Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 04.08.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
19 osób interesuje się tą książką
Po utracie kogoś, kogo kochała najbardziej na świecie, Sandra pogrąża się w apatii. Aby pomóc jej stanąć na nogi, starsza siostra zabiera ją na wyprawę do Peru, aby – jak mówi – na nowo zakochać dziewczynę w życiu. Jak to jednak bywa, w podróży niewiele rzeczy idzie zgodnie z planem, począwszy od opóźnionych samolotów, a skończywszy na bagażu zagubionym gdzieś między Amsterdamem a Limą.
Siostrzeństwo, przyjaźń do grobowej deski, samotność, tęsknota i miłość z widokiem na Machu Picchu – wszystko to splata się w wielobarwną opowieść niczym nitki peruwiańskiego pledu z alpaki.
I tak jak w życiu – kto szuka, ten znajduje. Nawet jeśli nie zawsze to, czego się spodziewał.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 346
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Agnieszka Olejnik, 2026
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: Maciej Szymanowicz
Redakcja: Malwina Kozłowska
Korekta: Olga Smolec-Kmoch, Jarosław Lipski
Skład i łamanie: Dariusz Nowacki
PR & marketing: Sławomir Wierzbicki
ISBN: 978-83-8441-335-7
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Dla Mamy, dzięki której ziściło się moje Wielkie Peruwiańskie Marzenie
Znam ludzi, którym w sercach zgasło, lecz mówią: ciepło nam i jasno, i bardzo kłamią, gdy się śmieją. Wiem jak ułożyć rysy twarzy by smutku nikt nie zauważył.
Wisława Szymborska, Do zakochanej nieszczęśliwie
Aromatyczna herbata połyskiwała w białej filiżance, na pozór gęsta niczym płynny bursztyn. Z eleganckiej patery zerkały zalotnie ciastka, na które w rodzinie od zawsze mówiło się „słoneczka”. Wnętrze mieszkania wypełniał waniliowy aromat babki wielkanocnej, właśnie przed chwilą wyciągniętej z piekarnika przez Natalię.
Sandra westchnęła. Pachniało jak w domu rodzinnym. Gdyby zamknąć oczy, można by uwierzyć, że na moment wróciło dzieciństwo. Że rodzice wciąż żyją, a siostry są beztroskimi dziewczynkami: jedna bawi się w gospodynię, druga wybiera się na spacer z Dorką, ukochanym kundelko-pekińczykiem. Życie wciąż jeszcze jest proste i pełne obietnic, niewypełnione po brzegi rozczarowaniami, popełnionymi błędami i straconymi szansami.
– No, to opowiadaj. – Natalia usiadła obok na wygodnej kanapie, wyrywając ją z gorzkich myśli. – Co słychać?
Młodsza z sióstr zawsze czuła się bezradna, gdy ktoś zadawał jej takie pytania. Naprawdę, najuczciwiej na świecie, nie potrafiła określić, co u niej słychać.
Na szczęście niemal natychmiast padło pytanie pomocnicze:
– Nad czym teraz pracujesz?
Odetchnęła z ulgą. O pracy łatwo było mówić – nie wymagało to mozolnego przedzierania się przez meandry emocji. Sandra sięgnęła po ciastko i wgryzła się w nie z lubością.
– Peptydy kolagenowe – mruknęła, popijając słodycz herbatą. – Cała linia kosmetyków: najpierw serum oraz mgiełka do twarzy i włosów, a potem biorę na warsztat kremy.
– Uhm, ciekawe. I rzeczywiście działają?
Sandra parsknęła.
– Działają. Jasne, że działają. Wszystko jakoś działa. Tylko jedno lepiej, drugie gorzej.
– Ale ja pytam serio. Popatrz, jak mi się szyja pomarszczyła… I dekolt. Jakby ktoś źle zaprasował. Starzenie się jest do dupy, tyle ci powiem. No więc te peptydy…?
– Przywiozę ci, sprawdzisz – ucięła. – Dostałam od firmy sporo próbek do rozdania wśród followersów.
– Czyli podpisałaś umowę na całą kampanię?
– Tak, kilkanaście krótkich filmików, posty, relacje oraz live’y z pytaniami od obserwujących i nagrodami dla najaktywniejszych fanów.
– O, to nawet całkiem uczciwie – ucieszyła się Natalia. – Nie masz wierniejszej fanki niż ja. Ani na TikToku, ani na Instagramie.
– Ano, nie mam.
– Weź jeszcze ciasteczko. Przecież widzę, jak się na nie gapisz.
Ale Sandra nie wzięła. Ani kolejnego ciastka, ani potem – przy obiedzie – dokładki obficie okraszonych skwarkami kopytek, ani wreszcie sernika ozdobionego rysunkiem bazi z czekolady i migdałów. Nie miała apetytu. Jakby nawet jej żołądek pogrążył się w apatii.
Poza tym – tłumaczyła sobie – zawód, który wykonywała, rządził się swoimi prawami. Aby być na topie, nie tylko utrzymać zainteresowanie setek tysięcy obserwujących, lecz w dodatku zwiększać ich liczbę, konieczne okazały się pewne wyrzeczenia. Narzędzie jej pracy stanowiły twarz, ciało i głos. Musiała się wysypiać, by zachować świeżą, promienną cerę, unikać używek i słodkości, bo od nich dostawała wyprysków, a przede wszystkim – bardzo pilnować wagi. Co nie było łatwe – po obojgu rodzicach odziedziczyła skłonność do tycia.
Rozpoczynając swoją przygodę z branżą beauty, nie sądziła, że zostanie influencerką. Miała wówczas bardzo precyzyjną wizję tego, czym chce się zajmować: zamierzała studiować kosmetologię na poznańskim Uniwersytecie Medycznym, a potem otworzyć własny gabinet. Wiedziała, że do realizacji tych marzeń potrzebne będą pieniądze, wierzyła jednak, że zdoła je zaoszczędzić. Miała szczere chęci, była pracowita i cierpliwa. No i bardzo młoda. A kiedy jest się młodym, wierzy się jeszcze w szczęśliwe zakończenia.
W klasie maturalnej zaczęła prowadzić konta w serwisach społecznościowych – najpierw na Facebooku, potem na YouTubie, po dwóch latach także na Instagramie, a w końcu została tiktokerką. Nie przypuszczała, że to zajęcie może stać się źródłem dochodu. Traktowała je po trosze jako zabawę, a po trosze jako podwaliny pod przyszły biznes. Chciała zaistnieć w świadomości odbiorców, stworzyć wizerunek profesjonalistki, wyrobić markę i zbudować społeczność, z której za kilka lat – gdy skończy studia – wyłonią się jej przyszłe klientki. Nie były to jeszcze czasy wielkich karier youtuberów zarabiających krocie na bzdurnych filmikach; nikt się nie spodziewał, że liczba followersów będzie się w tak wyraźny sposób przekładała na zarobki. Wszyscy dopiero raczkowali w tym temacie.
