Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Prawica na rozdrożu to esej o ostatnich latach polskiej polityki, zestawiający postawy różnych ugrupowań, chcących reprezentować konserwatywną część opinii publicznej. Książka nie popiera, ale też nie dyskwalifikuje żadnej z prawicowych partii. Przestrzega natomiast przed przejęciem władzy przez radyklaną opozycję. Autor, posiłkując się swym doświadczeniem z wieloletniej działalności publicznej, pokazuje jak można analizować proces polityczny w oparciu o wyznawane wartości. Dzięki bogatej argumentacji historycznej i socjologicznej „Prawica na rozdrożu” może być ciekawą lekturą dla każdego czytelnika zainteresowanego życiem publicznym i historią współczesną, niezależnie od wyznawanych poglądów.
Czytając tę książkę może się zdecydujesz kogo poprzeć w wyborach;
ale na pewno się dowiesz, co warto wziąć pod uwagę, gdy będziesz głosować.
„Konfederacja stała się, owszem, wyborczą alternatywą dla Prawa i Sprawiedliwości. Jej pojawienie się „zdywersyfikowało” możliwości wyboru, którym dysponuje prawicowa opinia. O ile jednak PiS uważał, że jego dostatecznym prawicowym mandatem jest krytyka PO, o tyle Konfederacja uznała, że jest nim krytyka PiS. Jedno i drugie to za mało. Konserwatywna opinia musi oczekiwać więcej, a niezależnie od oczekiwań – musi myśleć o tym, jaki rząd w efekcie najbliższych wyborów powstanie.” (fragment)
Marek Jurek (ur. 1960) publicysta, historyk, tłumacz, współzałożyciel magazynu „Christianitas”. Tłumaczył Charles’a Maurrasa i Jeana Madirana. Jego poprzednia książka – „100 godzin samotności albo rewolucja październikowa nad Wisłą” – została nominowana do Nagrody Józefa Mackiewicza. Przez wiele lat czynny polityk. Współzałożyciel Ruchu Młodej Polski w czasach opozycji antykomunistycznej. Po odzyskaniu niepodległości m.in. przewodniczący Krajowej Rady RTV, marszałek Sejmu RP, poseł do Parlamentu Europejskiego. Laureat nagród – „Gazety Polskiej”, Sługi Bożego Jerzego Ciesielskiego, Antona Neuwirtha (na Słowacji), Giuseppe Sciacca (we Włoszech).
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 145
Rok wydania: 2023
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Kochanemu Bratu
Lepiej się uciec do Pana, niż pokładać ufność w człowieku. Lepiej się uciec do Pana, niżeli zaufaćksiążętom.
(Ps 117/118,8-9)
Maurras, którego trudno byłoby uznać za ideologa demokracji, zawsze głosował i wzywał do głosowania. Bez złudzeń oczywiście, ale z przekonaniem, że nie można pogarszać spraw kraju własnąobojętnością.
(Jean Madiran, Kronika z czasów BenedyktaXVI)
12 lipca RP 2020 słońce pięknie zachodziło nad Pułtuskiem. Andrzej Duda był szczęśliwy, Polacy właśnie uznali, że powinien nadal wykonywać najwyższy urząd w Rzeczypospolitej. Dziękował więc wszystkim, Jarosławowi Kaczyńskiemu, obojgu premierom ostatniego pięciolecia, czyli Beacie Szydło i Mateuszowi Morawieckiemu, partii, sojuszniczym stronnictwom – Solidarnej Polsce i Polsce Razem, a nawet Rafałowi Trzaskowskiemu. Prezydent zapomniał jedynie o dwóch milionach wyborców, którzy tego dnia przybyli i rozstrzygnęli. Nie powiedział nawet, że im przebacza niewłaściwe głosowanie dwa tygodnie wcześniej. Choć w pewnym sensie do niezwykłego fenomenu zwiększenia głosów między turami się odniósł. Z wigorem zawołał: Jeszcze miurosło!
