Opis

Zaczęło się w sobotę – taki tytuł nosi kolejny kryminał Zeydlera-Zborowskiego. I faktycznie pierwsze zwiastuny afery mają miejsce właśnie tego dnia. Mecenas Natorski zostawia klienta w biurze tylko na chwilę. Kiedy wraca, mężczyzna już nie żyje. W jego plecach tkwi brazylijski sztylet, wbity aż po samą rękojeść. Czy Natorski rzeczywiście – jak sądzi Downar – zabił swego nowego klienta? Kim był ten człowiek? Po co przyszedł do Natorskiego? I dlaczego miał doklejoną brodę? Głowić się nad tym będzie ekipa z komendy stołecznej z dzielnym Downarem na czele. Rozwiązanie zagadki nie musi być jednak takie oczywiste, a podpowiedź może tkwić w lasce z gałką, którą miał przy sobie ów jegomość.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 221

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Zyg­munt Zey­dler-Zbo­row­ski

Za­czę­ło się w so­bo­tę

Re­dak­cja Ewe­li­na Stry­jec­ka-Do­li­wa

Pro­jekt okład­ki Mi­ko­łaj Ja­strzęb­ski

Kon­wer­sja do wer­sji elek­tro­nicz­nej Mi­ko­łaj Ja­strzęb­ski ([email protected]­ko­laj.co)

Edy­cję opra­co­wa­no na pod­sta­wie:

„Ku­rier Pol­ski” 1960, nr 228–288

© Co­py­ri­ght by Zo­fia Bi­ma­li Zbo­row­ska

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two LTW

ISBN 978-83-7565-240-6

Wy­daw­nic­two LTW

ul. Sa­wic­kiej 9, Dzie­ka­nów Le­śny

05-092 Ło­mian­ki

tel./faks (022) 751-25-18

www.ltw.com.pl

e-mail: [email protected]

ROZDZIAŁ I

– Więc we wto­rek…?

– Tak. Niech pan do mnie za­dzwo­ni we wto­rek.

– Czy pan me­ce­nas nie mógł­by się zde­cy­do­wać za­raz… te­raz? Ja mam pie­nią­dze. Ja mogę… ja mogę do­brze za­pła­cić.

Się­gnął do kie­sze­ni. Na­tor­ski po­wstrzy­mał go ru­chem ręki.

– Nie, nie. Tu nie cho­dzi o pie­nią­dze. O ho­no­ra­rium po­mó­wi­my póź­niej. Mu­szę się nad tym za­sta­no­wić. Nie przyj­mu­ję spraw, co do któ­rych nie mam pew­no­ści, że je wy­gram, bo prze­cież… – urwał. Dał­by bar­dzo wie­le, żeby cof­nąć te cheł­pli­we sło­wa. – Je­że­li fa­cet był dzi­siaj w są­dzie, to… – po­czuł, jak go­rą­ca fala krwi ude­rza mu do gło­wy. Wy­da­ło mu się, że w tych ma­łych, świń­skich oczkach doj­rzał drwi­nę.

– No do­brze. Za­dzwo­nię do pana we wto­rek. Do wi­dze­nia, pa­nie me­ce­na­sie.

Uści­snę­li so­bie dło­nie. Na­tor­ski spoj­rzał w za­my­śle­niu na drzwi, za któ­ry­mi znik­nął jego klient. Po­czuł się na­gle bar­dzo zmę­czo­ny.

Roz­pro­sto­wał ra­mio­na, ziew­nął i otwo­rzył okno. W po­ko­ju było sza­ro od dymu.

– Czy mogę już iść, pa­nie me­ce­na­sie?

Drgnął i od­wró­cił się.

– Nie, to zna­czy… tak. Oczy­wi­ście. Może pani iść do domu. Prze­pra­szam, ale je­stem tro­chę roz­tar­gnio­ny.

Spoj­rza­ła na nie­go ze współ­czu­ciem.

– Niech­że się pan tak nie przej­mu­je, pa­nie me­ce­na­sie. Prze­cież nie moż­na za­wsze wy­gry­wać. Cza­sem trze­ba prze­grać. Do­praw­dy nie­zmier­nie mi przy­kro, ale… no cóż… sta­ło się…

Na­tor­ski za­pa­lił pa­pie­ro­sa. Całą siłą woli pa­no­wał nad sobą, aby nie wy­buch­nąć.

– Więc pani się wy­da­je, że tu­taj w grę wcho­dzi tyl­ko i wy­łącz­nie moja am­bi­cja za­wo­do­wa? Czyż pani nie może tego zro­zu­mieć, że ten czło­wiek od­dał w me ręce swój los, a te­raz… a te­raz go po­wie­szą. Do­stał wy­rok śmier­ci! Sły­szy pani?! Do­stał wy­rok śmier­ci.

Ostat­nie sło­wa wy­rzu­cił z sie­bie, pra­wie krzy­cząc.

Zmie­sza­ła się. Nie chcia­ła zro­bić mu przy­kro­ści. Ni­g­dy nie wi­dzia­ła go w sta­nie ta­kie­go pod­nie­ce­nia ner­wo­we­go.

– Prze­pra­szam – szep­nę­ła. – Nie po­win­nam była po­ru­szać tego te­ma­tu. Ale prze­cież… – za­wa­ha­ła się – ale prze­cież nie mo­że­my mieć pew­no­ści, że on jest nie­win­ny.

– Ja je­stem pe­wien – po­wie­dział twar­do Na­tor­ski. – Nie­ste­ty je­stem cał­ko­wi­cie pe­wien jego nie­win­no­ści. I to jest naj­gor­sze – do­dał ci­szej.

Sta­ła nie­zde­cy­do­wa­na, onie­śmie­lo­na. Nie wie­dzia­ła co po­wie­dzieć. Była zła na sie­bie, że w ogó­le za­czę­ła całą tę roz­mo­wę.

– Bar­dzo mi przy­kro. Nie chcia­łam pana ura­zić.

Za­pa­lił pa­pie­ro­sa.

– Więc w po­nie­dzia­łek przyj­dzie pani jak zwy­kle – po­wie­dział już spo­koj­nym, urzę­do­wym gło­sem.

– Tak. O czwar­tej. Do wi­dze­nia, pa­nie me­ce­na­sie.

– Do wi­dze­nia, pan­no Ewo.

Bar­dzo lu­bił tę dziew­czy­nę. Do­brze pra­co­wa­ła, mia­ła duże po­czu­cie obo­wiąz­ku. Cza­sa­mi tyl­ko nie mo­gła zro­zu­mieć pew­nych rze­czy. Była tak­że bar­dzo mło­da, nie­przy­zwo­icie mło­da.

Wy­szła. Po­zo­stał po niej le­ciut­ki za­pach la­wen­do­wej wody.

Zno­wu od­wró­cił się do okna. Ode­tchnął głę­bo­ko, pa­trząc na mury Sta­re­go Mia­sta oświe­tlo­ne ła­god­nym bla­skiem za­cho­dzą­ce­go słoń­ca. Dwa za­ko­cha­ne go­łę­bie usia­dły na gzym­sie są­sied­niej ka­mie­ni­cy. Od stro­ny ryn­ku do­cho­dzi­ły po­krzy­ki­wa­nia ba­wią­cych się chłop­ców.

Za­dzwo­nił te­le­fon. Nie­trud­no było się do­my­śleć, że to Elż­bie­ta. Mó­wi­ła szyb­ko, ner­wo­wo:

– Co się z tobą wła­ści­wie dzie­je? Co to zna­czy? Umó­wi­li­śmy się prze­cież na szó­stą. Od trzech kwa­dran­sów cze­ka­my na cie­bie w Bri­sto­lu. Wan­da ob­ra­zi­ła się i po­szła. Dzid­ka oświad­czy­ła, że za­cho­wu­jesz się jak skoń­czo­ny cham. Ja tak­że nie mam za­mia­ru dłu­żej cze­kać. Co ty wy­pra­wiasz? Prze­cież to so­bo­ta. Wszy­scy wcze­śniej koń­czą pra­cę i…

– Daj­że mi wresz­cie dojść do sło­wa – znie­cier­pli­wił się Na­tor­ski. – Bar­dzo cię prze­pra­szam, ale mia­łem klien­ta, któ­re­go nie mo­głem wy­rzu­cić za drzwi. Już wła­śnie je­stem wol­ny i za­raz do was przy­jeż­dżam. Za parę mi­nut będę.

Odło­żył słu­chaw­kę i wsu­nął akta do szu­fla­dy biur­ka. Był zły na sie­bie. Praw­dę mó­wiąc, zu­peł­nie za­po­mniał o tym dzi­siej­szym spo­tka­niu z Elż­bie­tą.

Za­mknął okno, po­szedł do ła­zien­ki, umył się i przy­cze­sał si­wie­ją­cą już na skro­niach czu­pry­nę. Wte­dy za­dźwię­czał dzwo­nek u drzwi wej­ścio­wych.

Na­tor­ski spoj­rzał zdzi­wio­ny. O tej po­rze? Kto to mógł być? Nie spo­dzie­wał się ab­so­lut­nie ni­ko­go. Chy­ba ja­kaś po­mył­ka. Wy­biegł do przed­po­ko­ju i prze­krę­cił za­trzask.

W pro­gu stał star­szy ele­ganc­ki męż­czy­zna. Świet­nie skro­jo­ny płaszcz z za­gra­nicz­nej ga­bar­dy­ny, mięk­ki, fil­co­wy ka­pe­lusz, kre­mo­we rę­ka­wicz­ki i bam­bu­so­wa la­secz­ka z ozdob­ną gał­ką. Brą­zo­we pół­bu­ty błysz­cza­ły jak lu­stro. Duże ciem­ne oczy pa­trza­ły ba­daw­czo zza oku­la­rów w zło­tej opra­wie. Po­dłuż­na, po­kry­ta nie­na­tu­ral­ną bla­do­ścią twarz za­koń­czo­na była małą szpa­ko­wa­tą bród­ką. Czło­wiek ten ro­bił wra­że­nie ja­kie­goś na­ukow­ca czy też le­ka­rza sta­rej daty.

Na­tor­ski był za­sko­czo­ny tą nie­spo­dzie­wa­ną wi­zy­tą. Cof­nął się i wpu­ścił go­ścia do przed­po­ko­ju.

– Czym mogę panu słu­żyć? – spy­tał.

Tam­ten dy­szał cięż­ko. Naj­wi­docz­niej pę­dem wbiegł na dru­gie pię­tro.

– Mu­szę z pa­nem na­tych­miast po­mó­wić w bar­dzo waż­nej spra­wie. Czy sam pan jest w miesz­ka­niu?

– Prze­pra­szam, ale to chy­ba ja­kaś po­mył­ka – po­wie­dział Na­tor­ski. – Nie przy­po­mi­nam so­bie…

Wła­ści­ciel szpa­ko­wa­tej bród­ki spoj­rzał na nie­go nie­pew­nie. W du­żych, czar­nych oczach ma­lo­wa­ło się prze­ra­że­nie.

– Chy­ba mam przy­jem­ność z pa­nem Na­tor­skim? – spy­tał, a w gło­sie jego za­brzmia­ła bła­gal­na proś­ba o po­twier­dze­nie tego py­ta­nia.

– Tak, ale…

– Gdzie mo­że­my spo­koj­nie po­roz­ma­wiać?

Prze­szli do ga­bi­ne­tu. Na­tor­ski wska­zał krze­sło sto­ją­ce przed biur­kiem.

– Pro­szę, niech pan sia­da. Czym mogę panu słu­żyć?

Pa­trzył wy­cze­ku­ją­co na dziw­ne­go klien­ta, któ­ry cią­gle jesz­cze z tru­dem chwy­tał po­wie­trze. Wy­jął dużą, ko­lo­ro­wą chust­kę i wy­tarł nią bla­dą, spo­co­ną twarz.

– Za pręd­ko bie­głem po tych prze­klę­tych scho­dach – po­ło­żył dłoń na pier­si. – Ser­ce, moje bied­ne ser­ce od­ma­wia mi co­raz czę­ściej po­słu­szeń­stwa.

– W czym mogę być panu po­moc­nym? – spy­tał zno­wu Na­tor­ski, spo­glą­da­jąc nie­cier­pli­wie na ze­ga­rek.

– Mój ser­decz­ny przy­ja­ciel znaj­du­je się w nie­bez­pie­czeń­stwie, w bar­dzo po­waż­nym nie­bez­pie­czeń­stwie, dla­te­go wła­śnie… dla­te­go wła­śnie po­zwo­li­łem so­bie pana nie­po­ko­ić, pa­nie me­ce­na­sie. Bo… bo wszyst­kie­mu są win­ne te pań­skie prze­klę­te oku­la­ry.

– Moje oku­la­ry? – zdu­miał się Na­tor­ski.

– Tak, tak. Pań­skie oku­la­ry, pań­skie oku­la­ry są przy­czy­ną mo­ich kło­po­tów.

– Ależ ja nie no­szę oku­la­rów.

Twarz czło­wie­ka z bro­dą po­bla­dła jesz­cze bar­dziej, je­że­li to w ogó­le było moż­li­we. Głos miał zdy­sza­ny, bła­gal­ny:

– Niech pan nie kła­mie. Prze­cież ja wiem, że pan nosi oku­la­ry. Pan ma astyg­ma­tyzm.

Na­tor­ski po­ru­szył się nie­cier­pli­wie.

– Ależ za­rę­czam panu… – urwał, wi­dząc, że jego klient chwy­ta się za ser­ce i od­dy­cha z trud­no­ścią. – Źle się pan czu­je? – spy­tał nie­spo­koj­nie. – Może dać panu szklan­kę wody?

– Och, bar­dzo pro­szę, je­śli pan taki ła­skaw…

Na­tor­ski wstał i po­szedł do kuch­ni. Po­płu­kał szklan­kę, zna­lazł w sza­fie roz­kro­jo­ną cy­try­nę, wci­snął kil­ka kro­pli i na­lał wody. Na­stęp­nie wró­cił do swe­go ga­bi­ne­tu. Stłu­mił okrzyk prze­ra­że­nia. Szklan­ka z brzę­kiem wy­pa­dła mu z ręki.

Opar­te o biur­ko zwi­sa­ło bez­wład­nie cia­ło czło­wie­ka z bród­ką. W wą­tłych ple­cach tkwił wbi­ty po rę­ko­jeść nóż.

Przez chwi­lę stał jak spa­ra­li­żo­wa­ny. Nie trze­ba było być fa­chow­cem, żeby zdać so­bie spra­wę z tego, iż wszel­ki ra­tu­nek jest tu zbęd­ny. Nóż prze­bił ser­ce. Są­dząc po rę­ko­je­ści, mu­siał być dłu­gi. Ale kto? Kto to zro­bił?

Na­tor­ski bez­rad­nie ro­zej­rzał się do­ko­ła. Prze­cież byli sami w miesz­ka­niu. Wy­biegł i spraw­dził drzwi wej­ścio­we. Za­mknię­te. Zaj­rzał do dru­gie­go po­ko­ju, do kuch­ni i do ła­zien­ki. Nie zna­lazł ni­ko­go. Czuł za­męt w gło­wie. Po­ru­szał się jak au­to­mat. Gru­be kro­ple potu wy­stą­pi­ły mu na czo­ło.

Trze­ba na­tych­miast za­wia­do­mić po­li­cję. Pod­niósł słu­chaw­kę, nie po­sły­szał jed­nak sy­gna­łu. Nie­cier­pli­wie ude­rzył o wi­deł­ki. Apa­rat mil­czał. Dla­cze­go nie dzia­ła ten prze­klę­ty te­le­fon? Co ro­bić? Trze­ba biec gdzieś do au­to­ma­tu. Każ­da chwi­la jest dro­ga. Co to się wła­ści­wie sta­ło? Na mi­łość bo­ską, co to się sta­ło? Kto za­bił czło­wie­ka? W jaki spo­sób?

Na­gle po­ja­wi­ła się re­flek­sja. Za­wia­do­mi mi­li­cję i co? Co bę­dzie da­lej? Przyj­dą i za­sta­ną jego z tru­pem. Któż mu uwie­rzy, że to nie on za­bił? Jak zdo­ła im to wy­tłu­ma­czyć? Prze­cież sam nie ma po­ję­cia, jak to się sta­ło. Nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że jego i tyl­ko jego będą po­dej­rze­wać o tę zbrod­nię. Zna­ny ad­wo­kat mor­du­je swe­go klien­ta, Krwa­wazbrod­nia w kan­ce­la­rii ad­wo­kac­kiej. Pięk­ne ty­tu­ły dla „Expres­su” czy „Ku­rie­ra”. A póź­niej sąd. Spra­wa wpraw­dzie po­szla­ko­wa, ale wszyst­kie, ab­so­lut­nie wszyst­kie oko­licz­no­ści prze­ma­wia­ją prze­ciw­ko nie­mu. Wła­ści­wie nic nie po­tra­fi po­wie­dzieć na swo­ją obro­nę poza go­ło­słow­nym oświad­cze­niem, że to nie on za­bił.

Prze­cią­gnął dło­nią po wil­got­nym czo­le. Nie mógł ode­rwać oczu od nie­ru­cho­me­go kształ­tu ludz­kie­go, któ­ry swym bez­wła­dem przy­po­mi­nał śmiesz­ną gał­ga­nia­ną lal­kę. Gło­wa opar­ta o biur­ko, ręce ja­kimś bez­rad­nym ru­chem zwi­sa­ły wzdłuż tu­ło­wia. Mia­ło się wra­że­nie, że są wy­pcha­ne tro­ci­na­mi. Krew pra­wie nie pły­nę­ła z za­da­nej rany. Za­le­d­wie parę kro­pel za­krze­pło na ga­bar­dy­no­wym płasz­czu rdza­wy­mi pla­ma­mi. Ostry nóż wszedł szczel­nie w cia­ło.

A może wsa­dzić go do ja­kie­goś wor­ka, znieść na dół do sa­mo­cho­du i wy­wieźć gdzieś za mia­sto? Co za non­sens! Wte­dy już nie­odwo­łal­nie pod­pi­sał­by wy­rok na sie­bie. Mógł­by go prze­cież ktoś zo­ba­czyć. Mógł­by go za­trzy­mać pa­trol mi­li­cyj­ny. Nie, nie, to nie mia­ło żad­ne­go sen­su. Prze­cież jest nie­win­ny. Po cóż po­gar­szać jesz­cze sy­tu­ację? Na­wet gdy­by mu się uda­ło wy­wieźć nie­po­strze­że­nie tru­pa za mia­sto i zo­sta­wić gdzieś w le­sie, to prze­cież nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że znik­nię­cie tego czło­wie­ka nie mi­nie bez echa. Za­czną go szu­kać. Znaj­dą zwło­ki. Ni­g­dy nie wia­do­mo, ja­ki­mi dro­ga­mi śledz­two może do­pro­wa­dzić do jego oso­by. Wte­dy już nie by­ło­by dla nie­go żad­ne­go ra­tun­ku. Nie, nie, trze­ba na­tych­miast za­wia­do­mić mi­li­cję. Zno­wu pod­niósł słu­chaw­kę i tym ra­zem jed­nak nie było sy­gna­łu.

Prze­ska­ku­jąc po trzy stop­nie, zbiegł po scho­dach. Żeby już prę­dzej przy­je­cha­li, żeby skoń­czy­ła się ta ma­ka­brycz­na sy­tu­acja.

Na ryn­ku w oszklo­nej bud­ce sie­dział mi­li­cjant i pa­trzył na spa­ce­ru­ją­ce obok go­łę­bie. Bez naj­mniej­sze­go wzru­sze­nia spoj­rzał swy­mi ja­sny­mi, nie­bie­ski­mi ocza­mi na zde­ner­wo­wa­ne­go Na­tor­skie­go.

– Że co? Mor­der­stwo? Spo­koj­nie, oby­wa­te­lu, spo­koj­nie, tyl­ko bez ner­wów. Kogo wła­ści­wie za­mor­do­wa­no? Gdzie?

– Tu­taj nie­da­le­ko. W moim miesz­ka­niu.

– Do­bra jest. Za­raz spraw­dzi­my.

Po­pra­wił na so­bie pas, ob­cią­gnął blu­zę i wy­szedł z bud­ki. Po­sia­dał uspo­so­bie­nie fleg­ma­tycz­ne i nie­ła­two było go czymś za­dzi­wić czy wy­pro­wa­dzić z rów­no­wa­gi.

Na­tor­ski za­pro­wa­dził przed­sta­wi­cie­la wła­dzy do swe­go miesz­ka­nia i nie­co te­atral­nym ru­chem wska­zał tru­pa.

– Pro­szę, niech pan spoj­rzy.

Mi­li­cjant przyj­rzał się uważ­nie, chwi­lę mil­czał, jak­by za­sta­na­wiał się nad tym, co mu wy­pa­da w ta­kiej sy­tu­acji przed­się­wziąć, wresz­cie od­chrząk­nął urzę­do­wo i po­wie­dział:

– No cóż… fak­tycz­nie nie­bosz­czyk. To wy­ście, oby­wa­te­lu, tak za­dzia­ba­li tego z bród­ką?

– Ale skąd­że zno­wu. Nie do­tkną­łem go na­wet

– Hm. No to w ta­kim ra­zie któż go dźgnął?

– Nie mam po­ję­cia. Ni­ko­go nie wi­dzia­łem. W miesz­ka­niu by­li­śmy tyl­ko my dwaj. Nie po­tra­fię so­bie tego wy­tłu­ma­czyć.

Mi­li­cjant po­dra­pał się za uchem.

– Cu­dów nie ma, pro­szę oby­wa­te­la. O ile fa­cet leży nie­ży­wy z no­żem w ple­cach, to zna­czy, że ktoś go dźgnął. In­ne­go wy­tłu­ma­cze­nia być nie może. No cóż… trze­ba za­wia­do­mić ko­men­dę. Ma­cie klu­cze od tego miesz­ka­nia?

– Mam.

– No to do­bra. Daj­cie mi klu­czy­ki. Lo­kal się za­bez­pie­czy, a wy po­zwo­li­cie ze mną.

Ze­szli na dół. Mi­li­cjant ze swej bud­ki po­łą­czył się z ko­men­dą.

– Tyl­ko nie pró­buj­cie ucie­kać, bo da­le­ko nie uciek­nie­cie – zna­czą­co ude­rzył się po ka­bu­rze, w któ­rej tkwił pi­sto­let.

– Nie mam za­mia­ru ucie­kać – mruk­nął Na­tor­ski.

Nie cze­ka­li dłu­go. Nie­ba­wem roz­legł się ryk sy­re­ny mi­li­cyj­nej i dwie gra­na­to­we war­sza­wy za­je­cha­ły na Ry­nek Sta­re­go Mia­sta. Z jed­nej z nich wy­sko­czył krę­py blon­dyn w sza­rym gar­ni­tu­rze.

– Co się tu u was dzie­je? Gdzie zwło­ki?

– Na Krzy­wym Kole, oby­wa­te­lu po­rucz­ni­ku – za­mel­do­wał służ­bi­ście mi­li­cjant. – A ten oby­wa­tel, któ­re­go za­trzy­ma­łem, to praw­do­po­dob­nie mor­der­ca.

– Kłam­stwo! – krzyk­nął Na­tor­ski. – Przede wszyst­kim nikt mnie nie za­trzy­my­wał, tyl­ko ja sam za­wia­do­mi­łem mi­li­cję, a po dru­gie nie mam z tą spra­wą nic wspól­ne­go. Je­że­li pan so­bie ży­czy, mogę na­tych­miast wy­ja­śnić całą sy­tu­ację.

Blon­dyn po­wstrzy­mał go ru­chem ręki.

– Nie te­raz. Póź­niej. Idzie­my, sier­żan­cie.

Wsie­dli do wozu i pod­je­cha­li przed dom, w któ­rym miesz­kał Na­tor­ski.

I za­czę­ło się nor­mal­ne urzę­do­wa­nie. Fo­to­graf raz po raz bły­skał lam­pą, zdej­mo­wa­no od­ci­ski pal­ców, prze­szu­ki­wa­no miesz­ka­nie. Wszy­scy cze­ka­li na le­ka­rza. Blon­dyn w sza­rym gar­ni­tu­rze za­da­wał krót­kie, szyb­kie py­ta­nia.

– Pan jest wła­ści­cie­lem tego miesz­ka­nia?

– Tak.

– Pań­ski za­wód?

– Ad­wo­kat.

Wska­zał na tru­pa, któ­re­go do­tych­czas nikt nie ru­szył.

– Kim był ten czło­wiek?

– Nie wiem. Nie zna­łem go.

– To dla­cze­go go pan za­mor­do­wał?

– Ależ na mi­łość bo­ską, ja go nie za­mor­do­wa­łem! – krzyk­nął Na­tor­ski. – Tłu­ma­czę wam prze­cież, że nie mam nic wspól­ne­go z tą spra­wą.

– Więc kto go za­mor­do­wał?

– Nie wiem. Wy­sze­dłem do kuch­ni po wodę, a kie­dy wró­ci­łem…

– Kto, oprócz was, był w miesz­ka­niu?

– Nie było ni­ko­go.

Blon­dyn gwizd­nął przez zęby.

– Nie było ni­ko­go. A więc usi­łu­je pan we mnie wmó­wić, że ten czło­wiek sam so­bie wbił nóż w ple­cy. Sły­szał pan o ta­kim sa­mo­bój­stwie, bo ja nie?

– Ależ ja wca­le nie twier­dzę, że to było sa­mo­bój­stwo.

– No więc co? Cud? Ze­msta z za­świa­tów? Nie bądź­my dzieć­mi, pa­nie me­ce­na­sie.

– Ależ za­pew­niam pana, że…

– No do­bra, do­bra. Zo­ba­czy­my.

Na­resz­cie przy­je­chał le­karz. Na jego wi­dok Na­tor­ski krzyk­nął ra­do­śnie.

– An­drzej!

Ziem­ba ser­decz­nie uści­snął przy­ja­cie­la.

– Jak się masz, Eu­sta­chy? Kopę lat. Nie wi­dzia­łem cię od wie­ków. Co się z tobą dzie­je? Nie­tę­go wy­glą­dasz. Nie wie­dzia­łem, że pra­cu­jesz te­raz w mi­li­cji.

– Wca­le nie pra­cu­ję w mi­li­cji.

– Więc co ty tu ro­bisz?

– To moje miesz­ka­nie.

– W two­im miesz­ka­niu…? Jak­żeż to się sta­ło? Kto to zro­bił?

– Ba, że­bym to ja wie­dział. Na ra­zie wszy­scy przy­pusz­cza­ją, że ja za­mor­do­wa­łem tego czło­wie­ka.

Ziem­ba po­tarł źle ogo­lo­ny pod­bró­dek, na któ­rym wy­raź­nie już ry­so­wał się ciem­ny cień za­ro­stu.

– Do li­cha – po­wie­dział w za­my­śle­niu. – Do li­cha. No, po­cze­kaj, mu­szę za­brać się do ro­bo­ty. Po­tem po­ga­da­my.

Przez dłuż­szą chwi­lę pra­co­wał w zu­peł­nym mil­cze­niu. Ba­dał tru­pa bar­dzo uważ­nie, za­pi­sy­wał coś w no­te­sie. Wresz­cie wy­pro­sto­wał się i spy­tał:

– Czy ktoś przed moim przy­by­ciem ru­szał zwło­ki?

– Nie, nikt – za­pew­nił go blon­dyn.

Ziem­ba zwró­cił się do Na­tor­skie­go.

– Naj­le­piej chy­ba bę­dzie, je­że­li za­dzwo­nię do Do­wna­ra. To do­bry fa­cho­wiec. Cała ta spra­wa wy­da­je mi się tro­chę dziw­na. Trze­ba zro­bić sek­cję – wy­cią­gnął rękę w kie­run­ku te­le­fo­nu.

– Nie­czyn­ny – po­wie­dział Na­tor­ski.

Ziem­ba pod­niósł słu­chaw­kę.

– Dla­cze­go mó­wisz, że nie­czyn­ny?

– Bo nie było sy­gna­łu. Kie­dy chcia­łem dzwo­nić po mi­li­cję, nie było sy­gna­łu.

– Ale te­raz jest sy­gnał.

Ziem­ba na­krę­cił nu­mer i przez chwi­lę cze­kał.

– Halo. Ka­pi­tan Do­wnar? Tu mówi Ziem­ba… Słu­chaj­cie, ka­pi­ta­nie, na Sta­rym Mie­ście, na Krzy­wym Kole do­ko­na­no mor­der­stwa… Wła­śnie je­stem na miej­scu wy­pad­ku. Za­mor­do­wa­no czło­wie­ka w miesz­ka­niu mego przy­ja­cie­la, ad­wo­ka­ta Na­tor­skie­go… Sły­sze­li­ście za­pew­ne o nim… No tak, tak, ten sam. To mor­der­stwo na Krzy­wym Kole po­win­no was za­in­te­re­so­wać… Przy­je­dzie­cie? Do­sko­na­le. Bar­dzo wam dzię­ku­ję. Cze­ka­my.

Ziem­ba odło­żył słu­chaw­kę i spoj­rzał na blon­dy­na.

– Za chwi­lę bę­dzie tu ka­pi­tan Do­wnar z Ko­men­dy Głów­nej, wy­da­je mi się, że jego po­moc przy­da się wam.

– No cóż, pew­nie, co dwie gło­wy, to nie jed­na. Cho­ciaż ta spra­wa nie jest dla mnie tak bar­dzo ta­jem­ni­cza. Są­dzę, że sam też dał­bym so­bie radę.

Był wy­raź­nie ura­żo­ny, iż wo­bec pod­wład­nych de­pre­cjo­no­wa­no jego kwa­li­fi­ka­cje fa­cho­we.

Ziem­ba wy­jął pa­pie­ro­śni­cę i po­wie­dział po­jed­naw­czo:

– Nie mam co do tego wąt­pli­wo­ści. Wiem prze­cież, że umie­cie za­brać się do rze­czy. Wy­da­je mi się jed­nak, że ten przy­pa­dek jest o wie­le bar­dziej skom­pli­ko­wa­ny, ani­że­li są­dzi­cie. Tu­taj po­trzeb­ne jest kon­sy­lium śled­cze, tak jak cza­sem wzy­wa się kon­sy­lium le­kar­skie do cięż­ko cho­re­go.

Nie upły­nę­ło pół go­dzi­ny, gdy drzwi się otwo­rzy­ły i do po­ko­ju wszedł Do­wnar. Był jak zwy­kle gład­ko ogo­lo­ny i pach­niał do­brą wodą ko­loń­ską. Ja­sno­brą­zo­wa, dwu­rzę­do­wa ma­ry­nar­ka le­ża­ła na nim zna­ko­mi­cie. Zdjął ka­pe­lusz i przy­wi­tał się z obec­ny­mi. Przy­ja­ciel­sko po­kle­pał po­rucz­ni­ka po ple­cach.

– No i cóż tam, to­wa­rzy­szu Ko­nec­ki? Ma­cie, jak wi­dzę, kło­po­ty.

– Ano, jak to zwy­kle. W ze­szłym ty­go­dniu mie­li­śmy tu wła­ma­nie, a te­raz zno­wu to mor­der­stwo. Dla mnie spra­wa jest do­syć pro­sta. W miesz­ka­niu był obec­ny oby­wa­tel Na­tor­ski oraz za­mor­do­wa­ny. Po­nie­waż trze­ciej oso­by nie było, więc, lo­gicz­nie ro­zu­mu­jąc, oby­wa­tel Na­tor­ski do­pu­ścił się tej zbrod­ni.

– To nie­praw­da! – krzyk­nął Na­tor­ski. – Ja prze­cież…

Ziem­ba po­wstrzy­mał go ru­chem ręki.

– Spo­koj­nie, spo­koj­nie. Nie de­ner­wuj się.

– Chwi­lecz­kę – po­wie­dział Do­wnar, przej­mu­jąc ini­cja­ty­wę w swo­je ręce. – Chciał­bym przede wszyst­kim po­sły­szeć, jak to było od po­cząt­ku. Na ra­zie niech pan nie prze­ry­wa, pa­nie me­ce­na­sie. Póź­niej so­bie spo­koj­nie po­roz­ma­wia­my. Kto pierw­szy przy­szedł na miej­sce wy­pad­ku.

– Sier­żant Ko­ciu­ba – po­in­for­mo­wał po­rucz­nik.

– Jak to było Ko­ciu­ba? – spy­tał Do­wnar.

– Ano tak, to­wa­rzy­szu ka­pi­ta­nie. Ten tu obec­ny oby­wa­tel przy­biegł do mnie na Ry­nek, mó­wiąc, że w jego miesz­ka­niu za­mor­do­wa­no czło­wie­ka. No więc, ma się ro­zu­mieć, po­sze­dłem z nim i zo­ba­czy­łem, że fak­tycz­nie ktoś dźgnął no­żem tego oby­wa­te­la z bród­ką. No to ja, ma się ro­zu­mieć, za­alar­mo­wa­łem dziel­ni­cę, no i przy­je­cha­li, i zro­bi­li co do nich na­le­ża­ło.

– Fo­to­gra­fie zro­bio­ne?

– Zro­bio­ne.

– Od­ci­ski pal­ców?

– Zdję­te.

– Zna­le­zio­no coś spe­cjal­ne­go w miesz­ka­niu?

– Nie.

– Na któ­rą mniej wię­cej go­dzi­nę okre­śla pan zgon tego czło­wie­ka, pa­nie dok­to­rze?

– Mniej wię­cej mu­sia­ło to na­stą­pić oko­ło siód­mej – od­parł Ziem­ba. – Trze­ba do­ko­nać sek­cji zwłok.

– Oczy­wi­ście. Niech się pan tym na­tych­miast zaj­mie.

– Moż­na już za­brać zwło­ki?

Do­wnar spoj­rzał na tru­pa.

– Tak. Moż­na go za­brać. To dziw­ne, ale nie mogę się po­zbyć wra­że­nia, że gdzieś już wi­dzia­łem tę twarz. Czy zna­leź­li­ście przy nim ja­kieś do­ku­men­ty.

Po­rucz­nik wska­zał biur­ko.

– Tak. Tam leży jego pasz­port. To za­gra­nicz­ny gość.

Do­wnar gwizd­nął.

– Za­gra­nicz­ny gość? Po­każ­cie no ten pasz­port. Omar Ri­bas No­gu­eira. Do li­cha, cóż to za cho­ler­ne na­zwi­sko. Pasz­port bra­zy­lij­ski. Po ja­kie­mu pan z nim roz­ma­wiał, pa­nie me­ce­na­sie?

– Po pol­sku.

– Mó­wił po pol­sku?

– Zna­ko­mi­cie. Bez naj­mniej­sze­go ak­cen­tu cu­dzo­ziem­skie­go. Przez myśl mi nie prze­szło, że to nie jest Po­lak.

Do­wnar prze­szedł się po po­ko­ju. Spoj­rzał na okno.

– Czy okno przez cały czas było za­mknię­te?

– Jak przy­je­cha­li­śmy było za­mknię­te – po­wie­dział po­rucz­nik Ko­nec­ki.

– A wy, sier­żan­cie, za­sta­li­ście okno za­mknię­te?

– Tak jest, to­wa­rzy­szu ka­pi­ta­nie. Na­wet zwró­ci­łem na to uwa­gę, bo strasz­ny za­duch był w po­ko­ju. Peł­no dymu. Ale oczy­wi­ście okna nie ru­sza­łem. Znam re­gu­la­min.

– Do­brze że­ście zro­bi­li. A pan, pa­nie me­ce­na­sie, nie przy­po­mi­na so­bie, czy okno było otwar­te pod­czas wi­zy­ty tego pań­skie­go klien­ta?

Na­tor­ski po­my­ślał chwi­lę.

– Pa­mię­tam do­kład­nie, że na parę mi­nut przed­tem otwie­ra­łem okno, żeby tro­chę prze­wie­trzyć. Mu­sia­łem jed­nak je na­stęp­nie za­mknąć.

– Hm. Więc przez cały czas roz­mo­wy z tym czło­wie­kiem okno było za­mknię­te?

– Są­dzę, że tak. Prze­cież po tym, co się sta­ło, nie my­śla­łem o za­my­ka­niu okna.

Do­wnar był co­raz bar­dziej za­my­ślo­ny.

– Pa­nie me­ce­na­sie, niech mi pan jesz­cze ła­ska­wie po­wie, czy… czy wi­zy­ty tego cu­dzo­ziem­ca nie ko­ja­rzy pan so­bie w ja­kiś spo­sób ze spra­wą Wa­ry­sa, w któ­rej pan dzi­siaj wy­stę­po­wał w są­dzie?

– Ab­so­lut­nie nie. Był pan dzi­siaj w są­dzie, ka­pi­ta­nie?

Do­wnar uśmiech­nął się.

– Przy­pad­kiem. Za­po­mniał pan, zda­je się o tym, że to wła­śnie ja pro­wa­dzi­łem śledz­two w spra­wie Wa­ry­sa.

– Ach tak, praw­da.

Do­wnar od­wró­cił się na­gle od Na­tor­skie­go i spoj­rzał na po­rucz­ni­ka.

– Chciał­bym obej­rzeć na­rzę­dzie zbrod­ni – po­wie­dział.

Blon­dyn po­dał mu nóż. Był to ro­dzaj szty­le­tu o dłu­gim, cięż­kim ostrzu. Me­ta­lo­wa ozdob­na rę­ko­jeść błysz­cza­ła, jak­by była zro­bio­na ze sre­bra.

– Ory­gi­nal­na broń – mruk­nął Do­wnar.

Do­kład­nie obej­rzał nóż i po­ło­żył go na biur­ku. Na­stęp­nie zaś zwró­cił się do obec­nych:

– Może przej­dzie­cie, pa­no­wie, do są­sied­nie­go po­ko­ju. Chciał­bym chwi­lę po­roz­ma­wiać z pa­nem me­ce­na­sem Na­tor­skim.

– To ja już nie je­stem po­trzeb­ny – po­wie­dział Ziem­ba.

– Nie. Na ra­zie dzię­ku­ję. Niech pan bę­dzie uprzej­my za­jąć się sek­cją.

Ziem­ba za­mknął swą wa­li­zecz­kę i po­kle­pał Na­tor­skie­go po ple­cach.

– Trzy­maj się, sta­ry. Za­dzwoń po­tem do mnie.

Za­bra­no zwło­ki. Na­tor­ski i Do­wnar zo­sta­li sami.

Przez chwi­lę pa­no­wa­ło mil­cze­nie. Do­wnar wol­no za­pa­lił pa­pie­ro­sa. Na­tor­ski bez­myśl­nie pa­trzał w okno. Był już bar­dzo zmę­czo­ny.

Przed po­łu­dniem cięż­ka spra­wa w są­dzie, po­tem klien­ci, a te­raz zno­wu ta idio­tycz­na hi­sto­ria.

Głos Do­wna­ra za­brzmiał ostro, ener­gicz­nie.

– Skąd pan znał tego czło­wie­ka?

– Kogo?

– No jak to kogo? Za­mor­do­wa­ne­go.

– Ja go nie zna­łem. Zo­ba­czy­łem go dzi­siaj tu­taj po raz pierw­szy w ży­ciu.

– Może pan ze­chce, pa­nie me­ce­na­sie, spo­koj­nie opo­wie­dzieć wszyst­ko od po­cząt­ku. Przy­kro mi, że pana tru­dzę, ale jest to nie­zbęd­ne.

Na­tor­ski od­chrząk­nął i za­czął opo­wia­dać. Gdy skoń­czył, Do­wnar przyj­rzał mu się z nie­do­wie­rza­niem. Wstał i dłu­gi­mi, po­su­wi­sty­mi kro­ka­mi prze­szedł się po po­ko­ju. Mo­gło się zda­wać, że chce się zo­rien­to­wać w jego roz­mia­rach. Na­stęp­nie zno­wu usiadł, wy­jął pa­pie­ro­śni­cę i po­czę­sto­wał Na­tor­skie­go.

– Więc w miesz­ka­niu nie było ni­ko­go?

– Nie.

– I drzwi były za­mknię­te.

– Tak, spraw­dza­łem to na­tych­miast po mor­der­stwie. Do­sko­na­le pa­mię­tam.

– I okno tak­że było za­mknię­te?

– Tak … Chy­ba tak… Wszy­scy to stwier­dzi­li.

– Hm. Przy­znam się panu, że jed­ne­go tyl­ko nie mogę zro­zu­mieć. Dla­cze­go, u dia­bła, za­mor­do­wał pan tego fa­ce­ta we wła­snym miesz­ka­niu.

Na­tor­ski ze­rwał się gwał­tow­nie. Krze­sło z ha­ła­sem upa­dło na pod­ło­gę.

– Ale ja go nie za­mor­do­wa­łem! Ja go nie za­mor­do­wa­łem! Nie mam z tym nic wspól­ne­go!

Do­wnar wes­tchnął jak czło­wiek śmier­tel­nie znu­dzo­ny.

– Niech pan sia­da, pa­nie me­ce­na­sie – po­wie­dział po­jed­naw­czo. – Chciał­bym panu za­pro­po­no­wać, że­by­śmy so­bie tak szcze­rze o wszyst­kim po­ga­da­li i żeby pan zre­zy­gno­wał ze swej tak­ty­ki, któ­ra nie do­pro­wa­dzi nas do ni­cze­go. Jest pan prze­cież czło­wie­kiem wy­kształ­co­nym, praw­ni­kiem i chy­ba pan so­bie nie wy­obra­ża, że ja uwie­rzę w tę ba­jecz­kę, iż pod­czas gdy pan po­szedł do kuch­ni po szklan­kę wody, mor­der­ca prze­do­stał się przez dziur­kę od klu­cza albo przez wen­ty­la­tor, a na­stęp­nie zbiegł tą samą dro­gą. No prze­cież nie je­ste­śmy ma­ły­mi dzieć­mi. Po co pan wła­ści­wie tra­ci czas na te wszyst­kie głup­stwa. Niech mi pan szcze­rze po­wie, dla­cze­go za­mor­do­wał pan tego czło­wie­ka. Nie wąt­pię, że mu­siał pan mieć bar­dzo po­waż­ne po­wo­dy. Za­sta­no­wi­my się wspól­nie nad oko­licz­no­ścia­mi ła­go­dzą­cy­mi. Jest pan przy­ja­cie­lem dok­to­ra Ziem­by, zna­nym i ce­nio­nym ad­wo­ka­tem… Do­ło­żę wszel­kich sta­rań, aby panu do­po­móc. Mu­szę jed­nak po­znać praw­dę.

– Ja go nie za­bi­łem – po­wie­dział zde­cy­do­wa­nie Na­tor­ski.

Do­wnar bez­rad­nym ru­chem roz­ło­żył ręce.

– Ano cóż… trud­no. Nie uła­twia mi pan za­da­nia, ale mu­szę pana za­pew­nić, że pań­ski upór na nic się tu­taj nie przy­da. Prze­dłu­ży tyl­ko tro­chę to wszyst­ko i, nie mu­szę do­da­wać, po­gor­szy pań­ską sy­tu­ację.

– Ja go nie za­bi­łem – po­wtó­rzył Na­tor­ski.

Do­wnar zga­sił pa­pie­ro­sa, wstał, pod­szedł do bi­blio­te­ki i spo­śród ksią­żek wy­jął dłu­gi nóż w me­ta­lo­wej po­chwie. Przez chwi­lę ob­ra­cał go w pal­cach, oglą­da­jąc uważ­nie. Ob­na­żył ostrze i ostroż­nie do­tknął go pal­cem.

– To pań­ski szty­let? – spy­tał.

Na­tor­ski ski­nął gło­wą.

– Tak.

Do­wnar nie pa­trzał na nie­go. Zbli­żył się do biur­ka i wziął nóż, któ­ry wy­ję­to z ple­ców za­mor­do­wa­ne­go.

– Czy nie uwa­ża pan, pa­nie me­ce­na­sie, że te dwa groź­ne na­rzę­dzia są nie­zwy­kle do sie­bie po­dob­ne. Ten, któ­ry zna­la­złem w pań­skiej bi­blio­te­ce jest tyl­ko tro­chę krót­szy, ale do ser­ca do­się­gnął­by z ła­two­ścią. Poza tym na­praw­dę są bar­dzo po­dob­ne, nie­omal iden­tycz­ne. Jaka ład­na jest ta rę­ko­jeść rzeź­bio­na w me­ta­lu. Coś w ro­dza­ju tu­rec­kie­go kin­dża­łu. Skąd pan ma ten szty­let, pa­nie me­ce­na­sie, bo to prze­cież nie jest nasz kra­jo­wy wy­rób?

Na­tor­ski od­chrząk­nął. W gar­dle mu tak za­schło, że z trud­no­ścią mógł mó­wić.

– Przy­wio­złem go z Bra­zy­lii.

Do­wnar pod­niósł brwi do góry.

– Z Bra­zy­lii? Kie­dy pan był w Bra­zy­lii?

– W ze­szłym roku.

– Jeź­dził pan służ­bo­wo?

– Nie. Od­wie­dza­łem ro­dzi­nę. Brat mój miesz­ka sta­le w São Pau­lo.

– I po­je­chał pan do Bra­zy­lii na za­pro­sze­nie bra­ta?

– Tak.

– Dłu­go pan tam prze­by­wał?

– Pra­wie pięć mie­się­cy.

Do­wnar w za­my­śle­niu ba­wił się no­ża­mi.

– To kosz­tow­na po­dróż.

– Brat mi ją sfi­nan­so­wał.

– Do­brze mu się po­wo­dzi.

– Nie naj­go­rzej.

– Tak. To bar­dzo cie­ka­wa wy­pra­wa. I z Bra­zy­lii na pa­miąt­kę przy­wiózł pan so­bie te szty­le­ty?

– Przy­wio­złem tyl­ko je­den szty­let! – krzyk­nął Na­tor­ski. – Ten, któ­ry pan zna­lazł w bi­blio­te­ce.

– Trze­ba go gdzieś było do­brze scho­wać albo w ogó­le wy­rzu­cić, pa­nie me­ce­na­sie – głos Do­wna­ra za­brzmiał na­gle twar­do, nie­przy­jem­nie.

– O co mnie pan oskar­ża?

– Ja? O nic. Pro­ku­ra­tor bę­dzie pana oskar­żał.

Na­tor­ski za­śmiał się krót­kim, nie­we­so­łym śmie­chem.

– Pan jest zna­ko­mi­ty, pa­nie ka­pi­ta­nie. Więc jed­nak upar­cie ob­sta­je pan przy tym, że to ja za­mor­do­wa­łem tego czło­wie­ka. Sły­sza­łem za­wsze o panu jako o pierw­szo­rzęd­nym fa­chow­cu. W tym jed­nak wy­pad­ku… No niech­że się pan przez chwi­lę za­sta­no­wi. Po pierw­sze nie zna­łem go, gdy­by jed­nak tak było, to czyż mor­do­wał­bym ko­goś w swo­im wła­snym miesz­ka­niu? Dla­cze­go? Ma­łoż to jest in­nych miejsc i oka­zji, o wie­le bar­dziej na­da­ją­cych się do tego, żeby ko­goś zli­kwi­do­wać. Więc we­dług pana mor­du­ję tu tego czło­wie­ka bra­zy­lij­skim szty­le­tem, a na­stęp­nie bie­gnę za­wia­do­mić o tym fak­cie mi­li­cję. No gdzież tu lo­gi­ka?

Do­wnar pa­trzał na nie­go uważ­nie.

– Pa­nie me­ce­na­sie – po­wie­dział wol­no, ce­dząc sło­wa przez zęby. – Czy ni­g­dy pan nie sły­szał o ta­kiej tak­ty­ce, że mor­der­ca za­wia­da­mia po­li­cję o zbrod­ni? To prze­cież bar­dzo zręcz­ne po­su­nię­cie. Bo każ­dy nor­mal­nie ro­zu­mu­je wła­śnie tak, jak mi pan to przed chwi­lą przed­sta­wił.

Na­tor­ski po­de­rwał się. Był już u kre­su wy­trzy­ma­ło­ści.

W tej chwi­li za­dzwo­nił te­le­fon.

Do­wnar po­spiesz­nie pod­niósł słu­chaw­kę.

– Tak, tak, to ja. Słu­cham, dok­to­rze, słu­cham… Co pan mówi…? Nie­sły­cha­ne. Zu­peł­nie tego nie za­uwa­ży­łem. Dzię­ku­ję panu. Do wi­dze­nia.

– Ziem­ba te­le­fo­no­wał? – spy­tał Na­tor­ski.

Do­wnar spoj­rzał na nie­go z roz­tar­gnie­niem.

– Tak. Wie pan, to dziw­ne. Oka­za­ło się, że ten czło­wiek, któ­ry tu zo­stał za­mor­do­wa­ny, nie miał bro­dy. To była cha­rak­te­ry­za­cja. Świet­na cha­rak­te­ry­za­cja. Do dia­bła!

ROZDZIAŁ II

– No więc do­cze­ka­li­ście się na­resz­cie cze­goś in­te­re­su­ją­ce­go.

Do­wnar wy­czuł drwi­nę w gło­sie ma­jo­ra. Nie­cier­pli­wie zmarsz­czył brwi.

– Tak. Spra­wa jest nie­wąt­pli­wie in­te­re­su­ją­ca. Je­że­li jed­nak chce­cie, żeby ją pro­wa­dził kto inny, to bar­dzo pro­szę. Nie mam, oczy­wi­ście, nic prze­ciw­ko temu.

Le­śniew­ski przy­gry­zał ner­wo­wo dol­ną war­gę, co nie wró­ży­ło nic do­bre­go. Ce­nił Do­wna­ra jako zdol­ne­go ofi­ce­ra, ale nie zno­sił tej jego nie­ustan­nej po­go­ni za nie­zwy­kły­mi spra­wa­mi.

– Słu­chaj­cie, to­wa­rzy­szu – po­wie­dział po chwi­li. – Chciał­bym zwró­cić wa­szą uwa­gę, iż nikt was do tej spra­wy nie de­le­go­wał. Sami, z wła­snej ini­cja­ty­wy, przy­stą­pi­li­ście do pro­wa­dze­nia śledz­twa.

Do­wnar ski­nął gło­wą.

– To praw­da, ale nie mia­łem moż­no­ści po­ro­zu­mieć się z wami. Za­dzwo­nił do mnie dok­tor Ziem­ba, za­wia­da­mia­jąc o in­te­re­su­ją­cym przy­pad­ku mor­der­stwa. Pro­sił, że­bym przy­je­chał na miej­sce zbrod­ni, i dla­te­go…

– Tak, tak – prze­rwał mu Le­śniew­ski. – Wiem, że wy lu­bi­cie ta­kie „cie­ka­we” spra­wy. Nie za­po­mi­naj­cie jed­nak o tym, że w na­szej pra­cy trze­ba się też zaj­mo­wać i nie­cie­ka­wy­mi spra­wa­mi. I nie­raz te nie­cie­ka­we spra­wy są waż­niej­sze. Bar­dzo to pięk­nie, że chce­cie so­bie zdo­być sła­wę pol­skie­go Sher­loc­ka Hol­me­sa, ale…

– Komu mam prze­ka­zać wy­ni­ki do­tych­cza­so­we­go śledz­twa? – spy­tał Do­wnar.

Le­śniew­ski wy­jął pa­pie­ro­śni­cę.

– Za­pal­cie i nie de­ner­wuj­cie się. Nie mam za­mia­ru zdej­mo­wać was z tej spra­wy, ale chciał­bym, żeby na przy­szłość wszyst­ko to było za­ła­twia­ne for­mal­nie. A te­raz trze­ba uzy­skać w pro­ku­ra­tu­rze na­kaz aresz­to­wa­nia Na­tor­skie­go.

– Nie mam za­mia­ru go aresz­to­wać.

Le­śniew­ski spoj­rzał na nie­go zdzi­wio­ny.

– Są­dzi­łem, że …

– Tak, tak – prze­rwał Do­wnar. – W pierw­szym mo­men­cie by­łem prze­ko­na­ny, że Na­tor­ski jest mor­der­cą. Po prze­my­śle­niu jed­nak tej ca­łej hi­sto­rii, stra­ci­łem tę pew­ność. Wy­czu­wam, że tu coś nie kla­pu­je, że coś się za tym kry­je.

– Więc chce­cie zo­sta­wić go na wol­no­ści?

– Na ra­zie tak. Je­że­li na­wet on jest mor­der­cą, to zro­bił to w po­ro­zu­mie­niu z kimś. Po­zo­sta­wie­nie go na wol­no­ści po­zwo­li nam na ła­twiej­sze roz­szy­fro­wa­nie spra­wy.

– Zga­dzam się z wami – po­wie­dział Le­śniew­ski. – Mu­si­cie go tyl­ko do­brze przy­pil­no­wać, żeby się nie ulot­nił. Zaj­mij­cie się też od razu od­na­le­zie­niem tego Bra­zy­lij­czy­ka. Nie wró­cił na noc do ho­te­lu. To bar­dzo nie­przy­jem­na hi­sto­ria. Fa­cet przy­je­chał na kon­kurs cho­pi­now­ski i nie wia­do­mo, czy w ogó­le jesz­cze żyje.

– Dzi­siaj miał od­le­cieć do Pa­ry­ża. Mało bra­ko­wa­ło, a ten z przy­pra­wio­ną bród­ką sie­dział­by te­raz za­miast nie­go w sa­mo­lo­cie, naj­praw­do­po­dob­niej by­ło­by mu się uda­ło.

Le­śniew­ski po­ki­wał gło­wą.