w strachu, w zamknięciu, nie wiedząc nic o wielu ważnych sprawach i zdarzeniach. Dlatego też ta opowieść nie jest i nawet nie próbuje być dokumentem historycznym.

Pragnę, by moja książka była hołdem złożonym pamięci tych niezliczonych osób, które pomogły mojej Matce i Siostrze, i mnie samej przetrwać wojnę. Byli to mężczyźni i kobiety w różnym wieku, o różnym pochodzeniu społecznym i wykształceniu. Motywy, dla których narażali własne życie, by nam pomóc, były nie mniej różnorodne niż ich charaktery.

W czasie wojny poznałam prawdę, którą na ogół woli się pomijać milczeniem – że najokrutniejszym aktem okrucieństwa jest odczłowieczenie ofiar przed ich unicestwieniem. I że najtrudniejsza ze wszystkich jest walka o pozostanie człowiekiem w nieludzkich warunkach.

Janina Bauman

ROZDZIAŁ 1

Niewinne lata

Słoneczna plama na sosnowych deskach podłogi wczesnym rankiem; jękliwy zgrzyt tramwaju skręcającego na Plac Teatralny; równomierny stukot kopyt końskich późną nocą – to najodleglejsze wspomnienia z mojego dzieciństwa. Mieszkaliśmy wtedy na ulicy Senatorskiej pod numerem dziesiątym. Później, gdy Ojciec stał się na tyle znany w Warszawie, by otworzyć prywatną przychodnię, i gdy urodziła się moja siostra Zosia, przeprowadziliśmy się na Sienną i zamieszkaliśmy w domu pod numerem piątym. W miejscu, gdzie niegdyś stał ten olbrzymi dom z trzema bramami wychodzącymi na Sienną, Wielką i Zielną, wznosi się dziś Pałac Kultury i Nauki czy raczej któreś jego skrzydło.

Dorastałam w szczęśliwej rodzinie. Ojciec, Szymon Lewinson, był lekarzem, leczył chore pęcherze i usuwał kamienie z nerek, a czasem całe nerki. Ojciec Mamy, dziadek Aleksander Fryszman, robił to samo, ale miał znacznie większy rozgłos w Warszawie, i to już na długo przed moim przyjściem na świat. Mój drugi dziadek, ten od strony Ojca, dopóki nie zbankrutował, posiadał sklep z instrumentami muzycznymi na Nowym Świecie. Zachowałam go w pamięci jako skromnego starszego pana, który zawsze miał dla mnie czas i okazywał mi wielką czułość. W jakiś dziwny sposób wiedziałam, że dziadek Maks i babcia Wiera byli niezamożni i zależni finansowo od mojego Ojca, podczas gdy rodzicom Mamy, dziadkom z ulicy Granicznej, powodziło się bardzo dobrze. Powodziło im się tak dobrze nie tylko dlatego, że dziadek Aleksander był doskonałym lekarzem, lecz również dzięki posagowi, który wniosła babcia Ewa. Rodzina babci była bardzo zamożna i należała do śmietanki towarzyskiej. Pradziadek, Majer Rundstein, przez długie lata sprawował funkcję prezesa Gminy Żydowskiej oraz ławnika miasta Warszawy.

Miałam mnóstwo wujków, stryjków i ciotek. Przeważnie byli oni lekarzami, choć czasem zdarzał się jakiś prawnik czy inżynier. Z wyjątkiem pradziadka, który umarł, zanim się urodziłam, nikt w mojej wielkiej rodzinie nie mówił po żydowsku – przynajmniej w domu. Nikt nie nosił brody, pejsów ani chałata. Nikt nie chodził do synagogi. Wszyscy członkowie rodziny byli wychowani w polskich tradycjach, przepojeni duchem polskiej historii i literatury. Wszyscy uważali się za Polaków, choć także za Żydów – byli świadomi swojego żydostwa o każdej porze dnia i nocy.

Gdy miałam pięć czy sześć lat, spytałam Ojca, co to znaczy „Żyd”. Nie pamiętam wszystkiego, co mi powiedział, i myślę, że było mu niesłychanie trudno wytłumaczyć tę sprawę nie tylko małemu dziecku, lecz również samemu sobie. Zapamiętałam natomiast następującą litanię: „Widzisz, moja kochana, twój tatuś jest Żydem, mama jest Żydówką, i ty sama, i Zosia... Stryjek Julek jest Żydem i wujek Stefan...”. „I ciocia Mania jest Żydówką” – podchwyciło pojętne dziecko. „Nie! – sprostował Ojciec z dużym zakłopotaniem. – Ciocia Mania nie jest Żydówką. Ciocia Mania jest chrześcijanką”. Ciocia Mania – najukochańsza ze wszystkich cioć – w istocie nie była wcale moją ciotką. Gdy Mama i jej dwaj młodsi bracia byli dziećmi, ciocia Mania była ich nianią i wychowawczynią. Gdy dorośli, pozostała w domu na ulicy Granicznej. Doglądała gospodarstwa dziadków i była uważana przez wszystkich za członka rodziny.

W naszym wielkim mieszkaniu na ulicy Siennej mieściła się przychodnia Ojca i żyło sześć osób: Rodzice, Zosia i ja, kucharka i pokojówka. Ponadto często kręciła się także jakaś niania lub wychowawczyni, czy też – nieco później – nauczycielka francuskiego. Osoby te „nastawały” i po pewnym czasie odchodziły. Nie cierpiałam ich, bo stanowiły nieprzekraczalną barierę między mną a Mamą. Mama była wiecznie zajęta, spiesząc się dokądś, zajmując się pacjentami, odpowiadając na niezliczone telefony albo naradzając się z kucharką, co ma być na obiad. W przerwach odpoczywała zamknięta w swojej sypialni. Tęskniłam za nią nieustannie. Za tym, żeby spędzić z nią cały dzień, od rana do wieczora, żeby spać w jej łóżku – co zdarzało się tylko wówczas, gdy byłam chora. Ojca widywałam jeszcze rzadziej. Pracował bardzo ciężko. Wychodził do szpitala o świcie, gdy jeszcze spałam, po południu przyjmował pacjentów w swoim gabinecie, a wieczorem odbywał wizyty domowe, czasem do późnej nocy. Od wczesnego dzieciństwa bałam się, że Rodzice mogą nagle umrzeć. Gdy wieczorem wychodzili na kolację do dziadków z Granicznej albo do kina czy teatru, nie mogłam zasnąć, bo wyobrażałam sobie, że właśnie umarli i nigdy już nie wrócą. Drżąc ze strachu i z zimna, stałam w nocnej koszuli przy oknie pokoju dziecinnego i patrzyłam z góry na wyciszoną już i przyciemnioną nocą ulicę, dopóki zza rogu nie wyłoniły się dwie znajome postacie. Dopiero wtedy wracałam do łóżka. Nie mówiłam nigdy nikomu o tych moich nocnych strachach i długich godzinach czuwania. To był mój sekret.

