Zaginiona siostra - Buchanan Tracy - ebook + książka
NOWOŚĆ

Zaginiona siostra ebook

Buchanan Tracy

4,3

45 osób interesuje się tą książką

Opis

Jak daleko się posuniesz, aby odnaleźć rodzinę?

Komu zaufasz, gdy zawiodła cię najważniejsza osoba w twoim życiu?

„Urzekła mnie ta opowieść. Trzyma w napięciu, wzrusza do łez, wspaniała. Polecam!”

Kerry Fisher, autorka bestsellerowej Posłusznej żony

Becky podnosi słuchawkę telefonu i po drugiej stronie słyszy bardzo słaby głos. W jednej sekundzie dociera do niej jednak, z kim rozmawia.

To matka, Selma. Nie kontaktowały się ze sobą od lat, a teraz tej kobiecie, która porzuciła ją i jej ojca dla innego mężczyzny, niezależności oraz kariery pisarskiej, pozostało zaledwie kilka dni życia. I coś ważnego chce przekazać córce:

Miałam drugie dziecko, z Idrisem.

Dwie kobiety, dwadzieścia lat milczenia i próba dotarcia do prawdy, która wstrząśnie światem Becky. Od tej pory jej życie nie będzie już takie samo.

Poruszająca opowieść o rodzinnym dramacie, tajemnicach, kłamstwach i trudnych kobiecych wyborach. Czytelniczki Kerry Fisher odnajdą w niej swój ulubiony świat.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 482

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (22 oceny)
11
7
4
0
0
Sortuj według:
AT_Czlonka

Nie oderwiesz się od lektury

Takie książki czyta się z ciekawością, bo to jest dobra historia opowiedziana ciekawie, kawałek po kawałku odkrywa prawdę a koniec jest zaskakujący, warto przeczytać.
00

Popularność




Tytuł oryginału: The Lost Sister
Opieka redakcyjna: LUCYNA KOWALIK, ANDRZEJ STAŃCZYK
Redakcja: ANNA RUDNICKA
Korekta: MARIA ROLA, LIDIA TIMOFIEJCZYK, KRYSTYNA ZALESKA
Opracowanie okładki i stron tytułowych na podstawie wydania Avon (2018): MAREK PAWŁOWSKI
Ilustracje na pierwszej stronie okładki © Arcangel/AA1850648 (kobieta, tło), AA1629543 (plaża) © Shutterstock/583423594 (ptaki), 749721766 (postać w tle)
Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ
© Copyright by Tracy Buchanan, 2018 © Copyright for the Polish translation by Agnieszka Sobolewska © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie, 2021
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-07276-9
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: [email protected] Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Dla Archiego. Tęsknimy za Tobą.

ROZDZIAŁ 5

BECKY

Sussex, Wielka Brytania

1 czerwca 2018

Becky musi usiąść, kiedy słyszy w telefonie głos mamy. Zaciska dłoń na poręczy fotela, usiłuje kontrolować oddech.

D z i e s i ę ć  l a t.

Minęło dziesięć lat od ich ostatniej rozmowy. Pokłóciły się wtedy, bo mama nie paliła się do przysłania pieniędzy, żeby pomóc Mike’owi po wypadku, który miał we Francji. Wcześniej co prawda też nie rozmawiały zbyt często. Spotykały się sporadycznie na jakiejś krępującej kolacji z okazji czyichś urodzin, czasem mama przysłała list. Oczywiście następnego dnia po tym telefonie przyszedł czek dla taty. Ale słowa, które wypowiedziała, próbując się bronić, gorycz i nienawiść, jakie kierowała do taty, te wszystkie kłamstwa były kroplą, która przelała czarę.

Aż do teraz.

Mama odchrząkuje.

– Powiedział, że powinnam zadzwonić.

– Kto tak powiedział?

– Irytujący pielęgniarz, który teraz stoi nade mną. Naprawdę szkoda, że nie widzisz, jak na mnie patrzy. – W tle słychać głos i śmiech.

– Jesteś w szpitalu? – pyta Becky.

Westchnienie.

– Na to wygląda.

Gdzieś w dole kręgosłupa Becky zaczyna kiełkować strach, ale odpędza go od siebie. Z mamą nigdy nic nie wiadomo. Musi poczekać, co powie, zanim zareaguje.

