Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
O getcie warszawskim napisano wiele, lecz codzienność jego mieszkańców wciąż pozostaje trudna do uchwycenia. Listy Romany Wilner do męża Aleksandra, ocalałe wbrew realiom wojennych wydarzeń, stanowią świadectwo tyle unikatowe, co intymne. Pisane zza murów getta, odsłaniają życie jednej z uwięzionych tam rodzin — matki i nastoletniego syna — pozwalając niczym przez dziurkę od klucza zajrzeć w ich świat pełen lęku i poczucia zagrożenia. To cicha, poruszająca opowieść o miłości, trosce o bliskich, bezsilności wobec tragicznych wydarzeń i niezłomnej woli przetrwania. Edycja listów, opatrzona starannym aparatem naukowym, osadza tę osobistą relację w chronologii wydarzeń w getcie i szerokim kontekście okupacji niemieckiej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 614
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dofinansowano ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego
Copyright for this edition by Muzeum Getta Warszawskiego Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych Universitas Jurek Yehuda Glass Aleksandra Domańska Anna Romaniuk Martyna Grądzka-Rejak
Warszawa–Kraków 2026
ISBN 978-83-971422-6-8 e-ISBN 978-83-971422-7-5 Muzeum Getta Warszawskiego
ISBN 978-83-242-4193-4 e-ISBN 978-83-242-6890-0 TAiWPN UNIVERSITAS
Recenzje prof. dr hab. Sławomir Buryła prof. dr hab. Andrzej Żbikowski
Redakcja wydawnicza Renata Tomków
Współpraca badawcza Arleta Engwert
Opracowanie redakcyjne Joanna Ziętkiewicz-Kotz
Korekta Agnieszka Sabak
Projekt graficzny i skład Joanna Jopkiewicz
Retusz zdjęć Joanna Jopkiewicz
Przygotowanie zdjęć do druku Krzysztof Krzysztofiak
Kwerendy fotograficzne Janusz Wąż
Zdjęcia ze stron 24, 94, 294, 372, 406, 418 pochodzą ze zbiorów Muzeum Getta Warszawskiego.
www.1943.pl | www.universitas.com.pl
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
27 stycznia 2009 roku do rąk moich dostarczono przesyłkę poleconą nr RR592639073IL. Wewnątrz znajdował się, zapakowany z niezwykłą pieczołowitością w papier i folię bąbelkową, zbiór pożółkłych listów i kart pocztowych, w sporej części zaopatrzonych w znaczki z podobiznami Hitlera. Były to listy z warszawskiego getta. Gdy je rozpakowywałam, na wstępie z opakowania wypadły trzy małe pokruszone kawałki papieru. Na jednym nie było nic, na drugim kilka liter wyglądających jak hieroglify, a na trzecim jedno całe słowo: „całuję”.
Od ponad pół roku pracowałam wtedy nad projektem filmu dokumentalnego o domu, w którym od lat mieszka moja matka. To jeden z bloków Osiedla Za Żelazną Bramą, wybudowany w latach sześćdziesiątych XX wieku. Chciałam zrekonstruować przeszłość tego miejsca, wiedząc jednocześnie, że nie będzie to łatwe, ponieważ podczas wojny był to teren getta, wszystko, co się tu wcześniej znajdowało, zostało unicestwione, zaś po dawnych mieszkańcach najczęściej nie pozostał żaden ślad. Szukałam po omacku. Pamiętam, że pierwszym źródłem informacji była dla mnie książka telefoniczna na rok 1938/39, w której można było znaleźć nazwiska osób zamieszkujących tę okolicę tuż przed wojną. Potem przestudiowałam przedwojenny spis numerów hipotecznych zawierający informacje o właścicielach posesji, skorzystałam też z istniejącej już wówczas internetowej bazy danych „getto.pl”, gdzie umieszczano wszystkie zdobyte informacje o mieszkańcach. Z trzech tych źródeł pozyskałam listę nazwisk osób, które mogły mieszkać tu przed i podczas wojny. Wśród nich tylko jedno powtarzało się za każdym razem: Salomon Graff, właściciel domu przy ulicy Grzybowskiej 10, przedsiębiorca branży metalowej.
Nazwisku temu przyglądałam się więc szczególnie bacznie, gdy w Żydowskim Instytucie Historycznym uzyskałam dostęp do kartoteki Yad Vashem. To miejsce, w którym gromadzi się dane nie tyle o życiu ludzi, ile o ich śmierci, a zaświadczają o niej ci, którzy przeżyli. Kwestionariusze informujące o okolicznościach śmierci owego Salomona Graffa, a także niektórych członków jego rodziny i krewnych, podpisał spowinowacony z nimi Jurek Yehuda Glass, zamieszczając także swój izraelski adres oraz numer telefonu. Informacje te zachęcały do kontaktu, równocześnie jednak pojawiło się wiele obaw, wówczas bowiem, w roku 2008, od jego wyjazdu z Polski minęło sześćdziesiąt lat! Mógł nie pamiętać lub nie chcieć pamiętać, mógł nie mówić już po polsku lub nie chcieć mówić po polsku. Jak bezpodstawne były te obawy, stało się jasne po nawiązaniu z nim kontaktu: zarówno jego pamięć, jak i polszczyzna budziły podziw, co więcej od początku okazywał bezwarunkową gotowość do współpracy.
Jurek okazał się „ciotecznym wnukiem” Salomona Graffa (żona Salomona była siostrą babki Jurka). Przed wojną widywali się okazjonalnie. Z końcem 1940 roku, zmuszeni do przeprowadzki do getta, zamieszkali pod jednym dachem, w domu znajdującym się w najbliższej okolicy Grzybowskiej 10, bo pod numerem dziewiątym. Drugie piętro zajęli Graffowie: senior z małżonką Gustawą, ich synowie – Julian i Paweł oraz córka Romana ze swoim synkiem, a także liczni kuzyni. Do tych ostatnich zaliczał się również, mieszkający piętro niżej, owdowiały doktor medycyny Mieczysław Glass ze swym synem Jurkiem; teraz ów syn zdawał mi relację z tamtejszych wydarzeń. Z powodu licznej obecności członków rodziny zamieszkujących jeden budynek dom ten zyskał w getcie miano „Palais Graff” – Pałacu Graffów. Los połączył ich tam w najtragiczniejszych chwilach życia. Z kolejnych opowieści przysyłanych mi później drogą elektroniczną przez Jurka powoli wyłaniał się ogrom cierpień, których doświadczali on i jego bliscy. Już jedna z pierwszych zawierała w post scriptum wstrząsający wpis: „Byłem osobiście 3 razy (!) na Umschlagplatzu i cudem udało mi się powrócić stamtąd do ghetta. Wydaje mi się że było bardzo mało takich cudów – jeżeli w ogóle...”. Jurek był wtedy dzieckiem, miał zaledwie dwanaście lat!
I oto po miesiącu naszej współpracy Jurek zaszczycił mnie tak wielkim zaufaniem, że postanowił powierzyć mi listy, które córka Salomona, Romana Wilner, pisała z „Palais Graff” do swego męża Aleksandra, oficera wojska polskiego, przebywającego po kampanii wrześniowej w Szwecji. A kolejny tydzień później z nabożeństwem wyjmowałam pożółkłe karty z przesyłki poleconej nr RR592639073IL. I ów skrawek, na którym znajdowało się odręcznie napisane słowo: „całuję”.
Trudno opisać emocje, których doświadczyłam, pochylając się nad zawartością tej przesyłki. Było to swoiste medium, które w jakimś symbolicznym sensie pozwoliło mi przekroczyć mury getta. Wcześniej przez wiele miesięcy miałam trudność z pozyskaniem elementarnych informacji o przeszłości miejsca, które wybrałam na główny temat mej opowieści. Teraz, dzięki lekturze tych listów, opisujących kilkanaście miesięcy życia w uwięzieniu, zyskałam możliwość przeniknięcia do samego środka zdarzeń. Dysponując zapisem na bieżąco relacjonowanej codzienności mieszkańców getta, mogłam dzielić z adresatem i nadawcą emocje, które im wówczas towarzyszyły. Listy te, z pozoru zwyczajne, informujące o bieżących sprawach, codziennej krzątaninie, o wydarzeniach rodzinnych i towarzyskich, zawierające też zwykłą w takich razach tęsknotę wynikającą z braku bezpośredniego kontaktu, w każdym słowie kryją dramat. Wyrażana po wielokroć wdzięczność za paczki żywnościowe to litania podziękowań za dostarczanie z wolnego świata tego, czego coraz dotkliwiej brakowało. Apele o marmoladę, czekoladę, śledziki czy też znaczki pocztowe do kolekcji dorastającego syna są jak narastający z upływem czasu krzyk rozpaczy, a zarazem nieustająca mantra uspokajających komentarzy, mających ukoić lęk adresata. I jakby straszliwe realia wojennej rzeczywistości nie były wystarczającym ciężarem, w tę narrację wpisuje się również osobisty dramat autorki, która walczy o zdrowie swego nastoletniego syna, chorującego w getcie na nowotwór kręgosłupa. Choć operacja się udała, chłopiec zmarł – w zastępstwie zalecanych leczniczych naświetlań zagazowany w obozie zagłady w Treblince. Te listy to opowieść o katastrofie, przemycana w detalach codzienności. Nigdy wcześniej nie potrafiłam równie wyraziście wyobrazić sobie życia za murami getta i zbliżyć się do koszmaru, w jakim zanurzeni byli jego mieszkańcy.
Równocześnie przez cały ten czas otrzymywałam wstrząsające listy od Jurka. W swoich dramatycznych, niezwykle szczegółowych relacjach przywoływał wspomnienia, których centralną postacią był z kolei jego ojciec – lekarz i opiekun medyczny całej rodziny, zamordowany później w obozie zagłady w Treblince. W ten sposób przenikały się dwie korespondencje: Romy z mężem, pisana na gorąco, i moja z Jurkiem, po latach komentująca i rozwijająca treści zawarte w tamtych listach. Razem dopełniały one obraz tej cząstki Holokaustu, która rozegrała się w miejscu, gdzie teraz stoi Grzybowska 6/10 i w jej najbliższym otoczeniu. Dzięki tym dwóm niezwykłym źródłom wysnuła się w końcu opowieść, którą – wobec rozmiarów nagromadzonego materiału – przekształciłam z filmowej w literacką i zamieściłam w książce Grzybowska 6/10. Lament1.
Te listy pełne są kryptonimów. O ludziach mówi się tu poufałymi zdrobnieniami, o sprawach – skrótami i niedopowiedzeniami. Było oczywiste, że będą czytane nie tylko przez adresata, lecz także przez cenzorów, dlatego dla postronnego czytelnika informacje w nich zawarte mogły i wciąż mogą wyglądać jak tajemny szyfr. Świadectwem ingerencji funkcjonariuszy okupacyjnych są zaczernione tuszem fragmenty tekstu, których odczytanie nie jest możliwe. Niewykluczone, że listy były również cenzurowane przez urzędników żydowskich, zobowiązanych do kontroli korespondencji. Być może dlatego listy Romy nie były wysyłane bezpośrednio z getta, choć punkt nadawania przesyłek zagranicznych znajdował się bardzo blisko „Palais Graff”, przy ulicy Grzybowskiej 27. Może obawiano się, że w takim przypadku służby okupacyjne mogłyby jeszcze dokładniej kontrolować treści zawarte w listach i nasilić inwigilację Graffów, będących znaną rodziną? Trudno powiedzieć. Wiadomo jednak, że wszystkie listy miały fikcyjnych „aryjskich” nadawców i adresatów oraz że były przemycane na „aryjską” stronę, skąd dopiero ruszały w świat. W tym trudnym przedsięwzięciu nieocenioną rolę odegrała Aniela Nowak, dawna pomoc domowa Romy, a zarazem jej zaufana przyjaciółka, która dzięki zdobywanym przepustkom utrzymywała kontakt ze swymi byłymi żydowskimi pracodawcami.
Korespondencja ocalała dzięki szczęśliwemu splotowi okoliczności. Najpierw listy przekroczyły granice getta, następnie granice okupowanego kraju, by znaleźć się w Szwecji. Potem ocaleli ich autorka, Roma, oraz ich późniejszy posiadacz, Jurek. A stało się tak znowu za sprawą wspomnianej Anieli Nowak, która przemyciła ich – jak przedtem listy – poza mury getta, w brawurowy sposób ratując przed zagładą. Aniela zorganizowała ucieczkę i kryjówkę dla czterech osób, z których przeżyły dwie: właśnie Roma i Jurek. Tuż po wojnie małżonkowie Wilner połączyli się w Szwecji, skąd wyemigrowali do Kanady, zabierając ze sobą listy z getta. Jurek, ocalały z „trzech i pół marszy na Umschlagplatz”, a później z powstania warszawskiego, w którym aktywnie uczestniczył, zamieszkał po wojnie w Izraelu. Z Wilnerami spotkał się po latach w Montrealu. Wtedy to nakłonił ciotkę, by powierzyła mu ów zbiór listów, na co ona, nie bez oporów, przystała. A potem ja pewnego dnia odezwałam się do niego z Warszawy, wyrażając zainteresowanie losem jego rodziny, nie spodziewając się, jakimi skarbami zostanę obdarowana. Tego samego dnia, w którym otrzymałam przesyłkę poleconą nr RR592639073IL i potwierdziłam jej odbiór w mailu do Jurka, o godzinie 3.30 w nocy otrzymałam odpowiedź: „Wczoraj myślałem o tej całej sprawie – i doszedłem do wniosku, że los może być czasem bardzo dziwny i niespodziewany. Listy, które wysłała Roma do swojego męża w Szwecji podczas okupacji z Warszawy, dotarły po długiej tułaczce przez Kanadę i Izrael po 65 latach z powrotem do Warszawy. A obecnie listy adresowane do Aleksandra Wilnera – czyta i studiuje Aleksandra Domańska... Czy nie można traktować tego jako dziwny i zupełnie niecodzienny zbieg okoliczności?!”
Teraz, dzięki ofiarności i staraniom edytorskim Anny Romaniuk, która zabezpieczyła oryginały w archiwach Biblioteki Narodowej, zbiór listów Romy trafia nareszcie do druku. Tak oto szczęśliwie dopełnia się los tej bezcennej korespondencji „z piekła rodem”.
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
SŁOWO WSTĘPNE
1 A. Domańska, Grzybowska 6/10. Lament, Warszawa 2016. ↩