Z jakichś tajemniczych powodów nie posłano mnie do szkoły, póki nie skończyłam jedenastu lat. Wraz z sześciorgiem czy siedmiorgiem innych dzieci i pod kierunkiem prywatnej nauczycielki uczyłam się w domu – własnym bądź cudzym. Już na początku maja wysyłano mnie wraz z Zosią „na wieś”, czyli do Konstancina, który w owych czasach był bardzo elegancką miejscowością wypoczynkową. We wczesnych latach trzydziestych dziadek Aleksander postawił tam dużą nowoczesną willę dla użytku całej rodziny. Babcia Ewa spędzała w Konstancinie całe lato, a liczni krewni przyjeżdżali na kilka dni czy tygodni. Pod czułą opieką cioci Mani, która była sercem i duszą tego wakacyjnego domu, przebywałyśmy tam z Zosią aż do późnego września, zgodnie z panującym ogólnie przekonaniem, że latem dzieci powinny być na wsi. Może dlatego właśnie uczyłyśmy się w domu, żeby nie trzeba było stosować się do szkolnego kalendarza. Tak więc znaczna część mojego dzieciństwa upływała w wielkim ogrodzie pełnym owoców i kwiatów, wśród okolicznych pól, łąk i lasów obfitujących w grzyby i jagody. W późniejszym życiu, uwięziona w murach warszawskiego getta lub kryjąc się w ciemnych i dusznych norach, a także już po wojnie, dorosła i wolna, śniłam po nocach i marzyłam za dnia o zielonym krajobrazie mojego dzieciństwa.

W czasie wakacji letnich ciocia Mania zabierała mnie często po zakupy do Jeziorny, pobliskiego miasteczka. Było to wtedy bardzo brudne i bardzo biedne miasteczko, zamieszkane głównie przez ubogą ludność żydowską. Pamiętam małe dzieci siedzące na wyboistej drodze w pobliżu nędznych domków. Bawiły się zużytymi lepami na muchy, czarnymi od martwych owadów. Żywe muchy bzykały, wplątując się w ciemne i skołtunione włosy tych dzieci, siadały na ich umorusanych twarzyczkach, pełzały po bosych stopach. Dzieciaki nie oganiały się nawet, były widocznie przyzwyczajone. Ich ojcowie byli domokrążcami lub drobnymi rzemieślnikami. Mieli długie brody i czarne chałaty. Matki nosiły niechlujne peruki. Wszyscy oni mówili obcym językiem, którego nie rozumiałam. Gdy odzywali się czasem po polsku, brzmiało to strasznie śmiesznie.

Odmienność, obcość tych ludzi, którzy – podobnie jak my – byli Żydami, niepokoiła i zadziwiała mnie od najwcześniejszych lat. Widywałam ich także w Warszawie, przeważnie w Ogrodzie Saskim, ale najczęściej w poczekalni mojego Ojca. Niektórzy wyglądali bardzo biednie, a niektórzy nie. Ale jedni i drudzy wydawali mi się tak samo obcy i oblatywał mnie strach, ilekroć musiałam przejść przez korytarz, gdzie siedzieli i gadali bardzo głośno i niezrozumiale, czekając, żeby Ojciec ich przyjął. Bałam się ich, a może też trochę pogardzałam nimi, jak to bywa z dziećmi, gdy napotykają ludzi, których mowa jest śmieszna, a wygląd odmienny. Przede wszystkim jednak zachodziłam w głowę, dlaczego my i oni mamy ze sobą coś wspólnego, a mianowicie nazwę „Żydzi”, podczas gdy inni ludzie, nawet tak bliscy i kochani jak ciocia Mania, Żydami nie są – i nie mogą być, choćby nawet chcieli. Ten podział najwyraźniej nie miał nic wspólnego z biedą i bogactwem. Istnieli przecież biedni Żydzi – jak ci w Jeziornie, zamożni Żydzi – jak my, a także bardzo bogaci Żydzi – jak teściowie wujka Jerzego, którzy posiadali bank i kiedy przyjeżdżali z wizytą do Konstancina, mieli zawsze na sobie złoto i brylanty.

Mówiono, że Żydów można poznać po długich garbatych nosach, czarnych oczach i ciemnych kręconych włosach. Ale i to nie miało sensu. Stryj Józef na przykład był blondynem o niebieskich oczach, moje oczy były jasnozielone i mieliśmy kilka prostych nosów w rodzinie. Więc co? Może kościół, religia? Żydzi nie chodzili do kościoła i my nigdy tam nie chodziliśmy. Żydzi chodzili do synagogi. Ale do synagogi my też nigdy nie uczęszczaliśmy. Podobnie jak nie-Żydzi, miałam w domu choinkę w czasie świąt Bożego Narodzenia, ale w odróżnieniu od nie-Żydów brałam także udział w uroczystościach, które odbywały się dwa razy do roku w domu prababci. Wiosną nazywało się to Pesach, czyli Wielkanoc, a jesienią – Rosz Haszana, czyli Nowy Rok. Siedzieliśmy wszyscy przy bardzo długim stole, czy raczej przy kilku stołach rozstawionych wzdłuż dwóch ogromnych pokojów. Prababcia, półgłucha i niesympatyczna, siedziała u głowy stołu, a ja jako najmłodsza – bo Zosia była za mała, zostawała więc w domu – tuż obok niej. Jedliśmy rybę faszerowaną, rosół z pulpetami i mnóstwo słodyczy, a jeśli to był Pesach – również jajka na twardo w słonej wodzie i macę. Na stole paliły się długie świece w srebrnych lichtarzach. Pozwalano mi pić słodkie i lepkie wino, które nazywało się Carmel. Miałam obowiązek zapewniać prababcię, że smakuje mi ryba, co było prawdziwą męką, ponieważ ona nic nie słyszała i tylko wciąż zrzędliwie pytała: „Czego chcesz, dziecko?”. Młodzi wujkowie i ciocie robili mnóstwo zamieszania, ciskając w siebie nawzajem włoskimi orzechami. To chyba wszystko, co zapamiętałam.

Podejrzewałam, że te nasze uczty świąteczne są jedynym powodem tego, że jesteśmy Żydami. Ale jeśli tak, to może nie opłacało się być Żydem czy Żydówką. Gdybym nie była Żydówką, mogłabym w Boże Ciało chodzić z procesją w białej sukience i wianku na głowie i sypać kwiaty pod nogi księdza. Sprawiłoby mi to większą przyjemność niż „długi stół”.