Podchodzi Summer, trąca ją nosem, kładzie pysk na kolanach, jakby wyczuwała jej zdenerwowanie. Becky poklepuje sukę po głowie, czerpie z niej siłę.

– Dobrze się czujesz? – pyta Becky uprzejmie, jakby zwracała się do znajomej.

– Umieram.

Telefon wypada Becky z ręki. Udaje jej się go złapać, zanim uderzy o podłogę. Przybiegają dwa pozostałe psy, robiąc tłok w korytarzu. Becky wstaje, przyciska komórkę do ucha.

– Poczekaj. Poczekaj. Co ci jest? – pyta drżącym głosem.

– Rak. Oczywiście, że rak. Cóż by innego?

– Jezu. – Becky chodzi tam i z powrotem po korytarzu, psy drepczą za nią. – Naprawdę powiedzieli ci, że umierasz? To znaczy lekarze?

– Tak.

Medyczne wykształcenie Becky nagle daje o sobie znać. Chwyta się go, jakby było kotwicą ratującą przed utonięciem.

– Jaki to rak?

– Piersi.

– Miałaś chemię? Są nowe leki, nowe terapie. Masz pieniądze, można...

– Och, skarbie, mój przypadek jest beznadziejny.

Becky czuje napływające do oczu łzy. Spogląda w sufit. Właściwie nieważne, co jej mama zrobiła. To rodzina, krew z krwi, kość z kości. Kobieta, która ją urodziła, w której ciele rosła przez dziewięć miesięcy.

A teraz umiera. Za chwilę jej nie będzie, tej osoby, z myślą o której budzi się codziennie rano, na przekór wszystkim swoim staraniom.

Becky oddycha głęboko, próbując się uspokoić.

– Ile czasu ci zostało?

– Kilka dni. Z tego, co mówią.

Becky nagle czuje mdłości. Jak to „dni”?

– Jesteś tam? – Głos mamy się załamuje. Pierwsza oznaka bezbronności.

Becky ogarnia taki smutek, że ledwie może oddychać.

– Przepraszam, mamo, usiłuję ułożyć to sobie w głowie – szepcze.

Przez dłuższą chwilę milczą. Tylko oddychają razem, matka i córka.

– Przyjedziesz? – pyta w końcu mama, słabym głosikiem jak u dziecka. – Nie chcę umierać sama.

Becky zakrywa dłonią usta, tłumiąc szloch.

– Oczywiście. Gdzie jesteś? Zaraz przyjadę.

Oddział, na którym leży mama, nie jest aż tak ponury, jak Becky się spodziewała. Na ścianach wiszą wesołe obrazki. Przez duże okna z tyłu widać nawet urocze sklepiki jej rodzinnego miasteczka, między innymi niewielką księgarnię, w której kiedyś mama miała spotkanie autorskie (trzy lata po tym, jak ich zostawiła). Becky mieszkała już wtedy z tatą w Busby-on-Sea, zdążyła zaaklimatyzować się w szkole... No, prawie. Przyzwyczajenie się do życia, w którym nie ma mamy, nie ma żadnej kobiety, zajęło jej trochę czasu. Bywało trudno, na przykład kiedy musiała kupić sobie pierwszy stanik. Pogawędka przez telefon ani szybki lunch, wciśnięty w napięty pisarski grafik mamy, nie pozwalały na takie rozmowy. Miała nadzieję, że podczas wspólnego weekendu z okazji premiery nowej powieści będzie inaczej, ale mama była strasznie zajęta, zdenerwowana organizacją imprezy i przejęta ćwiczeniem swojego wystąpienia. „Twoim zdaniem dobrze to brzmiało, Becky? Ten kawałek o tym, że pisanie jest jak boja, która utrzymuje mnie na powierzchni? A może lepiej dać: «łódka»?”. Spędziły wtedy razem tak niewiele czasu, że żadne rozmowy o kupowaniu staników nie wchodziły w grę. Jedenastoletnia Becky poszła na premierę nadąsana i pełna urazy – na żadnym zdjęciu się nie uśmiecha.

Teraz w witrynie tej księgarni wisi plakat reklamujący książkę pod tytułem Jaskinia jako „porywającą debiutancką powieść Thomasa Delaneya”. Jest też zdjęcie autora, trzydziestolatka, z lekką nadwagą, podpierającego się laską.

