Z całą prostotą - Paweł Milcarek - ebook

Z całą prostotą ebook

Milcarek Paweł

0,0

Opis

Dom Forgeot opowiada o swojej drodze powołania i o drodze Kościoła ostatnich dziesięcioleci. O codziennym życiu benedyktynów, ale i o swoich spotkaniach z Janem Pawłem II, Matką Teresą z Kalkuty, Benedyktem XVI i wieloma innymi postaciami. Rozmowę ilustrują zdjęcia autorstwa Pawła Kuli

Dom Antoine Forgeot to urodzony w 1933 benedyktyn, mnich klasztoru Matki Bożej w Fontgombault (Francja) i jego opat przez z górą jedną trzecią burzliwego stulecia (1977-2011). W ciągu jego przełożeństwa Opactwo zachowało i rozwinęło renomę jednego z najsolidniejszych ośrodków życia duchowego, znanego zarówno z wiernego przestrzegania Reguły i posłuszeństwa Stolicy Apostolskiej, jak i z odważnego sięgania do łacińskiej tradycji liturgicznej. Wychowawca pokoleń mnichów.

„W klasztorze nie jest się odciętym od tego, co dzieje się w Kościele i świecie. W takich trudnych okresach modlimy się i cierpimy w ciszy, chyba że jest konieczność mówienia. A wtedy to ojciec opat musi działać tak, jak uzna to za wskazane i mówić to, co uzna za dobre, ostatecznie po to, by bronić prawdy. (...) Z ludzkiego punktu widzenia poszczególne dni mnicha są do siebie bardzo podobne – i już sam ten fakt, owa zewnętrzna monotonia jest dla jego duszy zaproszeniem do tego, by wpatrywała się w coś innego, w coś wyższego, bez zatrzymywania się na tutejszym życiu, które odmawia mu wszelkiego rozproszenia. Monotonia, będąca zaproszeniem do patrzenia na Boga i wychowująca mnicha, przygotowuje jego duszę do kontemplacji. Albowiem sam Bóg się nie zmienia, a jeśli decydujemy się patrzeć na Niego i tylko na Niego, trzeba wyrzec się rozproszenia, do którego nieustannie zaprasza życie światowe."

Dom Antoine Forgeot

„Głos dzwonu nie rozprasza narosłych pytań. Z tymi pytaniami przyglądamy się mnichom, którzy w przewidzianym porządku klękają przed Najświętszym Sakramentem, wchodzą do chóru, kłaniają się opatowi, zajmują swoje miejsca. Jeszcze raz stopnie pokory: w twarzy, spojrzeniu, geście. Po co to wszystko? Po co tu jesteście, mnisi Opactwa Matki Bożej w Fontgombault? Nie prowadzicie duszpasterstwa, ani drukarni. Nie prowadzicie akcji charytatywnej, ani szpitala. Nawet rekolekcji nie organizujecie. Nie słychać, byście się specjalizowali w jakichś studiach naukowych. Po co więc to wszystko?"

Paweł Milcarek (Z wprowadzenia)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 273

Rok wydania: 2018

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Z całą prostotą

Dom Antoine Forgeot OSB

Z całą prostotą

Z opatem-seniorem benedyktynów w Fontgombault rozmawia

Paweł Milcarek

Tłumaczenie

Tomasz Glanz

Dębogóra

2018-07-23 

© Copyright by Paweł Milcarek i Wydawnictwo Dębogóra 2018

zamiast wprowadzenia:

WIDOK NA DRABINĘ[1]

Paweł Milcarek

Zgodnie z tym, co czytamy w biblijnej Księdze Rodzaju, uśpiony Jakub ujrzał w cudownym widzeniu niezwykłą drabinę. Była ona oparta o ziemię, ale sięgała nieba. Zstępowali po niej i wstępowali aniołowie, a u szczytu znajdował się sam Pan, który pobłogosławił Jakubowi, patriarsze Izraela. Ten ostatni zaś, ocknąwszy się ze snu i uświadomiwszy sobie bliskość obecności Boga, zląkł się i rzekł: „O jak straszne jest to miejsce! Nie jest tu nic innego, jeno dom Boży i brama niebieska!”. Wszystko to działo się w Betel, na drodze do Haranu. Dzisiejszy przechodzień czy turysta być może nieczęsto śni o drabinie rozpiętej między niebem i ziemią. Ma jednak szansę trafić na miejsca, gdzie to wyobrażenie jest natchnieniem życia. Rzecz zresztą nie w samym wyobrażeniu, ale w misterium Obecności, której zląkł się i którą uczcił pobożny Jakub. Są bowiem i w dzisiejszym świecie miejsca, gdzie ludziom śni się drabina Jakubowa, a na znak tego stawiają kamienne budowle, gdyż owe miejsca nie mogą już być niczym innym niż domem Bożym i bramą niebieską.

Jesteśmy we Francji. Kraj ten, niegdyś obfitujący klasztorami, dzisiaj pełen jest przede wszystkim ich pamiątek. Rewolucja francuska zmiotła swoją zbrojną ręką życie zakonne. Mnichów bezceremonialnie rozpędzono, a klasztory zostały zawłaszczone przez państwo. Nie obyło się bez krwawych prześladowań, po których Kościół zyskał grono męczenników, a Francja utraciła całą swoją kongregację benedyktyńską, słynną Kongregację św. Maura. Sen o drabinie Jakubowej miał się definitywnie skończyć. Takie przynajmniej było życzenie laickiej republiki i jej komisarzy. Stało się inaczej. Wiek XIX to we Francji okres powolnego odrodzenia katolickiego, jednak hamowanego naraz przez stare choroby jansenizmu i gallikanizmu, świeże rany zadane przez antychrześcijańską rewolucję oraz nową ideologię liberalizmu. Nie był to więc jeszcze żaden zryw, tylko ostrożne wstawanie z bolesnego upadku. Zapewne mało kto myślał wtedy o odtworzeniu życia mniszego (we Francji nie było w owym czasie żadnego klasztoru benedyktyńskiego). Nie myślał o tym początkowo nawet sam Prosper Guéranger, młody ksiądz diecezjalny, sekretarz swego biskupa i bywalec paryski, czytelnik de Maistre’a i de Lamennais’go, zafascynowany liturgią rzymską i zaangażowany w obronę Kościoła przed gallikańskimi zakusami państwa. Ale to właśnie on odnowi „zakon benedyktyński” we Francji i nada nowy impuls życiu monastycznemu także poza jej granicami. Zaczęło się od Solesmes, dawnego przeoratu, którego budynki zostały wystawione na sprzedaż w roku 1831. Ks. Guéranger ‒ który znał to miejsce z rodzinnych przechadzek, a benedyktynów z intensywnych lektur bibliotecznych ‒ skorzystał z okazji. W jego umyśle powstał projekt utworzenia z kilku księży wspólnoty benedyktyńskiej, która zajmowałaby się „służbą Bożą i studiami”. Projekt – nie bez trudności – został w krótkim czasie zrealizowany. Po ponad 40 latach przerwy życie mnisze wróciło zatem do Solesmes, które rychło – już jako opactwo – stanie się słynne z powodu obserwancji zakonnej, wierności Rzymowi i wspaniałości liturgii (w tym śpiewu gregoriańskiego). Po Solesmes przyszły kolejne fundacje, z których wyrosła cała tzw. Kongregacja Solesmes (inaczej Kongregacja Galijska), licząca obecnie 21 klasztorów, mieszczących się nie tylko we Francji, ale w wielu krajach świata (jednak nie w Polsce)[2]. Jest to blisko 800 mnichów[3]. A trzeba do tego dodać „żeńską gałąź” dzieła Dom Guéranger, która rozpoczęła się od Matki Bruyère i solesmeńskiego Opactwa św. Cecylii, a liczy obecnie 8 klasztorów z blisko 300 mniszkami.

