Ebook dostępny w abonamencie bez dopłat od 22.09.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
„Świetnie nakreślony portret ikonicznego miejsca w Ameryce, które pozostaje ważne dla całego świata.”
— Kirkus Reviews
„Pozycja obowiązkowa dla podróżników, fanów dzikiej przyrody i amatorów porywających opowieści.”
— Martyna F. Zachorska, amerykanistka i tłumaczka
YELLOWSTONE – SERCE DZIKIEJ AMERYKI
Odkryj niezwykłą historię pierwszego parku narodowego na świecie – miejsca, które na zawsze zmieniło sposób, w jaki postrzegamy naturę.
Od dzikich, nieprzebytych terenów Zachodu po symbol narodowej tożsamości – Yellowstone stało się ikoną Ameryki i kolebką ochrony przyrody. To tutaj po raz pierwszy podjęto próbę ratowania zagrożonych gatunków i stworzenia idei turystyki opartej na kontakcie z naturą.
Ale za legendą kryje się także trudna historia – konfliktów, wykluczenia i sporów o ziemię rdzennych mieszkańców.
To opowieść o miejscu pełnym kontrastów: zachwycającym i kontrowersyjnym zarazem.
„Yellowstone. Biografia parku” to fascynująca podróż do źródeł jednej z najważniejszych idei współczesnego świata.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 551
Rok wydania: 2026
Tytuł oryginału: A PLACE CALLED YELLOWSTONE. THE EPIC HISTORY OF THE WORLD’S FIRST NATIONAL PARK
Copyright © 2024 by Randall K. Wilson
Published by arrangement with O’Connor Literary Agency. All rights reserved.
Copyright © for the Polish translation by Adrian Stachowski
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Wydawczyni: Monika Długa
Redakcja: Hanna Trubicka
Korekta: Agnieszka Luberadzka, Olga Smolec-Kmoch
Projekt okładki: Andrzej Komendziński
Skład i łamanie: Dariusz Nowacki
PR & marketing: Jagoda Świegot
Grafiki na okładce:
Gina Bringman / gettyimages
Kelly vanDellen / shutterstock
Grafika na stronach tytułowych: Tajbir Hossain / Vecteezy
ISBN: 978-83-8441-476-7
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Dla Suzanne M. Horbury i Keitha E. Wilsona
Ziemia Wron leży dokładnie we właściwym miejscu. Można znaleźć tam wszystko, co dobre.
– EELÁPUASH, WÓDZ APSÁALOOKE (WRON), W PRZEMOWIE DO ROCKY MOUNTAIN FUR COMPANY, OK. 1833 R.1
Park Yellowstone jest, o ile mi wiadomo, czymś unikatowym w skali świata. W żadnym innym cywilizowanym kraju nie znajdzie się takiego obszaru – istnej krainy czarów – udostępnionego wszystkim odwiedzającym.
– PREZYDENT THEODORE ROOSEVELT, 24 KWIETNIA 1903 R.
Każdy, kto zmierza do parku Yellowstone, jadąc na zachód przez Wyoming autostradą międzystanową numer 80, w pewnym momencie gdzieś między Cheyenne a Rawlins uświadamia sobie jedną rzecz: Yellowstone jest daleko. I to wcale nie „trochę daleko” – park znajduje się zdumiewająco daleko od niemal każdego innego miejsca i skupiska ludzkiego w kontynentalnej części Stanów Zjednoczonych.
Nie zawsze tak było. Przez ponad jedenaście tysięcy lat Yellowstone stanowiło ojczyznę rdzennych Amerykanów; ziemię wyjątkową, cenną ze względu na obfite złoża wysokiej jakości obsydianu, warunki sprzyjające sezonowym łowom i gromadzeniu zapasów oraz duchowe i lecznicze walory tamtejszych wód termalnych i gejzerów. Yellowstone nie leżało na peryferiach, lecz w centrum świata.
Jednak przez przybywających tam od początku do połowy XIX wieku odkrywców i osadników obszar ten był przez długie zimy i wysokie położenie Yellowstone na ogół omijany, a nawet można powiedzieć, że był im nieznany. Z ekologicznego punktu widzenia było to korzystne, teren ten był bowiem chroniony przed wycinką, górnictwem i osadnictwem, które oszpeciły tak wiele innych krajobrazów. Ta względna izolacja pozwoliła Yellowstone przetrwać jako terytorium rdzennej ludności i ostoja dzikiej przyrody aż do lat siedemdziesiątych XIX wieku.
Owo oddalenie oznacza jednak również, że odwiedzenie parku zawsze wymagało – i nadal wymaga – od Amerykanów odbycia dość długiej i żmudnej podróży, jako że zdecydowana większość z nich mieszka na wschód od rzeki Missisipi, na południe od Denver lub na Zachodnim Wybrzeżu. Mimo to wciąż przybywają: w ostatnich latach ponad cztery miliony osób rocznie – i liczba ta stale rośnie.
Ta książka opowiada o tym, w jaki sposób tak odległe miejsce stało się narodowym symbolem i ukształtowało myślenie Amerykanów o przyrodzie, to, jak rozumieją jej wartość i jak wchodzą z nią w interakcje – bo tak jak National Mall w Waszyngtonie służy jako punkt odniesienia dla dyskursu politycznego, tak Yellowstone odegrało tę samą rolę dla ochrony przyrody.
Park Narodowy Yellowstone, obejmujący obszar blisko dziewięciuset tysięcy hektarów północno-zachodniego Wyoming i wkraczający wąskimi pasami na teren Idaho oraz Montany, zawdzięcza swoją nazwę głównej rzece, która przezeń przepływa. Osiemnastowieczni francuscy traperzy handlujący futrami nazywali rzekę Yellowstone Roche Jaune. Miano to zaczerpnęli od ludu Minnetaree (lub Hidatsa, plemienia z rodziny Siuksów), który nazywał ją Mi-tse-a-da-zi („Rzeka Żółtej Skały”), co było nawiązaniem do barwnych urwisk wzdłuż jej brzegów w miejscu, gdzie płynie przez wschodnią Montanę, by połączyć się z Missouri. Lud Apsáalooke (Wrony) znał ją zaś jako E-chee-dick-karsh-ah-shay, co tłumaczy się jako „Rzeka Wapiti”, prawdopodobnie ze względu na to, że jej bieg pokrywał się z trasą sezonowych migracji wielkich stad jeleni kanadyjskich w północnych Górach Skalistych. Niemniej jednak w 1798 roku pracujący dla Kompanii Północno-Zachodniej angielski geograf i geodeta David Thompson przyjął nazwę Yellow Stone z tłumaczenia francuskiego, co ewoluowało w Yellowstone2.
Od momentu jego powstania park określano też wieloma innymi nazwami: Kraina Czarów, amerykańskie Serengeti, klejnot w Koronie Parków Narodowych lub Najlepszy Pomysł Ameryki. Jako prekursor niezwykle dziś popularnych parków narodowych Yellowstone pozostaje jedną z niewielu instytucji zdolnych działać ponad podziałami ideologicznymi, chociaż jego historia naznaczona jest również wykluczeniem i konfliktami, ponieważ ustanowienie parku było precedensem, jeśli chodzi o wywłaszczanie rdzennych Amerykanów z zajmowanej przez nich ziemi, spory o prawa do gruntów i długotrwałe batalie prawne wokół dzikiej przyrody. Jego dziedzictwo jest zatem zarówno powodem do dumy, jak i źródłem problemów. Historia Yellowstone jest historią całego narodu.