Dziwnie było wrócić do tego miasta, które opuściła wiele lat temu, zobaczyć znajome strzeliste kredowe skały, piaszczystą zatokę i staroświeckie sklepiki. Może gdzieś w głębi duszy wiedziała, że kiedyś tu wróci właśnie z tego powodu: choroby albo śmierci mamy. Ale nie tak szybko.

Przed wejściem na oddział przystaje na chwilę. Ostatni raz była tu jako noworodek na oddziale położniczym, piętro niżej. Myśli o zdjęciach, które kiedyś przeglądała po odejściu mamy, zwłaszcza przypomina jej się to, na którym matka trzyma w ramionach córeczkę i patrzy na nią, jakby ta maleńka istotka była dla niej czymś dziwnym, obcym.

Becky wzdycha i ze ściśniętym żołądkiem zatrzymuje się przy drzwiach z napisem: „Oddział III. Onkologia”. Często widywała słowo „onkologia” w notatkach i książkach. Dotyczyło jej pacjentów, co już i tak było trudne, ale teraz odnosi się do jej mamy.

Bierze głęboki wdech i wchodzi na oddział, mija uśmiechnięte słoneczka i puszyste chmurki na ścianach. Wie, że mama byłaby nimi zniesmaczona. Jej dawny gabinet w ich pierwszym domu był ciemny i ponury: na jednej ścianie jesienny leśny pejzaż, pozostałe pomalowane na brązowo, mahoniowe meble, nieliczne przebłyski koloru w postaci ciemnofioletowych poduszek i szkarłatnych długopisów. Na pewno czuje się w tym szpitalu nieswojo.

Może dlatego mnie potrzebuje – myśli Becky. – Znajomej twarzy.

Czy jednak rzeczywiście jest taka znajoma? W końcu nie widziały się dziesięć lat. Kątem oka dostrzega swoje odbicie w mijanym oknie: blond włosy ściągnięte w nieporządny kucyk, brak makijażu. Stare dżinsy usiane śladami ubłoconych łap. Przynajmniej jasnoniebieska koszulka jest czysta – złapała ją w pośpiechu ze sterty świeżo upranych ubrań. Nadal jednak stanowi kontrast w porównaniu z mamą, jaką pamięta – zawsze elegancką, perfekcyjnie umalowaną. Czy teraz będzie inna? W końcu ma sześćdziesiąt pięć lat.

Becky szuka mamy. Na salę wciśnięto dziesięć łóżek. Leżące na nich pacjentki drzemią. Niektóre mają gości. Na szafkach stoją kartki z życzeniami zdrowia oraz kwiaty, kolorowe i bujne, jakby miały dodać życia obdarowanym, z których ciał to życie umyka.

Korytarzem przechodzi pielęgniarz. Becky zastanawia się, czy to ten sam, który był przy mamie, kiedy do niej dzwoniła.

– Przepraszam – odzywa się, zatrzymując go. – Szukam mojej mamy...

– A, tak – uśmiecha się zapytany. – Musi pani być córką pani Rhys.

Becky kiwa głową. Nie dziwi się, że mama zachowała nazwisko męża: to pod nim znają ją czytelnicy.

– Proszę, tędy – wskazuje drogę pielęgniarz. – Leży w prywatnej sali.

W prywatnej. Oczywiście. W końcu jest znaną pisarką.

– Czy aż tak z nią źle, jak twierdzi? – pyta Becky, kiedy idą do pokoju mamy.

– Niestety tak. Dobrze wygląda, ale nie zostało jej wiele czasu. – Zatrzymuje się i kładzie Becky dłoń na ramieniu. – Bardzo mi przykro.

Becky oddycha głęboko.

– Po prostu nie miałam pojęcia, to wszystko. Nie rozmawiałyśmy od lat.

– Mówiła mi, że była pani na premierze jej ostatniej książki kilka miesięcy temu.

Becky sztywnieje. Znana skłonność mamy do koloryzowania.

– Nie, musiała coś pomylić.

– Zdarza się – kiwa współczująco głową pielęgniarz.

Prowadzi ją wąskim korytarzem z szeregiem drzwi i delikatnie puka do jednych z nich.

– Nie musisz pukać, Nigel! – woła mama. – Już i tak wszystko widziałeś przez tych kilka ostatnich dni.

Dziwnie znów słyszeć jej głos, głęboki i chropawy, zaledwie jakiś metr stąd, a nie przez telefon.

Pielęgniarz się śmieje.

– Przyszła pani córka, pani Rhys.