Wiedziałam też, że niedobrze jest być Żydem. Widywałam czasem na ulicach napisy: „Nie kupuj u Żyda!”, a raz zobaczyłam na jakimś murze wierszyk: „Dasz złotówkę w łapę Żyda, on ją na komunę wyda!”. Nie miałam pojęcia, co to jest „komuna”, ale nie podobała mi się ta „łapa”. Kiedy indziej byłam świadkiem, jak jakiś przechodzień nawymyślał innemu przechodniowi od „parszywych Żydów”. Gdy opowiedziałam o tym Mamie, wytłumaczyła mi, że niektórzy ludzie bardzo nie lubią Żydów. „To są antysemici” – powiedziała. Nie znałam osobiście żadnego antysemity. Lubili mnie wszyscy, byłam tego pewna. Żeby upewnić się ostatecznie, spytałam kiedyś naszą pokojówkę Stasię, czy mnie lubi. „Pewnie, że cię lubię, moja ty cicha myszko – powiedziała. – A kto by cię tam nie lubił!” To mi nie wystarczyło. „Ale czy Stasia lubi Żydów?” – nalegałam. Była bardzo zdziwiona. „Nie. Ani trochę ich nie lubię”. „Ale dlaczego?” „Bo Żydzi są źli. Oni nienawidzili Pana Jezusa i kazali go zamordować”. Ta wiadomość zaskoczyła mnie i zmartwiła. Pan Jezus był przecież taki dobry. Któż mógł życzyć mu śmierci? Na pewno nie my. Ale też nie ci czarni, hałaśliwi ludzie z poczekalni Ojca. To było niemożliwe. Pan Jezus żył wszakże przed wiekami, kiedy lata biegły jeszcze w odwrotnym kierunku.

Nieco później dowiedziałam się, że gdy się bardzo chciało, można było przestać być Żydem. Ojciec miał trzech braci. Władek był dziennikarzem, Julek doktorem, a Józio – ten blondyn z niebieskimi oczami – inżynierem. Miałam chyba dziewięć lat, gdy Władek się wychrzcił i ożenił z chrześcijanką. W rodzinie dużo się o tym mówiło, przeważnie szeptem. Nie pamiętam, żebym później często widywała Władka. Upłynęły dwa lata, zanim odwiedziliśmy go po raz pierwszy w jego skromnym mieszkaniu na Szczyglej, gdzie żył z Haliną, tą swoją nieżydowską żoną i maleńkim synkiem Jureczkiem.

Wkrótce po wychrzczeniu się Władka, leżąc w łóżku późnym wieczorem, podsłuchałam raz kłótnię Ojca ze stryjkiem Józiem, który przyszedł na kolację. Ojciec, który był niezwykle łagodnym i cichym człowiekiem, tym razem podniósł głos i beształ swojego młodszego brata z niezwykłą u niego pasją. „Nigdy! Nigdy w życiu! – krzyczał. – Czy nie masz żadnej godności?! Rób, co chcesz, ale nie przychodź do mnie po błogosławieństwo”. „A Władek? Co z jego poczuciem godności? – pytał z gniewem Józio. – Przecież pogodziłeś się bez protestu z tym, co on zrobił!” „Ani nie poparłem, ani nie potępiłem jego decyzji. Był w szczególnej sytuacji. Zakochał się w Halinie i chciał się z nią ożenić”. „Dlaczego nie chcesz zrozumieć mojej sytuacji? – rozpaczał Józio. – Ja się duszę, nie mogę już tak dłużej!... Pomyśleć tylko, jak daleko mógłbym zajść, gdybym nie był...” „To jest właśnie to, czego nienawidzę i czym głęboko pogardzam! – grzmiał Ojciec. – Strojenie się w cudze piórka, wypieranie się tego, kim się jest, nawet własnego nazwiska, po to tylko, by ułatwić sobie życie i zrobić karierę! To jest właśnie brak wszelkiej godności!”

Tej nocy, w wieku lat dziewięciu, zrozumiałam bardzo ważną rzecz: że trzeba być zawsze sobą, nigdy nie udawać, że jest się kimś innym. Że muszę być Żydówką, skoro się nią urodziłam, nawet jeśli nie rozumiem, co to znaczy. Że muszę los swój znosić z godnością i nigdy nie wypierać się swego pochodzenia. Osiem lat później się wyparłam. Nie z własnego wyboru. Zależało od tego moje życie.

Stryj Józio nie wychrzcił się nigdy. Ale zginął nie dlatego, że był Żydem, tylko dlatego, że był polskim oficerem. Zamordowano go w Katyniu razem z moim Ojcem.

Nie usiłuję bynajmniej sugerować, że moje dzieciństwo upływało na rozważaniu zawiłej kwestii mniejszości narodowej w Polsce. Pamiętam je przede wszystkim jako ciepły i jasny czas nowych doznań zmysłowych i uczuciowych, czas rozbudzonej wyobraźni i wrażliwości na piękno, które mnie otaczało, czas pierwszych książek przeczytanych samodzielnie i pierwszych gorących przyjaźni.

To babcia Wiera cierpliwie uczyła mnie czytać, gdy miałam pięć lat. Wyznać muszę, że nie przepadałam za nią. Była nieco oschła. Okazywała mi znacznie mniej czułości niż dziadek Maks czy babcia Ewa. A przecież to właśnie ona nauczyła mnie czytać, za co jestem jej wdzięczna przez całe życie.

Tak więc miałam już za sobą mnóstwo przeczytanych książek, gdy w wieku lat siedmiu rozpoczęłam regularną naukę na komplecie panny Ludwiki Kramsztyk. Tam też poznałam Renę i Zulę, moje pierwsze przyjaciółki. Rena była cichą, subtelną dziewczynką o sennym spojrzeniu i miłym sposobie bycia. Żyła w cieniu swojej o dwa lata starszej siostry Joasi, która uchodziła za piękność i miała masę przyjaciół. W przeciwieństwie do siostry Rena niełatwo nawiązywała przyjaźnie i trzymała się zwykle na uboczu. Ponieważ ja również byłam nieśmiała, poczułyśmy do siebie sympatię od samego początku znajomości. Obie lubiłyśmy czytać, wymieniałyśmy się więc książkami i potem o nich rozmawiałyśmy. Często odrabiałyśmy razem lekcje. Z Zulą było zupełnie inaczej. Przyłączyła się do kompletu nieco później, kiedy byłam już mniej nieśmiała. Płomiennie ruda, energiczna i wesoła była znakomitym kompanem do zabawy. Można z nią było gadać o byle czym, chichotać i robić kawały chłopcom. Żywo zainteresowana sprawami płci, opowiadała mi niestworzone historie o dorosłych, w które nie chciało mi się wprost wierzyć. Było przy tym zawsze dużo śmiechu i bardzo za to Zulę lubiłam. Przyjaźniłam się z nią, podobnie jak z Renatą, także później, gdy nasz komplet dawno już przestał istnieć.

We wrześniu 1937 roku, kiedy miałam jedenaście lat, posłano mnie wreszcie do szóstej klasy prywatnej szkoły powszechnej na ulicy Rysiej. Przełożona „Naszej Szkoły” była Żydówką, podobnie jak wszyscy nauczyciele i uczniowie. Ale nie była to szkoła żydowska, nie różniła się bowiem niczym od polskich, tyle tylko, że zamiast religii chrześcijańskiej uczono nas historii Żydów. Byłam bardzo szczęśliwa w tej szkole, uczyłam się dobrze i zawarłam nowe przyjaźnie. Hania, moja najlepsza przyjaciółka, była bardzo zdolna, bystra i mądra ponad swój wiek. Miałam o niej wysokie mniemanie i byłam dumna, że się ze mną przyjaźni. Nasza przyjaźń przetrwała wojnę.

W „Naszej Szkole” miałam także sporo dobrych kolegów i koleżanek. Po lekcjach wracałam zwykle do domu w grupie dziewcząt i chłopców, którzy po drodze dyskutowali poważne problemy. Wszyscy byli w moim wieku, ale zdawało mi się, że są starsi, bo wiedzieli dużo o sprawach, o których nie miałam zielonego pojęcia – chyba dlatego, że oni spędzili ponad połowę życia w szkole, a ja tkwiłam dotąd na tym swoim dziecinnym komplecie. Zależało mi niesłychanie, żeby nadrobić braki, i zasypywałam Rodziców pytaniami, na które nie zawsze mieli czas mi odpowiedzieć. Często więc zamiast do domu szłam prosto ze szkoły na Graniczną, żeby spytać, co babcia i dziadek sądzą o komunizmie, albo żeby podzielić się z nimi sensacyjną, choć mało prawdopodobną wiadomością, że kobiety raz w miesiącu znoszą jajka.

Pewnego razu moja koleżanka Jola, córka zamożnego przemysłowca i osoba najbardziej uświadomiona politycznie w całej klasie, spytała, komu sprzyjam: powstańcom hiszpańskim czy hiszpańskiemu rządowi. Wiedziałam wprawdzie, że w Hiszpanii toczy się wojna domowa, ale nic poza tym. Po chwili głębokiego namysłu odpowiedziałam, że życzę zwycięstwa powstańcom. Podstawą takiego stwierdzenia było moje święte przekonanie, że powstańcy walczący przeciwko rządowi mają zawsze rację i że w powstaniach biorą udział prawdziwi patrioci i bohaterowie. Wiedziałam o tym dobrze, miałam przecież piątkę z historii Polski. Jednakże Jola orzekła, że jestem „czarna reakcja”, i aż do następnego dnia nie odezwała się do mnie ani słowem. Nieco później dowiedziałam się, że powstańcy hiszpańscy to faszyści, a więc wrogowie, a ci drudzy – to coś w rodzaju komunistów. Nie byłam pewna, czy komuniści są dobrzy, czy źli. Moi koledzy z Jolą na czele twierdzili, że dobrzy, ale babcia i dziadek z Granicznej byli przeciwnego zdania. Z Jolą wkrótce straciłam kontakt. Zaraz na początku wojny wyjechała z rodzicami do Ameryki i tam już została na zawsze.

O faszyzmie i Hitlerze wiedziałam dużo. Rodzice i krewni często na ten temat rozmawiali. Latem 1937 roku przyjechała z Berlina ciotka Mamy i spędziła z nami wakacje w Konstancinie. Była jakaś nerwowa i smutna i zawsze ciężko wzdychała, gdy opowiadała nam o tym, co się dzieje w Niemczech. Zniżała głos do szeptu i rzucała dokoła trwożne spojrzenia, ilekroć miała powiedzieć słowo „Hitler”. Zrozumiałam, że „Hitler” to ordynarne słowo, którego nie wypada głośno wymawiać. Za każdym razem, gdy w salonie była mowa o przyszłości – o następnych wakacjach czy powtórnym spotkaniu rodzinnym – ciocia Genia wzdychała: „Dożyjmy tylko przyszłego roku!”. Czułam, że tak naprawdę to nikt nie wierzy w to, co ona nam opowiada. Podejrzewaliśmy ją wszyscy o początki sklerozy czy też obłędu, bo jak inaczej można było wytłumaczyć sobie te jej trwożne szepty i spojrzenia? Poczuliśmy ulgę, gdy odjechała do Berlina. Nie zobaczyliśmy jej nigdy więcej. Zginęła w obozie koncentracyjnym, zanim jeszcze rozpoczęła się wojna.

A jednak po wizycie berlińskiej ciotki pozostało we mnie niejasne uczucie zagrożenia, które nasilało się wraz z upływem czasu. Prasa i radio donosiły o kolejnych posunięciach Hitlera, ludzie mówili o nich z wielkim niepokojem, a byłam już na tyle rozumna, by słuchać i odczuwać lęk. Gdy w marcu 1938 roku Niemcy dokonały aneksji Austrii, wydawało się, że wojna wybuchnie lada chwila.

Te groźne wydarzenia nie miały jednak bezpośredniego wpływu na moje życie. Byłam nadal szczęśliwa w „Naszej Szkole”, choć boleśnie świadoma, że ten błogi czas zbliża się ku końcowi: czekały mnie egzaminy wstępne do gimnazjum.

Jeszcze przed moim przyjściem na świat rodzice postanowili, że zgodnie z tradycją rodzinną będę w przyszłości lekarzem. Było to dla mnie oczywiste od najmłodszych lat. Ale planom tym groziło niepowodzenie. W Polsce lat trzydziestych trudno było dostać się na medycynę. Dla młodzieży żydowskiej było to prawie niemożliwe. Mimo że na uniwersytetach nigdy nie wprowadzono numerus nullus, istniała jednak klauzula ograniczająca do minimum liczbę Żydów przyjmowanych na studia, a zwłaszcza na studia prowadzące do tak prestiżowych zawodów jak medycyna. Jedyną, jak się zdaje, szansę dostania się na medycynę dawało świadectwo ukończenia państwowego gimnazjum. Ale i tu czyhała ta sama przeszkoda: liczba żydowskich dzieci przyjmowanych do państwowych szkół również była ściśle ograniczona. Trzeba było być bardzo zdolnym i zdać egzaminy wstępne z najwyższymi ocenami, aby zostać przyjętym. To Ojciec, pragnąc, bym w przyszłości została lekarzem, skłonił mnie do podjęcia tej próby.

W czerwcu 1938 roku przystąpiłam więc do bodaj najtrudniejszych w moim życiu egzaminów, w głębi duszy licząc na to, że zdam kiepsko i w ten sposób uniknę męki, jakiej spodziewałam się w państwowej szkole. Niestety, zdałam widocznie bardzo dobrze, bo przyjęto mnie do żeńskiego gimnazjum państwowego imienia Klementyny z Tańskich Hoffmanowej.