Ta opowieść stanowi pełny zapis historii Yellowstone: zaczyna się od geologicznych początków i roli tego obszaru jako ojczyzny rdzennych mieszkańców, prowadzi przez eksploracje i odkrycia dokonane przez Euroamerykanów, by dotrzeć do momentu powstania i ewolucji współczesnego parku narodowego – a przy okazji wyjaśnia, jak ten niezwykły teren stał się jednym z najsławniejszych i najważniejszych miejsc na Ziemi.
Miejscem zwanym Yellowstone.
(1959 R. ORAZ 2,1 MLN LAT TEMU)
W poniedziałkowy wieczór 17 sierpnia 1959 roku nad Parkiem Narodowym Yellowstone rozpościerało się piękne, rozgwieżdżone niebo. Księżyc tamtego późnego lata świecił wyjątkowo jasno, odbijał się w rzekach, źródłach i gejzerach.
W sali widowiskowej nieopodal hotelu Old Faithful Inn turyści zgromadzili się na dorocznym konkursie piękności, podczas którego wybierano najpiękniejszą pracownicę parku3. Role płciowe lat pięćdziesiątych obowiązywały tam z całą mocą: uczestniczki rozpoczynały występ w sukniach wieczorowych, następnie rywalizowały, prezentując talenty, wiedzę ogólną, a nawet występując w strojach kąpielowych. Publiczność obserwowała te zmagania w napięciu, ciekawa, która z nich zostanie uhonorowana tytułem Miss Yellowstone 1959, a która zdobędzie tytuł wicemiss – miss Hotelu Lake4.
Czterdzieści kilometrów na północ, w punkcie obserwacyjnym usytuowanym wysoko na Mount Holmes, dziewiętnastoletni strażnik przeciwpożarowy lustrował zalesiony krajobraz. Wznoszący się na wysokość 3150 metrów szczyt był jednym z najwyższych punktów pasma Gallatin i dawał rozległy widok na zachodnią część parku. Rzuciwszy ostatnie spojrzenie na czyste nocne niebo, chłopak szykował się do snu5.
Tuż za granicą parku, w pobliżu miasteczka West Yellowstone, gdzie rzeka Madison wypływa z zapory na jeziorze Hebgen, ponad czterdzieści rodzin szykowało się do nocnego odpoczynku6. Wśród nich byli Irene i Parley „Pud” Bennettowie i czwórka ich dzieci. Przyjechali z Coeur d’Alene w stanie Idaho i rozbili obóz tuż za kempingiem Rock Creek. Wieczór był piękny, więc postanowili spać na zewnątrz, pod gołym niebem.
Na terenie kempingu Ray i Myrtle Painterowie z Ogden w stanie Utah wraz z trójką dzieci – szesnastoletnią Carole i dwunastoletnimi bliźniaczkami, blondwłosymi Anne i Anitą – zaparkowali swoją przyczepę na jednym z ostatnich wolnych miejsc nad rzeką. Ray cieszył się na myśl o porannym wędkowaniu w jednym z najobfitszych w pstrągi strumieni w kraju.
Około 23.30, gdy dzieci wreszcie zasnęły, Myrtle zeszła nad brzeg rzeki, by umyć włosy. Spokojna noc nie dawała żadnych oznak tego, co miało się za chwilę wydarzyć.
W istocie nieliczne ostrzeżenia, które dawały o sobie znać, już dawno zostały zignorowane.
* * *
Niemal sto lat wcześniej, pod koniec sierpnia 1870 roku, porucznik Gustavus Cheyney Doane z 2. Pułku Kawalerii Stanów Zjednoczonych, stacjonującego w Fort Ellis na Terytorium Montany, pochylił się mocno w siodle, gdy jego koń z trudem piął się po zboczach góry, która tego samego dnia miała zostać ochrzczona mianem Mount Washburn (Góra Washburna). Doane dowodził eskortą wojskową ekspedycji Washburna do Yellowstone. Był także jedynym członkiem wyprawy posiadającym wykształcenie geologiczne. Kiedy dotarł na szczyt i ogarnął wzrokiem pełną panoramę, dotarło do niego, czym w istocie jest ten fantastyczny krajobraz.
Tamtego wieczoru przy ognisku Doane zanotował w swoim dzienniku:
Widok ze szczytu wymyka się wszelkim opisom […]. Wypełniając całe pole widzenia, z granicami sięgającymi horyzontu, rozciąga się wielka wulkaniczna niecka Yellowstone. Niemal okrągła w kształcie, o średnicy od pięćdziesięciu do siedemdziesięciu pięciu mil [osiemdziesięciu do stu dwudziestu kilometrów – przyp. tłum] […] jedno spojrzenie na wewnętrzne zbocza pasm górskich ukazuje, że […] owa wielka kotlina była niegdyś potężnym kraterem obecnie wygasłego wulkanu7.
Nie tylko on to zauważył. W 1805 roku pierwszy amerykański gubernator Terytorium Luizjany wysłał prezydentowi Thomasowi Jeffersonowi zgrubnie naszkicowaną na zwierzęcej skórze mapę, która wskazywała obecność „wulkanu” w pobliżu dzisiejszego parku. Jednak to raport Doane’a stał się pierwszą opublikowaną i wiarygodną relacją opisującą Yellowstone jako kalderę: kolosalny krater pozostały po potężnej erupcji wulkanicznej. Jego obserwacje potwierdził rok później dr Ferdinand Hayden, kierownik nazwanej jego nazwiskiem ekspedycji do Yellowstone z 1871 roku:
Niektórzy podróżnicy nazywają tę kotlinę rozległym kraterem pradawnego wulkanu […]. W istocie gejzery i gorące źródła tego regionu są obecnie niczym więcej jak […] kanałami ujścia lub otworami wentylacyjnymi dla tych sił wewnętrznych niegdyś potężnych, a dziś sukcesywnie obumierających8.
Choć obaj mieli co do zasady rację, każdy z nich popełnił poważny błąd. Siły wulkaniczne i geologiczne drzemiące pod Yellowstone wcale nie były „wygasłe” ani nie „obumierały”. Wręcz przeciwnie, były – i nadal są – bardzo aktywne.
* * *
W sali widowiskowej hotelu Old Faithful Inn publiczność oklaskiwała właśnie nowo wybraną Miss Yellowstone na rok 1959. Wtem o godzinie 23.37 budynkiem wstrząsnął nagły, gwałtowny huk. Ziemia zaczęła drżeć, drewniane belkowanie zatrzeszczało, a obrazy i ozdoby ścienne pospadały na podłogę i roztrzaskały się w drobny mak. Konkurs piękności został przerwany.
Około pięciuset ogarniętych paniką turystów rzuciło się do wyjścia. Na zewnątrz Old Faithful i inne gejzery w całym Basenie Dolnym Gejzerów – niektóre uśpione od dziesięcioleci – zaczęły jednocześnie wybuchać. W budynku Old Faithful Inn pękły rury, tryskając wodą. Ludzie w szlafrokach wychodzili przez okna. Kamienny komin w jadalni runął na posadzkę. Turyści tłoczyli się w samochodach, podejmując rozpaczliwą próbę ucieczki, jednak drogę do West Yellowstone zablokowały lawiny skalne, więc pojazdy wkrótce zakorkowały wszystkie pozostałe trasy, wężykiem ciągnąc ku północnym i południowym wyjazdom z parku.
Wysoko na Mount Holmes młody obserwator przeciwpożarowy spadł z łóżka na twardą drewnianą podłogę. Zerwał się na równe nogi i rzucił do okna, z trudem łapiąc równowagę. W oddali, w pobliżu jeziora Hebgen, ujrzał w świetle księżyca potężny obłok pyłu lub dymu. Na samym jeziorze zdołał dostrzec coś, co wyglądało jak cienka, narysowana ołówkiem kreska, przesuwająca się w poprzek ciemnej wody.