Becky przygładza włosy, jest zdenerwowana.

– Wejdź! – woła mama.

Pielęgniarz otwiera drzwi.

– To już panią zostawiam – szepcze i odchodzi.

Becky stoi w progu. Nie widzi dokładnie mamy, tylko skraj jej łóżka i duże okno wychodzące na morze. Nagle czuje przemożną chęć, żeby stąd wyjść. Czy matka od niej nie uciekła, kiedy Becky najbardziej jej potrzebowała? Miała tylko osiem lat. A mama odwróciła się na pięcie i odeszła.

Ale Becky nie jest taka jak ona.

Wchodzi do pokoju, a mama wyłania się stopniowo, z każdym krokiem, który robi Becky. Leży w łóżku, z głową odwróconą do okna. Bujne włosy, kiedyś ciemne, posiwiały. Ramiona, dawniej pulchne i opalone, są teraz chude, a skóra na nich – pergaminowa i biała. Policzki ma zapadnięte.

Odwraca się do Becky. Nawet niebieskie oczy się zmieniły. Kiedyś żywe, teraz blade i załzawione, ale ciągle tli się w nich żar. I oczywiście koszula nocna w jaskrawych kolorach: zielone słowiki na tle granatowego nieba.

Mama uśmiecha się lekko i na chwilę czas się zatrzymuje. Becky znów jest ośmioletnią dziewczynką, stojącą na smaganej wiatrem plaży, która wyciąga rękę do mamy, a ta patrzy na nią z uśmiechem.

– Przyjechałaś.

– Oczywiście.

Becky podchodzi, a mama z wysiłkiem podciąga się wyżej na łóżku, poprawiając górę koszuli nocnej. Córka przygląda się jej twarzy. Dostrzega zmarszczki i bruzdy, do których widoku nie jest przyzwyczajona. Mama nigdy nie miała gładkiej cery – kilka śladów po trądziku, kurze łapki wokół oczu, nawet kiedy była młoda – ale one tylko dodawały jej urody. Teraz jednak naprawdę widać po niej wiek. Cierpienie wywołane chorobą.

– Nie taką mnie pamiętasz, prawda?

Jakby czytała jej w myślach.

– Nie widziałyśmy się dziesięć lat.

Becky podnosi książkę ze stojącego przy łóżku krzesła, żeby móc usiąść. Love Angeli Carter. Pamięta, że mama lubiła tę pisarkę.

– Naprawdę aż dziesięć?

– Tak, aż tak długo. – Becky pochyla się do przodu. Czuje, że powinna wziąć ją za rękę, pocałować w policzek. Ale to, co jest między nimi, wydaje się tak kruche, jakby miało prysnąć od jednego dotknięcia. – Od jak dawna wiesz?

– O raku? Od lat.

– Dlaczego mi nie powiedziałaś?

– Odnoszę wrażenie, że ostatnim razem, kiedy rozmawiałyśmy, byłaś łaskawa oświadczyć, że nigdy więcej nie chcesz ze mną gadać.

Becky oblewa się rumieńcem.

– W każdym razie całkiem nieźle dawałam sobie radę, aż dotąd. – Mama naciąga wyprasowaną białą pościel i wzrusza ramionami. – Pewnie musiało mnie prędzej czy później dopaść.

– Masz przerzuty?

– Do mózgu. Do kości. Do wątroby. Zapewne też do skórek przy paznokciach i kosmyków włosów. Wszędzie.

Becky odwraca się, po policzku spływa jej łza. Kątem oka dostrzega, że mama wyciąga do niej rękę.

Ktoś puka do drzwi.

Mama cofa dłoń.

– Proszę! – woła sztucznie pogodnym głosem.

Wchodzi lekarka: wysoka i poważna Hinduska.

– Ach, ma pani gościa – uśmiecha się.

– Tak, to moja córka.

– Jestem Becky.

– Doktor Panchal – lekarka ściska jej dłoń, potem odwraca się do pacjentki. – Jak się pani dzisiaj czuje?

– Jeszcze żyję.

Doktor Panchal patrzy na nią surowo.

– Cieszę się, że pani tu jest – zwraca się do Becky. – Może mama już pani wyjaśniała, że przygotowujemy się do przeniesienia jej do hospicjum, bardzo dobrego. Mają znakomitą renomę, jeśli chodzi o opiekę paliatywną.

Opieka paliatywna. Koniec życia. Koniec życia jej mamy.