Tego roku wakacje letnie były dla mnie pozbawione wszelkiego uroku. Bałam się jesieni, która oznaczała rozpoczęcie roku szkolnego. W sierpniu Mama zabrała Zosię i mnie do Sopotu (który wtedy nazywał się Zoppot). Po raz pierwszy zobaczyłam morze, co było dla mnie wielkim przeżyciem. Starałam się nie myśleć o wrześniu. Pewnego dnia pojechałyśmy do Gdańska, o którym dużo wiedziałam z historii i literatury. Ku naszemu wielkiemu rozczarowaniu nie zobaczyłyśmy nic w tym starym i pięknym mieście oprócz wielkich czerwonych flag z czarnymi swastykami. Prastare mury Gdańska były nimi szczelnie zasłonięte. Liczne oddziały hitlerowców w czarnych mundurach i czerwonych opaskach ze swastykami maszerowały po głównych ulicach w takt ogłuszających dźwięków dętej orkiestry, śpiewając swoje faszystowskie pieśni. Całe miasto rozbrzmiewało rozpasaną uciechą przyszłych zwycięzców. Polscy przechodnie przyglądali się im z lękiem i nienawiścią. Uciekłyśmy zaraz z powrotem do Sopotu. Zabrałam ze sobą lepkie uczucie lęku i nienawiści.

Nadszedł wrzesień, ciepły i słoneczny, i oto znalazłam się w nowej szkole, która już z góry napawała mnie przerażeniem i niechęcią. Mój los okazał się jeszcze gorszy, niż się spodziewałam. Byłam jedyną Żydówką – nie tylko w klasie, ale w całym gimnazjum. W liceum była jeszcze jedna Żydówka, lecz nie miałam z nią kontaktu. Czułam się źle w tej szkole od pierwszego dnia, a później byłam tam nieszczęśliwa przez następnych dziesięć miesięcy. Może się mylę, ale z perspektywy długich lat wydaje mi się teraz, że głównym źródłem mojego ówczesnego cierpienia był własny charakter. Przekonanie, że jestem niepożądana w klasie, w całej szkole, że wszyscy uważają mnie za obcą i gorszą, że jestem w tej sytuacji sama jedna, wystarczało, bym czuła się nieszczęśliwa, nawet jeśli nie okazywano mi wyraźnej wrogości.

Męką było stanie bez słowa wśród czterdziestu trzech koleżanek, gdy odmawiały poranną lub końcową modlitwę i żegnały się znakiem krzyża po słowie „Amen”. Ogarniała mnie rozpacz, gdy w czasie lekcji religii musiałam wciąż tłumaczyć przechodzącym nauczycielom, z jakiego powodu przebywam na korytarzu, czytając książkę, zamiast uczyć się pilnie w klasie. Ksiądz, który nauczał religii, był młody i sympatyczny. Uśmiechał się do mnie przyjaźnie za każdym razem, kiedy wchodził do klasy, a ja właśnie z niej wychodziłam. Raz zdobyłam się na odwagę i spytałam nieśmiało, czy mogłabym zostawać na lekcji i słuchać. Powiedział, że oczywiście, i nawet wydawał się zadowolony. Odtąd zostawałam na lekcjach religii. Interesowały mnie bardzo – wiara chrześcijańska z jej ziemskimi atrybutami była dla mnie czymś zupełnie nowym. Nauczyłam się wielu rzeczy, co później bardzo mi się przydało.

Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek miała jakieś zatargi z nauczycielami. Przypuszczam, że mnie lubili, bo byłam spokojną dziewczynką i dobrą uczennicą. Nawet nauczycielka matematyki, ładna i energiczna osoba w wieku lat trzydziestu paru, wydawała się mi sprzyjać, mimo że nienawidziłam „matmy” i byłam w tym przedmiocie kiepska. Matematyczka była wychowawczynią naszej klasy, raz czy dwa razy w tygodniu przychodziła więc pogadać z nami na tematy mające niewiele wspólnego z ułamkami czy równaniami. Raz w czasie godziny wychowawczej wygłosiła płomienną mowę, wzywając nas do bojkotowania żydowskich sklepów, gdzie często kupowałyśmy materiały piśmienne i inne rzeczy. Mówiła także z przejęciem, że powinnyśmy chodzić tylko do chrześcijańskich kin, żeby nie napychać naszymi złotówkami żydowskich kieszeni. Podała nam nawet listę tych kin. Prawdę mówiąc, było ich w Warszawie bardzo niewiele. Później nie miałam nigdy ochoty zwracać się w osobistych sprawach do swojej wychowawczyni, mimo że nadal była mi ona całkiem życzliwa.

Moim ulubionym przedmiotem był język polski i uwielbiałam „panią”, która go nauczała. Pani Kwaskowska była stara – tak mi się przynajmniej wtedy wydawało, miała bowiem pod pięćdziesiątkę – i uchodziła w moich oczach za wzór nauczycielki. Wymagająca, ale sprawiedliwa, nieskora do pochwał czy nawet uśmiechów, posiadała bogatą wiedzę i duże doświadczenie pedagogiczne. Niełatwo było zarobić u niej na wysoki stopień. Mimo to wiedziałam, że mnie ceni. Zdarzało się, że chwaliła moje wypracowania, a nawet kilkakrotnie odczytała je na głos w klasie. Moja znajomość literatury również musiała budzić jej uznanie, bo było jasne, że jestem bardziej oczytana niż moje koleżanki. Spodziewałam się piątki na półrocze. Ku mojemu gorzkiemu rozczarowaniu dostałam zaledwie czwórkę, podobnie jak osiem czy dziesięć innych uczennic. Piątki nie dostał nikt, ale słaba to była pociecha, bo przecież wiedziałam, że jestem lepsza od „czwórkowych”.

Podejrzewałam wtedy – i nadal podejrzewam – że przyczyną tej niesprawiedliwej oceny było moje żydowskie pochodzenie. Myślę, że pani Kwaskowskiej musiało być przykro, że żydowskie dziecko zna język i literaturę ojczystą lepiej niż czterdzieści trzy dziewczynki, w których żyłach płynęła czysta polska krew. Mogłabym się założyć, że zaniżając moją ocenę, zrobiła to nie dlatego, że moja piątka byłaby źle widziana przez władze szkolne – przypuszczam, że sama wierzyła w to, że takie wyróżnienie byłoby krzywdą dla innych uczennic. Po raz pierwszy w życiu doświadczyłam niesprawiedliwości i bolało mnie to ogromnie, tym bardziej że niesprawiedliwa okazała się osoba, dla której miałam przedtem tak wielkie uznanie.

Stosunki z nauczycielami miały dla mnie jednak mniejsze znaczenie niż sposób, w jaki odnosiły się do mnie koleżanki. Większość ich znikła z mojego życia i pamięci po tym jednym roku wspólnej nauki. Zapomniałam już, jak się nazywały i jak wyglądały. Pamiętam jedynie te, które były mi wrogie, te, które chciały się ze mną przyjaźnić, oraz „elitę”, to jest grupę przodujących uczennic, które okazywały mi chłodną obojętność.