Choć wtedy jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy, obłok był chmurą pyłu i gruzu z ogromnego osuwiska wywołanego przez trzęsienie ziemi w kanionie rzeki Madison o sile 7,3 stopnia w skali Richtera. A ta cienka linia była grzbietem sześciometrowej fali tsunami9.
Obozowicze w kanionie poniżej nie mieli czasu na obserwację ani nawet na chwilę paniki. Bez ostrzeżenia cichy wieczór rozdarł ogłuszający grzmot, przypominający łoskot tysiąca pociągów towarowych. Ziemia pod przyczepami i namiotami zafalowała i się zatrzęsła. Dokładnie naprzeciwko kempingu z północnej ściany kanionu runęło w dół osuwisko, w ciągu zaledwie kilku sekund porywając ze sobą na odcinku ponad trzystu metrów osiemdziesiąt milionów ton skał, ziemi i drzew10. Osuwisko było tak potężne, że wytworzyło przed sobą wiatr o sile huraganu. A gdy masa gruzu uderzyła w wodę, z impetem opróżniła koryto rzeki, posyłając w obu kierunkach dziewięciometrowe fale. Myrtle Painter siedziała wtedy nad brzegiem rzeki, myjąc włosy. Zanim zdołała pojąć, co się dzieje, pędząca ściana wiatru i wody porwała ją i cisnęła na kamienisty brzeg. Jej córka Carole, która spała w samochodzie z rodzinnym psem, obudziła się na chwilę przed tym, jak pojazd został uniesiony, uderzył o drzewo i wirując, wpadł do rzeki. Woda wdarła się do środka przez rozbite szyby. Carole zdołała wydostać się z tonącego auta i dopłynąć do brzegu, ale po jej matce oraz przyczepie, w której znajdowała się reszta rodziny, nie było ani śladu.
Ta sama ściana wiatru i fal uderzyła w rodzinę Bennettów. Irene porwało i rzuciło jak szmacianą lalkę na drugą stronę rzeki. Jej mąż desperacko usiłował uchwycić się małej sosny – chwilę przed tym, jak jego i dzieci porwał nurt. W całym kanionie i wzdłuż brzegów jeziora Hebgen samochody, przyczepy kempingowe i namioty fruwały w powietrzu, miażdżone przez spadające głazy i drzewa lub ciskane do wody.
I równie nagle furia żywiołu ustała. Przez kilka chwil panowała całkowita cisza. Potem powoli cichy, lecz narastający chór głosów zaczął wołać o pomoc.
* * *
Irene Bennett odzyskała przytomność, gdy już wszystko ucichło. Leżała naga, poturbowana, przygnieciona twarzą do błota przez wielkie drzewo. Trzęsąc się z zimna, pokryta krwią i szlamem, powoli wygrzebała się spod konaru. Modliła się o ratunek i wołała swoje dzieci.
W tym samym czasie Carole Painter szła wzdłuż zasypanego gruzem brzegu rzeki i też szukała swojej rodziny. W oddali dostrzegła kogoś na splątanym kopcu głazów i roślinności – to była jej matka. Myrtle ledwo mogła się ruszyć. Miała zapadnięte płuco, liczne siniaki i skaleczenia oraz niemal całkowicie oderwane ramię. Carole pomogła matce wspiąć się powoli wyżej, z dala od podnoszącej się wody.
Carole zobaczyła światło latarni na zboczu powyżej i zawołała o pomoc:
– Moja mama straciła rękę. Proszę, nie zostawiajcie nas11.
W ciemności usłyszała uspokajający kobiecy głos:
– Może będę mogła pomóc.
To była Tootie Greene, pielęgniarka z Billings w stanie Montana.
Wysoko na zboczu potężne drzewo zwaliło się na namiot rodziny Greene’ów, ale wszyscy zdołali uciec bez poważniejszych obrażeń. Ray i Tootie wyciągnęli swojego dziewięcioletniego syna z rumowiska i pobiegli do samochodu. Mieli nadzieję, że uda im się wyjechać na drogę, ale gruz uwięził pojazd w miejscu. Słysząc dochodzące z dołu wołania o pomoc, zapalili latarnię kempingową i zaczęli zbierać zapasy dla potrzebujących. Dyplomowana pielęgniarka Tootie Greene szybko przejęła kontrolę nad akcją ratunkową.
Nieco dalej wzdłuż brzegu rodzina Painterów znów była w komplecie. Carole odnalazła swoje siostry bliźniaczki – odniosły tylko drobne rany – w pobliżu szczątek ich przyczepy, które znikały w ciemnej wodzie. Przeżył nawet ich ojciec. Jeśli zaś chodzi o rodzinę Bennettów, Irene uratował jej najstarszy syn, szesnastoletni Phil, który miał poważnie złamaną nogę. Mąż Irene i troje pozostałych dzieci nie przeżyli.
* * *
Trzęsienie ziemi w Yellowstone o magnitudzie 7,3 było największym, jakie kiedykolwiek odnotowano w Górach Skalistych. Wstrząsy wykryto w odległości ponad 1100 kilometrów, w miastach takich jak Denver i Seattle – a wstrząsy wtórne trwały kilka dni; jeszcze w 1964 roku wstrząs o magnitudzie 5,8 został zaklasyfikowany jako jeden z nich12. Jednak przyczyną zarówno ogromnej skali, jak i intensywności wydarzeń z 1959 roku była wulkaniczna budowa Yellowstone.
Yellowstone nie jest zwykłym wulkanem. To największe i najpotężniejsze aktywne centrum wulkaniczne w Ameryce Północnej i jedno z dwóch największych na naszej planecie13. Najdawniejsza i najpotężniejsza erupcja w Yellowstone miała miejsce 2,1 miliona lat temu, w epoce plejstocenu, gdy mastodonty, tygrysy szablozębne i masywne, ważące dziewięćset kilogramów leniwce naziemne przemierzały krajobraz w cieniu rzucanym przez pięcioipółmetrowe skrzydła szybujących wysoko sępowatych teratornów14.
Ta pierwsza erupcja mogła rozpocząć się od najlżejszych drgań: subtelnej wibracji płynącej przez poszycie lasu, wspinającej się po pniach drzew, wzdłuż gałęzi, aż po czubek każdego konaru. I równie nagle – bezruch. Działo się coś wyczuwalnego jedynie dzięki drobnym zmarszczkom na spokojnej tafli pobliskiego stawu. Ale nawet to wystarczyłoby, by wysłać pradawne ostrzeżenie do wszystkich zwierząt zdolnych go wyczuć: Uciekajcie!
Pomruki nie ustawały przez kolejne godziny, dni, a może nawet lata. Za każdym razem trwały nieco dłużej, wstrząsając ziemią z większą intensywnością niż wcześniej. Aż pewnego dnia – stało się. Odliczanie doszło do zera: jeden z największych, najpotężniejszych wulkanów na świecie eksplodował. Ziemia otworzyła się, wygięła swój grzbiet i wydała z siebie mrożący krew w żyłach krzyk.
Ogłuszający hałas. Oślepiający, trawiący wszystko żar. Uwolnienie mocy wykraczającej poza jakąkolwiek skalę ludzkiego doświadczenia. Erupcja uformowała kontynent na nowo, zabijając wszelkie życie na swojej drodze, miażdżąc, zasypując i grzebiąc dawną topografię. Przesłaniając słońce. Zmieniając klimat.
Wulkan dosłownie wyrzeźbił ten krajobraz od nowa, połykając całe góry. Naukowcy twierdzą, że przed tą pierwszą megaerupcją w miejscu dzisiejszego jeziora Yellowstone wznosiły się masywy, a pasmo Teton rozciągało się na północ, poza jezioro Jackson. Cały obszar współczesnego Parku Narodowego Yellowstone był niegdyś równie górzysty, co otaczające go pasma Absaroka czy Gallatin.
Najbardziej ostrożne szacunki dotyczące tej pierwszej megaerupcji Yellowstone mówią o uwolnieniu około 2,5 tysiąca kilometrów sześciennych materiału ejekcyjnego. To mniej więcej 2400 razy więcej, niż wyrzucił z siebie wulkan Mount St. Helens w 1980 roku, którego erupcja zabiła pięćdziesiąt dziewięć osób i spustoszyła znaczną część wschodniego stanu Waszyngton. Największa odnotowana erupcja w historii ludzkości – wybuch wulkanu Tambora w Indonezji w 1815 roku – wywołała globalną „wulkaniczną zimę”, emitując zaledwie sto pięćdziesiąt kilometrów sześciennych pyłów, czyli niespełna sześć procent tego, co wulkan Yellowstone; niektórzy naukowcy twierdzą, że wybuch w Yellowstone mógł być nawet trzykrotnie potężniejszy. Jeśli to prawda, byłaby to największa erupcja wulkaniczna znana nauce15.
Siła tej megaerupcji wywarła również inny wpływ na krajobraz. „Plama gorąca”, która zapewniła drogę dla stopionej magmy z głębi ziemi na powierzchnię, pozwoliła również na gromadzenie się magmy pod Yellowstone, tworząc ogromne wybrzuszenie o średnicy czterystu osiemdziesięciu kilometrów, które wypchnęło cały płaskowyż Yellowstone w górę o blisko pięćset metrów. Ten nienaturalny wzrost wysokości nie tylko przyczynił się do długich zim panujących w Yellowstone (i powstania podczas ostatniej epoki lodowcowej czapy lodowej), ale także spowodował pękanie i pogłębienie istniejących uskoków geologicznych w regionie. W konsekwencji trzęsienie ziemi z 1959 roku było znacznie gwałtowniejsze, niż byłoby w innych okolicznościach16.
Od czasu tamtej pierwszej supererupcji miały miejsce jeszcze dwie o porównywalnych rozmiarach, mniej więcej 1,3 miliona lat temu oraz 630 tysięcy lat temu. Jeśli ten trend się utrzyma i jeśli megaerupcje rzeczywiście zdarzają się co 600–700 tysięcy lat, to Yellowstone czeka kolejne takie wydarzenie. Ale czy nastąpi to jutro, za 50 tysięcy lat, czy nie dojdzie do tego wcale – tego nie wiadomo. Wiemy natomiast, że wulkaniczne podłoże Yellowstone nie tylko przekształciło ten krajobraz, ale nadal zasila gejzery, gorące źródła i błotne kociołki, które każdego roku przyciągają do parku tak wielu turystów.
* * *
Trzęsienie ziemi z 1959 roku zabiło dwadzieścia osiem osób – niektóre zginęły tej samej nocy, inne, jak Myrtle Painter, zmarły w szpitalu kilka dni później w związku z odniesionymi obrażeniami17. Wiadomość o wstrząsach w Yellowstone sprawiła, że wielu mieszkańców kraju po raz pierwszy uświadomiło sobie fundamentalną prawdę: park nie był tylko celem wakacyjnych wycieczek czy symbolem narodowym. Był także obszarem unikatowej i potężnej struktury geologicznej, która – mimo wszystkich niebezpieczeństw – pozwalała prześledzić tysiące lat historii obecności człowieka na tym obszarze.
Podczas XIX-wiecznej ekspansji Stanów Zjednoczonych na zachód wysokie położenie i surowe zimy Górnego Yellowstone skutecznie odstraszały odkrywców, górników i osadników. Lewis i Clark, szukając drogi wodnej do Pacyfiku i przejścia przez Kontynentalny Dział Wodny, nie mieli powodu, by zapuszczać się w rejony Yellowstone. Do lat czterdziestych XIX wieku osadnicy na Szlaku Oregońskim czy poszukiwacze bogactw zmierzający na pola złota w Kalifornii znajdowali dogodniejsze trasy bardziej na południe. Utrzymując ten obszar „poza mapą” białych pionierów, wulkaniczna natura Yellowstone przekształciła go w bezpieczny azyl dla dzikiej przyrody, podczas gdy w innych miejscach te same gatunki stawały w obliczu potencjalnego wyginięcia.
Dla rdzennych Amerykanów unikatowy krajobraz Yellowstone odgrywał zupełnie inną rolę. Przez tysiące lat obszar ten służył jako ojczyste terytorium i kluczowy przystanek w corocznych migracjach plemion łowiecko-zbierackich. Zanim jednak mogło do tego dojść, musiał stopnieć blok lodu o grubości ośmiuset metrów, zalegający na Płaskowyżu Górnego Yellowstone. I właśnie to wydarzyło się mniej więcej dwanaście tysięcy lat temu.
(13 TYSIĘCY LAT TEMU – 1800 R.)
Pod niewielką kępą sosen wyrastającą na krawędzi wąskiego parowu stał w ukryciu myśliwy. Z igliwia na wilgotną, chłodną ziemię miarowo skapywał topniejący śnieg. Przed człowiekiem, pasąc się niespiesznie, szło małe stado mamutów włochatych. Potężne stworzenia weszły powoli do wąwozu i skierowały się w dół, ku meandrującemu strumieniowi. Na tyłach grupy, wyraźnie kulejąc, z trudem wlekł się starszy osobnik. Łowca poczekał, aż zwierzęta go miną, i w odpowiednim momencie wysunął się zza osłony drzew, odchylił ramię i posłał pocisk z atlatla. Śmiercionośne ostrze wbiło się w ciało ofiary. Na ten sygnał towarzysze myśliwego z przeciwległej strony parowu ruszyli do ataku z włóczniami. Stado rozpierzchło się w popłochu, a ranny mamut runął na ziemię. Polowanie zakończyło się sukcesem.
Wyciągnąwszy grot z truchła, pierwszy myśliwy usiadł na chwilę, by odpocząć. Nagle znieruchomiał – wyczuł w pobliżu nową obecność. Zza wzniesienia jeden po drugim wyłoniła się wataha sześciu wilków. Drapieżniki, tak samo jak ludzie, od kilku dni tropiły stado mamutów. Nie zdołały same nic upolować, więc zwróciły teraz uwagę na świeżą zdobycz leżącą na ziemi. Wilki szczerzyły kły, warczały i skradały się w stronę ludzi, którzy ponownie sięgnęli po włócznie. Walka była zażarta, lecz gdy dobiegła końca, dwa wilki leżały martwe. Jeden z ludzi padł ciężko ranny, ale reszta łowców uszła z życiem, odnosząc jedynie drobne obrażenia. Co najważniejsze, zdołali obronić zdobycz. Udane polowanie miało zapewnić klanowi przetrwanie przez nadchodzące miesiące.
Trzynaście tysięcy lat temu tropienie zwierzyny na trawiastym pogórzu dzisiejszej Montany wymagało skradania się, strategii i ogromnej sprawności. Łowcy z wczesnego holocenu korzystali również z kluczowego osiągnięcia technologicznego: grotów wykonanych z obsydianu – szkliwa wulkanicznego, z którego wprawni rzemieślnicy tworzyli ostrza o krawędziach ostrzejszych niż stal chirurgiczna18. Zazwyczaj miały one od pięciu do dziesięciu centymetrów długości i od dwóch i pół do pięciu centymetrów szerokości. Charakteryzowały się specyficznym pocienieniem u nasady i były mocowane do kościanej nasadki, którą można było miotać za pomocą specjalnego kija zwanego atlatlem lub przytwierdzano bezpośrednio do długiej włóczni. Z obsydianu wyrabiano również noże, którymi myśliwi oprawiali teraz zabitego mamuta.
W kolejnych dniach na miejsce dotarli inni członkowie klanu, by pomóc w obróbce mięsa, skór i kości upolowanych zwierząt oraz zaopiekować się rannym myśliwym. Z czasem załadowali swoje włóki – platformy transportowe ciągnięte przez psy lub ludzi – i rozpoczęli długą wędrówkę do jesiennego obozowiska. Gdy dotarli do głównego obozu, panował w nim podniosły, ponury nastrój. Zmarł roczny chłopiec. Jego pozycja w klanie pozostaje nieznana, jednak bogato przystrojone miejsce jego pochówku zawierało setki sztuk broni i narzędzi, co sugeruje, że mógł być synem wodza lub duchowego przywódcy. Zanim grób został zapieczętowany ziemią i kamieniami, ciało i artefakty pokryto grubą warstwą pyłu z czerwonej ochry19. Do dziś grób ten pozostaje unikatem: nigdzie indziej w Ameryce Północnej badacze nie znaleźli narzędzi z tego okresu złożonych wraz ze szczątkami ludzkimi. Ta wyjątkowość, wraz z dużą liczbą artefaktów, skłoniła archeologów do dociekania, czy śmierć chłopca oznaczała coś więcej – być może był to duchowy omen lub znak, że nadszedł czas na kolejną migrację. A może po prostu w ten sposób zżyta społeczność zareagowała na dotkliwą stratę.
* * *
W 1968 roku robotnicy odkryli to miejsce pochówku na terenie prywatnego rancza rodziny Anzicków, w pobliżu miasteczka Wilsall w Montanie, około pięćdziesięciu kilometrów na północ od Livingston. Z tego powodu archeolodzy powszechnie nazywają dziecko „chłopcem z Anzick”, choć bywa on również określany mianem „chłopca Clovis”. Datowanie radiowęglowe ustaliło, że dziecko zmarło mniej więcej 10,7 tysiąca lat temu, jednak nowsze analizy, wykorzystujące dendrochronologię, przesunęły ten szacunek wstecz, do blisko 13 tysięcy lat temu20. Badania DNA zakończone w 2014 roku wykazały, że chłopiec z Anzick jest spokrewniony z rdzenną ludnością Syberii i jest przodkiem w zasadzie wszystkich rdzennych Amerykanów na półkuli zachodniej21.
Groty i inne artefakty znalezione w grobie reprezentują to, co naukowcy nazywają kulturą Clovis – terminem określającym ludy posługujące się zbliżonymi formami narzędzi kamiennych w okresie od około 12 tysięcy do 10,5 tysiąca lat temu. Nazwana na cześć stanowiska w pobliżu Clovis w Nowym Meksyku, gdzie w 1929 roku po raz pierwszy odkryto te materiały, kultura ta pozostawiła ślady od Meksyku aż po Kanadę. Materia organiczna na grotach wskazuje, że ludy Clovis polowały na mamuty włochate, bizony antyczne, konie, psowate (prawdopodobnie psy lub wilki), wielbłądy jednogarbne oraz inną, wymarłą już megafaunę, a także na mniejszą zwierzynę. Jako łowcy-zbieracze gromadzili również jadalne i lecznicze rośliny oraz wydobywali obsydian i kwarc, z których wytwarzali misternie obrobione broń i narzędzia.
Ludy posługujące się artefaktami kultury Clovis przybyły do Ameryki Północnej w późnym plejstocenie, często określanym mianem ostatniej epoki lodowcowej. W tamtym czasie ekspansja lodowców i lądolodów w poprzednich tysiącleciach obniżyła poziom morza na tyle, by powstał most lądowy przez Cieśninę Beringa, oferując potencjalną drogę migracji ludzi z Syberii do Ameryki Północnej (choć mogli oni podróżować również łodziami). Przez następne tysiąc lat klimat Ziemi zaczął się ocieplać, a lodowce się cofały, co spowodowało ponowne podniesienie poziomu mórz. W rejonie Yellowstone w końcu stopniał lądolód o grubości niemal kilometra, otwierając dostęp do obszaru obejmującego dzisiejszy Park Narodowy Yellowstone.
Chłopiec z Anzick i jego rodzina, wraz z jej potomkami, nie tylko reprezentują jednych z najwcześniejszych mieszkańców Ameryki Północnej, ale byli prawdopodobnie pierwszymi ludźmi, którzy dotarli do Yellowstone i uznali ten obszar za swoją ojczyznę. Miejsce pochówku znajduje się bowiem w promieniu stu trzydziestu kilometrów od granicy parku narodowego i niecałe czterdzieści kilometrów od rzeki Yellowstone. Stanowisko Colby, kolejna lokalizacja z epoki Clovis, leży około stu sześćdziesięciu kilometrów na wschód od Yellowstone i zawiera kości siedmiu mamutów włochatych. Archeolodzy przypuszczają, że jako łowcy-zbieracze ludy Clovis przemieszczały się po północnych Wielkich Równinach i Górach Skalistych, zapuszczając się także do Yellowstone w celach handlowych, w poszukiwaniu minerałów oraz podążając za sezonowymi migracjami dzikiej zwierzyny.
W 2007 i ponownie w 2013 roku archeolog Douglas MacDonald wraz z zespołem odnalazł groty typu Clovis w dwóch lokalizacjach w granicach parku: na południowym brzegu jeziora Yellowstone oraz wzdłuż rzeki Yellowstone w pobliżu miasteczka Gardiner w Montanie22. Odkrycia te umiejscawiają ludność kultury Clovis na terenie dzisiejszego parku co najmniej jedenaście tysięcy lat temu.
Ci starożytni przodkowie rdzennych Amerykanów byli pierwszymi ludźmi, którzy stąpali po brzegach jeziora Yellowstone i pierwszymi, którzy ujrzeli Wielki Kanion Yellowstone. Jako pierwsi podziwiali erupcje gejzeru Old Faithful, lśniące białe tarasy Mammoth Hot Springs oraz żywe barwy źródła Grand Prismatic Spring. Z tego powodu niektórzy nazywają chłopca z Anzick i jego klan „pierwszą rodziną z Yellowstone”23.
* * *
Przez przynajmniej jedenaście tysięcy lat, aż do ery osadnictwa amerykańskiego na zachodzie kontynentu w połowie XIX wieku, obecność rdzennych Amerykanów w Yellowstone była nie tylko ciągła, ale też stale się rozszerzała.
Aktualne odkrycia archeologiczne sugerują, że w najwcześniejszym okresie, mniej więcej od 10 000 r. p.n.e. do 7500 r. p.n.e., wizyty w górnym biegu rzeki Yellowstone były stosunkowo rzadkie. W miarę jak klimat się ocieplał, a lodowce cofały, rzeki wzbierały od wiosennych roztopów, ale zimy wciąż pozostawały długie, co sprawiało, że przez większą część roku tereny położone niżej były bardziej atrakcyjne pod obozowiska. Takie lokalizacje oferowały nie tylko łagodniejszy klimat, ale także łatwiejszy dostęp do bizonów antycznych, mamutów i innej megafauny późnego plejstocenu24.
Później, począwszy od około 7500 r. p.n.e. i aż do połowy XIX wieku, przodkowie rdzennych Amerykanów utrwalili wzorzec coraz intensywniejszego osadnictwa. Artefakty kultury Cody, nazwanej tak od stanowiska archeologicznego odkrytego w pobliżu Cody w stanie Wyoming, wskazują, że wczesne ludy posługujące się nowymi typami kamiennych narzędzi i broni regularnie korzystały z brzegów jeziora Yellowstone. To właśnie tam znajdują się jedne z najlepszych dowodów na nieprzerwane zamieszkiwanie tych terenów przez rdzennych mieszkańców. Naukowcy odkryli w tym rejonie wiele stanowisk archeologicznych z artefaktami datowanymi na okres od 7000 r. p.n.e. do 1800 r. n.e. Na przykład w pobliżu Fishing Bridge archeolodzy odnaleźli palenisko sprzed sześciu tysięcy lat. Stanowiska w pobliżu potoku Arnica Creek w zatoce West Thumb oraz na półwyspie Flat Mountain Arm wydatowano odpowiednio na cztery tysiące i dwa tysiące lat25. Wszystkie te miejsca noszą ślady wytwórstwa narzędzi. Rdzenni Amerykanie często odwiedzali także złoża minerałów wulkanicznych w różnych lokalizacjach, w tym Obsidian Cliff, położony tuż przy dzisiejszej drodze Grand Loop Road, między Mammoth a Basenem Gejzerów Norrisa. Ta wysokiej jakości skała była używana jako narzędzie i stanowiła przedmiot handlu w całej Ameryce Północnej.
Innym miejscem w parku o długiej historii ciągłego użytkowania i zamieszkania jest tak zwana Mummy Cave (Jaskinia Mumii), położona niecałe dwadzieścia kilometrów od wschodniego wejścia do parku. W 1962 roku badacze odkryli tam ludzki pochówek datowany na 724 r. n.e. Kopiąc głębiej, natrafili na artefakty obejmujące trzydzieści osiem różnych okresów kulturowych; ich datowanie sięga od około 9280 do 700 lat temu26.
Chociaż pewna liczba przedmiotów znalezionych w Mummy Cave sugeruje związek z ludem Szoszonów, archeolodzy zalecają ostrożność: im dalej cofamy się w czasie, tym trudniej powiązać konkretne współczesne rdzenne narody z określonymi artefaktami; dotyczy to stanowisk w całym Yellowstone i wynika z faktu, że wiele zachowanych przedmiotów starszych niż tysiąc pięćset lat – jak groty czy kamienne narzędzia – było wspólnych dla różnych populacji ludzkich na kontynencie27. Bardziej charakterystyczne formy kultury materialnej, takie jak ceramika czy materiały organiczne – odzież, kosze, a nawet ludzkie szczątki – rzadziej są odnajdywane, a to ze względu na kwasowość gleb w Yellowstone, która sprzyja stosunkowo szybkiej erozji materii organicznej.
Niemniej jednak inne rodzaje dowodów – opowieści, tradycje kulturowe, a nawet udokumentowane relacje naocznych świadków, czyli wczesnych europejskich traperów i odkrywców – potwierdzają, że co najmniej dwadzieścia siedem różnych plemion uważa Yellowstone za część swojej prastarej ojczyzny. Niektóre z tych ludów tubylczych były fizycznie obecne w tym regionie podczas ekspansji euroamerykańskiej na zachód na początku XIX wieku, podczas gdy inne, takie jak Kiowa, już dawno wyemigrowały na południowy wschód.
* * *
Choć Park Narodowy Yellowstone często przedstawia się jako „dziewiczą krainę”, był on zamieszkany przez tysiące lat. Według relacji lingwisty Williama Clarka (niespokrewnionego ze słynnym odkrywcą) na początku lat osiemdziesiątych XIX wieku wódz Wron, Żelazny Byk, narysował na ziemi okrąg i w następujący sposób opisał historyczne związki swojego ludu z krainą rzeki Yellowstone:
To jest ziemia, którą stworzył [dla] nich Wielki Duch. Piegan [Czarnych Stóp] umieścił tutaj – rzekł, wskazując punkt na linii narysowanego przez siebie kręgu – następnie Wielki Duch stworzył Siuksów, Węże [Szoszonów], Płaskogłowych [Saliszów] i wielu innych, rozmieszczając ich wokół całej ziemi. Nas Wielki Duch umieścił w samym środku świata, ponieważ jesteśmy najlepszymi ludźmi na ziemi28.
Podobne historie są obecne w tradycjach ustnych wielu innych rdzennych kultur Ameryki Północnej. Razem potwierdzają one trwałe i silne przywiązanie kulturowe rdzennych Amerykanów do Yellowstone.
Ich ciągłą obecność można również zaobserwować w sieci pradawnych, dobrze wydeptanych szlaków prowadzących do parku i biegnących przez jego teren. Z północnego wschodu wchodził do niego naród Apsáalooke (Wrony), a z południowego wschodu Szoszoni Wschodni. Z północy nadciągali Pieganie (Czarne Stopy), a z terenów położonych tuż na zachód od Gór Skalistych – Saliszowie (błędnie nazywani przez wczesnych europejskich handlarzy Płaskogłowymi), Qlispé (Pend d’Oreille) oraz Kutenajowie; wszyscy oni regularnie zapuszczali się w region górnego biegu Yellowstone, by polować i handlować. Z dalszego wschodu przybywali Czejenowie Północni, Nakota (Assiniboinowie) oraz narody Oceti Sakowin: Dakotowie i Lakotowie (Siuksowie).
Z zachodu i południowego zachodu przybywały narody Nimíipuu (Nez Perce), Liksiyu (Kajusowie), Schitsu’umsh (Coeur d’Alene), Szoszoni Lemhi oraz Bana’kwut (Bannokowie). Często wkraczając do Yellowstone przez przełęcz Targhee, grupy te podążały dawnym Szlakiem Bannock Trail przez teren dzisiejszego parku, aby dotrzeć do terenów polowań na bizony, położonych na północy lub wschodzie. Nawet plemiona takie jak Kiowa, które w latach siedemdziesiątych XIX wieku żyły daleko na południowych Wielkich Równinach, wciąż opowiadają historie wywodzące ich pochodzenie z geotermalnych rejonów górnego Yellowstone29.
Oprócz tych sezonowych mieszkańców jedno z plemion Szoszonów Górskich, Tukudika, żyło na terenie parku Yellowstone przez cały rok. Grupa ta podróżowała pieszo, używała psów do noszenia juków i ciągnięcia włók, a podstawą ich diety były owce kanadyjskie (stąd ich zanglicyzowana nazwa Sheep Eaters, Owcożercy). Jako wykwalifikowani rzemieślnicy Tukudika handlowali obsydianowymi grotami i narzędziami tnącymi, misami ze steatytu oraz innymi przedmiotami z różnymi ludami tubylczymi przemierzającymi ten region.
W dzisiejszym społeczeństwie mamy tendencję do myślenia o zamieszkaniu w kategoriach całorocznego osadnictwa w jednym miejscu. Jednak społeczności łowiecko-zbierackie zawsze były w ruchu, odbywały coroczne migracje przez tradycyjne terytoria, podążając za sezonowymi zmianami wegetacji i przemieszczaniem się dzikiej zwierzyny. Zamieszkiwanie obejmujące cały region, a nie konkretne miejsce, to wciąż zamieszkiwanie.
* * *
Ewolucja Yellowstone od prastarej ojczyzny do pierwszego na świecie parku narodowego – a z czasem symbolu narodowego – wcale nie była prosta. Jak sugeruje sam termin, park narodowy jest instytucją zrodzoną z nowoczesnego państwa narodowego. Pierwszym warunkiem jego zaistnienia był zatem podmiot polityczny zdolny do roszczenia sobie władzy nad danym terytorium. Wymóg ten został częściowo spełniony w 1776 roku, wraz z powstaniem Stanów Zjednoczonych, i dodatkowo przypieczętowany w 1788 roku przyjęciem Konstytucji USA, która zawierała klauzulę o własności (Property Clause), ustanawiającą władzę federalną nad wszystkimi gruntami i terytoriami należącymi do Stanów Zjednoczonych. Proces ten dopełniła ekspansja terytorialna kraju na zachód: kombinacja zakupów ziemi, podbojów militarnych oraz długiej serii traktatów (negocjowanych, łamanych i wielokrotnie zmienianych), w wyniku której Stany Zjednoczone zyskały władzę nad terenem, który pewnego dnia miał stać się znany jako park Yellowstone.
Transformacja Yellowstone wymagała również powstania szerokiego ruchu ochrony przyrody oraz oficjalnego „odkrycia” i wyznaczenia parku jako miejsca godnego ochrony. Kulturowo i politycznie skuteczny ruch ochrony przyrody rodził się bardzo długo i nie skupił znaczącej uwagi opinii publicznej aż do drugiej połowy XIX wieku. Co znamienne, sukces w promowaniu idei parków publicznych zależał również od pojawienia się nowej klasy myśliwych-sportowców z wyższych sfer, posiadających wystarczającą władzę, by wpływać na działania polityczne.
Jednak to eksploracja i odkrycie Yellowstone trwały najdłużej. Fakt ten może zaskakiwać, jeśli weźmie się pod uwagę jedenaście tysięcy lat obecności ludzi na tym obszarze. Niemniej jednak oficjalne odkrycie tych terenów przez Euroamerykanów nastąpiło dopiero długo po zakończeniu wojny secesyjnej, w opornym i postępującym zrywami procesie trwającym ponad pół wieku. Zadanie to komplikowały surowe normy społeczne początku XIX wieku, które sprawiały, że formalna eksploracja i odkrycie jakiegokolwiek ważnego miejsca wymagały udziału jednostek o określonej pozycji społecznej i przywileju rasowym. Relacje rdzennych Amerykanów, choć zdecydowanie najpełniejsze i najbardziej wiarygodne, nie wystarczały.
Oficjalny proces odkrywania Yellowstone rozpoczął się trzydzieści lat po uzyskaniu przez Amerykę niepodległości i około trzech lat po zakupie Luizjany, w schyłkowym okresie wyprawy Lewisa i Clarka. Zapoczątkował go jeden człowiek, gdzieś na brzegach rzeki Missouri, na terenie dzisiejszej Dakoty Północnej.
(1806–1814)
Nagi, wyczerpany i drżący z zimna po wyjściu z lodowatych wód rzeki Madison John Colter leżał ukryty pod stertą gałęzi i błota w starym żeremiu bobrów. Zerkając spomiędzy kłód, wypatrywał swoich prześladowców – grupy wojowników z plemienia Czarnych Stóp Piegan, którzy pojmali go kilka godzin wcześniej, gdy sprawdzał pułapki na bobry na północny zachód od dzisiejszego Parku Narodowego Yellowstone.
Colter wziął głęboki oddech, by uspokoić nerwy. Sierpniowe słońce zaczynało chować się za zachodnimi szczytami Gór Skalistych. Gdy adrenalina opadła, Colter dotkliwiej poczuł pulsujący ból w posiniaczonych i zakrwawionych stopach. Jeśli zdoła przetrwać do zmroku, być może pod osłoną nocy pojawi się szansa na ocalenie. Ułożył się wygodniej i czekał.
* * *
W wieku trzydziestu trzech lat Colter osiągnął już więcej niż większość ludzi przez całe życie. Jako członek ekspedycji Lewisa i Clarka był jednym z pierwszych obywateli amerykańskich, którzy ujrzeli Góry Skaliste, przekroczyli wododział kontynentalny Ameryki i dotarli drogą lądową do Pacyfiku. Zaledwie pięć lat wcześniej został zwerbowany przez Williama Clarka jako jeden z „dziewięciu młodych ludzi z Kentucky” do służby pośród trzydziestu trzech stałych członków osławionego Korpusu Odkrywców. Szeregowy Colter zaliczył na początku kilka wpadek, które skończyły się dyscyplinarną karą za pijaństwo; został jednak wybrany, głównie ze względu na jego talent do tropienia i polowania, a resztę służby pełnił już z wyróżnieniem.
Trzy lata po jej początku, w 1806 roku, ekspedycja dotarła do ostatniego etapu podróży powrotnej. Podczas odpoczynku w wioskach plemion Hidatsa i Mandan, położonych nad brzegami rzeki Missouri, na terenie dzisiejszej Dakoty Północnej, Colter zwrócił się do swoich dowódców z nieoczekiwaną prośbą. Spotkawszy dwóch niezależnych traperów, którzy szukali przewodnika, z którym wyruszyliby w górę rzeki, poprosił o pozwolenie na opuszczenie korpusu, by dołączyć do nich i szukać szczęścia w handlu futrami.
Lewis i Clark wyrazili zgodę i ruszyli do Saint Louis, podczas gdy Colter ponownie skierował się na zachód. W ciągu zaledwie kilku tygodni traperzy poróżnili się i rozstali. Colter nie polował już na bobrze skóry, zamiast tego dokonał czegoś niezwykłego: przez następne osiem miesięcy podróżował samotnie, badając górne biegi rzek Yellowstone i Bighorn. Wędrówka zaprowadziła go w głąb płaskowyżu Yellowstone, co sprawiło, że stał się pierwszym Amerykaninem, który na własne oczy ujrzał wrzące źródła, bulgoczące błotne sadzawki i monumentalne gejzery krainy Yellowstone.
* * *
Historycy od dawna spierają się o dokładny czas trwania i trasę wyprawy Coltera. Ponieważ podróżnik nie pozostawił po sobie żadnych pisemnych relacji, jesteśmy skazani na przekazy z drugiej ręki, dostarczające jedynie intrygujących poszlak.
Przez ponad sto lat dominował pogląd, że Colter odbył swoją podróż między 1807 a 1808 rokiem i że był nie tylko pierwszym białym człowiekiem, który ujrzał Yellowstone, ale także pierwszym, który dotarł do doliny Jackson Hole i zobaczył pasmo gór Teton. Jednak w ostatnich latach historycy Ronald Anglin i Larry Morris przedstawili przekonującą alternatywną interpretację tych wydarzeń. Biorąc pod uwagę ograniczenia, jakie narzucała zima, oraz kontekst jego późniejszych podróży, badacze ci twierdzą, że wyprawa Coltera miała miejsce na przełomie lat 1806 i 1807, a jej punkt startowy znajdował się prawdopodobnie w pobliżu Pryor Gap, na południe od dzisiejszego miasta Billings w stanie Montana30. Stamtąd Colter udał się nad rzekę Clarks Fork, dopływ Yellowstone, i podążył w górę jej nurtu aż do źródeł, po czym przeprawił się przez miejsce znane dziś jako Przełęcz Coltera, w pobliżu Cooke City. Dalej ruszył z biegiem potoku Soda Creek, wkraczając na teren, który w przyszłości miał stać się Parkiem Narodowym Yellowstone. Stamtąd udał się w dół rzeki Lamar, aż do jej ujścia do rzeki Yellowstone. Przeprawiwszy się przez rzekę starym brodem na Szlaku Bannock Trail w pobliżu wodospadu Tower, kontynuował wędrówkę zachodnim brzegiem, pokonał Przełęcz Dunraven i ponownie dotarł do rzeki, idąc przez Dolinę Haydena aż do jeziora Yellowstone. Okrążając je od zachodu, zobaczył gejzery i gorące źródła w West Thumb, a następnie udał się w górę rzeki Yellowstone, aż na płaskowyż Two Ocean.
Z tego miejsca Colter prawdopodobnie ruszył na południe do jeziora Brooks, a potem szedł z biegiem rzeki Wind w okolice dzisiejszego Dubois w stanie Wyoming, gdzie mógł spędzić zimę w obozowisku plemienia Wron. Późną wiosną 1807 roku wznowił podróż na północ wzdłuż rzeki Shoshone, w kierunku dzisiejszego Cody. Przekroczył rzekę w pobliżu miejsca zwanego później Piekłem Coltera – odcinka, na którym niegdyś aktywne gorące źródła i wyziewy pary wypełniały powietrze wyjątkowo gryzącym siarkowym zapachem. Po trawersie góry Heart Mountain Colter ponownie dotarł do rzeki Clarks Fork, która doprowadziła go z powrotem do Pryor Gap i umożliwiła powrót po własnych śladach aż do rzeki Missouri.
* * *
Zakończywszy lądową eksplorację Yellowstone, Colter uznał, że nadszedł wreszcie czas na powrót do cywilizacji. Chciał wrócić do Saint Louis, zobaczyć swojego synka, podzielić się nową wiedzą geograficzną z Williamem Clarkiem i odebrać zaległy żołd za służbę w Korpusie Odkrywców od Meriwethera Lewisa, pełniącego teraz funkcję gubernatora terytorialnego Luizjany. Dni traperskiej włóczęgi po Zachodzie miał już za sobą. Nadeszła pora, by zamknąć ten rozdział i rozpocząć nowe życie.
I tak, gdy wiosna 1807 roku ustępowała miejsca latu, Colter znów wiosłował w dół rzeki Missouri. Jednak u ujścia rzeki Platte, w pobliżu dzisiejszej granicy stanów Nebraska i Iowa, natknął się na grupę czterdziestu lub pięćdziesięciu białych mężczyzn płynących w górę rzeki na łodziach kilowych. Grupa ta, dowodzona przez przedsiębiorcę Manuela Lisę – przyszłego założyciela Kompanii Futrzarskiej Missouri – zamierzała zbudować sieć fortów handlowych wzdłuż rzek Missouri i Yellowstone. Co ważniejsze dla Coltera, w skład ekipy wchodziło kilku jego dawnych towarzyszy z Korpusu Odkrywców, w tym George Drouillard i John Potts. Otrzymawszy od Lisy propozycję dołączenia do ekspedycji, Colter porzucił myśl o powrocie do domu i postanowił dać traperstwu jeszcze jedną szansę. Być może tym razem uda mu się zbić fortunę, myślał.
U zbiegu rzek Yellowstone i Bighorn Lisa rozkazał swoim ludziom wznieść Fort Raymond. W grudniu 1807 roku wysłał kilku traperów, w tym Coltera, by zachęcili pobliskie plemiona do handlu. Podróżując samotnie i pokonując ponad osiemset kilometrów, Colter nawiązał kontakt z wieloma obozowiskami plemienia Wron i Saliszów, ostatecznie przekonując około ośmiuset osób, by towarzyszyły mu w drodze powrotnej do fortu. Wiosną 1808 roku, gdy grupa przemieszczała się przez rejon Three Forks (Trzy Rozwidlenia), została zaatakowana przez znacznie liczniejszy oddział wojowników Czarnych Stóp Piegan. Podczas bitwy Colter odniósł ranę nogi. Nie mógł stać, ale skutecznie wykorzystywał swoje umiejętności strzeleckie, prowadząc ogień z ziemi, czym zyskał szacunek i uznanie swoich plemiennych towarzyszy. Choć walka pociągnęła za sobą ciężkie straty po obu stronach, Wrony i Saliszowie zdołali ostatecznie odeprzeć Piegan i wraz z Colterem ruszyli dalej do Fortu Raymond31.
Czekając w forcie na wygojenie nogi, Colter spotkał się z Pottsem i zaczął snuć plany nowej wyprawy łowieckiej. Obaj wiedzieli, gdzie populacja bobrów będzie szczególnie liczna: na północny zachód od dzisiejszego Parku Narodowego Yellowstone, w pobliżu rozwidlenia Three Forks na rzece Missouri. Mimo niedawnych starć z Czarnymi Stopami na tym właśnie obszarze – i wbrew zdrowemu rozsądkowi – Colter zgodził się wyruszyć z Pottsem późnym latem 1808 roku. Być może tym razem będzie inaczej.
* * *
Może nieco zaskakiwać, że dwóch tak zaprawionych w bojach myśliwych jak John Colter i John Potts – obaj byli weteranami ekspedycji Lewisa i Clarka – dało się zaskoczyć licznemu oddziałowi jeźdźców. Gdy dryfowali w swoich kanoe na jednej z odnóg rzeki Jefferson, sprawdzając i przygotowując pułapki, Colter usłyszał dudnienie zbliżających się intruzów i ponaglił Pottsa, by się ukrył. Ten jednak zignorował ostrzeżenie, upierając się, że to tylko stado bizonów. W ciągu kilku chwil zostali otoczeni przez liczącą setki wojowników grupę myśliwych Czarnych Stóp.
Przywódcy grupy napięli łuki i nakazali Colterowi i Pottsowi przybić do brzegu. Nie mieli wielkiego wyboru, jak tylko posłuchać, choć obaj wiedzieli, że prawdopodobnie oznacza to powolną i okrutną śmierć w męczarniach. Colter posłusznie powiosłował do brzegu rzeki, gdzie natychmiast zabrano mu broń i rozebrano do naga. Zawołał do przyjaciela, by do niego dołączył, ale Potts się wahał. Rozważając możliwości, uznał widocznie, że woli szybką śmierć niż to, co miało spotkać Coltera. Tymczasem jeden z niecierpliwych wojowników wypuścił strzałę, trafiając Pottsa w biodro i przewracając go z powrotem do kanoe. Z trudem podnosząc się na nogi, Potts przyłożył strzelbę do ramienia i wystrzelił, zabijając myśliwego stojącego na brzegu. W ułamku sekundy, pośród okrzyków wściekłości, grad strzał przeszył ciało Pottsa. Czarne Stopy wbiegły do wody i rzuciły się na jego łódź. Wyciągnęli szamoczące się ciało na brzeg, poćwiartowali je nożami i tomahawkami.
Colter patrzył z mieszaniną strachu i obrzydzenia, jak wojownicy ciskają fragmentami wnętrzności jego przyjaciela mu w twarz. Gdy skończyli z Pottsem, kilku wściekłych mężczyzn ruszyło z nożami na Coltera, lecz wtedy inni interweniowali, powstrzymując ich. Colter stał nagi, przestraszony i bezbronny. Zauważył, że starszyzna jest pogrążona w głębokiej dyskusji. Nie znał języka Czarnych Stóp, ale wiedział, że decydują o jego losie. Chwilę później jeden z wodzów podszedł, by się do niego zwrócić.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Wstęp
Część I. Fundamenty
1. Dzień, w którym Ziemia krzyknęła
2. Ojczyzna
Część II. Wyprawy i odkrycia
3. Na własne oczy
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
Epigraf
Meritum publikacji