– A wie pani, córka jest z pani branży – mówi mama do lekarki.

– Też jest pani lekarką?

– Nie, weterynarką.

– Wspaniale – uśmiecha się doktor Panchal. – Mam dwa koty.

– Jakie? – pyta Becky, chwytając się rozmowy na znajomy temat, żeby nie wpaść głową w dół w głąb króliczej nory smutku i żalu.

– Syjamskie.

– W jednej z moich powieści występuje kot syjamski – wtrąca mama.

– Rzeczywiście – przypomina sobie lekarka. – W Kręgu, prawda?

– Zgadza się. To właściwie moja najmniej ulubiona powieść.

– Naprawdę? – dziwi się doktor Panchal. – Mnie się bardzo podobała!

Becky nadal czuje się dziwnie, słysząc, jak ludzie zachwycają się książkami mamy. Pamiętała wczesne lata, kiedy matka dopiero walczyła o sukces i uznanie. Teraz jednak ma na koncie kilka milionów sprzedanych egzemplarzy. Oczywiście Becky obserwowała to wszystko z daleka, czytała artykuły, w których opisywano mamę jako „autorkę bestsellerów z listy «Sunday Timesa»” i „ulubienicę klubów książki”, oglądała w gazetach jej zdjęcie promocyjne, na którym patrzy w dal na morze z miną Grety Garbo, w okularach słonecznych, będących jej znakiem firmowym. Kilka miesięcy później zdobyła ważną nagrodę literacką, a dzięki kontraktom zagranicznym odniosła też sukces w Stanach.

Początkowo udzielała wywiadów, które Becky czytała i sfrustrowana wyrzucała, widząc poutykane w nich wszędzie kłamstewka: „Mój rozwód był polubowny; nadal widuję się z mężem”. Albo: „Spotykam się z córką, kiedy tylko mogę”.

Stopniowo jednak artykuły ukazywały się rzadziej, kiedy mama zaczęła wycofywać się z życia publicznego – przestała zapraszać dziennikarzy do domu na pogawędki. Becky sama się zdziwiła, jak bardzo miała to mamie za złe. Była spragniona szczegółów z jej życia, których nie mogła poznać podczas krótkich wizyt – kiedy jeszcze się widywały – więc nowa samotność matki ją złościła.

A potem mama się przeprowadziła. Becky dowiedziała się o tym kilka lat temu, z lektury artykułu w jednym z kolorowych magazynów, zilustrowanego zdjęciem „pisarki samotnicy” przed jej nowym wielkim domem, z jaskinią rysującą się poniżej w skalnej ścianie.

Chciała zadzwonić do dziennikarki, która napisała ten tekst, i wrzasnąć: To do tej jaskini uciekła! To dla niej mnie zostawiła. Ale Becky oczywiście tego nie zrobiła. Próbowała za to ignorować każdą wzmiankę o mamie, o rosnącej sprzedaży jej książek i otaczających ją zaszczytach, splendorze i aurze tajemnicy.

– Myślę, że Becky mogła zostać dobrą pisarką – mówi teraz mama.

– Serio? – śmieje się córka.

– Wygrałaś kiedyś ten konkurs na opowiadanie, pamiętasz?

Becky wie, o czym mowa. Wcale wtedy nie wygrała, zajęła trzecie miejsce. Mimo to była z siebie dumna i nawet wzięła opowiadanie na jedno z comiesięcznych spotkań z mamą, które odbywały przez pierwszych kilka lat po jej odejściu. Mama je przeczytała i spojrzała na nią. „Z czasem będzie lepiej”. I tyle, nic więcej.

– Dostałam trzecią nagrodę, mamo.

– Och, pierwszą czy trzecią, nieistotne. To było wspaniałe opowiadanie.

– Nie sprawiałaś wrażenia, żeby ci się podobało, kiedy je przeczytałaś!

– Pewnie dlatego, że usiłowałam ukryć, że zaraz się rozpłaczę. – Spogląda na lekarkę. – Rozklejam się, kiedy czuję się dumna z córki. A co ze sztukami plastycznymi? – zwraca się z powrotem do Becky. – Zawsze tak dobrze rysowałaś. Pamiętasz tego konia, którego mi namalowałaś na czterdzieste urodziny?

– Psa.

– A tak, psa. Cudowny obraz. Gdybyś tylko się przyłożyła i skoncentrowała na...

