Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zabliźnione serca - Max Blecher

Człowiek w obliczu nieuleczalnej choroby.

Powieść Maxa Blechera traktuje o chorobie i jest w tym do bólu szczera. Bezlitośnie opisane jest tchórzostwo głównego bohatera – młodego studenta Emanuela, który świadomie wykorzystuje oddane mu osoby i którego cierpienie prowadzi do całkowitego egocentryzmu. Opisuje także innych pacjentów sanatorium w Berck, wśród których każdy ma swój sposób na radzenie sobie z chorobą – obojętnie czy jest to seks, alkohol czy odwoływanie się do przesądów. Autor oparł fabułę powieści na własnych doświadczeniach i życiu w bólu i chorobie.

Zabliźnione serca można czytać także jako brutalny rewers "Czarodziejskiej Góry" Tomasza Manna napisany za pomocą naturalistycznej, ale subtelnie poetyckiej metody, która przywodzi na myśl "Głód" Knuta Hamsuna.

Max Blecher (1909-1938) – rumuński pisarz narodowości żydowskiej. Kojarzony z surrealizmem, awangardą i modernizmem. Krótko po jego wyjeździe do Paryża, gdzie miał studiować medycynę, zdiagnozowano u niego gruźlicę kości kręgosłupa, która przykuła go do łóżka na okres ostatnich dziesięciu lat życia i sprawiła, że został stałym bywalcem kliku europejskich sanatoriów. Zmarł w wieku 28 lat, pozostawiając po sobie dwie powieści, tom poezji, dziennik oraz korespondencję, którą prowadził między innymi z André Bretonem, Martinem Heideggerem czy André Gide’m.

Opinie o ebooku Zabliźnione serca - Max Blecher

Fragment ebooka Zabliźnione serca - Max Blecher

Max Ble­cher

Za­bliźnio­ne ser­ca

z przed­mową Ro­lan­da Choj­nac­kie­go

przełożył To­masz Klim­kow­ski

NOWY KA­NON

Wy­da­no z po­mocą fi­nan­sową

Tytuł ory­gi­nału: In­i­mi ci­ca­tri­za­te

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Przed­mo­wa: Co­py­ri­ght © Ro­land Choj­nac­ki, 2013

Wy­da­nie I

War­sza­wa

PRZED­MO­WA

Max Ble­cher to niewątpli­wie je­den z cie­kaw­szych pi­sa­rzy eu­ro­pej­skich okre­su między­wo­jen­ne­go. Należał do tego sa­me­go po­ko­le­nia rumuńskich in­te­lek­tu­alistów, co Mir­cea Elia­de, Emil Cio­ran, Mi­ha­il Se­ba­stian, Con­stan­tin No­ica i Eugène Io­ne­sco, by wy­mie­nić tyl­ko tych zna­nych pol­skie­mu czy­tel­ni­ko­wi. Po­ko­le­nia, do­daj­my, które miało in­try­go­wać jak żadne inne w hi­sto­rii rumuńskiej myśli hu­ma­ni­stycz­nej i przez ko­lej­ne dzie­sięcio­le­cia wznie­cać in­te­lek­tu­al­ne de­ba­ty, a jego wpływ miał sięgnąć da­le­ko poza samą Ru­mu­nię.

Między­na­ro­do­we uzna­nie nie przyszłoby tak łatwo, gdy­by nie emi­gra­cja Elia­de­go, Cio­ra­na i Io­ne­sco. Cho­dzi tu zarówno o ich wy­jazd do Fran­cji (w przy­pad­ku Elia­de­go osta­tecz­nie do USA), jak i o emi­grację języ­kową i de­cyzję o po­rzu­ce­niu języka rumuńskie­go na rzecz francuskie­go. Pi­sa­nie w po­wszech­nie zna­nym języku po­mogło im zdo­być sławę i rozgłos. Los tych, którzy po­zo­sta­li wier­ni języ­kowi rumuńskie­mu, był bar­dziej skom­pli­ko­wa­ny. W naj­lep­szym wy­pad­ku stwo­rzy­li crème de la crème rumuńskiej in­te­li­gen­cji, a jed­no­cześnie byli ska­za­ni na między­na­ro­do­we nie­ist­nie­nie. W na­szej części świa­ta przy­zwy­cza­je­ni je­steśmy do uty­ski­wa­nia pi­sa­rzy, że – po­nie­waż tworzą w nie­po­pu­lar­nych języ­kach – są nie­przetłuma­czal­ni, niesłyszal­ni, nie­zau­ważani. Ru­mu­nom wyjątko­wo się pod tym względem nie poszczęściło. Jako je­den z licz­nych wyjątko­wo pe­cho­wych na­rodów Eu­ro­py pra­wie Środ­ko­wej są naj­większym kra­jem eu­ro­pej­skim, którego przed­sta­wi­cie­lo­wi nig­dy nie przy­zna­no li­te­rac­kiej Na­gro­dy No­bla (nie­daw­ny suk­ces Her­ty Müller tyl­ko w nie­wiel­kim stop­niu zmniej­szył roz­mia­ry kom­plek­su).

Słabą zna­jo­mość li­te­ra­tu­ry rumuńskiej w Eu­ro­pie do­brze ilu­stru­je jej re­cep­cja w Pol­sce. Star­si czy­tel­ni­cy mogą pamiętać cza­sy, kie­dy każdy brat­ni naród miał własną serię w jed­nym z pol­skich wy­daw­nictw. Mie­liśmy więc bi­blio­tekę li­te­ra­tu­ry ju­gosłowiańskiej, bułgar­skiej, węgier­skiej, cze­skiej i słowac­kiej, a na­wet łużyc­kiej. W tych ko­lek­cjach uka­zało się przede wszyst­kim wie­le świet­nych tłuma­czeń wspa­niałych utworów, choć zda­rzały się także po­zy­cje o nie­wiel­kich wa­lo­rach li­te­rac­kich, za to ide­olo­gicz­nie nie­kon­tro­wer­syj­ne. Na ryn­ku wy­daw­ni­czym słabo wi­docz­na była tyl­ko jed­na „brat­nia li­te­ra­tu­ra”: rumuńska, która nig­dy nie do­cze­kała się żad­nej se­rii w żad­nej z ofi­cyn.

Z tego punk­tu wi­dze­nia XXI wiek dla li­te­ra­tu­ry rumuńskiej w Pol­sce roz­począł się nie­zwy­kle obie­cująco. Po raz pierw­szy pol­scy miłośnicy li­te­ra­tu­ry rumuńskiej mogą ode­tchnąć z ulgą. Ist­nie­je cała gru­pa bar­dzo uta­len­to­wa­nych tłuma­czy (do których niewątpli­wie za­li­cza się tłumacz Za­bliźnio­nych serc, To­masz Klim­kow­ski, czołowy pol­ski ru­mu­ni­sta, mający na kon­cie także kil­ka in­nych do­sko­nałych przekładów, w tym wy­daną nie­daw­no przez W.A.B. książkę Ga­brie­li Ada­meşte­anu Stra­co­ny po­ra­nek), są za­in­te­re­so­wa­ne przekłada­mi wy­daw­nic­twa i jest, ma­gicz­ne w na­szych cza­sach słowo, „ry­nek”.