Miałam w klasie trzy zawzięte nieprzyjaciółki. Dwie były wyrośnięte i o dwa lata ode mnie starsze, ponieważ wskutek kompletnego braku zdolności i zapału do nauki powtarzały klasę po raz trzeci. Później, już w czasie wojny, jedna z nich zaniechała dalszych wysiłków i wybrała „lekkie życie”, czyli włóczenie się z niemieckimi żołnierzami. Te dwie oślice były zmorą nauczycieli, ale także moją, bo uwzięły się, żeby w mojej obecności oczerniać Żydów. Robiły to codziennie i z prawdziwą przyjemnością. Inne dziewczynki chichotały. Nikt nie powiedział, żeby się zamknęły. Ja też milczałam. Wolałam udawać, że nie słyszę. Moja trzecia nieprzyjaciółka też była duża i silna, choć spędzała zaledwie drugi rok w tej samej klasie. Ta była zresztą całkiem inteligentna, tyle że niepoczytalna. Obrała sobie mnie za ofiarę i siedząc podczas lekcji tuż za mną, dokuczała mi, jak mogła. Robiła to nie za pomocą słów, lecz czynów. Ciągnęła mnie za warkocze, szczypała w ramię, kopała w kostkę pod ławką, darła moje zeszyty i podręczniki i przywłaszczała sobie bezczelnie moje pióra, ołówki i gumki. Nie byłam silna i nie odpowiadała mi walka fizyczna, duma zaś nie pozwalała mi zwracać się ze skargą do nauczycieli. Przybierałam więc maskę wyniosłej obojętności i – podobnie jak w wypadku dwóch oślic – udawałam, że jej szykany w ogóle mnie nie obchodzą. To przyprawiało ją o wściekłość. Inne dziewczęta, a przynajmniej te, które siedziały blisko, wiedziały dobrze, co się święci, ale nie opowiadały się ani po jej, ani po mojej stronie.

Otwarta wrogość trzech dręczycielek była dla mnie znacznie mniej bolesna niż chłód, z jakim traktowały mnie poważne i inteligentne dziewczęta, z którymi miałam ochotę się zaprzyjaźnić. Stanowiły one wyraźną grupę i czołówkę klasy, szanowaną przez nauczycieli i większość uczennic. Droga do niej była dla mnie zamknięta. Może dlatego, że dziewczynki nie chciały uznać mnie za „swoją”, a może też dlatego, że byłam zbyt dumna, by zrobić pierwszy krok. Nasze wzajemne stosunki były poprawne, lecz pozbawione ciepła.

Czułabym się zupełnie samotna, gdyby nie kilka życzliwych, choć niezbyt rozgarniętych dziewcząt, które uczyły się z wielkim mozołem i nikłą nadzieją na otrzymanie bodaj dostatecznych ocen. Zawsze zwracały się do mnie – a nie do kogoś innego – o pomoc w odrabianiu lekcji. Pomagałam im z chęcią, a one lubiły mnie, szczerze i serdecznie, i wcale nie tylko dlatego, że mnie potrzebowały. Spędzałam z nimi wszystkie przerwy, nikt więc nie mógł podejrzewać, że w gronie pięciu czy sześciu koleżanek jestem właściwie samotna.

Żydowskie pochodzenie było jedną z dwóch przyczyn mojego wyobcowania. Należałam do zamożnej i wykształconej rodziny, podczas gdy moje koleżanki były w większości córkami robotników i drobnych rzemieślników. Niektóre były bardzo ubogie. Szkoła państwowa, w której obowiązywało minimalne czesne, była przeznaczona dla takich jak one, a nie dla takich jak ja. Byłam więc podwójnie „obcym ciałem” w gimnazjum imienia Klementyny z Tańskich Hoffmanowej i dziś jeszcze czuję żal do Rodziców, że mnie tam posłali.

Mając lat dwanaście, później prawie trzynaście, prowadziłam podwójne życie. Moje dni powszednie stanowiły jedno wielkie pasmo niedoli, moje wieczory i niedziele były bardzo szczęśliwe. Raz w tygodniu, wieczorami, jeździłam na lekcje religii obowiązujące wszystkich żydowskich uczniów gimnazjów państwowych. W klasie było piętnaście dziewcząt w wieku od dwunastu do siedemnastu lat, zebranych ze wszystkich państwowych szkół żeńskich Warszawy. Przebywanie z nimi przynosiło mi ulgę, ponieważ z tego, co mówiły, wynikało, że nie ja jedna cierpiałam w szkole. Jeździłam na lekcje religii z moją dawną koleżanką z „Naszej Szkoły”. Spotykałyśmy się na przystanku tramwajowym i po lekcji wracałyśmy razem. Irka nigdy przedtem nie była mi szczególnie bliska, ale teraz miałyśmy ze sobą dużo wspólnego. Patrzyłam na nią z podziwem, bo radziła sobie ze swoją sytuacją lepiej niż ja. Mimo że także była jedyną Żydówką w klasie, nie wydawała się szczególnie nieszczęśliwa z tego powodu. Może dlatego, że w odróżnieniu ode mnie pochodziła z niezbyt zamożnej rodziny, a może też dlatego, że była znacznie mniej niż ja nieśmiała i podejrzliwa. Lekcje religii, czy raczej historii Żydów, były dla mnie mniej ciekawe niż lekcje religii chrześcijańskiej, którym przysłuchiwałam się w szkole. Ale z nich również dowiedziałam się sporo i mogłam teraz wybierać między dwiema wiarami. Niemniej jednak obie pozostały mi obojętne.

Przyjemne były domowe wieczory. Po odrobieniu lekcji i godzinie nauki francuskiego czytałam albo bawiłam się z Zosią. Zosia, o niecałe cztery lata młodsza ode mnie, była świetnym kompanem do zabawy. Za pomocą krzeseł i prześcieradeł budowałyśmy namioty, żeby spędzać czas w krainie wróżek, z którymi byłyśmy na „ty”, prowadziłyśmy Bank Słodyczy i laboratorium medyczne (Zosia, gdy dorosła, została mikrobiologiem), wydawałyśmy też własny tygodnik pod nazwą „Powszechny Wędrowiec” – przeznaczony był dla Rodziców, dziadków i każdego, kto miał ochotę go czytać. Czasem urządzałyśmy demonstracje: maszerowałyśmy po mieszkaniu z transparentami i sztandarami własnej produkcji, protestując przeciwko obowiązkowi noszenia wełnianych rajtuzów.

Bardzo lubiłam czytać i miałam w domu sporą biblioteczkę, a także lampkę na nocnym stoliku. Pozwalano mi czytać w łóżku, dopóki nie zasnę, pochłaniałam więc książki jedną po drugiej. Niestety, poza klasycznymi powieściami były to tylko książki dla młodzieży. Pierwszą „dorosłą” książką współczesnego autora, którą przeczytałam w wieku lat trzynastu, była Cytadela Cronina. Czytałam ją we wrześniu 1939 roku, w piwnicy, w czasie krótkich przerw między nalotami.

Ogromnie lubiłam odwiedzać dziadków z ulicy Granicznej, a że byłam już na tyle dorosła, by samodzielnie poruszać się po mieście, wpadałam do nich niespodzianie, przeważnie prosto ze szkoły. Mieszkanie dziadków miało dla mnie jakiś szczególny urok: przedziwny zapach, przyćmione światło, tchnienie ubiegłego wieku. Mieściło się na drugim piętrze starego domu i obfitowało w tajemnicze zakamarki, ciemne korytarzyki, skrytki i komórki, które czasem pozwalano mi penetrować. Znajdowałam tam staromodne zabawki, które niegdyś należały do Mamy i jej dwóch młodszych braci, Jurka i Stefana – pachnące kurzem ogromne pluszowe słonie i tygrysy, konie na biegunach, szmaciane lalki i ich pięknie umeblowane domy. Meble w mieszkaniu dziadków były jeszcze starsze niż zabawki, ponieważ babcia Ewa odziedziczyła je po swoich przodkach. Jako antyki musiały być bardzo cenne. Wielkie fotele o szlachetnych kształtach, rzeźbione komody i skrzynie, stolik „do szycia” stojący na pojedynczej, kunsztownie wygiętej nodze, pełen maleńkich szufladek, ciężkie kredensy i smukłe serwantki w niczym nie przypominały naszych mebli, które były jasne i połyskliwe i pachniały zawsze świeżą politurą. W mieszkaniu dziadków było także mnóstwo cennych przedmiotów z cienkiej porcelany i starego srebra. Na ścianach wisiały dziewiętnastowieczne ryciny przedstawiające sceny z mitologii greckiej i rzymskiej. W jednym z siedmiu pokojów, który nazywaliśmy salonem, stał wielki fortepian. Za młodu Mama grała na tym fortepianie, a gdy była „panną na wydaniu”, służył on zabawom tanecznym. Później, gdy Mama wyszła za mąż i opuściła dom rodzinny, a dziadek Aleksander, wiecznie zapracowany i zmęczony, nie miał już chęci urządzać przyjęć towarzyskich, salon przekształcił się w niewielką galerię sztuki. Rozmiłowany w malarstwie dziadek skupował obrazy polskich malarzy, którzy tworzyli na przełomie wieków, jak Chełmoński, Malczewski i Fałat. Wisiały one na ścianach salonu, ciasno, jeden przy drugim. Oglądałam je z wielkim zainteresowaniem, ilekroć przychodziłam na Graniczną. Rozpalały moją wyobraźnię. Był tam pejzaż ukazujący chłopa orzącego pługiem i dwoma końmi czarną i wilgotną glebę pod ogromnym niebem zawleczonym ciężkimi chmurami. Był także – niesłychanie żywy i nieco przerażający – autoportret artysty, chyba Malczewskiego, przy pracy. Fascynował mnie wyraz grozy na bladej twarzyczce dziewczynki o długich jasnych włosach, która ostrożnie, w dwóch palcach, trzymała martwego ptaka – dużą czarną wronę. Wśród dzieł z kolekcji miałam dwa ulubione obrazy. Jeden z nich był o co najmniej dwa stulecia starszy od wszystkich pozostałych i należał do szkoły holenderskiej. Był to maleńki obrazek oprawiony w grubą czarną ramę. Ukazywał myśliwych odpoczywających w lesie podczas przerwy w polowaniu. Miniaturowe barwne figurki mężczyzn, koni i psów posilających się bądź robiących siusiu pod drzewami zdawały się poruszać i wychodzić z ciemnego tła. Mój drugi ulubiony obraz, pędzla Malczewskiego, a może Fałata, był ogromny i przedstawiał księdza i rabina pogrążonych w namiętnej dyskusji. Rysy ich twarzy były ostre, wyraziste, oczy płonęły wiarą, dłonie zamarły w wymownych gestach. Gapiłam się na ten obraz godzinami, próbując zgłębić tę niesłychanie trudną do zgłębienia tajemnicę: dlaczego jedni rodzą się Żydami, a inni nie.

W domu na Granicznej jedno tylko miejsce nie miało nic wspólnego z przeszłością – pokój wujka Stefana. Meble w tym pokoju były lekkie, jasne i nowoczesne. Zamiast łóżka stał tam elegancki tapczan, a przy nim wielkie zagraniczne radio. Mój najmłodszy wujek wrócił właśnie z Anglii, gdzie przez rok czy dwa lata studiował ekonomię. Miał dwadzieścia parę lat, nie był jeszcze żonaty i rozglądał się dopiero za pracą. Był bardzo przystojny i dowcipny i „chodził” z panną, która była równie nadzwyczajna jak on. Jadzia miała dwadzieścia trzy lata, gdy ją poznałam, i była prawdziwą pięknością: miała wielkie zielone oczy i włosy koloru dojrzałych kasztanów. Ubierała się z wyszukaną elegancją. Stefan i Jadzia byli w sobie bardzo zakochani, a ja byłam zakochana w nich obojgu. Byli moimi bożyszczami. Nie mogłam pojąć, dlaczego nie biorą ślubu ani też dlaczego Jadzia tak rzadko bywa na Granicznej. Raz podsłuchałam jakąś rozmowę i zrozumiałam, że dziadek Aleksander sprzeciwiał się temu małżeństwu, bo Jadzia pochodziła z „gorszej” – biedniejszej czy może mniej wykształconej – rodziny. To mnie oburzyło. Moim zdaniem Jadzia była wyjątkowo mądra, oczytana i błyskotliwa. Miała również nieporównanie więcej wdzięku niż żona wujka Jerzego, choć tamta była córką bogatego bankiera.

W czasie moich niespodziewanych wizyt na Granicznej rzadko widywałam dziadka. Pracował we własnej klinice do późnego wieczoru, a jeśli nawet był w domu, to odpoczywał w swoim gabinecie. Siedziałam zwykle z babcią i opowiadałam jej o szkole i swoich kłopotach. Babcia umiała słuchać. Pamiętam ją siedzącą w głębokim fotelu – wysoką, wykwintnie ubraną, jakąś taką dostojną i szlachetną, z siwymi włosami i młodą twarzą – przysłuchującą się w wielkim skupieniu moim opowieściom. Wiedziała, jak mnie pocieszyć, gdy biadałam nad swoim losem. Mówiła zawsze, że zamiast litować się nad sobą, powinnam myśleć o ludziach, którzy mają w życiu mniej szczęścia niż ja, o dzieciach urodzonych w nędzy i pozbawionych wszystkiego tego, co ja posiadam. Wiedziałam, że ma rację, i zawstydzona przestawałam się skarżyć, przynajmniej na pewien czas. Gdy rozmawiałam z babcią, ciocia Mania, schludna i uśmiechnięta, dreptała po pokoju, szeleszcząc wykrochmalonym fartuchem i zastawiając stół przysmakami. Ogromnie lubiłam być z nią i babcią. Wiedziałam, że obie mnie kochają i zawsze znajdą dla mnie czas, gdy wpadnie mi do głowy przyjść i pogawędzić.

Niedziele bywały rozkoszne. Ojciec w domu, odprężony, gotów odpowiadać na moje pytania, tłumaczyć różne zawiłe sprawy, opowiadać ciekawe historie. Czasem siadał za kierownicą swojego czarnego Chevroleta i zabierał Mamę, Zosię i mnie w nieznane. Lądowaliśmy zwykle gdzieś za miastem, w jakiejś małej kawiarence, gdzie spożywaliśmy wielkie porcje waniliowych lodów albo wspaniałe ciastka, jeśli to była zima. Po powrocie do domu siadaliśmy wszyscy razem do obiadu, co mogło się zdarzyć tylko w niedzielę, bo w dni powszednie dzieci jadały osobno.

W niedzielne wieczory chodziłam na lekcje tańca. Były to raczej imprezy towarzyskie niż kształcące. Wymyśliła je Joanna, starsza siostra Reny, mojej dawnej przyjaciółki z kompletu. Joanna skończyła już piętnaście lat i nie miałabym żadnej szansy być dopuszczona do grona jej przyjaciół, gdyby nie protekcja Reny. Tak więc znalazłam się we wspaniałym świecie prawie dorosłych, którzy spotykali się kolejno to w tym, to w innym domu i tańczyli do późna pod kierunkiem nauczyciela przygrywającego na fortepianie. Ponieważ byłam o ponad dwa lata młodsza od wszystkich pozostałych, z wyjątkiem Reny, nie liczyłam się zupełnie jako towarzystwo. Mimo to nie brakowało mi partnerów do tańca. Musiałam zadzierać głowę, gdy z nimi tańczyłam, i patrzyłam na nich z ogromnym respektem. Jeden z nich, miły, inteligentny chłopiec imieniem Jaś, odprowadzał mnie potem do domu. Brał mnie pod rękę i wędrowaliśmy razem przyciemnionymi już ulicami. Czułam się dorosła i byłam zachwycona. Wyobrażałam sobie, że Jaś jest we mnie zakochany, i chyba sama byłam w nim zakochana, jeżeli nieśmiałą czułość dwunastoletniej dziewczynki można nazwać miłością. W każdym razie po raz pierwszy zdałam sobie sprawę z tego, że jestem ładna, i zaczęło mi zależeć na wyglądzie oraz na męskich spojrzeniach.

Wiosna przyniosła niepokój i smutek. W wyniku porozumienia zawartego w Monachium Hitler zaanektował w marcu Czechosłowację, a Polska w pewnym stopniu była w tej grze partnerem. Jednocześnie Niemcy ze zdwojoną siłą ponowiły swoje roszczenia w stosunku do Wolnego Miasta Gdańska i napotkały silny opór ze strony Polski. Groza wojny zawisła nad krajem i rozbudziła silne uczucia narodowe, które czasem wyradzały się w szowinizm. Antysemickie hasła, przemówienia i artykuły prasowe stały się chlebem powszednim. Ogólny niepokój groził rozruchami antyżydowskimi. Żydzi spodziewali się ich z dnia na dzień i żyli w strachu. Złowieszcze słowo „pogrom” po raz pierwszy zaczęło znaczyć dla mnie coś, co mogło się naprawdę wydarzyć.

W kwietniu, zupełnie nagle, dziadek Aleksander umarł na atak serca. Zniknięcie na zawsze kogoś, kogo kochałam, było dla mnie nieznanym dotąd i bardzo bolesnym doświadczeniem. Jednocześnie moja ukochana babcia Ewa ciężko zachorowała. Nie powiedziano mi wtedy, na co cierpi, ale podejrzewałam, że to rak, i się nie myliłam.

Przykry rok szkolny dobiegł wreszcie końca i zaczęły się ostatnie wakacje mojego dzieciństwa. Odczuwałam ulgę, przynajmniej chwilową, i nieśpieszno mi było wziąć się do odrabiania lekcji zadanych na wakacje. Zresztą nie było tego wiele. Tylko nauczyciel łaciny życzył sobie, żeby jego uczennice ślęczały nad nauką w czasie lata, i kazał nam wykuć na pamięć łaciński wiersz. Ten wiersz był bardzo długi i niezwykły, a właściwie były to słowa znanej polskiej piosenki, które nauczyciel sam przetłumaczył na łacinę. Do dziś pamiętam pierwszą zwrotkę, bo tylko tej jednej zdążyłam się nauczyć:

Ohe sub silva

Quid longe splendit,

Velitum manus

Ignem incendit.

Czyli:

Hej tam pod lasem

Coś błyska z dala,

Banda Cyganów

Ogień rozpala.

Rodzice uznali, że jestem już wystarczająco dorosła, by część wakacji spędzić z nimi, i na początku sierpnia zabrali mnie do Truskawca, modnej podówczas miejscowości wypoczynkowej w okolicach Lwowa. Wydarzenia, które nastąpiły później, niemal całkowicie zatarły moje wspomnienia z pobytu w Truskawcu. Nie pamiętam, jak spędziłam te trzy tygodnie i czy były one przyjemne. Pozostały mi w pamięci jedynie okruchy, które tu spisuję.

Zdecydowałam, że jestem zbyt dorosła, by nosić warkocze, i – biorąc za wzór disneyowską Królewnę Śnieżkę – zaczęłam rozpuszczać włosy i przepasywać je aksamitką, którą związywałam w kokardkę nad czołem. Chyba dzięki temu uczesaniu ktoś powiedział mi, że jestem ładna, a ktoś inny zwrócił się do mnie per pani. To wszystko, jak również sama natura, uświadomiło mi, że nie jestem już dzieckiem. Osiemnastego sierpnia obchodziłam w Truskawcu trzynaste urodziny.

Z niezwykłą ostrością, jak gdyby to było wybitne dzieło sztuki malarskiej, widzę tłum galicyjskich Żydów modlących się nad rzeką o zachodzie słońca. Ich czarne sylwetki z długimi brodami i wielkimi okrągłymi czapami z lisiego futra kiwają się rytmicznie na tle płonącego nieba. Ich złowieszcze zawodzenie przejmuje mnie zgrozą i budzi niejasne przeczucie nieszczęścia.

Odbywaliśmy właśnie jakąś wycieczkę samochodową – musiało to być 24 sierpnia – gdy ktoś przekazał nam wiadomość radiową, że Niemcy i Rosja zawarły pakt o nieagresji. Niedługo później radio nadało komunikat, że wobec możliwości wybuchu wojny rok szkolny nie rozpocznie się pierwszego września, lecz później. Daty nie podano. „To może wcale nie będę musiała wkuwać tego przeklętego łacińskiego wiersza” – pomyślałam z uczuciem ulgi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki