Zaczytana i bestia - Ashley Poston - ebook
BESTSELLER

Zaczytana i bestia ebook

Poston Ashley

3,8

131 osób interesuje się tą książką

Opis

Kochasz porywające książki i tajemnicze biblioteki? Najpiękniejsze baśnie opowiedziane na nowo? W takim razie „Piękna i Bestia” w wersji Ashley Poston to dla ciebie absolutny „must read”!

Rosie Thorne czuje, że wszystko idzie nie tak – nie potrafi napisać eseju rekrutacyjnego na studia, nie może zapomnieć o tajemniczym cosplayerze, którego poznała na ExcelsiConie, a już najmocniej dokucza jej smutek po stracie matki. Tymczasem Vance Reigns, odkąd pamięta, jest gwiazdą Hollywood i cieszy się wszystkimi możliwymi przywilejami, do szczęścia brakuje mu tylko prywatności. Kiedy wybucha skandal, jest zmuszony ukryć się w miejscu, w którym paparazzi na pewno nie będą go szukać: w małym amerykańskim miasteczku. Snując się po przypominającym zamek domu, odkrywa ogromną bibliotekę

Kiedy ścieżki Rosie i Vance’a krzyżują się, a drogocenna książka zostaje przypadkiem zniszczona, Rosie musi odpracować dług. I chociaż większość zagorzałych wielbicieli Starfield ucieszyłaby się z szansy, by pracować w pobliżu samego Vance’a Reignsa, Rosie wie jedno: gość jest dupkiem i trudno go znieść. Ale to dopiero zapowiedź nadchodzących kłopotów!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 303

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: Bookish and the Beast

Copyright © Ashley Poston, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Marketing i promocja: Łukasz Chmara, Marta Friedrich

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: NABU Joanna Pawłowska

Projekt layoutu: Timothy O’Donnell

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt ilustracji: Peter Greenwood

Projekt okładki: Elissa Flanigan

Adaptacja okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66553-03-3

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.weneedya.pl

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia

są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych

jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

Księgarzom, bibliotekarzom i każdemu, kto ma serce do książek

GWAŁTOWNIE CHWYTA AMARĘ ZA BRODĘ i szepcze jej do ucha:

– Swoje obowiązki traktuję poważnie, księżniczko. – Ich usta znajdują się tak blisko siebie, że wyczuwa moment, w którym jej oddech przyśpiesza. Przeciąga palcem po jej policzku, po piegach lśniących niczym konstelacje gwiazd, a dziewczyna drży. – I nie pozwolę, byś stanęła mi na drodze do ich wypełnienia.

Przysuwa się do księżniczki, do jej ust, ale nagle czuje ukłucie czegoś ostrego. Spogląda w dół. Przystawiła mu sztylet do piersi.

– Tylko skończona idiotka pozwoliłaby ci sabotować swoją misję, Ambrosie Sondzie, a ja głupia nie jestem. Dobrze wiem, że pracujesz dla mojego ojca.

– Pracuję z nim, nie dla niego. To ogromna różnica.

– Nie widzę żadnej. Czynicie to samo zło.

Nachyla się, wciągając zapach słonego potu na jej skórze i resztki prochu strzelniczego, chociaż ostrze napiera mocniej na jego pierś. Wystarczyłoby jedno silne pchnięcie, żeby sztylet przebił mu serce, ale on zna księżniczkę chyba lepiej niż ona sama.

– W takim razie musisz się przyjrzeć – mruczy pod nosem i odchodzi, zostawiając ją samą na pokładzie obserwacyjnym Skystalkera.

GDY WYDAJE CI SIĘ, ŻE TWOJE życie jest do bani, przypomnij sobie, że to ja zakochałam się w chłopaku, którego imienia nie znałam.

Powiedzmy to sobie szczerze: wcale nie chciałam się zakochiwać. To się stało samo, tak już bywa z miłością. Potykasz się o coś, odpada ci obcas i zataczasz się na jakiegoś nieznajomego w czasie balu maskowego na ExcelsiConie, a ten oczywiście musi akurat trzymać w ręku kieliszek neonowego żółtego ponczu Galaktyczny Twist, który ląduje… absolutnie wszędzie.

I tak oto cały przód twojej spódnicy lepi się od żółtego kool-aida, który, nie bójmy się tego stwierdzenia, przypomina raczej mocz niż Galaktyczny Twist, a w zasięgu wzroku nie ma ani śladu łazienki. Jedno spojrzenie i już wiem, że mój cosplay do niczego się nie nadaje. Podobnie zresztą kostium nieznajomego, jednak chłopak się tym nie przejmuje i idzie dalej.

A w ogóle to nie w nim się zakochałam.

On tylko przyczynił się do mojego zakochania w kimś innym.

Gdybym nie miała na sobie głupiej maski, pewnie zauważyłabym ten larpowy miecz leżący na podłodze. Kto w ogóle odkłada swój miecz na środku parkietu?

Rozglądam się i widzę podejrzanego: kogoś przebranego za Clouda Strife’a, kto musiał odłożyć miecz tuż przed tym, jak zaczął tańczyć Electric Stride.

Cofnęłam się po obcas, zgarnęłam go szybko z podłogi, żeby nikt nie zdążył go kopnąć, po czym zeszłam z parkietu, żeby sprawdzić, czy uda się jeszcze uratować mój strój. Gdybym nie kochała swoich przyjaciół, zostałabym w pokoju hotelowym, by oglądać powtórki The Great British Bake Off. Właściwie to wciąż kusiło mnie, by to zrobić.

Quinn[1] i Annie obiecywali, że bal dobrze mi zrobi. Miał sprawić, że przestanę ciągle rozmyślać o tym, co się wydarzyło w wakacje. Twierdzili… Cóż, właściwie nie ma znaczenia, jakie kłamstwa wymyślili ci przebrzydli krętacze, żeby wyciągnąć mnie z pokoju. Liczyła się odpowiedź na uniwersalne pytanie: kiedy nie będzie już zbyt wcześnie, by wyjść z balu?

– Chyba nie chcesz przegapić magii, prawda? – zapytała wcześniej Annie, prowadząc mnie z pokoju do windy. – W zeszłym roku widzieliśmy, jak Jessica Stone, czyli sama Amara, stanęła na dachu food trucka, żeby odstawić Romea dla swojej Julii. A rok wcześniej Darien, sam Darien Freeman, Carmindor we własnej osobie, wyznał wieczną miłość Geekerelli! Co, jeśli to będzie twój rok?