Istotnie bowiem, urosło bardzo. Prezydent Andrzej Duda został wybrany na drugą kadencję dzięki poparciu w drugiej turze prawie dwóch milionów wyborców, którzy nie głosowali na niego dwa tygodnie wcześniej. Jednak różnica między Dudą a Trzaskowskim wynosiła jedynie 440 tysięcy głosów, nawet więc półtoramilionowy wzrost głosów względem pierwszej tury byłby niewystarczający. Tylko dlatego, że aż tylu wyborców nie głosujących na Andrzeja Dudę jeszcze w czerwcu, poparło go tak masowo w lipcu – obóz Prawa i Sprawiedliwości zachował pełnięwładzy.
Szczególnie z myślą o tych Polkach i Polakach wydaję tę książkę. Oczywiście napisałem ją dla wszystkich, którzy zastanawiają się, jak – mimo wszelkich wątpliwości – sensownie głosować w najbliższych wyborach. Wyborców Duda II/II (głosujących nań w drugiej turze na drugą kadencję) wyróżniam jedynie z dwóch powodów. Przede wszystkim, by przypomnieć rolę, którą odegrali. I po drugie – przez solidarność, bo sam do nich należę. Możemy wybierać sami. Gdyby wszyscy wyborcy w pierwszej turze mechanicznie postanowili „nie marnować głosu” i poparli kandydatów dominujących w sondażach – ich głosy pozostałyby całkowicie niezauważone. Jest jednak inaczej. Nasze głosy widać, nawet jeśli wykonujący władzę politycy nie chcą ichdostrzec.
Tamtego lipcowego wieczoru Jarosław Gowin powiedział, że PiS, przepraszam, że „Zjednoczona Prawica” powinna sobie na nowo ułożyć relacje z opozycją. Ostatecznie Jarosław Gowin sam nie ułożył sobie relacji z PiS i przeszedł na stronę opozycji. Prawo i Sprawiedliwość natomiast, otrzymawszy tak mocny sygnał od Polaków (co piąty wyborca, który 12 lipca głosował na Andrzeja Dudę – nie głosował na niego dwa tygodnie wcześniej), powinno było sobie ułożyć relacje nie tyle z własnym „elektoratem” (Polacy bowiem to nie wyborcy pańszczyźniani, przypisani do partyjnych „elektoratów”), ale po prostu z Polakami, którzy poparcie dla obecnej polityki państwa zademonstrowali dopiero w drugiej turze wyborów prezydenckich. To, że było to poparcie względne, jest oczywiste. W demokracji z zasady jest takie, bo przekazuje mandat na określony czas. Ale w tym wypadku ograniczony był nie tylko mandat, którego Polacy udzielali, ale i samopoparcie.
Wkrótce będziemy znowu wykonywać wyborczą władzę. Konstytucja Majowa zniosła instrukcje wyborcze, nie chodzi więc o oczekiwanie, że wybrani politycy będą wypełniać nasze życzenia, ale o rzecz znacznie prostszą i ważniejszą. Suwerenność dobra wspólnego nakazuje realizować jego postulaty, gdy tylko ktokolwiek zasadnie je wskaże. Prawo i Sprawiedliwość wielokrotnie obiecywało „rozmowę z ludźmi”. Ta piękna formuła przypomina – jeśli się ją poważnie traktuje – o powinności uzasadniania działań i zaniechań oraz (!) reagowania na słuszne postulaty. Pierwsza dyspozycja może również dotyczyć historii, wyjaśnienia polityki prowadzonej wcześniej. Ale dziś nie jest najważniejsze, by roztrząsać wszystkie wcześniejsze błędy i zaniechania. Istotna jest druga płaszczyzna – wykonywanie wszystkich nakazów dobra wspólnego, ktokolwiek o nich przypomina. Tym bardziej, jeśli są to wyborcy, którzy władzy przekazali – władzę.
■ Pięć lat wcześniej, w wyborach prezydenckich 2015 roku, Paweł Kukiz otrzymał trzy miliony głosów. Była to prawdziwa przepustka do historii. Ale także instrument władzy realnej. Gdyby wówczas, między turami, zwrócił się do Andrzeja Dudy o wprowadzenie elementów większościowych do ordynacji wyborczej – miał wszelkie dane, by taką deklarację otrzymać. Niemiecki system wyborczy (na którego temat panują u nas bardzo wypaczone wyobrażenia) spełnia wszelkie wymogi konstytucyjnej proporcjonalności, jest o wiele bardziej proporcjonalny niż u nas, tymczasem połowa posłów jest tam wybierana w jednomandatowych okręgach wyborczych (tak jak chciał tego PawełKukiz).
Kukiz popełnił jednak podwójny błąd trybuna. Po pierwsze – nie umiał przetłumaczyć porywającej wizji na konkretny postulat, tym bardziej nie potrafił sformułować propozycji jego częściowej realizacji. Po drugie – krępował się zawrzeć koalicję, uważał, że to podważy jego „ludową” wiarygodność. Stracił więc od razu możliwość pokazania, że zyskał realną władzę (bo wywieranie wpływu jest również władzą). To zaś tylko wzmocniłoby poczucie pewności jego wyborców, jak również szansę, by sam mógł wystąpić jako uprawomocniony współtwórcazwycięstwa.
Andrzej Duda w 2015 roku został prezydentem dzięki trzem milionom głosów wyborców, którzy zagłosowali na niego w drugiej turze, choć nie popierali go w pierwszej. Było to tyle, ile dwa tygodnie wcześniej głosowało na Pawła Kukiza. Oczywiście zbiory te nie były identyczne, ale oczywiste jest również, że w dużym stopniu się pokrywały. Paweł Kukiz, popierając Andrzeja Dudę otwarcie (a nie jedynie dyskretnie i „dialektycznie”, przez krytykę prezydenta Komorowskiego), mógł stać się rzecznikiem tych „nowych”, warunkowych wyborców Dudy. Dawałoby mu to znakomity tytuł i do domagania się koalicyjnego charakteru nowej prezydentury, i do sporu z PiS-em o „wolę suwerena”, i do przypominania politykom PiS, że bramy do zmian nie wyważyli sami. Rola, jaką mógł odegrać – byłaby bardzo cenna dla Polski, mogła hamować PiS-owski partyjny absolutyzm i oszczędzić polityce państwa przynajmniej kilku błędów. Ale trzeba było zrobić ten pierwszy krok. Paweł Kukiz jednak krępował się, nie chciał, nieumiał.
■ Pięć lat później historia się powtórzyła. Krzysztof Bosak mógł, jeszcze przed pierwszą turą wyborów, wysłać sygnał o gotowości poparcia prezydenta w drugiej turze. Mógł oczekiwać choćby deklaracji o „koalicyjności” nowej kancelarii. Mógł zacząć pracę na rzecz uniezależnienia prezydenta od partii oraz na rzecz rekompozycji polskiej prawicy. Mógł stać się oficjalnym współtwórcą zwycięstwa. Jednak krępował się, nie umiał, nie chciał. Wolał pozostać trybunem kontestacji. Z pewnością tego oczekiwali jego libertariańscy sojusznicy (jak Artur Dziambor, z którym się potem rozszedł), może nawet niektórzy wyborcy. Ale czy tego oczekiwali inni Polacy, wyborcy prawicy, których Bosak – jeśli chce zmieniać polską politykę i polską prawicę – dopiero powinienprzekonać?
■ Wydawało się jednak, że władza coś słyszy sama, że dociera do niej warunkowy charakter poparcia wielu prawicowych wyborców. Krótko po wyborach minister rodziny, pani Marlena Maląg, zapowiedziała, że rząd przygotowuje się do wypowiedzenia konwencji stambulskieji że możemy na to liczyć, kiedy zostanie to skonsultowane z Ministerstwem Sprawiedliwości. Na słowa pani minister zareagował dzień później wiceminister Marcin Romanowski, wyjaśniając, że Ministerstwo Sprawiedliwości już od dawna jest przygotowane do rozpoczęcia takich prac. Ale gdy minął kolejny dzień – pani minister oświadczyła, że decyzja o deratyfikacji jeszcze nie została podjętai że ciągle trwają w tej sprawie analizy. Wreszcie pod koniec lipca premier Morawiecki skierował konwencję stambulską do Trybunału Konstytucyjnego. Przeciw konwencji nie wystąpił, ale się na nią skrzywił. Trybunału użył jako wentyla, podobnie jak wcześniej w sprawie prawa dożycia.
Można byłoby powiedzieć, że dobre chociaż tyle na początek, gdyby nie to, że wszystko to miało miejsce pięć lat po ratyfikacji genderowego paktu za rządu premier Kopacz (i po przejęciu, krótko potem, władzy przez Prawo i Sprawiedliwość). I gdyby nie to jeszcze, że od tamtej pory znowu minęły kolejne trzy lata, przez które Trybunał sprawą się nie zajął. Niestety, nie zrealizowano również drugiej zapowiedzi premiera, tej, którą miał zająć się bezpośrednio rząd. Mateusz Morawiecki zapowiedział bowiem przygotowanie projektu konwencji międzynarodowej chroniącej rodzinę i przedstawienie jej przez Polskę na forummiędzynarodowym.
Zresztą apel, by nie traktować tych aktów zbyt poważnie, popłynął również z PiS. Poseł Joanna Lichocka, medialna zaufana Jarosława Kaczyńskiego, uznała sugestie wypowiedzenia genderowej konwencji za gest symboliczny, niewarty strat wizerunkowych, skoro rząd PiS ma na scenie europejskiej wiele do wygrania. Po raz kolejny okazało się, że jeśli chodzi o cywilizację życia i prawa rodziny – Prawo i Sprawiedliwość jest „za, a nawet przeciw”. W tych sprawach nie obowiązuje jednośćprzekazu.
■W tym samym czasie jednak Polacy sami upomnieli się o ustrojowe regulacje praw rodziny. W trybie społecznym skierowany został do Sejmu obywatelski projekt ustawy Tak dla Rodziny, nie dla Gender, poparty – mimo trwającej kwarantanny – 150 tysiącami podpisów. Zakładał udzielenie prezydentowi zgody na wypowiedzenie konwencji stambulskiej (Sejm nie może tego nakazać, więc decyzja i tak pozostałaby w rękach prezydenta). Miałem honor przedstawiać go w Sejmie. W marcu RP 2021 Sejm skierował Tak dla Rodziny, nie dla Gender do wspólnych prac Komisji Spraw Zagranicznych iKomisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka. Komisje te przez dwa kolejne lata w ogóle projektem się nie zajęły, mimo parokrotnych apeli. Podobnie jak w poprzedniej kadencji Sejmu ani razu nie zabrała się podkomisja, która miała pracować nad antyeugenicznym projektem ZatrzymajAborcję!.
■ Są kwestie ustrojowe, są również ustrojowe gry i zabawy. Zacznijmy od tych drugich: walka o zwiększenie kompetencji organów kontrolowanych przez władze i zmniejszenie kompetencji niekontrolowanych – jest bardziej kwestią gry politycznej, niż sprawą ściśle ustrojową. W takich zmianach zresztą często nie chodzi o państwo jako takie, a jedynie o doraźne usprawnienie instrumentówrządzenia.
Ustrój dotyczy instytucji, ale jest kwestią znacznie szerszą. Zawiera się na przykład w genezie państwa, źródle jego władzy, a także w jego statusie międzynarodowym. Królestwo Kongresowe (przy całym jego niespełnionym potencjale), choć formalnie było monarchią konstytucyjną jak Rzeczpospolita po Konstytucji Majowej – miało inny ustrój, bo było nie bezpośrednią kontynuacją polskiej państwowości, ale państwem ustanowionym przez porozumienie mocarstw i formalnie zależnym odRosji.
Tym bardziej ustrój zawiera się w celu państwa, w jego prawach podstawowych, w tym, co definiuje jako niezmienne. Wszystkie państwa komunistyczne formalnie były demokratycznymi republikami, wyprowadzającymi swój legitymizm z wyborów. Ich demokratyczna specyfika polegała jedynie – jak mówił Stalin – na „liczeniu głosów” i oczywiście na (mówiąc delikatnie) problemach ze zgłaszaniemkandydatów.
Dziś zasadniczą kwestią ustrojową jest wybór między państwem dobra wspólnego i praw rodziny a państwem genderowym i aborcyjnym. To dwa zupełnie różne systemy. Pierwszy chroni społeczeństwo i chce kontynuacji jego społecznej i historycznej ciągłości, drugi chce zburzyć stare społeczeństwo, a suwerenność związać z aprobatą i kontrolą zideologizowanych instytucjimiędzynarodowych.
Ten wybór nie dotyczy kwestii „światopoglądowych”. Dotyczy przyszłości narodu i naszej cywilizacji, a to nie jest kwestia „poglądów na świat”, ale po prostu życia. Przyszłość ta w dość ograniczonym stopniu zależy od zwiększania lub zmniejszania parlamentu o pięćdziesiąt miejsc albo od stworzenia lub rozwiązania trzech województw. Zależy realnie od ustrojowej pozycji prawa do życia, praw rodziny, od tego, czy będą właśnie „poglądem” czy obowiązującą normą. Ale nie tylko od tego. Również od tego, czy reguły prawa promujące i chroniące te społeczne normy będą miały jedynie charakter uroczystych deklaracji, czy będą rzeczywiście traktowane jako prawa podstawowe przez władze, przywódców politycznych, czy będą przedmiotem codziennej akcji Rzeczypospolitej, polityki i wykonywania jej władzy – poprostu.
Ruch reformatorski w XVIII wieku zaczynał się od edukacji. Pokolenie wojenne (określane też jako AK-owskie czy Sztuki i Narodu) ukształtowane było przede wszystkim przez szkolnictwo Drugiej Rzeczypospolitej. Zgoda na międzynarodowy nadzór nad przekazem norm naszej kultury w edukacji publicznej, a to właśnie oznacza genderowa konwencja stambulska, to podważanie jednego z fundamentów Rzeczypospolitej. Tylko ludzie zaczadzeni wyborczymi i partyjnymi grami mogą traktować tę kwestię jako „przedpolityczną”.
■ Nie wiemy, jak długo Polska będzie w Unii Europejskiej i jak długo będzie istnieć Unia Europejska, jednak decyzja o wejściu do niej była decyzją narodową i w tych ramach musimy prowadzić politykę. Jeśli nie mamy być w Unii sami – Europa Środkowa musi mieć polityczną i cywilizacyjną treść. Nic nie pokazałoby jej tak wyraźnie, jak zawarcie Międzynarodowej Konwencji Praw Rodziny. Ciągle jeszcze Litwa, Łotwa, Czechy, Węgry nie ratyfikowały konwencji genderowej. Słowacja i Bułgaria oficjalnie wykluczyły jej ratyfikację. Czas najwyższy, żeby do tych państw dołączyłaPolska.
Gdy konwencja stambulska była przyjmowana – rząd pani Kopacz prowadził demagogiczną kampanię, przykrywając hasłem „podpisały to wszystkie rządy w Unii” fakt, że nie ratyfikowała jej wówczas większość państw Unii Europejskiej. Nie ratyfikował jej również (wskutek oporu ministra Gowina i PSL) rząd Donalda Tuska. Państwa tak liberalne (i to właśnie ze względu na ochronę gospodarki przed inżynierią społeczną) jak Niemcy czy dzisiejsza Irlandia – ratyfikowały ją później od Polski. Wielka Brytania nie ratyfikowała jej wogóle.
Wśród państw nam najbliższych (wyszehradzkich i bałtyckich) jedyna Estonia zdecydowała się na ratyfikację. Ale presja na kolejne będzie rosnąć, szczególnie po bezpośrednim wejściu Unii Europejskiej do konwencji (umowa jest szerszym aktem Rady Europy). Najbardziej dramatycznym przykładem tej presji ze strony Unii było nakłonienie do ratyfikacji Ukrainy, gdy ta w czasie wojny z desperacją szukała pomocy Zachodu. Stało się to, mimo że po tym, jak podpisał ją promoskiewski prezydent Janukowycz, nie ratyfikował jej przez całą swą kadencję prezydent Poroszenko i do wybuchu wojny nie ratyfikował jej również prezydentZełenski.
W polityce zwłoka z reguły jest obstrukcją. Dziś jesteśmy jeszcze w Europie, w której są państwa przeciwne gender (bo to jest zasadnicza motywacja państw Europy Środkowej), jutro możemy być sami, nawet jeśli zdecydowalibyśmy się na spóźniony sprzeciw. Należało to zrobić już – wczoraj. Dla porządku warto więc przypomnieć powody, dla których deratyfikacja genderowego paktu jestkonieczna.
1. Wstępnym i najbardziej podstawowym jest po prostu uczciwość życia publicznego. W czasie procesu ratyfikacyjnego, w końcowym okresie rządów poprzedniej koalicji, konwencja została odrzucona przez ugrupowania (PiS i większość PSL), które już parę miesięcy później uzyskały zdecydowaną większość w wyborach powszechnych, a tym samym możliwość realizacji deklarowanego stanowiska. Zyskując większość powinny były zmienić to, przeciw czemu głosowały będąc wopozycji.
2. Najważniejszym powodem, dla którego już w gabinecie Donalda Tuska konwencja spotkała się z takim sprzeciwem, jest wprowadzenie przez nią do polskiego prawa kategorii gender, płci społeczno-kulturowej, zakładające umowny charakter różnic płci. Stoi to w radykalnej sprzeczności z podstawami Konstytucji Rzeczypospolitej. Konstytucja – wskazując na komplementarność kobiety i mężczyzny w małżeństwie, na macierzyństwo jako wartość chronioną konstytucyjnie – nie traktuje płci jako konwencji społecznej, ale jako zasadniczą daną natury ludzkiej, określającą tożsamość każdegoczłowieka.
3. Artykuł 12 Konwencji zobowiązuje państwa do wykorzenienia zwyczajów i tradycji opartych na stereotypowym modelu roli kobiet i mężczyzn. Co więcej, działania te mają mieć nie tylko charakter negatywny, ale państwa mają – według konwencji – agere contra: promować zmiany wzorców społecznych i kulturowych dotyczących zachowania kobiet i mężczyzn. To na przykład może oznaczać (i często już oznacza w wielu miejscach Europy) podważanie roli małżeństwa i rodziny jako wzorów społecznych, co znowu leży w radykalnej sprzeczności w KonstytucjąRzeczypospolitej.
4. Artykuł 14 Konwencji angażuje w realizację wskazanych wyżej celów instytucje edukacji publicznej i pokrewne, zalecając im podejmowanie działań koniecznych do (między innymi) promowania niestereotypowych ról przypisanych płciom. Artykuł ten ignoruje zupełnie wychowawcze prawa rodziny, stanowiące przyrodzone prawo ludzkie, szeroko potwierdzone w dokumentach praw człowieka od Konstytucji Rzeczypospolitej (w art.art. 45, 48 i szczególnie 72) po Kartę Praw UniiEuropejskiej.
5. Szczególną uwagę należy zwrócić na artykuł 4 konwencji, który z góry zapowiada, że specjalne środki podejmowane dla jej wdrożenia nie mogą być uznawane za dyskryminację. Tym samym więc z góry legalizuje wszystkie działania naruszające – ignorowane w edukacyjnym artykule 14 – wychowawcze prawarodziny.
6. Należy zwrócić uwagę, jak konwencja jest interpretowana przez jej autoryzowanych promotorów. Poseł Christine Revault d’Allonnes-Bonnefoy (z francuskiej Partii Socjalistycznej), która reprezentowała wnioskodawców rezolucji ratyfikacyjnej konwencji stambulskiej w Parlamencie Europejskim, oświadczyła po jej przyjęciu, że teraz aborcja została uznana za prawo na poziomie europejskim. Tak oficjalna reprezentantka przygniatającej większości Parlamentu Europejskiego wyjaśniła znaczenia odejścia od stereotypowych ról kobiety imężczyzny.
7. Konwencja stambulska jest dziś przedmiotem ataku na rządy prawa, szczególnie wobec państw Europy Środkowej. Mimo uznania jej przez bułgarski Trybunał Konstytucyjny za sprzeczną z konstytucyjnymi gwarancjami praw rodziny – władze tego państwa (i innych, zajmujących podobne stanowisko) są wzywane przez Parlament Europejski i Komisję Europejską do zignorowania porządku konstytucyjnego, który mają obowiązek szanować i urzeczywistniać. O ile w Bułgarii w tej sprawie zabrał głos Trybunał, o tyle w najbliższych nam państwach Europy Środkowej (wszyscy nasi partnerzy wyszehradzcy, a także Litwa i Łotwa) ciągle odmawiają jej ratyfikacji rządy i parlamenty, tak ze względów rzeczowych, jak i formalnych, konstytucyjnych.
8. Polska powinna zająć stanowisko solidarne z państwami odmawiającymi ratyfikacji konwencji stambulskiej, gdyż Europa, w której szanuje się prawa rodziny, jest bezpieczniejsza dla niepodległej Polski. Do tego zobowiązuje nas również Uchwała Sejmu RP w sprawie suwerenności polskiego prawodawstwa w dziedzinie moralności i kultury, poparta 11 kwietnia RP 2003 przez niemal wszystkich posłów PiS, PO i PSL (był tylko jeden głos wstrzymujący się w tymgronie).
9. Władze Rzeczypospolitej muszą być również świadome, że stronami tej Konwencji są w większości państwa przyjmujące radykalne ustawodawstwo aborcyjne i homoseksualne, które będą ją wykorzystywały do presji na nasze państwo poprzez opisany w rozdziale IX konwencji „mechanizm monitorujący”. Ustawodawstwo tych państw stoi w sprzeczności z naszym, trudno więc mówić o niezbędnej wspólnocie wartości w tych kwestiach. O praktycznym, a nie teoretycznym, charakterze tego zagrożenia świadczy choćby stanowisko Parlamentu Europejskiego, opisane wyżej, w pkt. 6.
10. Polska powinna nie tylko wypowiedzieć konwencję stambulską, ale także promować i bronić na forum międzynarodowym praw rodziny. Rezygnacja z ich obrony oznaczałaby cichą zgodę na dalszą dekadencję prawa europejskiego, a także na moralną izolację Polski na forum międzynarodowym. Dlatego wypowiedzeniu konwencji stambulskiej towarzyszyć powinno wyjście przez władze Rzeczypospolitej z inicjatywą zawarcia Międzynarodowej Konwencji Praw Rodziny. Projekt tekstu Konwencji (przygotowany z inicjatywy Prawicy Rzeczypospolitej) został przedstawiony rządowi. Naturalnymi adresatami konwencji są państwa nieratyfikujące konwencji stambulskiej, czyli większość państw leżących między Łotwą aBułgarią.
11. Projekt Międzynarodowej Konwencji Praw Rodziny (podobnie jak polskie prawo) zawiera również bogaty zestaw instrumentów ochrony przed wewnętrznymi zagrożeniami dla rodziny, na przykład przemocą. W tym zakresie w pełni służy zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej (co stanowi deklarowany cel konwencjistambulskiej).
12. Zawarcie Międzynarodowej Konwencji Praw Rodziny zapewni państwom broniącym praw rodziny struktury współpracy na forum Unii Europejskiej i innych organizacji międzynarodowych, uruchomi solidarną obronę naszych państw przed zagraniczną presją antyrodzinną, umocni suwerenność Rzeczypospolitej, przywróci równowagę w Unii Europejskiej. Przekaże również Europie nasz wspólny dorobek (nie na zasadzie standardu narzucanego, ale proponowanego i komunikowanego), dotyczący wartości, dzięki którym zachowaliśmy naszą tożsamość i zdobyliśmy wolność, która jest fundamentem bezpieczeństwa i współpracy dzisiejszejEuropy.
Mimo publicznej prezentacji tych wszystkich racji, przemawiających za jak najszybszym wypowiedzeniem konwencji stambulskiej, decyzje podjęte przez prezydenta Komorowskiego i przeforsowane przez rząd Kopacz – ciągle obowiązują. W Sejmie wstrzymano nawet dyskusję na tentemat.
■ Po przeglądzie tego, co konwencja stambulska chce zmienić, i instrumentów rewolucji gender, które uruchamia, warto też przyjrzeć się temu, do jakiego społeczeństwa się odnosi, co chce utrwalić i zachować. To jest nie mniej instruktywne dla zrozumienia znaczenia tego dokumentu. Weźmy na przykład art. 17 dotyczący udziału sektora prywatnego i mediów. Przepis ten oznajmia, że we współpracy z sektorem prywatnym państwa rozwijają i promują wśród dzieci, rodziców oraz wychowawców umiejętności radzenia sobie w środowisku informacyjnym i
