40,99 zł
Srebro, za które można kupić zbawienie… lub sprzedać duszę Polska, XIII wiek. Kraina rozdarta podziałem dzielnicowym jest idealną scenerią dla podstępnych działań chciwych książąt i bezwzględnych rycerzy. Podczas gdy jednym zależy na zjednoczeniu, inni czerpią korzyści z ciągłych utarczek i konfliktów, a nawet nieprzystających szlachetnemu urodzeniu napadów na gościńcach. Stawka jest wysoka – zrabowano srebro wysłane do Rzymu w celu wykupienia korony. Na scenie pojawiają się templariusze, raubritterzy, interesowni książęta, alchemicy, a nawet sam inkwizytor papieski. Mieszanka to iście wybuchowa, a trup ściele się gęsto. W samym środku tej dziejowej zawieruchy staje prawy Jan z Brzegu i niespełna rozumu Gąsiorkowy syn Pietrek. Obaj chcą pomścić rodziców i odnaleźć ukryty skarb. Nie sprzyja im rzeczywistość, w której granica między sojusznikiem a zdrajcą zaciera się, kiedy tylko zadzwonią monety. Ale nie chodzi tu tylko o kruszec. To walka o koronę, której jeszcze nie ma, o honor, jaki łatwo stracić, i o niestworzone wynalazki, ale to już zupełnie inna część tej historii…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 334
Piotr Papis
Zemsta templariusza
Wizyta Krzyżaka
Wbity w drewniane drzwi oszczep drgał jeszcze przez dłuższą chwilę. Rycerz Henryk, pan na zamku w Brzegu, stawał się na twarzy coraz bardziej purpurowy. Był już na granicy wytrzymałości. Grot minął go o włos, niemalże strącając mu zawadiacko założony beret z pawim piórem. Cud, że żył. Najgorsze było to, że doskonale znał zamachowca. Był nim jego własny ojciec! Rycerz Bolko, swego czasu wasal Mieszka II zwanego Otyłym. Kombatant wojen z Mongołami. Bohater spod Legnicy.
– Tego nie da się już dłużej wytrzymać! – wydarł się wściekle, wkraczając do małżeńskiej sypialni.
– Cóż to się nowego stało? Czemu to mój pan z samego rana w tak podłym humorze? – Aldona, żona rycerza Henryka, a córka landwójta z Przewozu, rozbudzona znienacka, przeciągnęła się leniwie niczym kotka, prezentując pod atłasową koszulą nocną imponujący biust.
– No nie uwierzysz, kobieto! Ten sklerotyczny staruch niebawem kogoś utłucze. Wszędzie widzi Otyłego! Mało mnie nie przyszpilił oszczepem do drzwi sypialnianych!
– To wasz ojciec, przecież nie mój – odparła lekko poirytowana.
Już chciał odpysknąć coś złośliwego na temat rodzica Aldony, ale emocje powoli opadły, a promienie słońca pięknie oświetliły wnętrze komnaty, padając także na niezwykle ponętną lokatorkę łoża.
– Ale żono moja, tak mi się z dzisiejszego poranka piękną widzisz, że chyba przyjdzie nam trochę pobaraszkować. Jużem o tym wrednym dziadzie na twój widok prawie całkiem zapomniał.
Aldona poczęła już zdejmować atłasową koszulę, gdy ktoś bezceremonialnie załomotał do drzwi. Cóż poradzić, trzeba było chwilowo przerwać zaloty i wpuścić natręta. W drzwiach pojawił się giermek Teodor, prawa ręka dziedzica na grodzie w Brzegu.
– Ki diabeł cię znów przysyła? – zapytał rzeczowo lekko zirytowany Henryk.
– Przybył poseł od Krzyżaków.
– Kto niby przybył? – Rycerz był mocno zdumiony. Rzadko przyjmował posłów, o ile w ogóle. Nie te progi.
– Powiada się Krzyżakiem i że przybywa z Malborga.
– Malborg… – myślał intensywnie gospodarz, trąc czoło. – To chyba z daleka. Proś!
– Do sypialni jaśnie państwa?
– Tak! A jakże, prosto do łożnicy mojej żony! Przyjmiemy Krzyżaka czym chata bogata! A co tam! – Podparł się rękami pod boki. – Proś, głąbie, do biesiadnej, tylko trochę każ ją wprzódy ogarnąć, bo poseł pomyśli, że go w chlewie witać będziemy.
Tak oto gość trafił do sali zwanej biesiadną, gdzie dostał miskę polewki, solidny kawałek wypieczonej kaczki i duży kufel mocnego węgrzyna. Nakarmiony i napojony śląskim zwyczajem, niebawem doczekał się nadejścia pana na grodzie zwanym Wysokim Brzegiem. Ten przybył w asyście dwóch swoich niezawodnych giermków: Teodora i Mściwoja. Teodor zdecydowanie górował w tym duecie intelektem, zaś Mściwój stawiał, jak mogłoby się wydawać, wyłącznie na tężyznę fizyczną.
– Jam jest rycerz Henryk, pan na Wysokim Brzegu. – Postawny, niespełna czterdzieści lat liczący mężczyzna, wypiął dumnie pierś, kładąc rękę na głowni przypasanego chwilę wcześniej okazałego korda.
Krzyżak wstał powoli, otaksował przybyłych wzrokiem i także się przedstawił.
– Jam jest sługa Zakonu Najświętszej Marii Panny, rycerz Kuno von Trzaska.
Wymienili ukłony. Usiedli naprzeciwko siebie. Henryk kazał podać wszystkim po węgrzynie i obsługującym ich dziewkom chyżo pójść precz.
– Co was do mnie sprowadza, szlachetny panie von Trzaska?
– Ja w zasadzie nie do was, jeno do waszego ojca, szlachetnego Bolka…
* * *
Cofnijmy się jednak nieco w czasie. Jest rok Pański 1241. Rycerz Bolko, pan na grodzie zwanym Wysokim Brzegiem, wyrusza w kilkadziesiąt koni na wyprawę jako wasal Mieszka II Otyłego. Czyni to na wezwanie Henryka, księcia na Legnicy i dziedzica Śląska, którego już za życia nazwano Pobożnym – zapewne ze względu na liczne cnoty i bez mała świętą małżonkę. Pan na Legnicy kontynuował z powodzeniem dzieło swego rodzica, także Henryka, zwanego Brodatym.
Ojciec i syn zdołali zjednoczyć większość ziem polskich. Oprócz dziedzicznego Śląska, Ziemi Lubuskiej, Wielkopolski i Ziemi Sandomierskiej ich zwierzchność uznała, co było niezwykle istotne, stołeczna Małopolska. Wiele wskazywało na to, że czas rozbicia dzielnicowego, czyli pokłosie tragicznego w swoich skutkach testamentu Krzywoustego, przechodzi do historii. Aby zwieńczyć dzieło, potrzebna była jeszcze tylko korona na głowie Pobożnego, założona koniecznie w Krakowie. Tę przywieźć mieli wysłani do Rzymu biskupi. Nie zdążyli.
Wcześniej nadszedł bowiem styczeń 1241 roku. Po krwawym opanowaniu Rusi Kijowskiej mongolska armia Batu-chana, wnuka wielkiego Czyngis-chana, uderzyła na Węgry. Jednocześnie, aby uniemożliwić przyjście na pomoc Madziarom, cześć tatarskich zagonów wkroczyła na ziemie polskie. Rycerstwo europejskie nie było przygotowane do walki z dzikimi najeźdźcami ze wschodu. Zakuta w stal konnica, nastawiona podczas bitwy na rycerskie pojedynki wręcz, została zaskoczona przez lekkozbrojne, niezwykle zwrotne oddziały, stosujące nieprzewidywalne ruchy. Ich numerem popisowym było pozorowanie ucieczki, żeby wciągnąć ścigającego ich nieprzyjaciela w zasadzkę. Za pomocą dalekosiężnych łuków potrafili skutecznie razić przeciwnika, będąc często poza jego zasięgiem. Tatarzy łatwo szli w rozsypkę, ale równie łatwo gromadzili się ponownie. Do tego dysponowali przejętą od Chińczyków bronią nieznaną dotychczas w Europie, używali bowiem bojowych gazów trujących.
Rycerstwo małopolskie dało im opór pod Chmielnikiem, jednak nie zatrzymało marszu mongolskich zagonów. Udanie zaatakował awangardę Batu-chana Mieszko II, książę opolsko-raciborski, topiąc kilkuset zbrojnych podczas przeprawy przez Odrę. Niestety, był to jego jedyny chwalebny wyczyn podczas tej wojny. Po upadku Opola i Wrocławia celem Mongołów stała się Legnica. Wszystkie drogi dzikiego najeźdźcy prowadziły do dziedzicznej stolicy Henryków Śląskich.
Dziewiątego kwietnia roku Pańskiego 1241 rozegrała się jedna z najważniejszych bitew w historii Polski. Pobicie Tatarów w walnym starciu dawało nadzieję na wyparcie ich z kraju i jednoznacznie potwierdziłoby niekwestionowany prymat Henryka Pobożnego.
Od poranka siódmego kwietnia książę czekał na przedpolach swojej stolicy na obiecane posiłki.
Jako jeden z pierwszych nadciągnął Bolesław Dopoldowic, margrabia morawski, z przeszło tysiącem Morawian. Jemu, jako doświadczonemu wojownikowi, książę Henryk powierzył dowództwo nad jednym z hufców. Bitny oddział Morawian znacznie wzmocniły przybyłe ze Śląska i Łużyc dobrze opatrzone poczty templariuszy i joannitów. Piechotę stanowili uzbrojeni górnicy z kopalń Lwówka i Złotoryi.
Następnego dnia dołączył komes Sulisław na czele kilku tysięcy rycerstwa krakowskiego i sandomierskiego. Wielu z nich walczyło już wcześniej z dzikimi najeźdźcami w starciach na małopolskiej ziemi.
Przywiódł tego dnia swoje oddziały, znający smak zwycięstwa pod Raciborzem, Mieszko II Otyły, a razem z nim rycerz Bolko ze swoim pocztem. Stawił się na wezwanie księcia Poppo von Osterna komtur krzyżacki z pocztem braci zakonnych i oddziałem pieszych knechtów.
Pobożny, jako wódz naczelny, stanął na czele hufca odwodowego, składającego się z doborowego rycerstwa śląskiego i wielkopolskiego.
W Legnicy liczono jeszcze na Czechów. Byli w ten kwietniowy dzień wypatrywani z wielką nadzieją. Ich zakute w stal roty mogły przyjść z pomocą nie tylko Pobożnemu, ale w ogóle wesprzeć Polskę w odrodzeniu. Tu, na polach pod murami Legnicy, zgromadzone rycerstwo Śląska, Wielkopolski i Małopolski czekało na armię króla Wacława. Nie doczekało się. Wcześniej nadciągnęli Mongołowie w liczbie dziesięciu tysięcy pod wodzą trzech przyszłych chanów: Ojdy, Bajdara i Kajdu.
Bitwa była zażarta i szala zwycięstwa przechylała się to na jedną, to na drugą stronę. Do czasu. Wszystko skończyło się, gdy książę raciborski doszedł do zaskakującego wniosku, że już się wystarczająco nawojował i nagle rzucił się do ucieczki. A za nim podążyli w panice jego ludzie. Nie wszyscy. Rycerz Bolko walczył do końca.
Wynik bitwy był już przesądzony. Chaos, który zapanował w szeregach chrześcijańskiej armii po niespodziewanej ucieczce z pola bitwy jednego z wodzów, wzmógł się jeszcze bardziej w momencie rozpalenia przez Mongołów dymiących i niezwykle duszących substancji. Mimo heroicznego oporu oddziału wiernych pretorianów księcia niebawem schwytano rannego w boju Henryka Pobożnego. Wobec odmowy oddania przez niego hołdu truchłu tatarskiego wodza, którego ludzie Sulisława ubili pod Sandomierzem, odcięto mu głowę, wbito ją na pal i tak obwożono wokoło murów miasta, za którymi schroniła się część ocalałych wojsk. Patrzyła na to zrozpaczona wdowa: Anna z Przemyślidów, królewna czeska, księżna śląska i krakowska. Niedoszła królowa Polski. Patrzył na to osłupiały ze zgrozy rycerz Bolko.
Mongołowie odeszli, byli zbyt wykrwawieni i zapewne już niezdolni do zdobycia Legnicy. Zostawili za sobą ruiny i zgliszcza. Polska podnosiła się z chaosu przez kolejne kilkadziesiąt lat. Państwo Henryków przestało istnieć. Nawet gdyby dotarła z Rzymu korona, nie było nikogo godnego, aby mu ją włożyć na głowę.
* * *
Rycerz Bolko powrócił do domu cało. I natychmiast, w wielkiej furii, wypowiedział posłuszeństwo Otyłemu. Osobiście porąbał toporem pamiątkowy zydel, na którym ów swego czasu zasiadał, goszcząc się przez bity tydzień na Wysokim Brzegu i siejąc wraz ze swoją świtą spustoszenie w zamkowych piwnicach i spiżarniach.
Następnie udał się w asyście swoich giermków do franciszkanów brzeskich. Rezydowali oni w ufundowanym niedawno przez zakon kościele pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła. Tam zażądał, aby przeor wyklął tchórza i wiarołomcę z ambony. A najpewniej, w co wierzył niezbicie, i heretyka. Albowiem musiał on w swojej zdradzie z plugawymi poganami ani chybi się sprzymierzyć, wiary chrześcijańskiej zaprzeć i duszę diabłu niezawodnie zaprzedać…
Kiedy mu odmówiono z powodów proceduralnych, traktując uczenie, że trzeba by formalne śledztwo przeprowadzić i dowodów niezbitych odstępstwa od wiary dowieść, głuchy na wszystkie argumenty ojców, chwycił ponownie za topór i w wielkiej furii porąbał łoże opata.
Po chwilach pełnych trwogi o życie braci franciszkanów został obezwładniony przez własnych giermków i po podaniu mu mikstury przyrządzonej przez brata zielarza z lekka się uspokoił. Pozbawiony owej strasznej broni, jaką jest topór bojowy, który mu giermek Jaromir, nie bacząc na niemalże samobójczą misję, z ręki wydarł, zażądał sporządzenia pisma. Aby się zbytnio nie rozdrabniać i z byle kim nie traktować, adresował je bezpośrednio do Rzymu. Do samego papieża, którym był właśnie nowo obrany Celestyn V. Bezceremonialnie zażądał ekskomuniki dla tego zdrajcy, heretyka, bluźniercy i takiego syna w jednym.
Wstrząśnięty ostatnimi wydarzeniami opat Franciszek obiecał owo pismo pilnie skreślić. W zamian giermek Jaromir zapewnił o niezwłocznym przysłaniu do franciszkanów zamkowego stolarza. Na tym wizyta się zakończyła.
Mikstura, jaką zaaplikowano Bolkowi, musiała mieć moc niepoślednią, albowiem spał on ciągiem przez trzy doby, co budziło już pewien niepokój wśród czeladzi, czy aby się jeszcze obudzi. Czwartego dnia nad ranem wstał z łoża, wezwał do siebie Jaromira i kazał się wszystkim stawić na grodowym dziedzińcu. Tam wygłosił krótką, ale bogatą w treści tyradę o Mieszku II Otyłym. Używał przy tym słów wielce obelżywych, zarówno w stosunku do osoby księcia, jak i całego jego rodu, o matce nie zapominając.
Od tego dnia nikt nie miał prawa wymówić imienia byłego seniora w jego obecności. Groziło to wyrwaniem języka.
* * *
– Przeto mówicie, że z ojcem pragniecie rozmowy… Tylko że on trochę na umyśle słabuje. Wiecie – tu rycerz Henryk nachylił się do ucha Krzyżaka – wszędzie Mieszka z Raciborza widzi, a ten już przecież pomarł parę roków temu.
– Byłem świadkiem, jak rodzic wasz padł na kolana przed księżną Anną. Było to na blankach murów legnickich. Ksenia stała blada jak pergamin. Chciał był mistrz Osterna ramieniem ją wesprzeć, ale jeno pokręciła głową i stała dumna jak prawdziwa królowa. Spoglądała na usiane zabitym rycerstwem legnickie pole. Widziała śmierć swojego męża. Patrzyła na dramat Śląska i całej Polski.
– Byliście tam, panie Krzyżak, świadkiem naocznym, wnioskuję.
– Ano, byłem. Nosiłem chorągiew w poczcie mistrza krajowego, szlachetnego von Osterna. Biliśmy się z Mongołami i tyłów nie podaliśmy… Gdyby nadciągnęli Czesi! Ale oni stali tchórzliwie na karkonoskich przełęczach… No i jeszcze uciekł Mieszko z Raciborza. Jak szczur podał tyły! Nijak było pobić tą wschodnią zarazę, kiedy jeszcze dymów smrodliwych użyli i konie poczęły się płoszyć. Na koniec rannego księcia pojmali i sromoty nie znając, ścięli go pod murami grodu.
– Zgroza tego słuchać!
– Rodzic wasz, będąc w amoku, Annie córze Przemyślidów ślubował zemstę na wiarołomnym Mieszku raciborskim i żywego czy umarłego przysiągł do stóp jej rzucić.
– Nic o tym nie wiedziałem!
– Albowiem księżna Anna mu tego zakazała. Rozum miała jak rzadko która białogłowa, a przy mężu tak znamienitym jeszcze więcej eksperiencji nabyła. Zabójstwo księcia mogło doprowadzić do wojny domowej na całym Śląsku! A mogłoby się i tak wydarzyć, że ta rozlałaby się poza jego granice… Trzeba było temu z całą mocą koniecznie zapobiec. Wszak Anna miała jeszcze synów. Najstarszy, Bolesław, mógłby przy poparciu pozostałych książąt koronę założyć.
– Bolesław zwany Rogatką ni ojcu, ni dziadowi w niczym nie dorównał. Roztrwonił schedę swoim awanturniczym i plugawym życiem. To czarna plama na piastowskim rodzie!
– Tak, Rogatka to zwykły zbój, okrutnik i utracjusz. Niegodzien ni ojca, ni matki, ni dziada – Krzyżak pokiwał w zadumie głową.
– Wy, zakonny rycerzu, mówicie jak szczery przyjaciel sprawy polskiej i śląskiej, a nas tu słuchy dochodzą, że zakon na Mazowszu i Kujawach spory w sądach z Piastami prowadzi. A bywa, że i do utarczek na ubitym polu dochodzi. Co tu owijać w bawełnę! Krew chrześcijańska na próżno się leje! Tak się przecież nie godzi! – Henryk zmarszczył czoło, oczekując na odpowiedź.
– Nie będę wam tu klechd ani bajd opowiadał nijakich, boście człek światły i politykę znający. Zakon został przez księcia Konrada, pana na Mazowszu, sprowadzony, aby Prusów, plemię prawdziwego Boga nieznające, nawrócić i od ich ustawicznych napadów księstwo uchronić. Jeno mową, a i najcnotliwszym przykładem to prędzej tamtejsze tury, żubry i niedźwiedzie nawrócimy niźli owych pogan – westchnął ciężko i pokręcił głową. – Co wyślemy któregoś uczonego brata, w piśmie i mowie biegłego, aby słuszne argumenta przedłożył i nasienie wiary chrystusowej zaszczepił, to miast dysputę rozpocząć i swoje racje dawać, brzuch mu rozprują, flaki do drzewa świętego przybiją i nuże ganiać nieszczęśnika naokoło, aż wszystko z niego wylezie. Takoż to mają wyglądać ich teologiczne racje?
– Widać, że nielekką macie tam sprawę z tymi poganami – ozwał się pełen zrozumienia zatroskany giermek Teodor.
– Otóż to. Nawet nijakiego pisma nie ma jak im dostarczyć. Primo, sami to analfabeci pisma nieznający, secundo, żaden herold ani posłaniec, który się do nich udał, nigdy już nie powrócił z takiej ryzykownej wycieczki, niechybnie zawleczony przemocą do owego drzewa.
– Cóż tedy zrobicie, bowiem mniemam, że już chętnych w waszych szeregach, aby ujrzeć święte drzewo, zostało niewielu? – zafrasował się Henryk.
– Otóż to, wszak zakon to nie legion samobójców. A i obcego, choćby schwytanego poganina wysłać z posłaniem prosto na męki to grzech. Przeto komturowie uchwalili, aby ruszyła ekspedycja karna. Tyle że nas na Prusów zbyt mało. W Malborgu kasztel drewniany, a załoga niewielka. Takoż jest i w innych jeszcze nielicznych komturiach. Ale plany są ambitne. – Tu wyraźnie się ożywił. – Niedługo ruszymy z budową twierdzy na miarę europejską. Zamek to będzie taki, że i paryska siedziba templariuszy ustąpi nam pierwszeństwa, obaczycie!
– Obaczym, obaczym, jeno najpierw ów wielce z nóg zwalający kasztel postawcie. Tedy o co z Mazowszem wam poszło?
– Ruszyła ekspedycja karna. Jednak było nas jeszcze zbyt mało, jakom rzekł, aby samodzielnie uderzyć i jeden z komturów wpadł na wielce, jak się później okazało, zgubny pomysł, aby wezwać do pomocy margrabiego Miśni. Ten zawodowy łupieżca niby przez pomyłkę obrabował i spalił Płock. Tak się stosunki z Mazowszem zepsuły na amen.
Pan na Wysokim Brzegu milczał przez chwilę, rozmyślając o tym wszystkim, co sługa Zakonu, szlachetny Kuno von Trzaska, mu zakomunikował. Wreszcie przemówił:
– Mówcie tedy konkretnie, co was do nas sprowadza, bo my na Prusów z wami nie ruszymy. Nieciekawym jestem ani owego świętego drzewa, ani innych podobnych przygód w owej barbarzyńskiej krainie. Jak zapragnę sławy, to się pod Kraków udam, aby smoka z jamy wywabić i bój śmiertelny z poczwarą stoczyć!
– Eee… powiadają, że smok ubity! Mówią, że rozpękł z hukiem okropnym! Smród był ponoć wielce okrutny, gdy go jakiś szelma nakarmił baranem siarką wypchanym – wtrącił, jak widać dobrze obeznany z nowinami ze świata, giermek Teodor. – Zwali go jakoś tak z plebejska… Krawczyk? Szewczyk? Nie… Całkiem przepomniałem.
– Mogli zwać go, jak chcieli…Choćby nawet i Ćwokiem! Skoro, miast ubić smoka jak pasowany rycerz mieczem czy toporem, siarką struł ową poczwarę – stwierdził Henryk, ale widać było, że wiadomość o likwidacji gada zrobiła na nim duże wrażenie. Chwilę milczał, wreszcie znienacka zakrzyknął:
– Nie ma już Wawelskiego?! Trudno! Trzeba będzie sobie innego gada poszukać! Smoków ci na świecie dostatek! – Przywalił pięścią w stół, aż podskoczyły kufle z węgrzynem.
Krzyżak, któremu wyraźnie urwał się wątek, przysłuchiwał się w milczeniu dyspucie o smokach. Wreszcie głos zabrał:
– Nie lekceważyłbym ja polowania na smoki, bo jak pisze wielebny Anzelm z Ratyzbony, jeden na stu z takich terminów wychodzi żywy i to nie dlatego, że gada pokona, jeno, że wreszcie pójdzie po rozum do głowy i w ostatniej chwili tego hazardu zaniecha.
– Wszakże święty Jerzy smoka ognistego sam jeden stratował!
– Cóż… Chcecie, to próbujcie. Ja jednak zdecydowanie odradzam. Widzi mi się, że jednako iść ze smokiem walczyć czy do Prusów posłować. Gdybyście jednak się bardzo upierali, aby samobójstwo popełnić, to odchowajcie choć synów, aby przysięgi ojcowej dochować.
– Jakiej przysięgi?
– Z tym do was właśnie przyjechałem.
Nazajutrz rano wyszedł rycerz Henryk z lekka się przewietrzyć, albowiem ze szlachetnym bratem von Trzaską do północy w biesiadnej przyszło mu się ostro przepijać i snuć plany na przyszłość. Aby ojcowej przysięgi dochować, huk roboty należało wykonać.
Przeszedł się tedy po dziedzińcu i zajrzał do stajni. Wymierzył solidnego kopniaka stajennemu, który sobie spał w swoim barłogu, jakby to była niedziela. Zajrzał do obory. Tam wszystko grało jak zawsze. Dziewki pracowicie doiły krowy. W przypływie szczerego zadowolenia przyglądał się przez chwilę urodziwej i pracowitej Maryni, która już dawno mu w oko wpadła i z czułością poklepał ją po jędrnym tyłku. Towarzyszył temu chichot pozostałych dziewcząt i wdzięczny uśmiech nagrodzonej. Niestety, humor popsuł mu się niebawem, albowiem kiedy dotarł do biesiadnej, śniadania na stole jeszcze nie było. Zapomniał, że poprzedniego wieczora cała służba kuchenna do samej północy, albo i dłużej, była w pełnej gotowości. Tedy wyładował się z lekka na psiarczyku, którego wytargał za ucho niemalże jak ojciec. Awansem, na poczet przyszłych przewinień. Następnie udał się do sypialni. Tam bezceremonialnie zaczął budzić swoją małżonkę. Ta bowiem miała w zwyczaju sypiać do południa. A tu czas naglił.
– Panie mężu, na amory się wam zebrało z samego poranka? – spytała rozbudzona. – Może i będzie co z tego, ale idźcie się obmyć przy studni, bo czuć, żeście się po oborach i stajniach szlajali. Nadto idźcie gębę jakimś ziołem przepłukać, bo jedzie od was na milę węgrzynem. Ja zaś w tym czasie kąpieli w balii zażyję i owymi pachnidłami z dalekiej Langwedocji się spryskam.
Henryk nie miał zbytniej ochoty aż do studni chodzić, ale langwedockie pachnidła wiele obiecywały. Aldona nie pachniała już wtedy jak, nie przymierzając, pulchna Marynia czy inna dziewka służebna, tylko niczym zagon z kwitnącym rumiankiem. Zszedł zatem do studni na dziedzińcu i kazał służbie balię do kąpieli podstawiać, wodę na ukrop w kuchni gotować i starą Błażejową z witkami rózeg zawezwać. Wolałby zapewne, aby to owa Marynia umyła mu plecy, ale żona pachnąca langwedockimi perfumami, do spółki z nowym, jakże ważnym obowiązkiem do wypełnienia, spowodowały, że zachowały się w nim resztki rozsądku. Nie bardzo pamiętał tylko, kiedy i na jakiego smoka zobowiązał się wyprawić.
Po zażyciu kąpieli udał się z powrotem do małżeńskiej komnaty. Tam wprzódy opowiedział Aldonie, z czym tajemniczy Krzyżak do nich przybył. Z jego relacji wynikało, że muszą postarać się jeszcze o jednego syna, a najlepiej o dwóch, aby ten drugi był niejako w zapasie. A wszystko to po to, aby ślubów ojcowych dochować.
Tymczasem można było dostrzec przez okno wychodzące na dziedziniec, jak pierworodny Bolko, któremu Henryk dał imię na cześć walecznego dziada, tapla się w kałuży nieopodal chlewu, puszczony samopas przez guwernantkę Matyldę. Dzieciak rył zapamiętale patykiem w końskim gnoju i wyglądało na to, że to zajęcie bardzo mu odpowiada.
Trzy lata później przyszedł na świat Jan, jako trzeci syn rycerza Henryka, z pochodzenia Polaka, i szlachetnej Aldony, pół-Niemki, pół-Czeszki. Potomek z takich rodziców w tych stronach stawał się po prostu Ślązakiem. Tak jak zdecydowana większość mieszkańców tych ziem. Aczkolwiek gdy w 1248 roku książę Henryk zwany Białym, jeden z synów Pobożnego, nadał prawa miejskie Brzegowi i na terenie osad Wysoki Brzeg i Małkowice wytyczono regularne miasto wraz z umocnieniami, zaludnili go głównie koloniści z Saksonii i Turyngii.
* * *
Ojciec rycerza Henryka nigdy nie pogodził się ze zdradą swojego suwerena. Stary Bolko jeszcze wiele razy wielebnego opata franciszkanów nachodził i o odpowiedź Celestyna V pytał, ale ta nie nadchodziła. Uradzili wobec tego razem, że najpewniej posłaniec z listem do papieża nie dotarł. Bo też i wyprawa w pojedynkę do Rzymu to był wyczyn wielce niebezpieczny.
Na drogach i gościńcach można się było natknąć na rabusiów i paść ofiarą rozboju. Po lasach grasowały stada wilków. Jak się nawet udało przed nimi umknąć, choćby i na drzewo, to zjadły konia, a na piechotę, w samych tylko ciżmach drałować do Stolicy Piotrowej niezwykle ciężko. Mógł też posłaniec zgrać się w kości do ostatniej koszuli, o koniu nie wspominając, gdy stanął na noc w karczmie i podpiwszy z lekka, został podjudzony do hazardu przez zawodowych oszustów.
Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, jak mawia przysłowie, ale znaków i drogowskazów jak na lekarstwo, dlatego łatwo pobłądzić i obrać omyłkowo inny kierunek. Choćby i na Ciechanów i dalej na Prusy.
Wszystkie te niebezpieczeństwa mogłyby tłumaczyć brak odpowiedzi z Rzymu. Jednak prawda była zupełnie inna. Opat Franciszek nigdy żadnego posłańca do papieża nie wysłał. Żądaniem, aby z tchórza i dezertera zrobić heretyka, mógł sobie tylko narobić w Rzymie obciachu.
Chrzciny
Na chrzciny małego Jaśka przybyło liczne grono znamienitych gości. Zaszczycił gospodarzy swoją obecnością Łużyczanin Gunter Biberstein, możny pan na zamku w Ryczeniu, który zajechał na Wysoki Brzeg wraz z małżonką Jarosławą, córką komesa Przybimiła. Przebył drogę z legnickiego dworu Rogatki jego delegat Otton von Kittlitz, wnuk brata arcybiskupa gnieźnieńskiego Henryka Kietlicza. Niespodziewanie pojawiła się Kunegunda von Zedlitz, niezwykle wpływowa niewiasta z możnego rodu śląskiego, aktualnie rezydująca na zamku Grodno w Karkonoszach.
Z nieco pomniejszych, zjechali szlachetny Albrecht Uschilik z Ligoty, małżeństwo Śmiałów z Chruściny, bliscy krewni pana na Wysokim Brzegu oraz rycerze Mikołaj von der Wojke i Jan, dziedzic na Jasieniu. Z Pleśnicy przybył Grozimir Tschonke, dawny przyjaciel Henryka, onegdaj konkurent do ręki jego żony – szlachetnej Aldony.
Z całkiem małych herbowych, a było ich sporo, albowiem darmowy wyszynk przez kilka dni był dla wielu nie do pogardzenia, pojawili się bardziej lub mniej szlachetni: Milczek z Koźla, Onysz z Górki, Wilczek z Kobylic, Hanko z Uszyc czy Henryk ze Śmicza.
Przybyli też niespodziewanie goście niezbyt mile widziani i to w dwóch, niezależnych od siebie pocztach. W pierwszym znalazło się dwóch znanych na całym Śląsku awanturników: Framold Stercza i Kuncze, którego zwano Zbójem. W drugim, nie wiadomo po kiego diabła, przygalopował słynny w okolicy warchoł i opój Klemens zwany Gąsiorkiem, a wraz z nim, nieznany szerszemu gronu rycerz z Kozłem na tarczy. Jak się niebawem okazało, był to szlachetny Zbylut z Pacanowa. Tak przynajmniej kazał się tytułować.
Zupełnie nieoczekiwanie do świętujących dołączył przybysz wielce znamienity, co też zupełnie niespodziewany – Magistro Hermanno de Olesnicz, mistrz templariuszy komandorii oleśnickiej.
Najznamienitszych gości witał na grodzkim dziedzińcu rycerz Henryk, mając u boku swoją piękną żonę.
Tych nieco mniej znacznych podejmowała guwernantka małoletnich dziedziców Matylda, rzecz jasna w imieniu szlachetnie urodzonych gospodarzy.
Sterczę, Kunczego, jak i Klemensa Gąsiorka wraz ze Zbylutem z Pacanowa powitał giermek Teodor. Zapowiedział im krótko i zwięźle, że jest to impreza prywatna, a zatem dla obcych zamknięta, a wjazd na dziedziniec jest możliwy jedynie za zaproszeniami. Byłoby się warcholstwo do kordów za jawną zniewagę chwyciło, wszak wiadomym było, że szlachetnie urodzony, kiedy na wesele, chrzciny albo i na stypę zajechał, nijakiego zaproszenia nie potrzebował. Wiadomo „gość w dom, Bóg w dom”.
Byłoby się więc towarzystwo do kordów rzuciło, ale za plecami Teodora stał wielki jak stodoła Mściwój, kręcący od niechcenia młynki półtorametrową okutą ćwiekami maczugą. Była to absolutna nowość na rynku broni do walki wręcz. Kolejny zachodni wynalazek, przywieziony z dalekiej Flandrii goedendag. Nazwa tej broni w dosłownym tłumaczeniu brzmiała „dzień dobry”. Jakby tego było mało, zza pleców Mściwoja wyglądało jeszcze sześciu postawnych młodzianów uzbrojonych po zęby.
– Jakże to? Nie wpuścicie nas na chrzciny Henrykowego syna?! Nas? Urodzonych i pasowanych?! – Kuncze zwany Zbójem aż się zagotował.
– Już wam tłumaczyłem. Impreza zamknięta, a wy jak mniemam, zaproszeń nie macie – odparł niewzruszony Teodor.
– Trzymajcie mnie, bo ubiję gada! – Framold Stercza, porywczy z natury ponad wszelką miarę, chwycił się topora. Szczęściem dla niego Klemens zwany Gąsiorkiem złapał go za rękę.
– Daj pokój, Stercza! Trzeba negocjować, na bitki czas przyjdzie na chrzcinach.
Klemens nie przez przypadek zwany był Gąsiorkiem. Wizja utraty darmowego, niczym nieograniczonego przez kilka dni z rzędu dostępu do beczek z okowitą i węgrzynem byłaby dla niego bardzo bolesną, osobistą porażką.
– No nie powiem, pięknie witacie polskiego rycerza! Jak mniemam, nie tylko na śląskim, ale przecież i na polskim kasztelu! – ozwał się ów czwarty, nieznany przybysz.
– Jak się zwiecie, szlachetny panie? Bowiem w odróżnieniu od reszty waszej kompanii nie jesteście tu jeszcze powszechnie znani.
– Jestem rycerz Zbylut. Herbu „Kozioł”. Przybyłem na Śląsk z Pacanowa.
Teodor był nie tylko giermkiem, pełnił także rolę zausznika i był prawą ręką rycerza Henryka. Ten syn bolesławieckiego mieszczanina, dzięki staraniom rodziców, zanim trafił do Brzegu, został absolwentem pięciu klas szkoły przyklasztornej w Opolu. W owej szkole zaliczył rekordową liczbę kar i rózeg, ale sztukę pisania, czytania ze zrozumieniem i liczenia (nie tylko sztuk złota), opanował najlepiej z całego rocznika. Niechybnie intelektualnie górował ze znaczną przewagą nad czwórką pasowanych adwersarzy.
