Zdradzeni - Edyta Żemła - ebook + książka

Zdradzeni ebook

Edyta Żemła

4,7

Opis

Te wydarzenia wstrząsnęły armią. Polscy żołnierze zostali oskarżeni o zbrodnię ludobójstwa. Jak było naprawdę? Reporterka dociera do nigdy niepublikowanych zeznań, rozmawia z setkami świadków. Obnaża system manipulacji politycznych z Antonim Macierewiczem w tle. Jak pisze w posłowiu gen. Waldemar Skrzypczak: cała sprawa „zbrodni ludobójstwa” zrodziła się w salonach polityków, a nie w Afganistanie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 344

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (33 oceny)
23
9
1
0
0
Sortuj według:
master1974

Nie oderwiesz się od lektury

Ta ksiażka pokazuje, jak to jest gdy politycy biorą się za coś o czym nie mają pojęcia
00

Popularność




Copyright © Edyta Żemła, Czerwone i Czarne

Projekt okładki Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Zdjęcie na okładce: Shutterstock.com

Skład Tomasz Erbel

Wydawca Czerwone i Czarne Sp. z o.o. S.K.A. Rynek Starego Miasta 5/7 m. 5 00-272 Warszawa

Wyłączny dystrybutor Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. sp. j. ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-7700-271-1

Warszawa 2017

Wstęp

To był pochmurny, listopadowy wieczór 2007 roku. Siedziałam przy swoim biurku w dużym newsroomie „Rzeczpospolitej” i patrzyłam na trzy płaskie monitory, podwieszone pod sufitem. Wszystkie stacje telewizyjne pokazywały właśnie, jak uzbrojeni po zęby żandarmi w kominiarkach na twarzach wprowadzają do budynku prokuratury wojskowej w Poznaniu siedmiu polskich żołnierzy. Żołnierze wyglądali żałośnie. Skuci. Na głowy zarzucono im jakieś bure kurtki.

Na czerwonych i żółtych paskach wszystkich telewizyjnych programów informacyjnych wyświetlano informacje, że polscy żołnierze z 18 Batalionu Powietrznodesantowego z Bielska-Białej zostali oskarżeni o zbrodnię wojenną i ludobójstwo dokonane na bezbronnej ludności cywilnej w Afganistanie. „Edyta, co jest grane?” – zapytał mnie szef działu krajowego gazety, w której pracowałam. Od lat pisałam o wojsku. Byłam nieźle zorientowana, ale o zatrzymaniu i o tym, co zdarzyło się w Afganistanie, nie wiedziałam nic. „Jak to nie wiesz? A kto ma wiedzieć” – dostałam burę od szefa. Słusznie zresztą. Zaczęłam więc drążyć, pytać, sprawdzać.

Sprawa Nangar Khel rozkręcała się jak śnieżna kula. Codziennie w mediach pojawiały się przecieki, newsy, wywiady. Sama napisałam sporo tekstów. Miałam jednak wrażenie, że poruszam się po omacku. Wobec polskich żołnierzy wytoczono najcięższe działa. Jeszcze nikt w Polsce nie został oskarżony o zbrodnię wojenną.

Fakty były takie: na skutek ostrzału moździerzowego w afgańskiej osadzie w pobliżu Nangar Khel zginęło sześć osób. Trzy kobiety zostały ranne. Prokuratura uznała, że polscy żołnierze pojechali tam po to, żeby zabić, że działali z premedytacją. Koledzy z mediów dostawali sporo nieoficjalnych przecieków z prokuratury. Publikowali reportaże epatujące obrazkami zmasakrowanych ciał afgańskich kobiet i dzieci. Pisali, że w toaletach w afgańskiej bazie, w której służyli oskarżeni żołnierze, pojawiły się napisy „mordercy dzieci”, że nosili emblematy z trupimi czaszkami na rękawach mundurów. Że mieli problemy z prawem i dyscypliną, jeszcze zanim wyruszyli do Afganistanu.

Mnie akurat ten strumień przecieków ze służb specjalnych i prokuratury wojskowej omijał. Dokopywałam się jednak do innych informacji. O braku rozpoznania i danych wywiadowczych na misji, o brakach w sprzęcie i wyposażeniu, o konflikcie Służby Kontrwywiadu Wojskowego z dowódcami wojskowymi.

Nigdy jednak nie odważyłabym się napisać tej książki, gdybym jesienią 2011 roku nie wyjechała do Afganistanu. Na własne oczy zobaczyłam wysiłek polskich żołnierzy, realia wojny partyzanckiej, którą prowadzą tam z nieuchwytnymi jak duchy talibami.

Byłam w bazach ogniowych takich jak Ariana czy Worrior. Ta ostatnia miała też nieprzypadkowy przydomek bazy rakietowej. Prawie codziennie słyszałam komendę in coming, która oznaczała, że niezależnie od tego, gdzie byłam, co robiłam, natychmiast muszę biec do betonowego schronu, bo właśnie talibowie zaczynają ostrzał. Wiele dni spędziłam z żołnierzami na patrolach. Kiedy jeździliśmy po afgańskich bezdrożach, nie raz zdarzały się ostrzały czy wybuchy min pułapek. Widziałam, jak do bazy przywożą rannych chłopaków.

Wróciłam do domu w połowie grudnia 2011 roku. Jeszcze nie przywykłam do warszawskiej, bezpiecznej rzeczywistości, gdy media podały dramatyczne informacje. W Afganistanie zginęło pięciu polskich żołnierzy. To byli moi przyjaciele: szeregowy Krystian Banach, starszy kapral Piotr Ciesielski, starszy szeregowy Łukasz Krawiec, starszy szeregowy Marcin Szczurowski i starszy szeregowy Marek Tomala. Ci odważni żołnierze przez wiele dni ubezpieczali mnie, pilnowali jak oka w głowie, gdy jeździliśmy w patrolach. Pomyślałam, że gdyby transport lotniczy spóźnił się o kilka dni, co w Afganistanie zdarzało się często, byłabym z nimi w patrolu, w którym zginęli…

W Polsce proces w sprawie Nangar Khel toczył się nadal, choć już nie skupiał takiej uwagi mediów i opinii publicznej jak na początku. Zwykli Polacy stanęli murem za oskarżonymi żołnierzami. Powstawały filmy, piosenki, nawet spektakl teatralny o sprawie Nangar Khel. Powoli też stawało się jasne, że ostrzał afgańskiej wioski to był tragiczny w skutkach wypadek, a całą sprawę przeciwko polskim żołnierzom nakręcili politycy, służby specjalne i nadgorliwi prokuratorzy. Po powrocie z Afganistanu wiedziałam już, że „siódemkę z Nangar Khel” wrzucono na pożarcie politycznej machiny po to, by ukryć własną niekompetencję i błędy.

Oskarżonych żołnierzy poznałam, gdy opuścili areszt. Pomimo koszmaru, jaki im zgotowano, zachowali pogodę, hart ducha i wiarę w sprawiedliwość. Nie użalali się nad sobą. Chcieli tylko, żeby ludzie dowiedzieli się, przez co przeszli, żeby dowiedzieli się prawdy. Poznałam ich rodziny. To skromni, porządni ludzie. Widziałam ich ból i poczucie niesprawiedliwości. Poświęcili wszystko, co mieli, a mieli niewiele, by ratować swoich synów.

Proces trwał prawie dziesięć lat. A w mojej głowie zaczął kiełkować pomysł napisania książki o sprawie Nangar Khel. Czułam, że w gazetach nie zrobiono tego jak należy. Gdy zapytałam ich, co o tym sądzą, nie od razu się zgodzili. Proces odcisnął na nich głębokie piętno. Chcieli już mieć to za sobą. Poprosili jednak o czas do namysłu. Po kilku dniach oddzwonił chorąży Andrzej Osiecki: „Dobrze, napisz. Pomożemy ci, mamy tylko jeden warunek”. „Jaki?” – zapytałam. „Nie rób z nas bohaterów, nie wybielaj nas. Napisz prawdę”.

Nie wszyscy żołnierze oskarżeni w tym procesie chcieli rozmawiać. Jednym z nich jest major Olo, dowódca bazy. Nigdy nie zgodził się na upublicznienie swojego wizerunku i podanie danych. Jego relacje odtwarzam z zeznań złożonych w prokuraturze i sądzie. Dwaj szeregowi też chcą pozostać w cieniu. Dlatego w książce oni również występują pod pseudonimami: Bokser i Dżej Dżej. Zmieniłam też część nazwisk świadków, zwykłych żołnierzy, którzy zupełnie przypadkiem zostali wplątani w tę sprawę. Natomiast nazwiska osób publicznych: polityków, funkcjonariuszy państwowych czy dowódców pozostały niezmienione. Tak jak i czwórki oskarżonych: porucznika Łukasza Bywalca, chorążego Andrzeja Osieckiego, sierżanta Tomasza Borysiewicza i starszego szeregowego Damiana Ligockiego. Zgodzili się opowiedzieć ze szczegółami o tym, co zdarzyło się w upalny dzień w samym środku sierpnia 2007 roku w Afganistanie.

Praca nad książką trwała rok. Długie miesiące spędziłam na czytaniu akt sprawy Nangar Khel, na rozmowach z żołnierzami, adwokatami, prokuratorami, ludźmi ze służb specjalnych i politykami. Na weryfikowaniu informacji. Z tego wszystkiego układałam przebieg zdarzeń jak puzzle. Książka jest już poskładanym obrazem tych wszystkich klocków. Co przedstawia ten obraz? Ogromną niekompetencję polityków i wojskowych służb specjalnych.

„Siódemka z Nangar Khel” to nie są ułożeni, grzeczni chłopcy. Ale słowa przysięgi wojskowej traktują z ogromną powagą. Jestem przekonana, że gdyby Ojczyzna była w potrzebie, staną, by jej bronić.

Edyta Żemła

12–13 listopada 2007

Porucznik Łukasz Bywalec miał jeszcze do zrobienia kilka badań wymaganych przez wojsko po powrocie z misji. Wieczorem wyszedł z domu swoich rodziców w Krakowie i ruszył w drogę. Chciał przenocować u kumpla, który mieszkał pod Bielskiem.

Nie wiedział, że od Krakowa ciągnie za sobą „ogon”. Jechał za nim nieoznakowany samochód z tajniakami z żandarmerii. Czaili się w mroku, gdy Łukasz zupełnie nieświadomy tego, co niebawem nastąpi, zapukał do drzwi. Z kumplem przywitali się ciepło. Obaj niedawno wrócili z Afganistanu. Porucznik został zaproszony na kolację, szybko jednak położył się spać. Długo nie mógł zasnąć. Męczyły go złe przeczucia. Pomyślał, że pewnie jeszcze się nie zaaklimatyzował w Polsce. W końcu zmorzył go sen.

W tym czasie żandarmi założyli już posterunki obserwacyjne wokół domu. Prowadzili rozpoznanie obiektu. Musieli wiedzieć, ile osób znajduje się w środku, kim są, jak się zachowują.

– Od strony czarnej drzwi zamknięte. Budynek parterowy. W środku sześć osób – przekazał obserwator do dowódcy grupy szturmowej.

– Czekamy.

Kilka minut przed szóstą ojciec kolegi, u którego zatrzymał się Łukasz, wyszedł na spacer z psem. Wtedy wkroczyli żandarmi. Zatrzymali go. Kazali wrócić do domu, otworzyć drzwi i być cicho.

Łukasza obudził hałas. Zanim zdążył się zorientować, o co chodzi, już w pokoju było kilku żandarmów. Mierzyli do niego z odbezpieczonych MP5. Byli ubrani na bojowo w czarne kombinezony. Na twarzach kominiarki i gogle. Łukasz pomyślał, że nadal śni koszmar. Obudził się jednak na dobre, gdy rzucili go na podłogę i skuli. Kazali wstać i zaprowadzili do dużego pokoju. Cała rodzina była już na nogach. Półprzytomni, zdezorientowani pytali, o co chodzi. Żandarm z grupy dochodzeniowo-śledczej powiedział, żeby się uspokoili.

– Prowadzimy czynności śledcze i na razie musicie państwo tu zostać – zakomunikował.

Łukasz myślał, że się spali ze wstydu. Nigdy nie odwiedziłby kolegi, gdyby wiedział, na co naraża tych miłych, gościnnych ludzi. W tym czasie trwały czynności. Minuty wlekły się jak godziny. Około siódmej rano starszy pan, dziadek kolegi Łukasza, powiedział, że ma chore nerki i musi pojechać do szpitala na dializę.

– Teraz nie może pan opuścić domu – rzucił żandarm.

– Dializy też nie mogę opuścić, proszę pana – powiedział spokojnie dziadek.

– Co panowie wyprawiają? Czy my jesteśmy aresztowani? – zapytała, już porządnie zdenerwowana, pani domu. – Przecież dziadek bez dializ może umrzeć. Czy wy tego naprawdę nie rozumiecie? Gdzie wasza przyzwoitość! – kobieta ledwo powstrzymywała krzyk.

Łukasz podpisał jakieś papiery. Był jednak tak zdenerwowany, że nie wiedział, co podpisuje. Po kilku godzinach, skutego, z głową przy ziemi, żandarmi wyprowadzili go z domu. Wsadzili do więziennej półciężarówki, przypięli kajdanami nogi do podłogi i ruszyli w stronę aresztu śledczego w Poznaniu.

* * *

W tym samym czasie, również o szóstej rano, inna grupa żandarmów zapukała do krakowskiego mieszkania rodziców porucznika. Ojciec Łukasza, pułkownik Władysław Bywalec, otworzył drzwi i oniemiał. Stali przed nim zamaskowani i uzbrojeni ludzie. Kazali mu wejść do środka i czekać. W tym czasie obudziła się jego żona.

– Włodek, co się tutaj dzieje? Kim są ci ludzie? – pytała przerażona.

– Nie wiem, naprawdę nie wiem – odparł pułkownik.

– Musimy przeszukać państwa mieszkanie. Oto nakaz. – Żandarm pokazał papier podpisany przez prokuratora.

– Muszę zadzwonić – powiedział pułkownik i zaczął szukać telefonu.

– Nigdzie pan nie zadzwoni. – Żandarm zagrodził mu drogę. – To wykluczone.

Rodzice porucznika byli przerażeni. Bezradnie patrzyli, jak żandarmi przeszukują ich mieszkanie. Jak przetrząsają ich sypialnię, przeglądają rzeczy osobiste, pamiątki. Pierwszy telefon pozwolono im wykonać dopiero w południe. Pan Władysław nie mógł nawet poinformować pracodawcy, że dziś nie przyjdzie do pracy.

Nie wiedzieli też, co się dzieje z ich synem. Nikt nie chciał im udzielić żadnych informacji. Po kilku godzinach żandarmi wyszli, wynosząc z mieszkania komputery, aparaty fotograficzne, dyskietki. Zabrali papiery, w tym dokumenty bankowe, wspólne zdjęcia i pamiątki rodzinne. Do dziś nie wiadomo, po co zarekwirowano w domach żołnierzy rzeczy, które ze sprawą Nangar Khel nie miały nic wspólnego.

Państwo Bywalcowie byli już tak zdenerwowani, że trzeba było wezwać karetkę. Mama Łukasza dostała leki uspokajające, a pan Władysław trafił do szpitala.

* * *

Po piątej rano w mieszkaniu sierżanta Tomasza Borysiewicza zadzwonił telefon. Odebrał zaspany.

– Czy ten czarny samochód stojący w alejce należy do pana? – zapytał jakiś męski głos w słuchawce.

– Tak. A co jest grane?

– Chyba coś jest nie tak. Z samochodu unosi się dym.

Niedawno kupił nowe auto. Gdy usłyszał, że coś się w nim dymi, przestraszył się nie na żarty. Ubrał się w pośpiechu i wybiegł na ulicę. Tuż za progiem został rzucony na ziemię. Ręce skuli mu na plecach. Potem żandarmeria zaprowadziła go do land rovera. Posadzili go z tyłu i przykuli nogi do podłogi. W tym czasie inna ekipa ruszyła do domu. Żandarmi zaczęli przeszukiwać mieszkanie. Wtedy obudził się synek Borysa. Jeden z żandarmów wycelował w niego MP5. Żandarm stał tak chwilę z odbezpieczoną bronią wycelowaną w dziecko.

– Ej, przestań. Pogięło cię? – rzucił w końcu jakiś przytomniejszy człowiek z grupy szturmowej. – Nie celuj, kurwa, do dziecka.

Żandarm opuścił powoli broń. W końcu odwrócił się w inną stronę. Chłopczyk zaczął płakać. Żona Borysa szybko zabrała go do innego pokoju i próbowała uspokajać.

Celowanie z odbezpieczonej broni w stronę bezbronnej osoby poniżej siódmego roku życia jest ciężkim przestępstwem. Wie o tym każdy żołnierz. Potem prokuratura będzie tłumaczyć, że dzieci nie widziały akcji, bo zostały odizolowane. Nie jest to prawda. Dzieci wszystkich zatrzymanych żołnierzy stały się mimowolnymi świadkami tego straszliwego spektaklu.

Trwało przeszukanie. Żandarmi zaglądali do komód, szaf, szuflad. Wyrzucali na podłogę bieliznę, ubrania, papiery. Przetrząsnęli nawet pokój dziecinny. Grzebali w śpioszkach, ubrankach, zabawkach. Mieli znaleźć tam arsenały z bronią i amunicją. Znaleźli dwa noże szturmowe, scyzoryk i kilka sztuk pustych plastikowych magazynków, które można kupić w sklepie z militariami. Ot, cały arsenał.

Wyszli jednak obładowani. Wynieśli komputery, aparaty, dokumenty, pamiątki, albumy ze zdjęciami rodzinnymi.

Po przeszukaniu domu jeden z żandarmów przyszedł z papierami do Borysa.

– Podpisz to – warknął.

– Nie mogę – odparł poturbowany, przykuty do podłogi Borys.

– Jak to, kurwa, nie możesz. Podpisuj.

– Skuty jestem. Nie widzisz?

– Dobra, rozkuć go.

Borys podpisał dokumenty. W ostatniej chwili zdążył dać sygnał żonie, żeby zadzwoniła do Osy i uprzedziła go o tym, co się dzieje. Ruszyli.

Nigdy w historii Polski po żadnego, nawet najgroźniejszego bandytę nie wysłano tak wielkich sił jak po sierżanta Tomasza Borysiewicza. Pojechało po niego 67 żandarmów w 17 samochodach. Czterech snajperów z Oddziału Specjalnego Żandarmerii Wojskowej z Mińska Mazowieckiego posadzono na dachach budynków sąsiadujących z domem Borysa. Osiedle wojskowe w Bielsku-Białej, nazywane „trepen strasse”, zostało obstawione żandarmami tak ciasno, jakby szykowali się do szturmu na wszystkie bloki mieszkalne. Ludzie patrzyli z okien. Byli przerażeni. „Ćwiczenia, wojna? Co jest grane” – pytali. Żołnierze przywykli do różnych dziwnych sytuacji, ich rodzinny też z czasem się na to uodporniły, ale czegoś takiego na tym spokojnym, dobrze utrzymanym osiedlu jeszcze nie widziano.

* * *

– Wiedziałem, że przyjadą – opowiada Osa. – Zadzwoniła do mnie żona Borysa. Wstałem, ubrałem się i tak położyłem z powrotem do łóżka. Nie zasnąłem. Po półgodzinie usłyszałem, jak wchodzą po schodach. Zaczęło się walenie. Powiedziałem żonie: „Podejdź do drzwi, ale nie otwieraj. Otwórz, jak ci powiem, i się odsuń”. Chwilę czekaliśmy. W końcu powiedziałem: „Teraz”. Marta otworzyła, odsunęła się, a ja się położyłem na podłodze, żeby dać im do zrozumienia, że nie będę stawiał oporu.

Nie chciał, by do jego mieszkania wchodzili razem z drzwiami. Tym bardziej że w pokoju obok spała jego malutka córeczka.

Weszli. Osa czekał na rozwój wypadków. Uważnie przyglądał się temu, co robią żandarmi.

– Kręcą się, zaczynają przeszukanie. Mówię im: „Chłopy, może trochę ciszej, bo córka jeszcze śpi”. A jeden z nich pyta: „Jaka córka?” – „No w drugim pokoju jest córka” – mówię. Spojrzeli na siebie zdziwieni. Nawet nie wiedzieli, że mam dziecko. Tak byli przygotowani. Córeczka się jednak obudziła. Przez chwilę patrzyła przerażona. Szybko zareagowała jej mama i zabrała dziecko do innego pokoju.

Osa znał zasady przeszukania i zatrzymywania. Widział, że żandarmi są zdenerwowani, że popełniają szkolne błędy.

– Zaczęli przeglądać płyty z filmami. Potem poprosili o wyciągi bankowe. Pytam ich, po co. Co moje konto bankowe ma wspólnego z incydentem w Nangar Khel? Zabrali komputer, obok leżał twardy dysk. Tak przeszukiwali, że dysku nie znaleźli. Miałem dwa telefony. Jeden zabezpieczyli, a potem okazało się, że jeszcze przez trzy miesiące podsłuchiwali ten drugi telefon. – Osa nie kryje pogardy.

Skutego wyprowadzili z mieszkania. Całe osiedle wojskowe było już na nogach. Chorąży czuł, że do więziennej półciężarówki odprowadzają go dziesiątki par oczu schowanych za firankami w oknach sąsiednich mieszkań.

* * *

Inny ze szturmanów wspomina, że gdy o świcie otworzył drzwi swojego mieszkania, natychmiast został skuty i rzucony na podłogę w pokoju. Żandarmi zaczęli przeszukiwać wszystkie kąty. W tym czasie obudził się kilkuletni synek żołnierza. Jeszcze zaspany zobaczył leżącego na podłodze tatę. Nie płakał, sparaliżował go strach. Jego tata skuty i unieruchomiony dostrzegł to kątem oka.

– To tylko ćwiczenia, synku. Nie bój się, ci panowie to moi koledzy z wojska. Nie zrobią mi krzywdy – mówił spokojnym, ciepłym głosem, by uspokoić dziecko.

Chłopczyk nie uwierzył. Jego mama szybko ubrała synka i kilka minut po szóstej oboje, dygocąc ze zdenerwowania, wyszli do przedszkola. Na dwie godziny przed jego otwarciem…

* * *

Zatrzymanie żołnierzy miało odpowiednią oprawę medialną. Ojciec Borysa, który mieszka w niewielkiej mazurskiej wsi, o zatrzymaniu syna dowiedział się od dziennikarzy. Jakimś cudem 13 listopada dotarli tam, choć wioska jest położona na zupełnym odludziu.

– Było koło południa. Akurat żona zaszła do sklepu i zaczepił ją jakiś redaktor z Faktów TVN. Pyta: „Wie pani może, gdzie tu państwo Borysiewicz mieszkają?”. Żona zdziwiona zapytała, o co chodzi. Wtedy dowiedzieliśmy się, że zatrzymali syna – opowiada ojciec Borysa.

Także generał Waldemar Skrzypczak o zatrzymaniu swoich żołnierzy dowiedział się od dziennikarza.

– Rano pod mój dom przyjechał Konrad Piasecki. Mówi: „Panie generale, żandarmeria zatrzymała żołnierzy, którzy wrócili z Afganistanu”. Nic o tym nie wiedziałem. Nikt nas nie poinformował. Pojechałem do MON na Klonową. Chciałem oficjalnie zaprotestować u ministra obrony. Ale Aleksander Szczygło nie chciał ze mną rozmawiać. Rzucił tylko: „Tego tematu nie będziemy rozwijać i proszę, aby pan, panie generale, tego nie komentował”. Po raz pierwszy zachował się w stosunku do mnie zimno – wspomina generał.

Ten poranek był koszmarem jeszcze dla wielu innych żołnierskich rodzin w Polsce. Użyto przeciwko nim tak wielkich sił, jakich nigdy nie skierowano przeciwko żadnej grupie przestępczej czy terrorystycznej. To, w jaki sposób żandarmeria potraktowała żołnierzy, nie można nazwać inaczej niż nadużyciem siły. Zhańbiono też mundur i honor żołnierski. Co zresztą zauważył Sąd Najwyższy, orzekając w 2011 roku wyrok uwalniający szturmanów od zarzutu zbrodni wojennej.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.