– Przecież się przyłożyłam i na czymś skoncentrowałam! – wykrzykuje Becky, tracąc cierpliwość. – Jestem weterynarką!

Doktor Pachel unosi brwi.

– No dobrze, zostawię panie, żebyście mogły porozmawiać. – Wycofuje się z pokoju, cicho zamykając za sobą drzwi.

– Trochę jesteś dziś drażliwa – zauważa mama po wyjściu lekarki.

– Zdarza się najlepszym, zwłaszcza kiedy się dowiadują, że ich matka umiera.

Mama się uśmiecha, a wtedy Becky też nie może powstrzymać uśmiechu. Przecież wie, jak humorzasta potrafi być mama. Po co się tym teraz denerwować, kiedy zostało im tak mało czasu?

– To hospicjum, o którym ona wspominała, brzmi dobrze – zagaja, siadając z powrotem.

Mama się krzywi.

– Nie wydaje mi się.

– To naprawdę będzie najlepsze miejsce dla ciebie.

Mama krzyżuje chude ramiona.

– Nie. Nic z tego.

– Ale tutaj nie możesz zostać. Hospicja, takie jak to, o którym mówiła lekarka, istnieją z bardzo konkretnych powodów. I wiele z nich ma wokół piękne tereny. Panuje tam spokój i jest przestronniej – perswaduje Becky najdelikatniej, jak umie.

Mama pociąga za kołdrę, przygryza wargi.

– To bez znaczenia. I tak czułabym się jak w pułapce.

W pułapce.

Becky przypomina sobie nagle mamę stojącą w domu przed lustrem i mówiącą: „Pułapka. Jestem w pułapce”.

Odsuwa od siebie to wspomnienie.

– Posłuchaj, mamo – mówi łagodnie. – Myślę, że to ważne, żebyś...

– Powiedziałam: nie! – Jej głos odbija się od ścian. Mama pochyla się do przodu, chwyta córkę za ręce. – Wiem, gdzie chcę umrzeć i potrzebuję do tego twojej pomocy.

– Gdzie?

– W jaskini. Chcę umrzeć w jaskini.

Becky się cofa.

– Wykluczone.

– Dlaczego?

– Nie rozumiesz, jakiej będziesz za chwilę wymagać opieki. Twoim priorytetem lada dzień stanie się komfort. Odpoczynek i komfort. A jaskinia ci tego nie zapewni.

– Kiedyś zapewniła.

Becky czuje wzbierającą złość. Walczy z pokusą, żeby zapytać, czy myślała o komforcie swojej ośmioletniej córki, która leżała sama w nocy w łóżku i zastanawiała się, kiedy wróci mama. Zmusza się jednak do łagodnego uśmiechu, ściska chudą dłoń.

– Obiecuję, że jeśli pójdziesz do hospicjum, nie będziesz żałować. Dowiem się o nim więcej, i jeszcze o kilku innych, żebyś miała wybór. Myślę, że dojdziesz do wniosku, że to właściwy ruch.

Mama z frustracją kręci głową.

– Proszę cię, Becky, jesteś moją jedyną nadzieją! Ci tutaj nie zaryzykują, mają obsesję na punkcie cholernego bezpieczeństwa i higieny. Co to ma za znaczenie, skoro i tak umieram?

– Przykro mi, nie mogłabym ci tego zrobić. Pójdę i zapytam o te broszury. Potrzebujesz czegoś, mam ci coś przynieść? Pójść do sklepu, kupić czekoladę, jakąś gazetę?

Spojrzenie mamy robi się lodowate, odwraca głowę.

– Nie. Właściwie chciałabym być sama. Chyba najlepiej, żebyś poszła do domu. Już późno.

Becky przygląda się jej przez dłuższą chwilę.

– Na pewno? Mogę zostać.

Mama zawija i wygładza rąbek pościeli.

– Na pewno.

– Dobra. – Becky wstaje. – Masz mój numer, zadzwoń, gdybyś czegoś potrzebowała. Wrócę z samego rana.

Wciąż brak odpowiedzi.

Becky pochyla się nad łóżkiem, ściska ramię chorej.

– Będzie dobrze – mówi cicho. – Prześpij się z tym. Rankiem zawsze wszystko wydaje się jaśniejsze.

– Ktoś powiedział mi kiedyś coś odwrotnego. Że jasność przychodzi z ciemnością. – Mama wzdycha i zamyka oczy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki