Wydawca: Ha!art Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 703 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zbrodnia i... - Jerzy Nasierowski

Zbrodnia i..." - legendarna książka gejerelu, pedalski romans i epopeja więzienna w jednym. Bandycko-seksualne przypadki 36 letniego aktora i 16 letniego hydraulika na tle panoramy PRL-u. Ówczesne życie salonowe Warszawy oraz szokujące erotyczne za więziennym murem. A zarazem historia 10 i pół roku walki napiętnowanego inteligenta ze społecznością więźniów oraz więziennym aparatem represji. Romans o dużej wartości poznawczej.




Dziki świat więzienny, życie przestępców, metroseksualna rozwiązłość, towarzyskie skandale. Ma się ochotę o tym czytać. Jerzy Nasierowski jest postacią osobną i wyjątkową. Zapracował sobie na to, by przesunąć go z marginesu kultury, na którym spędził długie pół wieku, bliżej centrum naszej uwagi. Po tylu latach egzystencji pokutnej i artystycznej autokreacji, należy mu się rehabilitacja i rekapitulacja. Słowem: poważne potraktowanie.

Prof. Jan Hartman



Mało książek wytrzymuje próbę czasu, „Zbrodni i...” ta sztuka się udała. Wydana po raz pierwszy prawie trzydzieści lat temu, okazała się równie żywotna co jej autor. Dziś wraca triumfalnie otoczona legendą, a jednocześnie w aurze prekursorstwa. Skupiając się na najbardziej skandalicznym epizodzie z życia Nasierowskiego, stała się wglądem w świat do tej pory nieopisywany, zarówno jeśli chodzi o relację z pobytu w więzieniu, jak i homoseksualny romans.

Krzysztof Tomasik

 

Opinie o ebooku Zbrodnia i... - Jerzy Nasierowski

Fragment ebooka Zbrodnia i... - Jerzy Nasierowski

Redakcja serii Piotr Marecki
Korekta i adiustacja Filip Fierek
Projekt okładki Michalina Mosurek
Projekt typograficzny, skład i łamanieBy Mouse | www.bymouse.pl
Wydanie II poprawione i rozszerzone
Jerzy Nasierowski, Zbrodnia i..., Kraków 2018 Copyright © by the Author, 2018 Copyright © for this edition by Korporacja Ha!art, 2018
Na okładce wykorzystano zdjęcie z archiwum Autora. Autor i Wydawca dołożyli wszelkich starań, by dotrzeć do właścicieli i dysponentów praw autorskich do fotografii zamieszczonej na okładce książki. Osoby, których nie udało nam się ustalić, prosimy o kontakt z Wydawnictwem.
Fundacja Korporacja Ha!art prowadzi księgarnię w Bunkrze Sztuki
ISBN 978-83-65739-20-9
Wydawnictwo i księgarnia Korporacja Ha!art pl. Szczepański 3a, 31-011 Kraków tel. 12 426 46 03 (księgarnia), 12 422 25 28 (biuro) e-mail:korporacja@ha.art.pl Księgarnia internetowa:www.ha.art.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Romanowi Bratnemu

Seria prozatorska pod redakcją Piotra Mareckiego

• Jerzy Franczak, Trzy historye

• Sławomir Shuty, Bełkot

• Łukasz Orbitowski, Szeroki, głęboki, wymalować wszystko

• Piotr Cegiełka, Sandacz w bursztynie

• Sławomir Shuty, Cukier w normie

• Michał Palmowski, Przygody Hiszpana Dete

• Michał Witkowski, Lubiewo

• Marta Dzido, Małż

• Marian Pankowski, Rudolf

• Maciek Miller, Pozytywni

• Ewa Schilling, Głupiec

• Adam Wiedemann, Sceny łóżkowe

• Jan Dzban, Dentro

• Piotr Szulkin, Socjopatia

• Marian Pankowski, Bal wdów i wdowców

• Jerzy Nasierowski, Zbrodnia i...

• Piotr Czerski, Ojciec odchodzi

• Maciek Miller, Zakręt hipokampa

• Łukasz Orbitowski, Horror Show

• Joanna Pawluśkiewicz, Pani na domkach

• Joanna Wilengowska, Zęby

• Marta Dzido, Ślad po mamie

• Jan Krasnowolski, Klatka

• Marian Pankowski, Pątnicy z Macierzyzny

• Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Raz. Dwa. Trzy

• Michał Zygmunt, New Romantic

• Joanna Pawluśkiewicz, Telenowela

• Jerzy Franczak, Przymierzalnia

• Wojciech Bruszewski, Fotograf

• Krzysztof Niemczyk, Kurtyzana i pisklęta

• Sylwia Chutnik, Kieszonkowy atlas kobiet

• Juliusz Strachota, Cień pod blokiem Mirona Białoszewskiego

• Natalia Rolleczek, Drewniany różaniec

• Marian Pankowski, Niewola i dola Adama Poremby

• Maciek Miller, Cockring

• Dominika Ożarowska, Nie uderzy żaden piorun

• Ewa Schilling, Codzienność

• Marian Pankowski, Tratwa nas czeka

• Piotr Szulkin, Epikryza

• Jerzy Franczak, NN

• Sławomir Shuty, Jaszczur

• Darek Foks, Kebab Meister

• Tomasz Pułka, Vida Local

• Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian

• Wojciech Bruszewski, Big Dick. Fikcja dokumentalna

• Jan Krasnowolski, Afrykańska elektronika

• Daniel Kot, Kierunkowy 22

• Marian Pankowski, Nastka, śmiej się! Opowiadania

• Sławomir Shuty, Dziewięćdziesiąte

• Łukasz Orbitowski, Horror Show [wyd. II popr.]

• Joanna Dziwak, Gry losowe

• Søren Gauger, Nie to / nie tamto

• Maciej Bobula, Katarzyna Gondek, Adam Miklasz, Aleksander Przybylski, Michał Zantman, Bękarty Wołgi. Klechdy miejskie

• Ziemowit Szczerek, Siódemka

• Juliusz Strachota, Relaks amerykański

• Flash fiction. Antologia

• Dariusz Orszulewski, Zjednoczone Siły Królestwa Utopii

• Stanisław Czycz, Nie wierz nikomu. Baza

• Konrad Janczura, Przemytnicy

• Maciej Piotr Prus, Przyducha

• Marta Dzido, Frajda

• Olga Hund, Psy ras drobnych

• Juliusz Strachota, Turysta polski w ZSRR

• Jerzy Nasierowski, Zbrodnia i...

Wstęp do nowego wydania

Zabawne, bo i ta wznowiona Zbrodnia i... ma szanse na nowe życie, i ja, dziś osiemdziesięciopięcioletni autor.

Pamiętam tę noc 1973 roku. Właśnie dostałem ćwierć wieku odsiadki. Mam czterdzieści lat. Księżyc za kratą jest tak cholernie blisko, a ja przez sprawę skarbową wylezę za bramę w 2005 roku. Lub klawisz da mego trupa do więziennej kostnicy? Nieee!!! Napiszę o więzieniach PRL-u „szkalującą” książkę, którą wydadzą... w USA. Po rannym apelu ją zaczynam. Gryzmolę tak w celi miesiącami; jako coś do rewizji w SN dla mego, hm, „obrońcy” mecenasa J. Wasilewskiego.

Korespondencję więźniów w pierdlu Mokotów ostro się cenzuruje. Więc ja błagam obywatela wychowawcę, niech w mych kolejnych A4, pisanych maczkiem, wskaże mi lepszy styl i ortografię... Bez czytania zaklejał „szkalujące” przesyłki, a mnie wypraszał z dyżurki.

Także mój „obrońca” Wasilewski uważał, że jestem wariat. I choć współpracował z bezpieką, też nie czytając przesyłek, oddawał je mojej siostrze Hani. A ona do przepisania swej dyskretnej koleżance z PAX-u. Tysiącstronicowy maszynopisZbrodni i..., poprzez reżysera Krzysztofa Zanussiego, dotarł do Romana Bratnego, autora książki Kolumbowie rocznik 20. Zaś ten, dzięki swejAK-owskiej trylogii, o dziwo był władny i w PZPR-ze, i we wszystkichPRL-owskich rządach. Uprzednio niechętny mi Bratny, który znał „zbandyciałego aktora” tylko z gazet, zachwyca się Zbrodnią i..., oto pisze do mnie za kraty, że będzie się mną odtąd oficjalnie zajmował. I tak nieprzerwanie zawzięty powstaniec ’44 wymusza na kolejnych ministrach Sprawiedliwości PRL-u ich zgodę, bym pracował literacko w celi, zresztą wciąż mi cofaną. Aktualny członek PZPR-u Bratny też gra przy okazji na nosie pionowi prokuratury nielubiącemu się (!) z pionem sądowym.

Ostatnie sześć lat na wrocławskich Klęczkach siedzę w izolatce, z czerwonym „N” na aktach skazanego. To więzienna Ochrona (sterowana przez bezpiekę) wpisała tam złośliwie: „Nasierowski chce obalić w PRL-u socjalizm, a wskrzesić kapitalizm”! Ani mi to w głowie. Ot, fałszywe donosy kapusi Ochrony. Wszak dzięki im za to. Izolowany, przekupuję w cztery oczy paru klawiszy i ślę przez następne lata siostrze Hani, a ona Romanowi Bratnemu, swe dalsze powieści, sztuki teatralne, opowiadania (wszystko to wciąż jest do druku). No i swój więzienny dziennik. Bodajże jedyny z czasu tamtej Zarazy.

W ’83 roku dzięki ośmioletniemu uporowi Bratnego minister Sprawiedliwości prof. Zawadzki ułaskawił mnie, a Zbrodnię i... omalże wydał podziemny Przedświt. Lecz Bratny zażartował, że to mały nakład i bez echa w USA, więc lepiej, abym poczekał. Czekam.

W ’88 roku, za zgodą przewodniczącego Rady Państwa prof. Jabłońskiego (kiedyś Bratny był jego studentem), okrojoną do połowy Zbrodnię i... publikuje mi Wydawnictwo Literackie pod pseudonimem Jerzy Trębicki. Czterdziestotysięczny nakład i trzydziestotysięczny dodruk Zbrodni i... rozeszły się w dwa dni! Na więcej, to nic, że dogorywające, władze PRL-u nie pozwoliły. Grubo droższe egzemplarze i kserokopie sprzedawano na bazarach. Mimo przymusowego pseudonimu ludzie wiedzieli, że Jerzy Trębicki to ten zbandyciały aktor, więc byłem też „rozrywany” przez prasę i TV. Chociaż zapis cenzury był tylko na nazwisko Nasierowski. Dla chytrego marketingu występowałem w TV bez twarzy.

SukcesZbrodni i... bardzo wsparło Wydawnictwo Literackie, pisząc na tylnej stronie okładki: „Książka Trębickiego wzbudzi zapewne kontrowersje, wywołała zgorszenie i oburzenie, jednak jest ona ważna i potrzebna, a lektura jej jest pasjonująca”. Oraz warunkujący publikację Zbrodni i... aluzyjny wstęp Romana Bratnego o PRL-owskim koszmarze za kratami i o tym, że Jerzy Trębicki osiągnął wolność dzięki swemu pisaniu: „Słowa na bramie Dantejskiego piekła »porzućcie wszelką nadzieję« są nieaktualne. Trudna nadzieja istnieje. To przesłanie tej książki”.

Ja, Jerzy Nasierowski „Trębicki”, obecnie zapewniam część (?) polskiej młodzieży, że i w naszym 2018 roku, i później ta nadzieja na wolność ciągle będzie istniała. Oto ostatnio ponad dziesięć już wolnych lat nie grałem, nie wydawałem książek. Czyli jakbym był znów w pudle? Aż dwa lata temu nad Wisłą dzielny technik budowlany Michał Cechowski mi mówi: „Trzeba cię, Jurek, odkurzyć”. I przy powalonym drzewie skręcił swą cyfrówką Sony (za dwadzieścia rat) coś pierwszego wytwórni Czopek Film ze mną, czołowym aktorem... Jakieś kolejne filmiki obejrzeli, los chciał, Aleksandra Popławska i Marek Kalita – reżyserzy Dogville w stołecznym Teatrze Syrena. Dyrektor Wojciech Malajkat zadzwonił do mnie, żebym w Dogville zagrał...

Przez sporo kolejnych arcytrudnych miesięcy – ja, niestety ciągle więzień złej opinii publicznej o mnie, eksprzestępcy – mozolnie starałem się robotą aktorską wyleźć z tej opinii. A przy tym, będąc osiemdziesięciodwulatkiem, nie stąpnąłem na scenę od przejścia na emeryturę, czyli blisko dwadzieścia lat! Chyba mi się udało?

Między innymi Jakub Panek w „Gazecie Wyborczej” pochwalił twórców Dogville, A. Popławską i M. Kalitę, za wybór mnie na Narratora: „Głos Jerzego Nasierowskiego czaruje, wprowadza w swego rodzaju trans, przyciąga uwagę widzów”. A Michał Centkowski w „Newsweeku” uznał: „W pamięć zapada świetna muzyka Macieja Zakrzewskiego oraz hipnotyzująca kreacja Jerzego Nasierowskiego – złowieszczego Narratora”. Och, jeden z recenzentów uważał dokładnie odwrotnie. Ale wkrótce zadzwonił Piotr Marecki, że jego oficyna Ha!art wznowi moją Zbrodnię i... Czyli...?

Dzięki Michała i mojemu uporowi Czopek Film do dziś wypuścił na YouTube’a (zapraszam, chyba warto) sto sześćdziesiąt ileś tragiprześmiewczych pięcio–ośmiominutówek. Więc ja, ledwie osiemdziesięciopięciolatek, przeżyję i tę niezbyt wolną IV RP?

Podobno nasza, och, superprawa młodzież jest dziś konserwatywna. A to jej najlepszy wiek, żeby być zdrowo na lewo. Dziewczyny, chłopaki, skoro warto uczyć się i od diabła, zerknijcie w Zbrodnię i... bez tych różnych uprzedzeń. Jako we wzór przetrwania na jeszcze gorsze czasy... Rzekomy komuch Roman Bratny (zmarł w pobliżu setki) kiedyś ratował mnie. Ja, choć niegdyś faktyczny przestępca, w przyszłości też chciałbym kogoś. To w świecie tak się dziwnie kręci. Daję wam, młodzi, na to moje słowo.

Jerzy Nasierowskijerzynasierowski@wp.pl

Wszelkie podobieństwo do osób

i sytuacji jest nieprzypadkowe.

Są one wiernym odbiciem rzeczywistości.

Jerzy Nasierowski

.

Motto I

„Uważam się za człowieka genialnego. Nie znam i nie chcę znać argumentów sądu. Proszę o niezmuszanie mnie do obecności na procesie. Przebywanie w więzieniu do końca życia jest moją osobistą i nieodwołalną decyzją. Świat kiedyś zrozumie wagę mej twórczości pisarsko-filozoficznej, którą uprawiam w celi”.

„O Jerzym Nasierowskim, autorze powyższego listu do Sądu Wojewódzkiego dla miasta Warszawy, mówi się i pisze tyle, ponieważ milczy. Rzadko się bowiem zdarza, aby oskarżony odmówił złożenia zeznań przed Wysokim Sądem...”

(Z polskiej prasy)

Motto II

„Szlachetny wyraz twarzy to znak, że człowiek stawał przed sądem. Oczywiście nie za przestępstwa polityczne, ale za kradzież albo przekupstwo”.

(Lew Szestow)

Motto III

„Setka ludzi, na dziesięć milionów, która rozumie piękno niebędące naśladowaniem lub udoskonaleniem piękna już rozumianego przez tłum, potrzebuje 20 – 30 lat, aby wytłumaczyć dwudziestu tysiącom dusz najwrażliwszych po ich duszach, że to nowe piękno jest naprawdę piękne”.

(Stendhal)

Rozdział pierwszy

– Po egzekucji, panie Nasierowski, trupa nie oddają rodzinie. Studenci się z niego uczą... – Mężczyzna w białym kitlu muskał mnie opalizującym ostrzem z celnością chirurga. – Blondynek, co udusił taksówkarza, będzie dobry, bo chudy... – Potatuowany nadgarstek skrobał mi teraz szczecinę tuż nad grdyką. – Kiedy go, panie Nasierowski, goliłem, zawsze mu gadałem, że pojedzie tam z kartką u nogi. Śmiał się. Do końca wierzył, że go ułaskawią. No i co? Pojechał... Ładnego gówniarza z celi obok też potną. Nie musiał walić dyrektora lichtarzem. Tłumaczył się, że facet go złapał za jaja. Wielkie rzeczy!

Mówiąc to, fryzjer patrzył na moje oczy, usta, policzki, wcale nie śladem brzytwy. Po czym wspomniał z naciskiem, że ktoś ukradł Andrzejowi spod łóżka karton winstonów... Bardzo dobrze. Pewnie były od Berty... Kiedy dodał, co według niego czeka Andrzeja, zbladłem. Na szczęście strażnik otworzył celę. W drodze na rozprawę zakrywałem twarz dłońmi.

Zeznaje kolejny świadek... Utykam chleb w uszach. Zaciskam powieki. Łokciem czuję milicjanta. Za nim Andrzej... Ostatni raz widziałem Andrzeja przed jego aresztowaniem. Półtora roku temu... Miesiąc temu skończył dwadzieścia jeden lat. Nigdy mi nie wybaczy donosu. Ile jeszcze potrwa jego „nigdy”?

– Powiesić ich!

Te okrzyki, spojrzenia obdzierają mi skórę z ciała. Smoła i pierze byłyby czymś kojącym. Andrzej chciał wziąć na siebie nasze kradzieże. Swoim donosem oddałem go tym tutaj na ubój?

– Oskarżam Andrzeja Wicza urodzonego w... pochodzenie społeczne... wykształcenie... karanego... i Macieja Banasia, urodzonego... karanego... oraz Jerzego Nasierowskiego, pseudonim Kuba, niekaranego... o to, że... – ogłosiła zza trybunału? ogłasza? różowowłosa kobieta w czarnej todze.

Dziupla chroniona moim mięsem, kośćmi, ścięgnami i utkanym chlebem chyba nie podoła tym atakom. Z zemsty zabroniłbym ptakom śpiewać, kwiatom pachnieć, a całą ludzkość strąciłbym w przepaść. Lub uciekłbym w odwrotną stronę kalendarza...

Siedzimy z Andrzejem jak gdyby w pierwszym rzędzie tej widowni. Banaś zajmuje właściwą ławę oskarżonych. Przed nim, niżej, zasiedli obrońcy, w togach obrzeżonych zielenią i w urzędowych minach.

– Świadek może odejść – przenika mi przez chleb.

Mimo zaciśniętych oczu poznaję Marię. Ogarnia z ukosa sędziów, a następnie mnie – przestępcę... Tak spojrzałem wtedy na nią w sklepie z antykami. Nim skończyła szkołę aktorską, studiowała historię sztuki. Uczesana à la Botticelli, sprzedawała antyczne komody, lustra i obrazy na wpół niechętnie. Teraz wchodzi na kolejny stopień. Każdy jest szerokości ław dla gapiów sądowych, siedzących po obu stronach przejścia. Salę o dwóch rzędach okien prześwietla chłodne południe, zapalone żyrandole bezsensownie żółcą sufit... Gdy wyznałem Marii w tym sklepie z antykami, że też nie gram w teatrze i przemycam ikony na Zachód, wyprosiła mnie. Posłałem jej do domu bukiet róż i począłem nadrabiać paroletnią przerwę w naszej przyjaźni... Zamyka za sobą ciężkie drzwi sali sądowej? Wzrok gapiów kłuje mnie w kark.

W poprzednie dni procesu milczeniem zbywałem moje protokoły, krzykliwie odczytywane przez sędziego. Dziś w głąb uszu mam natkane strzępy więziennej koszuli, które zakleiłem czopem z razowca... Czy korowód świadków zeznaje według tej piramidy tomów z sędziowskiego stołu? Na zakończenie śledztwa odmówiłem czytania akt, nigdy nie rozmawiałem o sprawie z moimi adwokatami, w celi nie patrzę przez okno. Zabezpieczono je matową szybą, podwójną kratą, siatką, a z zewnątrz – ukośnymi płaszczyznami zbrojonego szkła... Strażnik, zapytany wczoraj przeze mnie, która godzina, odpowiedział: „Jest rok 1973”. Nie musiał dodawać: „Polska”.

– Żeby aktor bandytą!... – To widz z końca sali... Ci warszawscy gapie sądowi przeczytali już o mnie w stu gazetach, tu wysłuchali długiej listy mych przestępstw. Czas od ich popełnienia odrealnił je! Co wtedy czułem? Kim właściwie jestem?

Mam niebieskie oczy, blond włosy. Tyle po trzydziestce, a – zdaje się – wciąż ujmuję chłopięcością... Sąd prawdopodobnie myśli, że założyłem nogę na nogę z tupetu, że zamknąłem oczy z cynizmu. Milicjanci z moich boków pewnie uważają, że drzemię. Mimo kawałka koszuli i pół kromki chleba w uszach znów słyszę jakieś obcesowe wobec mnie pytanie. Zadane komuś okradzionemu? Pobitej gosposi? Sąsiadom zamordowanej? Zgrzyt klucza w drzwiach celi (obym już tam wrócił) i podkreślone palcem słowa strażnika: „Wy, jak się nazywacie? Ubierzcie się!” – przeszywają mnie identycznym bólem. Także dzwonki na apele i posiłki. Dosłownie każdy odgłos z sali rozpraw.

„Oskarżony Banaś szlocha. Wsparty o ławę, zgarbiony i wypłowiały trzydziestolatek próbuje stłumić głośne łkanie w chusteczkę. »Jak oskarżony ocenia sam siebie?« – pyta sędzia. »Jestem bydlę, wysoki sądzie. Śmierć tej biednej kobiety była dla mnie wstrząsem...«. Sąd ogłasza przerwę.

Andrzej Wicz podnosi się spokojnie z ławy oskarżonych. Szczupły, wysoki, zgrabna sylwetka, wyraziste rysy, bystre, uważne spojrzenie...” – przeczytam kiedyś w starym reportażu sądowym. Nie bylibyśmy sądzeni, gdybym wtedy nie doniósł na Andrzeja...

Wychodzę skuty z sali rozpraw, w szpalerze gapiów. Ucinam im tułowia opuszczonymi powiekami. Buty, pantofle, trochę przeciwdeszczowych. Już jesień. Uciekają mi spod nóg drewniane klepki podłogi. Eskortujący mnie otwierają potężne drzwi sali. Kamienna posadzka holu, bazaltowe schody, żelazne drzwi aresztu sądowego. Można patrzeć niewstydliwie. Rój milicji wypełniający podziemny korytarz to swoi... Po obu stronach ciemne „poczekalnie”, duszne od zakwasu oddechów. Aresztanci chodzą tu jak w klatkach. Szczerzą kły. Coś krzykliwie wykładają tym skulonym na topornych ławach. Jedni przed rozprawą, inni w trakcie lub czekają już na transport do aresztu śledczego... W celi napisałem do Marii, jak mam odpokutować za moje grzechy. Wyrzeczeniem się wędlin z paczek i mięsnych konserw z wypiski? Gimnastykowaniem się do upadłego i szczotkowaniem włosów do krwi? Czy może pisaniem książek?

Kiedy na początku tego wszystkiego wypuszczono mnie po czterdziestu ośmiu godzinach z komendy, natychmiast chciałem jechać do Marii. Bezskutecznie kręciłem kluczykiem, cisnąłem sprzęgło i gaz. Czułem duszność. Suterena z drewnianym podestem do spania, z rzędem starych materacy i pokotem nieogolonych mężczyzn, śpiących w świetle okratowanej żarówki – wzywała mnie do powrotu... Ściany kamienic wyszczerzone oknami zstąpiły na jezdnię. Zatrzymałem taksówkę... Gonił mnie uśmieszek naczelnika komendy. Goni... Stchórzyłem czy powinienem był mu ulec?

W mym domu meble, rzeźby, obrazy i dywany jakby stroszyły się na mnie. Jakoś zbyłem Tatę, który przez te czterdzieści osiem godzin czekał tu na mnie. Siadłem pod schodami... Bardziej cierpiała ta nieszczęsna kobieta czy jej czterej rzekomi mordercy? Ich proces odroczono – było ostatnio napisane w gazecie. Choroba któregoś?

– Synku, chodź na górę, przygotowałem ci kolację.

Od dawna próbowałem wyobrazić ich sobie. Andrzeja widziałem w bliźniaczej suterenie komendy niemal dotykalnie. Prawie słyszałem jego kaszel. A ja już w swych „salonach”... Aresztowany Andrzej jest mimo wszystko bezpieczny, skoro ci czterej ponad rok temu przyznali się do zbrodni Andrzeja. Nie popełnili jej... Prócz Andrzeja i jego wspólnika nikt nie zna prawdy. Obaj faktyczni sprawcy nie zdradzą się. Gdybym więc i ja wszystko zataił... Czterej niewinni są mi zupełnie obcy! Andrzej i jego wspólnik też ich w życiu nie widzieli...

– Ktoś tu ciągle telefonował, synku, przez całe dwie doby.

– Nie będę nic jadł, tato. Zostań dziś. Połóż się na górze. Dobranoc.

Czyżby dzwonił wspólnik Andrzeja?

Zasnąłem z myślą o Marii – pod nieheblowanymi belkami stryszku, usłanego perskimi dywanami i zastawionego rokokowymi meblami. Ciągle jeszcze ani mi się śniło donieść władzom o zbrodni Andrzeja...

Nazajutrz zastałem Marię w domu. Zaczynała akurat dziergać rękaw sukni. Usiadłem przy jej ulubionym stole ze złuszczonego mahoniu, myśląc, co jej powiedzieć o tajemniczym okradzeniu przed tygodniem mojej ciotecznej siostry...

Trzy dni temu wyszliśmy z Andrzejem do kina. Uparł się wpaść wieczorem do Berty. Poszedłem do domu. Kiedy otworzyłem drzwi, jakiś obcy mężczyzna wciągał mnie do holu. W pokoju na górze siedziało ich kilku. Tata zapytał mnie dziwnym tonem, czy coś zjem. Popielniczki kipiały od petów. Pająk u sufitu świecił ćwiercią mocy. Żaden z tajniaków nie odezwał się. I nagle, jak w kryminalnej sztuce, zadzwonił telefon. To Robaczek chciał się ze mną pożegnać. Leciał do USA na występy. Właśnie upychał, jak twierdził, smoking w walizce. Tymczasem tajniacy już grzebali w moich szufladach, odchylali obrazy, zsuwali dywany.

– Po powrocie dowiem się, Kubusiu, co z tobą – usłyszałem na koniec w słuchawce.

Ostatnio nawet nie kłanialiśmy się sobie z Robaczkiem. Czego teraz chciał? Niedawno, pod stołeczną katedrą, minął mnie z miną starego psa, co nasiusiał na dywan. Wpatrzyłem się w wystawę sklepową z Matkami Boskimi z gipsu wśród Panów Jezusów w plastikowych ramkach i blaszanych monstrancji...

Dziś rozpełznięci po moim domu tajniacy przeglądali książki, stukali palcami w tynk i podłogę... Ale niewątpliwy donos Robaczka, że to ja z Andrzejem okradliśmy moją cioteczną siostrę, oznaczał tylko dla Andrzeja parę lat więzienia, ja mógłbym się z tego wykręcić. Gdybym wkrótce nie doniósł na swego młodziutkiego wspólnika o drugim przestępstwie... O jego zbrodni!

– Gdzie Andrzej? – spytał chudy, wysoki tajniak. Chyba naczelnik, bo palił rozparty w moim empirowym fotelu.

– Pojechał do Berty, swojej dziewczyny – odrzekłem tak spokojnie, że aż się tym zachwyciłem.

Krępy tajniak meldował przez radiotelefon numer mego wozu i dzielnicę, gdzie Berta wcale nie mieszkała! Podstarzali chłopcy z minami gangsterów wreszcie usiedli. Poderwał ich kolejny telefon. Andrzej dzwonił, żebym zszedł na dół. Powiedziałem, że mam gości... Tajniacy zamachali mi rękami przed nosem. W bramie nie dali nawet zamienić słowa z Andrzejem. Ja jechałem na komendę swoim fiatem, on – milicyjną warszawą... Na przesłuchaniu wytłumaczyłem się z czasu, w którym okradaliśmy moją cioteczną siostrę.

– Andrzej był ze mną w moim domu, panie naczelniku. No... gdzieś wyskoczył na około dziesięć minut. Ale ręczę za jego niewinność. Choć rzeczywiście kradł od dwunastego roku życia. Że mówił komuś o jakimś milionowym łupie? Chwalił się, dzieciak. A w ogóle Robaczek to wszystko wymyślił z nienawiści do Andrzeja.

Uparte milczenie Marii bolało mnie... W razie wpadki ustaliłem z Andrzejem, że weźmie tę kradzież na siebie.

– Mnie, moja droga, zwolnili wczoraj wieczorem, po czterdziestu ośmiu godzinach, a Andrzejowi dali dwutygodniową sankcję. Też go puszczą! – wymamrotałem.

Maria wbiła oczy w migające druty. Miała zrobione trzy czwarte rękawa... Oboje nie przypuszczaliśmy, że ta moja, w zasadzie miłosna, afera przepoczwarzy się w dochodzenie śledcze i rząd tomów akt na sędziowskim stole...

Wyszedłem od Marii nocą, uspokojony brakiem jej ciekawości. Aleje Ujazdowskie obeschły z błotnistego śniegu. Na pustej ulicy to wszystko niewypowiedziane pulsowało we mnie jak bolący ząb. Śmierć nieszczęsnej kobiety, przyznanie się tych czterech do niepopełnionego morderstwa...

Dotąd rzadko mówiłem z Andrzejem o tych chłopcach. Żadnego nie widziałem na oczy. Byli dla nas nazwiskami z gazety. Raz Andrzej oświadczył, że muszą być czegoś winni, skoro milicja trzyma ich od tylu miesięcy.

– Ale nie tego! – wściekłem się.

I zabroniłem wspominać mi o jego zbrodni... Ze strachu? Z obrzydzenia? W każdym razie nie do niego...

Kilka dni po mnie wypuszczono Bertę. Ciągle nie posiadała się ze zdumienia, dlaczego ją zamknięto... Właśnie wróciła ze szkoły. W przedpokoju stał tajniak. Z kuchni i pokoju wybiegło pięciu dalszych. Mama, czerwona od płaczu, tuliła jej młodszą siostrę. W samochodzie tajniacy oskarżyli Bertę o uprawianie szpiegostwa. Na komendzie wmawiali jej udział w jakichś napadach... Śmiałem się, słuchając jej. Nieumalowana, dziecinnie przejęta, wyglądała na uczennicę z podstawówki. Robiła wieczorowo pierwszą licealną, drugi rok z rzędu... Piszcząc oponami, kluczyłem wśród pustych uliczek Starówki. Jeździła za nami tej nocy kremowa warszawa, którą Berta pamiętała sprzed gmachu komendy.

– Przecież ona nałogowo kłamie. Nikt was nie śledził – rozzłości się Andrzej, zwolniony po dwutygodniowej sankcji.

– Jedna stara prostytutka wywróżyła mi, Kuba, w tej okropnej suterenie, że żadne z nas trojga nie będzie już nigdy szczęśliwe... – Osiemnastoletnia Berta ze śmiertelną powagą nakładała sztuczne rzęsy. Tajemniczy samochód czaił się dwie latarnie wstecz. Jej oczy były znów piękne. Zamazała twarz czymś w płynie. Uszminkowała się. – Przysięgam, Kuba, wynajmę Andrzejowi najlepszego obrońcę w Polsce. Choćbym miała zedrzeć tyłek. – Wykrzywiła się do jadącego za nami wozu.

W domu wziąłem ją. Trochę w nadziei, że gdy to się wyda, któreś z nas wypadnie z łask Andrzeja. Chyba ona... Berta poznała w hotelu starego Szwajcara, który zaprosił ją w Alpy. Po tej naszej, pierwszej w życiu, miłosnej nocy rano załatwiłem Bercie szybsze wydanie paszportu, wizę szwajcarską, bilet, odprowadziłem ją na lotnisko. Bojąc się jednocześnie, że zarobi w tych Alpach dolary i Andrzej, mimo wszystko, znów jej przebaczy. Mnie również...

Każda ich wspólna chwila przepełniała mnie kipiącą zazdrością. Będąc z Andrzejem niemal dniem i nocą przez trzy lata, jakoś nie pamiętałem o samotności Berty. Przychodzi tu na rozprawę sądową w sztucznych rzęsach, z wyzywającym makijażem, obwieszona złotem. Śledczy twierdzi, że ona ostatecznie skurwiła się przez nas. Nie miała pojęcia o naszych przestępstwach. Trafiły ją rykoszetem. Fakt, przed aresztowaniem rzadko łaziła po hotelach. Może, rzeczywiście wydoroślawszy, nie wróciłaby do grzechów młodości, a teraz zarejestrowana przez milicję musi w nie brnąć...

Pierwszy kamyk strącił Robaczek swoim donosem na mnie i Andrzeja. Ja swoim donosem na Andrzeja zepchnąłem pierwszy głaz, aż przysypało nas wszystkich. Właściwie powinienem rozumieć podłość Robaczka jak własną... Ciekawe, czy znalazł przynajmniej ulgę w rozdzieleniu mnie z Andrzejem. Bo rozdzielenie Andrzeja z Bertą mnie nie ukoiło...

– Ona, Kuba, nie wierzyła, że mnie puszczą, dlatego pojechała w te Alpy... – Andrzej po dwutygodniowym pobycie na komendzie obmywał nad wanną nie tylko odór sutereny?

– Ja wierzyłem! – klepałem go serdecznie po gołych plecach.

Jego mama zaprosiła nas na obiad, a może raczej na spóźnioną ucztę weselną, gdyż milicjanci wyjaśnili jej rodzaj naszej przyjaźni. Noc spędziliśmy u mnie. Obaj szczęśliwi, uczciwi. Złoto mojej ciotecznej siostry, schowane u Andrzeja w piwnicy, było równie nieistotne jak pocztówka z Alp – pełna erotycznych czułości, którą dostałem od Berty. Wyglądało na to, że Andrzeja wręcz ucieszyła kolejna zdrada ukochanej.

Niestety, w dniu zapowiedzianego powrotu Berty Andrzej płakał. Na moim ramieniu... Wziąłem go do kina. Potem tłumaczyłem mu, że Berta jest zmęczona podróżą, no i nie wypada budzić jej rodziców. O północy powiedział mi, że idzie się przejść. Wrócił rano.

– Zabrałem Bercie te winstony. Więcej nic nie miała – powiedział przymilnie, dziękując za śniadanie, z którym czekałem na niego. – Kuba! – Ściskał mnie jak nigdy. – My dwaj też wyjedziemy na Zachód. I weźmiemy tam ślub – mówił prawie serio. – My jesteśmy sobie przeznaczeni... – rysował nazajutrz palcem na swym udzie, co musi iść z czyjej strony, żebyśmy byli zawsze razem.

Udawałem, że mu wierzę. Trochę wierzyłem. W zasadzie rzadko uciekał ode mnie z ustami, to do ściany, to w stronę okna.

– Już wystarczy – mruczał, wciągając dżinsy, prezent ode mnie, i wracał do mamy.

„Starogrecki obyczaj wymagał, by kochanek obdarzał młodocianego umiłowanego zbroją i całym rynsztunkiem wojownika”.

(Z jakiejś książki)

„Małpa, która sięgała przez kraty po banana za pomocą skonstruowanych przez siebie patyków, nie stworzyła narzędzia, bo nie pojęła ich dalszych funkcji”.

(Z jakiejś gazety)

Może to nieważne, Andrzej, że chciałem cię zabić tym swoim donosem, skoro żyjesz? Stałeś się w pewnym sensie nieśmiertelny... Ciągle chcę oddać ci ból, którym raczyłeś mnie przez nasze trzy wspólne lata. Mimo istnienia przez ten czas Robaczka i paru innych mych kochanków jesteś dla mnie kimś jedynym takim. A ja dla ciebie? Naprawdę wydałem cię na śmierć! Więc czemu w pierwszym dniu rozprawy podałeś mi zapalonego papierosa? Jak w domu przy winie?

„W środowisku Sokratesa czy Platona twierdzono, że najbardziej niezwyciężonym byłoby wojsko złożone z par kochanków, którzy wzajemnie podniecaliby się do bohaterstwa”.

(Z jakiejś przedmowy)

„Polska nie przeżyła klęski przegranej wojny, widma głodu, bezrobocia i niepewności – jak Niemcy; ani jak Rosja – obalenia caratu, wojny domowej, interwencji, lat głodu, krwi i tyfusu, co tu i tam zrodziło ekspresjonizm. Polska odzyskała po I wojnie światowej niepodległość dzięki układowi sił międzynarodowych, a wierzyła, że ją wywalczyła”.

(Nie wiem skąd)

Rozdział drugi

Pamiętam, Maria kończyła dziergać suknię, gdy znów przyszedłem do niej.

– Wrócił Robaczek ze Stanów – powiedziała, licząc oczka. – Nakupił sobie pachnących mydeł, jakąś haftowaną koszulę...

– Złorzeczył na mnie?

– Gorzej. Opowiadał o jakimś filmie, o złych ludziach, których trzeba zniszczyć każdym dostępnym sposobem. Uważaj, Kubusiu! – zamyśliła się.

Na szczęście nie spostrzegła nabrzmiałych żył na mych skroniach... Złoto ukradzione mojej ciotecznej siostrze chyba ciągle leżało u Andrzeja w piwnicy... Wróciłem z kuchni, ściskając szklankę z herbatą. Maria błyskała miarowo drutami.

Wieczorem zabrałem Andrzeja w góry. Ale po paru dniach poznał tam jakąś góralkę i odwiózł mnie na zakopiański dworzec. Nie zmartwiłem się tym, bo pomyślałem o biednej Bercie... W Warszawie wezwał mnie naczelnik komendy. Poszedłem... W jego gabinecie rozpierał się Robaczek, ustrojony w amerykańskie hafty. Kiedy usiadłem przed biurkiem, Robaczek krzyknął, że zaraz przedstawi panu naczelnikowi dowód włamania do Kiry Wajdy pewnej złodziejskiej spółki... Co już zrobił wcześniej, skoro naczelnik wyjął z szuflady nakaz mojego aresztowania. Gdy zaś wyszedł do sekretariatu, Robaczek chwycił moją rękę.

– Kubusiu, myślałem, że mnie przywitasz na lotnisku. Tak wierzyłem, że się opamiętasz. Teraz już za późno. Ktoś napisał donos na Andrzeja i na ciebie...

W obawie przed podsłuchem pociągam Robaczka do okna bez krat. Wychylam się za parapet i patrzę z wysokości czterech pięter na jezdnię...

– Jeżeli pomożesz mi stąd wyjść – kłamię – nie będę potem sterczał pod kryminałem, w którym zamkną Andrzeja!

Nim Robaczek powiedział „dobrze”, naczelnik wziął nas obu do pokoju po przeciwnej stronie sekretariatu.

– Tu możecie panowie rozmawiać swobodnie – oświadczył życzliwie, wskazując na lśniącą machinę najeżoną guzikami i pokrętłami, coś w rodzaju konsolety nagrywającej dźwięk do filmu.

– Rejestruje każdy szept, lecz wydany tam. – Wskazał drzwi, przez które weszliśmy.

„Czyli siedząc przed chwilą obok, w gabinecie, byliśmy nagrywani” – pomyślałem obojętnie.

– To draństwo kosztowało, moi panowie, dziesięć tysięcy dolarów!

Umundurowany gospodarz jakby wypisał w ten sposób nam, gościom, rachunek za spożyte potrawy. Zapadliśmy z Robaczkiem w miękkie fotele, ustawione przy barowym stoliku. Że są to niestosowne meble dla komórki nasłuchu, stwierdzę z czasem...

– Zostawiam panów samych. Na kwadrans... – Naczelnik uśmiechnął się niczym konspirator ze złej sztuki.

Drzwi trzasnęły za nim z mlaskiem dźwiękoszczelnej futryny. Kurczowo wpatrywałem się w Robaczka... Dziś myślę, że w zainscenizowanym przez naczelnika obrazku nie graliśmy tylko my, zawodowi aktorzy. On ze swą śledczą trupą pewnie gryzł gdzieś obok w napięciu paznokcie. Mówiłem głośno Robaczkowi o tym, jak pół roku temu przeczytałem w gazecie, że jakiś nieznany mi Paweł Imbiorski przyznał się do zamordowania wraz ze swymi trzema kolegami nieszczęsnej Anny Wujek, uśmierconej przecież przez Andrzeja oraz jego, anonimowego wtedy, wspólnika!

– Na pewno tych niewinnych ludzi powieszą. Za tydzień zaczyna się proces. Poradź, co mam robić? – chyba nawet krzyknąłem.

Robaczek struchlał i wytrzeszczył oczy. Nic nie wiedział dotąd o tym wszystkim...

Po latach ciekawi mnie tylko, czy byliśmy nagrywani z mikrofonu ukrytego w wazoniku. W trakcie naszego procesu oczywiście nie odtworzono tej taśmy. Zresztą żadnej. Przysięgałem wtedy Robaczkowi, zgodnie z prawdą, że nie miałem nic wspólnego z zamordowaniem Anny Wujek... Zaraz potem sprowadzono mnie do sutereny, znanej mi z poprzedniego pobytu na komendzie, w gąszcz chrapiących w mdłym świetle zatrzymanych mężczyzn. Tym razem już nie wyjdę stąd na wolność... Długo wierciłem się na śmierdzącym materacu, walcząc ze sobą.

– W czasie naszego ostatniego pobytu tam widziałem raz, Kuba, jak stałeś z naczelnikiem komendy i Robaczkiem przy zejściu na dołek. Prowadzono mnie z przesłuchania. Dałbym się wtedy zakatować, że mnie nie wydasz – zaklnie się z czasem Andrzej na sali sądowej? w karetce więziennej? czy w moim złym śnie?

Robaczek codziennie przychodził do mnie na komendę. Dostarczył mi zagraniczne mydło i pastę oraz trochę książek. Ale żarówka za kratką była zbyt słaba. Szczerze przebaczyłem Robaczkowi jego donos...

Okno sutereny wychodziło na boisko, gdzie chłopcy grali w piłkę. Na obiad funkcjonariusze komendy prowadzili mnie do milicyjnej stołówki, na drugą stronę ulicy. Dawałem słowo, że nie ucieknę, i szedłem bez kajdanek, które tu, w sądzie, zakładałem jak ranne pantofle... W ogóle i mundurowi, i tajniacy byli dla mnie niezwykle uprzejmi. Z wyjątkiem dnia, kiedy zamiast na przesłuchanie wprowadzono mnie do pokoju bez okna, gdzie jakiś cywil z punktu uderzył mnie w kark. Dwaj inni kazali mi zdjąć but i trzymać nogę na krześle. Jeden walnął mnie pałką w gołą stopę. Krzyczałem jak zarzynany, ale zagłuszało mnie grające radio i grubo obite drzwi. Najgorsze jest czekanie na ból. Drugi cios wydawał mi się znośniejszy, wiedziałem, że wytrzymam. Dalsze przewrzeszczałem, częściowo na wyrost. Mieli kilkanaście pałek ułożonych w szafie jak chirurgiczne narzędzia. Tłukli mnie jedną.

Nazajutrz naczelnik był najszczerzej zdumiony moją skargą... Z czasem spotkam w więzieniu wielu skazanych bitych przy nim. Nie zawsze wychodził z pokoju z pierwszym świstem pałki. Natomiast wróciwszy, nigdy nie karcił swych czterech, pięciu zziajanych podwładnych za krew i wybroczyny na zmaltretowanym aresztancie... Aż wreszcie przekonałem się, że w innych komendach jeszcze bardziej bije się przesłuchiwanych. Po latach inteligentny i kulturalny eksnaczelnik, Jan Płócienniczak, już podpułkownik milicji, słusznie zostanie gwiazdorem TV, opowiadającym o bezeceństwach różnych złodziei i morderców schwytanych przez naszych dzielnych stróżów porządku.

Będąc wtedy na komendzie ponad tydzień, zawsze goliłem się w gabinecie. Wracałem do sutereny właściwie na noc. Niestety, w końcu wydałem Andrzeja...

„W trzydziestym dziewiątym roku Polacy strzelali do własnych samolotów, gdyż niemieckie były niedosiężne”.

(Z ówczesnych plotek)

„Przez trzysta czterdzieści lat walki arian z ortodoksami padło z rąk chrześcijan więcej chrześcijan niż męczenników w całej historii prześladowań pogańskich”.

(?)

W nocy przed procesem tych czterech chłopaków nie spałem. Gdzieś grało radio. Usłyszałem, że dochodzi północ. Zerwałem się ze śmierdzącego materaca i zadzwoniłem po strażnika. W gabinecie naczelnik Płócienniczak bez słowa usadził mnie przy swoim biurku i poczęstował winiakiem. Nie wiem, ile trwało, zanim zacząłem dukać. Tłumaczyłem sobie w duchu, że wprawdzie moim donosem skazuję Andrzeja na śmierć, ale nie mogę pozwolić, aby machina sądowa zmiażdżyła czterech niewinnych ludzi. A może nie dokonywałem żadnego rachunku? Czy na mojej szlachetnej decyzji zaważyła zazdrość o Bertę? Strach przed biciem na pewno nie. Minął cały tydzień. Stopa mnie już prawie nie bolała.

– Panie naczelniku, na Annę Wujek napadł Andrzej Wicz ze swoim kolegą Maciejem Banasiem! – oświadczyłem wreszcie po kolejnym kieliszku winiaku. – Do mojego pierwszego zatrzymania tu, na komendzie, nie znałem Banasia. W czasie tych czterdziestu ośmiu godzin on dzwonił do mnie do domu, tylko nie podał memu ojcu swojego nazwiska. Mój telefon dała mu Berta. Kiedy mnie wypuszczono z komendy, znów zadzwonił. Umówiłem się z nim koło domu w barze mlecznym Barbakan. Ponieważ nie znał mnie nawet z widzenia, znajoma Berty musiała mu mnie pokazać. Piłem kefir i jadłem leniwe pierogi. Podszedł. Oświadczył, że niepokoi go przedłużające się aresztowanie Andrzeja. „On jest tylko moim kolegą” – zastrzegł. Wytłumaczyłem Banasiowi, że milicja niesłusznie podejrzewa, jakoby to Andrzej okradł moją cioteczną siostrę. Wypiłem kefir, zjadłem pierogi i rozeszliśmy się. Ja do domu. Co najwyżej domyślałem się, proszę pana, kim on jest...

Naczelnik uścisnął mi dłoń i kazał mnie sprowadzić do sutereny, w półmrok i zaduch.

W tym czasie opalony na brąz Andrzej opuszcza góry i nowo poznaną góralkę, spiesząc do mnie... Kiedy otworzył moje mieszkanie, zbladł. Oddał torbę jednemu z zaczajonych na niego tajniaków i bez słowa dał się zawieźć na komendę (do sutereny naprzeciwko mojej?). Berta też tu siedziała. Banasia złapano następnego dnia i zamknięto gdzie indziej. Tym razem wyjdziemy na wolność za bardzo wiele lat... Rano naczelnik Płócienniczak powiedział mi, że proces tych czterech chłopców został wstrzymany. Z ulgą podpisałem swój donos.

Źle, że po waszym napadzie na Annę Wujek zatelefonowałeś do mnie na zgodę. Po dwóch latach znajomości pierwszy raz pogniewaliśmy się na dobre... Przez kolejny rok, do aresztowania, kiedy tylko wyciągniesz rękę, ja będę ją chwytał... Biegnąc do ciebie po tym telefonie jak szalony, niby przyrzekłem sobie być nieugięty. Gdy wypadłem z ciemnej studni schodów na ulicę, buchnęło we mnie słońce. Zdeptany śnieg odbijał się na rynku ciemnymi i jasnymi plamami. A może to mieniły się twoje słowa? Chyba zacisnąłem oczy i zatkałem uszy. Ale słowa nie przestały brzmieć... Przybiegłeś od strony Fukiera, bez płaszcza, zmieniony na twarzy. Cieszyłem się, że jesteś w zasięgu moich rąk. Radość zmąciła mi treść twoich słów. Nad rzuconym przez kogoś chlebem łopotały gołębie. Słowa jakby też. Każde z nich znaczyło to, co zawsze. Ale wszystkie razem, że jakaś Anna Wujek, zdaje się, nie żyje, że wyrywała się, gdy kneblowaliście ją, ty i jakiś drugi... Mówiłeś urywanie. Przypominałeś mi dziecko, które wręcza tacie zabawkę do zreperowania. O Annie Wujek więcej nie wspomniałeś, ja nie pytałem... Ciekawe, skąd wziąłem godzinę czternastą. Co zeznałem w śledztwie... Bił akurat zegar na rynku? Czy on chodzi? Przez pięć lat mijałem go kilka razy dziennie, a nie wiem.

Ciebie nie zapytam o szczegóły naszego spotkania, w słońcu, na środku rynku. Już nikt nie ustali stopnia lęku w twoich oczach. Podobno zeznałeś, że byłem lodowato spokojny i kazałem ci się opanować. Miałoby to dowodzić mojego cynizmu? Nie wiem, co mówiłem do ciebie i jak. Czy w ogóle. Ale każdy na moim miejscu pocieszałby chłopca, który łyka łzy, bo wstydzi się starszego kolegi – że się rozkleił. Patrzyłem na to. A tragicznie zmarłej Anny Wujek nie znałem. Więc może mój szok na jej straszną śmierć byłby nieco sztuczny? Prócz tego, że szczery. Wreszcie skąd mógłbym wiedzieć, jak należy się zachować wobec zabójcy...

Wtedy, na rynku, chyba trzymałem Andrzeja za rękę. Był mi kimś najbliższym. Ważne jest to, co stoi blisko nas, żyje i oddycha. To ma rację, a nie jakiś umarły człowiek. Że z winy Andrzeja – tego nie wiedziałem na sto procent. Lub nie chciałem wiedzieć. Nie mogłem. Jak tego, ile słońca, a ile cienia było w chwili naszego spotkania...

Zaraz potem Andrzej odszedł w stronę Fukiera. Ja wróciłem do domu, jak nigdy łapiąc się na schodach poręczy. Może i spotkaliśmy się powtórnie tego dnia. Tak. Zaraz przyszedł. Nasze wczorajsze ostateczne zerwanie stało się nieważne wobec tej bezpowrotności, która nas łączyła... Skrucha i przerażenie goszczą w człowieku tylko chwilę.

Jadłeś kanapki, które obłożyłem wędliną, pomidorem i papryką. Czytałeś gazetę. W każdym razie snułeś wzrokiem po szpaltach. Z pewnością czułeś to samo co ja, kiedy lałem herbatę do szklanki i wcale nie drżała mi ręka. Rytuału posiłków, wydalania, oddechów nie jest w stanie zakłócić najstraszniejsza prawda. Zresztą może wydała mi się ona kłamstwem? Przecież byłeś taki jak zawsze. Tylko mocniej niż zwykle garnąłeś się do mnie. Tamto odchodziło tym dalej, im dotykalniej czułem cię, uchwytnego o milimetr bardziej niż wczoraj. I niż jutro?

Zgaszona lampka nocna. Spieszne szukanie się. Goniące się oddechy. To kolejny uspokajający rytuał ludzkości, oprócz tego, że tu zbrodnicza perfidia? W blasku znów zapalonej lampki nie dostrzegłem niczego, co powinno mnie oddalić od ciebie. Dopiero twoje odwrócenie głowy do ściany, przypadkowe strącenie przez ciebie mojej ręki z twojego ramienia i sięgające daleko spojrzenie, którym oczywiście szukałeś Berty, mną już pewnie nasycony – czyniło cię mordercą. Ale moim.

– Wszystko nieważne – szepczesz mi w karetce więziennej, chyba bez żalu do mnie? Z trudem dotknęliśmy się przez gęstą, drucianą siatkę czubkami palców.

– Czasami myślę, że żyłem tylko te nasze trzy lata – odszepnę ci, czując metal przy ustach.

– Ja też...

Jeździliśmy zawsze na sprawę (będziemy jeździć) w dwóch blaszanych przegrodach karetki. Tym razem litościwy milicjant nas z nich wypuścił. Zobaczyłem Andrzeja po półtora roku od ostatniego pobytu w suterenie komendy.

Nasze wspólne trzy lata na wolności trwały dla niego od siedemnastego do dziewiętnastego roku życia; a dla mnie – od trzydziestego szóstego wstecz, byle znaleźć się najbliżej jego młodości. Sprawdziliśmy trwanie naszej znajomości jak godzinę przed odjazdem pociągu. Czasami także zdawało się, że on jakby liczył dni służby wojskowej. Łudziłem się, że tylko okres rekrucki jest mu niemiły, potem przyzwyczai się, polubi mnie. Jeżeli nie zdezerteruje, przyrzekłem mu wspólny wyjazd za granicę. Ale wiedziałem, że osób karanych nie puszczają. Poza tym on skrycie marzył, aby to z Bertą, a nie ze mną, przekroczyć próg naszego socjalistycznego czyśćca i kapitalistycznej ziemi obiecanej... Oczywistość złego wpływu – mnie, średnio młodego mężczyzny, na niego, nastolatka – jest teraz dla sądu podstawą oceny moich win. Rozumiem, że muszą być one oczywiste i dla większości postronnych. Rzeczywiście, spędziłem wspólnie z Andrzejem tysiące godzin: w hotelach, zadymionych kawiarniach, w domu przy czerwonym winie. W końcu lampka nocna gasła na krótko... On rzucał się na tapczan z koleżeńską zachętą. Czekałem cierpliwie na ten jego gest, aż kiedyś żachnął się:

– W życiu trzeba brać samemu, jeśli ma się na coś ochotę...

Andrzej uznawał minimum trzy butelki na głowę. Niechętnie wracałem do pełnych kieliszków, ze złością mrużyłem oczy przed światłem, którym mój młody przyjaciel rozpędzał nielubianą przez niego ciemność „po wszystkim”. Plotłem o swoich znajomych, o osobach znanych mi ze słyszenia, wtrącając coś o dopuszczalności odchyleń erotycznych. Andrzej najwyżej coś czasem bąknął o otwieraniu zamków wytrychem. Ciekawiła go tylko zamożność wspominanych przeze mnie osób. Właściwie w niczym się nie zgadzaliśmy. Czy współżycie z człowiekiem najdalszym duchowo, a bardzo bliskim cieleśnie, jest rzeczywiście twórcze? Podobno długo tłumione słowa rodzą myśli, które, wreszcie wyrażone, czasami poruszają ludzkość.

Rozdział trzeci

Nasz wspólny początek był taki: szedłem przez staromiejski rynek do domu. Chyba świeciło słońce, bo pamiętam, że tamtemu ponuremu chłopakowi złociły się wyjątkowo długie rzęsy. Stał w źle uszytych spodniach na zakurzonym chodniku obok Marka, którego znałem... Niebieskość tęczówek ponurego chłopca była aż nienormalna przy jego dziecięco czystych białkach! Ledwie dał się zaprosić wraz z chętnym Markiem na górę. W mym mieszkaniu Andrzej opuścił oczy ze znudzoną miną.

– Pomyślałem, że całe to twoje bogactwo nie wzięło się z uczciwej pracy – powie mi sporo później.

Na pierwszej wizycie zerkał na wiercącego się za stołem Marka i ściskał misternie rżnięte szkło kielicha w swojej dużej pięści. Podobno chciał wówczas zaraz wyjść z mojego niezwykłego domu. Czyżby rzeczywiście po chwili urzekł go gospodarz?

Wznosząc wreszcie toast, złączyliśmy pierwsze ogniwa łańcucha naszej przyjaźni. Ostatnim będą kajdanki... Po uściśnięciu mojej dłoni zesztywniał. Wszystko szło w odwrotnym kierunku niż do łóżka, gdzie będzie wkrótce narzekał, że jestem gorący jak piecyk. Po słowach „Andrzej” – „Kuba” cofnęliśmy się od siebie. Chłopcy nie całują się przy bruderszafcie. Poza tym była ich koleżanka, hostessa z lotniska, którą Andrzej ściągnął telefonicznie, bojąc się moich propozycji? W przyszłości nie przyzna się do tego, a przecież aż upuścił biedermeierowski pucharek... Bąknąłem lekceważąco: „na szczęście”, ale byłem wściekły. Ten piękny okaz upolowałem u Marii w salonie z antykami. Andrzej zapytał o wiek szkła. Ze stu lat zrobiłem pięćdziesiąt... Gdyby wtedy mój cały dom, pełen kosztownych staroci, zajął się od zapałki, którą przypalał mi papierosa, wstając jak dżentelmen, też powiedziałbym: „nieważne”.

Marek tańczył z hostessą, ty notowałeś angielskie zwroty potrzebne ci przy skupowaniu dewiz od cudzoziemców. Zamiast skarcić cię, że to jest karane, podawałem te najwytworniejsze. Potem rzucałeś na rynku przez zęby suche: „Change?”. Ale na razie słuchałeś mojego wykładu z pokerową miną. Twoją dewizą było: nikomu nie wierzyć. Słusznie...

Na szczęście Marek z hostessą usunęli się w tańcu do pokoju obok. Opowiedziałem ci o pewnej londyńskiej kawiarni, odwiedzanej przez zwiędłe damy szukające jurnych chłopaków. Siadywały tam lśniące od brylantów, każda z niepalącym się papierosem w ustach. Chłopcy z zapalniczkami w ręku defilowali między stolikami...

– Nie mógłbyś się opędzić.

– Wolę pić z koleżkami – mruczałeś. – Och, Kuba! – wyrwie ci się z czasem. – Chciałem cię wtedy okraść. Złodziej musi być miły. „Miasto” najbardziej szanuje złodziei. Ja już wszystko zaliczyłem. Prócz mokrej roboty...

Przyglądałem ci się spod oka.

– Marek z hostessą już poszli? Ty, Andrzej, też musisz? Szkoda...

– Kiedy mam zadzwonić? – spytałeś w drzwiach po wojskowemu.

– Jak najszybciej.

– Mogę jutro rano z domu.

– Koniecznie. – Zamknąłem drzwi, także na łańcuch. Za oknami w Wiśle odbijał się księżyc.

– Chciałem cię wtedy, Kuba, okraść. Fakt. Ale coś mnie wstrzymywało... Pamiętasz, jak parę dni po naszym poznaniu opijaliśmy mój dyplom hydraulika? Wyszliśmy od ciebie na rynek kupić czarne jagody. Reszta z tysiąca złotych sterczała ci z kieszeni. Ale niczego nie wyciągnąłem. Byłeś dla mnie taki dobry. Jakbyś miał mnie oszukać... Przecież nie można być dobrym po nic, prawda, Kuba...

Zginęło mi wtedy pięćset złotych. Dziwnie nie podejrzewałem Marka. Te pieniądze mógł wziąć tylko Andrzej? Lojalność wobec mnie obowiązywała go później. W te dwudziestoczterogodzinne wakacje na mojej dwupoziomowej mansardzie znieśliśmy wreszcie pijanego dyplomanta hydrauliki na dół... Nim Robaczek wrócił na górę do Marka, syknął mi w ucho, że Andrzej to wyrafinowany oszust.

Rzucony na łoże empire hydraulik odwrócił się do ściany. Położyłem się obok niego, ale bałem się, że jeśli go dotknę, pęknie mu serce lub da mi w mordę. Zasnęliśmy na odległość mego wyciągniętego z podłogi ramienia. Hydraulik odkrył się...

O swoim rodowodzie Andrzej dowiedział się od babci: jego pradziadek, sztabskapitan armii carskiej, uwiódł w Warszawie polską kucharkę. Dzieckiem był dziadek Andrzeja. Skrzywiłem się i zrobiłem sztabskapitana generałem, kucharkę zubożałą szlachcianką, a Andrzeja – kniaziem. Gdy któregoś wieczoru zgasiliśmy światło, ja – giermek – rzuciłem się na swego nagiego władcę! Z jakiegoś przesądu zostawił na sobie skarpetki. W końcu pozwolił mi je zdjąć. Z czasem żądał czegoś więcej... Tylko zwykle lał przedtem w gardło wino z butelki. Ja krztusiłem się...

– Pijesz ze mną, Kuba, żebym był łatwiejszy w łóżku...

Po paru tygodniach naszego salonowego romansu Andrzej wpadł do mnie w nocy. Zionął wódką i klął na milicjantów. Złapali go z puszką ogórków, które ukradł w sklepie.

– Teraz już nie będziesz mnie chciał...

Nie odpowiedziałem. Tego dnia obchodził swe siedemnaste urodziny. Tłumaczył mi nieskładnie, że to Pryszczyk wcisnął mu w rękę tę puszkę. Sam by jej nie wziął, przecież już znał mnie... Andrzej wybiegł ze sklepu. Niestety, pomylił bramy. Przypadkowi milicjanci dopadli go na ślepym podwórku, zabrali na komendę, spisali i puścili.

Leżeliśmy na poddaszu wysłanym perskimi dywanami. Mój ulubiony brudny materac nakryłem trochę czystszym kocem. Rokokową lampkę z amorem zasłoniłem gazetą.

– Dlaczego uciekałeś?

– Odruch. Kiedyś gliny tak mnie zbiły, że krew leciała mi z uszu. Ubliżałem im, żeby prędzej stracić przytomność...

Dotknąłem jego brązowych szram... Dużo później przyzna mi się, że brały go mdłości od zjełczałego zapachu materaca. Pamiętam, jak przeciągał się leniwie. Ponoć głowę uciskał mu dach, spadzisty w tej części stryszku... Nie oburzała mnie kradzież puszki ogórków. O swoim włamaniu sprzed lat do Starowieyskich von Biberstein, dokonanym ze Stellą, najprawdopodobniej zapomniałem, skoro czułem się jak życzliwy Andrzejowi Bóg albo święty.

– Herbatniki ukradłem, kiedy chodziłem do czwartej klasy, złapała mnie sklepowa – spowiadał się z żarliwością świeżo nawróconego. – Ale na „dolince” nigdy nie przypaliłem. Ręce mam szerokie, a zobaczyłbyś, jak odpinam gościowi zegarek z ręki albo wyjmuję portfel z kieszeni. Najłatwiejszy klient w lokalu, przy barze, a nieraz brakło nam na kieliszek. Kazałem panience czekać. Skakałem w biegu do tramwaju, za kwadrans wracałem, szliśmy pić...

– Ja w twoim wieku rozebrałem pomieszczenie do lodu w zapolskim parku – wyznałem mu swój największy rzekomo grzech, bo późniejszy rabunek renesansowych zegarów Franka Starowieyskiego dziwnie uszedł mi z pamięci...

– Potem waliłem włamania do piwnic! – Bił się w piersi. – Aż mnie Marek przypucował. Ja nigdy bym nie sprzedał wspólnika. Wlepili mi kuratora. Za napad na krawca dali mi dom poprawczy w zawieszeniu. Pierwszy raz wtedy siedziałem na dorosłej ławie oskarżonych, piętro wyżej niż my teraz. Ech, Kuba! Wolałbym dostać parę lat więcej, aby cię dziś nie sądzili. Po co przybiłeś mi to morderstwo? Nasze włamania wziąłbym na siebie... – szepcze mi na tym samym brudnym materacu? w karetce więziennej? w moim czyżby obolałym sumieniu?

Milicjant z eskorty sądowej pyta, co mi jest. Odpowiadam, że nic. Wstydzę się przed Andrzejem swego poniżenia. Śmiesznie być Bogiem we własnoręcznie zburzonej świątyni.

„W warszawskim przedszkolu wychowawczynię bolała głowa, więc zakleiła dziecku buzię plastrem, żeby nie płakało”.

(Skądś)

Zrozumiałem od razu, że Andrzej nie może pracować jako hydraulik. O tym, że chce być złodziejem, powiedział mi w półświetle lampki z amorem, przysłoniętej gazetą. Spowiadał mi się z ufnością, bo nie potępiałem jego przestępstw. Nocna ucieczka Andrzeja z obrabowanej szkoły, na kradzionym motorze, ze wspólnikiem – Zbyszkiem, ich upadek do rowu i bieg pieszo kartofliskiem, gdy milicja gnała samochodami naokoło – to wszystko było jak z powieści. Serdecznie bolały mnie jego zbite łokcie, napięte nerwy, rana od siodełka motoru.

Zgasiłem lampkę i gładziłem wypukłą rysę na jego ciele, zmartwiony, że niewiele było do wzięcia w tej szkole. Moje słowa oburzenia brzmiały coraz fałszywiej. On coraz natarczywiej mówił o swoim wspólniku, skazanym później za jakieś „własne” morderstwo. Gdy kradli razem, Zbyszek miał dwadzieścia sześć lat. Do tylu właśnie ja przyznawałem się Andrzejowi... Belki poddasza lecą ukośnie w górę. Nie czuję też, że materac i koc cuchną...

– Pomogłem Zbyszkowi uciec... Najpierw pojechałem pod więzienie, stanąłem w lasku i pisałem mu na gablach, to znaczy na rękach. Pola chyba z kilometr. On het za kratą. Dla lepszej widoczności owinąłem ręce papierem toaletowym. Strażnicy więzienni nie dogonili mnie, a Zbyszek przeczytał, że podam mu kluczyk do kajdanek w czasie jego transportu pociągiem. Dobry wspólnik to więcej niż matka i ojciec. Dziewczyny się nie liczą... Kuba, jedni latami studiują, pracują, tracą darmo wzrok, zęby, a ja chcę od razu wszystko najelegantsze. Dlatego kradłem i będę kradł!

Nie zaoponowałem. Ale przeszło mi kretyńsko przez myśl, czy on jest godny mnie, człowieka uczciwego...

W te swoje siedemnaste urodziny Andrzej pierwszy raz się ogolił. Potem mydliłem go całego i spłukiwałem gąbką. W wannie nie był wyższy o te swoje szesnaście irytujących centymetrów. Dziesięć lat, które sobie ująłem, nikły w okrągłym lustrze zaparowanym także naszymi oddechami. Posłusznie przybierał miny, jakie lubiłem, i nie krył za nie ceny. Czy było nią moje przystąpienie do złodziejskiej spółki? Jeszcze nie padło o tym ani jedno słowo, w zasadzie nigdy... Ciągle byłem jego bezgrzesznym spowiednikiem.

Kiedyś przed restauracją Złota Kaczka nie chciał okazać milicjantom dowodu osobistego. Wzięty na komendę, ubliżał im, by popisać się przed jakąś Anitą. Puszczono mu gaz w oczy i rozłączono ich. Jednak miał skłonność do prostytutek! Po całym incydencie o mało mu nie powiedziałem: „Znajdź sobie uczciwą dziewczynę...”. Na szczęście zadzwonił do mnie Pryszczyk, oglądający z daleka to wyszarpywanie dowodu osobistego.

Utykając na fatalnie zwichniętej przy wyjściu z domu nodze, pobiegłem na komendę. Zmusiłem do interwencji Robaczka. „Oboje wywieziono do sądów” – oświadczył Robaczkowi tutejszy naczelnik. Potwornie spieszyłem się, żeby zdążyć, nim Andrzeja osądzą! Groził mu tryb natychmiastowy. Spocony Robaczek wlókł się hen za mną...

Gdyby teraz otworzyć drzwi tej zatłoczonej sali, byłby to korytarz za zakrętem. Ledwie stałem na zdrowej nodze. Adwokat, wzięty cudem od ręki, uzyskał wypuszczenie Andrzeja i zwykły tryb sądowy. Anitę, która tylko wymyślała milicjantom za użycie gazu, zamknięto na trzy miesiące.

– Dostałbyś pół roku, jak nic – krzyczałem po swojej bojowej akcji, uprawniony do tego pękniętą kostką lewego śródstopia. Słuchał mnie jeszcze Pryszczyk i rodziny delikwentów sądzonych z „bomby”.

Andrzej prawie zaniósł mnie na pogotowie, gdzie lekarz założył mi gips. W drodze powrotnej publicznie obejmowałem Andrzeja za szyję... Przeleżałem w domu dwa miesiące. Sprawca pękniętej kostki codziennie przychodził, siadał przy moim łóżku, kładł się... Gips kruszał mi pod kolanem, miękł, brudził się mimo skarpetki, aż wyszła z niego chuda, sina, ale zdrowa noga. Schodząc znów po schodach – oparty na ramieniu Andrzeja – byłem dumny, że go oswoiłem.

Od kiedy zacząłem mu płacić obietnicami? Niedotrzymane – ciągnęły gdzieś w dół. Dotrzymane – pogrążały. Pełen nowych apetytów zaciągałem nowe długi. Rzucałem obietnice garściami, bez zamiaru ich realizacji. Andrzej słusznie liczył lichwiarski procent. Dodawał. Zachwycała mnie otwartość naszego handlu. Ci zza trybunału nie są w stanie tego pojąć... Czyżby Andrzej uśmiechnął się? Skąd wie, że wybaczenie jest karą? Boże! Gdyby można na tej ławie oskarżonych spić się w trupa... Prócz przejmującego chyba wstydu ciśnie mnie but, w nosie świszczy katar. Przysięgam sobie poświęcić się kiedyś ludziom nieszczęśliwym. Ale czy ich rozpoznam?

– Panie Nasierowski! Może szklaneczkę herbatki? – Mimo chleba w uszach głos jest przeraźliwie czytelny.

– Dziękuję.

– Kawusi?

– Też nie.

– Wiem, czego by się pan napił, panie Nasierowski...

– Mleka.

– Pani prokurator postara się wam o coś...

Między łzami bezsilnej złości zobaczyłem woźnego sądowego. A na tle okna milicyjne spodnie i nogi Andrzeja.

Rozdział czwarty

– Wolności albo pojebać! – Szarpie za kraty więzień w mojej celi.

– Nawijaj, koleżko, o swojej pierwszej w życiu kurwie – rozmarza się inny...

– Zaciągnęliśmy ją do piwnicy. Czternaście lat miała. My po tyle samo. Brandzlowała nas obu, niestety, w rękawiczkach. I uprzedziła, że jak nie zdążymy do dwudziestu, to trudno. Liczy niczym oparzona, a kapucyna ledwie trzepie, więc huknąłem ją w łeb. Zlałem się przy osiemnastu, koleżka nie zdążył...

Moich współwięźniów ogarnia liryczna zaduma. „Cóż za obrzydliwość!” – myślę sobie.

Mój pierwszy zagrany w życiu film to Diabeł kulawy, na wąskiej taśmie, zrobiony przez Krzysztofa Zanussiego, jeszcze amatora. Po latach słynny reżyser był u mnie na paru wytwornych przyjęciach. Na jednym demonstrowałem Andrzejowi – oficjalnie memu przyrodniemu bratu – stołeczną elitę artystyczną. Robaczka od lat przedstawiałem światu jako kolegę. Kurczowo uśmiechnięty krążył wśród naszych wspólnych przyjaciół. To swoje podwójne? potrójne? życie zasłaniałem jakby chustką do nosa, nie wiedząc, że za mymi plecami wszyscy kręcą głową.

Raz, na takim przyjęciu u mnie, Andrzej wyrwał podpitemu Danielowi Olbrychskiemu obraz Juliusza Kossaka, który gwiazdor zdjął ze ściany, oczywiście, dla żartu. Mój młody „brat” ogarniał tłum gości trzeźwym okiem, jakby któraś z tych nieposzlakowanych osób zamierzała coś ukraść jego wspólnikowi. W rozmowie prowadzonej za chwilę na poddaszu, świeżo zaadaptowanym przez nas na barek, zażartowałem do Zanussiego, że moi stolarze lubili fusy po kawie.

– Ja też lubię – szepnął ten przewrotnie.

– I ja... – mrugnął Andrzej do zdetonowanego tą komitywą reżysera...

Ciebie, Mario, nie zapraszałem na przyjęcia. Mój „brat” wydałby ci się prymitywny.

Owi stolarze robili mi potem nową sypialnię na górnym strychu.

– Jeżeli konieczne jedno łóżko, to przynajmniej bardzo szerokie...

Andrzej wczoraj bez nadziei w głosie wspomniał jeszcze o dwóch kołdrach. Cel mojej inwestycji był dokładnie odwrotny. Została w dachu framuga bez szyb, szarpana wiatrem...

Po naszym poznaniu się Andrzej przysłał mi kartkę znad morza, a za parę dni uśmiechnął się przed moim progiem jak czekoladka pachnąca wodorostami. Trzymał dwie piżamy made in Hongkong do sprzedania. Nie targowałem się... Z czasem narzekał, że stałem się skąpy. Szczególnie gdy oszukiwał w tysiąca. Aż pomyślałem, że mądry dworzanin przegrywa z królem...

– Ja miałem pierwszą kurwę chorą na padaczkę – snuje inny współwięzień. – Zamiast dać wariatce klucz do trzymania my ją do altanki i jej po chuju w każdą łapę. „Ściskaj!” – wrzeszczymy... A ona cała w drgawkach. Poskarżyła się matce. Ale lekarz sądowy stwierdził, że jest dalej dziewicą!

Moje obrzydzenie więdnie... Niemal czuję policzkiem spoconą skórę Andrzeja, a na plecach ciepło pokratkowane przez szczeble innej altany...

Swój pierwszy polski samochód kupiłem właściwie dla niego. Podczas próbnej jazdy Andrzej uderzył w słup elektryczny, miażdżąc zderzak i kufer.

– Tak głupio krzyknąłeś – oburzył się, gdy staliśmy otoczeni przez podmiejskich wyrostków. – Masz słabe nerwy, Kuba! Kontrolowałem poślizg.

Nie sprzeczałem się. Może przekonam Robaczka, że sam prowadziłem... Widmo holowania wraku i remontu odłożyłem w myślach. Cieszyłem się, że Andrzej zostanie u mnie na noc, żeby mnie przepraszać... Skąd, Mario, on ma tę idiotyczną wiarę, że słupy czy ludzie ustąpią mu z drogi?

– Kuba, przespać się można nawet z dozorcą. – Maria odgięła szyję i wyprostowała plecy. – Ale prosić kogoś takiego do stołu? – Odłożyła ze złością druty.

Nabrałem powietrza.

– Moja prababka, Trębicka, choć jedynie szlachcianka, była żoną Marcina Radziwiłła, ordynata kleckiego, który z nią przecież dzielił i sypialnię, i stół.

– Masz rację. Fatalnie jest nie mieć co palić po zamknięciu kiosków! – Machnęła ręką Maria.

– Ja pierwszą kurwę miałem sześćdziesięcioletnią – mówi kolejny więzień. – Taką spod dworca, co daje za paczkę giewontów. Postanowiłem wreszcie wylizać psiochę. Nogę sobie obtarłem, bo żeśmy szli aż na Wał Miedzeszyński. Wetknąłem jej w psiochę palec, a tu beczka śledzi. Z dupy wiszą strąki. Brodę sobie podrapałem. Mało kurwie nie wcisnąłem „różyczki” między nogi, ale nie zmacałem kamienia, żeby stłuc butelkę.

Czasem zbaczaliśmy z Andrzejem w to ustronne miejsce przy Wale. Kumkały żaby. Wilgotne, jasnozielone... Co by na nasze karesy ci tutaj?...

– Jesteś taki piękny, Kubusiu... – Maria błyskała drutami i lakierem paznokci. – Ta suknia będzie za krótka. Spruję ją... Ciągle staram się modnie ubierać, ale pewnego ranka obudzę się w drugiej połowie życia. Przestanę farbować włosy, co mam kolorowego, oddam przyjaciółkom. Zostawię wszystko szare. Zobaczysz... Dziś jeszcze umaluję oczy i pójdę na wernisaż. Potem do ambasady, na koktajl...

Piękność Andrzeja zbrzydła mi dopiero tu, za kratkami, Mario. Także jego zachwycająca „inność” okazała się tutaj zwykłą bezmyślnością, chamstwem i brakiem moralności – wierną kopią tysięcy takich ludzi. Milionów? Miliardów?

– Pierwszy połyk zrobiłem, bo wszyscy pod celą robili... – opowiadał mi pewien dwudziestolatek na twardym łożu, gdzie się znalazłem, Mario, za krzywe słanie tego miękkiego.

Szesnaście rozciętych żołądków, kupa wyjętego żelastwa. Cóż dziwić się lekarzom więziennym, pielęgniarkom czy strażnikom, że są obojętni na ludzkie cierpienie...

Piętro nad nami małolaci, uwieszeni krat, nieustannie wrzeszczeli, puszczając do sąsiadów grypsy na tak zwanej chabecie.

– Oddziałowy, chuj ci w dupę do połowy – wydarli się chórem, gdy strażnik pogroził im z dołu.

– Czekajcie, kurwy, ja was urządzę – odkrzyknął.

Akurat moczyli chleb na wino. Rzucili mu go na głowę! Latał po celach, pytał, którzy to. Zemści się...

Więźniowie, co nagminnie łamali prawo za murem, tu są chorobliwie wrażliwi na każdą niesprawiedliwość strażników, naczelników czy lekarzy. Mój kolejny współlokator połknął żelazny uchwyt od kubła, bo został ukarany twardym łożem za wcześniejszą próbę powieszenia się, czym znów manifestował złe leczenie trądziku. Szwy na zoperowanym brzuchu, pozostawione mu, według niego, złośliwie, rozciął moim pudełkiem od kremu Nivea, klnąc przy okazji na rząd i Partię. Za chwilę pielęgniarka przyszła mu zdjąć te szwy. Może wyzwiska czy połyk dały ulgę, skoro pijawki odpadają dopiero pod własnym ciężarem, a narody wzburzone falą panoszącej się cywilizacji koi dopiero wojna... Ci tutaj spuszczają sobie krew z żyły do garnuszka, piją, po czym niby nią wymiotują.

– Z Pałacu do szpitala, głupie kurwy, wiozły mnie cały czas na sygnale... – chwalił się na twardym ów dwudziestolatek...

Wszyscy należący do tak zwanego Drugiego Życia stosują w więzieniu własny kodeks nakazujący ostrzegać: „Nie szamać – sra się”, lub: „Nie srać, bo się szamie”... Inaczej grozi śmiertelna obraza obecnych przy tym członków Drugiego Życia, czyli Ludzi. Taką samą obelgą są na przykład słowa: „ładny”, „mały”, „załatwić”. Mówi się: „przystojny”, „mikry”, „obłatwić”. Najstraszliwiej Drugie Życie karze tego, który „przypucował” wspólnika do sprawy, czyli doniósł władzom o jego faktycznych przestępstwach...

– Obiecaj mi coś... – Pamiętam, jak Maria rzuciła płachtę wełny na stół, aż kłębek potoczył się z kręgu lampy pod łóżko. – Gdybym dostała kiedyś paraliżu, dasz mi proszki nasenne. Ze trzydzieści. Przyrzeknij, że to zrobisz, bo i głos może mi wtedy odjąć...

Wpatrzyłem się w różnokolorowe zaploty.

– Wiesz – powiedziałem jej? czy tylko bardzo chciałem powiedzieć? – okropnie mnie zabolało, kiedy Andrzej raz oznajmił mi, że najpiękniejsze chwile swego życia spędził w Świnoujściu. Beze mnie. Mimo tylu naszych wspólnych wyjazdów, dwóch włamań, setek nieetycznych zwierzeń przy winie. Chociaż kąpał się ze mną w jednej wannie, zasypiał w jednym łóżku, wybrał jako najpiękniejsze dziesięć dni nad morzem z głupawym Pryszczykiem.

Włamywali się do szwedzkich wozów. Andrzej odparowywał uśmiechem naiwne spojrzenia przechodzących Szwedów, Pryszczyk umierał w strachliwym zachwycie. Potem słodki ciężar walizek, ich nieznana zawartość, sprawdzona dopiero w pokoju wynajętym bez zameldowania. Po pracy zasłużone kurczaki z czerwonym winem, moje gusty smakowe, które Andrzej demonstrował Pryszczykowi ze swym nieosiągalnym dla mnie tupetem.

To w Świnoujściu komuś trzymającemu w ręku płaszcz ze skóry Andrzej podłożył podobny płaszcz ze skaju, także kradziony. Zwymyślałem go za to...

A co ja, mojej złodziejskiej nocy u Franka i Ewy Starowieyskich? Kwiaty z cennego wazonu przełożyłem. Nalałem im wody. Za dnia szczerze się dziwiąc wraz z Frankiem elegancji tajemniczego złodzieja...

– Przez ciebie w końcu oduczę się kraść – żachnął się Andrzej na brudnym materacu.

Tolerował mnie dopiero wtedy, gdy zgodziłem się, byśmy sięgnęli po cudze złoto, które było dla niego i tak mniej warte niż łachy zdobyte na Szwedach, z Pryszczykiem, w te piękne dni beze mnie. Wspomniał je z uśmiechem, jaki zobaczył u mnie śledczy, kiedy pokazał mi fotografię Andrzeja...

– Gdyby pana teraz widział Robaczek... Jest właśnie przesłuchiwany w sąsiednim pokoju. Z zazdrości mówi się więcej...

Nic nie odpowiedziałem. A zdawało mi się, że już cię nie lubię, Andrzej. Moja czułość do ciebie powinna być dla śledczego zabawna, skoro wydałem cię władzom jako zabójcę...

„W Stanach Zjednoczonych ginie rocznie w wypadkach drogowych więcej ludzi, niż poległo na wojnie w Wietnamie”.

(Skądś)

Rozdział piąty

Swoje najpiękniejsze chwile przeżyłem też bez ciebie – na moście, w 1947 roku, w zrujnowanej Warszawie.

Skrzypiał wówczas śnieg. Dookoła – mrok i pustka. Maszerujemy z Sielebrennikowem, bo komunikacji miejskiej jeszcze nie wznowiono. Ludzie pewnie teraz kładą sianko pod obrusy wigilijne. My nożycami od kwiatów tniemy siatkę ogrodzenia zoo...

Sielebrennikow był moim platonicznym ideałem. Gdy przyszedł do klasy w środku roku, nikt poza mną nie chciał z nim siedzieć. Był Żydem i pachniał cebulą. Dawał mi ściągać łacinę na klasówkach.

Kiedy zaczął wagarować, odwiedziłem go w ciemnym mieszkaniu na parterze... Właśnie studiował sanskryt! Po pumpach z przydziałowej jodełki wędrował mu biały szczur. Matka Sielebrennikowa leczyła w szpitalu, ojciec prowadził księgarnię radziecką.

Natychmiast kupiłem za całe oszczędności stado białych myszek. Jednak nasza gosposia odeszła nie dlatego. Każdego ranka przyjmowała komunię świętą, zaś ja – przed pójściem do szkoły – zawsze cmokałem ją znienacka. Była stara, ale miała różowe i gładkie policzki. Zbrudzona przeze mnie grzechem, musiała od nowa iść do spowiedzi. Nazywała Sielebrennikowa moim złym duchem. Mama też nie była rada z jego wizyt.

Twoją mamę, Andrzej, zachwyciły moje olśniewające fotosy. Po mojej pierwszej bytności u ciebie z trudem przekonałeś ją, że i w życiu wyglądam „ładnie”. Przedtem mówiłeś wyłącznie „przystojnie”. Aż zrozumiałeś, że żargon Drugiego Życia to bzdura... Niestety, filmy, w których rzeczywiście błyszczałem malowaną urodą, dawno zeszły z ekranów. Byłem dla ciebie wspaniały jako wspólnik przyszłych przestępstw. W twoje siedemnaste urodziny, na brudnym materacu, długo zbywałem ten temat obiecującym milczeniem, choć z gazety – przesłaniającej lampę z amorem – szedł już swąd.

Moje faktyczne trzydzieści osiem lat przyjąłeś ze zdumieniem, ale przed swoją mamą i bratem dalej kłamałeś, że mam dwadzieścia osiem. Pryszczykowi czy Markowi chwaliłeś się, że jestem twoim „ojcem chrzestnym” – by uśpić ich domysły?

Sielebrennikow, według mnie, był prawdziwym geniuszem!

– Mieliśmy, proszę państwa, schować się w ładowni statku, płynącego do Południowej Ameryki – kłamałem potem przez całe lata na różnych imieninach. – Niestety, mama nie puściła mnie owego dnia do kina!

– Było ono oczywiście pretekstem, żeby wyjść z domu. Sielebrennikow długo czekał na peronie. Wsiadł dopiero z machaniem chorągiewki. W Gdyni zakradł się na statek. Ostatnio pisał do mnie z Brazylii, że łowi w dżungli węże dla wytwórni szczepionek! – bujałem kolegom w teatrze, potem w więzieniu.

Jedyna pocztówka z pozdrowieniami od Sielebrennikowa była z Ostrołęki, gdzie pracował jako urzędnik...

Podobno tylko męska przyjaźń ma sens. Zawsze narzekałeś, jaka ta Berta głupia... A ja, jaki rozkojarzony i niezaradny? Ale na sali sądowej ożył lansowany przez ciebie mit „ojca chrzestnego”...

Nie zapomnę, jak poznałem Bertę. Był 22 lutego 1971. Kiedy wróciłem w nocy do domu, w holu leżał biustonosz, pończochy... Przez stłuczoną szybę lewego poddasza wiało śniegiem. Mogłeś spaść. Dach był stromy, oblodzony, piąte piętro... Przysięgam, niechcący dałem ci zły klucz. A przyszedłem za wcześnie, bo popsuł mi się zegarek. Ciekawe, czy skoczyłbym za tobą?

Przywitałem się z Bertą uprzejmie. Następnego dnia stwierdziłeś, że Berta to nie to... Wspomniałeś raz, że jakiś „dobry” złodziej o wyglądzie kretyna daremnie chciał być twoim wspólnikiem... Ja ponoć uderzałem wszystkich inteligencją... Sielebrennikow studiował okultyzm. Przykładał dłonie do twarzy i zapadał w dziwny sen, coś w rodzaju śmierci z powrotnym biletem. Nie wbijałem mu wtedy gwoździ w ciało, jak kazał. Wierzyłem... Mnie ramię przebite szpilką w trakcie takiego snu wcale nie bolało. Zapadałem w zupełną nicość, nawet bez myśli o jutrzejszej klasówce z fizyki.