Opis

Jest upalny lipcowy dzień. Porucznik Cieślak, pełniący dyżur w komendzie milicji, walczy z sennością. Ożywia się, gdy w jego biurze pojawia się młoda, piękna dziewczyna. Zupełnie nieoczekiwanie rzuca się ona na Cieślaka i obsypuje go stekiem wyzwisk. Zaskoczony oficer każe odwieźć dziewczynę na pogotowie. Jeszcze nie zdążył ochłonąć po awanturze, jaką urządziła mu urocza nieznajoma, gdy otrzymuje wiadomość, że została ona zamordowana. Ktoś zadał jej cios w plecy nożem sprężynowym. Do akcji wkracza Downar. Jedynym tropem jest męska koszulka, którą miała na sobie dziewczyna.

Na Czerniakowskiej zostają znalezione zwłoki mężczyzny. Przystojny, dobrze ubrany, elegancki, zginął od strzału w plecy. Szybko udaje się ustalić jego tożsamość – to Karol Rodecki, znany i szanowany lekarz. Downar przejmuje śledztwo na prośbę przełożonych. Wdowa po zamordowanym opowiada, że feralnej nocy zadzwoniła gosposia jego przyjaciela, także lekarza, prosząc, by natychmiast przyjechał z narzędziami chirurgicznymi. W toku śledztwa okazuje się, że ów lekarz nic nie wiedział o całej sprawie, a jego gospodyni nie było wtedy w Warszawie. Następnie milicja znajduje rozbity samochód Rodeckiego, a w nim kawałek parafiny do smarowania nart. Downar ma postanawia zastawić pułapkę…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 206

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Zyg­munt Zey­dler-Zbo­row­ski

Dziew­czy­na w mę­skiej ko­szul­ce

Ma­jor Do­wnar za­sta­wia pu­łap­kę

Pro­jekt okład­ki

Mi­ko­łaj Ja­strzęb­ski

Skład kom­pu­te­ro­wy

Ma­ria Ba­ra­now­ska

Konwersja do wersji elektronicznej

Mi­ko­łaj Ja­strzęb­ski

Edy­cję opra­co­wa­no na pod­sta­wie wy­da­nia:

Dziew­czy­na w mę­skiej ko­szul­ce – Ewa wzy­wa 07, nr 51, Iskry, War­sza­wa 1973

Ma­jor Do­wnar za­sta­wia pu­łap­kę – Ewa wzy­wa 07, nr 100, Iskry, War­sza­wa 1978

© Co­py­ri­ght by Zo­fia Bi­ma­li Zbo­row­ska

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two LTW

ISBN 978-83-7565-487-5

Wy­daw­nic­two LTW

ul. Sa­wic­kiej 9, Dzie­ka­nów Le­śny

05-092 Ło­mian­ki

tel. 22 751-25-18

www.ltw.com.pl

e-mail: [email protected]

Dziewczyna w męskiej koszulce

ROZDZIAŁ I

Upał. Po­wie­trze, stło­czo­ne mię­dzy na­grza­ny­mi mu­ra­mi, jest gę­ste, cuch­ną­ce ben­zy­ną i ludz­kim po­tem. W wą­skim tu­ne­lu uli­cy Wil­czej nie ma czym oddy­chać. Cię­ża­rów­ki, pry­wat­ne wart­bur­gi, sy­ren­ki, fia­ty, ra­dio­wo­zy mi­li­cyj­ne prze­py­cha­ją się w kie­run­ku Mar­szał­kow­skiej.

Nad­cho­dzą­cy wie­czór nie przy­niósł upra­gnio­ne­go ochło­dze­nia. Na­wet mu­chy nie mają sił tań­czyć wo­kół lam­py zwie­sza­ją­cej się z su­fi­tu. Łażą nie­mra­we, sen­ne po biur­kach, sto­łach, wie­sza­kach. Nie re­agu­ją ani na nie­bez­pie­czeń­stwo, ani na moż­li­wość zdo­by­cia po­ży­wie­nia.

Po­rucz­nik Cie­ślak zdjął mun­dur, roz­piął pod szy­ją ko­szu­lę i z wes­tchnie­niem peł­nym re­zy­gna­cji roz­po­czął swój dy­żur. Ży­wił w ser­cu na­dzie­ję, że ten lip­co­wy upał na­stroi miesz­kań­ców War­sza­wy apa­tycz­nie i że noc przej­dzie względ­nie spo­koj­nie. Nie mógł so­bie wy­obra­zić sie­bie w roli nie­zwy­kle ak­tyw­ne­go stró­ża bez­pie­czeń­stwa pu­blicz­ne­go. Ja­kie­kol­wiek dzia­ła­nie prze­ra­sta­ło w tej chwi­li jego siły.

Wszedł Mie­cio Ba­czyń­ski. Mimo oka­za­łej tu­szy po­ru­szał się żwa­wo i by­naj­mniej nie ro­bił wra­że­nia czło­wie­ka zmę­czo­ne­go upa­łem. Po­cił się tyl­ko ob­fi­cie, wy­cie­ra­jąc czo­ło i kark ogrom­ną chust­ką, jak­by wy­pro­du­ko­wa­ną na spe­cjal­ne za­mó­wie­nie. Ko­lo­rem swym przy­po­mi­na­ła świe­żo roz­kwi­tłe fioł­ki.

– Cześć, Sta­chu! – za­wo­łał od pro­gu po­tęż­nym, tu­bal­nym ba­sem.

– Cześć – od­pa­ro­wał Cie­ślak ze znacz­nie mniej­szą ener­gią.

Ba­czyń­ski przy­su­nął so­bie krze­sło, usiadł, od­sap­nął i uważ­nie przyj­rzał się przy­ja­cie­lo­wi.

– Nie­tę­go wy­glą­dasz – po­wie­dział.

Cie­ślak skrzy­wił się.

– Kto może do­brze wy­glą­dać w taki upał?

– A ja czu­ję się wy­śmie­ni­cie – ro­ze­śmiał się Ba­czyń­ski. – Lu­bię cie­peł­ko. Przy­naj­mniej czło­wiek sto­pi tro­chę tego sa­dła. Nie­po­trzeb­na łaź­nia pa­ro­wa. Trze­ba się przy­sto­so­wać, Sta­chu, ko­niecz­nie trze­ba się przy­sto­so­wać do każ­dej sy­tua­cji. Wy­obraź so­bie, że je­steś w Bra­zy­lii, w dżun­gli tro­pi­kal­nej. Tam jesz­cze go­rzej.

– Nie wy­bie­ram się do Bra­zy­lii – mruk­nął Cie­ślak, któ­re­go ta ga­da­ni­na za­czy­na­ła de­ner­wo­wać.

Gru­bas po­sta­wił na sto­le ogrom­ny ter­mos.

– A może na­pił­byś się kawy? – spy­tał. – To ci do­brze zro­bi. Kawa pod­no­si ci­śnie­nie i pod­no­si na du­chu.

Pili więc kawę, a Mie­cio nie prze­sta­wał mó­wić, nie przej­mu­jąc się tym, że po­ga­węd­ka z przy­ja­cie­lem prze­kształ­ci­ła się w jego mo­no­log.

Wresz­cie znu­żo­ny Cie­ślak spy­tał:

– Nie idziesz do domu?

– Po co? – wzru­szył ra­mio­na­mi Ba­czyń­ski. – Żona z dzieć­mi na wsi, a u mnie w miesz­ka­niu jak w pie­kar­ni­ku. Wszyst­kie okna na po­łu­dnio-za­chód. Nie moż­na zro­bić prze­cią­gu. Żad­ne­go prze­wie­wu. Go­rzej niż tu w ko­men­dzie. Tych na­szych ar­chi­tek­tów to bym na pal wbi­jał. Nie mają zie­lo­ne­go po­ję­cia o bu­do­wa­niu miesz­kań.

Nowy te­mat roz­wi­jał się na­der żwa­wo. Bu­dow­nic­two miesz­ka­nio­we to był je­den z licz­nych ko­ni­ków „gru­be­go Mie­cia”. Cie­ślak czuł, że słab­nie. Do­znał praw­dzi­wej ulgi, kie­dy po­sły­szał pu­ka­nie do drzwi.

– Wejść.

Sier­żant Kraw­czyk sta­nął przed biur­kiem w po­sta­wie służ­bo­wej.

– To­wa­rzy­szu po­rucz­ni­ku, przy­szła ja­kaś oby­wa­tel­ka, chce ko­niecz­nie mó­wić z ofi­ce­rem dy­żur­nym.

– O co jej cho­dzi?

– Nie wiem. Mówi, że spra­wa bar­dzo waż­na.

– Sta­ra, mło­da?

– Mło­da.

– A ład­na? – za­in­te­re­so­wał się Ba­czyń­ski jak przy­sta­ło na sło­mia­ne­go wdow­ca.

Sier­żant uśmiech­nął się.

– Ni­cze­go so­bie. Taka wię­cej… tego…

– Wpro­wadź­cie in­te­re­sant­kę – po­wie­dział urzę­do­wym to­nem Cie­ślak, chcąc prze­rwać tę zbyt fry­wol­ną roz­mo­wę.

Dziew­czy­na była rze­czy­wi­ście „ni­cze­go so­bie”. Wy­so­ka, smu­kła, świet­nie zbu­do­wana, mia­ła duże, ciem­ne oczy, efek­tow­ny biust i kasz­ta­no­wa­te wło­sy luź­no spa­da­ją­ce na ra­mio­na. Ja­sno­be­żo­we spodnie i bia­ła blu­zecz­ka ob­la­mo­wa­na żół­tą ta­siem­ką pod­kre­śla­ły zło­ta­wą opa­le­ni­znę.

Ba­czyń­ski w ostat­niej chwi­li po­wstrzy­mał się, żeby nie gwizd­nąć prze­cią­gle. Cie­ślak pod­niósł się ze swe­go miej­sca i wska­zał krze­sło przed biur­kiem.

– Pro­szę, niech pani sia­da.

I wte­dy sta­ła się rzecz zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­na. Ta pięk­na dziew­czy­na o sub­tel­nie za­ry­so­wa­nym owa­lu twa­rzy i ru­chach do­brze wy­cho­wa­nej pa­nien­ki opar­ła się o po­ręcz krze­sła i, po­chy­lo­na w kie­run­ku Cie­śla­ka, blu­znę­ła naj­strasz­niej­szy­mi wy­my­sła­mi:

– Ty skur­wy­sy­nu! ty łaj­da­ku! ty zło­dzie­ju! ty oszu­ście! ty ło­trze! ty pod­ły uwo­dzi­cie­lu! ty ka­na­lio! i ta­kie­go szub­raw­ca trzy­ma­ją w mi­li­cji! To hań­ba!

Gru­by Mie­cio osłu­piał. Oczy zro­bi­ły mu się jesz­cze bar­dziej okrą­głe. Z prze­ra­że­niem pa­trzył to na wy­krzy­ku­ją­cą dziew­czy­nę, to na przy­ja­cie­la.

– Ależ pro­szę pani… – pró­bo­wał rea­go­wać Cie­ślak. Nic nie po­mo­gło. Li­ta­nia prze­kleństw i co­raz or­dy­nar­niej­szych wy­zwisk pły­nę­ła nie­po­wstrzy­ma­nym po­to­kiem z kształt­nych ust „do­brze wy­cho­wa­nej pa­nien­ki”.

Wresz­cie pierw­sze za­sko­cze­nie mi­nę­ło i Cie­ślak od­zy­skał zim­ną krew.

– Pro­szę się na­tych­miast uspo­ko­ić! – wrza­snął roz­ka­zu­ją­co.

Do po­ko­ju wbiegł sier­żant Kraw­czyk.

– Co się sta­ło, to­wa­rzy­szu po­rucz­ni­ku?

– Od­pro­wadź­cie tę oby­wa­tel­kę do aresz­tu.

Dziew­czy­na umil­kła. Sta­ła te­raz spo­koj­nie, cze­ka­jąc na dal­szy bieg wy­pad­ków.

Ba­czyń­ski trą­cił przy­ja­cie­la w ło­kieć i wska­zu­ją­cym pal­cem na­kre­ślił na czo­le małe kół­ko.

Cie­ślak ski­nął gło­wą.

– Za­cze­kaj­cie – po­wie­dział, wi­dząc że sier­żant bie­rze dziew­czy­nę za rękę. – Weź­cie ra­dio­wóz i za­wieź­cie ją na Hożą, do po­go­to­wia. Za­raz tam za­dzwo­nię.

Na te sło­wa dziew­czy­na oży­wi­ła się i po­czę­sto­wa­ła Cie­śla­ka nową por­cją wy­zwisk. Sier­żant Kraw­czyk siłą wy­pro­wa­dził ją z po­ko­ju.

Przez chwi­lę pa­no­wa­ła peł­na na­pię­cia ci­sza.

– Mam na­dzie­ję, że to nie two­ja dob­ra zna­jo­ma – po­wie­dział fra­so­bli­wie gru­by Mie­cio, ocie­ra­jąc pot, któ­ry ob­fi­cie zro­sił mu czo­ło i opa­lo­ny kark.

– Zwa­rio­wa­łeś? – żach­nął się Cieś­lak. – Ja miał­bym…?!

Ba­czyń­ski po­kle­pał go uspo­ka­ja­ją­co po ra­mie­niu.

– Wca­le bym się nie zdzi­wił! Za­wsze by­łem zda­nia, że masz do­bry gust, je­śli cho­dzi o te spra­wy.

– Prze­stań! – Cie­ślak by­naj­mniej nie był w żar­to­bli­wym na­stro­ju. Pod­niósł słu­chaw­kę i po­łą­czył się z po­go­to­wiem. Przez dłuż­szą chwi­lę roz­ma­wiał z le­ka­rzem dy­żur­nym. Na­stęp­nie od­su­nął od sie­bie te­le­fon i wy­jął z kie­sze­ni pa­pie­ro­sy.

– A to ci heca – mruk­nął.

– Ty rze­czy­wi­ście nie znasz tej dziew­czy­ny? – na­sta­wał Ba­czyń­ski.

– Daj­że spo­kój – Cie­ślak już zu­peł­nie opa­no­wał zde­ner­wo­wa­nie. – Pierw­szy raz ją wi­dzę.

– Nie­li­cho cię ob­tań­co­wa­ła.

– Nie mogę na­rze­kać. Jesz­cze ni­g­dy w ży­ciu nikt mi ta­kie­go man­ta nie spuś­cił. Za­sta­na­wiam się, dla­cze­go ona to zro­biła, co się za tym kry­je?

Ba­czyń­ski wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Nic się nie kry­je. Po pro­stu ci­zia ma szmer­gla.

– A może za­ło­ży­ła się z ko­le­ga­mi, że ze­klnie od ostat­nich ofi­ce­ra mi­li­cji? Ci mło­dzi mie­wa­ją te­raz po­my­sły nie z tej zie­mi.

– To praw­da – zgo­dził się Mie­cio. – W dzi­siej­szych cięż­kich cza­sach wszyst­ko jest moż­li­we. W pierw­szej chwi­li zu­peł­nie zba­ra­nia­łem. Przy­znam ci się szcze­rze, że nie by­łem pe­wien, czyś ty cza­sem nie zo­sta­wił tej ślicz­not­ki z bliź­nię­ta­mi na ręku.

– Nie­złą się u cie­bie cie­szę opi­nią. Nie ma co mó­wić.

Ba­czyń­ski mach­nął ręką i zno­wu wy­tarł chust­ką spo­co­ne czo­ło.

– Daj spo­kój. Każ­de­mu się może zda­rzyć. Nie je­steś z drew­na.

– Ale świ­nią tak­że nie je­stem – od­parł Cie­ślak. Zga­sił pa­pie­ro­sa i w za­myś­le­niu po­tarł wierz­chem dło­ni po­li­czek, na któ­rym za­czy­nał się już za­ry­so­wy­wać ciem­ny za­rost. – Wiesz, co mnie za­sta­na­wia? – po­wie­dział po chwi­li.

– Co ta­kie­go?

– To całe prze­mó­wie­nie, te wszyst­kie ob­raź­li­we sło­wa zro­bi­ły na mnie wra­że­nie wy­uczo­nej kwe­stii. Było coś w tym z te­atral­nej roli. Cie­ka­we, czy ta dziew­czy­na nie jest z za­wo­du ak­tor­ką…

– Na­wet że­śmy jej nie wy­le­gi­ty­mo­wa­li.

– To praw­da, ale tak nas za­sko­czy­ła swym wy­stą­pie­niem… Zresz­tą to nie ta­kie waż­ne. W po­go­to­wiu usta­lą jej per­so­na­lia.

Za­dzwo­nił te­le­fon.

Cie­ślak przez chwi­lę trzy­mał słu­chaw­kę przy uchu. Zbladł. Ręka mu drża­ła.

– Co się sta­ło? – spy­tał nie­spo­koj­nie Ba­czyń­ski.

– Za­mor­do­wa­no ją. Rany bo­skie!

– Gdzie?

– W po­go­to­wiu. Dzwo­nił Kraw­czyk.

* * *

Ma­jor Do­wnar, zgod­nie ze swym zwy­cza­jem, roz­po­czął dzia­łal­ność od krót­kiej roz­mo­wy z le­ka­rzem.

– Śmierć na­stą­pi­ła na sku­tek rany kłu­tej. Cios za­da­no no­żem z tyłu, w ple­cy. Naj­praw­do­po­dob­niej zo­sta­ła prze­bi­ta pra­wa ko­mo­ra ser­ca. Sek­cja wy­ka­że – po­wie­dział dok­tor Ziem­ba.

– Czy są­dzi pan, że to mógł być nóż sprę­ży­no­wy? – spy­tał Do­wnar.

– Bar­dzo praw­do­po­dob­ne. Mor­der­ca nie miał wa­run­ków po temu, żeby z du­żym za­ma­chem wbić ostrze. Mógł nato­miast przy­ło­żyć dziew­czy­nie nóż do ple­ców i na­ci­snąć sprę­ży­nę. Sprę­ży­na mu­sia­ła być moc­na.

– Tak – po­ki­wał gło­wą Do­wnar. – Ta kon­cep­cja wy­da­je mi się rze­czy­wi­ście praw­do­po­dob­na.

Po­dzię­ko­wał dok­to­ro­wi, prze­lot­nym spoj­rze­niem ob­rzu­cił skon­ster­no­wa­ne twa­rze Cie­śla­ka, Ba­czyń­skie­go, sier­żan­ta Kraw­czy­ka i po­szedł do le­ka­rza dy­żur­ne­go.

– Nie­wie­le mogę panu po­móc, pa­nie ma­jo­rze. Za­dzwo­ni­li do nas z ko­men­dy, że przy­sy­ła­ją ja­kąś wa­riat­kę. By­łem w kło­po­cie, bo psy­chia­tra już wy­szedł. Wła­śnie za­sta­na­wia­łem się, do któ­re­go szpi­ta­la ją po­słać, kie­dy się to wszyst­ko sta­ło.

– Wi­dział pan tę dziew­czy­nę?

– Tak. Sier­żant ją tu­taj przy­pro­wa­dził. Ka­za­łem im za­cze­kać w hal­lu. Mia­łem za­miar te­le­fo­nicz­nie usta­lić, któ­ry szpi­tal ją przyj­mie. Nie chcia­łem tego za­ła­twiać na śle­po.

– Ja­kie wra­że­nie zro­bi­ła na panu de­na­tka?

– To była bar­dzo ład­na dziew­czy­na.

– Nie o to mi cho­dzi – znie­cier­pli­wił się Do­wnar. – Chciał­bym wie­dzieć, czy wy­da­ła się panu nie­nor­mal­na?

– W ża­den spo­sób nie mogę tego stwier­dzić – za­strzegł się po­śpiesz­nie le­karz. – Wi­dzia­łem ją przez chwi­lę i spe­cjal­nie nie in­te­re­so­wa­łem się jej oso­bą. Wie pan, jaki tu u nas ruch. Dziś so­bo­ta.

Do­wnar po­my­ślał, że pan dok­tor po­mimo „ru­chu” zdą­żył za­uwa­żyć, że dziew­czy­na była bar­dzo ład­na. Nic jed­nak nie po­wie­dział, ukło­nił się i wy­szedł.

Nie było świad­ków zbrod­ni. Nikt z obec­nych w tym cza­sie w po­go­to­wiu nic nie wi­dział, a je­że­li na­wet ktoś coś za­uwa­żył, nie chciał się do tego przy­znać.

Do­wnar po­now­nie obej­rzał zwło­ki, na­stęp­nie ka­zał je za­brać do am­bu­lan­su i ski­nął na ko­le­gów. Po­je­cha­li do ko­men­dy.

Oszo­ło­mio­ny i przy­gnę­bio­ny sier­żant Kraw­czyk raz jesz­cze mu­siał opo­wie­dzieć cało zda­rze­nie.

– To nie moja wina, pa­nie ma­jo­rze, sło­wo ho­no­ru. Za­ła­twi­łem wszyst­ko, jak trze­ba. Skąd mo­głem wie­dzieć, że…

– Nie de­ner­wuj­cie się – uspo­ko­ił go Do­wnar. – Nikt was o nic nie ob­wi­nia. Opo­wia­daj­cie od po­cząt­ku, jak to się wszyst­ko sta­ło.

– No więc… – sier­żant od­chrząk­nął i prze­łknął śli­nę – no więc było tak: wsa­dzi­łem dziew­czy­nę do ra­dio­wo­zu na siłę, bo się opie­ra­ła i klę­ła jak przed­wo­jen­ny do­roż­karz. Po­je­cha­li­śmy na Ho­żą, do po­go­to­wia, za­pro­wa­dzi­łem ją do le­ka­rza. Ka­zał nam za­cze­kać w hal­lu. No to cze­ka­li­śmy. Po­wie­dzia­ła, że chce do to­a­le­ty. Nie mo­głem jej nie po­zwo­lić. Po­szła. Po­tem zro­bi­ło się za­mie­sza­nie, bo przy­wieź­li ja­kie­goś pi­ja­ka po­ra­nio­ne­go jak cho­le­ra. Krew się z nie­go lała, ale tak się awan­tu­ro­wał, że dwóch sa­ni­ta­riu­szy nie mo­gło mu dać rady. Chcia­łem po­móc, aż tu na­gle krzyk się robi. Od­wra­cam się. Pa­trzę, a ta dziew­czy­na leży na pod­ło­dze. Jak­by we mnie ja­sny pio­run strze­lił, pa­nie ma­jo­rze. W pierw­szej chwi­li zu­peł­nie zba­ra­nia­łem. Wszyst­kie­go mo­głem się spo­dzie­wać, tyl­ko nie tego, żeby ją ktoś no­żem pchnął.

– Nie za­uwa­ży­li­ście, czy ktoś może ucie­kał?

– Ale skąd! Jak­bym za­uwa­żył, to bym go do­go­nił. Spo­koj­na gło­wa. Bie­gać to ja po­tra­fię. Star­to­wa­łem na­wet kie­dyś na pięć ki­lo­me­trów.

Do­wnar nie miał za­mia­ru po­dej­mo­wać roz­mo­wy na te­ma­ty spor­to­we. Od­pra­wił sier­żan­ta i po­pro­sił ko­le­gów o do­kład­ne zre­fe­ro­wa­nie spra­wy.

Cie­ślak mó­wił krót­ko i rze­czo­wo. Ba­czyń­ski od cza­su do cza­su wtrą­cał ja­kieś uzu­peł­nia­ją­ce zda­nie.

– Bar­dzo dziw­na hi­sto­ria – po­wie­dział Do­wnar, wy­słu­chaw­szy uważ­nie opo­wia­da­nia. – Od­no­si się wra­że­nie, jak­by dziew­czy­na zro­bi­ła całą awan­tu­rę w tym tyl­ko celu, żeby się do­stać do aresz­tu.

– Wła­śnie – pod­chwy­cił Cie­ślak. – Mnie od razu ta awan­tu­ra wy­da­ła się sztucz­na. Te­raz to jest ja­sne. Bała się. Nie wie­dzia­ła, do­kąd uciec. Czu­ła się bar­dzo za­gro­żo­na. Do­szła do wnio­sku, że aresz­tanc­ka cela bę­dzie naj­pew­niej­szym schro­nie­niem.

– Nie mo­gła prze­cie li­czyć na to, że ją tu bę­dzie­my trzy­mać do koń­ca świa­ta – za­uwa­żył Ba­czyń­ski. – Bo je­że­li…

– Czło­wiek ogar­nię­ty pa­ni­ką nie ro­zu­mu­je – prze­rwał mu Cie­ślak. – Za wszel­ką cenę chcia­ła za­pew­nić so­bie bez­pie­czeń­stwo, nie za­sta­na­wia­jąc się nad tym, na jak dłu­go. Scho­wać się, uciec, ra­to­wać ży­cie – to było w da­nym mo­men­cie jej je­dy­nym pra­gnie­niem. Nie my­śla­ła, co bę­dzie da­lej.

– Mu­sia­ła znać swe­go prze­śla­dow­cę.

– Praw­do­po­dob­nie tak. Cho­ciaż to nie jest pew­ne. Je­że­li na­le­ża­ła do ja­kie­goś gan­gu, mo­gła otrzy­mać wy­rok śmier­ci, nie wie­dząc, kto ten wy­rok wy­ko­na.

– Za­pew­ne do­wie­dzia­ła się cze­goś, co mo­gło ko­goś skom­pro­mi­to­wać.

– Albo mia­ła za­miar wy­co­fać się i syp­nąć kum­pli.

Ba­czyń­ski skrzy­wił się scep­tycz­nie.

– Gdy­by zde­cy­do­wa­ła się sy­pać, to za­miast ci na­so­ba­czyć od ostat­nich, po­wie­dzia­ła­by po pro­stu, o co cho­dzi.

– A może w ostat­niej chwi­li za­bra­kło jej od­wa­gi? Może był w to wszyst­ko za­mie­sza­ny jej naj­droż­szy?

Do­wnar, któ­ry w mil­cze­niu przy­słu­chi­wał się roz­mo­wie, po­sta­no­wił prze­rwać te teo­re­tycz­ne roz­wa­ża­nia. Od­chrząk­nął i po­wie­dział:

– Słu­chaj­cie, ko­le­dzy, two­rze­nie co­raz now­szych, na ni­czym nie opar­tych hi­po­tez nie ma naj­mniej­sze­go sen­su. Naj­przód mu­si­my usta­lić kon­kret­ne fak­ty i do­pie­ro w na­stęp­nym eta­pie pró­bo­wać so­bie ja­koś te fak­ty ko­ja­rzyć. Nie wie­my rze­czy za­sad­ni­czej: kim była za­mor­do­wa­na dziew­czy­na? Nie zna­le­zio­no przy niej żad­nych do­ku­men­tów ani w ogó­le to­reb­ki. O ile się orien­tu­ję, nie wy­le­gi­ty­mo­wa­li­ście jej tu­taj.

– Nie­ste­ty nie – przy­znał ze skru­chą w gło­sie Cie­ślak. – Tak nas za­sko­czy­ła, że…

– Ro­zu­miem – prze­rwał mu Do­wnar.

– Wca­le nie je­stem pe­wien, czy i ja nie stra­cił­bym gło­wy, jak­by mnie ktoś tak ni z tego, ni z owe­go sklął od ostat­nich. Trud­no, sta­ło się. Po­wiedz­cie mi cho­ciaż, czy mia­ła to­reb­kę, kie­dy tu przy­szła?

Cie­ślak wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Nie wiem.

– Mia­ła to­reb­kę – stwier­dził ka­te­go­rycz­nie Ba­czyń­ski. – Czer­wo­ną.

– Je­ste­ście tego pew­ni?

– Mogę przy­się­gać. Po­my­śla­łem so­bie na­wet, jak faj­nie jej pa­su­je ta czer­wo­na tor­ba.

– Ubra­na była w ja­sne spodnie i bia­łą blu­zecz­kę – spre­cy­zo­wał Do­wnar. – To­reb­ka na pew­no była czer­wo­na?

– Ko­lo­ry roz­róż­niam pierw­szo­rzęd­nie. Na­wet kie­dyś ma­lo­wa­łem pej­za­że.

Do­wnar nie zdra­dził za­in­te­re­so­wa­nia dla ma­lar­skie­go ta­len­tu Mie­cia Ba­czyń­skie­go. Ro­zej­rzał się po po­ko­ju i spy­tał:

– Czy ża­den z was nie spo­tkał kie­dyś, może zu­peł­nie przy­pad­ko­wo, tej dziew­czy­ny?

Ofi­ce­ro­wie spoj­rze­li po so­bie. Za­le­gła chwi­la kło­po­tli­we­go nie­co mil­cze­nia. Do­wnar cier­pli­wie cze­kał na od­po­wiedź.

– Ja jej ni­g­dy w ży­ciu nie wi­dzia­łem – po­wie­dział sta­now­czo Cie­ślak.

– Ani tym bar­dziej ja – po­śpiesz­nie stwier­dził Ba­czyń­ski.

– Dla­cze­go po­wie­dzie­li­ście „tym bar­dziej”? – spy­tał Do­wnar.

– Bo prze­cież cała ta wią­zan­ka zo­sta­ła pusz­czo­na pod ad­re­sem Stasz­ka Cie­śla­ka. Na mnie na­wet nie spoj­rza­ła.

– Nie są­dzi­cie chy­ba, że mnie coś łą­czy­ło z tą dziew­czy­ną! – krzyk­nął Cieś­lak.

Ba­czyń­ski uśmiech­nął się.

– Już ci mó­wi­łem, Sta­chu, to by tyl­ko do­brze o to­bie świad­czy­ło.

– Prze­stań się wy­głu­piać, do cho­le­ry. Mam już tego do­syć.

– Spo­koj­nie, ko­le­dzy, spo­koj­nie – za­czął ła­go­dzić Do­wnar. – Kto ją wła­ści­wie wpro­wa­dził do po­ko­ju?

– Sier­żant Kraw­czyk.

– … któ­ry ją na­stęp­nie za­wiózł do po­go­to­wia.

– Tak.

– Chciał­bym z nim jesz­cze za­mie­nić dwa sło­wa.

Cie­ślak wy­szedł i po chwi­li wró­cił z sier­żan­tem.

– Czy ta dziew­czy­na przy­szła do ko­men­dy sama? – spy­tał Do­wnar.

– Sama, to­wa­rzy­szu ma­jo­rze.

– I nikt za nią nie szedł?

– Nikt.

– Ale mo­gło się zda­rzyć, że ktoś za nią wszedł, a wy­ście tego nie za­uwa­ży­li.

– Tak mo­gło być – przy­znał Kraw­czyk. – Ruch był wte­dy dość duży. Mo­głem nie za­uwa­żyć.

– Czy dziew­czy­na mia­ła ze sobą to­reb­kę?

– Mia­ła.

– Je­ste­ście tego pew­ni?

– Je­stem zu­peł­nie pe­wien, to­wa­rzy­szu ma­jo­rze. Mia­ła czer­wo­ną to­reb­kę, taką tro­chę błysz­czą­cą, jak to te­raz mod­ne.

– Mnie coś ma­jor nie wie­rzy – mruk­nął Ba­czyń­ski.

– Wie­rzę, wie­rzę – uśmiech­nął się Do­wnar – ale mało to spo­ty­ka­my na uli­cy dziew­czyn z czer­wo­ny­mi to­reb­ka­mi? Mo­gło wam się po­my­lić. Za­wsze le­piej się upew­nić. Po­wiedz­cie mi jesz­cze, ko­lego Kraw­czyk – zwró­cił się do sier­żan­ta – czy ni­g­dy nie wi­dzie­li­ście tej dziew­czy­ny? Może gdzieś przy­pad­ko­wo…?

– Ni­g­dy jej nie wi­dzia­łem, to­wa­rzy­szu ma­jo­rze. Był­bym ją za­pa­mię­tał. Ład­na była. Szko­da, że ten ban­dzior ją wy­koń­czył.

– Dla­cze­go przy­pusz­cza­cie, że zbrod­ni do­ko­nał męż­czy­zna?

– Bo nóż to mę­ska rzecz. Nie znam wy­pad­ku, żeby ko­bie­ta maj­chrem się po­słu­ży­ła. Brzy­twa to się jesz­cze zda­rza, osta­tecz­nie ży­let­ka, ale nóż…

– Bab­ka naj­chęt­niej coś do zup­ki do­sy­pie – wtrą­cił Ba­czyń­ski.

– To praw­da – przy­znał Do­wnar. – Ko­bie­ty rzad­ko po­słu­gu­ją się no­żem w ce­lach zbrod­ni­czych, ale nie ma re­gu­ły bez wy­jąt­ku. W da­nym wy­pad­ku naj­praw­do­po­dob­niej mamy do czy­nie­nia z no­żem sprę­ży­no­wym. Na­ci­snąć sprę­ży­nę mo­gła rów­nie do­brze ko­bie­ta, jak i męż­czy­zna. Cie­ka­we, z ja­kie­go śro­do­wi­ska po­cho­dzi­ła ta dziew­czy­na?

– Są­dząc z wy­glą­du, chy­ba z ro­dzi­ny in­te­li­genc­kiej – po­wie­dział Ba­czyń­ski – ale wią­zan­ka, któ­rą po­czę­sto­wa­ła Sta­szka, wska­zy­wa­ła­by ra­czej na śro­do­wi­sko mie­sza­ne. Cho­ciaż dzi­siaj to ni­g­dy nic nie wia­do­mo, hra­bia wy­sła­wia się jak ban­dzior, a ban­dzior jak hra­bia. Cza­sem trud­no się po­ła­pać. Ale fakt, że ob­sztorc był fa­cho­wy.

Cie­ślak do­tknął ra­mie­nia przy­ja­cie­la.

– Mó­wi­łeś, że od razu zwró­ci­ła się do mnie z tą prze­mo­wą. To chy­ba pro­ste, ja je­stem w mun­du­rze i sie­dzia­łem za biur­kiem, a ty po cy­wil­ne­mu i sie­dzia­łeś z boku.

– Nie tłu­macz się, nie tłu­macz – ro­ze­śmiał się gru­by Mie­cio. – W są­dzie się bę­dziesz tłu­ma­czył.

Do­wnar prze­słu­chał jesz­cze mi­li­cjan­tów, któ­rzy pod­czas ca­łe­go in­cy­den­tu znaj­do­wa­li się w ko­men­dzie, w hal­lu, nikt jed­nak nie po­tra­fił nic do­dać ta­kie­go, co mo­gło­by do­po­móc w zi­den­ty­fi­ko­wa­niu de­nat­ki. Ow­szem, wi­dzie­li ład­ną, ele­ganc­ką dziew­czy­nę, sły­sze­li krzy­ki w po­ko­ju ofi­ce­ra dy­żur­ne­go, ale nic poza tym. Nie było sen­su tra­cić czas na dal­sze, ja­ło­we roz­mo­wy. Do­wnar po­je­chał do Za­kła­du Me­dy­cy­ny Są­do­wej.

Opi­nia wy­da­na przez dok­to­ra Ziem­bę oka­za­ła się słusz­na. Dziew­czy­nę za­mor­do­wa­no no­żem, wbi­tym z dużą siłą pod lewą ło­pat­kę. Oko­licz­no­ści, w ja­kich zo­sta­ła po­peł­nio­na zbrod­nia, wska­zy­wa­ły, że naj­praw­do­po­dob­niej był to nóż sprę­ży­no­wy. Ta hi­po­te­za, któ­rą na sa­mym po­cząt­ku pod­trzy­mał dok­tor Ziem­ba, sko­ja­rzy­ła się Do­wna­ro­wi z mo­rzem. Naj­czę­ściej ma­ry­na­rze przy­wo­żą sprę­ży­nowe noże z da­le­kich kra­jów. Do­brze by­ło­by spę­dzić kil­ka upal­nych dni na Wy­brze­żu. Mgli­ste przy­pusz­cze­nie nie było jed­nak do­sta­tecz­ną pod­sta­wą do od­by­cia służ­bo­wej po­dró­ży do So­po­tu, Gdy­ni czy Gdań­ska.

W jaki spo­sób usta­lić toż­sa­mość za­mor­do­wa­nej dziew­czy­ny? Na to py­ta­nie na­le­ża­ło jak naj­szyb­ciej od­po­wie­dzieć, żeby ru­szyć do­cho­dze­nie z mar­twe­go punk­tu.

Skru­pu­lat­ne oglę­dzi­ny gar­de­ro­by de­na­tki dały pierw­szy punkt za­cze­pie­nia. Ja­sne spodnie z ela­no­ba­weł­ny, bia­łe, sty­lo­no­we maj­tecz­ki, san­da­ły, bia­ły sta­ni­czek i… mę­ska ko­szul­ka ob­la­mo­wa­na żół­tą ta­siem­ką. Na dole ko­szul­ki ktoś na­pi­sał czer­wo­nym tu­szem: P 4759/11/ab. To już było coś, kon­kret­ny ślad. Na­le­ża­ło te­raz na­wią­zać kon­takt z war­szaw­ski­mi pral­nia­mi i stwier­dzić, któ­ra pral­nia tak zna­czy bie­li­znę.

* * *

Żmud­na to była pra­ca. Do­wnar otrzy­mał do po­mo­cy po­rucz­ni­ka Ol­szew­skie­go i sier­żan­ta Pa­ku­łę. Stra­ci­li dużo cza­su, ale wresz­cie zna­leź­li.

Na Ho­żej, za­raz za księ­gar­nią znaj­du­je się skle­pio­na bra­ma, przez któ­rą wcho­dzi się na ob­szer­ne po­dwó­rze, oto­czo­ne klat­kami scho­do­wy­mi. Na koń­cu tego pod­wó­rza ma swo­ją sie­dzi­bę spół­dziel­nia „Pra­ca Ko­biet”. Tu pie­rze się bie­li­znę po­ście­lo­wą, oso­bi­stą, ko­szu­le mę­skie.

Sym­pa­tycz­na, po­god­ne­go uspo­so­bie­nia pani przyj­rza­ła się uważ­nie czer­wo­ne­mu na­pi­so­wi.

– Tak, to na­sze zna­ko­wa­nie – stwier­dzi­ła bez wa­ha­nia.

Do­wnar po­czuł, że nowe ży­cie w nie­go wstę­pu­je.

– Czy mo­gła­by pani spraw­dzić, czy­ja to ko­szul­ka? – spy­tał z we­so­łym uśmie­chem.

Spraw­dza­nie trwa­ło do­syć dłu­go. Dow­nar jed­nak uzbro­ił się w cier­pli­wość i od cza­su do cza­su za­chę­cał uprzej­mą pa­nią ja­kimś mi­łym słów­kiem.

– Jest! – wy­krzyk­nę­ła wresz­cie trium­fal­nie. – Zbi­gniew Pa­wel­ski.

– Dzię­ku­ję ser­decz­nie – po­wie­dział Do­wnar, ocie­ra­jąc spo­co­ne czo­ło. – Czy ma pani za­pi­sa­ny tak­że ad­res tego klien­ta?

– Oczy­wi­ście.

* * *

Wła­ści­ciel ko­szul­ki miesz­kał na Mura­no­wie.

Do­wnar w to­wa­rzy­stwie po­rucz­ni­ka Ol­szew­skie­go wdra­pał się na czwar­te pię­tro i nie­co za­dy­sza­ny za­trzy­mał się przed drzwia­mi ozna­czo­ny­mi nu­me­rem 15.

Za­dzwo­ni­li. Otwo­rzył im mło­dy, opa­lony męż­czy­zna, przy­odzia­ny je­dy­nie w nie­bie­skie sli­py.

– Czy pan Zbi­gniew Pa­wel­ski?

– Tak, to ja.

– Je­ste­śmy z mi­li­cji. Chcie­li­śmy z pa­nem po­roz­ma­wiać.

– Jesz­cze w spra­wie tej krak­sy? My­śla­łem, że już wszyst­ko za­ła­twio­ne.

– Mamy do pana inny in­te­res.

Na twa­rzy Pa­wel­skie­go od­ma­lo­wa­ło się wa­ha­nie.

– Ale o co wła­ści­wie cho­dzi? – spy­tał, nie ma­jąc naj­wy­raź­niej ocho­ty wpu­ścić nie­spo­dzie­wa­nych go­ści do miesz­ka­nia.

Do­wnar wy­jął le­gi­ty­ma­cję służ­bo­wą.

– Pro­szę, niech pan so­bie obej­rzy i niech się pan nas nie boi.

– Ależ ja się nie boję. Skąd­że zno­wu.

– To świet­nie – uśmiech­nął się przy­ja­ciel­sko Do­wnar. – Nie za­bie­rze­my pa­nu dużo cza­su. Gdzie mo­że­my po­roz­ma­wiać? Bo chy­ba nie na klat­ce scho­do­wej.

Wła­ści­ciel miesz­ka­nia sze­rzej otwo­rzył drzwi i cof­nął się w głąb przed­po­ko­ju.

– Pro­szę, niech pa­no­wie wej­dą.

Dwa po­ko­je. Je­den duży, dru­gi mniej­szy koło kuch­ni. Pa­wel­ski za­pro­wa­dził ofi­ce­rów do tego więk­sze­go, któ­ry za­pew­ne speł­niał rolę sa­lo­ni­ku. Sze­ro­ki tap­czan za­rzu­co­ny był ko­lo­ro­wy­mi po­dusz­ka­mi.

– Prze­pra­szam, że przyj­mu­ję pa­nów w ta­kim stro­ju – po­wie­dział uspra­wie­dli­wia­ją­co Pa­wel­ski – ale nie spo­dzie­wa­łem się od­wie­dzin, a taki upał, że… Wła­śnie pod­le­wa­łem kwiat­ki na bal­ko­nie. Żona wy­je­cha­ła, sam je­stem na gos­po­dar­stwie. Przy­zna­ję, że rola sło­mia­ne­go wdow­ca nie bar­dzo mi od­po­wia­da. Prze­pra­szam pa­nów na chwi­lecz­kę, wło­żę coś na sie­bie.

Kie­dy zo­sta­li sami, Do­wnar mru­gnął po­ro­zu­mie­waw­czo do Ol­szew­skie­go. Zbyt­nia elo­kwen­cja „sło­mia­ne­go wdow­ca” wy­da­ła mu się tro­chę po­dej­rza­na. Miał wra­że­nie, że Pa­wel­ski czy­ni ogrom­ny wy­si­łek, żeby od­gad­nąć, cze­go chcą od nie­go mi­li­cjan­ci.

Po paru mi­nu­tach wró­cił. Miał na so­bie wy­pło­wia­łe dżin­sy i gra­na­to­wy swe­te­rek z krót­ki­mi rę­ka­wa­mi.

– Je­stem do pa­nów dys­po­zy­cji – po­wie­dział z nie­co sztucz­ną swo­bo­dą. Usiadł na wy­ście­ła­nym krze­śle, za­ło­żył nogę na nogę i za­pa­lił pa­pie­ro­sa.

Do­wnar wy­jął z tecz­ki pacz­kę, cier­pli­wie roz­plą­tał sznu­rek, zło­żył pa­pier i po­dał ko­szul­kę Pa­wel­skie­mu.

– Czy to pań­ska wła­sność?

Sło­mia­ny wdo­wiec wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Prze­cież to jest dam­ska blu­zecz­ka. Ja nie uży­wam ob­la­mo­wa­nych ko­szu­lek.

– Na dole jest na­zna­czo­na czer­wo­nym tu­szem. Spraw­dza­li­śmy w pral­ni, gdzie po­da­no nam pań­skie na­zwi­sko i ad­res. Pan od­da­je bie­li­znę do pra­nia do spół­dziel­ni „Pra­ca Ko­biet”, na Ho­żej.

– Te spra­wy za­ła­twia ra­czej moja żona.

– Da­le­ko pań­ska żona wozi bie­li­znę do pra­nia, z Mu­ra­no­wa aż na Hożą. Czyż­by tu gdzieś bli­żej nie było pral­ni?

– Moja żona pra­cu­je na Wspól­nej, w Mi­ni­ster­stwie Rol­nic­twa. Ma bli­sko na Hożą, a twier­dzi, że w tej spół­dziel­ni do­brze pio­rą.

– Więc to pana ko­szul­ka?

– No, do­praw­dy… Nie wiem… Ale sko­ro pa­no­wie już stwier­dzi­li w pral­ni… Przy­znam się szcze­rze, że spe­cjal­nie się tym cy­fer­kom ni­g­dy nie przy­glą­da­łem. Nie ro­zu­miem tyl­ko, co z tym ob­la­mo­wa­niem?… Może żona?…

Do­wnar po­ki­wał gło­wą.

– Czy pana to nie dzi­wi, że je­ste­śmy w po­sia­da­niu pań­skiej ko­szul­ki?

– Wła­śnie mia­łem za­miar się zdzi­wić, pa­nie ma­jo­rze, ale jesz­cze nie zdą­ży­łem.

– Wi­dzę, że pan jest czło­wie­kiem we­so­łym.

– W mia­rę moż­no­ści usi­łu­ję nie tra­cić do­bre­go hu­mo­ru.

– To bar­dzo cen­na za­sa­da – po­wie­dział z prze­ko­na­niem Do­wnar. – Grunt to do­bry hu­mor. Po­dob­no lu­dzie we­se­li dłu­żej żyją. Czy wie pan, gdzie zna­leź­li­śmy pań­ską ko­szul­kę?

– Nie mam naj­mniej­sze­go po­ję­cia.

– Wczo­raj wie­czo­rem za­mor­do­wa­no dziew­czy­nę, któ­ra mia­ła na so­bie tę wła­śnie pań­ską ko­szul­kę – po­wie­dział Do­wnar rów­nym, bez­na­mięt­nym gło­sem, jak­by cho­dzi­ło o rzecz zwy­kłą, nie­zbyt waż­ną.

Opa­le­ni­zna na twa­rzy Pa­wel­skie­go po­kry­ła się sza­ro­ścią. W bły­ska­wicz­nym tem­pie opusz­czał go do­bry hu­mor.

– Nie ro­zu­miem… nic nie ro­zu­miem. – Wy­czu­wa­ło się wy­si­łek, z ja­kim zo­sta­ły wy­po­wie­dzia­ne te sło­wa.

Do­wnar, cią­gle bar­dzo spo­koj­ny, a na­wet fleg­ma­tycz­ny, po­wol­nym ru­chem wy­jął z kie­sze­ni po­więk­szo­ne fo­to­gra­fie tra­gicz­nie zmar­łej dziew­czy­ny.

– To ona. Kto to był? Pro­szę nam po­dać jej na­zwi­sko.

Pa­wel­ski ener­gicz­nie po­trzą­snął gło­wą.

– Nie wiem. Ni­g­dy nie wi­dzia­łem tej dziew­czy­ny.

– Przy­zna pan, że to do­syć dziw­ne – uśmiech­nął się Do­wnar. – Ja­kaś nie­zna­joma mło­da oso­ba nosi pań­ską bie­li­znę. I pan oczy­wi­ście ma na­dzie­ję, że my w to uwie­rzy­my.

– Ależ pa­no­wie! – wy­krzyk­nął dysz­kan­tem sło­mia­ny wdo­wiec. – Daję wam naj­święt­sze sło­wo ho­no­ru, że ni­g­dy w ży­ciu nie wi­dzia­łem tej dziew­czy­ny! Jej twarz jest mi naj­zu­peł­niej obca. Na­wet nie jest po­dob­na do żad­nej z mo­ich zna­jo­mych.

– Hm – Do­wnar z za­kło­po­ta­niem po­dra­pał się za uchem. – Wszyst­ko tro­chę się kom­pli­ku­je. Jak pan wo­bec tego wy­tłu­ma­czy spra­wę tej ko­szul­ki, bo prze­cież nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że to pań­ska wła­sność.

– Tak, ale…

– Sam pan przy­zna­je, że to pań­ska bie­li­zna. Mia­ła ją na so­bie za­mor­do­wa­na dziew­czy­na. Któż mógł jej dać tę ko­szul­kę, je­że­li nie pan?

– Ja jej nie da­łem. Pro­szę mi ni­cze­go nie wma­wiać!

– Ro­zu­miem pań­skie zde­ner­wo­wa­nie – po­wie­dział spo­koj­nie Do­wnar. – Mu­si­my jed­nak spra­wę grun­tow­nie wy­ja­śnić. Mniej stra­ci­li­by­śmy cza­su, gdy­by pan ze­chciał nam do­po­móc.

– Niby w jaki spo­sób…?

– Po pro­stu niech się pan za­sta­no­wi, jak to się mo­gło stać, że pań­ską ko­szul­kę mia­ła na so­bie nie zna­na panu dziew­czy­na? Przyj­mu­je­my oczy­wi­ście, że pan istot­nie nie znał de­nat­ki.

– Przy­się­gam…

– Zgo­da. Wie­rzy­my. Pro­szę więc chwi­lę po­my­śleć. Prze­cież pral­nia na pew­no nie wy­da­ła ko­muś jed­nej pań­skiej ko­szul­ki. To non­sens.

Pa­wel­ski wstał i, trzy­ma­jąc się obu­rącz za gło­wę, po­czął bie­gać po po­ko­ju.

– Nie wiem, nie wiem! Nie męcz­cie mnie, daj­cie mi spo­kój! – po­wta­rzał hi­ste­rycz­nie.

Do­wnar cier­pli­wie prze­cze­kał ten atak. Mil­czał, rzu­ca­jąc od cza­su do cza­su poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie po­rucz­ni­ko­wi Ol­szew­skie­mu. Do­pie­ro po dłuż­szej chwi­li zno­wu się ode­zwał:

– Gdzie pan pra­cu­je?

Pa­wel­ski, naj­wy­raź­niej za­sko­czo­ny nag­łą zmia­ną te­ma­tu, prze­stał cho­dzić, usiadł i za­mru­gał ocza­mi, jak­by nie zro­zu­miał py­ta­nia.

– Gdzie ja pra­cu­ję?

– Wła­śnie. Chcie­li­by­śmy się do­wie­dzieć, gdzie pan pra­cu­je, co pan robi?

– Ja ni­g­dzie nie pra­cu­ję. Je­stem poe­tą.

– Po­etą. Żyje pan z po­ezji?

– Pi­szę tek­sty do pio­se­nek.

– Cie­ka­we za­ję­cie i zda­je się, że in­trat­ne. Ma pan nie­wąt­pli­wie dużo zna­jo­mo­ści wśród pio­sen­ka­rek. Więc jak to było z tą ko­szul­ką?

– Rany bo­skie! Nie­chżeż mi pan da wresz­cie spo­kój! Nie wiem!

– A może po­da­ro­wał ją pan ja­kiejś wscho­dzą­cej gwieź­dzie na pa­miąt­kę?

– Pan żar­tu­je. Któż robi tego ro­dza­ju pre­zen­ty?

– Róż­ne lu­dzie mie­wa­ją dzi­wac­twa, szcze­gól­nie w świe­cie ar­ty­stycz­nym. Po­do­bno wiel­bi­ciel­ki i wiel­bi­cie­le wo­kal­nych ta­len­tów roz­ry­wa­ją na ka­wał­ki przy­odzie­wek swych bo­żyszcz, żeby zdo­być ja­kąś pa­miąt­kę. Dla­cze­go nie mia­ła­by to być ko­szul­ka, cała, nie po­szar­pa­na…

Pa­wel­ski wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Po pierw­sze nie je­stem żad­nym gwiaz­do­rem, a po dru­gie ni­ko­mu nie da­wa­łem na pa­miąt­kę ko­szul­ki. Mam już tego do­syć. Pro­szę mnie aresz­to­wać, je­żeli uwa­ża­ją to pa­no­wie za ko­niecz­ne, ale daj­cie mi wresz­cie spo­kój, bo na­praw­dę do­pro­wa­dza­cie mnie do sza­łu.

– Przy­kro mi, ale rze­czy­wi­ście je­steś­my zmu­sze­ni chwi­lo­wo pana za­trzy­mać, do wy­ja­śnie­nia spra­wy.

Pa­wel­ski za­milkł.

– A może po­ży­czał pan tę nie­szczę­sną ko­szul­kę ja­kie­muś swo­je­mu ko­le­dze? – wtrą­cił się po raz pierw­szy do roz­mo­wy Ol­szew­ski.

Pa­wel­ski uważ­nie spoj­rzał na po­rucz­nika.

– Ko­le­dze…? Za­raz, za­raz… Coś so­bie przy­po­mi­nam… Chwi­lecz­kę… Ależ tak! – wy­krzyk­nął ra­do­śnie. – Oczy­wi­ście! Po­ży­czy­łem ko­szul­kę Rom­ko­wi! Że też mi to zu­peł­nie wy­le­cia­ło z gło­wy!

– Rom­ko­wi? – spy­tał Do­wnar. – Ja­kie­mu Rom­ko­wi?

– Rom­ko­wi Go­dlew­skie­mu. Ro­man Go­dlew­ski. Wie pan?

Do­wnar po­trzą­snął gło­wą.

– Przy­kro mi, ale nic mi nie mówi to na­zwi­sko.

– No, ten ak­tor… Wy­stę­pu­je cza­sem w fil­mie, w te­le­wi­zji, w ra­diu. Nie jest może taki bar­dzo zna­ny, ale po­dob­no do­brze się za­po­wia­da. Jesz­cze mło­dy.

– I w ja­kich to oko­licz­no­ściach poży­czył pan swo­ją ko­szul­kę panu Ro­ma­no­wi Go­dlew­skie­mu?

– By­li­śmy nad Wi­słą. Mie­li­śmy ocho­tę po­pły­wać tro­chę ka­ja­kiem, ale Ro­mek za bar­dzo się opa­lił, pie­kły go ple­cy i chciał coś na sie­bie wło­żyć, żeby ochro­nić się przed słoń­cem. Mia­łem pod ręką ko­szul­kę. Po­ży­czy­łem mu. Chcia­łem ją póź­niej za­brać, ale się uparł, że da do pra­nia. Może to ta?

– Moż­li­we. Czy Ro­man Go­dlew­ski to pań­ski ser­decz­ny przy­ja­ciel?

– Trud­no mi go na­zwać ser­decz­nym przy­ja­cie­lem. Ot, zna­jo­my, ko­le­ga.

– Niech pan nam poda jego ad­res.

– Oczy­wi­ście. Mogę dać ad­res i tele­fon.

* * *

Dużo drzew. Bia­ła wil­la wśród zie­le­ni. Na Sa­skiej Kę­pie ła­twiej zna­leźć tro­chę ochło­dy i cie­nia. Pro­mie­nie słoń­ca nie ata­ku­ją tu z taką za­wzię­to­ścią.

Że­la­zne szta­che­ty zo­sta­ły nie­daw­no po­cią­gnię­te żół­tą far­bą. Skrzyp­nę­ła furt­ka.

Sta­ra ko­bie­ta pra­cu­ją­ca w mi­nia­tu­ro­wym ogród­ku pod­nio­sła gło­wę znad peł­ne­go kwia­tów klom­bu i zwró­ci­ła py­ta­ją­ce spoj­rze­nie ku przy­by­łym.

– Pa­no­wie do kogo?

Do­wnar wy­jął le­gi­ty­ma­cję.

– Je­ste­śmy z mi­li­cji. Szu­ka­my pana Go­dlew­skie­go. Zda­je się, że tu­taj miesz­ka.

Spoj­rza­ła na nich z za­cie­ka­wie­niem.

– Miesz­ka, ale daw­no go nie wi­dzia­łam. Chy­ba nie ma go w domu. Może wyje­chał. On czę­sto wy­jeż­dża. Zresz­tą nie wiem. Bo jak wy­jeż­dża, to za­wsze pro­si, że­bym za­bie­ra­ła jego mle­ko. A te­raz nic nie mó­wił.

– Mle­ko?

– Tak. Bar­dzo lubi mle­ko. Bie­rze dwa li­try. Jak wy­jeż­dża, to ja za­bie­ram. Chcia­łam mu pła­cić, ale nie chce brać pie­nię­dzy. To cza­sem ja­koś ina­czej od­wdzię­czę mu się, prze­pio­rę coś albo za­szy­ję, oczy­wi­ście tak, żeby zięć nie wi­dział, bo był­by zły.

– A dzi­siaj pan Go­dlew­ski za­brał mle­ko?

– Nie, wła­śnie dzi­siaj nie za­brał mle­ka. Przez wszyst­kie te dni za­bie­rał, choć ja­koś go nie spo­ty­ka­łam, a dzi­siaj nie za­brał. Może śpi?

Do­wnar spoj­rzał na ze­ga­rek.

– Do szó­stej wie­czo­rem lu­dzie ra­czej nie sy­pia­ją.

– Cza­sem póź­no wra­ca. Wie pan… jak to ar­ty­sta.

– Te­le­fo­no­wa­li­śmy do pana Go­dlew­skie­go. Nikt nie od­bie­rał.

– Może te­le­fon ze­psu­ty.

– Dużo lu­dzi miesz­ka w tej wil­li?

– Ja miesz­kam.

– Sama?

– Z cór­ką i z zię­ciem.

– Są w domu?

– Nie. Wy­je­cha­li do Ka­zi­mie­rza.

– Kie­dy?

– Parę dni temu. Wró­cą dzi­siaj wie­czo­rem albo ju­tro.

– Kto jesz­cze tu miesz­ka?

– Tyl­ko my i pan Go­dlew­ski.

– Ile zaj­mu­je po­koi?

– Chy­ba trzy, a może czte­ry. Ni­g­dy u nie­go nie by­łam.

– Sam miesz­ka w trzech czy czte­rech po­ko­jach?

– Miesz­kał z żoną, ale się ro­ze­szli.

– Pan Go­dlew­ski miesz­ka na pię­trze czy na par­te­rze?

– Na par­te­rze. Te okna, pod któ­ry­mi ro­sną róże.

Do­wnar pod­szedł do domu i przy­ło­żył twarz do szy­by.

– Trze­ba wy­ła­mać drzwi – po­wie­dział zwra­ca­jąc się do Ol­szew­skie­go.