Sandrze sprzyjało szczęście. Po pierwsze – była śliczna. Najzwyczajniej w świecie i zupełnie niezasłużenie. Jej największy atut stanowiła delikatna, idealna cera: bez znamion, blizn czy rozszerzonych porów. Doskonałe tło dla eksperymentów z kolorowymi kosmetykami. Ramką dla tego tła były proste, gęste, jasne włosy o ciekawym chłodnym, niemal beżowym odcieniu, który w odpowiednim oświetleniu stawał się srebrzysty. Ponadto, co rzadkie u naturalnych blondynek, Sandra miała brązowe oczy w ciemnej oprawie długich rzęs oraz gęstych brwi o interesującym rysunku, nadającym jej twarzy wyraz leciutkiego zdziwienia. I wreszcie – barwa głosu. W jego tembrze kryło się coś, co sprawiało, że chciało się jej słuchać, niezależnie od tego, o czym mówiła. Podobno (tak utrzymywał Gabriel, przynajmniej na początku ich znajomości) gdy zamykało się oczy, dało się słyszeć w jej głosie szczery zachwyt nad światem. Jeśli dodać do tego fakt, że kamera zwyczajnie ją kochała i nie odbierała jej naturalności ani swobody – kariera w social mediach była Sandrze po prostu pisana.
Nosiła nazwisko Dębowska, a dąb to po angielsku oak, przybrała więc nick Oakie – krótki, wpadający w ucho, a przy tym kojarzący się ze slangowym okay.
Już po pierwszych filmikach, poświęconych domowym sposobom pielęgnacji włosów i cery, pozyskała spore grono obserwatorek. Potem z każdym kolejnym postem, nagranym wideo czy wrzuconym zdjęciem zdobywała kolejnych followersów. Zanim rozpoczęła studia, mogła się już poszczycić sześćdziesięcioma tysiącami subskrypcji, a gdy poznała Gabriela – od którego dostawała hojne prezenty: lepszy sprzęt, markowe ubrania i kosmetyki – liczba ta zaczęła gwałtownie rosnąć.
Czasem się zastanawiała, co mogłoby się wydarzyć, gdyby go nie spotkała i nie wpadła w sidła owego fatalnego zauroczenia. Jak potoczyłaby się jej kariera, gdyby nie ogłupienie, które dopadło ją w okolicach dwudziestych urodzin.
Nie lubiła słowa „miłość”. Przestała w nie wierzyć, wymyślała więc inne nazwy dla destrukcyjnej siły, która nią zawładnęła, sprawiając, że jako młoda dziewczyna z tysiącami szans rzuciła studia i postawiła wszystko na jedną kartę. Już po kilku miesiącach szalonego romansu zaszła w ciążę, gotowa natychmiast wyjść za Gabriela, gdy tylko się jej oświadczy.
Zrobił to, a jakże. W Szwajcarii, w eleganckim hotelu z widokiem na alpejskie szczyty. Ach, jaki fantastyczny filmik nagrała następnego dnia, reklamując przy okazji wodoodporną mascarę, która nie rozmazała się ani odrobinę, choć wzruszona Sandra zalała się łzami szczęścia, demonstrując fanom pierścionek! Ach, jak gwałtownie wzrosły jej zasięgi! Jak przyjemnie było odkryć, że ma się milion obserwujących. I jaką satysfakcję przyniósł fakt, iż – wraz z dochodami z reklam – szerokim strumieniem zaczęły napływać propozycje współpracy, w których mogła przebierać.
Postanowiła, że wyjdzie za mąż dopiero po narodzinach malucha, gdy odzyska dawną figurę. Jak każda narzeczona pragnęła włożyć piękną suknię i wyglądać w tym szczególnym dniu jak milion dolarów. Na razie cieszyła się marzeniami o macierzyństwie i pławiła w miłości.
To był najcudowniejszy rok jej życia. Porzuciła marzenia o gabinecie kosmetycznym. Prowadzenie kont w socialach zapewniało wystarczający dochód, a nawet gdyby nie zarabiała ani grosza, nie miało to znaczenia: Gabriela stać było na to, żeby ją utrzymywać. Nie widziała w tym nic złego. Przez dziewięć miesięcy narzeczeństwa zatraciła się w szczęściu (a raczej w szaleństwie, jak nazwałaby to z perspektywy czasu). Nie miała innych pragnień niż te, które wiązały się z Gabrielem i dzieckiem.
Celebrowała każdy dzień: poranki w objęciach ukochanego, korzenny zapach jego wody toaletowej, błogie lenistwo w przestronnym, jasnym, nowocześnie urządzonym poznańskim mieszkaniu. Niespiesznie nakładany makijaż, starannie dobierane stroje, nagrywanie filmików, robienie zdjęć, redagowanie postów, korespondencja z firmami kosmetycznymi – wszystko to z cudowną świadomością, że robi to dlatego, że chce. Nie dlatego, że musi.
Nie musiała nic. Mogła wszystko. Tak jej się wtedy wydawało.
Przez całą ciążę czuła się znakomicie. Matka Gabriela – osoba bardzo stanowcza i kontrolująca – była kobietą starej daty. Nalegała, żeby nie sprawdzali płci dziecka przed narodzinami, w ogóle sprzeciwiała się „niepotrzebnej diagnostyce”, jak mawiała. Z uporem twierdziła, że częsta ultrasonografia może zaszkodzić płodowi, a jeśli nie mówi się o jej skutkach ubocznych, to nie dlatego, że ich nie ma, tylko dlatego, że medycyna jeszcze o nich nie wie. Dla świętego spokoju Sandra i Gabriel zgodzili się, że po pierwszym USG – tym potwierdzającym ciążę – wizyty u ginekologa i badania krwi co dwa-trzy miesiące w zupełności wystarczą.
– Kiedy ja byłam w ciąży z Gabrysiem, stanu odmiennego nie traktowano jako choroby – mówiła przyszła teściowa z łagodnym uśmiechem, pod którym kryło się ostrzeżenie. – Kobieta stwierdzała, że jest brzemienna, i tyle. Pracowała, krzątała się po domu, pomagała w gospodarstwie, zależy od tego, gdzie kto żył. A potem nadchodził czas rozwiązania i wszystko toczyło się naturalnie.
Sandra bardzo chciała, żeby i z nią „potoczyło się naturalnie”. Nie wzięła jedynie pod uwagę, że natura nie zawsze przewiduje dla nas to, czego byśmy sobie życzyli. W dniu porodu, oczywiście w prywatnej klinice, odmówiła znieczulenia zewnątrzoponowego. Chciała być dzielna. I była, a jakże. Robiła wszystko tak, jak nauczono ją w szkole rodzenia: oddychała przeponą, spacerowała, rozluźniała mięśnie miednicy na piłce, a gdy zaczęły się właściwe skurcze – parła jak maszyna, zaciskając powieki i pochrząkując niczym ranne zwierzę.
Cała ta dzielność, ów hart ducha, z którego była tak dumna, uleciały niczym opar, gdy zobaczyła minę położnej ujmującej pewnym ruchem oślizgłe, zakrwawione ciało dziecka i oceniającej jego stan. Nie padły żadne słowa. A jednak Sandra natychmiast zrozumiała, że coś jest nie w porządku.
To był chłopczyk. Malutki, niespełna trzykilogramowy. Śliczny, bardzo spokojny chłopczyk z zespołem Downa.
Przez resztę lanego poniedziałku siostry snuły rozmowy o błahostkach. Wymieniały się nic nieznaczącymi uwagami o pogodzie, obejrzanych ostatnio serialach (Sandra nadrabiała obecnie zaległości z kilku lat, bez przyjemności, wyłącznie dla zabicia czasu), o przepięknym naszyjniku z bursztynem, wygrzebanym przez Natalię na pchlim targu, gdzie właściwie szukała filiżanki z porcelany, ale straciła całą godzinę, szperając w drobiazgach, które pewien starszy pan wyłożył obok zegarków, korali i bibelotów.
– Powiedział, że żona umarła cztery lata temu – dorzuciła Natalia. – A on dopiero teraz odważył się pozbyć jej rzeczy.
Już przy słowach „dopiero teraz” w jej głosie pojawiło się wahanie. Końcówkę zdania właściwie wyszeptała.
– Cztery lata – powtórzyła głucho Sandra. – To brzmi nieźle. Rok mam za sobą, zostały mi jeszcze trzy. I już. Będę jak nowa. Powyrzucam ubrania Jaśka, buty, zabawki… Albo sprzedam je na pchlim targu.
Natalia miała ochotę ugryźć się w język. Jak mogła palnąć coś tak głupiego? Zwykle udawało jej się omijać temat śmierci i żałoby. Teraz, gdy już się wymsknął, nie bardzo wiedziała, jak z niego wybrnąć.
– Ty od razu wyrzuciłaś rzeczy męża? – podjęła Sandra zaczepnie.
– Tak. Kiedy tylko mogłam. Byłam na niego wściekła, pamiętasz?
– Pamiętam. Ale ja nie jestem wściekła. Ja jestem tylko w rozpaczy.
Na taką odpowiedź Natalia nie potrafiła znaleźć sensownej reakcji.
– Przecież sobie radzisz – rzuciła i natychmiast się zaczerwieniła, uświadamiając sobie, jak głupie są te słowa.
Sandra posłała jej przeciągłe spojrzenie, w którym było wszystko to, czego jej siostra wolałaby nie widzieć: pobłażanie dla idiotycznych komentarzy, zmęczenie koniecznością reagowania na nie i wreszcie to, co najgorsze – bezdenny smutek, tęsknota oraz ból nie do ukojenia.
– Przecież sobie radzę – powtórzyła automatycznie.
– A potem cały wieczór była milcząca – zakończyła Natalia. – W ogóle od początku miała nos na kwintę, ale po tej rozmowie zrobiło się gorzej niż źle. We wtorek rano wyjechała i… No, rozumiecie. Martwię się. Muszę się za nią wziąć, i to na poważnie.
Starsza z sióstr siedziała ze znajomymi w jednej z łódzkich knajpek. Trójka najlepszych przyjaciół z liceum. Tuż po maturze, gdy złożyli papiery na uczelnie w różnych miastach i było oczywiste, że ich drogi się rozejdą, umówili się na spotkania co pięć lat – pierwsze wyznaczyli na rok 2011, kiedy każde z nich miało skończyć dwadzieścia pięć lat. Jakimś cudem przez cały ten czas udawało im się dotrzymać umowy. Jedynie w czasie pandemii, z racji obostrzeń, poprzestali na pogaduchach na Teamsach.
Popijali właśnie drinka o wdzięcznej nazwie Orgazm. Byli dopiero na etapie „co u was słychać” – do wspomnień ze szkolnej ławy jeszcze nie doszli.
– Z czego to jest zrobione? – zainteresowała się Marysia, zwana w towarzystwie Krwawą Mary albo po prostu Krwawą, a to z powodu zamiłowania do bardzo długich, wściekle czerwonych paznokci.
– Wódka, śmietanka, likier kawowy i migdałowy – wyjaśnił Tymon. – I jeszcze coś irlandzkiego, zapomniałem.
– Naprawdę orgazmiczny. Rewelacyjny wybór. Kto zamawia następny?
– Ja! – Natalia sięgnęła po kartę drinków. – Ale obawiam się, że Orgazmowi nic nie dorówna.
– A wracając do syna twojej siostry – podjęła Krwawa – przypomnij mi, na co umarł.
– Serce nie wytrzymało. Wiecie, zespół Downa to nie jest tylko kwestia specyficznego wyglądu, wolniejszego rozwoju czy upośledzenia umysłowego. Tam się zdarza znacznie więcej problemów. Jasiek akurat miał wadę przełyku, wzroku, coś z jelitami, dysplazję bioder… Zdaje się, że był szczególnie ciężkim przypadkiem. Ja się w tym od początku gubiłam. Nigdy nie pojmę, jak Sandra ogarniała te niezliczone zabiegi, rehabilitację, turnusy… Całkiem sama. No, wiadomo, czasem przyjeżdżałam i pomagałam jej trochę, ale na co dzień przecież nie mogłam. Zwłaszcza po śmierci Grzegorza, gdy zostałam z całym biznesem na głowie.
– Ten jej facet definitywnie się wypiął? – upewniła się Maria.
Od ponad dekady mieszkała w Porto, w przeciwieństwie do Tymona nie znała więc szczegółów tej historii.
– Definitywnie i z kretesem. Niewiarygodne, jak szybko mu to poszło. Dosłownie dwa tygodnie po narodzinach dziecka już go nie było. Rozumiesz: Sandra jedzie z noworodkiem na jakieś prześwietlenie czy tam USG bioderek, wraca do domu i widzi pustą półkę w łazience. Zagląda do szafy, a tam nie ma jego koszul…
– Tak, pamiętam, opowiadałaś. Myślałam jednak, że może potem ochłonął, jakoś to wszystko wyjaśnił.
– A owszem, wyjaśnił. Wysłał maila! – Chociaż mijało jedenaście lat od tamtych wydarzeń, Natalia bezwiednie zacisnęła pięści. – Nie do uwierzenia, prawda?
Tymon poczuł irracjonalną potrzebę znalezienia jakichś pozytywów – by choć w ten sposób stanąć w obronie męskiego rodu.
– Ale przepisał na nią mieszkanie – rzucił. – I płacił alimenty.
Natalia fuknęła.
– Jeszcze tego by brakowało, żeby nie płacił! Cholerny tchórz! Zwinął się, gdy tylko się okazało, że dziecko jest chore. Rozumiecie, to nie było tak, że z tygodnia na tydzień robiło się coraz trudniej i wreszcie biedny Gabriel tego nie wytrzymał… Nie, on po prostu natychmiast się ewakuował. Dupek do potęgi!
Siedzący przy stoliku obok panowie odwrócili się i zmierzyli Tymona niechętnym spojrzeniem.
– A przecież to nie był już taki nieopierzony chłystek! – ciągnęła Natalia, przerywając tylko po to, by pociągnąć łyk drinka. – Zachodząc w ciążę, Sandra miała dwadzieścia lat, okej, straszna smarkula, ale Podły Gabriel był całe dziesięć lat starszy! Zdążył rozkręcić biznes, prowadził świetnie prosperującą firmę!
– Natalia… – przerwał łagodnie Tymon. – Daj spokój. Trzydziestka u faceta to… No nie wiem, jak osiemnastka u dziewczyny.
– Pleciesz jak potłuczony! Bardzo wygodny pogląd! Myślałby kto, jaki młody, niedojrzały, dziecko jeszcze! W dupie mam to wasze przedłużone dzieciństwo! Skoro umiał ją zapłodnić, to powinno mu potem wystarczyć jaj na ojcostwo. Niezależnie od tego, czy dziecko spełniało jego oczekiwania! Są rzeczy, z których nie można się wymiksować, rozumiesz?!
Oczywiście, że Tymon rozumiał. Sam nie wiedział, po co w ogóle wszedł w dyskusję. Przecież nie znajdował nic na obronę mężczyzny, który odszedł od narzeczonej, gdy urodziła chore dziecko. Nie mógł znaleźć – ponieważ nie było tam nic do znalezienia.
– Powiem ci szczerze, że w ogóle nie potrafię sobie wyobrazić, jak twoja siostra to podźwignęła – odezwała się Krwawa. – Wasi rodzice już wtedy nie żyli, prawda? A na dziadków od strony ojca, jak rozumiem, też nie mogła liczyć. Dla mnie to by było nie do przeskoczenia. Właśnie dlatego nie zdecydowałam się na dzieci: przerosła mnie myśl, że rodzicielstwo to jeden wielki bieg z wywieszonym jęzorem. Do sklepu po bułki, do przedszkola, do pracy, znów do przedszkola, na plac zabaw, na basen, do lekarza, na angielski czy tam hiszpański, bo teraz chyba każde dziecko ma jakieś dodatkowe zajęcia… Nie wiem, jak te biedne matki dają radę. No, ojcowie też – dodała pojednawczo, łapiąc spojrzenie Tymona.
– W sumie uratował ją fakt, że ma taką nietypową pracę – odparła Natalia. – Nie mówię, że łatwą, ale ogromnym plusem było to, że mogła pisać posty, robić zdjęcia i nagrywać filmiki o każdej porze dnia i nocy. Jasiek dużo spał, a nawet gdy nie spał, był raczej spokojny, przyglądał się, słuchał, nie przeszkadzał, nie płakał. Podobno dzieci z zespołem Downa często są takie słodkie. Więc Sandra ustawiała sprzęt i nagrywała na przykład filmik pod hasłem: „Wyglądam, jakby mnie czołg przejechał, robimy makijaż ukrywający cienie pod oczami”. A on się przyglądał i coś tam sobie gaworzył pod nosem. I tak się to kręciło. Miała coraz więcej obserwujących, te liczby przekładały się na wpływy z reklam i propozycje współpracy od kolejnych firm, więc zarabiała coraz lepiej. Na tyle dobrze, by zatrudnić montażystę, bo montaż to podobno najgorsza część roboty. Nauczyła się tak sprytnie gospodarować czasem, że mogła wyjeżdżać na turnusy rehabilitacyjne z Jaśkiem. Po prostu wcześniej nagrywała materiały, a potem tylko udostępniała. Radziła sobie.
– A dziecko? Jak się rozwijało?
– No… Jakoś. Powoli. Miał chyba trzy latka, kiedy zaczął mówić, chodzić trochę wcześniej. Generalnie był powolny, spokojny, taki jakby ociężały. Bardzo sympatyczny, uśmiechnięty, kochający dzieciak. Nie dożył swoich dziesiątych urodzin. A tak się cieszył… Miał obiecane zoo, bo uwielbiał zwierzęta. – Natalii załamał się głos. Przez kilka sekund ostrożnie wycierała serwetką łzy, żeby nie rozmazać makijażu. – Cholernie to wszystko niesprawiedliwe, tyle wam powiem – podsumowała.
– Błagam, nie mówmy o tym, bo wszyscy się zaraz rozkleimy – uciął Tymon, który miał oczy na mokrym miejscu i bardzo się tego wstydził. – Wspominałaś wcześniej, że musisz się teraz wziąć za siostrę. W jakim sensie: wziąć się?
Zmiana tematu pomogła Natalii uporać się ze wzruszeniem. Zawsze była bardzo zadaniowa; gdy widziała przed sobą cel, parła do przodu niczym taran.
– No, przecież to jest oczywiste: trzeba ją przywrócić do życia – wyjaśniła. – Rok żałoby wystarczy, nie uważacie? Wiem, co mówię, bo sama przez to przeszłam. To jest jeszcze smarkula, trzydzieści dwa lata to żaden wiek! Mogłaby założyć rodzinę, wyjść za mąż, urodzić zdrowe dzieci. Tymczasem ona żyje jak mniszka. Twierdzi, że się zraziła, nie wierzy w miłość, nawet nie używa tego słowa! Wariatka!
– „Wariatka, wariatka” – przedrzeźniała ją Marysia ze śmiechem. – Może po prostu natura lubi równowagę? Ty oglądasz i czytasz romanse, uwielbiasz happy endy, nawet jeśli są przesłodzone i naiwne… Więc twoja siostra musi stanowić przeciwwagę.
– Co znaczy „naiwne”? – oburzyła się Natalia. – Po prostu nie tracę wiary. Cuda się zdarzają, naprawdę! W jednej mojej aptece pracuje pani Lodzia, Leokadia znaczy. Ma już prawie sześćdziesiątkę i w zeszłym roku wyszła za mąż. Wyobrażacie sobie? Poznała męża w pracy. Posłuchajcie, bo to ładna historia: przyszedł po jakąś maść z antybiotykiem, bo paprała mu się rana na stopie. I tak od słowa do słowa: skąd ta rana, od czego, a on na to, że wlazł do jeziora, bo zobaczył, jak jakiś facet wrzuca do wody zawiązany worek, a w tym worku, tak mówił, coś się ruszało. Akurat na rybach był, więc zdjął buty i wlazł, wyciągnął worek, a tam kamienie i kociak. Tylko że jak wychodził, to nadepnął na jakieś zardzewiałe żelastwo na dnie, skaleczył się w to miękkie tuż pod paluchem, a że to taka ruchoma część, rana nie chciała się goić. Lodzia mu dała maść ze sterydem i kazała po jakimś czasie zdać relację, czy pomogło. A potem, gdy przyszedł, zatroszczyła się o kotka. I tak się jakoś porobiło, że się pobrali.
– Świetnie. Tylko czego to dowodzi? – Krwawa nie dała się zagadać. – Jaki z tego morał?
– Że miłość gdzieś czeka i nawet się nie spodziewamy, jak nas dopadnie! Czy to, że tak młodo owdowiałam, skazuje mnie na wieczną samotność? Nie, nie, kochana! – Tym słowom towarzyszył stanowczy ruch palca wskazującego. – Ja wciąż wierzę, że jeszcze znajdę szczęście. Wierzę i szukam. No, może nie jakoś szczególnie aktywnie, ale się rozglądam. Na tym to polega. Nie żadne „siedź w kącie, znajdą cię”, tylko „wyjdź do ludzi, uśmiechnij się, otwórz się na nowe znajomości”. Sparzysz się raz, drugi, dziesiąty… Ale za jedenastym trafi ci się prawdziwy diament.
Tymon pokiwał głową z pewną dozą sceptycyzmu, bo sam – jako świeży rozwodnik – nie miał odwagi próbować ponownie. Uznał, że jeśli miłość ma mu się jeszcze przytrafić, to sama go znajdzie. A w głębi serca miał chyba nadzieję, że się nie przytrafi. Wszystkie te relacje damsko-męskie, dłuższe związki czy choćby gierki erotyczne na jedną noc uważał obecnie za utrudnienie – coś jak nagniotek na stopie: niby to nie choroba, ale jednak uprzykrza życie. Nie lizał ran po rozwodzie, nie czuł się pokaleczony, ale jednocześnie było mu źle. Albo inaczej: nie było dobrze. Nie wiedział tylko, czego mu właściwie brakuje. Jakby jego serce częściowo obumarło – niby wciąż biło, ale nie odczuwało pełni emocji.
Nie pamiętał już, jak to wyglądało, gdy kochał i czuł się kochany. Między nim a byłą żoną niemal od razu zrobiło się źle – zupełnie jakby zbudowali swój związek na niesolidnych, spróchniałych podstawach. Jeśli się dobrze zastanowić, nie było takiego etapu małżeństwa, który lubiłby wspominać. Toteż starał się tego nie robić. Skupiał się natomiast na tym, by nie stracić kontaktu z dziećmi – siedmioletnimi bliźniakami, Szymkiem i Dawidem.
Natomiast Krwawa, szczęśliwie poślubiona Portugalczykowi o ognistym temperamencie, wyraziła pełne zrozumienie i poparcie dla przyjaciółki.
– Daj spokój, podpuszczam cię! Ja się z tobą w zupełności zgadzam. Tylko jak chcesz tego dokonać, w jaki sposób „przywrócisz do życia” Sandrę? Nie można być szczęśliwym ani zakochać się na zawołanie. Nawet jeśli rzeczywiście przebolała już stratę syna, to przecież nie pozna nikogo, siedząc w domu i nagrywając instruktaż nakładania makijażu albo… Co ona jeszcze filmuje?
– Różne rzeczy, zależy, jaką akurat podpisze umowę. – Natalia zaczęła wyliczać, odginając palce: – Najczęściej promuje właśnie kosmetyki, ale też zdrowe odżywianie, batony proteinowe, napoje izotoniczne, odzież do fitnessu. W ogóle moda, styl życia i wellness, a ostatnio miała też kontrakt na olejki do aromaterapii. Wcześniej były masażery do stóp i maty do akupresury. Z tego, co wiem, to szykuje się również coś z promocją książek dużego wydawnictwa, ale nie wiem, czy na stałe, czy tylko jakaś krótsza kampania.
– I to działa? – zainteresował się Tymon. – Opłaca się? W sensie biznesowym?
– Widocznie tak, skoro influencerzy mają tyle propozycji.
Zadumali się wszyscy troje – Natalia nad wyborem kolejnego drinka, Maria nad tym, jak można przywrócić komuś zadowolenie z życia oraz wiarę w miłość, zaś Tymon, który prowadził odziedziczony po ojcu zakład pogrzebowy, nad mizernymi możliwościami promocji swojego biznesu w mediach społecznościowych.
– Wiem! – oznajmiła nagle Krwawa. – To musi być coś niecodziennego! Trzeba ją wydobyć z rutyny. Wyrwać z korzeniami i na jakiś czas umieścić w zupełnie innym miejscu, rozumiecie? Dopóki tkwi w mieszkaniu, w którym wciąż są rzeczy należące do Jasia i każdy drobiazg przypomina jej o stracie, dopóty nie otrząśnie się z żałoby.
Miny przyjaciół dobitnie świadczyły o tym, że nie bardzo wiedzą, co ma na myśli, mówiąc o wyrywaniu z korzeniami. Tymon wzdrygnął się, bo owo sformułowanie skojarzyło mu się ze stomatologiem.
– Podróż! – uściśliła. – Przecież ja mojego Pedro poznałam właśnie na wycieczce do Portugalii. Mówię wam, w podróżowaniu jest coś magicznego! Ludzie zaczynają się otwierać na nowe doznania, zdobywają się na odwagę, próbują potraw, których nigdy wcześniej nie jedli, pływają nago, tańczą na ulicy, śpiewają w knajpkach z karaoke, uśmiechają się do nieznajomych…
– Ty to robiłaś – skomentował sceptycznie Tymon. – Co nie znaczy, że wszyscy reagują tak samo. Ja na przykład organicznie nie znoszę ruszać się z domu. Jestem wręcz chorobliwym domatorem.
Natalia zadumała się na chwilę.
– Ale czekaj! To nie jest taki głupi pomysł. Obie z Sandrą za dzieciaka fantazjowałyśmy o podróżach. Wiadomo, to były inne czasy, w wakacje jeździło się co najwyżej z rodzicami do Pobierowa. Funduszy człowiek nie miał, nawet klasowy wyjazd do Pragi albo Wiednia wydawał się luksusem. Tymczasem teraz… – zawiesiła głos i ponownie się zadumała, a przyjaciele czekali cierpliwie, aż pozbiera myśli. – Teraz sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Obie mamy pieniądze. Można by spełnić jakieś marzenie z dzieciństwa.
– Tym bardziej – pociągnęła Marysia – że ta jej praca, kręcenie filmików i robienie zdjęć… Sama pomyśl! To się aż prosi o piękne plenery.
– Dziewczyny, żyjemy w takich czasach, że plenery można dorobić komputerowo.
– Ty siedź cicho, chorobliwy domatorze!
– Nie kłóćcie się. – W głowie Natalii najwyraźniej nieśmiało zaczynał kiełkować plan. – Okej, pomysł jest przedni. Tylko jak doprowadzić do jego realizacji? Jak sprawić, żeby moja zamknięta w czterech ścianach siostra przypomniała sobie, o czym dawniej marzyła? Jak osiągnąć choć tyle, by w ogóle zechciała wyściubić nos z domu?
– A gdy już wyściubi, to co dalej? – Sceptycyzm Tymona wspinał się na kolejne poziomy. – Myślicie, że wystarczy wcisnąć jej do ręki bilet lotniczy i już, hop-siup, sprawa załatwiona?! Od razu spłynie na nią radość życia? Na lotnisku będzie czekał tabun chętnych do zawarcia znajomości przystojniaków? W samolocie akurat usiądzie obok takiego? A może w hotelu, drzwi w drzwi, będzie mieszkał superman, jakimś cudem wolny i…
Zamilkł i przybrał dziwny wyraz twarzy. Wyglądał teraz jak pies, który zwęszył słoninę.
– Czekajcie – odezwał się powoli, zupełnie innym tonem. – Coś mi się widzi, że będziecie mnie zaraz po rękach całować. Przecież ja mam takiego kuzyna! Jest aktorem, niespecjalnie mu się powiodło w telewizji i kinie, więc teraz głównie bywa modelem, grywa w teatrze i czasem występuje w spotach reklamowych. Albert Biniak, kojarzycie? Nie? Tak myślałem, bo on z tych mniej znanych.
– I co z tym Albertem? – zniecierpliwiła się Maria.
– Ano to, że on mi ciągle biadoli, jak bardzo chciałby gdzieś wyjechać, a nie ma z kim. Ostatnio bajdurzył o Tokio, a w ubiegłe święta marzył o Nowym Jorku.
– Bliski ten kuzyn? – upewniła się Natalia, jakby to miało być gwarancją, że się nadaje.
– Bardzo bliski. Nasze matki są siostrami.
– No dobrze. A ogólnie… porządny facet? Opowiedz coś o nim.
– Porządny! I ładniutki jak z obrazka. Jestem pewien, że kojarzycie jego gładką buźkę z telewizji, ostatnio chyba był dentystą polecającym coś na paradontozę. A wcześniej, o ile pamiętam, reklamował dezodoranty, bo klatę ma do tego odpowiednią. Jest na czym oko zawiesić. Zaraz wam pokażę zdjęcie z pogrzebu babci Zenobii…
Sięgnął po telefon i zaczął przeglądać galerię.
– Singiel? – upewniła się Krwawa.
– A jakże! O zaobrączkowanym bym nawet nie wspominał. Samotny biały żagiel. Niby spotykał się z taką jedną Pamelą, ale im nie wyszło.
– Kto kogo zostawił?
Natalia zadała to pytanie takim tonem, że Tymon nie mógł odgadnąć, która odpowiedź byłaby w tym wypadku bezpieczniejsza. Bo jeśli on ją, to jest niestały w uczuciach, jeśli zaś ona jego, to może facet do niczego się nie nadaje?
– Ona jego – palnął, choć tak naprawdę nie miał pojęcia, jak było. Na wszelki wypadek natychmiast dodał: – Moim zdaniem była po prostu nadmiernie ambitna. Chyba jej się roiło, że Bercik zrobi hollywoodzką karierę, a ona będzie się grzać w blasku jego sławy.
Wymyślił to wyjaśnienie na poczekaniu, ale zabrzmiało wiarygodnie. W każdym razie Natalia i Maria nie skomentowały.
– Pieniądze ma? – zapytała rzeczowo Natalia. – Bo przecież nie będziemy mu fundować wycieczki.
– Ma, ma. Kasa to nie problem. Bogaty z domu, wujek prowadzi sieć kantorów.
Tymon podsunął przyjaciółkom telefon, by mogły obejrzeć zdjęcia, najpierw te prawdziwe, z pogrzebu babci, a później podrasowane screeny z reklamy, gdzie niejaki Albert był oczywiście znacznie przystojniejszy. Miał gęste, prawie czarne włosy, bardzo ciemne oczy i śnieżnobiały uśmiech, idealny do reklamowania pasty do zębów.
– O, tu moja mama, tu ciocia Halinka, czyli mama Alberta, trzyma go pod ramię. Trochę zmarzł, więc się zgarbił, ale na tych telewizyjnych widać go już w pełnej krasie.
– W porządku, pasują do siebie – podsumowała Natalia po wnikliwych oględzinach i kilkakrotnym przybliżaniu poszczególnych fotografii. – Może nie kolorystycznie, bo Sandra raczej w odcieniach blond, ale ogólnym sznytem, że tak powiem. Ona piękna, on piękny, wszystko gra. Tylko co dalej? Jak ich spikniemy? Moja siostra mieszka w Poznaniu, a ten twój kuzyn…
– Na stałe w Radomiu.
– No to jak sprawić, żeby wybrali się w to samo miejsce? Tym samym samolotem? I żeby spali w tym samym hote…
– Nie ma rady. Musicie pojechać z nimi – przerwała Maria. – Szczegóły oczywiście wymagają dopracowania, ale tak na szybko: prosicie ich, żeby wam towarzyszyli w podróży. A potem odgrywacie romans, nie jakiś płomienny, tylko subtelny, że niby czujecie do siebie miętę. Spędzacie czas razem, spacery, kolacje, wieczorne szepty przy drinku… Wówczas oni, siłą rzeczy, będą skazani na własne towarzystwo.
– Dajże spokój! – W głosie Tymona wybrzmiało błaganie o litość.
– Hej, żadne „dajże spokój”. Ktoś tu kiedyś obiecywał, że się odwdzięczy za przysługę, prawda? – wtrąciła Natalia. – „Zaciągnąłem u ciebie dług”. Padły takie słowa czy mi się śniło?
Nawiązywała do sytuacji, w której po rozstaniu z żoną Tymon przez trzy tygodnie pomieszkiwał u przyjaciółki. Nie zamierzała mu tego wypominać, broń Boże. Inna sprawa, że dotychczas nie było okazji, by poprosić o rewanż.
– Wiesz przecież, że nie znoszę podróżować! Proś, o co chcesz, ale nie każ mi… Natka, to nie wypali! To się nie może udać!
– Ale Tymciu, nie poddawaj się tak od razu – podjęła z zapałem Krwawa. – Wypali wszystko! Poza tym wyjścia są dwa: albo udajecie, że nie znaliście się wcześniej, albo odegracie na lotnisku scenę powitania: „Kopę lat, ach, zobacz, Sandra, to mój kolega z liceum!”, coś w tym stylu.
– Mam pomysł! – wykrzyknęła triumfalnie Natalia, która słuchała nieuważnie, pogrążona we własnych myślach. – Pamiętacie Baśkę Włoszek? Tę wysoką okularnicę, która chodziła ze Zbyszkiem z naszej klasy i tak się struła na studniówce?
Nie pamiętali.
– No, nieważne. W każdym razie ona też jest mi winna przysługę. Swego czasu pomogłam jej zdobyć trudno dostępne leki dla ojca. Co tak patrzysz, Tymon, nic nielegalnego, później dostarczyła receptę.
– No i co z tą Baśką? – ponagliła ją Maria.
– Ano tak się składa, że ona prowadzi tu w Łodzi biuro turystyczne. Nie wiem, co mają w ofercie, pewnie bez wielkich luksusów, ale nie o luksusy przecież nam chodzi. I to nie mogą być zwykłe wczasy, potrzebujemy wycieczki objazdowej. Gdybyśmy wykupili pobyt, istniałoby ryzyko, że moja siostra nie wyściubi nosa poza hotel. A na objeździe będzie do tego zmuszona! W każdym razie Baśka wszystko nam ogarnie. Nasza parka pozna się już na lotnisku. Tak jak mówiłaś, odegramy scenę zaskoczenia. Tymek, nie przesadzaj, ty chorobliwy domatorze. Raz na ruski rok możesz się gdzieś wybrać. Harujesz jak wół, zarabiasz pieniądze i co z tego masz? Trzeba się czasem szarpnąć na prawdziwy urlop. – Umilkła, rozważając kolejne ruchy. – No dobra, to teraz burza mózgów: jak podejść tę parkę, żeby oni w ogóle zechcieli nam towarzyszyć?
Okularnica Baśka od jakiegoś czasu nie była już okularnicą, nosiła bowiem szkła kontaktowe. Najważniejsze jednak, że pozostała tak sympatyczna jak dawniej. Oraz – że natychmiast pojęła, w czym rzecz.
Chwyciła w dłoń długopis i przysunęła sobie kartkę, by zaakcentować gotowość do sporządzania notatek.
– Czekaj, ustalmy fakty – zaczęła. – Ty zamierzasz z nią jechać?
– Tak, koniecznie. Sama się nigdzie nie wybierze.
– Racja. Ale z drugiej strony w twoim towarzystwie ma mniejsze szanse na romantyczną znajomość. Wierz mi, znam tę branżę od podszewki. Samotne kobiety często wracają z wakacji zakochane. Natomiast te, które jeżdżą w parach, znaczy z przyjaciółką, mamą, ciotką…
– Wiem, wiem! Kiszą się w babskim sosie – skwitowała Natalia. – Ja to doskonale rozumiem, ale chwilowo nie ma takiej opcji, że moja siostra wybierze się gdziekolwiek sama! Posłuchaj, jak my to wymyśliłyśmy z Krwawą… Pamiętasz ją? Nieważne. No więc plan jest taki: ja niby proszę Sandrę, aby pojechała ze mną na wycieczkę. Najlepszy byłby objazd, żeby nie mogła ciągle siedzieć w hotelu. Macie coś takiego w ofercie?
Barbara rozprostowała ramiona, jakby nabierała wiatru w żagle. Wyraźnie była w swoim żywiole.
– Zacznę od tego, że w ofercie mamy wszystko, czego tylko sobie klienci zażyczą. Jesteśmy elastycznym biurem. Z jednej strony proponujemy podróże indywidualne, „skrojone na miarę”, a z drugiej współpracujemy też z innymi touroperatorami. Bez problemu mogę was dołączyć do już zorganizowanej grupy. Zaraz wyszukam, tylko czekaj, ustawię filtry. Objazd. Bez wyżywienia czy ze śniadaniami?
– Śniadania, koniecznie!
– Dobrze… Maksymalna długość wyjazdu?
– Myślę, że nieprzekraczalną granicą są dwa tygodnie.
– A termin?
Natalia się zawahała. Z jednej strony jako osoba dość impulsywna pragnęła zabrać siostrę w podróż jak najprędzej; z drugiej nie miała pojęcia, w jakich rejonach świata panują o tej porze roku dobre warunki do zwiedzania. W końcówce marca pogoda w Polsce była okropnie kapryśna, a jej marzyła się odrobina słońca.
– Doradzisz? – poprosiła. – Gdybyśmy pojechały teraz, niedługo, dajmy na to w kwietniu, najpóźniej w maju… To jakie kraje wchodziłyby w rachubę?
Barbara stukała przez chwilę w klawiaturę, a potem zmarszczyła nos i czoło, intensywnie wpatrując się w monitor laptopa.
– Kwiecień… – zaczęła. – Bo na majówkę to zawsze drożej. No więc jeśli kwiecień, to na przykład w Peru mamy już koniec pory deszczowej.
Natalia oniemiała. Peru?! Myślała raczej o Malcie, Krecie, może Turcji lub Grecji. Peru nawet nie przeszło jej przez myśl. Już sama nazwa brzmiała tak fantastycznie, jakby… Jakby ktoś zaproponował jej wyprawę na Marsa. I choć nie tylko nie miała problemów finansowych, ale wręcz – jako właścicielka trzech aptek – uważała się za osobę bardzo zamożną, nagle ogarnął ją strach, że nie stać jej na taką eskapadę. A już na pewno nie stać na nią Sandry.
– Nie wiem, czy to nie wyjdzie za drogo – rzuciła ostrożnie. – Bo przecież na przykład Machu Picchu musi koszmarnie dużo kosztować…
Barbara milczała, wciąż z tym swoim marsem na czole, zajęta wyszukiwaniem oferty. Wreszcie odsapnęła i odchyliła się w fotelu, a jej oblicze wyraźnie się wygładziło, jakby największe trudności zostawiła już poza sobą.
– Wcale nie tak dużo, pod warunkiem że nie celujesz w luksusy. Wszystko jest kwestią skali, jeśli wiesz, co mam na myśli. Na przykład Antarktyda z biurem Albatros to już sporo, ponad sześćdziesiąt tysięcy od osoby.
Natalia aż się zatchnęła.
– Ale Peru? – ciągnęła niezrażona Baśka. – Zmieścimy się w czternastu tysiącach. Największe wydatki oczywiście generują przeloty, na to nie ma rady, ale mogę poszperać, z przesiadkami na pewno będzie taniej. Znalazłam małe biuro, MistiTravel. Organizują kameralne wyprawy w grupach do czternastu osób… Przełom marca i kwietnia już wyprzedany, ale na drugą połowę kwietnia jest sześć wolnych miejsc.
Natalia uznała, że musi ją wtajemniczyć w kolejne szczegóły planu.
– Bo widzisz, to ma być tak: ja namówię Sandrę, żeby pojechała ze mną. W tym samym czasie Tymon zwerbuje swojego kuzyna. I potem nastąpi najtrudniejsze, czyli my będziemy udawać, że się mamy ku sobie, wtedy tamci siłą rzeczy będą musieli spędzać czas razem.
– Dlaczego to jest najtrudniejsze?
– Bo przyjaźnimy się od czasów liceum, Tymek jest dla mnie jak brat. Sama pomyśl, zwierzałam mu się z moich perypetii z facetami, on mi się wypłakiwał w mankiet po rozwodzie. Przytulanie się do niego to niemal kazirodztwo.
Baśka poskrobała się długopisem po brodzie.
– Rzeczywiście – przyznała. – Aż niesmaczne.
– A w ogóle najbardziej boję się tego, że cokolwiek wymyślę, Sandra i tak oświadczy, że nigdzie nie jedzie.
– Chyba żebyś jej wkręciła bzdurę, że jak we dwie, to sporo taniej.
– Mówisz?
– I właściwie wcale nie byłaby to taka bzdura, bo za pokój jednoosobowy faktycznie się dopłaca. Albo możesz powiedzieć, że miał z tobą jechać ktoś inny, ale się wycofał i teraz chcą cię dokwaterować do obcej osoby…
– W porządku. Coś wybiorę, dzięki za pomysły – skomentowała Natalia ostrożnie. – Sandra do tego stopnia się na tym nie zna, że pewnie łyknie wszystko jak pelikan. W każdym razie taką mam nadzieję. Ty w razie czego potwierdzisz, dobrze?
Barbara skinęła głową.
– Potwierdzę. Tylko daj mi znać, jak to dokładnie obmyśliłaś, żebyśmy sobie nawzajem nie przeczyły.
Natalia poczuła, jak w jej sercu rozlewa się ciepełko otuchy i nadziei. To się może udać, pomyślała.
– No dobrze, czyli sprawę mamy wstępnie załatwioną. Oby tylko zatrybiło między Sandrą a tym kuzynem. Przystojny jak diabli, ale trochę zanadto w typie jej eks.
Barbara zamyśliła się na moment.
– Może to dobrze? – odparła wreszcie. – Prawdopodobnie fizycznie będzie jej odpowiadał.
– Rzecz w tym, że ona się bardzo, bardzo zraziła. Bardziej chyba już się nie da. Przydałby się jakiś szatyn albo blondyn, żeby nie budził skojarzeń. Ale, jak znam życie, dużego wyboru facetów na takiej wycieczce nie będzie, co? Większość klientów biur podróży to pewnie małżeństwa lub rodziny. Samotni chyba jeżdżą na własną rękę. Mam rację?
– Teoretycznie tak. Tyle że rodziny korzystają raczej z usług tych większych biur, gdzie jest bardziej komfortowo, wszędzie dowozi cię autokar i tak dalej. Natomiast MistiTravel oferuje zupełnie inne wyprawy, więcej przygód niż wygód, tak bym to w skrócie ujęła.
Teraz z kolei zamyśliła się Natalia. Nie wiedziała, czy jest gotowa na takie proporcje. Nie miała nic przeciwko przygodom, lecz wygody także byłyby mile widziane. Jeśli jednak mogła w ten sposób pomóc Sandrze, wybudzić ją z emocjonalnego letargu, w którym tkwiła od śmierci Jaśka, to brak komfortu wydawał się niewysoką ceną.
– Okej, bierzemy Misti – zadecydowała. – A poza Peru jakie kierunki byłyby do wyboru?
– Niech zerknę… – Barbara przez chwilę stukała w klawiaturę. – Z tego biura mogę ci jeszcze zaproponować parki narodowe USA w maju, ale to prawie trzy tygodnie i wyjdzie znacznie drożej. Z kolei od innych touroperatorów mam wycieczki autokarowe na maj i czerwiec: „Rumunia szlakiem hrabiego Draculi”, „Stolice krajów nadbałtyckich”, „Alpejskie widoki”. Natomiast samolotem… Ewentualnie Kanary, objazd trzech wysp, tyle że to już w licznej grupie.
– Jak licznej?
– Biuro nie podaje, ale z doświadczenia wiem, że co najmniej trzydzieści osób. No i nie mogę ci zagwarantować, że to nie będą rodziny z dziećmi.
Natalia pokręciła głową. Na takie ryzyko nie mogła sobie pozwolić, bo efekt mógłby być odwrotny do zamierzonego – zamiast wyciągnąć siostrę z emocjonalnego dołka, wepchnęłaby ją w niego jeszcze głębiej.
– Nie, za dzieci chwilowo dziękuję! A powiedz, Basiu, czy to się da tak zrobić, żebyśmy, mam na myśli mnie i Tymona oraz Sandrę i Alberta, dostali miejsca w samolocie obok siebie?
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Zakochaj mnie
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
Epigraf
Meritum publikacji