Nigdy wcześniej nie brałam udziału w ExcelsiConie – konwent zawsze wydawał mi się zbyt duży i głośny – ale wiedziałam, że Quinn i Annie starają się, żebym odbiła sobie poprzedni rok, jak najwięcej się bawiąc.

Zeszły rok był zły, najgorszy.

– Nie wiem, czy wiesz, ale Darien Freeman jest wciąż zajęty – odparłam wtedy. – Jess Stone również.

– Tak, ale spójrz na ten przestwór, Rosie. – Poczułam, jak Quinn bierze mnie pod rękę i prowadzi na taras, pod którym, jakieś trzydzieści pięter w dół, właśnie rozpoczynał się bal ExcelsiConu. – Czujesz to? Tak pachnie ocean możliwości.

– Czuję tylko zapach wymiocin i potu – odparłam.

A jednak dałam się namówić, bo czyż nie cudownie byłoby iść na bal i poznać swojego księcia? Moi przyjaciele dobrze wiedzą, że w głębi serca jestem romantyczką – mama zaaplikowała mi swego czasu zdrową dawkę baśni i romansów – i uwielbiam wszystkie znane ludzkości komedie romantyczne, więc skusili mnie kłamstwami o szczęśliwym zakończeniu.

W końcu jeśli ktoś ma znaleźć miłość w jakimś romantycznym miejscu, dlaczego nie ja? Dlaczego nie w tym roku? Dlaczego nie miałabym zrobić czegoś godnego zapamiętania, żeby zmniejszyć ten ból w piersi?

Mimo wszystko trzeba było posłuchać intuicji, która podpowiadała, by nie wyściubiać nosa z pokoju hotelowego. Minęło może pięć minut, odkąd Quinn i Annie zaciągnęli mnie na bal, a ja już straciłam ich z oczu.

Było mnóstwo ludzi.

Próbowałam ich odszukać – ciężko ich przegapić, bo przebrali się za pływające, świecące, neonowe złote rybki („Jesteśmy przekąską, która odwzajemnia uśmiech!”, Quinn puścił do mnie oko). Sama musiałam na szybko zorganizować strój – założyłam zwyczajny czarny top i białą spódnicę, a na szyi zawiesiłam pusty kieliszek do szotów.

Bo jestem strzałem w ciemno, czaicie? Szot, strzał, te sprawy.

Nikt tego nie czai.

Kilka minut później zupełnie się już zagubiłam, wpadłam na króla Noxów, który rozlał Galaktyczny Twist na mój strój, a potem uciekłam. Wróciłam do wind i wepchnęłam się do pierwszej, która przyjechała, nie patrząc, gdzie jedzie. Ku mojemu rozgoryczeniu zabrała mnie jedynie na dziesiąte piętro i musiałam wyjść, żeby nie udusić się zapachem potu i lakieru do włosów.

Na dziesiątym piętrze znajdowało się głównie lobby z widokiem na salę balową. Tyle dobrego, że panowała tu cisza. Właściwie było znacznie ciszej, niż się spodziewałam, mimo łupiących na dole basów. Nie było mowy, żebym w najbliższym czasie wróciła do windy – wyglądało na to, że ta, z której dopiero co wyszłam, utknęła na piętnastym piętrze, a pozostałe dwie… Cóż, mówiąc oględnie, nie były w najlepszym stanie.

Świetnie, czyli jednak powrót do pokoju nie wchodził w rachubę. I do tego musiałam tu sterczeć w mokrej spódnicy.

Znalazłam drzwi, za którymi znajdował się nieduży taras, więc wyszłam tam. Noc była rześka i ciepła. Zrobiłam głęboki wdech, żeby uspokoić nerwy. W tarasowym ogródku kręciło się tylko kilka osób – jakaś parka przebrana za Pokemony całowała się w kącie, a przy balustradzie stał chłopak.

No proszę, pomyślałam, podchodząc, by nacieszyć się widokiem. Ładny tyłeczek.

Oczywiście nie miało to znaczenia. Oparłam się o balustradę i próbowałam w słabym oświetleniu ocenić stan spódnicy, wycierając plamy garścią serwetek, które ukradłam po drodze ze stolika z drinkami. Teraz cieszyłam się, że wszyscy są na dole i bawią się do dubstepowej wersji Marszu imperialnego, bo dzięki temu tutaj panowały cisza i spokój – od tej pierwszej aż dzwoniło mi w uszach.

Tak jak podejrzewałam, spódnica była kompletnie zalana. Chciałam już tylko wrócić do pokoju, zdjąć szpilki i wskoczyć pod prysznic, żeby spłukać z siebie konwentowy brud. W walizce czekała na mnie książka – nowa powieść z uniwersum Starfield.

Wolałabym ratować galaktykę z nieznośnie miłym Carmindorem niż sterczeć tutaj i modlić się, żeby wieczór już się skończył.

– Strzał w ciemno, co nie?

Jego głos zupełnie zbił mnie z tropu.

Podniosłam wzrok na chłopaka, bo zdecydowanie nie spodziewałam się żadnych pytań ze strony parki trenującej języki. Okazał się irytująco wysoki, ale też ja słynęłam z bycia równie upartą, co niską.

– Słucham? – zapytałam.

Wskazał mój kostium. Sam założył doskonale odwzorowany mundur generała Sonda, nawet miał piękne jasne włosy i krzywy uśmiech, a maska zakrywała akurat taką część jego twarzy, żeby wydawał się pociągający i absolutnie nie do zidentyfikowania.

– Miałem na myśli twój cosplay – dodał po chwili z dziwnym akcentem, który brzmiał jak sztuczny amerykański u ewidentnie nieamerykańskich aktorów, których czasem słychać w telewizji. Był zbyt czysty. – Strzał w ciemno?

Popatrzyłam na swój kostium.

– Technicznie rzecz biorąc, to cosplay tytułu trzydziestej siódmej książki sagi z rozszerzonego uniwersum Starfield. Strzał w ciemno Almiry Ender.

Uniósł brwi tak wysoko, że pojawiły się nad maską.

– Ach, w takim razie przepraszam.

– Ale mało kto by się domyślił – dodałam szybko.

– Ach, teraz widzę – odparł, przekrzywiając głowę. Wskazał rąbek spódnicy. – Masz tam logo Starfield. Bardzo zgrabny detal.

– Tak myślisz?

– Oczywiście. Wszystko jest starannie przemyślane.

– Po prostu nie miałam pieniędzy na dobry kostium – wyjaśniłam, robiąc aluzję do jego doskonałego cosplayu, ale zaraz zdałam sobie sprawę z popełnionego błędu. – Boże, to zabrzmiało jak przytyk! Przysięgam, że nie o to mi chodziło. Tylko że, wiesz, oszczędzam na college i w ogóle… – Ugryzłam się w język. Niestety zawsze paplam bez sensu, kiedy się zestresuję.

– Nie, nie, wcale tego tak nie odebrałem! – powiedział, ledwo maskując śmiech. Nachylił się, tylko trochę, i wyszeptał: – Chcesz poznać sekret? Ten kostium nie należy do mnie. Noszę go w pracy, więc pozwolili mi pożyczyć go na ten wieczór.

– Tylko na ten wieczór?

– No, właściwie cały weekend.

– To musi być naprawdę fajna praca, skoro musisz się do niej przebierać za Sonda.

Znowu się uśmiechnął.

– Owszem. Czyli co, też uciekłaś tutaj, żeby się nie socjalizować?

– Wiem, że wyjdę na straszną nudziarę, ale po prostu nie przepadam za imprezami – przyznałam.

– To faktycznie brzmi nudno.

– Hej!

– Przecież się z tobą zgodziłem! – Roześmiał się. – Ja nie znam nic innego. Imprezy, spotkania towarzyskie, głośna muzyka i tłumy. W takim miejscu można się zgubić.

– Właśnie, nie cierpię tego uczucia.

– Uwielbiam je – odparł, zamykając oczy. – To jak bycie niewidzialnym.

Nie wiedziałam, co powiedzieć, ale miałam ochotę wyciągnąć rękę i dotknąć jego ramienia. Ledwo się znaliśmy, a jednak czułam, że właśnie przyznał się przede mną do czegoś, czego nikt inny o nim nie wiedział. Może on sam też zdał sobie z tego sprawę, bo zaraz zesztywniał. Trzymałam rękę przy sobie, żeby nie powędrowała do góry.

– Czym jest dla ciebie dom? – zapytał.

Wzruszyłam ramionami. Dom? Dla mnie? Skoro i tak już go na pewno odstraszę, równie dobrze mogę opowiedzieć o najnudniejszej rzeczy w moim życiu.

– Małe miasteczko i cicha biblioteka, wpadające przez okna promienie słońca, które sprawiają, że wszystko wydaje się złote i miękkie… – Urwałam, bo już dawno nie przychodziły mi do głowy takie myśli. Od pogrzebu. – Mama nazywała takie chwile złotymi popołudniami.

– Brzmi jak magia.

– Bo to jest magia. Powinieneś to zobaczyć. Może udałoby mi się przeciągnąć cię na ciemną stronę za pomocą gorącej czekolady i dobrej książki.

Na jego usta zabłąkał się prowokacyjny uśmieszek.

– Brzmi jak wyzwanie.

– Och, nie – odparłam, odwzajemniając jego beztroskę i wyobrażając sobie, jak ten chłopak wyglądałby w złotych promieniach zachodzącego słońca, siedząc w fotelu z moją ulubioną książką. – To obietnica.

– W takim razie nie mogę się doczekać – stwierdził poważnie. Potem jego uwagę odwróciło coś za moimi plecami i już miałam obejrzeć się przez ramię, kiedy powiedział: – Może zabrzmi to nieco zbyt bezpośrednio, ale czy nie chciałabyś się przejść? Ze mną? – Wyciągnął rękę.

Pomyślałam o Quinn i Annie tańczących na balu, o książce czekającej na mnie w pokoju hotelowym, o tej nieprawdopodobnej sytuacji, w jakiej się znalazłam. I po raz pierwszy w życiu…

Odsunęłam te myśli na bok.

Chwyciłam jego dłoń, a ten moment wydał mi się nasieniem dmuchawca na wietrze. W jednej chwili spacerowaliśmy ulicami Atlanty, jedliśmy placki ziemniaczane w Waffle House i gadaliśmy na dachu jednego z hoteli aż do wschodu słońca, patrząc na powracających z balu cosplayerów, a wspomnienie to jest tak żywe, że wciąż czuję ten niezwykły zapach jego wody kolońskiej, lawendy zmieszanej z dębem, a w następnej…

Przepadł.

––––––––––––

MINĄŁ MIESIĄC, NIE MAM Z NIM żadnego kontaktu i powinnam zapomnieć o jego istnieniu, a jednak nie potrafię przestać o nim myśleć nawet teraz, gdy skanuję dla mojego nauczyciela matematyki paczkę prezerwatyw jumbo w Food Lion, gdzie pracuję. Staram się unikać kontaktu wzrokowego, odczytując na głos sumę, a on płaci, odwzajemniając się tym samym. Wychodzi ze sklepu tak szybko, jak tylko pozwalają mu na to błyszczące mokasyny.

Masuję nasadę nosa. Płaca minimalna nigdy nie pokryje wieloletniej terapii, jakiej będę po tym potrzebować.

Może mogłabym opisać coś z tego – albo wszystko – w wypracowaniu na rekrutację do college’u, z którym zmagam się od tygodnia, ale kto w komisji chciałby czytać o jakiejś stęsknionej za miłością idiotce wbijającej na kasę paczkę kondomów dla nauczyciela matematyki? Jasne, totalnie zawojowałabym całą komisję rekrutacyjną.

Nagle z drugiego końca rzędu kas dobiega mnie głos Annie:

– Już jest! Już jest! – woła, przeskakując przez ladę i pędząc w moim kierunku.

Już?

Wszyscy na forach dyskusyjnych plotkowali, że będzie o szóstej. Zerkam na zegar na ekranie kasy. Ach, już szósta. Szybko wylogowuję się z systemu, żeby menadżer nie wrzeszczał, że wydurniam się w robocie – teoretycznie jestem na przerwie! – i gaszę lampę nad stanowiskiem, chociaż w kolejce czekają dwie osoby.

– Hej! – rzuca jedna z nich.

– Trzy minuty! – odpowiadam.

– To sprawa życia i śmierci! – dodaje Annie i podnosi telefon. Blask halogenów odbija się od krawędzi osłony ekranu, kiedy Annie podaje mi jedną słuchawkę, a drugą wkłada sobie do ucha.

Zaczyna się trailer.

Ciemność. Potem dźwięk – dudnienie czegoś uderzającego o ziemię. Ostre, wysokie, rytmiczne.

Już w grudniu…

Dopiero sierpień, więc grudzień wydaje się bardzo odległy. Czekaliśmy na sequel półtora roku – cały rok i jeszcze pół! – i mam tak ściśnięty żołądek, że aż nie mogę wytrzymać.

Słychać ciche dudnienie, które przebija się przez słodki dźwięk rogu wygrywającego motyw przewodni Starfield.

Tekst znika i w jego miejscu pojawia się Carmindor klęczący przed noxiańskim dworem. Ma zakrwawioną wargę i ranę biegnącą przez brew. Wygląda, jakby przeszedł tortury, ręce związano mu ciasno za plecami. Oczy skrywa cień rozczochranych włosów.

– Książę Carmindorze, zostaje pan uznany za winnego – oznajmia ktoś głębokim głosem.

Widać też innych członków dworu, pochodzących z różnych rejonów imperium, także emisariuszy z odległych kolonii, reprezentantów Federacji. Wszyscy są ubrani w blade oficjalne kolory. Na ich twarzach maluje się ponura powaga. Na szczycie znajduje się tron; powinien siedzieć na nim władca Imperium Noxiańskiego, lecz teraz stoi pusty.

– Winny udziału w spisku przeciwko Imperium – ciągnie ten sam głos. – Winny zdrady.

Pojawiają się przebłyski z pierwszego filmu – Carmindor u steru Prospero, buńczuczne miny znajdujących się u jego boku Euciego i Zorine, walka między królem Noxów i Carmindorem na Ziondur, moment, w którym Amara żegna się z Carmindorem i zamyka go na mostku…

– Ale przede wszystkim – odzywa się jeszcze głos i powoli wyostrza się ujęcie mężczyzny ubranego w złoto i biel, z długimi, rozpuszczonymi włosami. Przypomina boga Słońca. Jasnoniebieskie oczy, niemal białe włosy, spiczasta twarz i zadarty nos. Rąbek jego stroju jarzy się jak węgielki. Przechodzi mnie dreszcz – uznajemy cię winnym morderstwa naszej księżniczki, naszego światła, naszej Amary.

Czarna Mgławica wciąga statek Amary, widać jej uśmiech, a usta bezgłośnie wypowiadają coś, co przywodzi na myśl słowo ah’blen…

Czyjaś dłoń chwyta włosy Carmindora i odciąga jego głowę do tyłu. Przy jego uchu pojawiają się usta i profetyczny głos generała Sonda szepcze:

– Nikt po ciebie nie przybędzie, księciuniu.

Annie wciąga gwałtownie powietrze. Na ekranie pojawiają się oczy Carmindora – są białe jak oczy wyznawców. Rytmiczne dudnienie staje się głośniejsze. Brzmi jak marsz żałobny, jak zbliżający się drapieżnik, jak odliczanie do końca świata.

Znowu robi się ciemno, po czym w następnym ujęciu oglądamy dwa czarne, idealnie wypastowane buty. Obcasy uderzają o ziemię. Łopoczą poły długiej marynarki munduru w idealnym odcieniu niebieskiego. Zbłąkany błysk rudych włosów – czerwonych jak supernowa. Blask złotej tiary.

Annie chwyta mnie mocno za nadgarstek i ściska. Wiem, przecież wiem.

To ona.

Kamera podąża za nią w kierunku tronu, pokazując mundur Federacji, złote gwiazdy na ramionach, a na koniec twarz. Widać, że się zmieniła. Widać, że to już nie ta sama księżniczka, która oddała się Czarnej Mgławicy. Jest nowa, nieprzewidywalna i niemożliwa.

Serce wali mi jak młotem, kiedy widzę ją ponownie, po powrocie z nieprawdopodobnego wszechświata. Oczy napełniają mi się łzami.

Choć raz śmierć nie jest ostatecznością.

Choć raz, ten jeden raz, miłość wystarcza.

A potem lewy kącik ust Amary drży.

Ekran znowu spowija się czernią, a w tle rozbrzmiewa triumfalnie grany przez orkiestrę motyw przewodni Starfield i pojawia się napis:

STARFIELD: ECHO

I trailer się kończy.

Jeszcze chwilę patrzymy na pusty obraz. Serce zaraz mi wyskoczy z piersi. To się dzieje naprawdę. Amara wraca – nasza Amara.

– Chyba… Chyba popuściłam… – szepcze wreszcie Annie.

Słychać chrząkanie i się odwracamy. To nasz kierownik, pan Jason. Stoi między kasami, czerwony na twarzy, krzyżuje ręce na piersi. Annie szybko wyrywa mi słuchawkę z ucha, zwija kable i chowa telefon do kieszeni fartucha.

– Jeśli jeszcze raz dzisiaj przyłapię was z komórkami, to wtedy… wtedy… – ostrzega, grożąc nam palcem.

O nie, tak się zapieklił, że zabrakło mu słów.

– Przepraszamy. To się już nie powtórzy – rzuca szybko Annie, a Jason kiwa głową, nie do końca jej wierząc, po czym obraca się na pięcie i wraca do swojego biura.

Wypuszczam z ulgą powietrze.

Annie rzuca bezgłośnie: Jeny.

Słuszna uwaga. Jason nie jest dzisiaj w najlepszym nastroju. Lepiej nie ryzykować. Nasz kierownik działa w dwóch trybach: albo ma wszystko gdzieś, albo wszystkiego się czepia. Dzisiaj zdecydowanie włączył mu się ten drugi.

Obsługuję oczekujących klientów, zamykam kasę i wychodzę, żeby ściągnąć wózki sklepowe z parkingu. Na zewnątrz stoi automat do zabawek i czuję, jak mnie przyciąga, a akurat mam dwudziestopięciocentówkę: aż się prosi, żeby sprawdzić, czy przyniesie mi szczęście.

– Zamierzasz spróbować jeszcze raz? – woła do mnie Annie, gdy podchodzę do automatycznych drzwi.

– Jakoś po tym trailerze czuję, że mam farta – odpowiadam, obracając kciukiem monetę, po czym wychodzę na wrześniowy wieczór.

Przy alejce z wózkami stoi automat z zabawkami ze Starfield, w którym są bohaterowie ze starego serialu, chociaż Amara w ogóle nie przypomina Natalii Ford. Jest ubrana w taki skąpy kostium i trzyma pistolet, prawdziwa księżniczka Amara chyba by spaliła cały automat, gdyby to zobaczyła. Figurki Carmindora i pozostałych sześciu postaci wyglądają całkiem nieźle, chociaż mam już tyle Carmindorów, że mogłabym ich wszystkich stopić i ulepić księcia prawdziwych rozmiarów. Przydałby się, gdybym postanowiła w czasie wolnym zacząć naukę rzucania toporkiem.

Może dzisiaj trafi mi się wreszcie Sond. Kto wie?

Wrzucam monetę do automatu. Wypada jajo z figurką, wyciągam ją i potrząsam. Wcale nie brzmi jak Carmindor. Może to Amara? Albo Euci?

Eucich też mam już całą stertę, rany.

Na opakowaniu znajduje się napis: SPÓJRZ W GWIAZDY I PODĄŻAJ ZA PRZEZNACZENIEM!

Czy znajdę w sobie dość odwagi, żeby otworzyć plastikowe jajo i sprawdzić, co skrywa moja przyszłość?

Już mam je wreszcie odkręcić, kiedy ktoś woła moje imię. I to nie z drugiego końca parkingu czy coś, ale, bez kitu, przez megafon.

Podnoszę wzrok.

Cała krew odpływa mi z twarzy.

O nie.

Garrett Taylor stoi na pace swojego pickupa ze sprzętem do karaoke. Na oknie ubłoconego forda rozwiesza teatralnym gestem baner z napisem: ZJAZD ABSOLWENTÓW?.

Co do…

Aha.

Jezu Chryste Matko Boska Aziraphale Crowley.

Świadomość tego, co się za chwilę wydarzy, uderza we mnie jak Prospero świeżo po wyjściu z nadprzestrzeni. A nie mam czasu, żeby uciekać.

– Rosie Thorne – zaczyna mężnie Garrett, obracając na głowie bejsbolówkę. Kępki jego czekoladowo-brązowych włosów wystają z dziury z tyłu czapki, sterczą przy uszach. W lewym uchu błyszczy srebrny kolczyk. – Ty i ja to historia stara jak świat – oznajmia przez megafon, siląc się na bycie inteligentnym i zabawnym.

Ma poważne braki na obu polach, za to wzbudza we mnie sto dziesięć procent przerażenia.

Porzucam wózki na parkingu i próbuję wrócić do sklepu, zanim Garrett zrobi coś, czego będę żałować.

– Rosie! – woła za mną, zeskakuje z auta i pędzi, żeby zablokować mi przejście. Niewiele brakowało, ale niestety mu się to udaje. – Co myślisz? – pyta, pokazując na baner z wielkim napisem. Jego osobiści paparazzi pędzą za nim z drogimi kamerkami GoPro, a ja czuję, jak skierowane we mnie obiektywy powoli wysysają mi duszę.

Od czasu, kiedy stał się popularny na YouTubie, nie mogę go znieść. Wcześniej był w porządku, ale teraz przekracza wszelkie granice. Wszystko musi nagrać i zmonetyzować.

– Garrett – zaczynam mówić, zakrywając ręką kamerkę, żeby nie zarejestrowała mojej twarzy. – Schlebiasz mi, ale…

Chwyta dłoń, którą próbowałam chronić swój wizerunek, i ściska mocno.

– Nie odpowiadaj! Zastanów się, dobra?

– Ale ja się już zastanowiłam…

– Rosie, wiesz tak samo dobrze jak ja, że jesteśmy drużyną! Pamiętasz szkołę podstawową? Byliśmy najlepszą parą w Królu, królu, daj wojaka!

– Nasze nazwiska brzmią podobnie, więc musieliśmy się trzymać blisko…

– A w liceum robiliśmy razem najlepsze projekty z angielskiego.

Próbuję wyrwać się z jego uścisku.

– Musiałam je robić sama!

– I przykro mi, że szkoła średnia nie była dla ciebie zbyt dobra, odkąd zmarła twoja mama i musiałaś przeprowadzić się do rudery, żeby opłacić rachunki za leczenie…

Wszystkie rzeczy, o których wspomina, przyprawiają mnie o gęsią skórkę. Nie ma prawa o tym mówić, kropka. Zwłaszcza przed kamerą.

– …ale chciałbym, żeby ostatni zjazd absolwentów był dla ciebie czymś magicznym. Rozumiesz? Pamiętasz wtedy na placu zabaw? Obiecałem, że będę się tobą opiekować.

– Nie potrzebuję twojej litości, Garrett – warczę, wreszcie uwalniając rękę. – O to ci właśnie chodzi? „Och, biedna Rosie, ma ciężki okres…”

– Jesteś też ładna, jeśli to coś zmienia – rzuca, a jego przyboczni aż się krzywią. Odrobinę za późno dociera do niego, jaką popełnił gafę, bo ja już jestem w połowie drogi powrotnej do sklepu. – Czekaj! Nie to miałem na myśli!

– To naprawdę miło z twojej strony, Garrett – mówię do niego najbardziej mdląco słodkim głosem, na jaki mnie stać. – Nie zasługuję na ciebie.

Wracam do sklepu i gdy tylko znikam z zasięgu wzroku Garretta, chowam się za szeregiem wózków i patrzę, jak odchodzi ze swoją świtą do pickupa, dając im znak, żeby przestali kręcić. Wskakują do auta i odjeżdżają, a baner łopocze na wietrze niczym papier toaletowy, który przykleił się do podeszwy buta.

Wyciągam telefon i piszę do Quinn.

Rosie 18:16

– NIE. UWIERZYSZ. CO. SIĘ. WŁAŚNIE. ODWALIŁO.

Quinn 18:16

– O nie, czy Annie znowu wypiła duszkiem całą butelkę kombuchy?

Rosie 18:17

– Nie ale

– Rosie! – syczy Annie, a kiedy podnoszę wzrok, widzę ją za kasą, jak daje mi znak, żebym odłożyła telefon. Tylko że ja nawet nie…

Rozlega się pisk głośnika i kierownik oznajmia zmęczonym głosem:

– Rosie Thorne proszona do biura. Natychmiast.

Cholera.

Annie wzdycha, przewracając oczami.

No cóż, czas się płaszczyć. Podnoszę się, przybita, i otrzepuję spodnie – ktoś naprawdę powinien zmyć podłogę – po czym ruszam na tyły sklepu. Biuro kierownika znajduje się w lewym rogu, wciśnięte między mrożonki i stoisko mięsne, więc zawsze pachnie tam kurczakiem i karczochami. Pukam do metalowych drzwi, po czym zaglądam do środka. Jason siedzi za gównianym biurkiem, z zapałem zgniatając piłeczkę antystresową z uśmiechniętą buźką. Daje mi znak, żebym weszła, a ja zamykam za sobą po cichu drzwi i siadam.

– Mogę to wytłumaczyć – zaczynam, ale kierownik unosi rękę, więc szybko gryzę się w język.

Przez dłuższą chwilę nic nie mówi. Nasz kierownik to jedna z tych osób, które wieszają na ścianie za biurkiem dyplom ukończenia studiów z pisania scenariuszy, żeby nigdy nie zapominać błędów, jakie popełnili w życiu. Kiedyś marzyli o nagrodach i apartamencie w Los Angeles, a skończyli w sklepie spożywczym na zadupiu. Może pan Jason miał kiedyś gęste czarne włosy, ale postanowił zgolić je maszynką, gdy zaczął łysieć. Szkoda tylko, że nie pozbył się też tych swoich wąsów jak z pornosa, ale nie można mieć wszystkiego.

– Co ja ci mówiłem o telefonie? – pyta cicho.

– Ale na parkingu…

– To już twoja trzecia nagana, Rosie – przerywa mi.

Patrzę na niego z niedowierzaniem.

– Trzecia? To nie może być prawda.

Otwiera teczkę, która leży na jego biurku – nie zauważyłam jej wcześniej – i zaczyna czytać na głos szczegółowy raport z moich przewinień:

– Pierwszą naganę otrzymałaś w zeszłe wakacje, kiedy kazałaś Travisowi Richardsonowi, tutaj cytuję, „turlać dropsa”, pokazując mu środkowy palec.

– Nie chciałam iść z nim na randkę, więc powiedział, że umrę samotna z siedmioma kotami!

– A druga nagana – ciągnie niezrażony – jest z tej wiosny, kiedy nagrałaś filmik na TikToka na samym środku działu z mrożonym mięsem, tańcząc do piosenki…

– If I Can’t Love Her z napisów końcowych Starfield, tak, to pamiętam – mamroczę pod nosem. – Ale zrobił się z tego viral! To znaczy, jasne, mam na koncie kilka przewinień, ale przecież jestem dobrą pracownicą! Raz byłam nawet najlepsza w miesiącu! – dodaję, wskazując ścianę za swoimi plecami.

Pan Jason zamyka teczkę i patrzy na mnie ze znużeniem.

– Posłuchaj, Rosie. Rozumiem, że życie bez matki musi być dla ciebie trudne.

Te słowa przeszywają mi brzuch jak ostrze. Odruchowo zaciskam dłonie w pięści.

– Z pewnością nie jest ci łatwo – ciągnie, jakby wiedział, przez co przeszłam, jakby wiedział, jak to jest, gdy ktoś wyrywa ci kawałek serca. – Przeczytałem dużo książek o tym, że takie zachowanie jest częścią procesu dochodzenia do siebie, ale…

– Przecież ja nic nie robię! – przerywam mu, wstając, lecz on tylko patrzy na mnie z litością. Takie samo spojrzenie widziałam już u nauczycieli, sąsiadów, kolegów i koleżanek z klasy, a nawet obcych ludzi.

Coś we mnie pęka.

Chwytam identyfikator, odpinam i rzucam na biurko.

– Odchodzę.

– Rosie! – rzuca z oburzeniem kierownik, podnosząc się z fotela. – Porozmawiajmy o tym…

Wychodzę z biura, rozpalona gniewem do białości. Zabieram torbę z szafki i nie oglądam się za siebie.

Gdy mijam Annie w drodze do wyjścia, podnosi wzrok znad telefonu, który, inaczej niż ja, umiejętnie schowała pod ladą.

– Rosie?

Nie zatrzymuję się. W oczach płoną mi łzy, bo kierownik miał czelność patrzeć na mnie ze współczuciem. Moja mama umarła. Tak, stało się. Tak, było do bani. Tak, w moim sercu została po niej wyrwa, bo mama już nie istnieje.

Rozumiem.

Tylko że nie mogę znieść tych spojrzeń. Niby ludziom mnie żal, ale tak naprawdę myślą sobie w duchu: cieszę się, że to jej się przydarzyło, a nie mnie.

– Rosie! – woła za mną Annie, ale ja już prawie wyszłam ze sklepu.

– Widzimy się jutro w szkole – rzucam jeszcze na odchodne. Jestem taka wściekła, że nie zwalniam kroku, dopóki nie otworzę gwałtownym ruchem drzwi starego jak świat hatchbacka w kolorze musztardowym i nie zapnę pasów.

Wreszcie cisza.

Ręce mi drżą, zaciskam palce na kierownicy i wypuszczam powoli powietrze. Właśnie tak kazała mi oddychać terapeutka zawsze wtedy, gdy czuję, że świat wymyka się spod kontroli. Jest dobrze. Nic się nie dzieje.

Wszystkobędzie dobrze.

Wtedy przypominam sobie o plastikowym jajku, które wcisnęłam do kieszeni, zanim zaczęła się cała ta katastrofa. Wyciągam je i jeszcze raz nim potrząsam.

Proszę, proszę, niech to będzie Sond.

Otwieram.

Ze środka wypada plastikowa figurka. Niemal białe włosy i fioletowy uniform. Uśmiecham się pod nosem i oplatam palcami maleńkiego generała Sonda, wspominając chłopaka na hotelowym tarasie. On nie patrzył na mnie, jakbym była zepsuta, jakby nie dało się mnie już naprawić. Szkoda, że nie poznałam jego imienia. Mogłam go bardziej naciskać, chociaż pytałam wielokrotnie…

A on za każdym razem uśmiechał się i mówił:

– Powinnaś zgadnąć.

– To niesprawiedliwe, nie dajesz mi żadnych podpowiedzi! Dobra, ja tobie swojego też nie zdradzę. Będziesz musiał zgadnąć.

Zaśmiał się pod nosem.

– Ile mam prób?

– Masz czas do rana – postanowiłam.

– Do rana – powtórzył.

Szkoda, że nie mogę się cofać w czasie i raz po raz przeżywać tamtej nocy. Ale… nie ma znaczenia, co bym chciała, bo tamta noc już się skończyła, chłopak przepadł – w jednej chwili był, a potem już nie.

[1] Quinn jest osobą niebinarną. W związku z tym w całej książce imię postaci pozostanie nieodmienione, a odnoszące się do niej czasowniki będą miały formę niebinarną. (przyp. red.)

– MOŻESZ TO ŚCISZYĆ? MAM FATALNĄ migrenę – mamroczę, mijając salon, gdzie Elias ogląda konkurs śpiewania z playbacku. Wyjmuję z lodówki butelkę wody, odkręcam i wypijam duszkiem połowę. Przyciskam chłodny plastik do czoła, ale niewiele pomaga na ból. – Masz może jakieś tabletki?

Elias odchyla głowę, żeby zajrzeć do kuchni.

– Sprawdź w szafce po lewej, na dolnej półce.

We wskazanym miejscu znajduję jakiś tani szajs, ale zawsze to lepsze niż nic. Połykam i popijam wodą, po czym wyciągam ciastko z paczki nad lodówką.

– Ooo, chodź tutaj. Chyba Darien zaraz wejdzie na scenę – woła Elias.

Ostatnie, co chciałbym teraz oglądać, to występ kolegi z planu, ale potem słyszę płynący z głośników aksamitny głos Davida Bowiego i powoli ruszam do salonu.

– Ja pitolę – mamroczę z ustami pełnymi okruchów, patrząc, jak Darien Freeman udaje, że śpiewa Do You Know the Babe na żywo w telewizji.

W każdej innej sytuacji śmiałbym się do rozpuku z tego, jak upokarza się na oczach milionów widzów, ale omal nie krztuszę się ciastkiem, kiedy zaczyna stepować.

– Pomyśl tylko, to mogłeś być ty – komentuje Elias, niespeszony widokiem, podczas gdy mnie już do końca życia będzie prześladować wizja Dariena Freemana przebranego za króla Goblinów z Labiryntu w seksownej halloweenowej wersji: z błyszczącym trykotem i kabaretkami, a do tego zachwycającą blond peruką.

Było to bardzo podobne do oglądania katastrofy kolejowej w zwolnionym tempie. Reflektory się rozświetlają, a Darien wyciąga szpicrutę i klepie się nią po udach.

Dobrze, że przynajmniej widownia jest zachwycona. Fani wymachują plakatami, a na nich widać hasła: CHCESZ ZE MNĄ WABBA WABBA? albo URATOWAŁEŚ AMARĘ!, czy JESTEM SINGIELKĄ i KOCHAM CIĘ, DARIEN! Do tego jest też wiele innych tekstów, które naprawdę ktoś powinien zamazać. Darien na koniec piosenki robi pełny szpagat i pośród widzów zapanowuje całkowity chaos.

No cóż, Tom Holland może się przy tym występie schować.

– Idę do łóżka – oznajmiam, bo oglądanie tego przyprawia mnie o jeszcze większy ból głowy, ale nie zdążę dokończyć zdania, a już bezwiednie przekładam nogę przez oparcie kanapy i siadam obok Eliasa. On zajął miejsce w kącie narożnika, ubrany w wygodny niebieski szlafrok, ciemne mokre włosy przykleiły mu się do szyi. To kumpel mojego ojczyma i obecny opiekun – z wielu powodów.

Sansa, moja owczarka niemiecka, leży wyciągnięta po drugiej stronie. Szczeka na coś, co tylko ona sama słyszy.

– Ciii, Sansa, oglądamy właśnie idiotę w jego naturalnym środowisku – mówię do niej, na co Elias prycha pod nosem.

Na ekranie telewizora dwóch sędziów podbiega do Dariena, który wstaje, z szerokim i głupim uśmiechem na ustach zdejmuje perukę i macha mokrymi od potu czarnymi włosami. Tłum szaleje. Darien puszcza do nich oko.

Jessica Stone, która w tym samym filmie gra księżniczkę Amarę, siedzi na kanapie kibiców w olśniewającej złotej sukience. Gapi się na Dariena z otwartymi ustami i nie wiem, czy naprawdę jest zaskoczona tym szpagatem, czy tylko udaje.

– Cóż za występ! – zachwyca się prezenterka.

Współprowadzący program zgadza się z jej oceną.

– Proszę państwa, oto Darien Freeman jako seksowny Król Goblinów! Jak się czujesz?

– Czuję, że wygram – oznajmia Darien przed widownią, szczerząc zęby, po czym odwraca się do Jess i dodaje: – Wybacz, ah’blena. – Puszcza do niej oko, a ona pokazuje mu język. Nastolatki w pierwszym rzędzie piszczą, kiedy pada słowa ah’blena, jakby połechtał najwrażliwszy punkt w ich duszach. – Jesteś najlepszą przeciwniczką.

– I najlepszą koleżanką z planu – rzuca Jess.

– I najlepszą koleżanką z planu.

– A skoro już o tym mowa, muszę o coś zapytać – mówi prezenterka, przysuwając się nieco bliżej Dariena, a ja czuję, jak przebiega mnie dreszcz. – Myślisz, że udałoby ci się namówić Vance’a Reignsa do udziału w naszym programie?

– Nigdy – mówię na głos, kładąc nogi na stoliku. Kradnę Eliasowi garść popcornu, trochę dla mnie, trochę dla Sansy, po czym Elias strzepuje mi stopy ze stolika i patrzy spode łba, bo to nie jest nasz dom.

To i tak nie ma znaczenia, bo jeśli coś zniszczę, mogę odkupić.

– Oczywiście już po tym, jak wróci z urlopu – dopowiada prowadząca z uśmiechem.

– Urlopu? Raczej wygnania – mruczę pod nosem.

– Chyba przesadzasz – stwierdza Elias.

Darien wybucha śmiechem.

– Zobaczę, co da się zrobić. Nic nie obiecuję. Ale! Mogę dać wam jedną rzecz, na którą na pewno czekaliście.

Jess kiwa głową.

– Pierwszy raz pokażemy wam fragmenty Starfield: Echo!

Kończę popcorn i wstaję z kanapy.

– Dobra, to ja idę do łóżka…

– Najpierw wypuść Sansę – przypomina mi Elias.

– Jakbym mógł zapomnieć o mojej psinie? Mojej kochanej psinie! – Drapię Sansę za uszami, a ona radośnie wywala różowy jęzor, po czym schodzi z kanapy i rusza za mną do tylnych drzwi. Czasami mam wrażenie, że to jedyna dziewczyna, której nie obchodzi, kim jestem. Pewnie dlatego, że nie jest w stanie pojąć idei gwiazdora filmowego słynącego z głupich pomysłów. Jednak wolę myśleć, że to przez te dodatkowe smaczki, które daję jej w tajemnicy przed Eliasem. Rozsuwam drzwi, a pies wybiega powoli na podwórze. Znajduję włącznik lamp zewnętrznych i naciskam. Sansa nadstawia uszu i pędzi w ciemność za basenem, obok komórki na narzędzia i w głąb podwórza.

Wkładam ręce do kieszeni i kopnięciem posyłam jakiś kamień do wody, by patrzeć, jak opada na samo dno basenu.

Wszyscy nazywają to urlopem, ale się mylą.

To wcale nie była moja decyzja.

Ojczym podjął ją za mnie.

– Przyda ci się solidna nauczka, skoro nie potrafisz dorosnąć – oznajmił.

Myślał, że zabierając mi wszystkie zabawki, wszystkie samochody, wszystkich przyjaciół, ukarze mnie za – za co właściwie? Za dobrą zabawę? Chyba wydaje mu się, że wygnanie na zadupie czegoś mnie nauczy.

Jeszcze się okaże.

Jedyne, czego zamierzam się nauczyć, to jak całkowicie go ignorować od jedenastego października, kiedy skończę osiemnaście lat. Gdy tylko nadejdzie ten dzień, uciekam stąd. Został miesiąc.

Jakoś to zniosę jeszcze przez miesiąc.

––––––––––––

ZNIENAWIDZIŁEM TO MIEJSCE, GDY TYLKO WYSIADŁEM z samolotu z Los Angeles. Wystarczyły cztery godziny lotu, żebym odniósł wrażenie, że znalazłem się na innej planecie. Wysiedliśmy na najmniejszym lotnisku, jakie można sobie wyobrazić. Jeden terminal, dwanaście bramek. Na zewnątrz wcale nie było lepiej. Za dużo drzew, do tego wszystkie jakimś cudem nadal zielone, chociaż był już wrzesień. Wynajęty kierowca w starym tweedowym garniturze wywiózł mnie na środek niczego i wyrzucił przed domem, który wyglądał jak zamek – miał nawet most zwodzony, dwie wieżyczki i przypominający labirynt ogród różany na tyłach. Zbudowany z szarego kamienia, był chyba ucieleśnieniem marzeń samotnika. Przyjechałem z jedną torbą i niczym więcej. Kierowca odjechał, nie oglądając się za siebie. Zostawił mnie tu na pożarcie kozom czy owcom; nie wiem, jakie zwierzęta można znaleźć na środku terenów rolniczych.

Przerzuciłem torbę przez ramię i popatrzyłem na miejsce, w którym miałem spędzić kilka miesięcy.

– Nie możesz tego ciągnąć, Vance – powiedział ojczym, skazując mnie na to wygnanie. – Może chwila samotności pomoże ci zmienić perspektywę.

Tak się składa, że reżyser Starfield: Echo – najlepsza przyjaciółka mojego ojczyma – posiada dom, z którego akurat nie korzysta.

Drzwi frontowe nie były zamknięte na klucz, wszedłem więc i zdjąłem w przedsionku swoje lacosty. Spodziewałem się zobaczyć na ścianach miecze i szkielety z rozdziawionymi szczękami, ale wnętrze zamku wyglądało, cóż, całkiem nieźle. Podłogi były wyłożone ciemnym drewnem, a chociaż kamienne ściany nie zostały niczym otynkowane, wisiały na nich obrazy z IKEI i czasopisma Better Homes and Gardens.

Będzie mi to musiało wystarczyć.

– Elias, już jestem – zawołałem, rzucając torbę na podłogę, po czym ruszyłem do salonu. Pomieszczenie było przestronne, otwarte, z dwiema długimi kanapami i telewizorem, a w kącie stał nawet fortepian typu baby grand. Tylną ścianę tworzyły same okna, za którymi rozciągał się widok na labirynt i basen. Sięgnąłem po sznurek i zaciągnąłem zasłony.

Lodówka okazała się zaopatrzona, więc Elias musiał się gdzieś kręcić. Wziąłem jabłko z miski z owocami i wgryzłem się, oglądając resztę domu. Łazienka, pralnia, porzucone studio…

Ostatnie drzwi po lewej były otwarte, więc pchnąłem je.

Na ścianach ciągnęły się bez końca półki, a na nich stały książki, te tanie powieści science fiction z rozszerzonego uniwersum, które można było kiedyś kupić na stacjach benzynowych i w sklepach spożywczych. Musiały być ich tutaj setki – na pierwszy rzut oka widać Gwiezdne wojny, Star Trek, Starfield.

Biblioteczka.

Co za szkoda, że wszystkie te książki to strata czasu.

Z korytarza dobiegły mnie czyjeś kroki i Elias, mój opiekun, zajrzał do środka, pokazując głowę z brązowo-siwymi włosami i radosnym uśmiechem. Na mój widok wyrzucił ręce w powietrze.

– Tu jesteś! Słyszałem, że ktoś wchodził, ale przez chwilę wydawało mi się, że to wścibski sąsiad czy coś… Sansa! Nie!

Nagle obok jego nóg przemknęła brązowo-czarna kudłata plama, która rzuciła się na mnie z różowym językiem.

– Ooo, ktoś tu za mną tęsknił! Grzeczna psina, tęskniłaś?

– Nie taka znowu grzeczna! – rzucił Elias. – Zniszczyła już trzy krzaki różane. Trzy!

Podrapałem ją za uszami.

– To może by tak też czwarty, co? Psinko?

– Vance.