– Mówicie… Zbylut… herbu „Kozioł”? – Teodor wyjął z torby, co ją miał przytroczoną u pasa, zwinięty w rulon pergamin. Rozwinął go powoli, niemalże z namaszczeniem i począł wodzić po nim oczami. Z lewa do prawa. Trwało to dłuższą chwilę.
– Mówicie, żeście z Pacanowa?
– Jako żywo! – ucieszył się pytany.
– To muszę was zmartwić. Nie ma was na liście zaproszonych gości. Jest co prawda Zbylut z Pacanowa, ale herb się nie zgadza.
– Jak to się nie zgadza? – rycerz zdziwił się niepomiernie, tak jakby jakimś cudem mógł rzeczywiście widnieć w spisie zaproszonych gości.
Tym bardziej, że rzecz jasna, żadnego wykazu gości nie było. Pergamin, który Teodor z Bolesławca trzymał w rękach, zawierał zeszłoroczny spis należności podatkowych. Znalezienie na nim rycerza Zbyluta już nawet nie graniczyło z cudem.
– Ano, tak to, że u was w herbie jest kozioł, a tu jak byk stoi napisane, że matoł! – Giermek powiódł po całym towarzystwie tryumfującym wzrokiem.
Dłuższą chwilę trwało, zanim rycerz Zbylut pojął, że z niego zakpiono. Cała reszta też kilka minut przemyśliwała złożoność zagadnienia. Pierwszy ogarnął całość Kuncze.
– Kpiny sobie tu z nas, chyzmie, urządzasz?!
Pomiarkowali wreszcie zniewagę i inni. Stercza znowu chwycił się topora. Zbylut dobył korda. Klemens zwany Gąsiorkiem jako ostatni zrozumiał, że dzisiaj nie napije się za bezdurno. Ani jutro, ani nawet pojutrze. Jął więc w wielkiej desperacji wyszarpywać z pochwy swój wielki, dwuręczny miecz.
– Hola! Mości panowie! – Teodor wskazał ręką na kusze wycelowane w przybyłych. – Mam dla was pokojową propozycję. Na główne uroczystości do kaplicy zamkowej was prosić nie będziemy ani nawet na ucztę w biesiadnej, ale… – wstrzymał na chwilę głos, budując napięcie. – Wytoczymy wam beczkę węgrzyna i antałek okowity za mury i tam sobie we własnym gronie świętować będziecie. Każę jeszcze barana na rożen nadziać i wam dostarczyć. Onegdaj stóg siana stoi, to sobie później legniecie.
Chwilę to znowu zajęło, zanim w swoich wolno pracujących mózgach przeanalizowali kompromisową propozycję.
– A dlaczego to my, pasowani, musimy za murami jak Żydzi, Saraceni albo chłopstwo pospolite ucztować? – zapytał rzeczowo Kuncze.
– Bowiem jesteście, szlachetny rycerzu, nadto porywczy. Podobnie jak wasi towarzysze. A pan Henryk chciałby na uroczystości chrztu swojego syna ofiar uniknąć. Ojciec pana Henryka, szlachetny Bolko, mógłby mieć jaki uraz do was i do pana Sterczy.
– Ciekawym za co – ozwał się Framold.
– Ano za to, że wasi ojcowie z księciem brzeskim uszli spod Legnicy.
– Ojciec jedynie wykonywał rozkazy księcia! – zakrzyknął wzburzony Stercza, ale topora, jak na razie, już się nie imał.
– Sami dobrze wiecie, jak to bywa na uczcie. Nawet między przyjaciółmi. Wino i gorzałka popłyną strumieniami, dysputa zejdzie na politykę. Zaczną się kombatanckie wspomnienia. Zejdzie na Tatarów, Legnicę, Henryka Otyłego i nieszczęście gotowe – przerwał na chwilę. – Kto jest przeciw, aby beczki za mury wytoczyć?
Nikt się nie zgłosił.
Uroczystości przebiegały spokojnie. I nad wyraz dostojnie. Po chrzcinach w zamkowej kaplicy, gdzie uroczystościom przewodził przeor franciszkanów brzeskich, przyszła pora na wręczanie prezentów małemu Jaśkowi. Ten sobie nic z tego nie robił i spał grzecznie. Wcześniej rozdarł się kilka razy niezwykle donośnie, czym dał obecnym do zrozumienia, kto tu jest najważniejszy. Tedy złożono wokół kołyski kilkanaście trzosów z brzęczącą monetą, które z nawiązką mogły pokryć koszty parodniowej biesiady. Wszyscy znamienici goście, a jednocześnie darczyńcy, z zapałem całowali po rękach panią matkę, gratulując jej trzeciego syna. Ci, już z lekka podpici, padali nawet na oba kolana. Następnie towarzystwo przeniosło się do sali biesiadnej. Goście niższego stanu i czeladź zasiedli przy stołach na grodzkim dziedzińcu. Całe szczęście maj był tego roku ciepły i prawie w ogóle nie padało.
Nic nie zapowiadało zakłócenia tej podniosłej uroczystości. Warchołowie raczyli się baranem i okowitą poza murami. Rycerstwo, jak i giermkowie zasiedli do stołów tylko z paradnymi sztyletami, które używane były jako sztućce przy krojeniu baraniny czy pieczonego prosięcia. Jak to było powszechnie przyjęte, jedzono gołymi rękami, rzucając za siebie obgryzione kości, które co pewien czas zbierały z podłogi kuchenne dziewki.
Rycerz Jan zasiadł za prezydialnym stołem, mając po swojej lewej stronie małżonkę. Po jego prawicy, na co nijak nie dało się nic poradzić, usadzono starą i zjadliwą Kunegundę von Zedlitz, a obok niej seniora rodu Bolka. Za nimi zajęli miejsca Gunter Biberstein z żoną Jarosławą i opat Franciszek. Z drugiej strony uhonorowano zaszczytnym miejscem obok Aldony templariusza – mistrza Hermanna z oleśnickiej komandorii. Za nim siedzieli Otton von Kittlitz, Destrym z Kobylej Góry i Dytryk von Baruth. Na dalszych miejscach mościli się niżsi rangą w hierarchii, jak to nie przymierzając, panowie Onysz z Górki czy Grozimir Tschonke z Pleśnicy, na giermkach znaczniejszych rycerzy kończąc.
Teodor, pozbywszy się nieproszonych gości, zawiadywał całym tym kramem z należytą starannością. Przed rozpoczęciem uczty opat zaintonował Pater noster, qui es in caelis[1]… Potem zmówiono jeszcze Ave Maria i wierny giermek dał znać do kuchni, aby wnosić pieczyste. Na stoły wjechały pieczone prosiaki, udźce z jelenia i całe mnóstwo drobiu. Obok kur i gęsi, przepiórek i kuropatw jako przysmak wniesiono na stół prezydialny upieczonego bociana.
Paniom zaproponowano do picia miód pitny, który franciszkanie przywieźli w podarunku, albo też wino zaprawione imbirem. Panom do wyboru dano wino i gorzałkę. Ta pochodziła z zamkowej gorzelni, a wino importowane było z Węgier. Szlachetna pani Kunegunda zażyczyła sobie, a jakże, napitku wysokoprocentowego.
