Opis

Joanna Rosicka wychodzi na przyjęcie urodzinowe przyjaciółki, zostawiając w domu chorego na grypę męża. Podczas imprezy dzwoni sąsiadka jej matki, mówiąc, że ta ma kłopoty z sercem i prosi, by córka natychmiast przyjechała. Joanna telefonicznie informuje męża o sytuacji i wychodzi. Następnego dnia Rosicki, zaniepokojony brakiem wiadomości od żony, prosi przyjaciół o pomoc. Dowiaduje się, że jego teściowa jest całkowicie zdrowa i wcale nie kontaktowała się z Joanną. Po chwili odwiedzają go milicjanci ze straszną wiadomością – Joanna została zamordowana…

Upalny dzień mocno daje się we znaki Marcelemu. Został sam na weekend, podczas gdy jego żona pojechała do matki, na poniedziałek musi oddać artykuł do redakcji, a umysł, zmęczony gorącem, nie chce pracować. Marceli postanawia poszukać ochłody w kinie. Podczas seansu piękna nieznajoma wciska mu w dłoń małą paczkę i znika. Po wyjściu dziennikarza zatrzymują dwaj milicjanci. W paczce była spora ilość kokainy. Załamanemu Marcelemu może pomóc tylko Downar.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 202

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Zyg­munt Zey­dler-Zbo­row­ski

Praw­da ro­dzi nie­na­wiść

Zło­ty cen­taur

Pro­jekt okład­ki

Mi­ko­łaj Ja­strzęb­ski

Skład kom­pu­te­ro­wy

Ma­ria Ba­ra­now­ska

Konwersja do wersji elektronicznej

Mi­ko­łaj Ja­strzęb­ski

Edy­cję opra­co­wa­no na pod­sta­wie wy­da­nia:

Praw­da ro­dzi nie­na­wiść – Ewa wzy­wa 07, nr 32, Iskry, War­sza­wa 1971

Zło­ty cen­taur – Ewa wzy­wa 07, nr 6, Iskry, War­sza­wa 1969

© Co­py­ri­ght by Zo­fia Bi­ma­li Zbo­row­ska

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two LTW

ISBN 978-83-7565-489-9

Wy­daw­nic­two LTW

ul. Sa­wic­kiej 9, Dzie­ka­nów Le­śny

05-092 Ło­mian­ki

tel. 22 751-25-18

www.ltw.com.pl

e-mail: [email protected]

Prawda rodzi nienawiść

Rozdział I

– Czy pani mo­gła­by mi prze­pra­so­wać tę apasz­kę?

Le­oka­dia koń­czy­ła zmy­wać. Nie od­wró­ciła gło­wy, nie spoj­rza­ła na swo­ją chle­bo­daw­czy­nię: – Pani da – mruk­nę­ła, usta­wia­jąc szklan­ki na su­szar­ce.

– Już póź­no. Przy­kro mi, że pani jesz­cze za­wra­cam gło­wę ta­kim głup­stwem, ale bar­dzo się śpie­szę – uspra­wie­dli­wia­ła się Jo­an­na.

– Pani da tę apasz­kę. – W gło­sie go­spo­si nie było ani cie­nia życz­li­wo­ści. Umó­wi­ła się z sio­strą, że przyj­dzie na te­le­wi­zję, a tu aku­rat tyle ro­bo­ty. Mu­sia­ła ugo­to­wać obiad, le­cieć do ap­te­ki i te­raz jesz­cze to pra­so­wa­nie. Niech­by so­bie sama pra­so­wa­ła. Ona, Le­oka­dia, nie go­dzi­ła się, że bę­dzie sie­dzieć tu do wie­czo­ra. Za tę mar­ną pen­sję nie wia­domo ja­kie wy­ma­ga­nia. Nie wy­po­wie­dzia­ła jed­nak gło­śno tych bun­tow­ni­czych my­śli, włą­czy­ła że­laz­ko i za­bra­ła się do pra­so­wa­nia apasz­ki. – Jak psu z gar­dła wy­ję­ta – po­mru­ki­wa­ła, roz­pro­sto­wu­jąc opor­ny ma­te­riał.

Jo­an­na koń­czy­ła „ro­bić oczy”. Nie szło jej to dzi­siaj. Cią­gle mia­ła wra­że­nie, że pra­wa po­wie­ka jest moc­niej po­ma­lo­wa­na ani­że­li lewa. Parę razy ście­ra­ła tusz, po­pra­wia­ła, zmie­nia­ła pę­dze­lek, prze­glą­da­ła się w roz­ma­itych lu­ster­kach. Wresz­cie zde­cy­do­wa­ła, że le­piej nie bę­dzie. Prze­cią­gnę­ła szmin­ką po war­gach, wło­ży­ła wie­czo­ro­wą su­kien­kę, po­pra­wi­ła ucze­sa­nie, za usza­mi do­tknę­ła ko­recz­kiem zwil­żo­nym fran­cu­ski­mi per­fu­ma­mi i po­bie­gła do ła­zien­ki, żeby w du­żym lu­strze obej­rzeć do­kład­nie całą swą po­stać. Wszyst­ko do­brze. Na­wet naj­bar­dziej su­ro­wy sę­dzia nie mógł­by za­prze­czyć, że ma przed sobą bar­dzo ład­ną, atrak­cyj­ną i ele­ganc­ką ko­bie­tę. Uśmiech­nę­ła się, raz jesz­cze spoj­rza­ła w lu­stro, po czym wy­szła z ła­zien­ki i otwo­rzy­ła drzwi pro­wa­dzą­ce do po­ko­ju Edwar­da.

Nie pa­li­ła się tu żad­na lam­pa. W pół­mro­ku, roz­pro­szo­nym tro­chę świa­tłem pa­da­ją­cym z kuch­ni, doj­rza­ła na tap­cza­nie sku­lo­ną po­stać.

– Śpisz? – spy­ta­ła ci­cho.

Prze­wró­cił się na dru­gi bok jak­by z pew­nym wy­sił­kiem, wy­cią­gnął rękę i na­ci­snął wy­łącz­nik. Lam­pa z du­żym aba­żu­rem za­ja­śnia­ła po­ma­rań­czo­wym bla­skiem.

– Jed­nak idziesz?

– A dla­cze­góż mia­ła­bym nie iść?

– Czu­ję się bar­dzo mar­nie. Wo­lał­bym, że­byś zo­sta­ła.

– Prze­stań hi­ste­ry­zo­wać. Do­syć już mam tej two­jej hi­po­chon­drii. Nic ci nie jest.

– Prze­cież do­sko­na­le wiesz, że je­stem cho­ry.

– Ja wiem tyl­ko jed­no, że ty je­steś za­wsze cho­ry, ile razy mamy gdzieś iść. Mam tego do­syć. Ro­zu­miesz? Do­syć. Chcę żyć, chcę uży­wać ży­cia, chcę się ba­wić, tań­czyć, wi­dzieć koło sie­bie lu­dzi. Nie je­stem stwo­rzo­na na pie­lę­gniar­kę i nie mam naj­mniej­sze­go za­mia­ru sie­dzieć tu­taj i wy­słu­chi­wać two­ich ję­ków. Moja cier­pli­wość tak­że ma w koń­cu ja­kieś gra­ni­ce. Nie mogę, dłu­żej już tak nie mogę. Mam do­syć! – Mó­wi­ła co­raz gło­śniej. Ostat­nie sło­wa wy­po­wie­dzia­ła krzy­kiem.

– Uspo­kój się. Go­spo­sia…

– Nic mnie nie ob­cho­dzi go­spo­sia! – krzy­cza­ła da­lej Jo­an­na. – Niech sły­szy. A zresz­tą Le­oka­dia jest do­sko­na­le zo­rien­to­wa­na w tym wszyst­kim. Nie od dzi­siaj prze­cież do nas przy­cho­dzi. Wi­dzi, jak wy­glą­da to moje ży­cie. Ale to się skoń­czy. I tak już tyle lat przy to­bie zmar­no­wa­łam. Nie mam naj­mniej­sze­go za­mia­ru da­lej tego cią­gnąć. Je­stem mło­da i chcę żyć. Ro­zu­miesz?

Nic nie po­wie­dział. Zno­wu od­wró­cił się twa­rzą do ścia­ny i na­cią­gnął koł­drę na gło­wę.

Wy­szła, gło­śno za­my­ka­jąc drzwi za sobą.

– Apasz­ka już od­pra­so­wa­na – po­wie­dzia­ła po­nu­ro Le­oka­dia. – Je­że­li ko­nie­cznie trze­ba, to ja zo­sta­nę przy panu.

– Nie trze­ba. Dzię­ku­ję pani. Pan ma przy łóż­ku te­le­fon. W ra­zie, gdy­by się na­praw­dę źle po­czuł – za­dzwo­ni po le­ka­rza.

– To ja mogę iść do domu?

– Może pani iść do domu. Dzię­ku­ję za upra­so­wa­nie apasz­ki.

Trun­ki były do­bre i w du­żych ilo­ściach. Nic też dziw­ne­go, że roz­mo­wy sta­wa­ły się co­raz gło­śniej­sze, dys­ku­sje co­raz bar­dziej za­ja­dłe, dow­ci­py co­raz bar­dziej ry­zy­kow­ne. Ten i ów pró­bo­wał na­wet swo­ich wo­kal­nych ta­len­tów, ale do „Gó­ra­lu, czy ci nie żal?” jesz­cze nie do­szło. „Sto lat” rów­nież od­kła­da­no na póź­niej. Na ra­zie to­wa­rzy­stwo znaj­do­wa­ło się na eta­pie pro­ble­ma­ty­ki po­li­tycz­nej, zręcz­nie fa­sze­ro­wa­nej ostat­ni­mi plot­ka­mi z ży­cia to­wa­rzy­skie­go oraz mniej lub wię­cej wy­ssa­ny­mi z pal­ca skan­da­li­ka­mi ze świa­ta ar­ty­stów. Tego ro­dza­ju „sen­sa­cyj­ne” wia­do­mo­ści za­zwy­czaj po­prze­dza ta­jem­ni­czy szept: „Wy­obraź­cie so­bie, że…” albo „Czy sły­sze­li­ście już…”, albo „Coś wam po­wiem, ale pro­szę o cał­ko­wi­tą dys­kre­cję”.

Jo­an­na była w swo­im ży­wio­le. Wy­róż­nia­ła się uro­dą i ele­gan­cją. Ota­cza­li ją męż­czyź­ni, prze­ści­ga­ją­cy się w uprzej­mo­ściach i kom­ple­men­tach. Ko­bie­ty mniej były nią za­chwy­co­ne. Od cza­su do cza­su któ­raś z pań mó­wi­ła ze współ­czu­ją­cym wes­tchnie­niem: – Jaka szko­da, że twój mąż nie mógł przyjść, co za uro­czy czło­wiek. Czy rze­czy­wi­ście jest tak po­waż­nie cho­ry? Jed­na z naj­ser­decz­niej­szych przy­ja­ció­łek po­wie­dzia­ła uśmie­cha­jąc się słod­ko: – Ślicz­ną masz su­kien­kę, tyl­ko ja­koś bar­dzo po­waż­nie w niej wy­glą­dasz, ale zno­wu w pew­nym wie­ku nie moż­na już uda­wać dziew­czy­necz­ki. No cóż… czas bie­gnie. Nie­ste­ty, wszy­scy się sta­rze­je­my.

Nic jed­nak nie mo­gło Jo­an­nie po­psuć hu­mo­ru. Wie­dzia­ła, że się po­do­ba. Czu­ła na so­bie peł­ne za­chwy­tu spoj­rze­nia przed­sta­wi­cie­li płci brzyd­kiej. Kró­lo­wa­ła.

W pew­nej chwi­li po­de­szła do niej Do­rota.

– Te­le­fon do cie­bie.

– Do mnie? Kto dzwo­ni? Edward?

– Nie. Ja­kaś pani Ka­li­now­ska z Ani­na.

Jo­an­na nie­spo­koj­nie spoj­rza­ła na przy­ja­ciół­kę.

– To są­siad­ka mamy. Coś się sta­ło? Dla­cze­go ona dzwo­ni?

We­szły do nie­wiel­kie­go po­ko­ju, w któ­rym stał te­le­fon. Jo­an­na pod­bie­gła do apa­ra­tu. Do­ro­ta tak­że przy­ło­ży­ła ucho do słu­chaw­ki.

– Halo! Słu­cham! – po­wie­dzia­ła Jo­anna.

– Czy pani Jo­an­na?

– Tak, tak, je­stem. Słu­cham?

– Mówi Ka­li­now­ska. Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam, ale ma­mu­sia pani na­gle za­cho­ro­wa­ła, bar­dzo źle się czu­je. Pro­si­ła, żeby pani do niej ko­niecz­nie przy­je­cha­ła. Wzy­wa­łam po­go­to­wie. Le­karz po­wie­dział, że na ra­zie nie wol­no ma­mu­si ru­szać, ale że trze­ba bę­dzie jed­nak do szpi­ta­la…

– Co ma­mie jest? Co się sta­ło?

– Ser­ce. Le­karz mówi, że ser­ce. Przy­je­dzie pani?

– Oczy­wi­ście. Już wy­cho­dzę. Dzię­ku­ję, że pani za­dzwo­ni­ła. Pro­szę po­wie­dzieć ma­mu­si, że za­raz przy­jeż­dżam.

Jo­an­na odło­ży­ła słu­chaw­kę i do­tknę­ła ra­mie­nia przy­ja­ciół­ki.

– Bar­dzo mi przy­kro, ale sama wi­dzisz, że mu­szę je­chać. Wy­nio­sę się po an­giel­sku.

– Jak się o tej po­rze do­sta­niesz na dwo­rzec? – po­wie­dzia­ła z tro­ską w gło­sie Do­ro­ta. – Adam by cię od­wiózł, ale on już spo­ro wy­pił. Nie może pro­wa­dzić.

– Głup­stwo – uśmiech­nę­ła się Joan­na. – Dam so­bie radę. W osta­tecz­no­ści tak­sów­ką po­ja­dę do Ani­na. Po­że­gnaj ode mnie Ada­ma. Do wi­dze­nia.

Uści­ska­ły się.

– Nie zmar­z­niesz? – spy­ta­ła Do­ro­ta.

– Nie, nie. Jest zu­peł­nie cie­pło, a zre­sztą mam prze­cież płaszcz. Pa!

Była już w przed­po­ko­ju, kie­dy Do­ro­ta chwy­ci­ła ją za rękę.

– Za­cze­kaj. Nie chcę się wtrą­cać do wa­szych spraw, ale wy­da­je mi się, że chy­ba po­win­naś za­dzwo­nić do Edwar­da. Nie wia­do­mo, jak dłu­go zo­sta­niesz u ma­my. Bę­dzie się nie­po­ko­ił.

Jo­an­na się za­wa­ha­ła. Wró­ci­ła jed­nak do te­le­fo­nu.

– Masz ra­cję. Za­dzwo­nię.

Na­krę­ci­ła nu­mer. Po chwi­li usły­sza­ła sła­by głos męża:

– Halo…?

Po­wie­dzia­ła, że je­dzie do Ani­na, bo mat­ka za­cho­ro­wa­ła.

– Kie­dy wró­cisz?

– Nie wiem. To bę­dzie za­le­ża­ło od tego, jak się mama bę­dzie czu­ła.

– Daj mi ja­koś znać. Za­dzwoń z Ani­na.

– Do­brze, do­brze, za­dzwo­nię.

Do­ro­ta ode­bra­ła jej słu­chaw­kę.

– Halo! Do­bry wie­czór, Edziu. Strasz­nie tu wszy­scy ża­łu­je­my, że nie przy­sze­dłeś. Jak się czu­jesz?

– Ra­czej mar­nie. Coś mi ser­ce nawa­la. Oba­wiam się, że będę mu­siał dzwo­nić po le­ka­rza.

– Trzy­maj się, Edziu. Naj­le­piej do­brze się wy­śpij. Ju­tro cię od­wie­dzi­my. Do­bra­noc.

Do­ro­ta od­pro­wa­dzi­ła Jo­an­nę do przed­po­ko­ju, za­mknę­ła za nią drzwi i wró­ci­ła do go­ści. Na jej wi­dok ktoś schryp­nię­tym nie­co ba­ry­to­nem za­in­to­no­wał „sto lat…”

Gru­be kro­ple desz­czu spły­wa­ły po szy­bach. Wy­cie­racz­ka pra­co­wa­ła bez przer­wy z ryt­micz­nym stu­ko­tem. Mo­kra jez­dnia błysz­cza­ła w świe­tle la­tar­ni.

Dok­tor Pa­wel­ski przy­mknął oczy. Był zmę­czo­ny, a ta sza­ru­ga zwięk­sza­ła jesz­cze nie­zno­śne uczu­cie sen­no­ści.

– Po­go­da coś nam się psu­je – po­wie­dział sa­ni­ta­riusz.

– Uhm – mruk­nął Pa­wel­ski. Ziew­nął i zno­wu przy­mknął oczy. Po­wie­ki cią­ży­ły mu, jak­by były z oło­wiu.

– Ale i tak nie mo­że­my na­rze­kać – pró­bo­wał pod­trzy­mać roz­mo­wę sa­ni­ta­riusz – pra­wie cały wrze­sień był pięk­ny.

Zwol­ni­li, na­stęp­nie gwał­tow­nie skrę­ci­li w pra­wo i kie­row­ca na­ci­snął ha­mu­lec.

– To gdzieś tu­taj bę­dzie, pa­nie dok­to­rze. Trze­ba po­szu­kać.

W no­wo­cze­snym bu­dow­nic­twie zna­leźć wła­ści­wą klat­kę scho­do­wą nie jest rze­czą ła­twą. Pa­wel­ski miał jed­nak spo­rą wpra­wę w od­naj­dy­wa­niu pa­cjen­tów i przy po­mo­cy Ko­złow­skie­go, tak bo­wiem na­zy­wał się sa­ni­ta­riusz, tra­fił do drzwi ozna­czo­nych nu­me­rem 17.

Upły­nę­ła dłuż­sza chwi­la za­nim, na­cis­ka­jąc dzwo­nek, osią­gnę­li po­żą­da­ny sku­tek. Usły­sze­li naj­pierw stą­pa­nie, po­tem sa­pa­nie i wresz­cie szczęk­nię­cie za­trza­sku. Cien­kie drzwi, spo­rzą­dzo­ne z dwóch ar­ku­szy dyk­ty, speł­nia­ły rolę de­ski re­zo­nan­so­wej i na klat­ce scho­do­wej moż­na było do­kład­nie sły­szeć, co się dzie­je w miesz­ka­niu.

Zo­ba­czy­li przed sobą mniej wię­cej pięć­dzie­się­cio­let­nie­go męż­czy­znę w szla­fro­ku na­rzu­co­nym nie­dba­le na pi­ża­mę ko­lo­ru doj­rza­łej wi­śni. Pa­sek od szla­fro­ka wlókł się za nim po pod­ło­dze.

– Czy pan Ro­sic­ki? – spy­tał Pa­wel­ski, zer­k­nąw­szy na kart­kę, na któ­rej miał za­pi­sa­ne na­zwi­sko cho­re­go.

– Tak. Dzię­ku­ję, że pan dok­tor przy­je­chał. Pro­szę. – Od­gar­nął z czo­ła ciem­ne, zle­pio­ne po­tem wło­sy i wpro­wa­dził przy­by­łych do po­ko­ju.

– Niech się pan kła­dzie – po­wie­dział Pa­wel­ski, wska­zu­jąc tap­czan. – Czy pan sam jest w domu?

– Tak. Sam je­stem w domu. Nie­ste­ty. Moja żona po­szła na przy­ję­cie.

Pa­wel­ski nie pod­jął tego te­ma­tu. Spy­tał:

– Co panu do­le­ga?

– Zła­pa­łem gdzieś gry­pę, pa­nie dok­to­rze. Leżę już dru­gi dzień, a dzi­siaj coś z ser­cem…

– Za­raz zo­ba­czy­my. Pro­szę się ro­ze­brać.

Ba­da­nie trwa­ło dość dłu­go. Pa­wel­ski był bar­dzo su­mien­nym le­ka­rzem i nig­dy nie lek­ce­wa­żył do­le­gli­wo­ści pa­cjen­ta. Wresz­cie scho­wał ste­to­skop, apa­rat do mie­rze­nia ci­śnie­nia i po­wie­dział:

– Stwier­dzam u pana przy­śpie­szo­ną dzia­łal­ność ser­ca, pew­ną aryt­mię.

– Czy to coś po­waż­ne­go, pa­nie dok­to­rze? – za­nie­po­ko­ił się Ro­sic­ki. – Może trze­ba do szpi­ta­la?

– Nie, nie, na ra­zie to zby­tecz­ne. Dam panu uspo­ka­ja­ją­cy za­strzyk, prze­pi­szę prosz­ki. Po­wi­nien pan się po­czuć le­piej. Je­że­li jesz­cze rano coś bę­dzie nie w po­rząd­ku, pro­szę we­zwać le­ka­rza re­jo­no­wego. A po tej gry­pie niech się pan zgło­si do po­rad­ni kar­dio­lo­gicz­nej. To nic spe­cjal­nie po­waż­ne­go, ale o ser­ce na­le­ży dbać. Czy pan już kie­dyś cho­ro­wał na ser­ce?

– Wła­ści­wie nie. Od daw­na mam tro­chę ner­wi­cy, ale to chy­ba wszy­scy…

Dok­tor Pa­wel­ski zro­bił za­strzyk, zapi­sał le­kar­stwo i po­że­gnał pa­cjen­ta, ży­cząc mu szyb­kie­go po­wro­tu do zdro­wia.

To było nie do wy­trzy­ma­nia.

Na­tręt­ny, upar­ty dźwięk wdzie­rał się pod czasz­kę, prze­ni­kał do każ­de­go ner­wu, drę­czył.

Czu­ła pod­świa­do­mie, że musi coś zro­bić, musi dzia­łać, za wszel­ką cenę prze­rwać ten kosz­mar. W ża­den spo­sób nie mo­gła jed­nak po­ko­nać bez­wła­du, któ­ry ją pa­ra­li­żo­wał. Wszyst­kie pró­by po­wro­tu do rze­czy­wi­sto­ści oka­za­ły się da­rem­ne. Co za męka.

Ocu­cił ją do­pie­ro ostry, ener­gicz­ny głos Ada­ma:

– Od­bierz! Te­le­fon dzwo­ni!

Ależ tak. To był po pro­stu te­le­fon, tyl­ko te­le­fon. Zdo­by­ła się na ol­brzy­mi wy­si­łek, wy­cią­gnę­ła rękę i pod­nio­sła słu­chaw­kę.

– Halo…? – Prze­stra­szy­ła się włas­nego gło­su.

– To ty, Do­ro­to? Dzień do­bry. Czy cię obu­dzi­łem?

Się­gnę­ła po szklan­kę z wodą, sto­ją­cą przy tap­cza­nie, wy­pi­ła duży łyk i odpo­wie­dzia­ła już tro­chę przy­tom­niej:

– Tak, obu­dzi­łeś mnie, ale to nic nie szko­dzi.

– Bar­dzo mi przy­kro. My­śla­łem, że… Do­cho­dzi pierw­sza.

– Co ty mó­wisz? Już pierw­sza? Co praw­da nie tak daw­no się po­ło­ży­łam. Trosz­kę się ta wczo­raj­sza uro­czy­stość prze­cią­gnę­ła. A ty jak się czu­jesz?

– Dzię­ku­ję. Tro­chę le­piej. Czy mo­gła­byś po­pro­sić do te­le­fo­nu Ada­ma?

– Oczy­wi­ście. Stoi tu koło mnie i za­raz bę­dzie mi ro­bił wy­mów­ki, że za dużo wy­pi­łam.

Kru­szew­ski pod­szedł do żony i wy­ciąg­nął rękę po słu­chaw­kę.

– Halo! Cześć, Edziu. Czu­jesz się już zdrow­szy? Ża­łuj, że wczo­raj u nas nie by­łeś. Było bar­dzo przy­jem­nie.

– Słu­chaj, Adam – po­wie­dział Ro­sic­ki – je­stem nie­spo­koj­ny o Jo­an­nę.

– O Jo­an­nę? Dla­cze­go?

– Jak wiesz, po­je­cha­ła wczo­raj do Ani­na. Mat­ka jej za­cho­ro­wa­ła. Ale prze­cież już do tej pory po­win­na była do mnie za­dzwo­nić. Po­je­chał­bym tam, ale le­karz za­bro­nił mi się ru­szać. Okrop­nie się czu­ję. Coś z ser­cem nie­zu­peł­nie w po­rząd­ku.

Kru­szew­ski się za­sta­na­wiał. Był zmę­czo­ny, nie­wy­spa­ny i dia­bel­nie nie chcia­ło mu się je­chać do Ani­na.

– Sły­szysz mnie, Ada­siu?

– Tak, tak, sły­szę cię. No wiesz… Praw­dę mó­wiąc… Ale jak trze­ba, to po­jadę do two­jej te­ścio­wej. Mówi się trud­no.

– Je­steś po­rząd­ny chłop. Bar­dzo ci dzię­ku­ję.

Kru­szew­ski odło­żył słu­chaw­kę i z nie­ukry­wa­ną nie­chę­cią spoj­rzał na żonę.

– No i po co ty tyle pi­łaś?

– Och, Ada­siecz­ku, nie gnie­waj się na mnie – jęk­nę­ła. – Przy­zna­ję, że to bar­dzo głu­pie, ale cią­gle ktoś chciał się ze mną na­pić. Wiesz, jak to jest. A zresz­tą, to prze­cież były moje uro­dzi­ny.

– To jesz­cze nie po­wód, żeby się upi­jać do nie­przy­tom­no­ści. Że­bym cię nie po­wstrzy­mał, to byś zro­bi­ła strip­tiz przy wszyst­kich go­ściach.

– Co ty po­wiesz? A to ci heca. Nic nie pa­mię­tam. Mu­sia­łam być rze­czy­wi­ście po­rząd­nie wla­na. Prze­pra­szam cię.

Mach­nął ręką.

– Daj spo­kój. Ale już ni­g­dy wię­cej nie bę­dzie u nas w domu tyle al­ko­ho­lu. To nie ma naj­mniej­sze­go sen­su. Co so­bie lu­dzie o nas po­my­ślą?

Skrzy­wi­ła się.

– Eee, nie przej­muj się. U nas, w Pol­sce, ni­g­dy się źle nie my­śli o tym, kto pije wód­kę. Ci nie­pi­ją­cy są po­dej­rza­ni i nie­szcze­rzy.

– Mu­szę je­chać do Ani­na – po­wie­dział Kru­szew­ski.

– Wiem. Sły­sza­łam. Uwa­żaj, Ada­siu, bar­dzo cię pro­szę. Je­steś zmę­czo­ny. Nie jedź zbyt szyb­ko.

– Bądź spo­koj­na. Ja pra­wie zu­peł­nie nie pi­łem.

– Może le­piej po­je­chał­byś au­to­bu­sem?

– Nie, nie. We­zmę wóz. Bę­dzie prę­dzej.

Mat­ka Jo­an­ny miesz­ka­ła w ma­łym, par­te­ro­wym dom­ku. Nie­wiel­ki ogró­dek pe­łen był kwia­tów.

Kru­szew­ski za­trzy­mał sa­mo­chód, wy­gra­mo­lił się zza kie­row­ni­cy i, ob­ciąg­nąw­szy wy­gnie­cio­ną ma­ry­nar­kę, pchnął ob­ro­śnię­tą wi­nem furt­kę.

Od razu spo­strzegł pa­nią Lip­kow­ską za­ję­tą pra­cą w ogro­dzie. Po­my­ślał więc, że ta do­le­gli­wość ser­co­wa nie mu­sia­ła być chy­ba zbyt po­waż­na, sko­ro cho­ra uwi­ja­ła się z mo­ty­ką w ręku po­mię­dzy grząd­ka­mi.

– Dzień do­bry. Wi­dzę, że pani już się zu­peł­nie do­brze czu­je.

Pod­nio­sła za­ró­żo­wio­ną, we­so­łą twarz.

– A, dzień do­bry panu. Dla­cze­góż to mia­ła­bym się źle czuć?

– Po­dob­no pani za­nie­mo­gła na ser­ce.

– Ja? Na ser­ce? Kto to panu po­wie­dział?

Zmie­szał się. W pierw­szej chwi­li nie mógł się zo­rien­to­wać, co to wszyst­ko wła­ści­wie zna­czy. Prze­cią­gnął dło­nią po wło­sach i pró­bo­wał się uśmiech­nąć. Mu­siał mieć nie­zbyt mą­drą minę, bo spoj­rza­ła na nie­go i się ro­ze­śmia­ła.

– Co się z pa­nem dzie­je, pa­nie Ada­mie? O co panu cho­dzi? Pro­szę, niech pan wej­dzie do domu. Za­raz przy­szy­ku­ję her­baty, a może woli pan kawę? Bo kawę tak­że mam.

– Wi­dzi pani… Ja chcia­łem się zoba­czyć z Jo­an­ną.

– Jo­an­ny nie ma dzi­siaj u mnie. Była wczo­raj, wczo­raj rano. Pro­si­łam, żeby przy­je­cha­ła, bo mia­łam taki tam drob­ny upo­mi­nek dla pani Do­rot­ki na uro­dzi­ny.

– A w nocy? – spy­tał Kru­szew­ski, któ­re­go po­czy­nał ogar­niać co­raz więk­szy nie­po­kój. – W nocy Jo­an­na nie przy­jeż­dża­ła do pani?

– Ale skąd­że! Po cóż mia­ła­by przy­jeż­dżać do mnie w nocy?

Kru­szew­ski z pew­nym wy­sił­kiem prze­łknął śli­nę.

– Mu­siał ktoś głu­pio za­żar­to­wać – po­wie­dział, usi­łu­jąc nadać swe­mu gło­so­wi nor­mal­ne brzmie­nie.

Spoj­rza­ła na nie­go bacz­nie.

– O ja­kich żar­tach pan mówi?

– Ktoś te­le­fo­no­wał do nas w cza­sie przy­ję­cia, ja­kaś ko­bie­ta. Po­da­ła się za pa­nią Ka­li­now­ską i po­wie­dzia­ła, że pani jest cięż­ko cho­ra i żeby Jo­an­na na­tych­miast przy­jeż­dża­ła do Ani­na.

– Coś po­dob­ne­go! Ka­li­now­ska? Za­raz to spraw­dzi­my. – Sta­rusz­ka po­drep­ta­ła żwa­wo w kie­run­ku domu, wo­ła­jąc: – Pani Wan­decz­ko! Pani Wan­decz­ko!

Pani Wan­decz­ka była wy­so­ka, ko­ści­sta, sze­ro­ka w ra­mio­nach. Po­ru­sza­ła się jak sta­ry wia­rus, nie go­li­ła wą­sów i co chwi­la po­pra­wia­ła oku­la­ry, któ­re jej się zsu­wa­ły po su­chym, za­gię­tym ku do­ło­wi no­sie. Głos jed­nak mia­ła miły, ła­god­ny, nie li­cu­ją­cy z po­stu­rą eme­ry­to­wa­ne­go puł­kow­ni­ka dra­go­nów.

– Słu­cham pa­nią, pani Zo­sień­ko. Co się sta­ło?

– Czy pani te­le­fo­no­wa­ła w nocy do mo­jej cór­ki?

– Do pani cór­ki? Ja? W nocy?

Kru­szew­ski pod­szedł bli­żej, ukło­nił się i po­wie­dział:

– Bar­dzo prze­pra­szam, ale to naj­wi­docz­niej ja­kieś nie­po­ro­zu­mie­nie. Mu­siał ktoś zro­bić głu­pi ka­wał.

– I pan przy­pusz­czał, że Jo­an­na jest tu­taj, u mnie? – spy­ta­ła pani Lip­kow­ska.

– Tak. Była pew­na, że pani jest cho­ra i mia­ła je­chać do Ani­na.

– Ale nie przy­je­cha­ła. Co to wszyst­ko zna­czy? Za­czy­nam być nie­spo­koj­na. Może jej się coś sta­ło?

– Ależ nie, nic się jej nie sta­ło – po­wie­dział z ła­god­nym uśmie­chem Kru­szew­ski. – Na pew­no wstą­pi­ła po dro­dze do domu i wszyst­ko się wy­ja­śni­ło. Pro­szę się nie nie­po­ko­ić.

– Dla­cze­go pan przy­pusz­czał, że to ja te­le­fo­no­wa­łam? – spy­ta­ła pani Wan­de­czka.

– Po­nie­waż ta ko­bie­ta, któ­ra dzwo­ni­ła do nas w nocy, po­da­ła się za pa­nią Kali­now­ską z Ani­na.

– To jest bez­czel­ność pod­szy­wać się pod cu­dze na­zwi­sko. Ja ją po­dam do są­du. Nie mogę po­zwo­lić na ta­kie rze­czy.

– Naj­pierw mu­si­my do­wie­dzieć się, kim była ta ko­bie­ta. – Kru­szew­ski po­że­gnał się ze sta­rusz­ka­mi i za­wró­cił w kie­run­ku furt­ki. Pani Lip­kow­ska do­go­ni­ła go w po­ło­wie dro­gi.

– Pa­nie Ada­mie! Pa­nie Ada­mie!

Za­trzy­mał się.

– Słu­cham pa­nią?

– Je­stem bar­dzo nie­spo­koj­na. Daj­cie mi ja­koś znać. Naj­le­piej niech Jo­asia do mnie przy­je­dzie. Tu­taj ni­g­dzie w po­bli­żu nie ma te­le­fo­nu, a na pocz­tę to ka­wał dro­gi. Ale jak nie będę mia­ła wia­do­mo­ści, to pój­dę i za­te­le­fo­nu­ję.

– Niech się pani nie de­ner­wu­je. Na pew­no nic się nie sta­ło. Je­stem prze­ko­nany, że Jo­an­na od­sy­pia u sie­bie nie­prze­spa­ną noc.

Kru­szew­ski w nie naj­lep­szym hu­mo­rze wró­cił do War­sza­wy. Miał ocho­tę poje­chać do sie­bie i na­ra­dzić się z Do­ro­tą, ale do­szedł do wnio­sku, że prze­dłu­ża­nie tego wszyst­kie­go nie ma naj­mniej­sze­go sen­su i że trze­ba na­tych­miast za­wia­do­mić Edwar­da.

Ro­sic­ki był mi­zer­ny i bar­dzo zde­ner­wo­wa­ny. Ręce mu się trzę­sły.

– No i co? Wi­dzia­łeś Jo­an­nę?

– Nie. Jo­an­ny nie ma w Ani­nie.

– Nie ma jej u mat­ki? Więc gdzież jest?

Kru­szew­ski wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Nie mam po­ję­cia. To był ja­kiś ka­wał z tym ca­łym te­le­fo­nem. Two­ja te­ścio­wa jest zdro­wa jak ryba. Nie mia­ła żad­ne­go ata­ku ser­ca. Ka­li­now­ska wca­le do nas nie dzwo­ni­ła. Nic nie wie­dzą o Jo­an­nie.

Ro­sic­ki utkwił nie­spo­koj­ne spoj­rze­nie w twa­rzy przy­ja­cie­la.

– Adam, co to wszyst­ko zna­czy?

– A bo ja wiem – Kru­szew­ski zapa­lił pa­pie­ro­sa i ro­zej­rzał się po po­ko­ju.

– Po­piel­nicz­ka jest w kuch­ni – po­wie­dział Ro­sic­ki.

Kru­szew­ski wy­szedł. Kie­dy wró­cił, Ro­sic­ki się ubie­rał.

– Chcesz wyjść z domu?

– No chy­ba. Prze­cież mu­szę coś ro­bić. Mu­szę szu­kać Jo­an­ny!

– Ale le­karz nie po­zwo­lił ci wsta­wać!

– Gwiż­dżę na le­ka­rza. Nie mogę tak le­żeć bez­czyn­nie.

– Po­wiedz tyl­ko, gdzie wła­ści­wie masz za­miar jej szu­kać?

Ro­sic­ki, któ­ry za­sznu­ro­wał już je­den but, pod­niósł gło­wę i otarł spo­co­ne czo­ło.

– To praw­da. Gdzie jej będę szu­kał – po­wie­dział ci­cho. – Może za­wia­do­mić mi­li­cję? Jak my­ślisz?

Kru­szew­ski zga­sił pa­pie­ro­sa i przy­su­nął swo­je krze­sło bli­żej tap­cza­nu.

– Słu­chaj, Edziu – zni­żył głos, jak­by się oba­wiał, że ktoś może go pod­słu­chać – trze­ba się nad tym spo­koj­nie za­sta­no­wić. Ktoś wy­wo­łał Jo­an­nę od nas pod pozo­rem, że jej mat­ka jest cho­ra.

– Ale kto to mógł zro­bić i w ja­kim celu?

– Ba. Na to py­ta­nie nikt ci chy­ba nie od­po­wie. Mu­si­my się za­sta­no­wić nad ta­ką spra­wą: czy Jo­an­na była wta­jem­ni­czo­na w tę mi­sty­fi­ka­cję z cho­ro­bą mat­ki, czy też nie?

– Jo­an­na? Mi­sty­fi­ka­cja? O czym ty wła­ści­wie mó­wisz? Dla­cze­go?

Kru­szew­ski po­ło­żył dłoń na ra­mie­niu przy­ja­cie­la.

– Prze­cież my dwaj nie mu­si­my się cza­ro­wać, praw­da?

– O co ci cho­dzi?

– Wiem, że ty i Jo­an­na już od dłuż­sze­go cza­su nie­zbyt do­brze ze sobą żyje­cie. A może Jo­an­na ma ko­goś?

– A gdy­by na­wet, no to co z tego?…

– Może chcia­ła się urwać z przy­ję­cia i w po­ro­zu­mie­niu ze swo­im przy­ja­cie­lem za­aran­żo­wa­ła ten fik­cyj­ny te­le­fon? Nie przy­pusz­cza­ła, że ja po­ja­dę rano do Ani­na.

Roz­legł się ener­gicz­ny dźwięk dzwon­ka u drzwi wej­ścio­wych. Spoj­rze­li nie­spo­koj­nie po so­bie. Kru­szew­ski pod­niósł się i po­szedł otwo­rzyć. Zo­ba­czył dwóch męż­czyzn w mun­du­rach mi­li­cyj­nych.

– Czy tu miesz­ka oby­wa­tel Edward Ro­sic­ki?

– Tak – od­po­wie­dział ci­cho Kru­szew­ski.

Rozdział II

Ka­pi­tan Igna­cy Su­chec­ki ni­czym nie przy­po­mi­nał le­gen­dar­ne­go Sher­loc­ka Hol­mesa czy też ja­kie­goś fil­mo­we­go asa wy­wia­du. Śred­nie­go wzro­stu, szczu­pły, twarz miał okrą­głą, dzie­cin­nie ru­mia­ną, pro­mie­nie­ją­cą opty­mi­zmem i ra­do­ścią ży­cia. Nie­du­ży, kar­to­flo­wa­ty nos, le­ciut­ko za­dar­ty do góry, nada­wał tej twa­rzy wy­raz na­iw­ne­go za­cie­ka­wie­nia, a ła­god­ne, nie­bie­skie oczy pa­trzy­ły na świat jak­by z pew­nym zdzi­wie­niem, po­łą­czo­nym z do­bro­tli­wym po­bła­ża­niem dla tego wszyst­kie­go, co się na tym świe­cie dzie­je. Nikt ni­g­dy nie sły­szał, żeby ka­pi­tan Su­chec­ki pod­no­sił głos czy też, żeby się z kimś sprze­czał. Był ci­chy, zgod­ny, uczyn­ny. Chęt­nie usu­wał się w cień, nie dba­jąc o wła­sne in­te­re­sy i ka­rie­rę. Mo­gło się zda­wać, że to jest czło­wiek, któ­ry abso­lut­nie nie na­da­je się do pra­cy w mi­li­cji, a tym bar­dziej w wy­dzia­le śled­czym. By­ły to jed­nak tyl­ko po­zo­ry, bo w rze­czy­wi­sto­ści…

„Mały Ignaś” albo „Sza­ra­da”, jak go na­zy­wa­li ko­le­dzy w ko­men­dzie, miał swój wła­sny sys­tem pro­wa­dze­nia śledz­twa i prze­słu­chań. Wie­rzył bez za­strze­żeń we wszyst­ko, co mó­wił po­dej­rza­ny, a przy­naj­mniej ge­nial­nie uda­wał, że wie­rzy. To cał­ko­wi­cie dez­orien­to­wa­ło prze­stęp­ców, któ­rzy byli przy­zwy­cza­je­ni do tego, że każ­de ich sło­wo było po­czy­ty­wa­ne za kłam­stwo. Ten do­bro­tli­wy, życz­li­wie uśmiech­nię­ty i bez­kry­tycz­nie wie­rzą­cy w naj­bar­dziej nie­praw­do­po­dob­ne „le­gen­dy” ofi­cer śled­czy pe­szył ich, nie­po­ko­ił i cał­ko­wi­cie zbi­jał z tro­pu. W związ­ku z tym krą­ży­ła w ko­men­dzie na­stę­pu­ją­ca aneg­do­ta: pew­ne­go razu Su­chec­ki prze­słu­chi­wał no­to­rycz­ne­go ban­dytę i wła­my­wa­cza, któ­ry opo­wia­dał nie­stwo­rzo­ne hi­sto­rie, kła­miąc w żywe oczy i za­prze­cza­jąc oczy­wi­stym fak­tom. „Mały Ignaś” tak zna­ko­mi­cie ode­grał swą rolę i z taką na­iw­ną uf­no­ścią „wie­rzył” we wszyst­ko, że wresz­cie ban­dzior za­ła­mał się i wy­buch­nął: – Niech­że pan nie wie­rzy w te łgar­stwa, pa­nie ka­pi­ta­nie ko­cha­ny. Czy pan, jak pra­gnę Boga, nie wi­dzi, że ja z pana ba­lo­na ro­bię? Od­sie­dzę swo­je, mówi się trud­no, ale su­mie­nie mi nie po­zwa­la ta­kie­go sym­pa­tycz­ne­go fa­ce­ta, jak pan ka­pi­tan, tak or­dy­nar­nie obe­łgi­wać. Niech już bę­dzie. To fak­tycz­nie ja wła­ma­łem się do tej spół­dziel­ni. – Scep­ty­cy twier­dzi­li, że wła­my­wacz zdą­żył przed prze­słu­cha­niem „za­tan­ko­wać” pół li­tra cy­try­nów­ki i dla­te­go miał ta­kie czu­łe su­mie­nie, ale fakt pozo­sta­je fak­tem, że Su­chec­ki roz­pra­co­wał swo­je­go „klien­ta”, i spra­wę dość pre­cy­zyj­ne­go wła­ma­nia wy­ja­śnił szyb­ciej ani­żeli się moż­na było tego spo­dzie­wać.

Na­leży tu jesz­cze wy­ja­śnić, że prze­zwi­sko „Sza­ra­da” po­wsta­ło stąd, iż „ła­two­wier­ny” ka­pi­tan bar­dzo czę­sto uży­wał tego sło­wa. Mó­wił: „to skom­pli­ko­wa­na sza­ra­da” albo „to prze­dziw­na sza­ra­da”, albo „to trud­na do ugry­zie­nia sza­ra­da”.

Te­raz Su­chec­ki szedł wol­no po scho­dach, a za nim jesz­cze wol­niej po­su­wał się po­rucz­nik Gra­bik. Nie śpie­szy­li się. Roz­mo­wa, któ­rą mie­li od­być, nie na­le­ża­ła do naj­przy­jem­niej­szych.

Za­trzy­ma­li się przed drzwia­mi ozna­czo­ny­mi nu­me­rem sie­dem­na­ście. Na mo­sięż­nej, po­czer­nia­łej ta­blicz­ce wy­gra­we­ro­wany był na­pis: JO­AN­NA I EDWARD RO­SIC­CY.

Po­rucz­nik Gra­bik ener­gicz­nie na­ci­snął dzwo­nek, tak jak­by w ten spo­sób chciał so­bie do­dać otu­chy.

Drzwi otwo­rzył im wy­so­ki, bar­czy­sty męż­czy­zna, przy któ­rym Su­chec­ki wy­glą­dał nie tyl­ko jak mały, ale jak ma­leń­ki Ignaś. Cóż zna­czy­ły jego sześć­dzie­siąt czte­ry ki­lo­gra­my wo­bec dzie­więć­dzie­się­ciu paru ki­lo­gra­mów tego ol­brzy­ma.

– Czy tu miesz­ka oby­wa­tel Edward Ro­sic­ki?

– Tak – od­po­wie­dział ci­cho Kru­szew­ski.

– Czy to pan?

– Nie. Ja je­stem jego przy­ja­cie­lem. Pan Ro­sic­ki leży cho­ry.

– Przy­kro mi – uśmiech­nął się prze­pra­sza­ją­co Su­chec­ki – ale mu­si­my zo­ba­czyć się z pa­nem Ro­sic­kim w bar­dzo waż­nej spra­wie.

Kru­szew­ski od­su­nął się i wpu­ścił ich do przed­po­ko­ju.

– Pro­szę. Pa­no­wie po­zwo­lą. Za­raz za­wia­do­mię mo­je­go przy­ja­cie­la, że pano­wie chcą się z nim wi­dzieć.

Ro­sic­ki sie­dział na tap­cza­nie i ner­wo­wo za­pi­nał gu­zi­ki przy pi­ża­mie. Na wi­dok mi­li­cjan­tów po­ru­szył się gwał­tow­nie, jak­by chciał wstać.

– Co się sta­ło? Czy coś z Jo­an­ną? Wy­pa­dek?

Kru­szew­ski przy­su­nął krze­sła. Usie­dli.

– Przy­kro mi – po­wie­dział Su­che­cki – ale mamy dla pana złe wia­do­mo­ści. Pań­ska żona nie żyje.

Ro­sic­ki pa­trzył na ofi­ce­rów, jak­by nie ro­zu­miał zna­cze­nia tych słów.

– Nie żyje? Jo­an­na? Jak to nie żyje? Dla­cze­go? Wy­pa­dek? Sa­mo­chód?

– Nie, to nie był wy­pa­dek. Pań­ska żona zo­sta­ła za­mor­do­wa­na.

Ro­sic­ki pa­ro­krot­nie po­trzą­snął gło­wą, jak­by chciał zrzu­cić z sie­bie ja­kiś nie­wi­dzial­ny cię­żar.

– Nie­moż­li­we… nie­moż­li­we. To nie może być praw­da.

Su­chec­ki roz­ło­żył ręce.

– Nie­ste­ty, to praw­da, smut­na praw­da. Zi­den­ty­fi­ko­wa­li­śmy zwło­ki. Przy de­nat­ce zna­le­zio­no do­wód oso­bi­sty.

– Ale w jaki spo­sób? Kto ją za­bił?

– Tego wła­śnie chce­my się do­wie­dzieć.

– Gdzie ją zna­le­zio­no?

– W La­sku Bie­lań­skim.

Ro­sic­ki obu­rącz chwy­cił się za gło­wę.

– Nie mogę w to uwie­rzyć. Nie mo­gę w to uwie­rzyć – po­wta­rzał zdła­wio­nym gło­sem.

Kru­szew­ski po­ło­żył mu rękę na ra­mie­niu.

– Uspo­kój się. Mu­sisz się opa­no­wać. Może dać ci ja­kichś kro­pli?

– Nie, nie. Nie chcę żad­nych le­karstw.

Su­chec­ki od­cze­kał chwi­lę, chrząk­nął i po­wie­dział:

– Do­sko­na­le ro­zu­miem, że to dla pana strasz­ny cios, ale chciał­bym usta­lić pew­ne fak­ty. W ta­kich wy­pad­kach każ­da chwi­la jest dro­ga. Cho­dzi tyl­ko o kil­ka py­tań.

– Może by pa­no­wie przy­szli ju­tro? – za­pro­po­no­wał Kru­szew­ski. – Wi­dzi­cie, w ja­kim sta­nie znaj­du­je się mój przy­ja­ciel.

Ro­sic­ki wy­ko­nał gwał­tow­ny ruch rę­kami.

– Nie, nie..! Wolę to już mieć za sobą. Dziś czy ju­tro to prze­cież wszyst­ko jed­no. Pro­szę, py­taj­cie pa­no­wie.

– Na co pan cho­ru­je? – spy­tał dość nie­spo­dzie­wa­nie Su­chec­ki.

– Gry­pa. A w nocy przy­plą­ta­ły mi się jesz­cze ja­kieś kom­pli­ka­cje ser­co­we. Czu­łem się tak fa­tal­nie, że aż mu­sia­łem wzy­wać po­go­to­wie.

– Kie­dy po raz ostat­ni wi­dział pan swo­ją żonę?

– Wczo­raj wie­czo­rem, jak wy­cho­dzi­ła na przy­ję­cie.

– Na przy­ję­cie?

– Pani Ro­sic­ka była u nas, na uro­dzi­nach mo­jej żony – po­śpie­szył z wy­ja­śnie­niem Kru­szew­ski.

– I zo­sta­wi­ła tak sa­me­go cho­re­go męża? – zdzi­wił się Su­chec­ki.

Kru­szew­ski miał tro­chę za­kło­po­ta­ną minę.

– Wy­da­je mi się, że Edward nie był taki bar­dzo cho­ry, kie­dy Jo­an­na wy­cho­dzi­ła z domu. Taka tam mała gryp­ka…

Su­chec­ki prze­niósł spoj­rze­nie na Ro­sic­kie­go, jak­by od nie­go ocze­ki­wał ja­kie­goś ko­men­ta­rza w tej spra­wie, ale Ro­sic­ki zwie­sił gło­wę i mil­czał po­nu­ro.

– O któ­rej go­dzi­nie pań­ska żona wy­szła wczo­raj wie­czo­rem z domu?

– Było chy­ba koło siód­mej.

– Tak – wtrą­cił się zno­wu do roz­mo­wy Kru­szew­ski. – Do nas przy­szła kil­ka mi­nut po siód­mej, a że miesz­ka­my nie­da­le­ko…

Su­chec­ki przyj­rzał mu się uważ­nie.

– Bar­dzo pana prze­pra­szam, ale wo­lał­bym, żeby pa­no­wie od­po­wia­da­li tyl­ko na moje py­ta­nia.