A prze­cież po zmia­nach ustro­jo­wych w 1989 roku, kie­dy wszy­scy, co było na­wet i uspra­wie­dli­wio­ne, pędzi­li do Ber­li­na, Paryża i Am­ster­da­mu (Lon­dyn zo­stał zdo­by­ty nie­co później), wy­da­wało się, że bli­ska za­gra­ni­ca po pro­stu nie ist­nie­je. I rze­czy­wiście, roz­pa­try­wa­na w ka­te­go­riach ma­te­rial­nych roz­ko­szy Ru­mu­nia nie jawiła się jako atrak­cyj­na kra­ina spra­gnio­nym do­stat­ku Po­la­kom. Aż nad­to do­brze przy­po­mi­nała pol­skie lata osiem­dzie­siąte, o których tak szyb­ko chcie­liśmy za­po­mnieć. Przez całe lata dzie­więćdzie­siąte XX wie­ku nie po­ja­wił się w Pol­sce żaden przekład współcze­snej li­te­ra­tu­ry rumuńskiej. Owszem, od­kry­wa­liśmy wówczas Elia­de­go, Cio­ra­na i Noikę w ge­nial­nych tłuma­cze­niach Ire­ne­usza Kani, ale je­dyną wy­daną wte­dy po pol­sku współczesną książką były za­pi­ski ge­ne­rała Pa­ce­py: przy­po­mi­nający szpie­gow­ski thril­ler qu­asi-do­ku­ment trak­tujący o funk­cjo­no­wa­niu dwo­ru ostat­nie­go ko­mu­ni­stycz­ne­go pre­zy­den­ta Ru­mu­nii, Ni­co­lae Ceaușescu.

Rze­czy­wi­ste za­in­te­re­so­wa­nie Ru­mu­nią oraz Eu­ropą Środ­kową i Wschod­nią wyraźnie wzra­sta do­pie­ro po ko­lej­nej de­ka­dzie. Swo­je żniwo za­czy­nają zbie­rać pra­ca Krzysz­to­fa Czyżew­skie­go i pi­sar­stwo An­drze­ja Sta­siu­ka. To w dużej mie­rze ich zasługa, że Eu­ropa Środ­kowa jest na nowo od­kry­wa­na przez pol­skich czy­tel­ników, co­raz śmie­lej podążających śla­da­mi au­to­ra Jadąc do Ba­ba­dag. Nie dzi­wi za­tem praw­dzi­wy wy­syp książek podróżni­czych i re­por­taży na te­mat Ru­mu­nii w ostat­nich la­tach.

Jeśli za mier­nik między­na­ro­do­wej sławy uzna­my przekłady, to okaże się, że Max Ble­cher należy do bar­dzo eli­tar­ne­go gro­na li­te­ratów lat 30. ubiegłego wie­ku, a mia­no­wi­cie do gro­na pi­sa­rzy, którzy sławni zaczęli być całkiem nie­daw­no. Pierw­sze tłuma­cze­nia jego książek na an­giel­ski, fran­cu­ski, nie­miec­ki, por­tu­gal­ski, hisz­pański i pol­ski po­ja­wiły się w ciągu ostat­nich kil­ku lat. Tyl­ko Cze­si, wier­ni swo­im naj­lep­szym trans­la­tor­skim tra­dy­cjom, po­zna­li się na pi­sa­rzu wcześniej. Choć o ile Ulis­se­sa Joy­ce’a przetłuma­czy­li czter­dzieści lat przed Po­la­ka­mi, o tyle Ble­che­ra już tyl­ko z dwu­dzie­sto­let­nim wy­prze­dze­niem.

Ble­cher to jed­nak przy­pa­dek dość szczególny i w sa­mej Ru­mu­nii. Jego losy to­czyły się bar­dzo różnie. Nie wszy­scy po­zna­li się zra­zu na ta­len­cie młode­go pi­sa­rza. Nie był zbyt płod­nym au­to­rem, po­zo­sta­wił po so­bie rap­tem trzy po­wieści, kil­ka utworów po­etyc­kich, kil­ka re­la­cji z sa­na­to­rium oraz tłuma­cze­nia poetów fran­cu­skich. Cho­ciaż i tego nie je­steśmy pew­ni, gdyż, jak wspo­mi­na w dzien­ni­kach Mi­ha­il Se­ba­stian, znaczną część swo­jej twórczości Ble­cher znisz­czył.

„Od wczo­raj rano Ble­cher prze­by­wa w Bu­ka­resz­cie” – czy­ta­my u Se­ba­stia­na. – „Opo­wia­dał mi o swo­jej podróży pociągiem i byłem wstrząśnięty. Wy­jazd z domu, w środ­ku księżyco­wej nocy, pu­ste uli­ce, strażnicy zdzi­wie­ni na wi­dok no­szy, ocze­ki­wa­nie w biu­rze za­wia­dow­cy sta­cji, wno­sze­nie przez okno do wa­go­nu, przy­by­cie pociągu rano na dwo­rzec w Bu­ka­resz­cie, tra­ga­rze, którzy od­ma­wiają wy­nie­sie­nia no­szy przez okno… Strasz­li­we cier­pie­nia. Wszyst­ko wy­da­je się ab­sur­dal­ne i nie­ważne w ob­li­czu tak wiel­kie­go nieszczęścia. Wy­da­wało mu się, że umie­ra. Był o krok od sa­mobójstwa. Znisz­czył wszyst­kie pa­pie­ry, wszyst­kie ręko­pi­sy, w tym osiem­dzie­siąt stron roz­poczętej właśnie po­wieści i sie­dem­dzie­siąt stron dzien­ni­ka. Le­d­wie star­czyło mi od­wa­gi, aby robić mu z tego po­wo­du wymówki”.1

Przez pierw­sze trzy­dzieści lat po jego śmier­ci pi­sa­no o Mak­sie Ble­che­rze ra­czej nie­wie­le. Mo­nu­men­tal­na Hi­sto­ria li­te­ra­tu­ry rumuńskiej Ghe­or­ghe Căli­ne­scu nie zachęca do poświęca­nia mu cza­su. Zresztą wszy­scy od­mieńcy byli dość su­ro­wo trak­to­wa­ni przez rumuńskie­go hi­sto­ry­ka li­te­ra­tu­ry, a Ble­cher jest rze­czy­wiście „inny” i trud­ny do za­szu­flad­ko­wa­nia. Kry­ty­ka rumuńska określa go najczęściej mia­nem przed­sta­wi­cie­la „li­te­ra­tu­ry su­biek­tyw­nej au­ten­tycz­ności” lub „li­te­ra­tu­ry cier­pie­nia”. I owszem, z jed­nej stro­ny jego nie­zwy­kle wątłe zdro­wie, a właści­wie całe doświad­cze­nie życio­we związane z cho­robą, było pod­sta­wo­wym ma­te­riałem, pod­sta­wo­wym bu­dul­cem li­te­ra­tu­ry, którą two­rzył. Ale z dru­giej stro­ny li­te­ra­tu­ra ta za­wsze okra­szo­na była ty­pową dla re­ali­zmu ma­gicz­ne­go spotęgo­waną wizją rze­czy­wistości. Ble­cher nie­zwy­kle cenił eu­ro­pejską awan­gardę, a zwłasz­cza sur­re­alistów (tłuma­czył na rumuński Ap­po­li­na­ire’a i Elu­ar­da), z zapałem czy­tał eg­zy­sten­cja­listów (Karl Ja­spers). Căli­ne­scu, po­zo­stający przez długie lata pa­pieżem kry­ty­ki rumuńskiej, nie był nim jed­nak za­chwy­co­ny.

Na długi powrót Ble­che­ra do pan­te­onu li­te­ra­tu­ry rumuńskiej złożyły się trzy wy­da­rze­nia. Po pierw­sze, wy­da­nie w 1971 roku jego nie­do­kończo­nej, trze­ciej po­wieści (a więc jed­nak nie znisz­czył wszyst­kie­go), nie­przetłumaczo­nej póki co na język pol­ski, Vi­zu­ina lu­mi­nată: Jur­nal de sa­na­to­riu (Podświe­tlo­na kryjówka. Dzien­nik z sa­na­to­rium), do której wstęp na­pi­sał Sașa Pană. Po dru­gie, zaczęli od­kry­wać go na nowo czołowi pi­sa­rze tzw. po­ko­le­nia ’80, a zwłasz­cza zna­ny również w Pol­sce Mir­cea Cărtăre­scu. W końcu sen­sacją lat 90., i to na skalę między­na­ro­dową, było opu­bli­ko­wa­nie Dzien­ników Mi­ha­ila Se­ba­stia­na. Dzien­ni­ki wywołały burzę ze względu na dość jed­no­znacz­ny opis po­staw Elia­de­go i Cio­ra­na, mówiąc wprost – ze względu na opis ich fa­scy­na­cji fa­szy­zmem, fa­na­ty­zmu re­li­gij­ne­go i przy­zwo­le­nia na an­ty­se­mi­tyzm. Se­ba­stian, pi­sarz rumuński po­cho­dze­nia żydow­skie­go, z prze­rażeniem od­no­to­wu­je ewo­lucję poglądów czołowych przed­sta­wi­cie­li in­te­li­gen­cji rumuńskiej. Spo­ro miej­sca w swo­im Dzien­ni­ku poświęca jed­nak także au­to­ro­wi Za­bliźnio­nych serc, z którym łączyła go nie tyle przy­jaźń, ile pew­ne­go ro­dza­ju zażyłość.

„Był to za­wsze trochę dziw­ny chłopak – pi­sze Se­ba­stian – żyjący, wsku­tek strasz­li­we­go bólu, jak­by w in­nym świe­cie. Nig­dy nie umiałem roz­ma­wiać z nim bez pew­ne­go skrępo­wa­nia, być wo­bec nie­go zupełnie otwar­ty. Na­pa­wał mnie pew­nym lękiem, utrzy­my­wał na dy­stans, jak­by u drzwi więzie­nia, do którego nie można było wejść i którego nie można było opuścić. Pra­wie wszyst­kie na­sze roz­mo­wy ce­cho­wało skrępo­wa­nie, jak­byśmy je pro­wa­dzi­li właśnie w więzien­nej rozmówni­cy. I dokąd on po­wra­cał, kie­dyśmy się roz­sta­wa­li? Jak było tam, dokąd po­wra­cał?”

Być może nie należy prze­ce­niać wpływu Dzien­ników Se­ba­stia­na na po­pu­lar­ność Ble­che­ra, ale fak­tem jest, że za­in­te­re­so­wa­nie twórczością tego dru­gie­go nig­dy nie było tak duże jak dziś. W Ru­mu­nii mówi się na­wet o swo­istym po­wro­cie tego pi­sa­rza.

Rumuńskie­go Fran­za Kafkę roz­po­zna w nim bu­ka­resz­teński kry­tyk Eu­gen Lo­vi­ne­scu. Porówna­nie to będzie później eks­plo­ato­wa­ne przez nie­mal wszyst­kich zaj­mujących się Ble­che­rem. Kie­dy z ko­lei w la­tach sześćdzie­siątych ukaże się rumuński przekład Bru­no­na Schul­za, kry­tyka rumuńska przy­zna, że mie­li ze sobą wie­le wspólne­go. Nie słysze­li o so­bie, choć żyli i two­rzy­li nie­mal w tym sa­mym cza­sie i nie­mal w tym sa­mym miej­scu (z Dro­ho­by­cza do Bo­to­szanów w li­nii pro­stej jest mniej więcej trzy­sta ki­lo­metrów). Obaj mie­li żydow­skie ko­rze­nie. Obaj po­zo­sta­wi­li po so­bie niewie­le: Schulz dwa tomy opo­wia­dań, Ble­cher trzy po­wieści. Pi­sa­no o struk­tu­ral­nym po­kre­wieństwie ich pro­zy, o cha­rak­te­ry­stycz­nej dla oby­dwu zdol­ności „pla­so­wa­nia się w nieszczęściu” (Crohmălni­ce­anu).

Max Ble­cher uro­dził się 8 września 1909 roku w pro­win­cjo­nal­nym mia­stecz­ku Bo­to­sza­ny (Botoșani), w północ­nej części rumuńskiej Mołda­wii. W re­gio­nie, który przez całe życie pi­sa­rza po­zo­sta­wał, jak zresztą znacz­na część Ru­mu­nii, wie­lo­kul­tu­ro­wym ty­glem. W Bo­to­sza­nach na początku XX wie­ku połowę miesz­kańców sta­no­wi­li Żydzi, ale re­gion za­miesz­ki­wały również duże sku­pi­ska Or­mian, Greków, Cy­ganów i Li­po­wian, no i na­tu­ral­nie Ru­munów.

Max przy­szedł na świat w zamożnej ro­dzi­nie żydow­skiej, oj­ciec był właści­cie­lem fa­bry­ki szkła i por­ce­la­ny. Również dal­si człon­ko­wie ro­dzi­ny, wu­jo­wie i ku­zy­ni, byli właści­cie­la­mi większych lub mniej­szych sklepów i fa­bry­czek. Two­rzy­li so­lidną klasę śred­nią, toteż i życie pro­wa­dzi­li na so­lidnym miesz­czańskim po­zio­mie. Ten drobnomiesz­czański świat rumuńskich Żydów zo­sta­nie dość wier­nie od­da­ny w Zda­rze­niach z bli­skiej nie­rze­czy­wi­stości, pierw­szej po­wieści Ble­che­ra (1936, wy­da­nie pol­skie w przekładzie Jo­an­ny Kor­naś-War­was, Po­gra­ni­cze 2013). Zresztą wszyst­kie jego utwo­ry będą miały wyraźne au­to­bio­gra­ficz­ne mo­ty­wy.

Max wraz z ro­dziną opuszczą Bo­to­sza­ny i prze­pro­wadzą się nie­co na południe, do mia­sta Ro­man. Oj­ciec założy tam ko­lej­ny in­te­res, tym ra­zem sklep z por­ce­laną, a Max skończy li­ceum, po którym, jak przy­stało na uzdol­nio­ne dziec­ko z zamożnej ro­dziny, zo­sta­nie wysłany do Paryża na stu­dia me­dycz­ne. Nie będzie mu jed­nak dane zbyt długo cie­szyć się bez­tro­skim życiem stu­den­ta. Już w 1928 roku, czy­li gdy Ble­cher ma za­le­d­wie dzie­więtnaście lat, zo­sta­je u nie­go zdia­gno­zo­wa­na cho­ro­ba Pot­ta (tzw. gruźlica kręgosłupa), jed­na z naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nych i nie­zwy­kle bo­le­snych chorób zakaźnych. Tkan­ki kost­ne, w tym wy­pad­ku kręgi, są po ko­lei ata­ko­wa­ne przez bak­te­rie. Gorączka i ostre bóle kości pa­ra­liżują cho­re­go. Max Ble­cher będzie się zma­gał z cho­robą przez bli­sko dzie­sięć lat. Umrze w cier­pie­niach 31 maja 1938 roku. Za­nim jed­nak do tego doj­dzie, od­wie­dzi zna­ne sa­na­to­ria Eu­ro­py: fran­cu­skie Berck-sur-Mer, szwaj­car­skie Ley­sin i rumuńskie Te­chir­ghiol. Cho­ro­ba znisz­czy go jako człowie­ka, ale uczy­ni z nie­go pi­sa­rza. Jed­ne­go, do­daj­my, z naj­lep­szych pi­sa­rzy języka rumuńskie­go.

Max Ble­cher za­de­biu­to­wał w 1930 roku, czy­li już po zdia­gno­zo­wa­niu cho­ro­by, krótkim tek­stem Her­rant, na­pi­sa­nym, a jakże, w sa­na­to­rium, w Berck-sur-Mer nad kanałem La Man­che, a opu­bli­ko­wa­nym w re­no­mo­wa­nym cza­so­piśmie „Bi­le­te de pa­pa­gal”, u nie­kwe­stio­no­wa­ne­go guru li­te­ratów rumuńskich Tu­do­ra Ar­ghe­zie­go. Samo Berck, mia­stecz­ko po­nad tysiąca pa­cjentów cho­rych na cho­robę Pot­ta, sta­nie się ob­sesją pi­sa­rza. Będzie je na­zy­wał mia­stem „bez­ru­chu i gip­su”. „Czym węgiel dla Li­ver­po­olu, a ropa dla Baku, tym gips dla Berck”, na­pi­sze w re­por­tażu pod tytułem Berck. Mia­sto ska­zańców. A nie­co później uczy­ni z nie­go miej­sce ak­cji Za­bliźnio­nych serc. Sașa Pană czter­dzieści lat później na­pi­sze o tym kre­atyw­no-de­struk­cyj­nym związku Ble­che­ra z cho­robą we wstępie do trze­ciej i ostat­niej, nie­do­kończo­nej po­wieści, Vi­zu­ina lu­mi­na­ta: „Dzie­sięć lat był spa­ra­liżowa­nym wra­kiem (cier­pie­nia zaczęły się nie­mal za­raz po ma­tu­rze), któremu cho­ro­ba da­ro­wała krótkie chwi­le prze­rwy, ale jego umysł podróżował przez najgłębiej skry­wa­ne ta­jem­ni­ce, świ­dro­wał z zacięciem górni­ka najgłębsze pokłady swych bo­ga­tych prze­myśleń”.

Od­daj­my głos raz jesz­cze Mi­ha­ilo­wi Se­ba­stia­no­wi, który od­wie­dza Ble­che­ra we wrześniu 1936 roku i no­tu­je w swo­im Dzien­ni­ku: „Ble­cher we­ge­tu­je [...]. Skąd u nie­go ta od­wa­ga, aby jesz­cze żyć? Co go pod­trzy­mu­je na du­chu? Nie jest na­wet zroz­pa­czo­ny. Nie ro­zu­miem tego, przy­znaję, że nie ro­zu­miem. Kil­ka razy, kie­dy pa­trzyłem na nie­go, chciało mi się płakać. Nocą słyszałem, jak jęczy i krzy­czy w swo­im po­ko­ju i czułem, że oprócz nas jest w tym domu jesz­cze ktoś: śmierć, prze­zna­cze­nie – nie wiem. Wy­je­chałem stamtąd po­ru­szo­ny do głębi”.

Ble­cher miał kie­dyś po­wie­dzieć, że w ciągu roku cho­ry jest w sta­nie wy­krze­sać z sie­bie tyle ener­gii, ile trze­ba, by pod­bić im­pe­rium. Cier­pie­nie jest u nie­go im­ma­nentną częścią ludz­kie­go bytu. Po­dob­nie jak u eg­zy­sten­cja­listów, u rumuńskie­go pi­sa­rza także cier­pie­nie nie może zo­stać „znie­sio­ne”, nie może zo­stać „po­ko­na­ne”, sta­no­wi in­te­gralną składową losu człowie­ka. Tak jest również z bo­ha­te­ra­mi jego po­wieści, którzy do­dat­ko­wo zdają się znacz­nie bar­dziej au­ten­tycz­ni w nieszczęściu niż w szczęściu. Cier­pią au­ten­tycz­nie, a mo­men­ty szczęścia przeżywają w sposób gro­te­sko­wy. Cier­pie­nie jako nie­kończąca się trans­cen­dent­na po­ku­sa to mo­tyw, który zbliża Ble­chera do in­ne­go wiel­kie­go Ru­mu­na – Emi­la Cio­ra­na.

Wy­buch cho­ro­by jest za­ra­zem początkiem dru­giej po­wieści i ka­rie­ry pi­sar­skiej Maxa Ble­che­ra. Głównym bo­ha­te­rem Za­bliźnio­nych serc jest rumuński stu­dent, Ema­nu­el, stu­diujący che­mię na uni­wer­sy­te­cie w Paryżu. Ema­nu­el ma bo­ga­te­go i bar­dzo tro­skli­we­go ojca. Po­wieść za­czy­na się od wi­zy­ty Ema­nu­ela u le­ka­rza i pre­cy­zyj­ne­go opi­su badań, ja­kim zo­sta­je pod­da­ny młody człowiek. Rent­gen nie po­zo­sta­wia złudzeń, za­ata­ko­wa­ny jest je­den z kręgów kręgosłupa. Przy dal­szych oględzi­nach le­karz od­kry­wa duży nie­bez­piecz­ny ro­pień, co świad­czy o za­awan­so­wa­nym sta­nie za­pal­nym i bez­pośred­nim za­grożeniu życia. Wy­rok może być tyl­ko je­den: na­tych­mia­sto­wa punk­cja i wy­jazd do sa­na­to­rium w celu pod­le­cze­nia i tak nie­ule­czal­nej cho­ro­by.

Za­bliźnio­ne ser­ca przy­po­mi­nają Cza­ro­dziejską górę To­ma­sza Man­na. Po­dob­nie jak Hans Ca­storp tra­fia do Da­vos, tak Ema­nu­el przy­jeżdża do Berck. Po­zna­je­my całą ple­jadę przeróżnych bo­ha­terów: pa­cjentów, dy­rek­to­ra sa­na­to­rium, le­ka­rza, pielęgniarkę. Jest i eks­cen­tryk, i ary­sto­krat­ka, i syn świa­to­wej sławy inżynie­ra, i piękna Po­lka. I wątek miłosny, którego głównym bo­ha­terem jest Ema­nu­el. Ważną rolę od­gry­wają miej­sca przy po­szczególnych sto­li­kach w sa­na­to­ryj­nej re­stau­ra­cji. Nie do­sta­je­my tu jed­nak dogłębne­go stu­dium co­dzien­ności, jak u Man­na. Za­bliźnio­ne ser­ca to ra­czej mi­nia­tu­ra Cza­ro­dziej­skiej góry, jaką mógłby na­pi­sać Kaf­ka bądź Schulz tuż po lek­tu­rze Kier­ke­ga­ar­da albo Ja­sper­sa.

Cho­ro­ba była dla Ble­che­ra doświad­cze­niem eks­tre­mal­nym, stała się mo­to­rem napędo­wym jego twórczości, a jed­no­cześnie wy­zna­czyła gra­nicę jego li­te­rac­kiej ka­rie­ry. Przy­po­mnij­my, cała jego ka­rie­ra pi­sar­ska, nie licząc kil­ku tekstów popełnio­nych jesz­cze w li­ceum, przy­pa­da na okres roz­wi­ja­nia się nie­ule­czal­nej gruźlicy kręgosłupa. Dzie­sięć lat cier­pie­nia i bólu, prze­ry­wa­ne­go pi­sa­niem.

Do­brze się stało, że pol­ski czy­tel­nik ma w końcu okazję za­po­znać się z twórczością jed­ne­go z naj­bar­dziej cier­piących pi­sa­rzy w hi­sto­rii li­te­ra­tu­ry, Maxa Ble­che­ra, dla którego cho­ro­ba była na­tchnie­niem, i którego cała twórczość, jak to ujął je­den z jego przy­ja­ciół, miała źródło w gip­so­wym sar­ko­fa­gu. Śmierć wy­ba­wiła go od cier­pienia i oszczędziła mu na szczęście wi­do­ku postępującej „no­so­rożyza­cji” (Io­ne­sco) społeczeństwa rumuńskie­go przełomu lat trzy­dzie­stych i czter­dzie­stych, naj­dzik­szych za­cho­wań Żela­znej Gwar­dii i sza­lejącego również w Ru­mu­nii an­ty­se­mi­ty­zmu.

Ro­land Choj­nac­ki

ZA­BLIŹNIO­NE SER­CA

Quel ter­ri­ble so­uve­nir à af­fron­ter!2

(Kier­ke­ga­ard)

1

Ema­nu­el wszedł po ciem­nych scho­dach. W po­wie­trzu uno­sił się za­pach środków far­ma­ceu­tycz­nych i spa­lo­nej gumy. W głębi wąskie­go ko­ry­ta­rza roz­po­znał białe drzwi, do których po­le­co­no mu się skie­ro­wać. Wszedł bez pu­ka­nia.

Po­miesz­cze­nie, w którym się zna­lazł, wy­da­wało się jesz­cze star­sze i bar­dziej za­grzy­bio­ne niż ko­ry­tarz. Światło wpa­dało przez jed­no tyl­ko okno i roz­le­wało bladą błękitną poświatę na bałagan w sa­lo­ni­ku, na wa­lające się wszędzie cza­so­pi­sma za­kry­wające mar­mu­ro­wy stół i ma­je­sta­tycz­ne krzesła ubra­ne w białe po­krow­ce ni­czym w wy­godną odzież ochronną, jak przed prze­pro­wadzką.

Ema­nu­el bar­dziej padł na fo­tel, niż w nim usiadł. Za­uważył ze zdzi­wie­niem cie­nie prze­bie­gające przez izbę i od­krył na­gle, że okno w głębi było tak na­prawdę akwa­rium, w którym pływały wol­no czar­ne, tłuste ryby z wyłupia­sty­mi ocza­mi. Przez kil­ka se­kund sie­dział tak ze wzro­kiem utkwio­nym w akwa­rium, śledząc ich le­ni­we sunięcie, aż za­po­mniał nie­mal, po co przy­szedł.

No właśnie, po co tu przy­szedł? Aha! Przy­po­mniał so­bie szyb­ko i za­kasłał ci­cho, aby za­zna­czyć swą obec­ność, ale nikt nie od­po­wie­dział.

Krew tętniła mu ciągle w skro­niach, ale bar­dziej dla­te­go, że całą drogę od dok­to­ra Ber­tran­da biegł, niż z po­wo­du fak­tycz­nych emo­cji. W tym su­ro­wym sta­rym po­ko­ju po­czuł się trochę spo­koj­niej.

Jed­ne z drzwi otwarły się, jakaś ko­bie­ta prze­biegła przez sa­lo­nik i zniknęła w drzwiach na ko­ry­tarz. Ema­nu­el żałował, że nie za­trzy­mał jej i nie po­pro­sił, żeby za­wia­do­miła o jego przy­by­ciu.

Ryby w dal­szym ciągu śli­zgały się smut­no w przytłumio­nym świe­tle. W sali pa­no­wały taka ci­sza i ciem­ność, taki spokój, że Ema­nu­el nie miałby nic prze­ciw­ko, by ten stan trwał całą wiecz­ność. Przyjąłby to z re­zy­gnacją, by po­zo­stać jak najdłużej po dru­giej stro­nie bru­tal­nej praw­dy, którą być może będzie mu­siał za kil­ka mi­nut po­znać.

Za jed­ny­mi z drzwi ktoś za­kasłał krótko, jak­by w spóźnio­nej od­po­wie­dzi na jego wcześniej­sze kaszl­nięcie.

W pro­gu stanęła mała ciem­na po­stać, wyglądająca jak wy­stra­szo­ne zwierzę wy­chodzące z nory.

– Przy­syła pana dok­tor Ber­trand? Tak, tak, wiem, te­le­fo­no­wał do mnie… Ostre bóle w krzyżu, zga­dza się? Prześwie­tle­nie kręgosłupa.

Człowie­czek po­tarł ner­wo­wo dłonie, jak­by chcąc oczyścić je z resz­tek zie­mi, która przy­kleiła mu się do palców, kie­dy kopał norę.

Miał małe, obrzmiałe kre­cie oczy, połyskujące złota­wo w słabym świe­tle.

– Za­raz zo­ba­czy­my, co to ta­kie­go… Proszę za mną.

Ema­nu­el ru­szył za nim, prze­szedł ko­ry­tarz i za­trzy­mał się przed zupełnie ciem­nym po­ko­jem. To stąd wy­do­by­wał się ciężki za­pach spa­lo­nej gumy.

Za­pa­liła się słaba żarówka i jego oczom uka­zała się sala pełna przyrządów me­dycz­nych z ni­klo­wa­ny­mi ru­ra­mi i cyr­ko­wy­mi drążkami.

Wszędzie pełno było prze­wodów elek­trycz­nych. Ema­nu­el stanął zdez­o­rien­to­wa­ny w pro­gu, z oba­wy, że gdy­by wszedł i trącił któryś z nich, mógłby wywołać potężne zwar­cie z trza­ska­mi i iskra­mi.

– Proszę! Proszę! – po­wie­dział le­karz, pra­wie ciągnąc go za rękę. – Może się pan ro­ze­brać tam…

I wska­zał mu skrzy­nię ze śru­ba­mi, ta­jem­niczą ma­szynę służącą wi­docz­nie również za ka­napę. Ema­nu­el po raz pierw­szy w życiu wy­ko­ny­wał tak prostą i in­tymną czyn­ność jak zdjęcie ubra­nia w tak pod­niosłym en­to­ura­ge’u.

Le­karz palił pa­pie­ro­sa, strze­pując bez­tro­sko popiół na podłogę tego prze­rażającego ga­bi­ne­tu, gdzie każdy cen­ty­metr kwa­dra­to­wy wy­da­wał się nałado­wa­ny ta­jem­ni­ca­mi i elek­trycz­nością.

– Proszę zdjąć tyl­ko ko­szulę…

Ema­nu­el był gotów. Zaczął się trząść.

– Zim­no panu? – za­py­tał le­karz. – To po­trwa tyl­ko chwilę.

Zim­ne, przej­mujące ze­tknięcie z bla­sza­nym stołem, na którym się położył, prze­szyło go jesz­cze sil­niej­szym dresz­czem.

– A te­raz uwa­ga… Kie­dy panu po­wiem, wstrzy­ma pan od­dech. Chcę, żeby wyszło do­bre zdjęcie.

Le­karz otwo­rzył i za­mknął me­ta­lo­we pudełko. Żarówka zgasła. Brzęk zwol­nił pre­cy­zyjną za­padkę. Dźwi­gnia spadła wyraźnie pro­stym cięciem w ciem­ności. Prąd zaczął wi­bro­wać głucho jak pod­rażnio­ne zwierzę. Wszyst­ko odbyło się me­ta­licz­nie i pre­cy­zyjnie, jak w tych grach zręcznościo­wych, w których ni­klo­wa­na kul­ka wpa­da z jed­nej prze­gro­dy do dru­giej…

– Te­raz! – po­wie­dział le­karz.

Ema­nu­el wstrzy­mał od­dech. Ser­ce zaczęło mu bić moc­no, nie­mal wpra­wiając w re­zo­nans blachę pod jego ple­ca­mi. Cała ta ciem­ność aż szu­miała mu w uszach.

Znów dał się słyszeć szmer, który wzmógł się i za­raz zgasł gwałtow­nie ni­czym rozżarzo­ny węgiel wrzu­co­ny do wody.

– Może pan od­dy­chać – ode­zwał się znów le­karz.

Rozbłysło światło. Ema­nu­el wpadł na­gle w stan skraj­nej przy­tom­ności umysłu. Po co leżał na tym sto­le? Po co?

Miał całko­witą pew­ność, że jest bar­dzo cho­ry. Wszyst­ko wokół jed­no­znacz­nie to po­twier­dzało. Co zna­czyły wszyst­kie te apa­ra­ty? Na pew­no nie były dla lu­dzi zdro­wych.

I odkąd zna­lazł się tam, pośród nich, osa­czo­ny przez nie…

Le­karz wyciągał płytę z bla­sza­ne­go stołu.

– Proszę się jesz­cze nie ubie­rać… Zo­baczę, czy do­brze wyszło… Proszę tak leżeć.

Le­karz wziął ubra­nie Ema­nu­ela i położył mu je na klat­ce pier­sio­wej, okry­wając ją czu­le; tyl­ko mat­ka tak go otu­lała, kładąc go spać, kie­dy był dziec­kiem.

Co po­wie le­karz? Co wykaże zdjęcie? To strasz­ne zdjęcie…

Znów czuł się do­brze, pod ciepłym i miękkim ubra­niem. Gdy­by bla­cha, na której leżał, nie prze­szy­wała go swo­im nie­przy­jem­nym chłodem i gdy­by mógł oprzeć głowę na czymś in­nym niż me­ta­lo­wa poręcz, może by na­wet zasnął. Trząsł się trochę z zim­na, ale czuł się owładnięty przy­jem­nym i odprężającym zmęcze­niem.

W głębi ko­ry­ta­rza trzasnęły głośno drzwi. Gdzieś w od­da­li życie to­czyło się więc nor­mal­nym try­bem… On czuł się z nie­go wy­ob­co­wa­ny, leżąc tak nago na sto­le ra­dio­gra­ficz­nym, ukry­ty pod ubra­niem.

– Zdjęcie wyszło do­brze – po­wie­dział le­karz, wy­chodząc z ka­bi­ny – ale wy­da­je mi się, że je­den z kręgów jest bar­dzo moc­no za­ata­ko­wa­ny… Bra­ku­je w nim kawałka kości…

Le­karz po­wie­dział to wszyst­ko bar­dzo szybką fran­cusz­czyzną, nie do końca dla Ema­nu­ela zro­zu­miałą, i z prze­rwa­mi, parząc so­bie pal­ce wziętą ze sto­li­ka końcówką pa­pie­ro­sa, którą zaciągał się chci­wie.

Ema­nu­el był zdez­o­rien­to­wa­ny, nie bar­dzo ro­zu­miał. W jed­nym z kręgów bra­ko­wało mu kawałka kości? Ale jak to się stało, że go nie ma? Za­py­tał le­ka­rza.

– Kość jest zżarta… zżarta przez mi­kro­by – od­parł czar­ny człowie­czek. – Zupełnie spróchniała… jak ząb zżarty przez próchnicę.

– W kręgosłupie?

– Tak, ma pan za­ata­ko­wa­ny kręg w kręgosłupie…

„Więc dla­cze­go jesz­cze nie złamałem się wpół, sko­ro oś, która pod­trzy­mu­je całe ciało, jest pęknięta?” – pomyślał Ema­nu­el. Przy­po­mniał so­bie, że miał się ubrać, i wstał z nie­by­wałą ostrożnością, pod­pie­rając się cały czas o apa­ra­ty. W pier­si zro­biła mu się taka pust­ka, że aż słyszał jej dud­nie­nie, wyraźne jak szum musz­li przyłożonej do ucha. Ser­ce biło w próżni wzmoc­nio­ny­mi ude­rze­nia­mi. Czy­li jego ciało mogło w każdej chwi­li złamać się jak zgięte drze­wo, jak szma­cia­na lal­ka…

Pew­ne­go razu w swo­im po­ko­ju w pen­sjo­na­cie za­sta­wił na podłodze pułapkę i w środ­ku nocy złapała się w nią mysz. Ema­nu­el za­pa­lił światło i zo­ba­czył, jak mio­ta się, osza­lała ze stra­chu, w dru­cia­nej siat­ce. O świ­cie my­szy już tam nie było; udało jej się otwo­rzyć drzwicz­ki i uciec. Snuła się jed­nak po po­ko­ju tak oszołomio­na, tak prze­rażona, tak wol­no i nie­pew­nie, że można ją było złapać w rękę. Kil­ka­krot­nie zna­lazła się obok swo­jej dziu­ry, powąchała ją, ale nie weszła do środ­ka… Była zupełnie ogłupiała ze stra­chu i wymęczo­na nocą spędzoną w pułapce.

Ema­nu­el pod­szedł do skrzy­ni, gdzie zo­sta­wił swo­je rze­czy, ostrożnym po­su­wi­stym kro­kiem, który z miej­sca sko­ja­rzył mu się z myszą czołgającą się po podłodze. On też te­raz bar­dziej czołgał się, niż szedł. Utożsa­miał się z tamtą myszą w naj­drob­niej­szych szczegółach. Po­ru­szał się tak samo prze­rażony, tak samo oszołomio­ny jak ona.

Le­karz znów wszedł do ka­bi­ny. Ema­nu­el wpadł wte­dy na po­mysł, by popełnić sa­mobójstwo, wie­szając się na pa­sku od spodni na jed­nym z me­ta­lo­wych drążków. Jed­nak myśl ta była tak słaba i bez­sku­tecz­na, że nie za­wie­rała na­wet ener­gii po­trzeb­nej do pod­nie­sie­nia ręki. Był to z pew­nością świet­ny po­mysł, równie wspa­niały jak na przykład dla my­szy wejście do swo­jej dziu­ry, ale równie mgli­sty i ode­rwa­ny od rze­czy­wi­stości.

Zresztą zo­stał sam tyl­ko na chwilę. Le­karz pod­szedł do nie­go z mokrą jesz­cze kliszą, aby mu ją po­ka­zać. Za­pa­lił większą żarówkę i umieścił zdjęcie w jej świe­tle. Ema­nu­el spoj­rzał zdzi­wio­ny, nie­obec­ny, na cie­nie wy­obrażające jego szkie­let; naj­bar­dziej ta­jem­na i in­tym­na struk­tu­ra jego ciała od­bi­ta była tam w przyćmio­nych, po­nu­rych przej­rzy­stościach.

– O, tu­taj… Tu jest zdro­wy kręg – objaśnił le­karz. – A tu­taj, poniżej, ten, w którym bra­ku­je kawałka kości… Widać wyraźnie, że jest nadwątlo­ny.

I fak­tycz­nie, na zdjęciu widać było wy­szczer­bio­ny kręg.

– To się na­zy­wa cho­ro­ba Pot­ta… Gruźlica kości kręgosłupa.

Wszyst­ko wy­da­wało się bar­dzo ja­sne, sko­ro to wy­szczer­bie­nie miało na­ukową nazwę.

– Poza tym jest tu jesz­cze jed­na po­dej­rza­na rzecz… – po­wie­dział le­karz i po­ka­zał cień w kształcie lej­ka. – Oba­wiam się, że może to być ro­pień… Muszę pana zba­dać w ga­bi­ne­cie.

Przez cały ten czas le­karz mówił nie­prze­rwa­nie, nie patrząc wca­le na Ema­nu­ela. Kie­dy pod­niósł wzrok i zo­ba­czył, jaki bla­dy i zmar­z­nięty jest jego pa­cjent, rzu­cił się do ka­bi­ny, żeby zo­sta­wić tam kliszę, po czym złapał go za ręce i zaczął nim potrząsać.

– Ejże! Co się dzie­je? Od­wa­gi… Więcej od­wa­gi! To można le­czyć… Po­je­dzie pan do Berck… Tam pana wy­leczą… Więcej od­wa­gi… Więcej od­wa­gi!

Pociągnął go za sobą przez ko­ry­tarz i sta­ry sa­lo­nik, gdzie w akwa­rium ryby kon­ty­nu­owały obojętnie swoją her­me­tyczną wędrówkę.

We­szli do ga­bi­ne­tu. Tu­taj też zasłony były zaciągnięte, tu­taj też pa­no­wała ciem­ność, tu­taj też paliła się jed­na tyl­ko żarówka pośrod­ku za­stygłego stru­mie­nia książek i le­karstw. Człowie­czek po­ru­szał się zwin­nie między nimi, wy­naj­dując je nie­mal w bie­gu i roz­po­znając swym zwierzęcym węchem.

– Zo­bacz­my naj­pierw ple­cy – po­wie­dział le­karz.

Ema­nu­el położył się twarzą do dołu na ka­na­pie przy­kry­tej białym przeście­radłem.

Le­karz zaczął po­wo­li i ostrożnie do­ty­kać kręgosłupa, z góry na dół, na­ci­skał każdy kręg jak stro­iciel kla­wi­sze for­te­pia­nu.

W pew­nym miej­scu, w którym na­cisnął moc­niej, za­brzmiał prze­ni­kli­wy ból.

– To właśnie wy­ka­zało zdjęcie… To jest ten cho­ry kręg.

I le­karz na­cisnął jesz­cze raz, i raz jesz­cze za­brzmiała w kręgosłupie ta sama wyraźna nuta bólu.

– Jeśli nie je­stem nie­dy­skret­ny… W ja­kim celu przy­je­chał pan do Fran­cji? – za­py­tał le­karz, ba­dając go cały czas. – Po­znałem po ak­cen­cie, że jest pan cu­dzo­ziem­cem.

– Tak, zga­dza się – od­po­wie­dział Ema­nu­el. – Przy­je­chałem tu na stu­dia.

– A co pan stu­diu­je? – za­py­tał znów le­karz.

– Che­mię – po­wie­dział Ema­nu­el.

– Aha! Che­mię! Lubi pan che­mię, in­te­re­su­je to pana?

„Te­raz in­te­re­su­je mnie tyl­ko to, by przeżyć” – chciał po­wie­dzieć Ema­nu­el, ale się po­wstrzy­mał.

– Jak pan myśli, ro­dzi­ce będą mo­gli utrzy­mać pana tu­taj nad mo­rzem? – ciągnął le­karz. – Po­wi­nien pan dużo od­po­czy­wać, do­brze się odżywiać… a nade wszyst­ko po­trze­bu­je pan dużo spo­ko­ju… Na przykład w Berck, nad brze­giem oce­anu, w którymś z tam­tej­szych sa­na­to­riów.

– Na­piszę do ojca, do Ru­mu­nii – od­parł Ema­nu­el. – Myślę, że mi pomoże.

Dziw­ne – wy­po­wie­dzia­ne przez le­ka­rza słowo „sa­na­to­rium” wywołało na­gle w Ema­nu­elu słod­kie i pełne słońca wspo­mnie­nie, ni­czym po­wiew orzeźwiającej bry­zy w dusz­nej at­mos­fe­rze ga­bi­ne­tu le­kar­skie­go. W zeszłym roku w Te­chir­ghiol, gdzie spędził mie­siąc na le­cze­niu swe­go do­mnie­ma­ne­go reu­ma­ty­zmu (tak wszy­scy le­ka­rze zdia­gno­zo­wa­li jego bóle w krzyżu), prześla­do­wała go ciągle myśl, że wkrótce znaj­dzie się w sa­na­to­rium. Dokład­nie pamiętał ten słonecz­ny po­ra­nek na plaży, w cie­niu pa­ra­so­la, pod którym jego przy­ja­cie­le leżeli na brzu­chu wprost na pia­sku i gra­li w kar­ty, gdy przeszło mu na­gle i ab­sur­dal­nie przez myśl, że po­wi­nien się z nimi pożegnać, mówiąc, że je­dzie do sa­na­to­rium.

Te­raz, w ciem­nym ga­bi­ne­cie, w nikłym świe­tle żarówki, wspo­mnie­nie to było je­dyną po­godną i świeżą rzeczą pośród tych za­ku­rzo­nych pa­pierów.

– A te­raz zo­bacz­my brzuch…

Ema­nu­el przewrócił się na ple­cy. Le­karz położył dłoń na całej po­wierzch­ni skóry, prze­sunął ją lek­ko i znie­ru­cho­miał na­gle, spoglądając Ema­nu­elowi pro­sto w oczy.

– Od daw­na pan to ma?

I wska­zał na dużą okrągłą wy­pukłość na brzu­chu, bli­sko bio­dra, gładką i wyraźnie za­ry­so­waną jak wy­rosła pod skórą łuska („ogrom­na” – pomyślał Ema­nu­el, zdjęty nagłym prze­rażeniem). Na próżno usiłował so­bie ją przy­po­mnieć. Nig­dy jej nie wi­dział. Wi­docz­nie po­ja­wiła się całkiem nie­daw­no, parę go­dzin temu.

– W każdym ra­zie do­brze, że w porę to od­kry­liśmy – po­wie­dział le­karz. – Gdy­by pękło, to do­pie­ro by na­ro­biło… To zim­ny ro­pień, ropa po­chodząca od cho­rej kości. Trze­ba zro­bić punkcję. Trze­ba ściągnąć ropę strzy­kawką.

Tyle strasz­nych rze­czy wy­da­rzyło się w ciągu ostat­niej go­dzi­ny tak poważnie i spo­koj­nie, tyle wstrząsów miało miej­sce, że Ema­nu­elo­wi, zmęczo­ne­mu sen­sa­cja­mi tego dnia, w jed­nej se­kun­dzie odu­rzającej nieświa­do­mości za­chciało się śmiać.

Wi­zy­ta u dok­to­ra Ber­tran­da, prześwie­tle­nie, za­ata­ko­wa­ny kręg, a te­raz ten ro­pień – wszyst­ko wy­da­wało się z góry ukar­to­wa­ne. Cze­kał tyl­ko, aż ni z tego, ni z owe­go le­karz otwo­rzy drzwi i po­pro­si go do sąsied­nie­go po­ko­ju: „Bar­dzo proszę! Gi­lo­ty­na już cze­ka!”.

Ale le­karz mil­czał, nie od­ry­wając wzro­ku od wrzo­du.

– I co te­raz? – za­py­tał ci­cho Ema­nu­el, głosem jak­by nie z tego świa­ta.

– No cóż, punk­cja! – od­parł le­karz. – Naj­pierw punk­cja! Su­ge­ro­wałbym panu, żeby wy­ko­nał ją dok­tor Ber­trand, ten, co przysłał pana do mnie na prześwie­tle­nie. Za­raz do nie­go za­dzwo­nię, jeśli pan chce. Ma bar­dzo pewną rękę. Zresztą to nie jest żadna poważna ope­ra­cja. Zwykłe ukłucie igłą i po wszyst­kim. Za­dzwo­nię do nie­go, by przy­szedł do pana z całym po­trzeb­nym sprzętem. Jaki jest pana ad­res?

Pod­czas gdy le­karz za­pi­sy­wał ad­res w no­te­sie, Ema­nu­el, który słuchał jego wy­wo­du z za­par­tym tchem, wziął lek­ki od­dech, aby rozłado­wać napięcie.

– A później, za kil­ka dni, po­je­dzie pan do Berck, nad mo­rze.

– Do Berck? – za­py­tał Ema­nu­el. – Gdzie to jest?

Le­karz zdjął z półki ogrom­ne­go La­ro­us­se’a i otwo­rzył go na ma­pie Fran­cji.

– O tu­taj. Proszę spoj­rzeć… Tu jest kanał La Man­che, a tu, poniżej Bo­ulo­gne, Berck. Nie ma go na ma­pie. To mała plaża za­gu­bio­na wśród wydm, nad­mor­skie mia­stecz­ko, do którego przy­jeżdżają z całego świa­ta cho­rzy tacy jak pan, żeby się wy­le­czyć. Muszą leżeć w gip­sie, ale pro­wadzą całkiem nor­mal­ne życie. Na­wet jeżdżą na prze­jażdżki, leżąc w spe­cjal­nych po­wo­zach ciągniętych przez ko­nie lub osiołki.

Le­karz wy­rzu­cał z sie­bie te objaśnie­nia uczo­nym, mru­kli­wym to­nem, wpa­trując się sta­le w mapę, jak gdy­by czy­tał to wszyst­ko ze słowni­ka.