Zaraz będzie po wszystkim - Grzegorz Uzdański - ebook

26 osób właśnie czyta

Opis

Jadzia jest osiemdziesięcioletnią pensjonariuszką domu opieki. W miejscu, w którym rytm strzępków życia wyznaczają jedynie posiłki, obchody personelu, wizyty nielicznych już przyjaciół i krewnych oraz oglądanie seriali, nie ma zbyt wielu rozrywek oprócz myślenia. A temu Jadzia oddaje się z całą zawziętością. Swoje losy – przedstawione niechronologicznie – narratorka odsłania przed nami za sprawą retrospekcji. Bohaterka relacjonuje strzępki swojego dzieciństwa przypadającego na drugą wojną światową, dorastania, dawnych, niespełnionych miłości, życia codziennego, pracy w redakcji, wychowania córki i wreszcie trudnych relacji z mężem. W historię Jadzi wplecione są dwie inne opowieści: młodego sanitariusza Tomka i czterdziestoletniej pielęgniarki Agaty. Zaraz będzie po wszystkim to delikatna, kameralna i świetnie napisana nieduża opowieść o samotności na wielu poziomach, opowiadająca o najciemniejszych zakamarkach ludzkich dusz. Stworzony przez autora słodko-gorzki portret pensjonariuszy i pracowników domu starców jest przejmujący, dojmująco smutny, złośliwy, ale i miejscami ironicznie zabawny.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 202

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Grzegorz Uzdański

ZARAZ BĘDZIE PO WSZYSTKIM

Copyright © by Grzegorz Uzdański, MMXIX

Wydanie I

Warszawa MMXIX

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Jadwiga

Jadziu, pobudka.

– Wstajemy.

– Jadziu, wstajemy.

– Nie chcesz na śniadanie? Wstajemy.

Czekaj, uważaj. Nie tak ostro, siostro. Au. Co za idiotka. Nie umie tak pomóc wstać, żeby nie zabolało. Nie chcę. Obóz koncentracyjny, nikogo nie obchodzi, że przez całą noc nie spałam, bo ta wariatka najpierw pięć godzin jęczała, a potem zaczęła się drzeć, po prostu Tworki, jak można żyć w takich warunkach, niech mnie przeniosą do innego pokoju. Nie chcę tutaj. Nie ma miejsca, nie ma miejsca. Srata-tata. Jakby ten babsztyl chciał, toby załatwił. Ale jej się nie chce, nie lubi mnie, bo jej prawdę mówię, jak się mi coś nie podoba. Wszystko przez to, że wtedy nie patrzyłam. Dlaczego nie patrzyłam. Wszystko przez to. Dopiero nad ranem zasnęłam, a teraz oczywiście budzą.

Jak tylko się obudzę, zaraz czuję ten cewnik. Ohyda. Robią się od tego infekcje. Założyły mi, a ja nie jestem żadną z tych wariatek i się nie moczę jak one. Ale się jaśnie paniom nie chciało basenu podawać. Za duży wysiłek. I nawet nie pytały, tylko wsadziły mi to świństwo, kiedy byłam chora i nie mogłam powiedzieć „nie”. Jeszcze ten Lew cały mówił, że tak zdrowiej i wygodniej. Zdrowiej to ja już nie wiem, jaka to bzdura, a wygodniej owszem, tylko dla nich.

– Możesz mi ten worek wymienić? Nie widzisz, że pełny? Czekasz, żeby pękł?

– Już, zaraz, spokojnie.

– Co, Jadzia, dzisiaj taka nerwowa znowu jesteś.

– Bo pół nocy nie spałam, przez tę wariatkę całą.

(Co było we śnie, który ci ucieka? Chyba Michał? I co on robił, chyba w jakimś kasku, nie, czapce, ale co, zaraz, już sobie nie przypomnisz, bo przyszły i cię budzą, i myślisz o tym, że cię budzą. One cię ciągną w górę, a sen ucieka w dół).

– Nie chcesz na śniadanie? Trzeba iść na śniadanie.

– Iść tobym może poszła.

Idiotki. Iść. Może pobiec jeszcze. Jakby jedna z drugą też musiała na wózku, toby inaczej śpiewała. Młode toto, zdrowe i nie rozumie. Czy one umieją na wózek przesadzić w ogóle.

– No, na trzy-cztery, tak?

Upuszczą mnie, upadnę.

– Trzy-czteeery!

Zaraz mnie upuści.

– Au.

– Spokojnie, nie krzycz.

Upuści mnie.

– No to zaraz jedziemy.

– Nie ubieracie mnie?

– Dzisiaj środa, wasza kolej na mycie.

O Boże. Jeszcze tego brakowało. To już cały dzień z głowy.

Teraz zmieniają wariatce pieluchę. Ale smród. I z tych cewników wylewanych. A taka zawsze byłam wrażliwa na zapachy. Michał mówił, że ma w domu dwa psy. Dlatego nie mogłam wtedy w tym mieszkaniu na Saskiej, z tym smrodem stęchlizny. Mówili, że nic nie śmierdzi. Ale ja czułam. Na starość węch słabnie. Całe szczęście, bo generalnie to się Panu Bogu nie udała. Najmądrzejsze przysłowie.

Jaki ten korytarz brzydki. Od razu widać, że ćwierćinteligenci urządzali. Ten, za przeproszeniem, sraczkowaty kolor, ohyda. Jakie ja miałam piękne mieszkanie. Wszystko ze smakiem. Dlaczego nie patrzyłam pod nogi, stara idiotka. Wszystko przez to. O, z trójki wychodzi ten cały Staszek, już szura kapciami po podłodze, zaraz orła wywinie, tak się spieszy. Niby nic nie rozumie, a że dali jeść, to rozumie.

Cerata, talerze i kubki na ceracie, u nas nigdy nie jedliśmy na ceracie, równie dobrze na „Trybunie Ludu” by można. Michał tak kiedyś powiedział. Dlatego nigdy na ceracie, po prostu na stole, z serwetkami, a jak były imieniny albo inna okazja, to na obrusie. A tu tylko cerata. Żeby łatwiej zmyć, jak poplamią te wszystkie staruchy. Znowu mnie nie przysunęła, nic ta dziewucha nie rozumie.

– Możesz mnie dosunąć do stołu?

– Co się denerwujesz? Już.

Denerwuję się, bo mogła się nauczyć już, że nie mam rąk jak jakiś olbrzym i że pół metra od stołu niewygodnie się je, a ten wózek cholerny taki ciężki, ale co ją to obchodzi, nie ona na nim siedzi.

– Smacznego.

O, jakim głosem to „smacznego”. To już lepiej nie mówić, niż powiedzieć takim tonem. I o co taka obrażona pani hrabina, że jej raz uwagę zwróciłam. Hrabina herbu Ćwierćinteligencja. Nie przywykły do tego, bo tu już wszyscy otumanieni, to kto się o swoje upomni, nikt. A ja jedno, co jeszcze mogę, to mówić, i właśnie się upomnę. Poszła.

Śniadanie jak zwykle ohydne. Dwa kawałki chleba z jakąś margaryną, kawałek pomidora i ta niby-szynka. Z szynką to ma tyle wspólnego, co ja z baletnicą. Mielonka jakaś, oszczędzają na nas. I ser biały, a ja nie lubię. Umrzyj, człowieku, z głodu. Jasno tu, chyba ładne słońce będzie dzisiaj. I ta ich niby-herbata jeszcze, pomyje jakieś, oczywiście najtańszą kupują, tylko że to już nie herbata. Nie piję, potem mi może zaleją moją. Magda zawsze mówi, że nie ma czasu. Justynę spytam.

– Kochana, zalejesz mi herbaty mojej?

– Potem, teraz muszę tutaj.

Nie wiem, co ona tutaj musi. Stać. Wszyscy siedzą, jedzą, jedno lepiej, drugie gorzej, ale jedzą. Tę z czwórki Marysia karmi, Adzię już nakarmiła wcześniej, ta to zawsze na śniadanie pierwsza.

– Byś szybko poszła.

– Idziemy teraz do leżących, nie mogę.

Zawsze ci leżący, jak tylko człowiek czegoś potrzebuje. Marysię poproszę. Może wezmę trochę tego sera. Jakiś kwaśny. Może zepsuty. Poszły w końcu.

Tu wszędzie jest brud w tym kraju. Trzeci świat. Na mojej klatce też zawsze było brudno. Jak tylko pomalowali, zaraz ktoś zamazał albo oderwał tynk. A ostatni raz ładnie odmalowali. I co z tego, jak po dwóch dniach już coś było namazane. Jakby takim te ręce obcinać, to może. Albo żeby przynajmniej musieli to ścierać. I płacić. Ale u nas to nikomu nie przeszkadza. Ostatnio pomalowali na ciemnożółto. Kiedy jeszcze tam byłam. Ciemna klatka, uważać na złodziei. Kazali płacić za wózkarnię. Nienormalne baby. Też sobie taki zarząd wybraliśmy. Płacić za wózkarnię, może jeszcze za oddychanie, tak im chciałam powiedzieć. Ciekawe, czy ciągle tam rządzą. Na pewno. I wycięli moją jarzębinę.

(Prawie to sobie przypominasz: Ola bawi się w piasku, przesypuje go znowu i znowu, ma półtora roku. Podaje ci jarzębinę, jasnopomarańczową, jeszcze nie czerwoną, bo to początek lata. W rączce kolejne dwie, musisz uważać, żeby nie zjadła. To nie do jedzenia, mówisz, dopiero jak się konfiturę zrobi, z jabłkami).

Bezpieczeństwo, co za bzdura. Zdrowe drzewo. Podwórko z jarzębiną, po co, lepiej mieć same mury. Przynajmniej tam w swoim domu, w swojej sypialni. Nie mogę z tą wariatką. Dlaczego wtedy nie patrzyłam, wszystko przez to.

– Nie zjesz więcej? Wszystko zostawiłaś.

– Nie, kochana, więcej nie mogę.

– A wędliny?

– Nie.

– Pożywna jest.

– Nie wiem, czy pożywna, na pewno obrzydliwa, i mówię, że nie zjem.

– Ale ty jesteś, pani Jadziu, uparta. I herbatę też zostawiłaś, a pić trzeba.

– Zalejesz mi herbatkę?

– Ale to potem, bo najpierw tu musimy sprzątnąć.

– No przecież nie mówię, żeby teraz, po prostu, jak to tu skończycie, tobyś mi zalała.

– Dobra, to potem.

– A teraz byś mnie zawiozła do palarni?

– Do palarni to mogę teraz. A nie do łazienki najpierw?

– Nie.

Musi pytać, a po pierwsze, nie chcę teraz o tym myśleć ani o tym rozmawiać, a po drugie, nie mogę tak szybko po jedzeniu, jeśli to w ogóle było jedzenie. Produkt jedzeniopodobny, gdyby mnie kto pytał, a tak czy siak zaraz po nie mogę, i nie chcę o tym myśleć teraz. I żadnej delikatności, dobrze, że nie pyta, czy na długo i czy cienkie, czy grube, a o to też pytały, nie raz, a że to człowieka krępuje, to ich nie obchodzi. I to pomaganie, najbardziej upokarzające ze wszystkiego, te wszystkie nieprzytomne mają dobrze, bo nic nie rozumieją, im nie przeszkadza, a mnie przeszkadza, i póki przeszkadza, to mam jeszcze resztki kultury, resztki rozumienia jakiegoś własnego, więc dobrze, że przeszkadza, ale te nieprzytomne mają lepiej. Muszę zapalić. Nawet te parę metrów nie mogę sama, wszystko przez to, że w rękach już nie ma siły. Widziałam w telewizji, jak jeździli na takich elektrycznych, i raz na ulicy też. Ale już widzę, jak bym mogła te elektryczne, na nic pieniędzy nie ma, równie dobrze by mi odrzutowiec mogli kupić. Zachciało się starej idiotce na tę drabinę wchodzić, jaka ja byłam głupia, jaka ja byłam strasznie głupia.

W palarni już siedzi Staszek, przede mną przyszedł, siedzi, a papierosów własnych nie ma. Już na mnie patrzy, już się do wyłudzania szykuje. Nic z tego, czy ja jestem jego sponsor? Częstowałam raz, częstowałam dwa razy, częstowałam setki razy już chyba, co tydzień częstuję, ale codziennie nie zamierzam, bardzo mi przykro, ja też jestem biedna i nie dam się okradać. O, już mamle. Nikt go nie może zrozumieć z tą jego wymową. Od udaru mu się zrobiła. Ale ja wiem, co chce powiedzieć, to akurat powtarza tak często, że każdy zrozumie.

– Jadźka, dasz papierosa?

– Nie.

O, jak się indyczy. Już czerwony cały, już coś gulgocze.

– Wczoraj ci dałam i przedwczoraj. Nie jestem twoim sponsorem.

Dobrze, że z tym swoim zdrowiem to on może, co i ja, bo jeszcze by mi co zrobił.

– Spokojnie, Staszek, nie krzyczymy.

O, dobrze mu Maryśka powiedziała.

– A ty, Jadźka, też byś nie była taka, poczęstować nie chcesz.

No i się pospieszyłam z pochwałami. Jak taka jesteś mądra, to sama częstuj.

– Ja go, kochanieńka, co dzień częstuję. Nie jestem jego sponsorem.

Uspokoił się, teraz obrażony siedzi. Pewnie mu Tomek znowu kupi, kiedy przyjdzie. Jaki ten chłopak jest naiwny, każdemu się da wykorzystać.

– Marysia, przyniosłabyś mi radio z pokoju?

– Potem.

Zawsze potem. Radio potem, sweter potem, na korytarz potem. Zadław się, człowieku, ością i krzycz o ratunek, to też ci powiedzą, że potem. A ja bym chciała radio.

O, jak przyjemnie, niedobre te papierosy, ale jak przyjemnie zapalić jednak. Siedzę, patrzę w okno, bo przecież nie na Staszka, który teraz mnie zabija wzrokiem na pewno. Wybacz, kochany, ale wszystko ma swoje granice, tak, jest granica, za którą się kończą prośby, a zaczyna wyłudzanie, i ty tę granicę dawno przekroczyłeś. Jakie brzydkie tu mają parapety, farba odłazi płatami, chyba ostatni raz za Gomułki odmalowali. O, wróbelek. Jak dobrze, że wracają, a nie te mazurki. Ja jestem stara warszawianka i zawsze będę po stronie wróbelków, a nie mazurków. A dzisiaj młodzież nie odróżnia. Jaki miły ten wróbelek. Skacze, kręci główką, okruszków szuka, pamięta, że im wysypuję. Ale jak Magdę albo inną poproszę, żeby moją bułkę przyniosła, to powie, że potem. Nie będzie okruszków, kochany, nie teraz. Skacze, patrzy, szuka. Odleciał.

Szybę też mogliby wymyć, bo znowu smugi. Ale po co myć dla takich jak my. Jakie piękne słońce, znowu będzie chyba upał jak cholera, zdechnąć można, jeszcze z tym całym smogiem, podobno gorzej niż w Pekinie, ja się nie dziwię, ale słońce piękne, od razu nawet ta ściana naprzeciwko wygląda jakoś korzystniej, może Tomek mnie weźmie na spacer, jak miło będzie koło fontanny. Żeby go tylko znowu nie porwali, ten dziadyga od czytania radia by posłuchał, a nie chłopaka zabiera. Albo jeszcze gorzej, jak go Maryśka znowu pogoni, żeby sprzątał, co on jest, sprzątaczka tutaj, samym im się nie chce, to wolontariuszy zaprzęgają, żeby tylko mi go nie zaprzęgły… Muszę być pierwsza.

(Parapet jest szary, gruby, z białymi plamkami. To od twojej strony, bo od strony dworu blaszany, brązowy, pordzewiały, ze smogową sadzą i śladami ptasich kup, i z paroma okruszkami zeschłej bułki w lewym rogu. Nie oświetliło go jeszcze słońce, chociaż już idzie w tę stronę, po ścianie przybudówki i po chodniku równocześnie. Za kilka minut tu będzie, brakuje mu trzech metrów. Idzie po ścianie i po chodniku).

Na szczęście dużo tu siedzę i żeby wejść do środka, musi mnie minąć. Nie ma innej drogi. Od razu go poprosić, zamówić sobie. Wtedy jest jakaś szansa. A jak go zaanektują, kto inny mógłby wtedy wziąć na spacer? Może ta psycholog cała, ale ona nigdy nie ma czasu, kiedy mnie ostatnio zabrała, chyba miesiąc temu. Do tego zaraz zacznie pytać, a jak się pani czuje, a jak minął dzień, tak mnie to jej szczebiotanie denerwuje, co ona myśli, że w domu wczasowym jest? Albo Magda, jeśli jeszcze będzie, tylko ona prawie na pewno powie, że jest zajęta. Może Agata ją zmieni. Ale ona też nie będzie miała czasu. Nigdy na to nie mają. Taki piękny dzień, szkoda zmarnować. Muszę do toalety. Jak ja nie lubię ich o to prosić, tu się już nikt nie wstydzi, a ja się wstydzę. Muszę.

– Justynko, kochanieńka.

– Tak, Jadziu?

– Zawieziesz mnie do toalety?

O, jaka niezadowolona. Myśli, że nie widzę tej miny. Ale ja widzę.

– Już.

Jedziemy naszym korytarzem, mijamy dwójkę i trójkę, wszędzie te półtrupy leżą, na korytarzu nikogo, tylko Adela na ławce siedzi, nazywają ją Adzia, nawet kiedyś Agata taką rymowankę wymyśliła, Adzia i Jadzia, bardzo śmieszne, boki zrywać po prostu, ja się w każdym razie nie śmiałam. Bo o co jej chodzi, że jestem taka jak ona? Na razie się myli, może za chwilę będę, na pewno za chwilę będę, ale jeszcze nie jestem. Jeśli o głowie mówimy, bo chodzenia to z kolei ja jej mogę pozazdrościć. Po co ja się pchałam na tę drabinę, po co, po co. Stara idiotka. Adzia chodzi nie najgorzej i jak siedzi na tej ławce, to też wygląda korzystnie, uśmiech, ładna buzia, okrągła taka, mało zmarszczek, ale wystarczy zagadać i zaraz widzisz, że zupełnie już nieprzytomna. Powtarza tylko po tobie i się uśmiecha albo jakieś zupełne androny plecie. Ale przynajmniej mówi, uśmiecha się, nie to co te półtrupy. No i chodzi, jak ja bym chciała tak jak ona. By mnie nie musiały wozić jak worka jakiegoś. Już nasz pokój, łazienka na szczęście wolna, dobrze, że właśnie Adela nie zajęła, bo ona jak wlezie, to godzinę nie wychodzi.

Że też ja muszę z Justyną tam wjeżdżać. Jaki wstyd.

Ona też nie chce tu być, wiem o tym.

Jaki wstyd.

– No już, Jadziu, wstajemy na trzy-cztery.

Upadnę.

– Nie bój się, trzymam cię.

Upadnę.

– Trzymam cię, nie bój się. I spodenki ściągamy.

Upadnę, zaraz. Puści mnie.

– Co się tak trzęsiesz, Jadzia? Nie upadniesz, trzymam cię przecież.

– No, już.

No już, no już, niech idzie, niech idzie, jakie to straszne, zawsze. Żebym była jak te apa… api…, toby mi nie przeszkadzało. Ale ja głowę mam sprawną.

– Jak skończysz, to zawołaj, tak?

– Tak.

No przynajmniej tyle, że wyszła, jeszcze tę resztkę prywatności mam, nie tak jak tamte. Co się ze mną zrobiło.

Nie trzęś się, nie trzęś się. Łatwo powiedzieć. Ciekawe, czy sama by się nie trzęsła, jakby w takiej była sytuacji jak ja. Człowiek silny, młody to nie zrozumie.

Zamyka za mną drzwi, jak dobrze, że już po. Zapomnijmy o tym. Tak zawsze Michał mówił, zapomnijmy o tym. To by mu było po myśli, na pewno, żebym zapomniała o tamtej wydrze. Ale nie wszystko się da zapomnieć.

– To ja cię teraz zostawiam.

– Kiedy to mycie będzie?

– W ciągu godziny, nie wiem dokładnie, musimy zdążyć nakarmić, opatrunki sprawdzić, sama wiesz.

– To mogłabym jeszcze do palarni raz? Tylko na parę minut. A potem bym się położyła, w nocy źle spałam.

– Ale to ja nie wiem, czy będę cię miała czas odebrać.

– Za pięć minut. Podasz mi jeszcze radio i książkę?

– No dobrze.

Wielka dobrodziejka, powinnam z wózka zleźć, paść na kolana i za łaskę dziękować. Nic dla człowieka nie zrobią.

– Tu radio i książka, proszę.

– W nocy bardzo źle spałam.

– Budziłaś się? A leki nasenne wzięte wieczorem?

– Nie ja się budziłam, tylko mnie budziła, ta, co zwykle. A potem bolało.

– Uhm.

– Za mało tej blokady dostaję.

– Jadźka, no. To są wskazania lekarza.

– Ale mnie boli, jak mnie tamta obudzi, to boli. A jak ona się drze, to żadne leki nasenne nie pomogą, trupa by obudziła.

– No tak.

– Czy nie można jej dać do innej sali? Do api… apa…

– Apalicznych?

– Tak, do apalicznych samych?

– Jadźka, już o tym mówiłyśmy, to nie moja decyzja, a miejsca nie ma.

– Ale tych api-api nie obudzi, a mnie obudzi.

– Ale wiesz, że nie mamy sali z samymi apalicznymi.

– To by nie było z samymi apalicznymi, byłoby też z nią, ona jest wariatka, a nie apaliczna.

– Jadzia, ja ci powtarzam, to nie moja decyzja. Do dyrektorki idź.

Do dyrektorki. Jasne. Jakbym nie poszła już. Znowu mnie spławi, miejsca nie ma, możliwości nie ma, a w ogóle po co coś robić, jak można nic. Taka jest ich filozofia. A to, że ludzie się męczą, że mam nieprzespane noce przez tę wariatkę, to ich nie obchodzi.

– To zostawiam cię tu.

Staszka nie ma, do pokoju poszedł pewnie albo do toalety, on to też zawsze z godzinę siedzi. I dobrze, nie będzie wyłudzał.

Jaki dobry ten papieros. Rzuciłam, jak byłam w ciąży z Olą, żadna wtedy nie rzucała, mnóstwo dalej paliło, dopiero teraz takie lamenty, ale wolałam dmuchać na zimne, gdyby się przeze mnie dziecko chore urodziło jakieś, tobym sobie nie darowała.

Może jak pięć minut to nie radio, tylko ten Iwaszkiewicz. Tomek przyniósł. Tylko czy mi się chce w ogóle to czytać? Nic, tylko narzeka i narzeka. Tu smutno, tam samotny, tu młodość minęła, tam go nie doceniają, po prostu jedno wielkie narzekanie, a przecież u siebie w domu był, i to nie byle jakim domu, tylko dworek miał prawdziwy na tym Stawisku, ogród taki piękny, kiedyś odwiedzałam, i to wszystko miał dla siebie, wielki pan prezes, i nikt go w żadnym domu opieki cholernym nie zamykał, rodzina też blisko, i psy, Tropek i ten drugi, ciekawe, co by tutaj zrobili, jakbym powiedziała, że psa chcę, chybaby ze śmiechu umarły te wszystkie baby. A on miał. I chodził normalnie, chodził sam wszędzie, pewnie już nie tak szybko, bo swoje lata miał, ale jednak sam, i sprawnie, a nie na żadnym wózku, i do toalety mógł iść sam, i nikt go tam oglądać nie musiał, i mył się też sam na pewno, a jak pomyślał, że pójdzie do ogrodu, to po prostu szedł, i nie gnił tylko z samymi staruchami nieprzytomnymi siedem dni w tygodniu. Nie, wszystko miał, rodzinę, stanowisko, Stawisko, o, nawet rym mi wyszedł, poetka się ze mnie na stare lata zrobiła jak on prawie. Wszystko to miał i sprawne nogi, i co? I oczywiście narzekanie. No naprawdę ma na co narzekać.

A ja go przecież tak lubię, i wiersze, Mapę pogody, i opowiadania, i film taki ładny ten Wajda zrobił, o tych pannach z Wilka, jaki ten Olbrychski był tam śliczny, i nawet mniej huczał niż zwykle, chociaż egzaltowany ciągle, on bez tej egzaltacji to chyba nie umie, artysta ze spalonego teatru, ale jaki śliczny. Trochę był Michał podobny, chociaż nie taki ładny, co to, to nie. Ale trochę podobny. Usta i nos, i kości policzkowe. W typie. Tam się on przecież w ogóle pokazał na końcu, w pociągu. Iwaszkiewicz. Pamiętam tę scenę. No właśnie, wielki pan prezes, w filmach grał, nogi sprawne, a tu nic, tylko narzekanie. Ale też cierpiał, tak, każdy cierpi, ja wiem. Ja wszystko rozumiem, tylko żeby jakieś proporcje zachować, o to mi chodzi.

Nie wiem, czy mam siłę go teraz czytać, chyba nie. Tylko się położyć i spać. Diabli nadali tę wariatkę. Każda noc zepsuta.

Maryśka oczywiście nie przychodzi, chociaż obiecała. Ale gdzie ci taka zapamięta. Jakby sama na wózku posiedziała, toby może inaczej było. Młody starego nigdy nie zrozumie ani zdrowy chorego.

No i co mam robić, drzeć się? Chcę się położyć, nie chcę tu siedzieć, czytać też nie mam siły. Jaka ta palarnia odrapana, ostatnio odmalowywali chyba nie za Gomułki, a za Bieruta. Brudnożółty kolor, dziury z białym tynkiem. I te plamy czarne, u góry ścian. Takie same mieliśmy u nas, w jednym i drugim pokoju, jak mi było wstyd. Przecież to wszyscy widzieli, jeszcze ściany białe, to idealnie się na nich odcina taki czarny brud właśnie, kiedy zapraszaliśmy Wiślickich na imieniny, to tylko o tym myślałam, że nas potem będą obgadywać, jak wyjdą. I powtarzałam Michałowi, i powtarzałam, był przecież ten malarz polecony, a Michał tylko ciągle swoje, że on nie będzie nikomu za to płacił, bo jeszcze ręce, dzięki Bogu, zdrowe ma, kaleką nie jest i sam może pomalować. No ja rozumiem, że sam możesz, tylko kiedy to zrobisz? Bo tu kolejny rok mija, a ciągle ten brud straszy. Tak mu mówiłam, a on zawsze, że zaraz, jak tylko trochę luźniej będzie w robocie, i w jakąś sobotę-niedzielę, a potem oczywiście sobota-niedziela mijała i żadnego malowania nie było. A na te urodziny, kiedy wszyscy przychodzili i to widzieli, taki wstyd. Nie mogłam o tym myśleć. Pamiętam, Michał miał mieć imieniny, to jeszcze było wcześniej, jeszcze ta ściana tak źle nie wyglądała, bo jeszcze Ola była w szkole, i od rana robiłam wszystko, ręce po łokcie, bo i schab dobry dostałam, trzeba było swoje odstać, żeby dostać, ja miałam swój mięsny, tam mnie wszystkie panie znały, ale nie byłam żaden porucznik Borewicz, żeby dla mnie odkładały, nie, trzeba było przyjść, zobaczyć, czy jest kolejka, i jak była, to odstać, ale to miło, bo i porozmawiało się, więc schab dostałam dobry, bez kości, i polędwicę nawet nie sopocką, ale łososiową, a to już był rarytas i dużo lepsza niż teraz, teraz takiej nie mają, i to nie tylko u nas, bo u nas to w ogóle błazenada, jakaś mielonka co najwyżej, więc nie tylko u nas, nawet w tych delikatesach nie mają, sto gatunków, a żaden taki dobry jak kiedyś, no ale polędwicę to tylko pokroić, więc praca niemal żadna, a schab upiec też jeszcze najłatwiej, bo majerankiem obsypiesz, solą, pieprzem, ja jeszcze czosnkiem natarłam, potem cały do piekarnika i tyle roboty, chociaż jeszcze musiały być i sałatka kartoflana, i warzywna, ja mu mówię, po co i jedna, i druga, tylko warzywną zróbmy, kartoflanej i tak nikt nie zje, tylko warzywną, a Michał, że nie, bo u niego w domu była kartoflana, a to jego imieniny, no to musiałam obie, i jajka ugotować, i potem udekorować majonezem, i flaczki, chociaż Ola toby ich do ust nie wzięła, taką śmieszną minę robiła, i Michał chciał, żeby ją zmusić, bo co to jest, żeby dziecko nie szanowało jedzenia, a ja mu mówię, no co ty, nie będziemy dziecka przecież zmuszali, to odpuścił, z nim się zawsze można było dogadać, uparty nie był, chyba że jak o tę sałatkę kartoflaną nie wiadomo po co robioną chodziło, no i oczywiście śledzik, więc trzeba było odmoczyć i cebulkę pokroić, i jeszcze grzybki, ale to tylko wyjąć ze słoika, zostały z lata, jak nazbierał, zawsze się bałam, że nas potruje, ale on się na grzybach znał, na całe godziny w tym lesie znikał, a ja nad jeziorem z Olą siedziałam, i tort czekoladowy, i keks, i rosół, bo dla niego nie było innej zupy niż rosół, z rosołu włoszczyzna na te sałatki, ale ile tego krojenia, a tu jeszcze ciasteczka kruche musiałam zrobić, bo to Oli były ulubione, a ile wcześniej stania, żeby to wystać wszystko, i oczywiście się nie udało, ja nigdy nie potrafiłam gotować, keks wyszedł z zakalcem takim, że po prostu wstyd, a schab się spalił prawie, bo o nim zapomniałam, niby żadna robota, a pamiętać trzeba, w ostatniej chwili go zgasiłam, ale wysechł na wiór. Tak jak Genia mówiła, jak się gotuje, to niczym innym się nie wolno zajmować albo tak to się kończy. A ja nigdy tak nie umiałam, i wtedy też, jak zadzwoniła, to odebrałam, ironia losu, że to właśnie Genia zadzwoniła, ona by ode mnie nie odebrała, jakby była przy gotowaniu, a ja, idiotka, i owszem. No więc schab wysechł, kartofle do sałatki się rozleciały, a flaczki też jakieś bez smaku zupełnie wyszły, gorzej niż zwykle, mi zawsze wszystko gorzej wychodziło, kiedy goście mieli być, chociaż Michał mówił, że to nieprawda i tak samo dobrze, ale ja wiem, że tylko tak mówił, żeby mnie pocieszyć. Aż pomyślałam, że ten rosół, z którego była włoszczyzna do sałatki, że go dam jako zupę, ale on też był taki sobie, więc już nie wiedziałam, co zrobić, i że może te flaczki. No i co potem – to co zwykle, to wyjęłam, tamto pokroiłam, kieliszki na stół i te czeskie meisseny, co tylko na przyjęcia były, bo na co dzień na brzydszych jedliśmy, i Ola też pomogła trochę, jak lekcje odrobiła, ona zawsze chciała pomagać, układała dzielnie na półmiskach, kochana, i jak zostało dziesięć minut do gości, to wszystko było gotowe, i wtedy Michał przyszedł i widzę, że jakiś nie w sosie, teraz to widzę, nawet teraz, po tylu latach, stoi na progu pokoju, tam na stole wszystko nakryte, Ola jeszcze tylko widelce układa i coś sobie śpiewa, zawsze śpiewała, nawet jak nie była wesoła, ludzie myślą, że jak ktoś śpiewa, to musi być wesoły, a ona nie, Michał stoi i patrzy na mnie, i ma taką minę, i ja tę minę pamiętam. I pytam się go, co się stało, a on tylko głową mi daje znak, że później i że nie przy Oli. Widzę go teraz. O Boże, a tyle lat. Że też czegoś milszego nie mogłam tak zapamiętać, stara idiotka. A powiedział mi dopiero parę godzin później, jak wszyscy wyszli. Nie mógł przecież przy gościach też, takiego czegoś. A ja przez całe przyjęcie tylko o tym myślałam, no, prawie tylko o tym, bo trzeba było i dolać, i nałożyć, i też rozmowy były, ale głównie jednak o tym. Widzę go teraz.

O, idzie Maryśka, dobrze, bobym tu do śmierci siedziała.

– Maryśka, zawieziesz mnie do pokoju, pomożesz się położyć?

– Tu zaraz mycie macie.

– To jeszcze z piętnaście minut, zanim tu przyjdą, wiesz przecież. A ja źle spałam.

– Ale co, kochanie, chcesz piętnaście minut spać?

– Nie. Tylko się położyć.

Jeszcze nikogo nie ma, zaraz ta córka do tej api… przyjdzie, bo ona przed pracą przychodzi i po, ale to jeszcze za chwilę. Teraz nikt nie gada, wariatka coś do siebie tylko, ale cicho, nie to co w nocy, sama się zmęczyła od tego wrzasku na pewno. Boże. A ja się nigdy nie kładłam spać w dzień, nigdy, nie miałam zwyczaju. Pamiętam, kiedyś się źle czułam, Michał w pracy, Ola w szkole, i myślę sobie, bo kiedyś powiedziałam Michałowi, że mnie czasem głowa boli w dzień, a Michał mówi, to się połóż, on toby tylko spał, na przykład kiedy wracał z pracy, to się zawsze kładł przed kolacją, mówiłam mu, po co przed kolacją, ale nie słuchał, i zawsze zasypiał od razu, jakby ktoś gasił światło, podobno oznaka zdrowia, a przecież wcale nie był zdrowy. No i pomyślałam sobie, że może spróbuję, i też się położyłam, i nic, tylko głowa mnie rozbolała bardziej. Nigdy w dzień. A teraz ciągle bym w dzień zasypiała, to miejsce mnie tak przerobiło, sami starcy dookoła nieprzytomni, to ja też się dostosowałam. Jak dobrze chwilę poleżeć, kiedy nie boli, zadziałał ten proszek.

– Jadzia, co to za spanie w dzień? Wstajemy do mycia!

– Już.