Zdarzyło się w Mediolanie (Światowe Życie) - Rachael Thomas - ebook
Opis

Włoski potentat budowlany Antonio Di Marcello podejmuje wyzwanie, by przeżyć dwa tygodnie bez pieniędzy i kart kredytowych. Pod przybranym nazwiskiem rozpoczyna pracę w Mediolanie jako mechanik samochodowy. Odkrywa, że w biurze warsztatu pracuje Sadie Parker, z którą przed czterema laty spędził miłosny weekend. Zapadła mu głęboko w serce, lecz musiał się z nią rozstać, by wypełnić rodzinne zobowiązania. Jeszcze większym szokiem jest dla niego odkrycie, że Sadie ma trzyletniego syna…

 

Druga część miniserii ukaże się w lutym.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 152

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Rachael Thomas

Zdarzyło się w Mediolanie

Tłumaczenie: Barbara Bryła

PROLOG

St. Moritz, luty 2017

Antonio Di Marcello delektował się whisky Macallan z rocznika tysiąc dziewięćset czterdziestego szóstego doskonale komponującą się z adrenaliną, która wciąż miała nad nim władzę po paralotniarskim wyzwaniu, jakiemu właśnie sprostał razem z Sebastienem Atkinsonem, Stavrosem Xenakisem i Alejandrem Salazarem. To był niesamowity wyczyn, ale teraz okazało się, że Sebastien, założyciel ich elitarnego klubu sportów ekstremalnych podczas studiów Oxfordzie, zaplanował coś jeszcze trudniejszego.

Starszy od pozostałych o kilka lat Sebastian już przed laty przejął rolę ich mentora, ale niedawna tragedia odmieniła go. Odmieniła każdego z nich. Odkopywanie przyjaciela spod lawiny w Himalajach musiała odmienić każdego mężczyznę. Z pewnością tak się stało z Sebastienem. Wkrótce potem zrobił coś niepojętego i się ożenił. Szczęśliwie.

Antonio spoglądał na trojkę mężczyzn. Kiedy napięcie zgęstniało, trzask ognia na kominku nagle stał się ogłuszający. Co się, do diabła, działo? Normalnie zabawialiby się w towarzystwie kobiet, takich jak tamto trio seksownych platynowych blondynek, zerkających kusząco w ich stronę. Ale dziś wieczór było inaczej i nie tylko dlatego, że Sebastien wiódł życie szczęśliwego małżonka.

– Jak tam twoja żona? – spytał Stavros, niechcący potęgując jeszcze napięcie.

– Jest lepszym kompanem od ciebie. Co cię dzisiaj ugryzło? – Sebastien prowokował przyjaciela, wiedząc, że wciska przyciski normalnie poza zasięgiem.

– Ciągle jeszcze nie wygrałem. A mój dziadek grozi, że mnie wydziedziczy, jeśli wkrótce się nie ożenię. Posłałbym go do diabła, gdyby nie… – Stavros spojrzał wilkiem i pociągnął tęgi łyk whisky, próbując odsunąć troski na bok. Antonio wiedział, jaką presję wywierał na przyjaciela jego dziadek.

On sam poddał się kiedyś naciskom ze strony rodziny, żeniąc się z Eloisą. Małżeństwo łączące dwa wielkie rody od początku skazane było na niepowodzenie i w efekcie został jedynym w tym towarzystwie rozwodnikiem. To doświadczenie pozostawiło gorzki smak, którego wciąż jeszcze nie przełknął.

– Gdyby nie twoja matka – dokończył za Stavrosa Alejandro, zaciskając dłoń na szklaneczce whisky. Podobnie jak on sam i Stavros, Alejandro odziedziczył majątek i potem go pomnożył. A teraz obserwował uważnie Sebastiena, miliardera, który doszedł do wszystkiego sam od zera. Czy on też wyczuwał, że coś było nie tak?

– Właśnie – powiedział Stavros ostro.

– Czy nie odnosicie czasem wrażenia, że za wiele czasu w życiu spędzamy, licząc pieniądze i goniąc za powierzchownymi dreszczami emocji kosztem czegoś istotniejszego? – Sebastien przerzucał wzrok od jednego do drugiego przyjaciela. Poker poszedł w zapomnienie.

– Ty to wywołałeś – powiedział Antonio do Alejandra, przerzucając garść żetonów. – Cztery drinki i zaczyna filozofować.

– Powiedziałem trzy. – Stavros wzruszył ramionami, nie przepraszając. – Moja zła passa trwa.

– Mówię poważnie – Sebastien nie ustępował. – Co to wnosi do naszego życia? Pieniądze szczęścia nie dają.

Żetony Sebastiena zabrzęczały, gdy uniósł je lekko, po czym pozwolił im opaść z powrotem na stolik. Ten dźwięk zabrzmiał przytłaczająco w nagłej, pełnej napiętej ciszy, gdy spojrzał na Antonia, a potem przeniósł wzrok na Stavrosa i Alejandra. Cokolwiek miał do powiedzenia Sebastien, Antonio wiedział, że było to coś ważnego. Znał go na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie zrobił przypadkowego komentarza do pieniędzy tylko dlatego, że jako jedyny w tym pokoju miliarder wszystko zawdzięczał samemu sobie.

– Ale można kupić jego miłe substytuty. – Antonio pociągnął kolejny łyk whisky, pozwalając, by trunek rozgrzał mu gardło, po czym oparł się o krzesło. Poker był ostatnią rzeczą, o jakiej teraz myślał.

Sebastian wykrzywił usta.

– Takie jak wasze samochody? Prywatna wyspa? Ty nawet nie pływasz tym jachtem, z którego jesteś taki dumny, Stavrosie. Kupujemy kosztowne zabawki i bawimy się w niebezpieczne gry, ale czy to wzbogaca nasze życie? Czy jest pokarmem dla naszych dusz?

– Co sugerujesz? – spytał przeciągle Alejandro – Mamy iść w góry i zamieszkać z mnichami buddyjskimi? Poznawać sens życia? Porzucić doczesne dobra, by odnaleźć wewnętrzne światło?

– Wasza trójka nie mogłaby przetrwać dwóch tygodni bez bogactwa i nazwisk, które was wspierają – powiedział twardo Sebastien.

– A ty mógłbyś? – rzucił się Stavros. – Spróbuj nam powiedzieć, że wrócisz do czasów, gdy byłeś bez grosza, zanim zarobiłeś swoją fortunę. Głodny nie jest szczęśliwy. Właśnie dlatego jesteś teraz takim bogatym draniem.

Sebastien przenosił wzrok od jednego do drugiego.

– Tak się składa, że zastanawiam się nad przekazaniem połowy mojej fortuny na cele charytatywne, aby założyć światowy fundusz na rzecz ekspedycji ratunkowych. Nie wszyscy mają przyjaciół, którzy odkopią ich z lawiny gołymi rękami.

– Mówisz poważnie? – spytał Alejandro. Sebastien skupił bez reszty ich uwagę.

– Czyli ile? Pięć miliardów?

– Nie zabiorę ich ze sobą do grobu – filozofował Sebastian. – Monika mnie w tym wspiera, ale nadal się zastanawiam. Coś wam powiem. Jeśli wasza trójka przeżyje dwa tygodnie bez swoich kart kredytowych, zrobię to.

Głos Sebastiena zagłuszył brzęk żetonów, surowy wyraz jego twarzy był ostrzeżeniem. Chociaż mówił do całej trójki, Antonio odniósł nieodparte wrażenie, że adresował swoje słowa głównie do niego.

– Kiedy zaczynamy? Mamy swoje zobowiązania – powiedział Alejandro, spoglądając na Stavrosa, a potem na niego. Antonio skinął głową.

– Racja. Przygotujcie w domach grunt. Szykujcie się na moje wezwanie i dwa tygodnie w prawdziwym świecie. – Sebastien spojrzał na każdego z nich po kolei, cisza panująca w pokoju była cięższa niż śnieg, który wykopali, by wydrzeć przyjaciela śmierci.

Antonio usiadł, próbując strząsnąć z siebie przeczucie nieuchronnych kłopotów. Nie tak miał wyglądać ten wieczór. Przecież zrealizowali właśnie najśmielsze zadanie. To, co sugerował teraz Sebastien, było czymś więcej niż zwykłym pokazem brawury. To było prawdziwa prowokacja.

– Naprawdę zamierzasz postawić na to połowę swojej fortuny? – wtrącił Alejandro. Teraz już żaden z nich nie myślał o pokerze.

– Jeśli ty postawisz swoją wyspę i ulubione zabawki? – Głęboki głos Sebastiena tchnął jak zawsze spokojem. – Dam znać gdzie i kiedy.

– Łatwizna – Stavros odezwał się pierwszy. – Możesz mnie brać pod uwagę.

Antonio wymienił spojrzenia ze Stavrosem i Alejandrem i dostrzegł w ich oczach tę samą nieufność. Co knuł Sebastien i jak to się miało do dwóch tygodni bez kart kredytowych, nazwisk i bogactwa?

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Cztery miesiące wcześniej Antonio podjął rzucone przez Sebastiena wyzwanie i dzisiaj właśnie wszystko miało się zacząć. Dwa tygodnie bez pieniędzy i wszystkiego, co się z nimi wiązało. Przez kolejne czternaście dni jedynym łącznikiem z życiem, jakie znał, mieli być Stavros i Alejandro, wciąż czekający, by się dowiedzieć, co Sebastien planował dla nich jako wyzwanie i kiedy.

Antonio zamknął za sobą drzwi do mieszkania. Odgłosy mediolańskiej ulicy przenikały do środka, odbijając od ścian niewielkiego, skąpo umeblowanego pokoju. Rozejrzał się wokoło. To musiał być jakiś żart. W co Sebastien pogrywał? Dostrzegł kartkę na stercie ubrań oraz parę butów starannie ułożonych na służących za sofę czarnych siedzeniach pod ścianą. Do licha, miał nadzieję, że nie były także łóżkiem.

Markowe buty zastukały na wyłożonej białą terakotą podłodze, kiedy przeszedł przez pokój i podniósł zaadresowaną do niego kopertę. Nie zaszła żadna pomyłka, trafił właściwie. Spojrzał na ciuchy, marszcząc brwi, i zaklął po włosku.

Pomijając fakt, że w Mediolanie żyli jego skłóceni z nim rodzice i że mieszkał tu kiedyś ze swoją byłą żoną przez kilka miesięcy trwania ich tak zwanego małżeństwa, to jeszcze właśnie tu spotkał kobietę, która wystawiła na najcięższą próbę jego poczucie obowiązku wobec rodziny i honoru. Doprowadziła go niemal do szaleństwa, ale lojalność wobec rodziny zwyciężyła. Jednak po tamtym namiętnym weekendowym romansie z Sadie Parker żałował, że sprawy nie potoczyły się inaczej, że on sam nie był inny i że przyszłość zaplanowała mu rodzina, myśląca bardziej o własnym nazwisku niż o czymkolwiek innym.

Otwierając list, poczuł irytację.

„Witaj w swoim domu. Przez następne dwa tygodnie Antonio Di Marcello nie istnieje. Będziesz znany jako Toni Adessi i jak tylko się przebierzesz, zgłosisz się do Centrum Samochodowego Barzettiego po drugiej stronie ulicy, gdzie będziesz pracował.

Kontaktować się możesz tylko ze mną, ze Stavrosem i Alejandrem przez telefon, który ci dałem. Przez te dwa tygodnie nie skontaktujesz się z nikim innym w żaden inny sposób. Na życie masz dwieście euro. Pod żadnym pozorem nie możesz zdradzić swojego kamuflażu. Jeśli ci się to uda, wpłacę obiecane pięć miliardów dolarów na światową organizację ekip ratowniczych.

Mądrze wykorzystaj swój czas. W tym wyzwaniu nie chodzi o naprawę samochodów, Antonio. Tu chodzi o naprawę twojej przeszłości. Sebastien”.

Antonio nie chciał się zastanawiać nad ostatnim zdaniem. Podniósł niepokojąco stary model komórki i sprawdził w niej kontakty. Znalazł tam tylko trzy numery – do Stavrosa i do Alejandra oraz do samego Sebastiena.

Zaklął szpetnie. Jak miał temu podołać bez porządnego telefonu i w tym prymitywnym lokum? Tu nie było nawet laptopa, jedynie telewizor, najmniejszy, jaki w życiu widział. Sebastien nie żartował. Antonio rzeczywiście został odcięty od swego prawdziwego życia.

Instynkt podpowiadał mu, by stąd wyjść i wrócić do normalności, ale to znaczyłoby coś więcej niż osobistą porażkę. Więcej niż to, że Sebastien nie powoła finansującej ekspedycje ratunkowe fundacji, która wiele znaczyła dla każdego z nich, po tym, jak lawina omal im go nie odebrała. Najważniejszy był ich kodeks honorowy, którego nie mogli zakwestionować ani naruszyć.

Spojrzał na kombinezon, podkoszulek bez rękawów i dżinsy z autentycznymi plamami smaru i powstrzymał wściekłe przekleństwa. Ambicja zwyciężyła. Porażka nie wchodziła w grę. Pokaże Sebastienowi, że może wykonywać idiotyczną pracę w przebraniu i cokolwiek, z czym wiązało się to zadanie. Może i urodził się w zamożnej rodzinie, ale odkąd przejął rodzinny interes, sam zgromadził o wiele większą fortunę, odnosząc światowy sukces w branży budowlanej. Wszystko wywalczył równie ciężko jak Sebastien. Rodzinny majątek i wielopokoleniowe dziedzictwo nie były aż takim dobrodziejstwem, jak myślał założyciel ich klubu.

Cokolwiek to było, z czym miał się zmierzyć, musiał ostrzec Stavrosa i Alejandra, jak poważnie Sebastien podszedł do tej sprawy. Komórka miała zainstalowany aparat fotograficzny, więc zrobił zdjęcie stosu ubrań oraz pieniędzy i przesłał je do Stavrosa i Alejandra.

„Oto ja przez następne dwa tygodnie: Toni Adessi, mechanik z powalanymi smarem ciuchami i ze wszystkich miejsc na świecie akurat w Mediolanie. Strzeżcie się. Sebastien nie żartuje!”.

Zdjął swój szyty na miarę garnitur i powiesił go na krześle, po czym wciągał przygotowane dla niego dżinsy i podkoszulkę, a na wierzch kombinezon. Założył tandetne okulary słoneczne i czapkę. Robocze buty dopełniły stroju i kiedy spojrzał w zawieszone przy drzwiach lustro z trudem rozpoznał samego siebie. Posłuchał rad Sebastiena o konieczności zastosowania kamuflażu i nie golił się przez ostatnie dwa tygodnie, co zaalarmowało jego asystentkę. Teraz nosił znacznie dłuższy zarost niż zwykle. Ciemna broda wyglądała fatalnie. Gęste niesforne kędziory skrył pod czapką i nawet on sam nie mógł rozpoznać w sobie Antonia Di Marcello, dziedzica fortuny Di Marcellich.

Przeszedł przez pokój w ciężkich buciorach, starając się nie myśleć o tym, że były używane. Wyjrzał przez wąskie okno na ulicę i dostrzegł warsztat samochodowy, w którym miał pracować. Roześmiał się cicho. Sebastien naprawdę starannie odrobił swoją pracę domową. Przysłał go do warsztatu, gdzie mógł dać upust zamiłowaniu do silników samochodowych, i w dodatku w Mediolanie, mieście jego rodziców. Nie przyjeżdżał tu od rozwodu.

To było ponad trzy lata temu. Czy na tym miało polegać jego zadanie? Owa przeszłość, którą miał naprawiać? Jego małżeństwa nie można było uratować i Sebastien znał prawdę. Więc dlaczego Mediolan? Czy miał uzdrowić relacje z rodzicami?

Obraz byłej żony na krótko stanął mu przed oczami, bo zaraz przesłoniła mu go Sadie, jedyna kobieta, która omal nie zawładnęła jego sercem. Przeżył z nią szalony, namiętny weekend ponad trzy lata temu, tu, w Mediolanie, na kilka tygodni przed tym, jak uległ presji ojca tyrana i poślubił Eloisę. Od chwili, kiedy po raz pierwszy pocałował Sadie, tylko jej tak naprawdę pragnął. Gdyby wiedział wtedy o swojej byłej żonie to, co teraz, nie pozwoliłby Sadie odejść, przynajmniej dopóki sam nie był na to gotowy.

Ściągnął czapkę i oparł się chęci, by cisnąć ją o ścianę i wycofać się z tej dziwacznej sytuacji. Miał przed sobą dwa tygodnie życia jako ktoś inny i udowodni Sebastienowi, że temu sprosta, podobnie jak każdemu innemu wyzwaniu, które by mu rzucił. Zdeterminowany porzucił Antonia Di Marcello w malutkim mieszkaniu, stając się Tonim Adessim. Przeszedł przez ulicę, kierując się do warsztatu samochodowego, w którym miał pracować. Przynajmniej była to robota, którą mógł wykonywać w sposób przekonujący. Od najmłodszych lat miał zamiłowanie do aut i silników, co zawdzięczał przyjaźni z ogrodnikiem w rodzinnej posiadłości, pasjonującym się wyścigami samochodowymi.

Nie przepracował nawet dwóch godzin, kiedy zrozumiał, dlaczego Sebastien wysłał go nie tylko do Mediolanu, ale do tego właśnie warsztatu. Zerknął na piętro, gdzie znajdowało się biuro, i dostrzegł w oknie Sadie Parker. W pierwszej chwili wydawało mu się, że ma zwidy. Że sam pobyt w tym miejscu ściągnął mu ją na myśl, niczym ducha przeszłości, dręczącego go z powodu niefortunnej decyzji, kiedy wybrał honor i obowiązek wobec rodziny kosztem własnych pragnień i żądzy. Nie wiedział, jak sobie poradzić z tym nieoczekiwanym zwrotem akcji. Zerknął znowu w górę i dostrzegł, że Sadie odwróciła się i rozmawia z kimś w biurze. Wykorzystał jej nieuwagę, by się jej przyjrzeć, przywołując w pamięci miękkość jej włosów i żarliwość warg. Do rzeczywistości przywrócił go klient. Musiał wrócić do pracy, zachowując swój kamuflaż. Jeśli Sadie go rozpozna, jego zadanie się skończy, zanim na dobre się zaczęło. Nie pozwoli na to jakiejś ślicznotce z przeszłości. Nie chciał nawet myśleć o porażce. Nie było mowy, żeby zawiódł swoich przyjaciół w czymś, co nie było nawet zjazdem ze zbocza pokrytej śniegiem góry czy surfowaniem na plaży Pipeline na Hawajach.

Sadie przyglądała się nowemu mechanikowi przez małe okienko wychodzące na warsztat. Nigdy wcześniej go nie widziała, ale wyglądał dziwnie znajomo. Sposób, w jaki się poruszał, budził w niej wspomnienia, do jakich wolałaby nie wracać. Nawet z oddali wykazywał niezwykłe podobieństwo do Antonia Di Marcello. Mężczyzny, który cztery lata temu skradł jej serce, sprawiając, że nie mogła już pokochać nikogo innego. Nie mogła o nim zapomnieć, bo każdego dnia przypominały mu o nim ciemne oczy jej synka, dziecka, od którego Antonio odwrócił się plecami.

– To jest Toni Adessi – odezwała się jej koleżanka Daniela, podchodząc do okna. – Bardzo przystojny i seksowny.

– Może i tak. – Sadie nie mogła oderwać od niego oczu. Jednak nie mogła pozwolić, żeby jakiś brodaty nieznajomy, podobny do ojca Lea, przywoływał przeszłość, od której się odcięła. – Ale niebezpieczny.

Daniela zaśmiała się.

– Jak to niebezpieczny?

– Tylko spójrz na niego. Zachowuje się tak, jak gdyby każda kobieta miała mu się rzucić w ramiona.

Nie powinna obarczać winami Antonia Di Marcello nowego mechanika, ale za bardzo przypominał jej mężczyznę, który nie tylko porzucił ją, by poślubić inną kobietę, ale zignorował to, że ich weekendowa przygoda uczyniła z niego ojca.

Nie, to nie mógł być Antonio, zapewniała samą siebie, obserwując mechanika przy pracy. On nigdy nie zniżyłby się do poziomu zwykłego robotnika, tak jak nigdy nie ożeniłby się ze zwyczajną dziewczyną. Co z takim okrucieństwem uświadomiła jej jego matka.

– Cokolwiek zrobił ci ojciec Lea, musisz o tym zapomnieć i żyć dalej. Inaczej nigdy nie znajdziesz miłości. – W ostrzeżeniu Danieli pobrzmiewało echo przestróg matki i Sadie wiedziała, że obie miały rację. Myślała nawet, że mogłaby ich posłuchać i zapomnieć o tamtym weekendzie, porzucając nadzieję, że Antonio Di Marcello zachce kiedyś poznać swego syna. Dopóki nie pojawił się ten nowy mechanik, przypominając jej wszystko i rozdrapując stare rany.

– Leowi i mnie dobrze jest tak, jak jest. – Nie mogła powstrzymać zniecierpliwienia w głosie. Nie chciała pamiętać, jak się czuła, nosząc dziecko Antonia ze świadomością, że on ją zostawił i poślubił inną. Próbowała dać mu znać, że zostanie ojcem, posyłając wiadomości do jego domu rodzinnego. Odebrała surową reprymendę od jego matki, ale nie miała żadnych wieści od niego.

– Nic się nie stanie, jeśli się trochę rozerwiesz – prowokowała ją Daniela. – Poflirtuj odrobinę, zabaw się. Masz tylko dwadzieścia trzy lata i jesteś o wiele za młoda, by rezygnować z rozrywek i mężczyzn.

– Nic takiego nie będę robić.

– Owszem, będziesz, i teraz masz swoją szansę. Właśnie idzie na górę – zachichotała Daniela.

Ku przerażeniu Sadie jej koleżanka ulotniła się w momencie, kiedy drzwi do warsztatu się otworzyły. Na widok nowego mechanika wstrzymała oddech.

Górną połowę kombinezonu miał zawiązaną rękawami w pasie. Był tylko w białej podkoszulce bez rękawów, prezentującej imponująco umięśnione i opalone ręce. Z wrażenia oblała się rumieńcem.

– W czym mogę pomóc? – spytała służbiście. W oszołomieniu zapomniała o włoskim, który niedostatecznie jeszcze opanowała, i bezwiednie przeszła na swój rodzimy angielski.

– Jesteś Angielką? – Głos z silnym włoskim akcentem był tak szorstki i tak zupełnie niepodobny do głosu Antonia, że się uspokoiła. Odrobinę. Ten człowiek mógł przypominać ojca jej dziecka, ale z nieogoloną twarzą i zmierzwionymi włosami wciśniętymi pod czapką nie mógł być Antoniem. On był nieskazitelnie czysty i dbały o szczegóły.

– Ma pan z tym jakiś problem? – powiedziała ostro, zirytowana jego natarczywym spojrzeniem. Był całkowicie pozbawiony wyszukanych manier i wdzięku Antonia. Stojąc za biurkiem, skorzystała z okazji, by mu się bliżej przyjrzeć. Włosy miał niesforne, a brodę dziką i nieokiełznaną. Jego białej podkoszulce daleko było do czystości, a ręce pokrywał brud. Mógł przypominać ojca jej trzyletniego syna, ale na tym podobieństwo się kończyło. Z całą pewnością z nim nie chciałaby się dobrze bawić, nieważne, co myślała Daniela.

– Nie, cara. – Rzucił niedbale arkusz papieru na jej biurko, po czym się wycofał. Przy drzwiach odwrócił się i uśmiechnął, a przynajmniej tak jej się wydawało, bo rozwichrzona broda zasłaniała mu usta. – Każda kobieta niesie ze sobą wspaniałe wyzwanie, niezależnie od jej narodowości.

Gwałtownie wciągnęła powietrze, oburzona jego zuchwałością. Jeśli myślał, że ona zostanie jego następnym wyzwaniem, to bardzo się mylił.

Zła, odwróciła się do Danieli.

– Jeśli sądzisz, że coś takiego choć odrobinę mnie bawi, to jesteś w błędzie.

– Nie mam na myśli od razu ślubu. – Daniela uśmiechnęła się szeroko. – Zabaw się trochę.

– Nie, absolutnie. Muszę myśleć o synku.

Usiadła za biurkiem i z całych sił próbowała skupić się na cyfrach tańczących jej przed oczami. Kimkolwiek ten człowiek był, w ciągu jednego ranka zniszczył spokój, który w sobie wypracowała w ciągu trzech lat od narodzin Lea. Przywrócił wspomnienie o Antoniu Di Marcello i dlatego nie chciała mieć z nim nic wspólnego.

Zirytowany Antonio nie mógł uwierzyć w to niespodziewane spotkanie. Wchodząc do biura był pewien, że Sadie go rozpoznała. Jej piękne, ciemnozielone oczy patrzyły na niego podejrzliwie. Błogosławił Sebastiena, że za jego radą przywdział rodzaj kamuflażu. Ona mogła być tą jedyną, której nadal pragnął, ale jego priorytetem było postawione przed nim zadanie. Nie było mowy, żeby naraził na szwank misje swoją, Stavrosa i Alejandra z powodu kobiety. W końcu kiedy te dwa tygodnie dobiegną końca, ona będzie tu nadal. Ale zanim powróci do tożsamości Antonia Di Marcello, może się trochę zabawić.

Kilka godzin później, po tym, jak pomagał wymienić silnik w aucie, z całych sił powstrzymując się, by nie pouczać starszego mechanika, jak należało to zrobić, dostrzegł Sadie, jak z żakietem na ręku i torebką przewieszoną przez ramię podchodzi do drzwi wyjściowych.

Wyglądała znakomicie. Letnia sukienka podkreślała jej figurę. Była jeszcze piękniejsza niż obraz, jaki nosił w pamięci. Miała dziewiętnaście lat, kiedy przeżyli tamten namiętny weekend, ale teraz, po czterech latach, wyglądała jeszcze seksowniej. Żałował, że nie mógł odkryć swojej tożsamości i zacząć znowu od miejsca, w którym się rozstali. W końcu teraz obowiązki wobec rodziny i honoru już na nim nie ciążyły.

Był jej pierwszym kochankiem i to dlatego, jak sobie tłumaczył, nie mógł o niej zapomnieć. Tutaj, w przebraniu, nie mógł dać jej znać, kim jest naprawdę, by nie narazić swojej misji i nie zawieść przyjaciół. Nie. Sadie Parker musi poczekać, aż Antonio Di Marcello powróci do gry. Ale Toni Adessi mógł sobie pozwolić na niewinny flirt. Wybadać grunt.

– Wybierasz się w jakieś miłe miejsce? – zaczepił ją i uśmiechnął się, bardzo z siebie zadowolony, kiedy spojrzała na niego z niesmakiem. Prowizoryczny kamuflaż pomagał mu utrzymać się w roli.

– Owszem. Odebrać synka ze żłobka.

Miała dziecko? Jego Sadie była z innym mężczyzna? Był wstrząśnięty. Ale jakie miał prawo czuć się urażony, skoro zakończył ten romans, zanim się na dobre rozpoczął? Od początku wiedział, że nie miał innego wyjścia, jak zawrzeć małżeństwo, którego od niego oczekiwano, wypełnić obowiązek, który nakładała na niego rodzina. Nie przewidywał żadnych problemów, skoro on i Eloisa znali się od dzieciństwa, choć nigdy nie uważał jej za kogoś więcej niż przyjaciółkę. Jego matka i Eloisa były sobie bliskie jak matka i córka, a on sam chciał dobra swojej firmy i rodu. Zresztą i tak nie był zainteresowany miłością.

Dzieciństwo miał pozbawione miłości, więc małżeństwo z rozsądku oparte na przyjaźni nie wydawało mu się niczym złym. Obserwował rozpad wielu małżeństw zawieranych z miłości, często na oczach mediów, i myślał, że unika w ten sposób fatalnych konsekwencji. Nie życzył sobie niczego takiego. Więc po tamtym weekendzie rozstał się z Sadie. Wyglądało na to, że się z tym pogodziła i znalazła kogoś innego. Dlaczego więc zabolało go to tak dotkliwie?

Zerknął na jej lewą dłoń. Nie nosiła obrączki.

– Jak twój syn ma na imię?

– Leo – odparła beznamiętnie. – Ale to nie jest twoja sprawa.

– Jego ojciec musi być bardzo dumny. – Chciał się dowiedzieć czegoś o mężczyźnie, który zajął jego miejsce w życiu Sadie i z którym ułożyła sobie życie.

– Jestem samotną matką.

Te słowa uderzyły go niczym rozpędzony samochód. Nie odnalazła szczęścia, jakie im mignęło w tamten weekend, podobnie jak on nie znalazł go z Eloisą. Spojrzała mu w oczy, a on pomyślał z oburzeniem, jak ktoś mógł pozostawić ją w takim położeniu.

– Skończyłem już pracę – powiedział, wycierając zabrudzone smarem dłonie w ścierkę. – Czy mogę cię dokądś odprowadzić?

Spojrzała na niego uważnie; zrozumiał, że za bardzo pozwolił opaść fasadzie opryskliwości i brawury.

– Nie ma takiej potrzeby – odparła sztywno.

– Jestem nowy w mieście. Ładna kobieta u mojego boku byłaby dobrym zwieńczeniem dnia, prawda?

– Nie idę daleko – zbywała go, ale nie zamierzał pozwolić się jej wymknąć tak łatwo. Obejrzał się na szefa, czekając, aż pozwoli mu wyjść, do czego kompletnie nie był przyzwyczajony. Nikt nie rozporządzał Antoniem Di Marcello. Już nie.

– Więc odprowadzę cię tam, dokąd idziesz.

Wyszła z garażu na gwarną ulicę, nie przyjmując jego propozycji. Odrzucił ścierkę i szybko podążył za nią. Dogonił ją i, idąc obok, przypomniał sobie wieczór, kiedy spacerowali ramię w ramię po centrum Mediolanu, zanim wylądowali w hotelu, by przeżyć najbardziej pamiętną noc w jego życiu.

– Kogoś mi przypominasz.

Zamarł. Prowadził niebezpieczną grę, zbliżając się do Sadie, która mogła w każdej chwili odkryć jego tożsamość. Nie mógł sobie teraz na to pozwolić. Była jeszcze bardziej kusząca niż kilka tygodni przed jego ślubem, ale Antonio Di Marcello musiał być cierpliwy. Sadie Parker była niedokończoną sprawą, którą zamierzał się w pełni zająć na nowo.

– Zapewne kogoś miłego, prawda? – zaśmiał się, kiedy szła energicznie, ledwo na niego patrząc. Zatrzymała się przed wąską kamienicą z okiennicami zamkniętymi przed popołudniowym słońcem.

– To tutaj. Do zobaczenia w pracy. – Nie mogła mu powiedzieć wyraźniej, że nie życzy sobie jego towarzystwa.

Spojrzał na jej usta i niemal poczuł ich smak, kiedy dopadło go wspomnienie ich pierwszego pocałunku, tego, który przypieczętował ich los. Chciał ją znowu pocałować, posiąść jeszcze raz, ale nie był Antoniem Di Marcello, mężczyzną, który kochał się z nią kiedyś tak namiętnie. Był Tonim Adessim, szorstkim i chętnym mechanikiem, którego dopiero co poznała.

Czy ona zainteresuje się kimś takim, jakim był teraz? Czy naprawdę chciał romansu z kobietą z dzieckiem? To byłoby wbrew jego zasadom. Nigdy nie szukał komplikacji z kobietami.

– Nie mogę się już doczekać – uśmiechnął się z wdziękiem Antonia Di Marcello i widział, jak jej brwi unoszą się podejrzliwie. Na szczęście nosił brodę i okulary słoneczne. Był niebezpiecznie blisko zdemaskowania.

– Nie szukam w życiu mężczyzny, panie Adessi – powiedziała bez ogródek.

– Nie proszę cię o rękę. – Do diabła, to była ostatnia rzecz, jakiej pragnął po swoich doświadczeniach ze stanem małżeńskim. – Zabawmy się trochę, to wszystko.

– Samotne matki nie szukają zabawy. A teraz proszę wybaczyć, czeka na mnie syn.

Odwróciła się i weszła szybko do budynku, pozostawiając go samego na ulicy, niezdolnego pojąć, co się właśnie wydarzyło. Antonia Di Marcello odtrąciła kobieta. Co się z nim działo? Tylko dlatego, że przez dwa tygodnie ma żyć jako Toni Adessi, nie musi przecież porzucić swojej prawdziwej tożsamości. Rozsądek zwyciężył. Wyzwanie było najważniejsze. Nic innego się nie liczyło, przynajmniej dopóki nie upłyną te dwa tygodnie. Potem wszystko się zmieni.

Tytuł oryginału:

Di Marcello’s Secret Son

Pierwsze wydanie:

Harlequin Mills & Boon Limited, 2017

Redaktor serii:

Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne:

Marzena Cieśla

© 2017 by Rachael Thomas

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2019

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN 9788327642738

Konwersja do formatu EPUB: Legimi S.A.