Dość łapczywie natarto na spoczywające w misach mięsiwo, krojąc je sztyletami na mniejsze kawałki, które spożywano na dwa sposoby: ogryzając nabite na ostrze albo gołymi rękami. Tu trzeba zaznaczyć, że jedzenie za pomocą rąk uchodziło za bardziej kulturalne. Z tego wywiązała się dysputa, którą rozpoczął Otton von Kittlitz, rycerz ze świty księcia legnickiego Rogatki. Człek światły i bywały. A przynajmniej za takiego próbował uchodzić.
– Byłem w zeszłym roku w Italii i gościli mnie we Florencji patrycjusze tamtejsi, niezwykle bogata rodzina Roberti. Wyobraźcie sobie, czcigodni panowie i wy, szlachetne panie, że przy stole używali oni foscinula. Takich małych wideł, na które mięsiwo i inne potrawy nadziewali i tak jedli.
– Dziwne te kraje zamorskie i zwyczaje niezrozumiałe. Toż to po to Pan Bóg stworzył człowieka i dał mu dwie ręce i dziesięć palców, aby sobie swobodnie mógł nimi jeść do woli – ozwał się z niedowierzaniem Destrym z Kobylej Góry, rzucając za siebie obgryzioną kość po bocianie.
– Zwyczaje dziwne, ale to, że Florencja za morzem się znajduje, muszę stanowczo zanegować, jako że konno samotrzeć żeśmy tam dojechali, nijakim okrętem w ogóle nie płynąc.
Tu do rozmowy włączył się opat Franciszek.
– Znana jest sprawa owych tajemniczych wideł, zwanych też widelcem. Pisze o nich w swojej uczonej rozprawie De institutione monialis[2] święty Piotr Damiani. W traktacie swoim dowodzi, że natura ludzka jest tak ukształtowana, aby człowiek mógł jeść rękami. A ten foscinula, czy też jak byśmy powiedzieli po naszemu „widelec”, to nic innego jak symbol samych diabelskich wideł!
Po biesiadnej przeszedł pomruk zgrozy. Co bardziej strachliwi się przeżegnali.
Na to ozwał się templariusz:
– Myślę, że ten diabelski wynalazek nigdy się nie przyjmie. Jak byłem swego czasu w Paryżu, to wszyscy jadali gołymi rękami, jeno czasem dobywając sztyletu albo i topora, aby kość przerąbać… Nie, Francuzi w ogóle widelca nie znają.
– Zdrowie szlachetnej pani matki! – przerwał dyskurs o diabelskich widłach Ginter Biberstein, wstając z ławy i chyląc głowę w kierunku Aldony.
Taki toast trzeba było opróżnić do dna. Potem pito za zdrowie rycerza Henryka, małego Jaśka, seniora Bolka, szlachetnej Kunegundy i wszystkich pozostałych obecnych dam. Sterty obgryzionych kości po prosiakach, kurach, kaczkach, przepiórkach i zjedzonym już w całości bocianie walały się po posadzce. Poderwał się dziarsko z ławy już lekko chwiejący się Jan, pan na Jasieniu, aby wznieść nowy toast: za zdrowie szlachetnej Jarosławy córy komesa Przybimiła, gdy ktoś nagle zadął w róg, wybijając go całkiem z rytmu.
– Teodor, bądź łaskaw i sprawdź, kto tam sobie grą na rogu czas umila. – Rycerz Henryk skinieniem głowy wysłał swojego przybocznego, aby ustalił, kto też mógłby jeszcze nadciągnąć. Nikogo już się bowiem nie spodziewano.
Wierny giermek wrócił niebawem i jął coś w wielkiej tajemnicy szeptać do ucha swego suwerena.
Dwa pacierze później Henryk w towarzystwie swoich przybocznych ponuro przyglądał się ofierze. Był nią rycerz Zbylut, niedawno przybyły z dalekiego Pacanowa, herbu „Kozioł” – jak sam utrzymywał. Leżał na ziemi i się nie ruszał. Prawdopodobnie nie żył, na co mógł wskazywać wbity w jego plecy topór, jak i spora kałuża krwi wokół niego. Nieopodal spoczywało trzech pozostałych uczestników libacji, też bez wyraźnych oznak życia.
– Zawezwijcie Sędzimira! – rozkazał Henryk i w przypływie porywczego gniewu przykopał najbliżej leżącemu Gąsiorkowi. Ci idioci niemalże zepsuli mu chrzciny!
Niebawem pojawił się i Sędzimir we własnej osobie. Był to sławny na Śląsku medyk. Słynął z umiejętnie stawianych diagnoz. Gdy już na pierwszy rzut oka ocenił, że pacjent nie wyżyje, tak i tamten niebawem opuszczał ten padół. Wszak nie był leczony. W pozostałych przypadkach, przy dużej dozie szczęścia, niektórym udawało się wykurować.
Teraz z miejsca przystąpił do badania. W tym celu zażyczył sobie paru kubłów zimnej wody, którymi oblał najpierw trzech leżących pomiędzy obgryzionymi baranimi kośćmi, a po chwili wahania chlusnął też na przybitego toporem do ziemi Zbyluta. O ile ci pierwsi po jakimś czasie zaczęli dawać pewne oznaki życia, to czwarty, jak było to do przewidzenia, zignorował próbę wody.
– Ci trzej jedynie opici gorzałką do granic możliwości. Ale ten tutaj… – Wskazał na Zbyluta, kręcąc bezradnie głową i rozkładając ręce. – Chyba żeby mu zrobić próbę ognia, ale wątpię, czy się ocknie. Za mocno ma topór wbity.
– Widzę, że ma wbity! Ślepy nie jestem! Ale sam go sobie w plecy nie wbił! Ktoś mu pomógł! – Henryk z minuty na minutę tracił resztki dobrego humoru.
Tymczasem Klemens zwany Gąsiorkiem na kolanach doczołgał się do jednego z kubłów. Czyniąc nadludzki wysiłek, uniósł go i przechylił, wlewając w siebie resztkę wody. Po chwili był już nieco zdolny do przyswajania obrazów.
– Co mu się stało? – zapytał, wskazując na zwłoki.
– Poślizgnął się na owym mydle marsylskim! Zabrać tych trzech do lochu! Po chrzcinach wyślemy ich pod sąd książęcy do Opola. Niech tam dochodzą, kto topora użył jako argumentu!
Owo kryminalne zdarzenie rzuciło się pewnym cieniem na dzień Jaśkowych uroczystości i miało potem dla niektórych jego uczestników zgubne konsekwencje. W trzecim dniu chrzcin goście poczęli się rozjeżdżać do domów. Pierwsi podziękowali za gościnę pan Biberstein z małżonką, dając tym sygnał do zakończenia tego wielce udanego przyjęcia.
Kiedy zamek na Wysokim Brzegu opuszczali ostatni goście, do rycerza Henryka zgłosili się panowie Albrecht Uschlik z Ligoty i Grozimir Tschonke z Pleśnicy, oferując się dostarczyć do Opola przed obliczę księcia Władysława trzech aresztowanych rycerzy. Po złożonej przysiędze, zaopatrzeni w pismo do księcia z opisem dokonanej zbrodni, rycerze ze swoimi pocztami wyruszyli w drogę. Jednak Framold Stercza, Kuncze zwany Zbójem i Klemens Gąsiorek nigdy do Opola nie dotarli. Zapewne przekupili swoją eskortę i zbiegli.
Tym sposobem rycerz Henryk narobił sobie niebezpiecznych wrogów.
Jaśko żakiem
Młody Jaśko, dzięki wstawiennictwu mistrza oleśnickich templariuszy, został wysłany do Wrocławia i przyjęty do szkoły przy miejscowej katedrze pod wezwaniem świętego Jana Chrzciciela na Ostrowie Tumskim. Sama katedra była właśnie po przebudowie i nabrała cech modnego gotyckiego stylu, do czego przyczynił się walnie biskup Tomasz. Wcześniej w rodzinnym Brzegu u braci franciszkanów, tych od świętych Piotra i Pawła, wnuk Bolka łyknął co nieco wiedzy i umiejętności pisania i czytania oraz rozwiązywania niezbyt skomplikowanych działań matematycznych – mniej więcej w liczeniu do stu.
Dzięki temu Jaśko pojawił się we Wrocławiu nie jako totalny analfabeta, ale wręcz niemalże jako poliglota. Mówił bowiem rzecz jasna płynnie po polsku, równie dobrze po niemiecku, a i po czesku od biedy też by się bez tłumacza dogadał. Wszelkie pisma i księgi będące w obiegu, o archiwach nie wspominając, napisane były jednak po łacinie. Bez znajomości tego ogólnoeuropejskiego języka dostęp do elitarnych kręgów stawał się dla wielu coraz trudniejszy.
W owym czasie wśród osób duchownych odsetek piśmiennych był całkiem wysoki. Trochę gorzej było ze znajomością pisma między wiejskimi plebanami. Wśród pozostałych warstw społecznych było tylko gorzej. U chłopów analfabetyzm był powszechny, praktycznie stuprocentowy. Niewiele lepiej było z wykształceniem rycerstwa i mieszczan. Unaocznił to swoim słuchaczom wielebny Baltazar, nauczyciel prawa we wrocławskiej wszechnicy, powołując się na wykaz świeckich świadczących podczas pewnej rozprawy sądowej w niezwykle skomplikowanej sprawie sporu o ziemię. Na osiemdziesięciu pięciu świadków, w tym dwóch książąt, pięćdziesięciu dwóch rycerzy i trzydziestu mieszczan, łaciną posługiwali się tylko owi dwaj książęta, ledwo dwóch rycerzy i siedmiu mieszczan.
W rodowym grodzie Jaśka jedynie giermek Teodor, syn bolesławieckiego mieszczanina, będąc absolwentem przyklasztornej opolskiej szkoły, potrafił sklecić jako tako sensowne pismo. Łacinę znali też nieco Jaśkowy ojciec i guwernantka Matylda, ale tylko w mowie, pisać bowiem nie potrafili. Jedyne, co rycerz Henryk, tak jak i dziad Jaśkowy Bolko umieli, to bez rażących błędów złożyć na jakimś dokumencie swój podpis. Z obowiązkowym dużym zawijasem na końcu.
Zakres nauczania katedralnej szkoły obejmował tak zwanych siedem sztuk wyzwolonych, mianowicie: gramatykę, której nauczano według podręczników Donata i Prycjana, dialektykę i retorykę, gdzie uczono, jak wygłosić kazanie albo inną mowę do ludu, oraz geometrię, arytmetykę, astronomię i muzykę.
Jako że syn Henryka trafił do szkoły jak najbardziej elitarnej, miał on też lekcje z architektury i medycyny. Uczono go także redagowania pism, tworzenia zarządzeń i pisania dekretów. Łyknął sporo teologii i filozofii, którą wykładał wybitny scholastyk Melchior ze Świdnicy. O ile dogmaty teologiczne należało wkuć na pamięć, albowiem nie podlegały dyskusji i dociekaniom, to na lekcjach z filozofii panowała już atmosfera nieco luźniejsza i dochodziło czasami do całkiem zażartych dysput. Czytano bowiem Katona, Wergiliusza, Senekę i Owidiusza.
Jednak najbardziej interesowały Jaśka lekcje astronomii. Wykładał ją wybitny astronom i scholastyk Alfons, który pochodził był z Czeskiej Budy. On to teorię budowy wszechświata opisaną w Mathematike Syntahis przez wielkiego Klaudiusza Ptolemeusza wykładał żakom i tłumaczył im ruchy ciał niebieskich, rysując węglem schematy i orbity na kamiennym blacie. A w bezchmurne wieczory wyprowadzał ich poza szkolne mury, aby wspólnie spoglądać w niebo. Tam pokazywał im pojedyncze gwiazdy, jak Arktura czy Gwiazdę Polarną, czy też całe gwiazdozbiory: Woźnicę, Wielką i Małą Niedźwiedzicę czy Strzelca. Ogrom Wszechświata stworzonego przez Stwórcę niezmiennie zachwycał chłopca.
Dowiedział się tedy Jaśko, że Ziemia jest w centrum Wszechświata, a wokół niej po okręgach krążą Słońce i pozostałe planety. Aż po orbitę Saturna, za którym roztacza się sfera fascynujących go gwiazd. Wielebny Alfons prezentował tę wiedzę jako starożytną, ale przez to już sprawdzoną i ugruntowaną i ze wszech miar nadal nowoczesną. Wspomniał też o wywrotowych teoriach, jakoby Ziemia mogła być okrągła, co wywołało jednoznaczną wesołość wśród żaków. Jasnym było nawet dla największego głąba, że nasza planeta musi być płaska. Inaczej jej mieszkańcy, i wszystko inne, już dawno by z niej pospadali.
Wśród przyszłych absolwentów byli zarówno młodzi książęta, jak i synowie rycerzy czy mieszczan, najczęściej bogatych patrycjuszy. Część z nich przeznaczona była przez ich rodziny do stanu duchownego i ci nie płacili za bursę, ubranie i wyżywienie. Pozostali, ci co pobierali nauki jedynie z ciekawości świata albo byli szykowani do stanowisk niezwiązanych z Kościołem, musieli za szkołę płacić.
Po okresie próbnym mistrz Hermann spotkał się z magistrem i rektorem szkoły, byłym bakałarzem praskim, szlachetnym Telesforem ze Skalnego Urwiska i wielebnymi Baltazarem, Melchiorem i Alfonsem, aby zasięgnąć opinii o zdolnościach i postępach Jaśka. W zgodnej opinii wszystkich jego nauczycieli ów był bardzo zdolny, niemalże pracowity oraz bez wątpienia ambitny i szalenie uparty. Tego dnia templariusz obdarował szkołę sakiewką za całą dotychczasową edukację Bolkowego wnuka. Dalsze lata mieli pokrywać rycerze zakonni.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Zemsta templariusza
ISBN: 978-83-8423-778-6
© Piotr Papis i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Maria Bickmann-Dębińska
KOREKTA: Małgorzata Giełzakowska
OKŁADKA: Grzegorz Araszewski
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
