Żeglarze nocy i inne opowiadania - George R.R. Martin - ebook
Opis

Budząca grozę epicka opowieść o eksploracji kosmosu

W głębinach kosmosu ekspedycja złożona z ośmiu nieprzystosowanych naukowców i telepaty zajmuje się badaniami nad volcrynami, tajemniczą rasą obcych. Wygląda jednak na to, że na ich statku kryją się jeszcze większe tajemnice. „Żeglarz nocy”, jedyny statek, jaki udało im się znaleźć, jest prawdziwym cudem techniki. Jest w pełni autonomiczny i jego załoga składa się z tylko jednej osoby. Jednakże kapitan Royd Eris unika kontaktu z uczonymi, rozmawiając z nimi tylko za pośrednictwem hologramów i głosu. Przypomina raczej ducha niż żywą osobę. Niewykluczone też, że nie jest on jedyną istotą ukrywającą się na pokładzie. Telepata Thale Lasamer wyczuwa obecność jakiejś złowrogiej siły…

SERIAL NA PODSTAWIE KSIĄŻKI NIEBAWEM DOSTĘPNY W SERWISIE NETFLIX!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 446

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


George R.R. Martin Żeglarze nocy i inne opowiadania Tytuł oryginału Nightflyers & Other Stories ISBN Copyright © 1985 by George R.R. MartinAll rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2019 Cover illustration: © Netflix, Inc. 2018. Artwork and logo used with permission from Netflix, Inc Redakcja Robert Cichowlas Wydanie 1 w tej edycji Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Dla Gardnera Dozois, który wygrzebał mnie ze sterty niezamówionych rękopisów i uratował przed pracą w wesołym miasteczku

ŻEGLARZE NOCY

Gdy Jezus z Nazaretu wisiał na krzyżu, umierając, wolkryni minęli jego agonię w odległości mniejszej niż rok świetlny, kierując się na zewnątrz.

W czasie kiedy na Ziemi srożyły się Wojny Płomienne, wolkryni żeglowali w pobliżu Starego Posejdona, na którym morza ciągle były nienazwane i nietknięte rybackimi sieciami. Do czasu, w którym hipernapęd przekształcił Zjednoczone Narody Ziemi w Imperium Federalne, wolkryni dotarli już do skraju przestrzeni zajmowanej przez Hrangan. Hranganie nigdy się o tym nie dowiedzieli. Podobnie jak my, byli dziećmi małych, jasnych światów, krążących wokół rozrzuconych słońc i niezbyt interesowali się rzeczami, które wędrowały w kosmicznej pustce, a jeszcze mniej o nich wiedzieli.

Wojna płonęła przez tysiąc lat i wolkryni przelecieli przez jej środek, nieświadomi i nietknięci, bezpieczni w miejscu, w którym nie mogą rozjarzyć się żadne ognie. Później Imperium legło w gruzach i przeminęło, a Hranganie zniknęli w mrokach Kolapsu, dla wolkrynów jednak ciemności nie zgęstniały.

Gdy Kleronomas wyleciał z Avalonu na swym statku badawczym, wolkryni znaleźli się w odległości dziesięciu lat świetlnych od niego. Kleronomas odkrył wiele rzeczy, jednak nie odkrył wolkrynów. Ani wtedy, ani podczas swego powrotu na Avalon, pokolenie później.

Kiedy byłam trzyletnim dzieckiem, Kleronomas był tylko pyłem, tak odległym i martwym jak Jezus z Nazaretu, a wolkryni przelatywali w pobliżu Daronne. Tego roku wszyscy czuciowcy Kreyów zachowywali się dziwnie — siadywali wpatrzeni w niebo świecącymi, migoczącymi oczyma.

Kiedy dorosłam, wolkryni wypłynęli poza Tarę, stając się niewyczuwalni nawet dla Kreyów i ciągle kierując się na zewnątrz.

Teraz, gdy jestem stara i coraz starsza, wolkryni wkrótce przebiją Welon Grzesznicy, wiszący pomiędzy gwiazdami jak czarna mgła. A my lecimy za nimi, lecimy za nimi. Poprzez wypełnione ciemnością zatoki przestrzeni, w które nikt się nie zapuszcza, przez pustkę, przez ciszę bez końca ścigamy go, mój ŻEGLARZ NOCY i ja.

Schodzili powoli wzdłuż przezroczystej rury, łączącej stację orbitalną z czekającym przed nimi statkiem, przeciągając się ręka za ręką poprzez nieważkość.

Melantha Jhirl — jedyna wśród nich, która tutaj, w miejscu pozbawionym grawitacji, nie wyglądała niezdarnie i zdawała się czuć zupełnie swobodnie — zatrzymała się na chwilę, żeby spojrzeć na wiszącą w dole nakrapianą kulę Avalonu, majestatyczny ogrom w czerni nefrytowej zieleni i bursztynie. Uśmiechnęła się i popłynęła szybko w dół rury, z niewymuszoną gracją wyprzedzając swych towarzyszy. Zdarzało im się już wchodzić na pokład statku, każdemu z nich, ale nigdy w ten sposób. Większość statków dokowała przy ścianach stacji, ten jednak, wyczarterowany przez Karoly d’Branina, był zbyt duży i miał zbyt niezwykły kształt. Wisiał przed nimi: trzy niewielkie umieszczone obok siebie jaja, poniżej i pod kątem prostym dwie większe kule, pomiędzy nimi cylinder, w którym mieścił się napęd, a wszystko połączone odcinkami rur. Cały statek był biały i funkcjonalny.

Melantha Jhirl przeszła przez śluzę powietrzną pierwsza. Inni gramolili się, jedno po drugim, aż wszyscy znaleźli się na pokładzie — pięć kobiet i czterech mężczyzn, każde z nich ze statusem akademickim, choć ich dotychczasowe drogi życiowe były tak różne jak pola ich naukowych zainteresowań. Młody, wątły telepata Thale Lasamer wszedł ostatni. Gdy inni rozmawiali, czekając na zakończenie procedury wejścia, on nerwowo rozglądał się wokół.

— Jesteśmy obserwowani — powiedział.

Zewnętrzne drzwi zamknęły się za nimi, rura komunikacyjna odpadła. Teraz otworzyły się drzwi wewnętrzne.

— Witajcie na ŻEGLARZU NOCY — dobiegł zza nich miękki głos. Ale nikogo tam nie było.

Melantha Jhirl weszła do korytarza.

— Cześć — powiedziała, rozglądając się wokół z ciekawością. Karoly d’Branin wszedł za nią.

— Cześć — powtórzył głos. Dochodził zza siatki komunikatora poniżej zaciemnionego ekranu. — Mówi Royd Eris, właś-ciciel ŻEGLARZA NOCY. Cieszę się, Karoly, że znów cię widzę, i cieszę się również, że mogę powitać tu was wszystkich.

— Gdzie pan jest? — spytał ktoś.

— W mojej kwaterze, w pomieszczeniach zajmujących połowę tej, w której jesteśmy, czyli mieszkalnej części statku. — Głos Royda Erisa brzmiał przyjaźnie. — Na drugą połowę składa się mesa, będąca jednocześnie biblioteką i kuchnią, dwa pomieszczenia sanitarne, jedna kabina podwójna i jedna, dość niewielka, pojedyncza. Obawiam się, że ci, którzy się w nich nie zmieszczą, będą musieli rozwiesić sobie hamaki w lukach towarowych. ŻEGLARZ został zaprojektowany jako statek towarowy, nie pasażerski. Otworzyłem jednak wszystkie niezbędne przejścia i połączenia, dlatego wszędzie, również w magazynach, jest powietrze, ogrzewanie i woda. Pomyślałem, że będzie wam wygodniej, jeśli rozmieścicie się w ten sposób. Również wasz ekwipunek i system komputerowy został umieszczony w luku towarowym, ale zapewniam was, że jest tam jeszcze mnóstwo miejsca. Proponuję, żebyście teraz się rozlokowali, a potem spotkamy się w mesie na obiedzie.

— Przyłączy się pan do nas? — spytała Agatha Marij-Black, psipsych, gderliwa kobieta o wąskiej, ostrej twarzy.

— W pewnym sensie — odpowiedział Royd Eris. — W pewnym sensie.

Podczas obiadu pojawił się duch.

Po rozwieszeniu hamaków i rozłożeniu rzeczy osobistych wokół miejsc, w których mieli spać, bez większych trudności odnaleźli mesę. Było to największe pomieszczenie w tej części statku. Jeden jego koniec zajmowała kompletnie wyposażona i dobrze zaopatrzona w zapasy żywności kuchnia. W przeciwległym końcu znaleźli kilka wygodnych foteli, dwa czytniki, holotank i ścianę pełną książek, taśm i kryształowych kości pamięci. Środek mesy był zajęty przez długi stół z przygotowanymi dla dziesięciu osób miejscami.

Czekał już na nich lekki, gorący posiłek. Naukowcy obsłużyli się sami i zajęli miejsca przy stole, śmiejąc się i rozmawiając, bardziej już rozluźnieni niż podczas wchodzenia na statek. Sztuczna grawitacja była włączona, co w ogromnej mierze przyczyniło się do poprawy nastrojów. Własna niezdarność podczas nieważkiego przejścia na statek została szybko zapomniana.

W końcu zajęto wszystkie krzesła, z wyjątkiem stojącego u szczytu stołu.

Duch zmaterializował się właśnie w nim. Wszystkie rozmowy nagle umilkły.

— Cześć — powiedział upiór, świetlisty cień szczupłego, bladookiego młodzieńca o białych włosach. Ubrany był w niemodny już od dwudziestu lat strój — luźną, pastelowobłękitną koszulę z szerokimi, ściągniętymi w nadgarstkach rękawami i obcisłe białe spodnie, stanowiące całość z butami. Mogli na wskroś przez niego widzieć, natomiast jego oczy nie widziały zupełnie nic.

— Hologram — powiedziała Alys Northwind, ksenotech, nis-ka i tęga.

— Royd, Royd, nic z tego nie rozumiem — poskarżył się Karoly d’Branin, rozszerzonymi oczyma wpatrując się w upiorną sylwetkę.

Duch uśmiechnął się nieznacznie i uniósł rękę.

— Moja kwatera znajduje się po drugiej stronie tej ściany — powiedział. — Obawiam się jednak, że między połówkami tej części statku nie ma żadnego połączenia, żadnych drzwi. Większość czasu spędzam w samotności, cenię sobie odosobnienie. Mam nadzieję, że wszyscy odniesiecie się do tego ze zrozumieniem i uszanujecie moją wolę. Będę jednak dobrym, uprzejmym gospodarzem. Tutaj, w mesie, będzie wam towarzyszył mój hologram. Gdzie indziej, jeżeli będziecie czegoś potrzebowali lub chcieli ze mną rozmawiać, użyjcie po prostu komunikatora. A teraz wróćcie, proszę, do posiłku i waszych rozmów. Z przyjemnością będę ich słuchał. Już bardzo dawno nie miałem pasażerów na pokładzie.

Próbowali. Ale widmo u szczytu stołu rzucało długi cień… Obiad został przez nich dokończony pospiesznie i w napięciu.

Od chwili, w której ŻEGLARZ NOCY przeszedł na hiperna- pęd, Royd Eris obserwował naukowców.

Większość z nich w ciągu kilku dni przyzwyczaiła się do bezcielesnego głosu z komunikatorów i holograficznego upiora u szczytu stołu. Ale tylko Melantha Jhirl i Karoly d’Branin wydawali się czuć zupełnie swobodnie w takiej jego obecności. Pozostali byliby pewnie jeszcze bardziej skrępowani, gdyby wiedzieli, że Royd bezustannie przy nich był. Zawsze i wszędzie patrzył. Posiadał oczy i uszy nawet w pomieszczeniach sanitarnych.

Patrzył, jak pracują, jedzą, śpią, kopulują; nieustannie przysłuchiwał się ich rozmowom. W ciągu tygodnia poznał ich, całą dziewiątkę, i zaczął dostrzegać rzeczy, które były ich małymi, wstydliwymi tajemnicami.

Lommie Thorne, cybernetyk, rozmawiała ze swymi komputerami i zdawała się przedkładać ich towarzystwo nad towarzystwo ludzi. Miała bystry umysł, ruchliwą, pełną wyrazu twarz i niewielkie, chłopięce ciało. Większość pozostałych członków grupy uważała ją za atrakcyjną, ale ona nie lubiła być dotykana. Uprawiała seks tylko raz, z Melanthą Jhirl. Nosiła spódnice z miękko tkanego metalu i miała wszczep w przegubie, pozwalający jej na bezpośrednie łączenie się z komputerami.

Ksenobiolog, Rojan Christopheris, był zgorzkniałym, kłótliwym mężczyzną, cynikiem z trudnością kontrolującym swą pogardę dla kolegów. Upijał się do lustra. Był wysoki, przygarbiony i brzydki.

Dwoje lingwistów, Dannel i Lindran, było kochankami na pokaz, w towarzystwie innych nieustannie trzymali się za ręce i przytulali. Gdy byli sami, kłócili się zażarcie. Lindran znajdowała niezdrową przyjemność w ranieniu Dannela tam, gdzie najbardziej bolało, kpiąc z jego zawodowej kompetencji. Oboje często uprawiali seks, choć nigdy ze sobą.

Agatha Marij-Black, psipsych, była hipochondryczką, popadającą w czarne depresje, które nasiliły się jeszcze w zamkniętych, ciasnych pomieszczeniach ŻEGLARZA NOCY.

Alys Northwind, ksenotech, bezustannie jadła i nigdy się nie myła. Jej kwadratowe paznokcie zawsze nosiły obwódki czarnego brudu. Przez pierwsze dwa tygodnie podróży ubrana była w ten sam kombinezon, zdejmując go tylko przy uprawianiu seksu, a i wtedy na krótko.

Telepata, Thale Lasamer, był nerwowy i łatwo ulegał nastrojom. Bał się wszystkich wokół, miał jednak skłonność do ataków arogancji, podczas których prowokował swych towarzyszy strzępami myśli, wyłowionymi z ich umysłów.

Royd Eris obserwował wszystkich, studiował ich, żył z nimi i poprzez nich. Nie zaniedbywał nikogo, nawet tych, których uważał za najbardziej odrażających. Zanim jednak upłynęły dwa tygodnie od zagubienia ŻEGLARZA w mętnym potoku hipernapędu, dwoje z nich zaczęło absorbować większość jego uwagi.

— Ze wszystkich pytań, które można na ich temat zadać, najbardziej chcę wiedzieć dlaczego — powiedział mu Karoly d’Branin pewnej fałszywej nocy, podczas drugiego tygodnia od wylotu z Avalonu.

Świetlisty duch Royda siedział w zaciemnionej mesie obok d’Branina, przyglądając się, jak naukowiec popija słodko-gorzką czekoladę. Pozostali członkowie grupy już spali. Na statku pojęcia dnia i nocy straciły swoje znaczenie, chociaż ŻEGLARZ utrzymywał tradycyjny cykl i większość pasażerów stosowała się do niego. Stary d’Branin, administrator, koordynator i dowódca wyprawy, był wyjątkiem. Trzymał się własnego rozkładu czasu, wolał pracować niż spać, a najbardziej lubił rozmawiać na temat swojej obsesji — rasy wolkrynów, na którą polował.

— Jeżeli jest równie ważne, Karoly — powiedział Royd. — Czy możesz być zupełnie pewny, że ci twoi obcy naprawdę istnieją?

— JA mogę być pewny — odpowiedział d’Branin, puszczając oko. Był szczupłym, niewysokim mężczyzną, jego stalo- woszare włosy były zawsze starannie ułożone, tunika niemal pedantycznie schludna, tylko ta szeroka gestykulacja podczas rozmowy i wybuchy niekontrolowanego entuzjazmu zaprzeczały jego rzeczowemu, trzeźwemu wyglądowi. — To wystarczy — ciągnął. — Gdyby wszyscy inni byli tak pewni, mielibyśmy tutaj, zamiast twego małego ŻEGLARZA, całą flotę statków badawczych. — Wypił łyk czekolady i westchnął z zadowoleniem. — Czy wiesz coś o Nor T’alush, Royd?

Royd nigdy nie zetknął się z tą nazwą, ale uzyskanie informacji z pokładowej biblioteki zajęło mu zaledwie chwilę.

— Rasa obcych, żyjąca po przeciwnej w stosunku do zajętej przez człowieka stronie przestrzeni, poza światami Fyndii i Da- moosh. Najprawdopodobniej legendarna.

D’Branin zachichotał.

— Nie, nie, nie! Twoja biblioteka jest przestarzała, musisz ją uzupełnić podczas następnej wizyty na Avalonie. To żadne legendy, nie. Oni są najzupełniej realni, chociaż tak odlegli. Niewiele posiadamy informacji na temat Nor T’alush, jesteśmy jednak pewni, że istnieją, chociaż ty czy ja najpewniej nigdy żadnego z nich nie spotkamy. Oni byli początkiem tego wszystkiego.

— Opowiedz mi o tym — powiedział Royd. — Interesuje mnie, czym się zajmujesz, Karoly.

— Kiedyś kodowałem dla komputerów Akademii pakiet informacji, który po dwudziestu standardowych latach dotarł z Dam Tullian. Jego część stanowił folklor Nor T’alush. Nie miałem i nadal nie mam pojęcia, jak dużo czasu tym informacjom zajęło dotarcie do Dam Tullian ani jaką drogą tam dotarły, ale to nie miało znaczenia — tak czy inaczej folklor jest ponadczasowy, a to był fascynujący materiał. Wiesz, że zrobiłem magisterium z ksenomitologii?

— Tak? Nie wiedziałem. Mów dalej, proszę.

— Jeden z mitów Nor T’alush zawierał opowieść o wolkry- nach. Zadziwiła mnie ona. Mówiła o rozumnej rasie, wyruszającej z jakiegoś tajemniczego miejsca w centrum galaktyki, żeglującej ku jej granicom i wreszcie, jak przypuszczano, kierującej się w przestrzeń międzygalaktyczną, nie lądującej na planetach i rzadko zbliżającej się bardziej niż na rok świetlny do gwiazd. — Szare oczy d’Branina skrzyły się, ramiona entuzjastycznie rozkładały się na boki, jakby chciały objąć całą galaktykę. — I dokonującej tego wszystkiego bez hipernapędu, Royd, to prawdziwy cud! Dokonującej tego w statkach, które poruszały się z ułamkiem szybkości światła! Ten szczegół mnie zafascynował! Jakże oni muszą być inni, ci moi wolkryni, jakże mądrzy i cierpliwi, długowieczni i dalekowzroczni, niemający w sobie niczego ze straszliwego pośpiechu i namiętności, w których spalają się niższe rasy. Pomyśl, jak one muszą być stare, te statki wolkrynów!

— Bardzo stare — zgodził się Royd. — Karoly, ty powiedziałeś statki. To znaczy więcej niż jeden?

— Och, tak — odpowiedział d’Branin. — Zgodnie z przekazem Nor T’alush pojawiły się na wewnętrznej granicy ich przestrzeni, na początku zaledwie jeden czy dwa, ale wkrótce przybyły następne. Setki, każdy samotny, poruszający się osobno od innych, a wszystkie lecące na zewnątrz, zawsze na zewnątrz. Kierunek ich lotu był nieodmiennie ten sam. Przelatywali przez układy gwiezdne Nor T’alush przez piętnaście tysięcy standardowych lat, a potem zaczęli je opuszczać. Mit mówi, że ostatni statek wolkrynów wyleciał spośród ich gwiazd trzy tysiące standardowych lat temu.

— Osiemnaście tysięcy lat — powiedział Royd. — Czy Nor T’alush są aż tak starzy?

— Nie jako gwiezdni podróżnicy, nie — odpowiedział d’Bra- nin, uśmiechając się. — Zgodnie z ich własnymi zapisami, Nor T’alush są cywilizowani zaledwie przez połowę tego czasu. W pewnym momencie nieco mnie to martwiło, gdyż wyraźnie zmieniało historię wolkrynów w czystą legendę. Piękną legendę, to prawda, ale nic więcej. Nie mogłem tego tak zostawić. W wolnych chwilach przeprowadzałem badania, porównując różne mitologie, żeby sprawdzić, czy ten szczególny ich fragment pojawia się również u innych ras niż Nor T’alush. Uważałem, że być może uda mi się zrobić z tego pracę doktorską, gdyż ta linia poszukiwań wyglądała obiecująco. Byłem zdumiony tym, co odkryłem. Niczego nie było u Hrangan ani u ras im podległych, ale to zupełnie zrozumiałe. Oni żyli na zewnątrz przestrzeni zajmowanej przez człowieka. Wolkryni nie mogli do nich dotrzeć, nie minąwszy przedtem układów gwiezdnych zamieszkiwanych przez nas samych. Kiedy jednak spojrzałem do wewnątrz, opowieści o wolkrynach były wszędzie. — D’Branin pochylił się, wyraźnie podniecony. — Ach, Royd, te opowieści, te opowieści!

— Słucham uważnie — powiedział Royd.

— Fyndii nazywają ich iy-wivii, co tłumaczy się jako „horda z otchłani” lub „czarna horda”. Wszystkie plemiona Fyndii opowiadają tę samą historię i tylko ci o całkowicie zaślepionych umysłach mogą w nią nie wierzyć. Opowiadają, że statki są ogromne, znacznie większe niż znane z ich dziejów czy z naszych. Okręty wojenne, mówią. Istnieje opowieść o zaginionym plemieniu Fyndii, trzysta statków pod rala-fyn, wszystkie doszczętnie zniszczone podczas spotkania z iy-wivii. To oczywiście zdarzyło się wiele tysięcy lat temu, a szczegóły są dość niejasne. Damoosh mają odmienną opowieść i uważają ją za prawdziwą, słowo po słowie, a jak wiesz, są oni najstarszą rasą, z jaką się dotychczas zetknęliśmy. Nazywają moich wolkrynów ludem z zatoki. Wspaniałe opowieści, Royd, wspaniałe! Statki jak wielkie ciemne miasta, spokojne i ciche, żyjące w tempie wolniejszym niż wszechświat wokół nich. Legendy Damoosh mówią, że wolkryni są uciekinierami z jakiejś niewyobrażalnej wojny głęboko w jądrze galaktyki, toczonej u początków czasu. Opuścili planety i gwiazdy, na których wyrośli, żeby w przestrzeni pomiędzy nimi szukać prawdziwego pokoju, Getsoidy z Aath mają podobny mit, ale w nim ta wojna zniszczyła wszystkie żywe istoty w galaktyce, a wolkryni są swego rodzaju bogami, siejącymi życie na mijanych planetach. Inne rasy widzą ich jako cienie z piekieł lub wysłanników Boga, ostrzegających nas, każących uciekać przed czymś straszliwym, co ma się wkrótce wyłonić z jądra galaktyki.

— Te opowieści, o których mówisz, Karoly, przeczą sobie wzajemnie.

— Tak, tak, oczywiście, ale wszystkie są zgodne w sprawach podstawowych: wolkryni opuszczają galaktykę, mijając na swych starożytnych, powolnych, niezniszczalnych statkach nasze krótkotrwałe imperia. To właśnie naprawdę się liczy! Reszta jest nic nieznaczącą ornamentacją. Wkrótce będziemy wiedzieć, ile kryje się w niej prawdy. Sprawdziłem te nieliczne informacje, jakie mamy na temat ras żyjących ponoć jeszcze bliżej środka galaktyki, nawet poza Nor T’alush, poza cywilizacją i istotami, które same są na wpół legendarne, jak Dan’lai, Ullish i Rohenna’kh. I tam, gdzie mogłem w ogóle cokolwiek znaleźć, znowu znajdowałem historie o wolkrynach.

— Legenda na temat legend — powiedział Royd. Kąciki szerokich ust widma uniosły się w uśmiechu.

— Dokładnie, dokładnie — zgodził się d’Branin. — Zwróciłem się do ekspertów, specjalistów z Instytutu Studiów nad Inteligencjami Pozaludzkimi. Prowadziliśmy badania przez dwa lata. Wszystko tam było, w bibliotekach, w pamięciach i matrycach Akademii. Przedtem nikt jednak nie zadał sobie trudu, żeby spojrzeć na te materiały, żeby je zestawić. Wolkryni wędrowali przez należącą do człowieka przestrzeń w ciągu niemal całej ludzkiej historii, od czasów poprzedzających loty kosmiczne. Podczas gdy my nauczyliśmy się skręcać strukturę przestrzeni, oszukując teorię względności, oni żeglowali swoimi wielkimi statkami przez samo serce naszej tak zwanej cywilizacji, obok naszych najgęściej zaludnionych światów ze stateczną, podświetlną prędkością, kierując się ku Granicy i ciemnościom pomiędzy galaktykami. Cudowne, Royd, cudowne!

— Cudowne — zgodził się Royd.

Karoly d’Branin jednym haustem osuszył filiżankę i wyciągnął rękę, żeby chwycić ramię Royda, jednak jego dłoń przeszła na wylot przez puste światło. Przez chwilę wyglądał na zmieszanego, ale potem sam zaczął się z siebie śmiać.

— Ach, moi wolkryni. Chyba wpadam w nadmierny entuzjazm, Royd. Jestem już tak blisko celu. Oni zaprzątali bez reszty moje myśli przez dziesięć lat, a teraz w ciągu miesiąca będę ich miał, będę napawał moje zmęczone oczy ich wspaniałością. A potem, potem, jeśli tylko moi ludzie zdołają dosięgnąć kogoś tak wielkiego i dziwnego jak oni, tak różnego od nas, mam nadzieję, Royd, nadzieję, że poznam odpowiedź przynajmniej na pytanie dlaczego!

Duch Royda uśmiechnął się do niego, patrząc przed siebie spokojnymi, przezroczystymi oczyma.

Pasażerowie na statku, który posługuje się hipernapędem, zwykle szybko ulegają znudzeniu, tym bardziej na statku tak niewielkim i skromnie urządzonym jak ŻEGLARZ NOCY. Pod koniec drugiego tygodnia podróży przypuszczenia i spekulacje zaczęły się na dobre.

— Kim naprawdę jest ten Royd Eris? — spytał pewnej nocy Rojan Christopheris, ksenobiolog. Grali we czwórkę w karty. — Dlaczego do nas nie wychodzi? Jaki ma cel w izolowaniu się od wszystkich?

— Spytaj go — poradził Dannel, lingwista.

— A jeżeli to jakiś kryminalista? — powiedział Christopheris. — Czy my w ogóle cokolwiek o nim wiemy? Nic, zupełnie nic. Wynajął go d’Branin, a on jest, jak wszyscy wiemy, starym, zgrzybiałym głupcem.

— Ty zagrywasz — powiedziała Lommie Thorne. Christopheris z trzaskiem rzucił kartę.

— Blok — zadeklarował. — Będziesz musiała znowu rozdawać. — Wyszczerzył zęby. — A wracając do tego Erisa, jaką możemy mieć gwarancję, że on nie planuje nas wymordować?

— Niewątpliwie dla naszych ogromnych majątków — powiedziała Lindran, lingwistka. Położyła kartę na tej, którą zagrał Christopheris.

— Przebita — stwierdziła miękko. Uśmiechnęła się. Obserwując to wszystko, uśmiechnął się również Royd Eris.

Przyjemnie było patrzeć na Melanthę Jhirl.

Młoda, zdrowa, pełna wigoru, promieniowała intensywnością, jakiej próżno by szukać w którymkolwiek z pozostałych członków grupy. Pod każdym względem była duża — o głowę wyższa od wszystkich na pokładzie, silne ciało, duże piersi, długie nogi. Pod jej czarną jak węgiel skórą płynnie poruszały się silne mięśnie. Apetyt miała równie duży. Jadła dwa razy więcej niż ktokolwiek z jej kolegów i potężnie piła, nigdy jednak się nie upijała. Każdego dnia przez cztery godziny wykonywała ćwiczenia gimnastyczne na sprzęcie, który przywiozła ze sobą i zamontowała w jednym z luków towarowych. Przez pierwsze dwa tygodnie podróży uprawiała seks ze wszystkimi czterema znajdującymi się na pokładzie mężczyznami i z dwiema z kobiet. Nawet w łóżku była zawsze aktywna, wyczerpując kompletnie większość z partnerów. Royd obserwował ją z rosnącą fascynacją.

— Jestem ulepszonym modelem — powiedziała mu pewnego razu, ćwicząc intensywnie na równoległych drążkach. Jej odsłonięta skóra błyszczała od potu. Ciasna siatka spinała długie czarne włosy.

— Ulepszonym? — spytał Royd. Nie mógł wysyłać hologramu do luków towarowych, ale Melantha zaprosiła go do rozmowy za pomocą komunikatora, nie wiedząc, że i tak byłby przy niej.

Przerwała wykonywany układ, siłą mięśni zatrzymując ciało w stójce na rękach.

— Zmienionym, kapitanie — powiedziała. Przyjęła taką formę zwracania się do niego: kapitanie. — Urodziłam się na Prometeuszu, wśród elity, jako dziecko dwojga czarodziejów genetycznych. Zostałam ulepszona, kapitanie. Potrzebuję dwukrotnie więcej energii niż pan, ale w całości ją wykorzystuję. Mam bardziej efektywną przemianę materii, silniejsze i bardziej wytrzymałe ciało, przewidywany czas mego życia jest półtora raza dłuższy od ludzkiego przeciętnego. Moi ziomkowie popełnili kilka straszliwych pomyłek, próbując radykalnie przemodelować ludzkość, ale drobne ulepszenia wychodzą im całkiem niezłe. — Podjęła ćwiczenia, poruszając się szybko i bez widocznego wysiłku. Milczała już do ich końca. Wreszcie, zrobiwszy salto w powietrzu, zeskoczyła na podłogę i przez chwilę stała nieruchomo, ciężko oddychając, a potem splotła ramiona na piersi, podniosła głowę i uśmiechnęła się. — Teraz już znasz historię mego życia, kapitanie — powiedziała. Ściągnęła siatkę z głowy i rozpuściła włosy.

— Z pewnością jest w niej nie tylko to — powiedział głos z komunikatora.

Roześmiała się.

— Z pewnością. Czy chcesz usłyszeć o mojej ucieczce na Avalon, o jej przyczynach i okolicznościach, o wynikłych z niej kłopotach dla mojej rodziny na Prometeuszu? A może jesteś bardziej zainteresowany moimi nadzwyczajnymi osiągnięciami w dziedzinie ksenologii kulturowej? Chcesz posłuchać?

— Może przy jakiejś innej okazji — odpowiedział Royd uprzejmie. — Co to za kryształ? Ten, który nosisz?

Zwykle wisiał pomiędzy jej piersiami. Zdjęła go, rozbierając się do ćwiczeń. Teraz podniosła i zawiesiła go na szyi — niewielki, zielony kamień poznaczony czarnymi żyłkami, na srebrnym łańcuszku. Dotykając go, zamknęła na chwilę oczy. Uśmiechała się, otwierając je z powrotem.

— Jest żywy — powiedziała. — Nigdy takiego nie widziałeś? To szepczący kamień, kapitanie. Kryształ rezonacyjny, psionicz- nie ukształtowana matryca, zatrzymująca w sobie jakieś wspomnienie, odczucie. Dotknięcie kryształu wyzwala je na chwilę.

— Sama zasada jest mi znana, ale nie zetknąłem się jeszcze z jej praktycznym wykorzystaniem. A więc w twoim krysztale ukryte jest jakieś szczególnie drogie ci wspomnienie? Rodzinne może?

Melantha podniosła ręcznik i zaczęła wycierać pot.

— Mój kryształ zawiera wrażenia z wyjątkowo udanego seansu seksualnego, kapitanie. To mnie podnieca. Lub raczej podniecało. Szepczące kamienie tracą z czasem swoją moc i odczucia zgromadzone w moim krysztale nie są już tak intensywne jak kiedyś. Czasami jednak, zwykle po uprawianiu miłości lub po wyczerpujących ćwiczeniach, odżywają z dawną siłą.

— Och — powiedział głos Royda. — A więc jesteś teraz podniecona? Masz zamiar z kimś kopulować?

Melantha uśmiechnęła się.

— Wiem, jakiej części moich wspomnień chciałbyś wysłuchać, kapitanie. Tej, która dotyczy mego burzliwego i pełnego namiętności życia miłosnego. Ale jej nie usłyszysz. Przynajmniej do czasu, aż ja poznam historię twego życia. Wśród moich skromnych przymiotów niepoślednie miejsce zajmuje nienasycona ciekawość. Kim ty jesteś, kapitanie? Tak naprawdę.

— Niewątpliwie ktoś tak ulepszony jak ty — odpowiedział Royd — powinien być w stanie sam to odgadnąć.

Melantha roześmiała się i rzuciła ręcznikiem w siatkę komunikatora.

Lommie Thorne większość czasu spędzała w luku towarowym, przeznaczonym na pomieszczenie dla komputerów, montując system, który miał im służyć do analizy danych o wolkrynach. Bardzo często przychodziła do niej Alys Northwind, oferując jej swoją pomoc. Podczas pracy Lommie miała zwyczaj pogwizdywać, natomiast Alys wykonywała jej polecenia w posępnym milczeniu. Od czasu do czasu rozmawiały.

— Eris nie jest człowiekiem — powiedziała pewnego dnia Lommie Thorne, nadzorując instalację dużego monitora.

— Co? — burknęła Alys. Jej płaska, nieciekawa twarz zmarszczyła się, przez Christopherisa i jego teorie zaczęła nieco nerwowo reagować na wzmianki o Roydzie. Wsunęła na miejsce kolejny komponent i odwróciła się.

— Rozmawia z nami, ale pozostaje niewidoczny — powiedziała Lommie. — Tutaj nie ma żadnej załogi, wszystko, poza nim, wydaje się zautomatyzowane. Dlaczego więc ten statek nie miałby być zautomatyzowany w pełni i do końca? Idę o zakład, że ten Royd Eris jest skomplikowanym systemem komputerowym, być może prawdziwą Sztuczną Inteligencją. Nawet skromny program może prowadzić pseudorozmowę, której niemal nie da się odróżnić od ludzkiej. Taki jak ten, uruchomiony, mógłby cię zupełnie oszukać.

Alys chrząknęła i wróciła do przerwanej pracy.

— Dlaczego więc udaje człowieka?

— Ponieważ większość systemów prawnych nie przyznaje SI żadnych praw obywatelskich. Statek nie może być właścicielem siebie samego, nawet na Avalonie. ŻEGLARZ NOCY obawia się prawdopodobnie, że zostanie uwięziony i wyłączony. — Gwizdnęła. — Śmierć, Alys, koniec poczucia istnienia, koniec świadomych myśli.

— Każdego dnia pracuję z maszynami — powiedziała z uporem Alys. — Włączenie, wyłączenie, bez różnicy. Nie mają nic przeciwko temu. Dlaczego ta maszyna miałaby się tym przejmować?

Lommie uśmiechnęła się.

— Komputery to co innego, Alys. Umysł, myśli, życie, duże systemy wszystko to posiadają. — Jej prawa dłoń zamknęła się na lewym nadgarstku, kciuk zaczął błądzić bez celu po nierównościach wszczepu. — Również odczucia. Wiem to. Nikt nie chce nagle przestać czuć. One nie są wcale tak bardzo różne od ciebie, ode mnie, naprawdę.

Alys obejrzała się i potrząsnęła głową.

— Naprawdę? — powtórzyła bezbarwnym, niedowierzającym głosem.

Royd Eris patrzył i słuchał, bez uśmiechu.

Thale Lasamer był młodą, kruchą istotą, nerwową, pobudliwą, o słabych, słomianych, opadających na ramiona włosach, a oczach błękitnych i wodnistych. Zwykle ubierał się jak paw, szczególnym upodobaniem darząc koronkowe, rozcięte z przodu koszule bez kołnierzyka i saczki na genitalia, ciągle modne wśród niższych klas jego rodzinnego świata. W dniu, w którym odnalazł Karoly d’Branina w jego ciasnej, prywatnej kabinie, ubrany był jednak w skromny, szary kombinezon.

— Czuję to — powiedział, chwytając d’Branina za ramię i boleśnie wbijając w nie palce. — Coś tu jest nie w porządku, Karoly, wyjątkowo nie w porządku. Zaczynam naprawdę się bać.

Paznokcie telepaty raniły skórę i d’Branin wyszarpnął gwałtownie rękę.

— To boli — zaprotestował. — O co chodzi, przyjacielu? Boisz się? Czego, kogo? Nic z tego nie rozumiem. Czego tu można się bać?

Lasamer uniósł blade dłonie ku twarzy.

— Nie wiem — powiedział płaczliwie — nie wiem. Ale to jest tutaj, czuję to. Karoly, ja coś zacząłem odbierać. Wiesz, że jestem dobry. Jestem, i dlatego mnie wybrałeś. Właśnie przed chwilą, gdy wbiłem ci paznokcie w skórę, czułem to. Mogę cię teraz odczytać, wyrywkowo. Myślisz, że zbyt łatwo się ekscytuję, że wpływa na mnie ta zamknięta przestrzeń, że powinno się mnie uspokoić. — Młody człowiek roześmiał się krótkim, histerycznym chichotem, który urwał się równie nagle, jak się pojawił. — Widzisz, nie. Ja jestem dobry. Klasa jeden, potwierdzona testami i teraz ci mówię, że się boję. Wychwytuję to. Wyczuwam. Śnię o tym. Czułem to już podczas wchodzenia na statek, a teraz staje się to coraz gorsze. Coś niebezpiecznego. Coś gwałtownego. I obcego, Karoly, obcego!

— Wolkryni? — spytał d’Branin.

— Nie, to niemożliwe. Lecimy hipernapędem, a oni są odlegli jeszcze o lata świetlne. — Znowu zabrzmiał ten chichot. — Nie jestem aż tak dobry. Słyszałem twoją historię o Kreyach, ale ja jestem tylko człowiekiem. Nie, to jest blisko. Na statku.

— Jedno z nas?

— Być może — odpowiedział Lasamer. Zamyślił się na chwilę, pocierając policzek. — Nie potrafię tego umiejscowić.

D’Branin po ojcowsku położył mu dłoń na ramieniu.

— Thale, to twoje wrażenie… czy nie może rodzić się z tego, że jesteś po prostu zmęczony? Wszyscy żyjemy tu w ciągłym napięciu. Bezczynność potrafi być naprawdę wyczerpująca.

— Zabierz ze mnie tę rękę — warknął Lasamer. D’Branin szybko cofnął dłoń. — To jest rzeczywiste — upierał się telepata — i nie chciałbym, żebyś zaczął myśleć, że może niepotrzebnie mnie zabierałeś, i tak dalej. Jestem tak samo zrównoważony jak wszyscy inni na tym, na tym… Jak śmiesz myśleć, że jestem niezrównoważony! Powinieneś zajrzeć do wnętrza niektórych z naszych współtowarzyszy. Chrostopherisa z jego butelką i małymi, brudnymi fantazjami, Dannela niemal chorego ze strachu, Lommie z jej maszynami, u niej wszystko jest metalem, światełkami i zimnymi obwodami, to chore, mówię ci, a Jhirl jest arogancka, Agatha nawet w myślach łka nad sobą bez przerwy, a Alys jest pusta jak wydmuszka. Ty, ty ich nie dotykasz, nie patrzysz w nich. Co ty możesz wiedzieć o zrównoważeniu? Przegrani ludzie, d’Branin, dano ci bandę ludzi przegranych, ja jestem wśród nich jednym z najlepszych, nie waż się więc myśleć, że jestem niezrównoważony, chory, słyszysz? — Jego niebieskie oczy błyszczały jak w gorączce. — Słyszysz?

— Spokojnie — powiedział d’Branin. — Spokojnie, Thale, jesteś zbyt podekscytowany.

Telepata zamrugał i nagle jego podniecenie zniknęło.

— Podekscytowany? — powiedział. — Tak. — Rozejrzał się wokół zmieszany. — Karoly, wiem, że to trudne, ale uwierz mi. Musisz. Ja cię ostrzegam. Jesteśmy w niebezpieczeństwie.

— Uwierzę, ale nie mogę podjąć żadnych działań bez bardziej szczegółowych informacji. Musisz użyć swego talentu, żeby je dla mnie zdobyć, dobrze? Przecież możesz to zrobić.

Ten skinął głową i powiedział:

— Dobrze, dobrze.

Rozmawiali jeszcze przez ponad godzinę, w końcu telepata wyszedł zupełnie spokojny. Bezpośrednio potem d’Branin poszedł do psipsych, która leżała w swoim hamaku, otoczona lekarstwami, skarżąc się na nieustanne bóle.

— Interesujące — zauważyła, gdy d’Branin opowiedział jej o wizycie Lasamera. — Ja również coś czułam, miałam jakieś poczucie zagrożenia, bardzo niewyraźne, rozmyte. Myślałam, że to bierze się ze mnie samej. Zamknięcie, nuda, sposób, w jaki to przyjmuję. Moje nastroje czasami zwracają się przeciwko mnie. Czy powiedział coś bardziej konkretnego?

— Nie.

— Postaram się przemóc ból i pochodzić trochę, odczytam go, odczytam innych, zobaczę, co będę w stanie wychwycić. Chociaż, jeśli to jest realne, on powinien odczuć to pierwszy. On ma klasę jeden, a ja tylko trzy.

D’Branin skinął głową.

— Wydaje się bardzo czuły. Powiedział mi różne rzeczy o innych.

— To nic nie znaczy. Czasami, gdy telepata upiera się, że wychwytuje wszystko, znaczy to tylko, iż nic nie wychwytuje. Wyobraża sobie odczyty, uczucia, żeby zastąpić te, które nie chcą do niego przyjść. Będę go uważnie obserwowała. Niekiedy talent może się załamać, ześlizgnąć w rodzaj histerii. Może zacząć nadawać, zamiast odbierać. To bardzo niebezpieczne, szczególnie w zamkniętych środowiskach.

— Oczywiście, oczywiście — zgodził się.

W innej części statku Royd Eris zmarszczył brwi.

— Zwróciłeś uwagę na ubranie hologramu, który on nam wysyła? — powiedział Rojan Christopheris do Alys Northwind. Byli sami w jednym z luków towarowych. Leżeli na macie, starając się unikać wilgotnej plamy na jej środku. Ksenobiolog zapalił skręta. Zaproponował jej, ale odmówiła machnięciem ręki. — Niemodne od co najmniej dziesięciu lat, może dłużej. Mój ojciec nosił takie koszule, gdy był chłopcem, na Starym Posejdonie.

— Ma staroświecki gust — odpowiedziała. — I co z tego? Nie obchodzi mnie, w co on się ubiera. Ja, na przykład, lubię moje kombinezony. Są bardzo wygodne. Nie zależy mi, co o tym myślą inni.

— Rzeczywiście ci nie zależy, prawda? — powiedział Christopheris, marszcząc swój ogromny nos. Nie zauważyła tego. — Ale tu nie o to chodzi. A jeżeli to wcale nie jest Eris? Projekcja może być czymkolwiek, może być zestawiona z dowolnych elementów. Nie wydaje mi się, żeby on rzeczywiście tak wyglądał.

— Nie? — Teraz w jej głosie zabrzmiała ciekawość. Przetoczyła się i skuliła mu pod ramieniem, opierając ciężkie, białe piersi o jego żebra.

— A jeżeli jest chory, zdeformowany i wstydzi się pokazywać tak, jak naprawdę wygląda? Być może jest czymś zarażony. Powolna zaraza może straszliwie spustoszyć organizm człowieka, ale trwa to dziesięciolecia, zanim w końcu zabije. A przecież są również inne choroby zakaźne: manthrax, nowy trąd, topnica, choroba Langamena, cała masa. Możliwe, że narzucona sobie przez Royda kwarantanna jest właśnie i dokładnie tym. Kwarantanną. Zastanów się trochę.

Alys zmarszczyła brwi.

— Wszystko to, co się mówi o Erisie — powiedziała — zaczyna wywoływać u mnie dreszcze. Ksenobiolog zaciągnął się skrętem i roześmiał.

— A więc witaj na pokładzie ŻEGLARZA NOCY. Reszta z nas już tam jest.

W piątym tygodniu podróży Melantha Jhirl doprowadziła swego pionka do szóstej linii. Royd zrozumiał, że zatrzymanie go jest już niemożliwe i poddał partię. Była to ósma z kolei porażka zadana mu przez Melanthę w ciągu takiej samej liczby dni. Dziewczyna siedziała ze skrzyżowanymi nogami na podłodze mesy, mając przed sobą szachownicę z rozstawionymi figurami, a dalej ciemną płaszczyznę ekranu. Roześmiała się i zgarnęła figury.

— Nie martw się tak bardzo, Royd — powiedziała. — Jestem modelem ulepszonym. Zawsze trzy posunięcia przed przeciwnikiem.

— Powinienem skorzystać z pomocy mego komputera — odpowiedział. — Nigdy byś się nie dowiedziała.

Jego hologram zmaterializował się nagle przed ekranem i uśmiechnął do niej.

— Domyśliłabym się po trzech posunięciach. Możesz spróbować.

Byli ostatnimi ofiarami gorączki szachowej, która przed ponad tygodniem ogarnęła ŻEGLARZA NOCY. Tym, który wykonał szachownicę i figury oraz początkowo namawiał innych do gry, był Christopheris. Powszechny zapał szybko wyparował, gdy zaczął grać Thale Lasamer i wszystkich, jednego po drugim, pokonał. Każdy uważał, że udało mu się to dzięki odczytywaniu w trakcie partii myśli przeciwnika, ponieważ jednak telepata był w paskudnym, wojowniczym nastroju, nikt nie odważył się na głośne sformułowanie takiego oskarżenia. Melantha jednakże poradziła sobie z Lasamerem bez większych kłopotów.

— Wcale nie jest takim nadzwyczajnym graczem — powiedziała potem Roydowi — a jeżeli nawet próbował odczytać moje zamiary, to otrzymywał tylko nic nieznaczący bełkot. Ulepszone modele znają sposoby dyscyplinowania swoich myśli. Tak się składa, że potrafię całkiem skutecznie się chronić.

Później Christopheris i inni próbowali swych sił w jednej czy dwóch partiach z Melanthą i wszyscy, mimo wysiłków, byli niezmiennie druzgotani. W końcu Royd spytał, czy i on mógłby zagrać. Tylko Melantha i Karoly byli skłonni usiąść z nim przy jednej szachownicy, a ponieważ Karoly miał trudności w zapamiętaniu, w jaki sposób figury się poruszają, siłą rzeczy stałą przeciwniczką Royda została Melantha. Oboje zdawali się pasjonować rozgrywkami, chociaż Melantha zawsze wygrywała.

Teraz wstała i poszła do kuchni, przechodząc wprost przez widmową sylwetkę Royda. Z uporem odmawiała podjęcia ogólnej gry w udawanie, że jest ona rzeczywista.

— Pozostali zawsze mnie omijają.

Wzruszyła ramionami i odszukała w lodówce pojemnik piwa.

— Kiedy wreszcie masz zamiar się złamać i pozwolić mi na złożenie sobie wizyty za tą ścianą, kapitanie? — spytała. — Nie czujesz się tam samotnie? Nie cierpisz na frustracje seksualne? Klaustrofobię?

— Latam ŻEGLARZEM NOCY przez całe życie — odpowiedział. Wyłączył hologram, i tak przez nią ignorowany. — Gdybym miał skłonności do klaustrofobii, frustracji seksualnych czy cierpienia z powodu samotności, nie byłoby to możliwe. Chyba powinno to być dla ciebie oczywiste, skoro jesteś ulepszonym modelem?

Wycisnęła z pojemnika do ust trochę piwa i zaśmiała się miękko, melodyjnie.

— Jeszcze cię rozgryzę, kapitanie — ostrzegła.

— A tymczasem — powiedział — powiedz mi jeszcze trochę kłamstw na temat twego życia.

— Słyszeliście kiedykolwiek o Jowiszu? — spytała Alys zaczepnym tonem. Była pijana, huśtała się na swoim wiszącym w luku towarowym hamaku.

— Ta nazwa ma coś wspólnego z Ziemią — powiedziała Lin- dran. — Wydaje mi się, że obie planety pochodzą z tego samego systemu mitów.

— Jowisz — głośno oznajmiła Alys — jest gazowym olbrzymem w tym samym Układzie Słonecznym co Stara Ziemia. Nie wiedzieliście tego, prawda?

— Mam ważniejsze rzeczy na głowie i nie mogę jej zaprzątać takimi drobiazgami — odpowiedziała Lindran.

Alys uśmiechnęła się, zadowolona z siebie.

— Hej, słuchajcie, mówię do was. Kiedy został odkryty hipernapęd, och, dawno temu, mieli właśnie badać Jowisza. Potem oczywiście już nikt nie zawracał sobie głowy gazowymi olbrzymami. Wystarczyło wślizgnąć się w nadszybkość i znaleźć światy, na których można by zamieszkać, a potem je zasiedlić, ignorując komety, asteroidy i gazowe olbrzymy. Po prostu… O, patrzcie, kilka lat świetlnych stąd jest następna gwiazda, a wokół niej kolejne przyjazne planety. Byli jednak ludzie, którzy uważali, że na tych gazowych olbrzymach może istnieć życie. Rozumiecie?

— Rozumiem jedynie, że jesteś zalana w trupa — powiedziała Lindran. Christopheris wydawał się czymś zirytowany. — Jeżeli na gazowych olbrzymach rzeczywiście istnieje inteligentne życie, to dotychczas nie przejawiło ono chęci opuszczenia swego domu — burknął. — Wszystkie myślące gatunki, z jakimi się dotychczas spotkaliśmy, wywodzą się ze światów podobnych do Ziemi, a większość z nich oddycha tlenem. Chyba że chcesz powiedzieć, iż wolkryni pochodzą z gazowego olbrzyma?

Alys powoli zmieniła pozycję na siedzącą i uśmiechnęła się tajemniczo.

— Nie wolkryni — odpowiedziała. — Royd Eris. Zróbcie dziurę w tej ścianie w mesie, a zobaczycie, że zaczną z niej wypływać smugi metanu i amoniaku.

Wykonała płynny, falisty ruch ręką w powietrzu i zaniosła się śmiechem.

System komputerowy został podłączony i uruchomiony. Lom- mie, pokładowy cybernetyk, siedziała przy głównej konsoli, gładkiej, czarnej powierzchni z plastiku, na której w holograficznym tańcu pojawiały się i znikały widmowe odwzorowania setki układów klawiaturowych, przesuwając się i zmieniając nawet w chwilach, w których ich używała. Przed jej twarzą i wokół niej znajdowały się krystaliczne zespoły pamięciowe, rzędy ekranów i czytników z maszerującymi kolumnami liczb i wirującymi w powolnych układach figurami geometrycznymi oraz ciemne kolumny absolutnie gładkiego metalu, zawierające umysł i duszę systemu. Siedziała szczęśliwa w półmroku, pogwizdując. Jej palce na ślepo, z oszałamiającą szybkością poruszały się po połyskujących klawiszach, przeprowadzając komputer przez szereg prostych programów testujących.

— Och — powiedziała w pewnej chwili, uśmiechając się. A później jedynie: — Dobrze.

Potem nadszedł czas na ostatni test. Podwinęła metaliczną tkaninę lewego rękawa, włożyła ramię pod pulpit, odszukała bolce, wsunęła je w otwory wszczepu. Połączenie.

Ekstaza.

Na ekranach zawirowały, zlały się, a potem rozprysnęły plamy atramentu w dziesiątkach pulsujących kolorów.

Chwilę później było już po wszystkim.

Wyjęła ramię. Uśmiech na jej ustach był nieśmiały i pełen satysfakcji, było w nim jednak również coś innego, ledwie widoczny ślad zdziwienia. Dotknęła kciukiem otworów na swym przegubie i stwierdziła, że ich obrzeża są gorące i wywołują mrowienie skóry. Zadrżała mimowolnie.

System działał znakomicie, sprzęt był w doskonałym stanie, wszystkie zestawy programów zachowywały się zgodnie z planem, połączenie przebiegało bez żadnych zakłóceń. Jak zawsze, była to wielka przyjemność. Gdy podłączyła się do systemu, stała się mądra ponad wiek, potężna, pełna światła, elektryczności i nieuchwytnych fluidów życia, zimna i czysta, nie była już samotna, nie czuła się mała i bezradna. Było tak samo jak zawsze, gdy zlewała się w jedno z systemem i rozrastała w nim i przez niego.

Ale tym razem dostrzegła pewną różnicę. Poczuła, tylko przez moment, dotyk czegoś zimnego. Czegoś bardzo zimnego i budzącego przerażenie. Przez krótką chwilę zarówno ona, jak i system widzieli to wyraźnie, a potem to zniknęło, wycofało się.

Cybernetyk potrząsnęła głową, odsuwając od siebie nonsensowne myśli. Wróciła do pracy. Po chwili znowu zaczęła pogwizdywać.

W szóstym tygodniu podróży Alys Northwind paskudnie się zraniła podczas przygotowywania jakiejś przekąski. Stała w kuchni, krojąc nasycone przyprawami mięso potężnym, długim nożem. Nagle wrzasnęła.

Dannel i Lindran podbiegli do niej i zobaczyli, że Alys wpatruje się z przerażeniem w leżącą przed nią deskę. Nóż odciął część palca wskazującego lewej dłoni, dokładnie na wysokości pierwszego stawu. Krew tryskała pulsującą strugą.