Wróćmy teraz na chwilę do wspomnianej na początku drabiny Jakubowej. Stała się ona natchnieniem mnichów, gdyż pisał o niej w swej Regule (w najdłuższym rozdziale, poświęconym pokorze) św. Benedykt. Uzupełnił on wizję Patriarchy swoim ojcowskim – czyli opackim! – pouczeniem. Według niego owa „drabina to nasze życie doczesne, które Bóg do nieba podnosi, gdy serce pokorne”. Nieodłącznym elementem każdej drabiny są szczeble – św. Benedykt pamiętał o tym, a w danym przypadku uznał je za znaki „różnych stopni pokory i wyćwiczenia”. Mówił dalej po prostu o dwunastu stopniach pokory.

Gdy więc dzisiejszy przechodzień na swej drodze do jakiegoś Haranu trafi na nocleg do któregoś Betel, jego „sen” przedstawi nie tylko drogę do nieba, na której poruszają się aniołowie - ale i etapy tej drogi, na której zastać można mnichów. Wiodą oni tutaj życie tak różne od życia światowego, że nazwano je „życiem anielskim”. Problemem przechodnia stanie się pokora owych „aniołów”, budząca – jak u Jakuba – zarazem bojaźń i uszanowanie. Uważny i wrażliwy przechodzień odchodząc stąd, zostawi jednak obietnicę powrotu. Będzie „musiał” tutaj kiedyś wrócić, tak czy inaczej. Kto wątpi, niech wspomni, co pisze Merton (co prawda trapista, ale zawsze uczeń św. Benedykta) w swej duchowej autobiografii. Ten, kto choć trochę orientuje się w życiu benedyktyńskim, wie, że do jego specyfiki należy istotna autonomia poszczególnych opactw, które są faktycznie samodzielnymi rodzinami, rządzonymi przez własnych ojców-opatów. Wspólna jestReguła św. Benedykta. W każdej kon gregacji dochodzą jeszcze wspólne statuty. Ale na tym koniec. Każda wspólnota mnisza żyje własnym bogatym życiem. W każdej wspólnocie obokReguły spisanej jest „Reguła żywa”, tzn. opat, który pilnuje związku „ducha i litery” oraz rządzi tak jak ojciec dziećmi. Nie jest więc rzeczą dowolną, której z tych wspólnot się przyglądamy. Te same zasady życia konkretyzują się w swoim „tu i teraz”: położeniu geograficznym, warunkach zewnętrznych, składzie wspólnoty, charakterze poszczególnych jej członków, a nade wszystko – w osobowości opata.

Dom Guéranger, jako odnowiciel benedyktynów we Francji i wybitna osobistość świata katolickiego, pozostawił oczywiście głęboki ślad w fizjonomii swego licznego duchowego potomstwa. A jednak i tu zauważamy ową rozmaitość. Zapewne każda wspólnota, każde opactwo pragnie zrealizować ten sam program życia, który tak świetnie uwyraźnił Dom Guéranger w swej interpretacji Reguły. Niekiedy przecież staje się to trudne, a rozterki naszych czasów domagają się rozwiązań, które muszą podejmować poszczególni opaci – już na własny rachunek. Dlatego gość, odwiedzający różne klasztory (niekiedy bardzo sobie bliskie pod względem geograficznym), dostrzega różnice, które ujawniają postawienie innych akcentów. W Kongregacji Solesmes jest to właśnie kwestia różnych akcentów, a nie zasadniczych kierunków. Jedną z dziedzin, w jakich ogniskuje się to zróżnicowanie, jest liturgia, czyli kult Boży, pierwszorzędny składnik życia benedyktyńskiego. Mamy tu do czynienia z dwojakim wyborem: jedni trwają przy wprowadzonym po Soborze Watykańskim II rycie reformowanym, drudzy – gdy tylko nadarzyła się godziwa okazja – wrócili do wielowiekowego klasycznego rytu rzymskiego (tzw. trydenckiego). Ci ostatni dają swoją obecnością i dynamicznym rozwojem świadectwo o tym, że żywe jest to, co oparte na solidnych fundamentach. To bowiem te właśnie opactwa, wszystkie fundowane już w okresie powojennym, stanowią najbardziej żywotną odrośl drzewa solesmeńskiego. Z tej grupy najbliższe genealogicznie samemu Solesmes jest Opactwo Matki Bożej w Fontgombault[4], od którego z kolei pochodzą opactwa (pod tym samym wezwaniem) w Randol[5] i Triors6 oraz świeżo założony klasztor w Gaussan[6]. Wielkie drzewo wydaje tutaj swoje najlepsze owoce[7].

Do Opactwa Fontgombault trafiają tylko ci, którzy chcą tu trafić. Raczej trudno sobie wyobrazić, by ktoś tu przypadkowo „wpadł”, wstąpił „po drodze”. Już samo odsunięcie od uczęszczanych szlaków, w trójkącie między Poitiers, Tours i Chateauroux, utrudnia dostęp. Ale dochodzi do tego jeszcze jakaś bariera psychologiczna, którą tworzy opinia, utrwalana przez niechętnych temu miejscu nowinkarzy. Gdy podróżowałem do Fontgombault pierwszy raz (1988), w kolejnych miejscach postoju rozmaici ludzie ostrzegali mnie przed tym, co tam zastanę, zarówno otwarcie, jak aluzyjnie. Ostrzeżenia te nie były może wyszukane, bo wpisywały się w schematy myślenia naszych „modernistów” – ale na pewno u wielu ludzi wywoływały ową trudną do przekroczenia barierę, zbudowaną z niezrozumienia i kpiny. Tymczasem na miejscu i tak człowiek ze świata napotyka coś, czego długo musi się uczyć. Jest to najważniejsza bariera – wynikająca z naszej osobistej małości. Znika zgiełk, czego można się z góry spodziewać w klasztorze kontemplacyjnym. Ale przy pierwszym podejściu znika także to dobre samopoczucie, z jakim ludzie światowi usprawiedliwiają swe chciane ułomności. Znika – jakże boleśnie! – pozór owej wyższości, z jakim niemal każdy inteligent mierzy „braciszków”. Rozproszenie złudzeń, w których żyliśmy, odczuwa się jak małą śmierć. Cóż można wtedy powiedzieć na widok drabiny sięgającej Pana Boga? ‒ „O jak straszne jest to miejsce!” Jak więc można znieść to ogołocenie, które w tym miejscu przecież tylko przeczuwamy, oglądamy z dala? – Nie da się go znieść bez miłości, tylko ona jest istotna. I tu w pomoc przychodzi nam dewiza tego opactwa: „Fons Amoris” – Źródło Miłości. Opactwo Fontgombault, odnowione w 1948 roku, sięga swoimi korzeniami XI wieku. Świadczy o tym majestatyczny kościół romański. Reszta zabudowań jest późniejsza. Zaczynamy naszą przechadzkę, której szlakiem niech będzie bardziej Benedyktowa drabina pokory niż rozkład pomieszczeń. Sercem klasztoru jest oczywiście jego kościół. Ale my zacznijmy wyjątkowo od innego miejsca – od furty. Tutaj zjawiają się wszyscy przyjezdni. W okienku spotykają furtiana. Zaczyna się pierwsza lekcja pokory. Obserwujemy gesty, zachowanie, słowa. Nie lekceważył ich św. Benedykt, skoro przypisał im stopnie na swej drabinie. Dlatego uśmiech jest bez rubasznych pomruków, a oczy nie chcą niczego zabrać, chętnie spuszcza się je na ziemię (jednak w zdecydowany, męski sposób, a nie po pensjonarsku).

Przywołany przez furtiana, nadchodzi ojciec opiekujący się gośćmi. Wysoki i czarny mnich. To on wprowadza nas do klasztoru, a my wędrujemy po kolejnych stopniach pokory. Mnich nie mówi dużo, ale dokładnie tyle, ile potrzeba dla okazania serdeczności i podania koniecznych informacji. W jego zachowaniu wyczuwamy nie tylko zakonną obserwancję, ale i domową ogładę (jakże ułatwia ona życie!). Z jego twarzy, chętnej do uśmiechu, przebija ciepły humor, który potwierdza się w tych anegdotach, które opowiada gościom oprowadzanym po klasztorze. Wielka to sztuka nie nadużywać słowa ani w sposobie mówienia, ani w ilości! Trzeba i tutaj pokory, bo cóż innego chroni przed bezpłodnym brylowaniem?

Według św. Ojca Benedykta pokorę da się poznać nie tylko po gestach i słowach, ale również w uczynkach. Mnisi starają się nie odstępować drogi wspólnej, którą jestReguła. Już tu widać, że życie mnisze nie polega na ucieczce w prywatność pobożnej inwencji. Benedyktyni są cenobitami, tzn. mnichami prowadzącymi życie wspólne. Każdy, kto wchodzi do tej społeczności, zgadza się, by jego życie było odtąd kształtowane przepisamiReguły z VI wieku, która nazywa klasztor „szkołą służby Pańskiej”. Nikt tu nie ma „własnego życia” – bo każdy przyszedł je stracić, zgodnie z nauką ewangeliczną. Ścisłe podleganieRegule jest zresztą zadaniem nie tylko dla poszczególnych mnichów, ale dla całej wspólnoty. W Fontgombault żyje się w atmosferze ciszy, będącej przejawem porządku.

Cisza tu rzeczywiście panuje. Nie byłoby to możliwe, gdyby każda osoba i każda rzecz nie miały swojej funkcji i miejsca. Na straży owego zauważalnego ładu stoi właśnieReguła i roztropność Opata. Ułatwieniem przewidzianym przez św. Benedykta jest niemal pełna samowystarczalność Opactwa. Mnisi uprawiają pole i ogród, prowadzą hodowlę, mają własne warsztaty, nawet elektrownię wodną. Mają też własne studium teologiczne, w którym zapoznają się z Pismem św., dogmatem, nauką moralną, pismami Ojców i myślą św. Tomasza. Nie ma więc pretekstu do mieszania klasztoru ze światem. Nie ma zatem konieczności dokonywania szkodliwych kompromisów. Życie mnichów w Fontgombault jest zrozumiałe i przewidywalne (jak stara benedyktyńska dewiza: „módl się i pracuj”), bo rządzi nimi jednaReguła, a nie jej mdłe adaptacje.

To, co odczuwa przybysz ze świata w kontakcie z furtianem, prefektem gości, jego pomocnikami, oraz czego doświadcza wchodząc w cichy rytm życia klasztoru – to oczywiście najpierw pewne wrażenia, zewnętrzne poczucie inności tego „raju klasztornego”. Może to skłonić do pewnej pogłębiającej refleksji, która będzie się starała 12 odkryć wewnętrzny motyw spokoju, ciszy, małomówności, umiaru gestów.

Otwieramy jeszcze raz Regułę, którą czyta się codziennie małymi fragmentami na porannym zgromadzeniu w kapitularzu: „Do ciebie więc kieruję teraz moje słowa, kimkolwiek jesteś ty, co wyrzekasz się własnych chęci, a chcąc służyć pod rozkazami Chrystusa Pana, prawdziwego Króla, przywdziewasz potężną i świętą zbroję posłuszeństwa”. W klasztorze naszą uwagę przyciągają kamienne budowle i organizacja życia, ale prawdziwy podziw budzi widok całej zgromadzonej tu rodziny: około osiemdziesięciu mnichów dziesięciu różnych narodowości, w wieku od 20 do 85 lat…

Chodząc po opackim parku dla gości, myślimy, kim są ci ludzie, do których w Fontgombault zwraca się słowami swojej Reguły ich św. Ojciec Benedykt? Zazdrośnicy, których klasztory właśnie wymierają z braku powołań, powiadają, że idą tu synowie arystokratycznych rodzin, zagubieni we współczesnych stosunkach zwolennicy ancien regime’u, prawicowa ekstrema. A jednak Fontgombault – owszem, jedno z historycznych „opactw królewskich” – nie jest rezerwatem „starych dobrych czasów”. Jest raczej miejscem cudownego pojednania starego z nowym (nova et vetera!), bardzo trudnego może zwłaszcza we Francji. Za bramą Opactwa liczy się już zresztą tylko jeden rojalizm – rojalizm Chrystusa Króla, w którego służbę wstąpili ludzie o rozmaitych biografiach i korzeniach.

Każdemu trudno „wyrzec się własnych chęci”. Może to być jedynie wynikiem trzeźwej oceny samego siebie,w której rozpoznajemy swoje braki, swoje słabe miejsca. Św. Benedykt widzi tu trzy etapy. Najpierw trzeba rzeczywiście rozpoznać swoją sytuację, a w niej nasze ograniczenia. Trzeba umieć o tym szczerze mówić. Dopiero wtedy przychodzi jasna świadomość tego, że sami niewiele możemy i powinniśmy poprzestawać na małym (co nie znaczy: na byle czym). Tutaj może zrodzić się tak normalne w życiu zakonnym pragnienie bycia najmniejszym. Dopiero wtedy prawdziwego uzasadnienia nabiera to, iż człowiek nie tylko znosi podleganie swoim przełożonym, ale pragnie go z serca. Mnich widzi więc swoją nieużyteczność i zarazem niepowtarzalną rolę wspaniałego Chrystusa. Słucha Chrystusa, gdy podlega opatowi.

Daleko zaszliśmy w tej wspinaczce po klasztornej drabinie Jakubowej. Kolejne stopnie oddalają od ziemi, a ta odległość mąci umysł i dręczy niewprawnego przechodnia. TymczasemReguła wzywa, by iść „z otwartymi oczami”. Ale być może takie spoglądanie przyprawi o zawrót głowy? Czy więc życie mnisze jest immunizowane od pokusy wywyższenia, jakiejś utraty przytomności, która zdarza się miłośnikom górskich wspinaczek?

Ale o jakie wywyższenie chodzi? Przy wejściu do refektarza, na chwilę przed posiłkiem, Przewielebny Opat umywa ręce gościom. Jest to znak uprzejmości, który przypomina, że mnisi chcą w przychodzących widzieć samego Chrystusa. Ale i Opat nawiązuje tu do uniżenia samego Pana wobec Jego uczniów. I słusznie, bo to w nim uwidacznia się w tej wspólnocie królewski majestat Chrystusa i Jego opieka. Wyrzekający się swego chcenia mnisi składają swoją wolę do dyspozycji opatowi. Umieją to okazać zewnętrznie, gdy czekają na jego obecność i znak w kościele, refektarzu, kapitularzu, wszędzie. Opat poucza, karci, radzi się, postanawia. Jest ojcem, którego władza nie jest ograniczona w czasie (rządzi dożywotnio), a jej istotną granicą jest bojaźń Boża i treśćReguły. Gdy mnisi klękają wobec opata, aby im po ojcowsku przebaczył popełnione winy, rozumiemy, że wyrzeczenie się własnej woli nie jest czymś jednorazowym i prostym. A gdy przyjdzie trud i przykrości, będące częstą okolicznością życia wspólnego i posłuszeństwa – przychodzi też czas na następny stopień pokory.

Wywyższenie przez uniżenie. 

Tak długo już chodzimy po Fontgombault, a jeszcze nie byliśmy w kościele. Bogaty portal w stylu poitewińskiego romanizmu przypomina, że to „dom Boży i brama niebios”. Wstępujemy do zacienionej nawy głównej. Wokoło, przy kolumnach ołtarze, przy których odprawia się poranne Msze ciche (dzisiaj ewenement!). W nawie bocznej stoi czczona tu szczególnie figura Matki Bożej z Dzieciątkiem, a przed nią palą się świece. Na granicy nawy kuta metalowa krata na wysokość pasa, a za nią – drewniany chór mniszy, podniesiony nieco w górę. W oddali widać kamienny ołtarz główny, przy którym codziennie odprawia się Mszę konwentualną. Czerwony punkcik lampki oliwnej w głębi przypomina o realnej obecności Tego,cui omnia vivunt. Mnich pociąga za sznur i piękny głos dzwonu obwieszcza kolejną porę modlitwy wspólnej. Tych pór jest w ciągu dnia siedem, a poza tym jest jeszcze, przed wschodem słońca, „nocna służba Boża”. Wszystkie te benedyktyńskie godziny kanoniczne otaczają swoim orszakiem największe misterium wiary – Mszę św., która jest tu odprawiana według klasycznego (jak to się mówi: „przedsoborowego”) rytu rzymskiego, z niebywałą wprost uwagą i pobożnością. Wszystkie oficja odprawiane są dokładnie według porządku ustalonego wRegule (a trzeba powiedzieć, że nie jest tak wszędzie), a więc w ciągu tygodnia odmawia się wszystkie psalmy. Zachowano łacinę. Kultywuje się najlepsze tradycje solesmeńskie w śpiewie gregoriańskim.

Wszystko to oszałamia kogoś, kto boleśnie przywykł do nieuwagi, dowolności, a nawet prostactwa w sprawowaniu świętych misteriów wiary. A jednak to nie estetyczna harmonia głosów, gestów i słów tak nas uderza. Klucz do sprawy znajduje się znowu w Regule, gdzie nawołuje się do pamięci o bliskiej obecności Boga, jeszcze wyraźniejszej w trakcie sprawowania Oficjum Bożego: „Zastanówmy się zatem, jak należy zachowywać się w obliczu Boga i Jego aniołów, i tak śpiewajmy psalmy, aby nasze serce było w zgodzie z tym, co głoszą nasze usta”.

Głos dzwonu nie rozprasza narosłych pytań. Z tymi pytaniami przyglądamy się mnichom, którzy w przewidzianym porządku klękają przed Najświętszym Sakramentem, wchodzą do chóru, kłaniają się opatowi, zajmują swoje miejsca. Jeszcze raz stopnie pokory: w twarzy, spojrzeniu, geście. Po co to wszystko? Po co tu jesteście, mnisi Opactwa Matki Bożej w Fontgombault? Nie prowadzicie duszpasterstwa, ani drukarni. Nie prowa dzicie akcji charytatywnej, ani szpitala. Nawet rekolekcji nie organizujecie. Nie słychać, byście się specjalizowali w jakichś studiach naukowych. Po co więc to wszystko?

Klasztor kontemplacyjny. Wobec czegoś takiego świat staje zdumiony, odchodzi obrażony, rozkłada ręce w geście wzburzonego niezrozumienia. „Co tu robicie?” – zapytał ktoś pewnego dnia warszawskie benedyktynki-sakramentki, których powołaniem jest nieustanna adoracja Najświętszego Sakramentu. Odpowiedziały mu: „Modlimy się”. Uprzejmie się uśmiechnął i poważnie zapytał: „A co poza tym?”. „No cóż, pieczemy jeszcze komunikanty…” Spokój wrócił na twarz: „A, to rzeczywiście jesteście potrzebne”. Życie kontemplacyjne mnichów może być usprawiedliwione tylko jednym argumentem: miłością Boga, która wypowiada się w religijnej czci. Z tego wypływa racja ich bytu. I to czyni zrozumiałym cały trud, który wkładają w modlitwę, pracę i… wypoczynek. Ich droga jest bardzo podobna do „małej drogi”, którą pobiegła św. Teresa z Lisieux. Jest to droga bojaźni Bożej, sławionej w psalmie jako „początek mądrości”. Ale racją tej szczególnej bojaźni synowskiej jest nie kara, tylko miłość.

Mnisi śpiewają nieszpory. Gdy skończą, wyjdą z kościoła i wrócą do innych zajęć. A my zakończymy naszą przechadzkę po Fontgombault. Ich delikatne Magnificat będzie jednak odtąd drążyć serce przechodnia.

1 Tekst powstał w roku 1997, niedługo potem jak autor zaprzyjaźnił się z Opactwem Fontgombault. Pierwodruk: „Christianitas” 1/2 (1999).

2 Katalog Konfederacji Benedyktyńskiej z roku 2015 wylicza 20 klasztorów Kongregacji Solesmes.

3 W roku 2015 było to zaś 679 mnichów (w 2010: 649).

4 Odnowione w 1948. W 2015: 72 mnichów.

5 Założone w 1971 (w 2015: 37 mnichów). 6 Założone w 1984 (w 2015: 42 mnichów).

6 Opactwo Gaussan, założone w 1994, zostało w roku 2007 przeniesione do Donezan w Pirenejach. Liczy 26 mnichów.

7 W roku 2018 należałoby dodać: ufundowane w 1999 Opactwo Matki Bożej w Clear Creek (USA, Oklahoma) – z 42 mnichami; i przejęte w 2013 Opactwo Św. Pawła w Wisques (Francja) – z 24 mnichami.  

rozdział 1

MNICH

P.M.: Jesteśmy w Fontgombault, w opactwie benedyktyńskim, w którym Ojciec był opatem od roku 1977 do 2011. Jest takie sformułowanie, które stanowi dla mnie jakby symbol tego ośrodka życia duchowego: en toute simplicité, „z całą prostotą”. Słyszałem je tutaj wiele razy, a zawsze wtedy, gdy chodziło o wyrażenie prawdziwych pragnień, przekroczenie mylących pozorów: „Powiedz mi z całą prostotą”. Ale co to jest prostota, simplicitas?

D.A.F.: Jeśli spojrzymy na etymologię, słowo to pochodzi od sine plex, bez zagięć, bez wielości, bez złożoności. Prostota jest pojęciem analogicznym, więc żeby jasno ją zrozumieć, należy wspiąć się do ostatecznego kresu analogii, którym jest sam Bóg; Bóg, który jest czystym duchem i kimś doskonale prostym. „Bóg jest duchem” – powiedział Pan Jezus do Samarytanki (J 4,24). „Bóg jest naprawdę i w najwyższym stopniu prosty” – stwierdza św. Augustyn (O Trójcy, 6, r. 6). A św. Tomasz ( S.Th. I, q. 3, a. 7) naucza, że „skoro Bóg nie jest złożony ani z części ilościowych, gdyż nie jest cielesny, ani z formy i materii, gdyż w Nim podmiot nie jest niczym innym niż natura, a natura [nie jest niczym innym] niż byt; skoro nie ma w Nim złożenia ani z rodzaju i różnicy gatunkowej, ani z podmiotu i atrybutu, jest jasne, że Bóg nie jest złożony w żaden sposób, lecz że jest absolutnie prosty”. Bóg jest doskonałą prostotą i to tę prostotę staramy się ponownie odnaleźć w nas samych, w świecie – i myślę, że można do tego dojść, szukając prawdy, ponieważ prawda również jest prosta. Rzeczywistość jest tym, czym jest, „po prostu”! A przecież Bóg sam nazwał się wobec Mojżesza w Starym Testamencie: „Jestem Tym, który jest”. Potem filozofowie mówią nam, że jest OnIpsum esse subsistens[1]. Bóg JEST.

W naszym dzisiejszym języku łatwo miesza się tę prostotę ze spontanicznością, zresztą raczej zmysłową niż ludzką. Na czym polegałaby różnica?

Myślę, że prostota znajduje się na poziomie prawdy, na poziomie bytu. Spontaniczność jest raczej na poziomie zmysłowości. Wiąże się z instynktem, jest jakby rozbłyskiem natury i nie pociąga za sobą wielu refleksji. Możemy mówić o spontaniczności także w życiu duchowym, gdy dusza jest naprawdę wierna, gdy naprawdę żyje w miłości – jest to coś w rodzaju instynktu duchowego, który sprawia, że ona reaguje natychmiast pod najmniejszym powiewem łaski, tchnieniem Ducha Świętego. Widać to u świętych.

Chodzi wtedy o dary Ducha Świętego… Jednak gdy w świecie spotykamy ludzi, zwłaszcza młodych, którzy mówią: „Wiem, czego chcę, i chcę tego w tej chwili”…

„Od razu!”. Nie jest to prawdziwa i dobra prostota; to ślepy instynkt, prawie zwierzęcy. To zniekształcenie, które pochodzi z grzechu pierworodnego i z wszystkich jego następstw, pogłębione ponadto przez społeczeństwo, w którym żyjemy, czyli przez społeczeństwo konsumpcyjne, o którym Papież św. Jan Paweł II powiedział – gdy był po raz pierwszy w Paryżu, w 1980 r. – że nie czyni i nie potrafi uczynić człowieka szczęśliwym[2]. Tutaj leży ta wielka różnica między prawdziwą prostotą, opartą na odniesieniu do samej prawdy, i spontanicznością, która jest bezrozumna, bezrefleksyjna.

Czy prostota może dzisiaj pomóc człowiekowi uchwycić jego cel, cel ostateczny, i nauczyć się być naprawdę szczęśliwym?

Oczywiście, że tak, pod warunkiem że zgodzi się on powrócić do samego siebie w ciszy, żeby poznać samego siebie i stanąć wobec Boga, w swej kondycji stworzenia, w zupełnej zależności, w zaufaniu i miłości względem 20 swego Stwórcy, do którego człowiek powinien się zwracać, mówiąc: „Abba, Ojcze”.

Tymczasem my jesteśmy tak bardzo zajęci szukaniem wyłącznie środków, a nie celów.

Właśnie prostota z tego powodu, że jest odniesieniem do prawdy, wskazuje nam cel, ku któremu idziemy, i pozwala eliminować wiele rzeczy, które są obok, są jedynie przypadłościami, w sensie filozoficznym, które nas zatrzymują, obciążają. Kiedy chcemy wspiąć się na szczyt, nie nosimy z sobą walizek i wszelkich dodatkowych obciążeń. Trzeba być tak lekkim, jak to tylko możliwe. Prostota bardzo w tym pomaga.

Widzimy jasno nasz cel…

Wiemy, dokąd idziemy, a jeśli czegoś nam brak, to często mocnej woli osiągnięcia tego celu. Zawsze trzeba wracać do słów św. Augustyna mówiącego do Boga: „Stworzyłeś nas, Boże, dla siebie”,fecisti nos ad Te, Deus. To jest nasz cel. Jeśli o tym zapomnimy albo o tym nie wiemy, jesteśmy na drodze do rozpaczy. Oczywiście obecnie, dysponując różnymi środkami technicznymi, wszystkimi możliwościami dawanymi przez nowe odkrycia, łatwo nam zajmować się wieloma rzeczami, które komplikują życie, zaburzają tę prostotę, którą kiedyś znacznie łatwiej było odnaleźć niż dziś.

A wy, jako mnisi, jesteście w znacznej mierze uwolnieni od rozproszeń mających swe źródło we współczesnych środkach komunikacji…

Tak, to bardzo ważne. To ważne, gdyż te środki komunikacji mogą łatwo stać się przeszkodą dla życia wewnętrznego, prawdziwą przeszkodą w realizacji ideału monastycznego, którym jest życie wycofane ze świata. Przez te środki komunikacji świat nas zalewa, żyje w nas, daje nam także łatwość wychodzenia z klasztoru mimo fizycznego pozostawania w jego murach. Za pomocą internetu, na przykład, można spędzić cały dzień w Muzeach Watykańskich albo w innych miejscach tego rodzaju, ale jest to nie do pogodzenia z tym życiem monastycznym, którego poszukujemy i które chcemy prowadzić.

To nie jest już klauzura…

To nie jest klauzura. I opat ma obowiązek chronienia przed tym mnichów.

Dochodzimy tu do znaczenia słowa „mnich”. Kim jest mnich? Na czym polega prostota jego ży cia?

Kim jest mnich? Jak powiedział Dom Delatte[3], to dusza, która żyje sama jedynie dla Tego, który jest jeden, dla Boga samego. Jeśli mnich podejmuje życie w samotności, to nie z powodu odrzucenia świata i jego trudów, nie z powodu ucieczki przed odpowiedzialnością ani z powodu egoizmu, ale po to, aby być z Bogiem na tyle, na ile to jest możliwe, aby szukać Boga, aby szukać kontaktu z Bogiem. To jedyny powód, aby zostać mnichem. Odnajdujemy nasz ideał w pięknej definicji św. Teodora Studyty12 : „Mnichem jest ten, kto kieruje swe spojrzenie tylko na Boga, swoje pragnienie – tylko do Boga, kto jest przywiązany tylko do Boga; kto chcąc służyć tylko Bogu i żyć w Bożym pokoju, staje się źródłem pokoju dla innych”. Mnich powinien być człowiekiem prawdziwie prostym. Chciałbym Panu zacytować przepiękny tekst matki Cecylii Bruyère, ksieni opactwa św. Cecylii w Solesmes13. Ale przedtem powinienem przybliżyć tę postać, która jest dla nas bardzo ważna i do której jesteśmy bardzo przywiązani. Była duchową córką Dom Guérangera14, odnowiciela życia monastycznego we Francji 1789 r. i pierwszego opata Solesmes. On ukształtował ją od dzieciństwa, przygotowując do Pierwszej Komunii Świętej. Ona jest naprawdę „ogniwem”, które łączy nas z Dom Guérangerem. Mówi się często, że mamy „trójcę solesmeńską”: Dom Guérangera, ksienię Bruyère i Dom Delatte’a. Dom Delatte nigdy nie poznał Dom Guérangera, widział go tylko jeden jedyny raz. Gdy wstąpił do klasztoru, był człowiekiem ukształtowanym, doktorem filozofii, doktorem teologii, i nie był specjalnie predysponowany do życia mniszego, do życia w dziecięctwie Bożym. To właśnie ksieni Bruyère wprowadziła go w to życie i przekazała mu ideał Dom Guérangera. Zresztą, sam Dom Guéranger przed śmiercią powiedział: „Jeśli chcecie znać moje myśli, zapytajcie ksienię Bruyère”. Życie Dom Guérangera było trudne i surowe, fundacja Solesmes rodziła się w bólach, było mało mnichów, którzy mogli wspierać ojca opata, z materialnego punktu widzenia żyli w wielkim ubóstwie. I pod koniec swojego życia założył opactwo św. Cecylii w Solesmes. Dopiero w nim mógł w pełni zrealizować swój ideał życia monastycznego. I to ksieni Cecylia Bruyère przekazała go Dom Delatte’owi i mnichom z Solesmes. Widzi Pan teraz znaczenie „trójcy solesmeńskiej”. Widzi Pan, jaka piękna jest nasza tradycja. Ale to tylko tak na marginesie…

Tak, ale było to konieczne do naszej rozmowy…

Tak, to mogło sporo wyjaśnić. To właśnie ksieni Bruyère w swojej książce Życie duchowe i modlitwa, w rozdziale dwudziestym o prawdziwych czcicielach Boga, wyjaśnia, czym jest dusza prosta. Zna Pan to wyrażenie, „dusza prosta”? Mówi tak: „Prawdziwym czcicielem jest ten, którego dusza uwolniona z wszelkiej wielorakości [co jest przeciwieństwem prostoty] powraca do doskonałej prostoty, dochodzi do zgody z samą sobą, do harmonii bez żadnego dysonansu, usunąwszy przez ciągły wysiłek wszelki partykularyzm, wszelki podział, wszelką sprzeczność, aby powrócić do pierwotnej jedności swojego bytu. Dusza prosta ma tylko jedno spojrzenie, jedną miłość, jedna sprawa skupia jej uwagę, ma tylko jedno dążenie, jeden cel. Spojrzenie – nie widzi nic prócz Boga, miłość – nie kocha nic prócz Boga, uwaga – skupia się tylko na Bogu, dążenie – podobać się Bogu, cel – posiąść Boga. Taka dusza nie zna powrotów do przeszłości ani niespokojnych przewidywań przyszłości, w pokoju koncentruje wszystkie swe siły w jedności obecnej godziny, obecnej chwili i w niej widzi tylko jedność podobania się Bogu. Dusza prosta żyje w szczęśliwym oderwaniu i we wspaniałej obojętności. Czas, miejsca, zajęcia, sukcesy i wszystkie inne wydarzenia, jakiekolwiek by były, nie wzruszają pokoju i bezpieczeństwa, które wynikają z całkowitego porzucenia siebie w celu przypodobania się Bogu”[4]. Czyż to nie wspaniałe? To jest właśnie ideał mnicha, zresztą każdego chrześcijanina. Dom Delatte pisze gdzieś[5], że mnisi powinni być w pełni mnichami, a każdy chrześcijanin powinien być trochę mnichem.

Można powiedzieć, że życie monastyczne to żywa tradycja realizacji tego ideału, kultywowanego w pierwszych wspólnotach chrześcijańskich.

Życie monastyczne jest zakorzenione przede wszystkim w Ewangelii: si vis esse perfectus,„jeśli chcesz być doskonałym” (Mt 19,21)… Później były prześladowania, męczennicy, którzy osiągnęli tę doskonałość, po nich przyszli asceci i dziewice, później pustelnicy, Ojcowie Pustyni itd. To jest ta wielka tradycja, którą podjął św. Benedykt, z niej zaczerpnął, w znacznej części, swoją naukę.

Ta tradycja, jak drabina Jakubowa, prowadzi do tej rzeczywistości celu ostatecznego, rzeczywistości nowego, odnowionego świata. Zatem na jednym krańcu tej drabiny jest rzeczywistość pierwszych pokoleń chrześcijan, a na drugim – ta rzeczywistość, która rozpocznie się wraz z końcem świata.

Tak, właśnie tak. Życie monastyczne jest przygotowaniem i jakby antycypacją życia w Niebie. Nazywa się go niekiedy życiem anielskim. Ojciec Święty Franciszek powiedział, że życie religijne jest prorockie.

Ale dla wielu chrześcijan, nawet dla dobrych chrześcijan, to powołanie wydaje się trochę… wydumane. Jakby jakiś rodzaj luksusu…

Nie, zupełnie nie. Wiemy, że życie kontemplacyjne ma znaczenie apostolskie. Oczywiście, życie monastyczne, życie kontemplacyjne może wydawać się marnotrawstwem, ale w rzeczywistości jeśli coś tracimy, to ze względu na jeszcze większą owocność. Gdy Judasz gorszył się tym, że pozwolono kobiecie namaścić stopy Jezusa, mówiąc: „Czemu nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów i nie rozdano ich ubogim?” (J 12,5) (a mówił to pewnie dlatego, aby wziąć je do swojej kieszeni…), Pan odpowiedział: „Dajcie jej spokój. Ubogich zawsze macie między sobą, Mnie zaś nie zawsze macie” (J 12,8) i dodał: „Na całym świecie, gdziekolwiek będzie głoszona ewangelia, będzie się opowiadać o tym, co ona uczyniła” (Mt 26,13). Podczas znanego spotkania z Martą i Marią Pan powiedział: „Maria wybrała lepszą cząstkę, która nie zostanie jej zabrana” (Łk 10,42). I tak właśnie Kościół zawsze wartościował życie czynne i kontemplacyjne. Święta Teresa od Dzieciątka Jezus[6] jest patronką misji, tak samo jak św. Franciszek Ksawery![7]

Unum necessarium…, jednego tylko potrzeba… Unum necessarium. 

To była dewiza naszego ojca opata, Dom Édouarda Roux[8].

Co Ojca pociągnęło do życia monastycznego? Czy zechciałby Ojciec opowiedzieć o osobistym doświadczeniu, które doprowadziło do odkrycia tej drogi?

O, to jest trudne do opowiedzenia!

Domyślam się, bo to sprawa bardzo osobista.

Najpierw uważam za łaskę to, że urodziłem się w rodzinie katolickiej, rodzinie wiernej Bogu. Ponadto niedaleko od nas, jakieś 20 kilometrów, był klasztor benedyktyński, w którym często bywałem. Byłem urzeczony tym, co tam widziałem. Trzeba powiedzieć, że było to sześćdziesiąt lat temu i sprawy nie przedstawiały się tak jak teraz. Jeślibym dziś wrócił do tego klasztoru, prawdopodobnie bym go nie poznał, to nie byłoby to, co znałem. Miałem też brata, który wstąpił do klasztoru przede mną i nagle zmarł w wieku 24 lat. Na niego powołanie spadło jak uderzenie pioruna. Ja zaś odczuwałem je dużo wcześniej niż on, ale o tym nie mówiłem. Przypominam sobie, że gdy wstępował do Fontgombault, a było to w roku 1952, na dzień przed naszym rozstaniem powiedziałem mu: „Wierzę mocno, że pewnego dnia dołączę do ciebie”. Wtedy głośno tego nie mówiłem ze względu na moich rodziców. Powiedziałem dopiero rok później. W podjęciu decyzji pomogła mi też pewna książka, którą przeczytałem, gdy miałem chyba 16 lat:Siedmiopiętrowa góra (La nuit privée d‘étoiles) Thomasa Mertona, która jest trochę jego biografią. W tej książce są piękne fragmenty o życiu monastycznym. Jak widać, Pan posługuje się wszystkim.Rodzicami, książkami… Nieodległym klasztorem… Tak. Trzeba powiedzieć, że życie było wówczas zupełnie inne niż teraz. Gdy byłem w gimnazjum, około dwudziestu księży było nauczycielami w naszej szkole. Uczniowie mogli chodzić do nich do spowiedzi i korzystać z ich kierownictwa duchowego. Atmosfera była wówczas zupełnie inna niż teraz.

Było to, jak rozumiem, gimnazjum katolickie.

Tak, katolickie. Prowadzone przez księży diecezjalnych. W tym samym mieście było też duże gimnazjum prowadzone przez braci szkolnych św. Jana Chrzciciela de La Salle.

A dlaczego Reguła św. Benedykta?

Dlatego że nie znałem żadnej innej! Nigdy nie miałem poczucia, by pociągali mnie dominikanie albo jezuici. Powabem życia monastycznego jest jego aspekt rodzinny. Jak mówi Pismo Święte: „Brat wspomagany od brata, jest jak miasto warowne” (Prz 18,19)[9].

Regułę poznaje się prawdziwie dopiero wtedy, gdy widzi się, jak jest wcielana w życie w konkretnej wspólnocie.

To oczywiste. Reguła organizuje życie monastyczne wspólnoty. Właśnie to znalazłem w Fontgombault, opactwie należącym do kongregacji solesmeńskiej. Fontgombault było wtedy młodą wspólnotą, było córką Solesmes, córką bardzo młodą, gdyż zostało założone w 1948 roku, a ja poznałem je w roku 1952. Fontgombault było wtedy wierną kopią Solesmes.

Pierwszy rozdział Reguły mówi o złych i dobrych rodzajach mnichów. Wśród dobrych wymienieni są pustelnicy i cenobici. Chciałbym zapytać, czy nigdy nie pociągał Ojca eremityzm, bycie pustelnikiem?

Nie, nigdy, przenigdy. To powołanie bardzo szczególne i nie jestem przekonany, czy jest wiele autentycznych powołań eremickich. Może zrodzić się taka pokusa, gdy mnich ma trudne relacje ze swoją wspólnotą, ze swoim opatem. Mówi sobie wtedy: „Zostanę pustelnikiem”. Ale wcale nie jest pewne, czy to jest dobry wybór. Znamy historię jednego z Ojców Pustyni, który łatwo wybuchał gniewem z powodu bliźnich i który został pustelnikiem. Zaraz jednak wpadł w gniew z powodu swego dzbana. W rzeczywistości więc powinien gniewać się na siebie samego, wejrzeć w siebie samego i siebie samego poprawiać[10]. Ale mieliśmy u nas pustelnika, który żył w grotach po drugiej stronie rzeki przez 10 lat, w latach 1970-1980. Prowadził życie naprawdę bardzo surowe. To ten mnich, którego widzi Pan w refektarzu obok ojca przeora. W roku 1980 poproszono nas o kapelana dla mniszek w Cotignac. To miejscowość na południu Francji. Jest w niej mały klasztor założony w miejscu objawienia św. Józefa[11]. Objawienia tego świętego są bardzo rzadkie. W tamtych okolicach jest bardzo gorąco. W XVII w. w środku lata św. Józef przyszedł z pomocą pewnemu pasterzowi, który umierał z pragnienia. Pokazał mu, gdzie była woda. I to źródło bije aż do dziś. Nasz pustelnik był tam kapelanem przez dwadzieścia lat. Wrócił do nas, gdy znacznie pogorszył się stan jego zdrowia.

Rozumiem. A wracając do kwestii powołania pustelniczego –Arystoteles mówi, że jeśli człowiek nie żyje wśród ludzi, musi być albo Bogiem, albo zwierzęciem. To , co do zasady, niezgodne z jego naturą, więc co najmniej wyjątkowe.

Tak, człowiek to istota społeczna. Wezwanie do zupełnej samotności może pochodzić tylko wprost od Boga. Musi jednak być zweryfikowane przez odpowiednią władzę. Święty Benedykt w pierwszym rozdziale Reguły podaje kryteria rozeznania takiego powołania.

Zatem wstąpił Ojciec do coenobium, do wspólnoty mnichów z Fontgombault. Słyszałem, że gdy przywracano tu życie monastyczne, mówiono o nowym Solesmes, tylko pod wezwaniem Matki Bożej…

Trochę tak. Opactwo w Solesmes jest pod wezwaniem św. Piotra. Fontgombault jest pod wezwaniem Najświętszej Dziewicy w tajemnicy Jej Wniebowzięcia. Nasze opactwo zostało założone przez Solesmes, a przełożonym nowej fundacji został mnich, który przez 11 lat był mistrzem nowicjuszy w Solesmes.

Dom Roux.

Dom Edouard Roux ukształtował większość mnichów, którzy przybyli zakładać fundację. Oni stali się zarodkiem wewnętrznie zjednoczonej wspólnoty. Tak, myślę, że to prawda, że Fontgombault to Solesmes u Matki Bożej. Dlatego że ten klasztor jest pod opieką Matki Bożej i ojciec opat Roux miał wielkie nabożeństwo do Najświętszej Dziewicy. To on wprowadził zasadę składania montfortańskiego aktu oddania siebie Maryi po pierwszej profesji. Proponował młodym mnichom iść w ślady św. Ludwika Marii Grigniona de Montforta[12]. Szczęśliwie zachowaliśmy ten zwyczaj. Sądzę, że to jest właśnie „sekret” Fontgombault.

W chwili wstąpienia Ojca wspólnota Fontgombault była bardzo młoda?

Fontgombault było zupełnie młodą fundacją, rozpoczętą w 1948 roku. Łaską dla niej było przede wszystkim to, że jako przełożonego miała byłego mistrza nowicjuszy, który, mimo słabego zdrowia i częstych chorób, miał siłę rządzić klasztorem aż do swojej śmierci 19 marca 1962 r., w święto św. Józefa.

Ilu was było w 1952 r.?

O ile pamiętam, około trzydziestu. Na początku było kilka powołań, ale niezbyt wiele, jednak Solesmes przysłało dodatkowo paru mnichów w latach po odnowieniu życia monastycznego, aż do ustanowienia opactwa w roku 1953.

Aby życie tu było możliwe, trzeba było odnowić budynki?

Przedtem było tu seminarium. Budynki były w dość złym stanie. Stopniowo robiliśmy, co mogliśmy, stosownie do możliwości. Było wiele rzeczy, które trzeba było zrobić, ale nie wszystkie były najpilniejsze. Robiliśmy tylko to, co było naprawdę konieczne i kiedy było to konieczne, a Dobry Bóg dawał potrzebne środki. Tak było przy wszystkich budowach: budynku klasztornego w 1968 r., aneksu do domu gości w 1977 i zupełnie ostatnio budynków mieszczących różne pracownie. Nadal niektóre części zabudowań są w złym stanie i wymagałyby odnowienia.

Jeden z przyjaciół klasztoru, skądinąd młody mąż pięknej żony, powiedział mi kiedyś, że klasztor, do którego wstępuje się na całe życie, powinien być piękny. Uważał także, że klasztory, które nie są piękne, nie przyciągają powołań. Jak Ojciec uważa, czy miał na myśli sprawy czysto ludzkie, czy promieniowanie Boskiego piękna? Jakie jest to piękno monastyczne, które prawdziwie sprzyja życiu wewnętrznemu?

Coś w tym jest. Fundatorzy klasztorów z reguły starają się znaleźć miejsce dogodne, mając w pamięci to, co powiedział św. Benedykt, a mianowicie że klasztor powinien być zaopatrzony w wodę, mieć młyn itd. Zatem zwykle klasztor zakładano nad brzegiem rzeki. Czyli nie zawsze był na szczycie góry, jak Monte Cassino. Na ogół jednak miejsce było piękne. Ale prawdą jest również, że nawet jeśli miejsce nie jest zbyt piękne, gdy ktoś ma powołanie do tego klasztoru, odbiera je jako piękne. Prawdą jest, że miłość jest ślepa! Od momentu, gdy Pan zaczął nas przyciągać do tego miejsca, widzimy rzeczy w lepszym świetle. Raczej więc trudno mi znaleźć przykłady potwierdzające słuszność tezy, że niepiękne klasztory nie przyciągają powołań. Co więcej, nie jestem o tym przekonany.

Ja również…

Tym, co najpewniej może zagwarantować napływ powołań, jest wierność życia klasztoru, to oczywiste. I to właściwie wszystko. Weźmy na przykład Karmel w Lisieux. Nie ma w sobie nic pociągającego. Zresztą w Karmelu domy zwykle są małe i niepozorne. Liczy się to, co jest w środku. Ale prawdą jest również, że w klasztorze wszystko powinno być tak piękne, jak to tylko jest możliwe. Oczywiście tak, żeby nie było to tylko dążenie światowe albo czysto estetyczne. Piękno ma być na chwałę Bożą, gdyż piękno jestsplendor veritatis, jest blaskiem prawdy. I na chwałę Bożą trzeba, by rzeczy były tak piękne, jak to jest możliwe, to znaczy by były pozbawione przesadnego wyrafinowania, sztuczności, ale miały w sobie prostotę, piękną prostotę. Dotyczy to w pierwszym rzędzie samego kościoła. Dla ojca opata Roux było sprawą wielkiej wagi przywrócenie naszego kościoła do stanu pierwotnego. Gdy przybyliśmy, w kościele było lektorium sięgające czasów trapistów. Na głównym ołtarzu była wielka nastawa ołtarzowa, która zaburzała harmonię architektury romańskiej. Ojciec opat zrobił wszystko, co mógł, aby uczynić kościół pięknym.

Czy uczestniczył Ojciec w konsekracji kościoła i ołtarzy w kościele?

Tak, to było w roku 1954.

To było jeszcze w czasach, gdy w użyciu był stary pontyfikał…

Tak, pontyfikał, który przetrwał od średniowiecza, pontyfikał Duranda, w którym ceremonie były bardzo święte i bardzo piękne. To było coś wyjątkowego! Dlatego że jednocześnie odbywała się konsekracja kościoła, konsekracja głównego ołtarza i dziewięciu ołtarzy w nawie.

I zapewne trwało to kilka godzin?

Aż siedem.

Siedem godzin?!

Tak, jak już powiedziałem, było to absolutnie wyjątkowe doświadczenie. O ile pamiętam, dziewięćdziesiąt osób było zaangażowanych w różne posługi przy ceremonii. Przy każdym ołtarzu był konsekrator z kapłanem asystującym, ceremoniarz i służba ołtarzowa: ministrant księgi, krucyferariusz, ministrant mitry, akolici ze świecami, a także kapłan turyferariusz. Przy każdym ołtarzu posługiwało niemal dziesięć osób.

A Ojciec był jednym z posługujących?

Byłem krucyferariuszem arcybiskupa. Przy końcu ceremonii, patrząc od głównego ołtarza, nie widziało się końca nawy kościoła… 

Z jakiego powodu? 

Z powodu dymu kadzidła. Od momentu, gdy ołtarze zostały konsekrowane, aż do końca przy każdym z nich był kapłan turyferariusz, który bez przerwy obchodził i okadzał ołtarz.

Sądzę, że dla opactwa była to chwila wielkiej radości…

O, tak! To było wspaniałe! Skorzystaliśmy ze skutków niegodziwości rządu z roku 1899. Wówczas to trapiści zajmowali opactwo. I chcieli konsekrować kościół. Dosłownie rano tego dnia, w którym miała się odbyć konsekracja, fanatyczny rząd tego zabronił. Rano! Ludzie już zaczynali przybywać, a tu zakaz!

To znamienny etap historii Francji…

O tak, tak. U was też mieliście komunistów, którzy robili podobne rzeczy, a często i gorsze.

Wróćmy do konsekracji kościoła, którą Ojciec opisywał. Ta ceremonia była dobrą okazją do rozbłyśnięcia i promieniowania piękna monastycznego…