— Statek szarpnął — powiedziała bezbarwnym głosem, spoglądając na Dannela. — Czuliście to? Szarpnął i nóż mi się ześlizgnął.

— Trzeba czymś zatamować krwawienie — powiedziała Lindran. Dannel rozejrzał się wokół z paniką w oczach. — Och, sama to zrobię — stwierdziła w końcu. I zrobiła.

Psipsych, Agatha Marij-Black, dała Northwind środek przeciwbólowy, potem spojrzała na dwójkę lingwistów.

— Widzieliście, jak to się stało?

— Sama to sobie zrobiła, nożem — odpowiedział Dannel.

Z korytarza, z oddali, dobiegł ich dziki, histeryczny śmiech.

— Dałam mu środek tłumiący — Marij-Black zameldowała d’Braninowi jeszcze tego samego dnia. — Psioninę-4. To na kilka dni zmniejszy jego wrażliwość. Potem mogę mu dać więcej, jeśli będzie potrzebował.

D’Branin wyglądał na bardzo zmartwionego.

— Rozmawialiśmy kilka razy i zauważyłem, że Thale robi wrażenie coraz bardziej przestraszonego, ale nigdy nie potrafił mi tego jasno wytłumaczyć. Musiałaś go tłumić?

Psipsych wzruszyła ramionami.

— Był już na granicy zachowań nieracjonalnych. Gdyby ją przekroczył, mógłby, biorąc pod uwagę poziom jego talentu, zabrać nas wszystkich ze sobą. Nie powinieneś najmować telepaty z klasą jeden. Oni są zbyt niezrównoważeni.

— Musimy nawiązać kontakt z obcymi. Przypominam ci, że to wcale nie jest łatwe. A wolkryni będą bardziej obcy niż jakakolwiek rozumna rasa, z jaką dotychczas się zetknęliśmy. Potrzebujemy umiejętności klasy jeden, jeżeli chcemy mieć jakąkolwiek nadzieję na połączenie się z nimi. A przecież oni mogą nas tylu rzeczy nauczyć!

— Niby słusznie — powiedziała — ale wziąwszy pod uwagę stan twojego telepaty, możesz nagle nie mieć do dyspozycji w ogóle żadnych umiejętności. Połowę swego czasu spędza w hamaku w pozycji płodowej, a pozostałe pół puszy się albo gada od rzeczy, a w ogóle niemal umiera ze strachu. Upiera się, że grozi nam realne, fizyczne niebezpieczeństwo, ale nie potrafi powiedzieć ani dlaczego, ani skąd. Najgorsze z tego wszystkiego jest to, że ja nie mogę z pewnością stwierdzić, czy on naprawdę coś wyczuwa, czy tylko ma ostry atak paranoi. Jest jednak oczywiste, że zdradza niektóre z klasycznych objawów paranoidalnych. Między innymi twierdzi, że jest obserwowany. Być może jego stan nie ma nic wspólnego z nami, wolkrynami i jego talentem, ale nic nie wiem na pewno.

— A co z twoim talentem? — spytał d’Branin. — Jesteś przecież empatą, prawda?

— Nie ucz mnie mojej pracy — powiedziała ostro. — Spałam z nim w zeszłym tygodniu. Nie można osiągnąć lepszych warunków do badania psionicznego. Ale nawet w takich okolicznościach nie udało mi się uzyskać niczego pewnego. Jego umysł to chaos, jego strach jest tak intensywny, że przesiąkają nim prześcieradła. Również z naszych pozostałych kolegów nie udaje mi się niczego wyczytać, poza normalnymi napięciami i frustracjami. Ale ja mam tylko klasę trzy, dlatego to niczego nie dowodzi. Moje możliwości są dość ograniczone. Poza tym wiesz przecież, że nie czuję się najlepiej. Ledwo oddycham na tym statku. Powietrze wydaje mi się gęste i ciężkie, bez przerwy boli mnie głowa. Powinnam leżeć w łóżku.

— Tak, oczywiście — zgodził się pospiesznie. — Nie miałem zamiaru cię krytykować. W tak trudnych warunkach robisz wszystko, co w twojej mocy. Jak długo potrwa, zanim Thale znowu do nas wróci?

Zmęczonym gestem potarła skronie.

— Według mnie należy go utrzymywać w stanie, w jaki go teraz wprowadziłam, do końca wyprawy. Ostrzegam cię, telepata, który popada w szaleństwo lub histerię, jest naprawdę groźny.

Ten wypadek z Northwind i nożem to mogła być jego sprawka. Zaczął wrzeszczeć wkrótce potem, jak pamiętasz. Być może jej dotknął, tylko na chwilę… och, wiem, że to zwariowany pomysł, ale jednak możliwy. Sęk w tym, że nie możemy pozwolić sobie na ryzyko. Mam dostateczny zapas psioniny-4, żeby utrzymywać go w niewrażliwości do czasu powrotu na Avalon.

— Ale Royd wkrótce wyłączy hipernapęd i będziemy nawiązywać kontakt z wolkrynami. Thale, ze swym umysłem, ze swym talentem, będzie nam potrzebny. Czy tłumienie go jest konieczne? Nie ma innego wyjścia?

Marij-Black skrzywiła się.

— Innym rozwiązaniem jest zastrzyk esperonu. To go całkowicie otworzy, na kilka godzin dziesięciokrotnie zwiększy jego wrażliwość. Wtedy, mam nadzieję, będzie w stanie zlokalizować to niebezpieczeństwo, które ponoć wyczuwa. Odrzucić je, jeśli jest urojone, lub rozprawić się z nim, jeśli jest realne. Psionina-4 jest jednak znacznie bezpieczniejsza. Esperon to piekielny środek, z całą masą skutków ubocznych. Gwałtownie podnosi ciśnienie krwi, czasami powoduje hiperwentylację lub atak apopleksji. Znane są też przypadki zatrzymania akcji serca. Lasamer jest dość młody, tym więc się specjalnie nie martwię, ale nie sądzę, żeby był dostatecznie stabilny emocjonalnie, by sobie poradzić z tak wielką potęgą. Psionina też nam powinna coś dać. Jeżeli objawy paranoi się utrzymają, będę wiedziała, że nie mają one nic wspólnego z jego zdolnościami telepa-tycznymi.

— A jeżeli się nie utrzymają? — spytał.

Agatha uśmiechnęła się do niego przewrotnie.

— Jeżeli Lasamer stanie się spokojny i przestanie paplać o niebezpieczeństwie? No cóż, to będzie znaczyło, że przestał cokolwiek odbierać, prawda? A to z kolei oznaczałoby, że istnieje coś, co można odbierać, że on przez cały czas miał rację.

Wieczorem na kolacji Thale Lasamer był cichy i jakby nieobecny. Jadł na pół mechanicznie, a jego błękitne oczy sprawiały wrażenie zamglonych. Po posiłku przeprosił wszystkich i poszedł prosto do łóżka, niemal natychmiast zapadając w ciężki sen.

— Co ty z nim zrobiłaś? — Thorne spytała Marij-Black.

— Zablokowałam ten jego wścibski umysł.

— Powinnaś to zrobić już dwa tygodnie temu — powiedziała Lindran. — Potulny jest znacznie bardziej do zniesienia.

Karoly d’Branin prawie nie tknął jedzenia.

Nadeszła fałszywa noc i upiór Royda zmaterializował się obok Karoly d’Branina, siedzącego w zamyśleniu nad swoją czekoladą.

— Karoly — powiedziało widziadło — czy byłoby możliwe połączenie komputera zainstalowanego przez twój zespół z systemem pokładowym ŻEGLARZA? Fascynują mnie twoje opowieści o wolkrynach i chciałbym mieć możliwość dokładniejszego ich studiowania w wolnych chwilach. Zakładam, że wyniki twoich badań zostały wprowadzone do pamięci.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki