Wydawca: Pascal Kategoria: Styl życia Język: polski Rok wydania: 2017

Wyzwalacz szczęścia. Poradnik jak wychować szczęsliwe dziecko ebook

Alexia Barrable   Dr Jennifer Barnett  

4 (2)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 196

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Wyzwalacz szczęścia. Poradnik jak wychować szczęsliwe dziecko - Alexia Barrable, Dr Jennifer Barnett

Szczęście nie przytrafia się ot tak. Tylko my sami możemy je stworzyć... dla siebie i naszych dzieci Szczęście to nawyk, którego da się nauczyć! Wyzwalacz szczęścia pokaże ci, jak w dziesięciu prostych krokach uczynić z twojego dziecka optymistę. Uśmiech, wdzięczność, śpiewanie, dotyk, kontakt z naturą, medytacja - trywialne? Nieprawda! Czasem proste rozwiązania są najlepsze. Jak wywołać uśmiech na twarzy marudy? Jak nie utonąć w zabawkach? Jak wypracować rodzinne rytuały (dzień pierwszych lodów, piątkowa pizza)? Jak zmienić negatywne podejście do przedszkola lub szkoły? Jak przygotować dziecko na pojawienie się młodszego rodzeństwa? Jak korzystać ze skandynawskich sposobów na wychowanie?

 

Opinie o ebooku Wyzwalacz szczęścia. Poradnik jak wychować szczęsliwe dziecko - Alexia Barrable, Dr Jennifer Barnett

Fragment ebooka Wyzwalacz szczęścia. Poradnik jak wychować szczęsliwe dziecko - Alexia Barrable, Dr Jennifer Barnett

Ty­tuł ory­gi­nal­ny: Gro­ving up hap­py: ten pro­ven ways to in­cre­ase your chil­dren hap­pi­ness and wel­l­be­ing

Au­to­rzy: Ale­xia Bar­ra­ble, Dr Jen­ni­fer Bar­nett

Tłu­ma­cze­nie: Ka­ta­rzy­na Bień­kow­ska

Re­dak­cja: Ewa Le­wan­dow­ska

Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Zio­ła-Ze­mczak

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Anna Jam­róz

Skład i ma­kie­ta: IMK

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Ka­ta­rzy­na Ko­cur

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

Co­py­ri­ght © Ale­xia Bar­ra­ble and Jen­ni­fer Bar­nett, 2016

All ri­ghts re­se­rved.

Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion © Wy­daw­nic­two Pas­cal 2017

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, za wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2017

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­cal@pas­cal.pl, www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-073-1

Przygotowanie eBooka: Jarosław Jabłoński

ALE­XIA BAR­RA­BLE jest na­uczy­ciel­ką edu­ka­cji wcze­snosz­kol­nej, z pa­sją wy­ko­rzy­stu­ją­cą ba­da­nia na­uko­we, za­rów­no w pra­cy, jak i w domu. Za­in­spi­ro­wa­na wciąż roz­wi­ja­ją­cą się psy­cho­lo­gią po­zy­tywną, do po­mo­cy w na­pi­sa­niu tej książ­ki za­an­ga­żo­wa­ła dok­tor Jen­ny Bar­nett – neu­ro­nau­kow­ca, a za­ra­zem swo­ją przy­ja­ciół­kę.

Ale­xia do­ra­sta­ła w Gre­cji i Wiel­kiej Bry­ta­nii. Pra­co­wa­ła jako na­uczy­ciel­ka w pry­wat­nych lon­dyń­skich pod­sta­wów­kach, po czym wró­ci­ła do Gre­cji, gdzie uczy w szko­łach mię­dzy­na­ro­do­wych. Wy­kła­da też na wy­dzia­le pe­da­go­gi­ki w ateń­skiej fi­lii Uni­wer­sy­te­tu Dun­dee. Ale­xia miesz­ka w gó­rach, nie­da­le­ko Aten, wraz z mę­żem – rów­nież na­uczy­cie­lem, dwo­ma sy­na­mi i czte­re­ma psa­mi.

DR JEN­NY BAR­NETT jest neu­ro­nau­kow­cem i cie­ka­wi ją za­sto­so­wa­nie nauk ko­gni­tyw­nych do roz­wią­zy­wa­nia prak­tycz­nych pro­ble­mów. Stu­dio­wa­ła na trzech uni­wer­sy­te­tach: oks­fordz­kim, Cam­brid­ge i Ha­rvar­da, jest pro­fe­so­rem nad­zwy­czaj­nym na sta­no­wi­sku ba­daw­czym na Uni­wer­sy­te­cie Cam­brid­ge, a tak­że współ­au­tor­ką po­nad pięć­dzie­się­ciu prac na­uko­wych do­ty­czą­cych przy­czyn szczę­ścia i cho­rób umy­sło­wych.

Dla trzech męż­czyzn mo­je­go ży­cia: Dun­ca­na, Jo­ego i Oli­ve­ra. Je­ste­ście moim słoń­cem.

A.B.

Dla wszyst­kich cu­dow­nych przy­ja­ciół, któ­rzy nie tyl­ko wspa­nia­le so­bie ra­dzą, wy­cho­wu­jąc szczę­śli­we, twór­cze, miłe, my­ślą­ce i ra­do­sne dzie­ci – ale od cza­su do cza­su tak­że mi je po­ży­cza­ją.

J.B.

Podziękowania

Ta książ­ka nie po­wsta­ła­by bez cu­dow­nej gru­py osób, któ­re nam po­ma­ga­ły na róż­nych eta­pach. Mówi się, że trze­ba ca­łej wio­ski, żeby wy­cho­wać dziec­ko – mam wra­że­nie, że to samo do­ty­czy rów­nież ksią­żek. A więc ogrom­nie dzię­ku­ję ca­łej na­szej wio­sce.

Je­ste­śmy z Jen­ny bez­gra­nicz­nie wdzięcz­ne wszyst­kim tym, któ­rzy od po­cząt­ku pod­chwy­ci­li nasz po­mysł i po­mo­gli nam uwie­rzyć, że uda się go zre­ali­zo­wać. Przy­ja­ciół­kom, ale tak­że cen­nym kry­ty­kom: Ma­riet­cie Pa­pa­da­tou-Pa­stou, Cor­de­lii Mad­dem, Pho­ebe Vay­anau i An­nie To­ulo­uma­kos. Moim ko­le­żan­kom z pra­cy, od któ­rych na­uczy­łam się wła­ści­wie wszyst­kie­go, co wiem o na­ucza­niu: Judi Ko­ra­ka­ki, Ta­rze Cal­low, Ju­lie Cha­li­kio­po­ulou i Sal­ly-Ann Mor­ris. Wszyst­kim mat­kom i oj­com, któ­rzy uważ­nie słu­cha­li, dzie­li­li się swo­imi do­świad­cze­nia­mi i da­wa­li nam rady, ale tak­że przez cały czas sta­no­wi­li po pro­stu źró­dło in­spi­ra­cji. Fa­ce­bo­oko­wej gru­pie Cu­dzo­ziem­skie mat­ki i przy­szłe mat­ki w Ate­nach (Fo­re­ign Mo­thers and Mo­thers-to-be in Athens), bę­dą­cej nie­wy­czer­pa­nym źró­dłem po­rad i wspar­cia. Mo­jej ma­mie i mo­je­mu ta­cie za cu­dow­ne dzie­ciń­stwo i szczę­śli­we wspo­mnie­nia. Sła­wie Ko­wa­lik, któ­ra po­ma­ga­ła mi w opie­ce nad moją dwój­ką na ostat­nim eta­pie pi­sa­nia tej książ­ki. I oczy­wi­ście szko­łom, w któ­rych pra­co­wa­łam – tym, gdzie dzie­ci na­praw­dę do­ra­sta­ją szczę­śli­wie!

Wresz­cie naj­więk­sze po­dzię­ko­wa­nia na­le­żą się mo­jej ro­dzi­nie: mo­je­mu mę­żo­wi Dun­ca­no­wi, mo­jej opo­ce i naj­wier­niej­sze­mu ki­bi­co­wi. Moim sy­nom, Jo­emu i Oli­ve­ro­wi, któ­rzy wnie­śli w na­sze ży­cie naj­wię­cej szczę­ścia i któ­rzy cier­pli­wie (i z ra­do­ścią) zno­si­li eks­pe­ry­men­ty z tymi wszyst­ki­mi po­my­sła­mi na szczę­ście, któ­re na nich wy­pró­bo­wy­wa­łam!

Dok­tor Jen­ny Bar­nett jest moją przy­ja­ciół­ką od dwu­dzie­stu lat i z en­tu­zja­zmem po­dej­mu­je więk­szość zwa­rio­wa­nych wy­zwań, któ­re jej pro­po­nu­ję. Na­sza współ­pra­ca przy pi­sa­niu tej książ­ki jesz­cze wzmoc­ni­ła na­szą przy­jaźń i już pla­nu­je­my ko­lej­ną wspól­ną przy­go­dę!

Ale­xia Bar­ra­ble, paź­dzier­nik 2015

Przedmowa

Dr Ali­ce Cal­la­gan, au­tor­ka The Scien­ce of Mom

(Na­uka dla mam)

Tydzień temu wy­bra­ły­śmy się z moją pię­cio­let­nią cór­ką Cee na po­po­łu­dnio­wy spa­cer. Nie­daw­no opa­no­wa­ła jaz­dę na dwu­ko­ło­wym ro­we­rze i te­raz ko­rzy­sta z każ­dej oka­zji, żeby na nim po­sza­leć. A ja się cie­szę, że mogę biec obok niej i też za­znać tro­chę ru­chu na świe­żym po­wie­trzu. Wła­śnie koń­czył się in­ten­syw­ny świą­tecz­ny okres od­wie­dza­nia krew­nych i po­dró­żo­wa­nia, i był to do­sko­na­ły mo­ment na to, by spę­dzić tro­chę cza­su tyl­ko we dwie. Wy­da­wa­ło mi się, że tego wła­śnie nam trze­ba.

Tyle że ten nasz go­dzin­ny wy­pad oka­zał się zu­peł­nie nie­uda­ny. Cee cią­gle mia­ła ja­kieś po­wo­dy do ma­ru­dze­nia: wy­bo­ista uli­ca, zim­no, za­sa­dy bez­pie­czeń­stwa, to, że szłam za wol­no, a kil­ka mi­nut póź­niej – za szyb­ko. Sta­ra­łam się nie tra­cić po­go­dy du­cha, stwier­dzi­łam jed­nak, że nie zdo­łam po­pra­wić jej hu­mo­ru. Zu­peł­nie jak­by się za­wzię­ła, żeby tam­te­go po­po­łu­dnia być nie­szczę­śli­wa.

Wie­czo­rem, kie­dy już po­ło­ży­łam Cee i jej młod­sze­go bra­cisz­ka do łó­żek, za­czę­łam czy­tać Wy­zwa­lacz szczę­ścia. Na pierw­szej stro­nie na­tra­fi­łam na myśl, któ­ra za­in­spi­ro­wa­ła Ale­xię Bar­ra­ble i Jen­ny Bar­nett do na­pi­sa­nia tej książ­ki: w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku, tym, cze­go my, ro­dzi­ce, naj­bar­dziej pra­gnie­my dla na­szych dzie­ci jest to, by były szczę­śli­we.

Tak! Te sło­wa wy­da­ły mi się bar­dzo praw­dzi­we, zwłasz­cza po moim po­po­łu­dnio­wym do­świad­cze­niu z Cee. Naj­bar­dziej pra­gnę­łam, żeby Cee mo­gła prze­żyć każ­dy dzień z ra­do­ścią w ser­cu. W cza­sie tam­tej prze­jażdż­ki ro­we­ro­wej mia­łam na­dzie­ję, że bę­dzie się cie­szyć z siły swo­ich nóg, a nie ję­czeć, że jest zmę­czo­na. Ufa­łam, że do­strze­że pięk­no w sre­brzy­stej sza­ro­ści po­po­łu­dnia, za­miast na­rze­kać na zim­no. I że bę­dzie wdzięcz­na za to na­sze wspól­ne wyj­ście, a nie na­bur­mu­szo­na z po­wo­du mo­ich za­sad.

Jak wie­dzą wszy­scy ro­dzi­ce, na­sze dzie­ci ni­g­dy nie będą szczę­śli­we przez cały czas, i je­śli po­sta­wi­my so­bie to za cel, z pew­no­ścią po­pad­nie­my we fru­stra­cję. Wszy­scy mamy ta­kie dni, kie­dy czu­je­my, że nic nam się nie ukła­da. Tam­te­go po­po­łu­dnia po­zwo­li­łam Cee na te jej hu­mo­ry, ale kie­dy już za­snę­ła, za­in­spi­ro­wa­na lek­tu­rą za­czę­łam my­śleć, w jaki spo­sób mo­gli­by­śmy le­piej pie­lę­gno­wać szczę­ście w na­szej ro­dzi­nie. Książ­ka Wy­zwa­lacz szczę­ścia tra­fi­ła w moje ręce aku­rat w od­po­wied­nim mo­men­cie.

Ta książ­ka uczy nas, że szczę­ście nie przy­tra­fia się ot tak. To nie jest coś, na co moż­na cze­kać bez­czyn­nie, jak na przy­chyl­ne zrzą­dze­nie losu czy ład­ną po­go­dę. To coś, co mo­że­my sami stwo­rzyć dla sie­bie i na­szych dzie­ci. A co jesz­cze waż­niej­sze, mo­że­my je na­uczyć – głów­nie świe­cąc im przy­kła­dem – jak mogą stwo­rzyć swo­je wła­sne szczę­ście, ob­da­rzyć na­sze dzie­ci umie­jęt­no­ścią, któ­ra bę­dzie im słu­żyć przez całe ży­cie.

Na pierw­szy rzut oka pra­gnie­nie, żeby były po pro­stu szczę­śli­we, może wy­da­wać się nie­co płyt­kie. Od­ru­cho­wo wy­obra­ża­my so­bie dziec­ko, któ­re do­sta­je każ­dą za­baw­kę czy sma­ko­łyk, ja­kich się do­ma­ga, albo spę­dza ży­cie na cią­głej za­ba­wie. Wie­my z wła­sne­go do­świad­cze­nia, że wię­cej rze­czy nie­ko­niecz­nie ozna­cza wię­cej szczę­ścia, a do­bra za­ba­wa w rów­nym stop­niu wy­ni­ka z na­sze­go na­sta­wie­nia, co z oko­licz­no­ści.

Na pod­sta­wie lek­tu­ry Wy­zwa­lacz szczę­ścia prze­ko­nu­je­my się, że te same rze­czy, któ­re spra­wia­ją, że lu­dzie są szczę­śliw­si, czy­nią ich tak­że lep­szy­mi oby­wa­te­la­mi świa­ta, a je­śli tego wła­śnie chce­my dla na­szych dzie­ci, by­naj­mniej nie jest to płyt­kie pra­gnie­nie. Wy­ra­ża­nie wdzięcz­no­ści, zna­le­zie­nie sen­sow­ne­go za­ję­cia, po­ma­ga­nie in­nym, pie­lę­gno­wa­nie uważ­no­ści – to wszyst­ko przy­kła­dy dzia­łań, któ­re dają in­dy­wi­du­al­ne szczę­ście, ale tak­że pro­mie­niu­ją da­lej, spra­wia­jąc, że świat wo­kół nas sta­je się lep­szy. Z cza­sem mogą się one prze­ro­dzić w na­wy­ki na całe ży­cie, stać się „spo­so­bem by­cia”, któ­ry po­mo­że na­szym dzie­ciom uod­por­nić się na tru­dy i roz­cza­ro­wa­nia, a co za tym idzie, żyć na­praw­dę szczę­śli­wie – na­wet kie­dy nie będą już miesz­kać z nami pod jed­nym da­chem.

Au­tor­ki Wy­zwa­la­cza szczę­ścia od­da­ły ogrom­ną przy­słu­gę ro­dzi­com i na­uczy­cie­lom, do­ko­nu­jąc prze­glą­du ba­dań na­uko­wych do­ty­czą­cych szczę­ścia i wy­łu­sku­jąc opar­te na do­wo­dach stra­te­gie zwięk­sze­nia jego od­czu­wa­nia. Ta książ­ka to praw­dzi­wy skar­biec po­par­tych ba­da­nia­mi na­uko­wy­mi – i prze­te­sto­wa­nych przez jed­ną z au­to­rek w kla­sie i w domu – po­my­słów do sa­mo­dziel­ne­go wy­pró­bo­wa­nia z wa­szy­mi dzieć­mi i stwier­dze­nia, co naj­le­piej się spraw­dza w wa­szym przy­pad­ku.

W co­dzien­nej opie­ce nad dzieć­mi bar­dzo wie­le cza­su po­chła­nia­ją czyn­no­ści, któ­re mogą się nam wy­da­wać przy­ziem­ne. Nie­usta­ją­ca ru­ty­na prze­wi­ja­nia i ubie­ra­nia, go­to­wa­nia i sprzą­ta­nia, za­ba­wy i ką­pa­nia, bu­dze­nia i usy­pia­nia. Ile szczę­ścia mo­że­my tchnąć w te czyn­no­ści?

Za­in­spi­ro­wa­na tą książ­ką za­czę­łam od sku­pie­nia się na kil­ku ma­łych, ale waż­nych chwi­lach dnia. Pil­nu­ję, że­by­śmy każ­dy dzień za­czy­na­li od ra­do­sne­go po­wi­ta­nia, więc kie­dy dzie­ci bu­dzą mnie rano (za­wsze zbyt wcześ­nie!), pa­mię­tam o tym, żeby je przy­tu­lić, po­ca­ło­wać i po­wie­dzieć im parę cie­płych słów. Cała na­sza ro­dzi­na lubi też mo­ment przed roz­po­czę­ciem wie­czor­ne­go po­sił­ku, kie­dy za­sta­na­wia­my się, za co mo­że­my być wdzięcz­ni. A pod ko­niec dnia, kie­dy tulę Cee do snu, jako sta­ły punkt wpro­wa­dzam wspo­mi­na­nie na­szej ulu­bio­nej czę­ści dnia, żeby w ten spo­sób po­now­nie czer­pać z niej szczęś­cie i przed za­śnię­ciem my­śleć o czymś przy­jem­nym.

W Wy­zwa­la­czu szczę­ścia jest znacz­nie wię­cej po­my­słów, któ­re za­mie­rzam wy­pró­bo­wać z mo­imi dzieć­mi. Ta książ­ka uczy nas, że drob­ne uczyn­ki i małe na­wy­ki mogą w zna­czą­cy spo­sób przy­czy­nić się do szczę­śli­we­go dnia – i szczę­śli­we­go dzie­ciń­stwa.

Wstęp

Gdy poczujesz szczę­ścia smak…

Szczę­ście jest sen­sem i ce­lem ży­cia, całą isto­tą i kre­sem ludz­kiej eg­zy­sten­cji.

Ary­sto­te­les

Na­sze szczę­ście za­le­ży od nas sa­mych.

Ary­sto­te­les

Jak korzystać z tej książki

To nie jest pod­ręcz­nik wy­cho­wa­nia. Ta książ­ka nie po­wie wam, jak być do­sko­na­łym ro­dzi­cem ani jak wy­cho­wać ide­al­ne dzie­ci, po­win­na na­to­miast pod­su­nąć wam pew­ne po­my­sły, jak spra­wić, by dni spę­dza­ne z dzieć­mi były przy­jem­niej­sze, bar­dziej zna­czą­ce, a co za tym idzie – szczę­śliw­sze. To wni­kli­we spoj­rze­nie na to, co spra­wia, że dzie­ci są szczę­śli­we, a tak­że do­głęb­na ana­li­za, jak naj­le­piej wy­ko­rzy­stać w prak­ty­ce to, co spraw­dza się w teo­rii. Jest to tak­że za­pis mo­ich kil­ku­let­nich sta­rań, by wcie­lić w ży­cie na­wy­ki szczę­ścia, za­rów­no w mo­jej kla­sie, jak i w domu. Na pod­sta­wie tych do­świad­czeń mogę wam wy­ja­wić je­den po­ży­tecz­ny sku­tek ubocz­ny sto­so­wa­nia tych tech­nik: ko­rzy­sta na tym cała ro­dzi­na. Szczę­ście jest za­raź­li­we!

Ta książ­ka nie zo­sta­ła po­my­śla­na tak, by ją czy­tać od po­cząt­ku do koń­ca za jed­nym po­sie­dze­niem. Jest prze­zna­czo­na dla za­ję­tych ro­dzi­ców ma­łych dzie­ci, któ­rzy nie mogą so­bie po­zwo­lić na luk­sus dłu­gie­go nie­prze­rwa­ne­go czy­ta­nia. Się­gaj­cie po nią i od­kła­daj­cie ją tak, jak wam pa­su­je, otwórz­cie ją na jed­nym roz­dzia­le, a ko­lej­ny po­miń­cie, je­śli chce­cie: nie ma po­praw­ne­go spo­so­bu jej czy­ta­nia ani też kon­kret­ne­go po­rząd­ku, w ja­kim na­le­ży to ro­bić. Czy­taj­cie na wy­ryw­ki, wy­pró­bo­wuj­cie róż­ne po­my­sły i spraw­dzaj­cie, w jaki spo­sób mogą one za­dzia­łać w wa­szej ro­dzi­nie.

Każ­dy roz­dział zo­stał po­dzie­lo­ny na czę­ści. Naj­pierw krót­ko przed­sta­wia­my dany na­wyk szczę­ścia, a na­stęp­nie przy­glą­da­my się ba­da­niom na­uko­wym po­twier­dza­ją­cym ten po­mysł. Da­lej znaj­dzie­cie dwie prak­tycz­ne czę­ści opi­su­ją­ce, w jaki spo­sób wy­ko­rzy­sta­łam te na­wy­ki w prak­ty­ce: w moim ży­ciu za­wo­do­wym, jako na­uczy­ciel­ka, a tak­że w domu, z mo­imi dzieć­mi. Za­miesz­czam rów­nież spo­strze­że­nia ma­tek bar­dziej do­świad­czo­nych ode mnie: czę­sto naj­cen­niej­szym źró­dłem prak­tycz­nych roz­wią­zań w moim ży­ciu są mat­ki wy­prze­dza­ją­ce mnie w grze zwa­nej wy­cho­wa­niem, któ­re do­ko­na­ły tego wszyst­kie­go przede mną! Na koń­cu więk­szo­ści z roz­dzia­łów su­ge­ru­ję kil­ka spo­so­bów na wy­ko­rzy­sta­nie tech­no­lo­gii, żeby wpro­wa­dzić na­wy­ki szczę­ścia w wa­szym ży­ciu. Je­śli je­ste­ście dum­ny­mi ro­dzi­ca­mi nie­co star­szych dzie­ci, może się oka­zać, że te su­ge­stie uła­twią wam prze­ko­na­nie ich do na­szych po­my­słów.

Po­mysł

Po­mysł na tę książ­kę przy­szedł mi do gło­wy za­nim uro­dzi­łam pierw­sze dziec­ko. Per­spek­ty­wa zbli­ża­ją­ce­go się ma­cie­rzyń­stwa za­chwy­ca­ła mnie i prze­ra­ża­ła – czę­sto w rów­nym stop­niu – a ja za­sta­na­wia­łam się wte­dy, cze­go pra­gnę dla mo­ich przy­szłych dzie­ci. Ja­kie są moje aspi­ra­cje w związ­ku z nimi? Jako do­świad­czo­na pra­cow­ni­ca oświa­ty wie­lo­krot­nie sły­sza­łam ro­dzi­ców mó­wią­cych o tym, cze­go pra­gną dla swo­ich dzie­ci. Mia­łam wra­że­nie, że lu­dzie mają ude­rza­ją­co róż­no­rod­ne, a jed­no­cze­śnie nie­wia­ry­god­nie po­dob­ne aspi­ra­cje zwią­za­ne z wła­sny­mi dzieć­mi. W grun­cie rze­czy, gdy do­trzeć do sed­na ich pra­gnień, to, cze­go wszy­scy chcą dla swo­ich dzie­ci, moż­na pod­su­mo­wać jed­nym sło­wem: szczę­ście. I ja tak­że do­szłam do wnio­sku, że naj­bar­dziej za­le­ży mi wła­śnie na tym, by moje przy­szłe dzie­ci po­tra­fi­ły być szczę­śli­we. Nie tyl­ko do­brze się ba­wić, cho­ciaż to tak­że może sta­no­wić cel wart za­cho­du, ale od­czu­wać szczę­ście w głęb­szym, bar­dziej zna­czą­cym i peł­niej­szym sen­sie.

W tym sa­mym cza­sie wiel­ką po­pu­lar­no­ścią za­czę­ła się cie­szyć na­uka o szczę­ściu i do­brym sa­mo­po­czu­ciu, czę­sto na­zy­wa­na „psy­cho­lo­gią po­zy­tyw­ną”. Obec­nie set­ki na­ukow­ców pod wo­dzą Mar­ti­na Se­lig­ma­na pro­wa­dzą ba­da­nia nad ulot­ną nie­gdyś dzie­dzi­ną szczę­ścia. Do­wia­du­ją się wie­lu cie­ka­wych rze­czy do­ty­czą­cych przed­mio­tu swych ba­dań, cza­sem ich od­kry­cia po­twier­dza­ją to, co pod­po­wia­da zdro­wy roz­są­dek czy mą­drość lu­do­wa, kie­dy in­dziej jed­nak do­cho­dzą do do­syć za­ska­ku­ją­cych i sprzecz­nych z in­tu­icją wnio­sków.

Za­wsze by­łam zwo­len­nicz­ką prak­tycz­nych roz­wią­zań opar­tych na ba­da­niach na­uko­wych, rów­nież w dzie­dzi­nie edu­ka­cji. W tam­tym cza­sie pra­co­wa­łam na peł­ny etat jako na­uczy­ciel­ka i mia­łam po­czu­cie, że to praw­dzi­wa oka­zja, by sko­rzy­stać z tych no­wych ba­dań i za­sto­so­wać je w mo­jej kla­sie, a nie tyl­ko ba­zo­wać na moim dzie­się­cio­let­nim do­świad­cze­niu w na­ucza­niu ma­łych dzie­ci. Póź­niej, kie­dy zo­sta­łam peł­no­eta­to­wą mamą, wró­ci­łam do li­te­ra­tu­ry na te­mat szczę­ścia i sta­ra­łam się prak­ty­ko­wać je w domu z dzieć­mi – Joem, moim star­szym sy­nem, i Oli­ve­rem, któ­ry uro­dził się na po­cząt­ku tego pro­jek­tu. Mój aniel­sko cier­pli­wy mąż Dun­can oka­zał się rów­nia­chą i też się do nas przy­łą­czył!

Żeby le­piej się ro­ze­znać w tej cią­gle roz­wi­ja­ją­cej się dzie­dzi­nie, po­pro­si­łam o po­moc moją przy­ja­ciół­kę Jen­ny, psy­cho­lo­ga i neu­ro­nau­kow­ca. Jen­ny po­dzie­la moją pa­sję sto­so­wa­nia na­uki w co­dzien­nym ży­ciu – ra­zem czy­ta­ły­śmy i oma­wia­ły­śmy nie­zli­czo­ne pra­ce na­uko­we na te­mat do­bre­go sa­mo­po­czu­cia i szczęś­cia. Stop­nio­wo za­czę­ły­śmy ukła­dać li­stę co­dzien­nych zwy­cza­jów, któ­re zda­wa­ły się pro­wa­dzić do po­pra­wy sa­mo­po­czu­cia, lep­sze­go na­stro­ju, ra­do­śniej­szych dni i w ogó­le bar­dziej sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ce­go ży­cia. Im bar­dziej się w to za­głę­bia­ły­śmy, tym bar­dziej sta­wa­ło się oczy­wi­ste, że nie ist­nie­je ja­kaś wiel­ka ta­jem­ni­ca szczę­ścia – po­ja­wia się ono na wie­le róż­nych spo­so­bów i w roz­ma­itym stop­niu, w naj­róż­niej­szych chwi­lach: mogą je wy­wo­łać lody przy pla­ży, za­pach świe­żo sko­szo­nej tra­wy, spa­cer z psa­mi, pla­no­wa­nie przy­ję­cia nie­spo­dzian­ki. Naj­szczę­śliw­si wy­da­ją się ci, któ­rzy od­kry­li, w jaki spo­sób zbu­do­wać z tych ulot­nych chwil mo­tyw prze­wod­ni swo­je­go ży­cia: więk­sze za­do­wo­le­nie i po­czu­cie celu.

Prze­glą­da­jąc li­te­ra­tu­rę, za­uwa­ży­ły­śmy, że ist­nie­je kil­ka klu­czo­wych na­wy­ków cha­rak­te­ry­stycz­nych dla szczę­śli­wych lu­dzi. Uprasz­cza­jąc nie­co, za­czę­ły­śmy my­śleć o szczę­ściu jako o ze­sta­wie co­dzien­nych na­wy­ków. Sta­ra­ły­śmy się ze­brać więk­szość z nich w tej książ­ce. Na­sza li­sta nie jest jed­nak wy­czer­pu­ją­ca. Dzie­sięć aspek­tów szczę­ścia, któ­re oma­wia­my, to je­dy­nie su­ge­stie, któ­re – przy­ję­te i sto­so­wa­ne re­gu­lar­nie – po­win­ny po­pra­wić wa­sze co­dzien­ne sa­mo­po­czu­cie.

Nie­któ­re z nich za­pew­nią wam na­tych­mia­sto­we po­lep­sze­nie hu­mo­ru (jak Śpie­wa­nie i Uśmie­chy), inne mogą pro­wa­dzić do uda­ne­go ży­cia (jak Od­na­le­zie­nie sen­su i Uzy­skać prze­pływ). Nie­któ­re ozna­cza­ją małe zmia­ny w co­dzien­nym pla­nie dnia (jak Otwar­ta prze­strzeń czy Mind­ful­ness), pod­czas gdy inne wią­żą się ze zmia­ną per­spek­ty­wy (na przy­kład Wdzięcz­ność). U pod­staw więk­szo­ści z nich znaj­du­ją się re­la­cje z in­ny­mi ludź­mi: dzię­ki nim zbli­ży­my się do sie­bie jako ro­dzi­na, a tak­że umoc­ni­my na­sze wię­zi spo­łecz­ne. I wresz­cie wszyst­kie, w ta­kim czy in­nym stop­niu, zo­sta­ły po­par­te do­wo­da­mi na­uko­wy­mi, któ­re sta­ra­ły­śmy się wy­ło­żyć w pro­sty i ła­twy do zro­zu­mie­nia spo­sób.

Dlaczego szczęście?

Czę­sto ktoś mnie pyta, dla­cze­go tak się sku­piam na szczę­ściu dzie­ci, a nie na in­nych umie­jęt­no­ściach ży­cio­wych albo suk­ce­sach w na­uce. Ła­two tu o nie­po­ro­zu­mie­nie, więc za­wsze za­czy­nam od wy­ja­śnie­nia w pro­stych sło­wach, jak ro­zu­miem szczę­ście. Dla mnie, a tak­że dla ce­lów tej książ­ki, szczę­ście to za­rów­no ra­dość ży­cia (joie de vi­vre), któ­rą moż­na zna­leźć w drob­nych co­dzien­nych przy­jem­no­ściach, ale tak­że – co waż­niej­sze – trwa­łe po­czu­cie za­do­wo­le­nia, któ­re mają lu­dzie ży­ją­cy peł­nią ży­cia. Ta peł­nia ży­cia nie do­ty­czy rze­czy ma­te­rial­nych czy he­do­ni­stycz­nych za­jęć, ale sen­su, głę­bo­kich re­la­cji i szu­ka­nia sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cych dzia­łań. Je­stem prze­ko­na­na, że szczę­ście tego ro­dza­ju po­cią­ga za sobą inne ko­rzy­ści.

Są zresz­tą na to do­wo­dy! Ba­da­nia na­uko­we po­ka­zu­ją, że szczę­śli­wi ucznio­wie le­piej się uczą: za­zwy­czaj mają lep­szą mo­ty­wa­cję i po­tra­fią dłu­żej się sku­pić. Ostat­nie ba­da­nia su­ge­ru­ją, że małe, za­le­d­wie osiem­na­sto­mie­sięcz­ne dzie­ci le­piej się uczą, kie­dy na­uce to­wa­rzy­szy śmiech. Po­nad­to szczę­śliw­si ucznio­wie na ogół le­piej za­cho­wu­ją się w kla­sie, a w wy­ni­ku sprzę­że­nia zwrot­ne­go wszy­scy mają bar­dziej sprzy­ja­ją­ce wa­run­ki do na­uki.

Szczę­śli­wi lu­dzie są mil­si (a wy­da­je się, że i od­wrot­nie – mil­si lu­dzie są rów­nież szczę­śliw­si). Cie­szą się za­zwy­czaj lep­szym zdro­wiem, dłu­żej żyją i bu­du­ją trwa­łe związ­ki, co z ko­lei czy­ni ich szczę­śliw­szy­mi. I wresz­cie lu­dzie szczę­śli­wi na ogół od­no­szą więk­sze suk­ce­sy, po­nie­waż wy­da­je się, że szczę­ście in­spi­ru­je nas do cięż­kiej pra­cy na rzecz lep­szej przy­szło­ści. Tak więc, cho­ciaż war­to po pro­stu dą­żyć do szczęś­cia jako ta­kie­go, ist­nie­je wie­le do­dat­ko­wych ko­rzy­ści by­cia szczę­śli­wym: a wszyst­ko są to rze­czy, któ­rych my, ro­dzi­ce, pra­gnie­my dla na­szych dzie­ci!

Motyw przewodni

Lu­dzie są zwie­rzę­ta­mi stad­ny­mi. Ewo­lu­owa­li­śmy, by być człon­ka­mi ple­mie­nia, wio­ski, a fun­da­men­tal­na ludz­ka po­trze­ba przy­na­leż­no­ści do gru­py wciąż po­zo­sta­je sil­na. Sta­ra­my się na­le­żeć do róż­nych grup – od ma­łych, jak pary i ro­dzi­ny, do więk­szych, jak ko­ścio­ły, klu­by i dru­ży­ny. Bez wzglę­du na to, czy je­ste­śmy in­tro­wer­ty­ka­mi, czy eks­tra­wer­ty­ka­mi, ob­co­wa­nie z in­ny­mi, roz­ma­wia­nie i by­cie ra­zem czy­nią nas szczę­śliw­szy­mi.

Związ­ki z ota­cza­ją­cy­mi nas ludź­mi sta­no­wią waż­ne źró­dło szczę­ścia (a tak­że spo­ra­dycz­nych nie­sna­sek, ma się ro­zu­mieć!), za­tem żad­na książ­ka na te­mat do­bre­go sa­mo­po­czu­cia nie by­ła­by kom­plet­na bez tego aspek­tu. A prze­cież, jak się prze­ko­na­cie, nie ma tu osob­ne­go roz­dzia­łu po­świę­co­ne­go kon­tak­tom to­wa­rzy­skim czy bu­do­wa­niu sil­niej­szych re­la­cji z ota­cza­ją­cy­mi nas oso­ba­mi. Po­wód jest pro­sty: umac­nia­nie wię­zi, za­rów­no w ob­rę­bie ro­dzi­ny, jak i poza nią, to mo­tyw prze­wod­ni, prze­wi­ja­ją­cy się przez każ­dy roz­dział tej książ­ki. Każ­dy oma­wia­ny na­wyk szczę­ścia wią­że się po czę­ści z po­głę­bia­niem re­la­cji mię­dzy nami, w na­szej ro­dzi­nie i w sze­rzej po­ję­tej spo­łecz­no­ści. Ta­kie za­ję­cia, jak śpie­wa­nie w chó­rze czy wo­lon­ta­riat spra­wią, że bę­dzie­my szczę­śli­wi – po czę­ści dla­te­go że w ten spo­sób wni­ka­my w pew­ną spo­łecz­ność, na­wią­zu­jąc nowe zna­jo­mo­ści i re­la­cje z in­ny­mi. Gdy two­rzy­my nowe tra­dy­cje ro­dzin­ne, wspo­mi­na­my wspól­ne do­świad­cze­nia czy po pro­stu re­gu­lar­nie jemy ra­zem po­sił­ki albo cho­dzi­my na spa­ce­ry, umac­nia­my wię­zi ro­dzin­ne, wspie­ra­jąc tym sa­mym trwa­łe do­bre sa­mo­po­czu­cie wszyst­kich człon­ków ro­dzi­ny.

Krótka, lecz ważna uwaga na temat modelowania, czyli dawania dobrego przykładu

Po­wsta­ły licz­ne pra­ce na­uko­we na te­mat tego, jak dzie­ci uczą się od ota­cza­ją­cych je osób, a jed­nym z naj­lep­szych spo­so­bów jest na­śla­do­wa­nie tego, co ro­bi­my my – do­ro­śli. Do­ty­czy to wszyst­kich sfer ży­cia, od za­cho­wa­nia przy je­dze­niu do życz­li­wo­ści dla in­nych, od cier­pli­wo­ści po my­cie zę­bów. Po­wiem wam wię­cej: dzie­ci nie tyl­ko na­śla­du­ją re­zul­tat koń­co­wy, ale ob­ser­wu­ją nas uważ­nie i sta­ra­ją się po­wie­lać wszyst­kie dzia­ła­nia, któ­re do nie­go pro­wa­dzą. Wła­ści­wie tę ce­chę u lu­dzi moż­na uznać za pod­sta­wę prze­ka­zy­wa­nia kul­tu­ry. Czę­sto do­brze jest odło­żyć na bok tra­dy­cyj­ne „na­ucza­nie” i po­zwo­lić, by na­sze dzie­ci ro­bi­ły to, co po­tra­fią naj­le­piej: niech chło­ną na­sze na­wy­ki szczę­ścia, ob­ser­wu­jąc, jak sto­su­je­my je każ­de­go dnia. A je­śli to pro­wa­dzi do pod­nie­sie­nia po­zio­mu szczę­ścia i do­bre­go sa­mo­po­czu­cia wszyst­kich człon­ków ro­dzi­ny, na­le­ży tyl­ko się cie­szyć!

Ko­men­tarz

Ta książ­ka wy­ko­rzy­stu­je moje po­nad­dzie­się­cio­let­nie do­świad­cze­nie w pra­cy z dzieć­mi, w róż­nych szko­łach. Sy­tu­acje w niej opi­sa­ne to fa­bu­la­ry­za­cje praw­dzi­wych zda­rzeń, a na opi­sy­wa­ne po­sta­ci zło­ży­ło się wie­lu uczniów i na­uczy­cie­li, z któ­ry­mi pra­co­wa­łam przez lata.

Uśmiechy

Naj­krót­szą od­le­gło­ścią mię­dzy dwoj­giem lu­dzi jest uśmiech.

Ano­nim

Po­mysł

Być może nie zna­my wszyst­kich do­bro­dziejstw, ja­kie mogą się wią­zać ze zwy­kłym uśmie­chem, ale wie­my dość dużo, by stwier­dzić, że uśmie­cha­nie się może istot­nie pod­nieść nasz po­ziom szczę­ścia. To dzia­ła w dwie stro­ny: uśmie­cha­nie się po­pra­wia nam na­strój, ale pa­trze­nie na uśmiech­nię­te twa­rze rów­nież może uczy­nić nas szczę­śliw­szy­mi i po­zwo­lić bar­dziej opty­mi­stycz­nie spo­glą­dać w przy­szłość. Co wię­cej, uśmie­cha­jąc się do in­nych, mo­że­my wy­da­wać się bar­dziej przy­stęp­ni i przy­jaź­ni, a to rów­nież przy­no­si nam to­wa­rzy­ską ko­rzyść.

Zdro­wy roz­są­dek pod­po­wia­da nam, że lu­dzie szczęś­liw­si czę­ściej się uśmie­cha­ją, ale czy to moż­li­we, że uśmiech jest za­le­d­wie pierw­szym ogni­wem łań­cusz­ka szczę­ścia? Czy uśmiech musi być szcze­ry, żeby po­zy­tyw­nie wpły­nąć na na­strój za­rów­no jed­nej, jak i dru­giej stro­ny? I jak mo­że­my naj­le­piej za­chę­cić dzie­ci do tego, żeby po pro­stu tro­chę czę­ściej się uśmie­cha­ły?

Opracowanie

Nie­mow­lę­ce uśmie­chy to jed­na z pierw­szych ro­dzi­ciel­skich ra­do­ści. W od­po­wie­dzi więk­szość nie­mow­ląt w pierw­szych mie­sią­cach ży­cia wi­dzi wię­cej uśmiech­nię­tych twa­rzy, niż jesz­cze kie­dy­kol­wiek zo­ba­czy. Jaki sku­tek przy­no­si to wza­jem­ne uśmie­cha­nie? Kie­dy nie­mow­lę­ta za­czy­na­ją ro­zu­mieć, co ozna­cza uśmiech? Tak małe dzie­ci nie po­tra­fią po­in­for­mo­wać nas wprost o tym, co wi­dzą i ro­zu­mie­ją. Ale ana­li­zu­jąc to, na co zwra­ca­ją uwa­gę, wie­le się do­wie­dzie­li­śmy o tym, w jaki spo­sób roz­wi­ja­ją­cy się mózg i sys­tem wzro­ko­wy umoż­li­wia­ją nie­mow­lę­tom zro­zu­mieć zna­cze­nie uśmiech­nię­tych twa­rzy.

Kil­ku­dnio­we za­le­d­wie no­wo­rod­ki wolą pa­trzeć na twa­rze niż na co­kol­wiek in­ne­go, a w wie­ku trzech mie­się­cy po­tra­fią roz­róż­nić ra­do­sne, zdzi­wio­ne i gniew­ne miny. Je­śli wziąć pod uwa­gę, jak nie­doj­rza­ły jest sys­tem wzro­ko­wy po uro­dze­niu, to dość nie­zwy­kłe i do­bit­nie po­twier­dza, jak waż­ne w roz­wo­ju dziec­ka jest ob­ser­wo­wa­nie mi­mi­ki ota­cza­ją­cych je osób. Czte­ro­mie­sięcz­ne dzie­ci wolą pa­trzeć na ra­do­sne twa­rze niż na ta­kie, któ­re wy­ra­ża­ją inne emo­cje. W wie­ku oko­ło pię­ciu mie­się­cy za­czy­na­ją ro­zu­mieć, że ra­do­sne twa­rze dwoj­ga róż­nych osób są w pe­wien spo­sób po­dob­ne, cho­ciaż do­pie­ro za parę ko­lej­nych mie­się­cy na­uczą się roz­po­zna­wać inne ka­te­go­rie uczuć. Być może wła­śnie dla­te­go, że ra­do­sne twa­rze wi­du­ją czę­ściej niż inne. Ta ka­te­go­ry­za­cja to po­czą­tek dro­gi do zro­zu­mie­nia, że „ra­do­sna twarz” jest uni­wer­sal­ną re­ak­cją na kon­kret­ne­go ro­dza­ju sy­tu­ację; dzię­ki niej nie­mow­lę­ta uczą się cze­goś o przy­czy­nie i skut­ku w ota­cza­ją­cym je świe­cie. Oko­ło pierw­sze­go roku ży­cia dzie­ci wy­ko­rzy­stu­ją uśmiech i wy­raz twa­rzy in­nych osób jako uży­tecz­ne sy­gna­ły, po­ma­ga­ją­ce im zin­ter­pre­to­wać emo­cjo­nal­ne zna­cze­nie zda­rzeń.

W mia­rę roz­wo­ju mowy i in­nych umie­jęt­no­ści, uśmie­chy sta­ją się po pro­stu jed­nym z na­rzę­dzi poj­mo­wa­nia świa­ta i wy­ra­ża­nia wła­snych uczuć. Małe dzie­ci szyb­ko osią­ga­ją bie­głość w ro­zu­mie­niu i wy­ra­ża­niu uczuć za po­śred­nic­twem słów, tonu gło­su, mowy cia­ła i ge­stów. Jed­nak wy­raz twa­rzy, a zwłasz­cza uśmie­chy w dal­szym cią­gu peł­nią wy­jąt­ko­wo waż­ną rolę. Prze­twa­rza­my je z nie­wia­ry­god­ną pręd­ko­ścią: po­mia­ry elek­trycz­nej ak­tyw­no­ści mó­zgu wy­ka­zu­ją, że po­trze­bu­je on mniej niż jed­ną siód­mą se­kun­dy, by za­re­ago­wać na zdję­cia uśmiech­nię­tych osób.

Mi­mi­ka sta­no­wi rów­nież klu­czo­we na­rzę­dzie ko­mu­ni­ka­cji u na­szych krew­nia­ków na­czel­nych, ma­ją­cych ogra­ni­czo­ne moż­li­wo­ści wy­ra­ża­nia emo­cji za po­śred­nic­twem gło­su. Na­czel­ne „uśmie­cha­ją się”, uży­wa­jąc mię­śni twa­rzy, któ­rych struk­tu­ra jest nie­mal iden­tycz­na jak ludz­ka. Ob­na­ża­jąc zęby, po­ro­zu­mie­wa­ją się i umac­nia­ją wię­zi spo­łecz­ne zu­peł­nie tak samo jak my za po­śred­nic­twem uśmie­chu.

W jaki za­tem spo­sób częst­sze uśmie­cha­nie się sprzy­ja po­czu­ciu szczę­ścia? Choć­by w taki, że je­śli cho­dzi o uśmiech, na­wet uda­wa­nie go spra­wia, że na­praw­dę czu­je­my się le­piej. W jed­nym z kla­sycz­nych psy­cho­lo­gicz­nych eks­pe­ry­men­tów po­pro­szo­no uczest­ni­ków, by oce­ni­li po­ziom śmiesz­no­ści róż­nych hu­mo­ry­stycz­nych ry­sun­ków, trzy­ma­jąc jed­no­cze­śnie ołó­wek mię­dzy zę­ba­mi – co wy­mu­sza gry­mas przy­po­mi­na­ją­cy uśmiech – albo mię­dzy war­ga­mi, co unie­moż­li­wia uśmiech. Jak się za­pew­ne do­my­śla­cie ci, któ­rzy trzy­ma­li ołó­wek w zę­bach, uzna­li ry­sun­ki za bar­dziej za­baw­ne, niż ci, któ­rzy nie mo­gli się uśmiech­nąć. To je­den z przy­kła­dów szer­szej praw­dy: na­sze psy­cho­lo­gicz­ne i po­znaw­cze do­zna­wa­nie emo­cji jest nie­ro­ze­rwal­nie po­łą­czo­ne z do­zna­nia­mi fi­zycz­ny­mi, cie­le­sny­mi.

Uśmie­chy są szcze­gól­nie waż­ne w na­szych kon­tak­tach z dzieć­mi, po­nie­waż emo­cje są za­raź­li­we. Czę­sto nie­świa­do­mie na­śla­du­je­my mi­mi­kę i po­sta­wę oso­by, z któ­rą roz­ma­wia­my. Lu­dzie, któ­rzy po­zo­sta­ją w do­brych re­la­cjach – na przy­kład part­ne­rzy w uda­nym związ­ku – ro­bią to czę­ściej, a ci, dla któ­rych ob­co­wa­nie z in­ny­mi jest trud­niej­sze, na przy­kład oso­by z au­ty­zmem, rza­dziej. Praw­da jest taka, że od­twa­rza­nie na­szym wła­snym cia­łem fi­zycz­ne­go wy­ra­zu czy­ichś emo­cji spra­wia, że w sen­sie psy­cho­lo­gicz­nym od­czu­wa­my w pew­nym stop­niu emo­cjo­nal­ny stan tej oso­by.

Ostat­nio wy­su­nię­to przy­pusz­cze­nie, że w przed­niej czę­ści na­sze­go mó­zgu mogą ist­nieć spe­cy­ficz­ne neu­ro­ny, bez­po­śred­nio od­po­wia­da­ją­ce za sku­tek, jaki wy­wie­ra na nas ob­ser­wo­wa­nie za­cho­wa­nia dru­giej oso­by. „Neu­ro­ny lu­strza­ne” to ko­mór­ki ner­wo­we, któ­re uak­tyw­nia­ją się za­rów­no wte­dy, kie­dy wy­ko­nu­je­my ja­kąś kon­kret­ną czyn­ność, jak i wów­czas, kie­dy wi­dzi­my inną oso­bę wy­ko­nu­ją­cą ową czyn­ność. Cho­ciaż pier­wot­nie wy­kry­to je u na­czel­nych, bez­po­śred­ni za­pis z urzą­dzeń wpro­wa­dzo­nych do mó­zgów osób pod­da­nych ope­ra­cji ze wzglę­du na pa­dacz­kę su­ge­ru­je, że re­ak­cje te wy­stę­pu­ją rów­nież u lu­dzi. Neu­ro­ny lu­strza­ne mogą mieć zna­cze­nie dla wie­lu aspek­tów na­sze­go roz­wo­ju spo­łecz­ne­go, w tym rów­nież em­pa­tii i two­rze­nia wię­zi: wie­my na przy­kład, że lu­bi­my in­nych bar­dziej, je­śli ich na­śla­du­je­my. Neu­ro­ny lu­strza­ne mogą tak­że sta­no­wić je­den ze spo­so­bów, w jaki dzie­ci uczą się, ob­ser­wu­jąc in­nych, a nie tyl­ko po­przez bez­po­śred­nie do­świad­cze­nie – coś, co bywa zba­wien­ne albo wręcz prze­ciw­nie, w za­leż­no­ści od wzor­ca, z ja­kie­go czer­pią!

Na po­zio­mie funk­cjo­no­wa­nia mó­zgu od­czu­wa­nie ja­kiejś emo­cji sa­me­mu i roz­po­zna­wa­nie jej w wy­ra­zie twa­rzy in­nej oso­by jest cał­kiem po­dob­ne. By to wy­ka­zać, prze­pro­wa­dzo­no eks­pe­ry­ment, któ­re­go uczest­ni­ków pod­da­no ska­no­wa­niu mó­zgu w chwi­li, gdy wą­cha­li obrzy­dli­wy za­pach, a po­tem zno­wu, kie­dy oglą­da­li film, na któ­rym ktoś inny wy­ra­żał swo­je obrzy­dze­nie. W obu przy­pad­kach stwier­dzo­no ak­ty­wi­za­cję mniej wię­cej tych sa­mych ob­wo­dów neu­ro­nal­nych. Inne ba­da­nia do­wio­dły, że wspo­mi­na­nie ja­kiejś emo­cji uru­cha­mia mniej wię­cej ten sam układ neu­ro­nów, co bez­po­śred­nie jej do­świad­cza­nie. Praw­do­po­dob­nie dla­te­go wła­śnie od­twa­rza­nie chwil peł­nych emo­cji bywa rów­nie in­ten­syw­ne, jak samo ich prze­ży­wa­nie (i dla­te­go wspo­mi­na­nie szczę­śli­wych chwil może w istot­ny spo­sób po­pra­wić na­strój za­rów­no dzie­ciom, jak i do­ro­słym!).

Nie wszyst­kie uśmie­chy ozna­cza­ją ra­dość i szczęś­cie. Nie­któ­rzy uśmie­cha­ją się, kie­dy kła­mią, kie­dy flir­tu­ją, są za­że­no­wa­ni albo prze­stra­sze­ni. Paul Ek­man, psy­cho­log, któ­ry pierw­szy udo­ku­men­to­wał to, jak uni­wer­sal­ne są wy­ra­zy ludz­kich twa­rzy, opi­sał sie­dem­na­ście do­dat­ko­wych ty­pów uśmie­chu. Uda­wa­ne uśmie­chy sto­sun­ko­wo ła­two roz­po­znać, po­nie­waż nie uru­cha­mia­ją naj­czę­ściej mię­śnia po­wo­du­ją­ce­go ku­rze łap­ki wo­kół oczu. Przy­glą­da­jąc się mię­śniom okręż­nym oka, eks­per­ci po­tra­fią od­róż­nić praw­dzi­we uśmie­chy od uda­wa­nych. Ale nie tyl­ko eks­per­ci uwa­ża­ją praw­dzi­we uśmie­chy – i lu­dzi, któ­rzy im je po­sy­ła­ją – za bar­dziej szcze­re, atrak­cyj­ne i god­ne za­ufa­nia.

Uśmie­cha­nie się to z pew­no­ścią świet­ny spo­sób na po­pra­wie­nie dnia so­bie i swo­im dzie­ciom. A je­śli na­praw­dę nie ma­cie ocho­ty się uśmie­chać, praw­do­po­dob­nie war­to od cza­su do cza­su cho­ciaż po­uda­wać. Bar­dzo moż­li­we, że po­czu­je­cie się le­piej, a w naj­gor­szym ra­zie po­mo­że­cie dzie­ciom stać się wpraw­niej­szy­mi od­bior­ca­mi ich świa­ta spo­łecz­ne­go.

Wyćwiczenie nawyku szczęścia

W szko­le

Je­stem oso­bą, któ­ra czę­sto się uśmie­cha. Cho­ciaż może po­win­nam ująć to nie­co pre­cy­zyj­niej: daw­niej wca­le nie uśmie­cha­łam się aż tak czę­sto, ale w cią­gu ostat­nich kil­ku lat świa­do­mie nad tym pra­co­wa­łam i te­raz je­stem mi­strzy­nią uśmie­chu! Jak wszyst­ko inne, uśmie­cha­nie wy­da­je się na­wy­kiem i to ta­kim, któ­ry może wy­wrzeć cał­kiem głę­bo­ki wpływ za­rów­no na nas sa­mych, jak i na to, jak po­strze­ga­ją nas inni. Po­sta­no­wi­łam więc przyj­rzeć się bli­żej mo­je­mu na­wy­ko­wi uśmie­cha­nia się, prze­ana­li­zo­wać wszyst­kie „gdzie” i „dla­cze­go”, a na­stęp­nie za­sta­no­wić się nad tym, w jaki spo­sób mo­gła­bym za­chę­cić ota­cza­ją­ce mnie oso­by, żeby rów­nież wię­cej się uśmie­cha­ły.

Do­ko­nu­jąc szyb­kie­go „au­dy­tu uśmie­chu”, do­cho­dzę do wnio­sku, że w szko­le bar­dzo dużo się uśmie­cham. Jed­nym z po­wo­dów może być fakt, że od­po­wia­dam uśmie­chem na uśmiech­nię­te bu­zie wo­kół mnie. Na­ukow­ca we mnie in­try­gu­je myśl, że pa­trząc na uśmiech­nię­tą twarz, być może sami chęt­niej się uśmie­cha­my, to­też po­sta­na­wiam wcie­lić to w ży­cie: mu­szę je­dy­nie pa­mię­tać, żeby czę­ściej się uśmie­chać, a na­stęp­nie ob­ser­wo­wać re­ak­cje mo­ich uczniów. Świa­do­ma wła­snych uśmie­chów, spo­strze­gam, że bar­dzo rzad­ko nie są od­wza­jem­nia­ne. Chcąc utrwa­lić ten na­wyk, ucie­kam się do ma­łe­go pod­stę­pu: łą­cząc go z inną, bar­dziej ma­chi­nal­ną czyn­noś­cią, mogę zwięk­szyć czę­sto­tli­wość mo­ich uśmie­chów, a w re­zul­ta­cie rów­nież uśmie­chów ota­cza­ją­cych mnie osób.

Wy­zwa­lacz uśmie­chu – pro­ste „dzię­ku­ję”

Ana­li­zu­jąc swój dzień, do­cho­dzę do wnio­sku, że naj­ła­twiej mogę po­łą­czyć swój uśmiech z naj­zwy­klej­szym „dzię­ku­ję”, któ­re wy­po­wia­dam sto razy dzien­nie. Spo­strze­gam, że temu sło­wu na ogół i tak to­wa­rzy­szy na­tu­ral­ny uśmiech. Mu­szę więc tyl­ko po­trak­to­wać dzię­ko­wa­nie jako wy­zwa­lacz uśmie­chu i pil­no­wać, żeby za­wsze się wte­dy uśmie­chać. Sprzy­ja temu rów­nież kon­takt wzro­ko­wy, sta­ram się więc go włą­czyć w wy­pra­co­wy­wa­ny na­wyk. I mam ra­cję: wy­glą­da na to, że uśmie­cha­nie się do in­nych, kie­dy im dzię­ku­ję, wy­wo­łu­je tak­że ich wła­sny uśmiech. Nic dziw­ne­go, ale w cią­gu ty­go­dnia ten zwy­czaj jest już głę­bo­ko za­ko­rze­nio­ny. Kie­dy dzie­lę się z dzieć­mi mo­imi spo­strze­że­nia­mi, one też chcą spró­bo­wać. W cią­gu kil­ku dni ze wszyst­kich stron ota­cza­ją mnie uśmie­chy i… bar­dzo grzecz­ne dzie­ci. Wy­wo­ła­li­śmy ma­gicz­ny łań­cu­szek szczę­ścia!

Je­den dow­cip dzien­nie

Jed­ną z tra­dy­cji w mo­jej kla­sie jest czy­ta­nie jed­ne­go wier­sza dzien­nie. Zwy­kle od­by­wa się to pod ko­niec dnia albo na du­żej prze­rwie. A gdy­by­śmy tak, za­miast wier­szy, czy­ta­li dow­ci­py? Dłu­go się nad tym za­sta­na­wiam i ogła­szam spe­cjal­ny „ty­dzień dow­ci­pów”, pod­czas któ­re­go je­den wiersz dzien­nie za­stą­pi­my jed­nym dow­ci­pem dzien­nie. Wy­po­ży­czam z bi­blio­te­ki książ­kę z dow­ci­pa­mi i po pro­stu mo­dy­fi­ku­ję na­szą po­etyc­ką tra­dy­cję. Lu­bię czy­tać dow­ci­py, na­wet naj­bar­dziej nie­mą­dre, a dzie­ci cie­szą się, że mają do­dat­ko­wą oka­zję do śmie­chu.

Tro­chę mi jed­nak smut­no. Nie chcę tra­cić tych na­szych po­etyc­kich chwil: je­stem pew­na, że dzie­ciom wie­le daje słu­cha­nie kil­ku wer­sów każ­de­go dnia. Dzię­ki temu le­piej ro­zu­mie­ją, jak dzia­ła ję­zyk, uczą się, jak moż­na wy­ko­rzy­stać rymy i rytm, za­zna­ja­mia­ją się ze struk­tu­rą ryt­micz­ną i w ogó­le z tym spe­cy­ficz­nym środ­kiem wy­ra­zu, ja­kim jest po­ezja. Nie chcę, żeby moi ucznio­wie stra­ci­li te wszyst­kie ko­rzy­ści.

Roz­wią­za­nie pod­su­wa mi Iso­bel. Pew­ne­go dnia przy­no­si do szko­ły Głu­pie wier­szy­ki dla dzie­ci Spi­ke’a Mil­li­ga­na. I na­gle oka­zu­je się, że ot tak, po pro­stu, mo­że­my po­łą­czyć ko­rzy­ści pły­ną­ce z po­ezji z do­dat­ko­wym bo­nu­sem w po­sta­ci ra­do­ści i śmie­chu. Chło­nąc ab­sur­dal­ne ob­ra­zy, któ­re pro­po­nu­je nam Spi­ke Mil­li­gan i oglą­da­jąc zwa­rio­wa­ne ilu­stra­cje, śmie­je­my się ca­łym ser­cem i aż do roz­pu­ku. Je­stem szczę­śli­wą na­uczy­ciel­ką, a dzie­ci nie po­sia­da­ją się z ra­do­ści!

Ćwi­cze­nie uśmie­chów

Mary pro­wa­dzi za­ję­cia te­atral­ne i przy­szła na jed­ną lek­cję do mo­jej kla­sy. Jest wy­so­ka i szczu­pła, nosi wy­ra­fi­no­wa­ne po­włó­czy­ste stro­je. Wy­glą­da jak po­waż­na ar­tyst­ka, ale z chwi­lą gdy za­czy­na mó­wić, oka­zu­je się zu­peł­nie zwa­rio­wa­na i dzie­cia­ki ją ab­so­lut­nie uwiel­bia­ją. Po­pro­si­łam ją, żeby po­zwo­li­ła mi ob­ser­wo­wać jej za­ję­cia z mo­imi sze­ścio­lat­ka­mi, a ona się zgo­dzi­ła, ale pod jed­nym wa­run­kiem: będę mu­sia­ła tak­że w nich uczest­ni­czyć! Je­stem kom­plet­nie po­zba­wio­na ta­len­tu ak­tor­skie­go, ale opor­nie się zgo­dzi­łam – kie­dy zno­wu będę mia­ła oka­zję przy­glą­dać się, jak spe­cja­list­ka od za­jęć te­atral­nych pro­wa­dzi lek­cję? Je­śli mam być szcze­ra, za­mie­rzam pod­kraść jej kil­ka po­my­słów, a Mary z ra­do­ścią na to przy­sta­je. Je­stem pew­na, że po pięt­na­stu la­tach pra­cy w szko­le ma ich w za­na­drzu mnó­stwo.

Mary sia­da z dzieć­mi w krę­gu i na po­czą­tek ćwi­czą miny: smut­ną, ra­do­sną, prze­stra­szo­ną i zdzi­wio­ną. Za­uwa­żam, że po każ­dej mi­nie wy­ra­ża­ją­cej ne­ga­tyw­ne uczu­cia, Mary pro­si o taką, któ­ra wy­ra­ża po­zy­tyw­ne. Przy­łą­czam się do za­ba­wy i sta­ram się, jak umiem, uśmie­chać się, pła­kać, wy­glą­dać na zdzi­wio­ną i roz­gnie­wa­ną. Na­stęp­ne­go dnia po­sta­na­wiam po­wtó­rzyć tę za­ba­wę z mo­imi ucznia­mi. Ale za­miast po pro­stu ro­bić ogól­nie smut­ne czy ra­do­sne miny, chcę zo­ba­czyć, co się sta­nie, je­śli bę­dzie­my bar­dziej kon­kret­ni: kie­dy przy­po­mnę dzie­ciom praw­dzi­we chwi­le z ich ży­cia.

Ćwi­czy­my za­tem miny „gwiazd­ko­wy po­ra­nek” i „tata wra­ca do domu po po­dró­ży”, po­tem minę „wy­gra­liś­cie wy­ścig pod­czas dnia spor­tu” lub „pierw­szy dzień szcze­niacz­ka w domu”. Pró­bu­je­my też „twój naj­lep­szy przy­ja­ciel/przy­ja­ciół­ka nie chce się z tobą ba­wić”, sta­ram się jed­nak, żeby prze­wa­ża­ły po­zy­tyw­ne emo­cje.

Dzie­ci wkrót­ce na­bie­ra­ją wpra­wy, a ja pro­szę, żeby pod­su­wa­ły mi wła­sne po­my­sły. Z wiel­ką ra­do­ścią przyj­mu­ję „pró­bo­wa­nie swo­je­go tor­tu uro­dzi­no­we­go” i „spo­tka­nie ko­le­gów na pla­ży”, a tak­że „pie­cze­nie cia­ste­czek z bab­cią” i „bu­do­wa­nie dom­ku na drze­wie” oraz wie­le in­nych pro­po­zy­cji. Łą­cze­nie ta­kich wspo­mnień z od­po­wied­nim wy­ra­zem twa­rzy po­pra­wia nam hu­mor każ­de­go dnia!

Kum­ple od uśmie­chu

Przy każ­dym na­wy­ku, któ­re­go usi­łu­je­my się na­uczyć, bar­dzo po­ma­ga wy­ko­rzy­sta­nie na­szej gru­py spo­łecz­nej. Po­sta­na­wiam zro­bić z tego uży­tek i w ra­mach ko­lej­nej pró­by wy­wo­ła­nia w kla­sie tych za­raź­li­wych uśmie­chów przy­dzie­lam każ­de­mu dziec­ku „kum­pla od uśmie­chu”. Z po­cząt­ku pla­nu­ję po­pro­sić dzie­ci, żeby same do­bra­ły się w pary, po­tem jed­nak zmie­niam zda­nie. Chcę po­łą­czyć ze sobą rów­nież te dzie­ci, któ­re nor­mal­nie mniej ze sobą ob­cu­ją, więc po­sta­na­wiam sama wy­brać im part­ne­rów. Po­mysł jest pro­sty: za każ­dym ra­zem, kie­dy wi­dzi­cie swo­je­go „kum­pla od uśmie­chu”, pró­bu­je­cie po­słać mu uśmiech. Po­win­ni­ście się sta­rać, żeby wasz uśmiech był moż­li­wie szcze­ry: ćwi­czy­my szcze­re uśmie­chy przed lu­strem, pró­bu­jąc za­an­ga­żo­wać rów­nież na­sze oczy, a nie tyl­ko usta (samo to ćwi­cze­nie nie­źle po­pra­wia hu­mor!). Je­śli dru­ga oso­ba za­po­mni się uśmiech­nąć, mo­że­cie do niej mru­gnąć w ra­mach upo­mnie­nia. Je­śli w dal­szym cią­gu się nie uśmiech­nie, trud­no; waż­ne, by mieć świa­do­mość, że nie każ­dy może być ra­do­sny przez cały czas. Pod­kre­ślam dzie­ciom, że to nie są za­wo­dy i nie ma przy­mu­su, to tyl­ko za­ba­wa, w któ­rą bę­dzie­my się ba­wić przez kil­ka ty­go­dni.

Czy to dzia­ła? Wy­da­je mi się, że tak – więk­szość dzie­ci sama z sie­bie czę­sto się uśmie­cha, a na­wią­zy­wa­nie kon­tak­tu wzro­ko­we­go i mru­ga­nie do sie­bie jesz­cze zwięk­sza czę­sto­tli­wość uśmie­chów w mo­jej kla­sie. Czy zro­bi­ła­bym to jesz­cze raz? Praw­dę po­wie­dziaw­szy, nie je­stem pew­na, czy dzie­ci w tym wie­ku po­trze­bu­ją ta­kiej in­ter­wen­cji – i bez tego spra­wia­ją wra­że­nie to­wa­rzy­skich i sko­rych do uśmie­chu, a do wzmoc­nie­nia tej skłon­no­ści wy­star­czy­ło już samo wdro­że­nie ich w kon­cep­cję dzię­ko­wa­nia jako wy­zwa­la­cza uśmie­chu. Tak czy owak faj­nie tak się po­ba­wić przez ty­dzień czy dwa, zwłasz­cza że mogą się przy tym zbli­żyć cał­kiem za­ska­ku­ją­ce pary!

W domu

Za­czy­naj dzień od uśmie­chu

Kie­dy mój sy­nek miał oko­ło pół roku, na­dal spę­dzał noc w łó­żecz­ku przy­sta­wio­nym do na­sze­go mał­żeń­skie­go łoża. Nie­za­leż­nie od prak­tycz­nej ko­rzy­ści znaj­do­wa­nia go w nocy tak bli­sko, jed­nym z po­wo­dów, dla któ­rych uwiel­bia­łam, że śpi przy nas, był bez­zęb­ny uśmiech, któ­ry otrzy­my­wa­łam każ­de­go ran­ka.

Oko­ło sze­ściu ty­go­dni po na­ro­dzi­nach dziec­ka w ży­ciu świe­żo upie­czo­nych ro­dzi­ców na­stę­pu­je coś ma­gicz­ne­go. Coś, co re­kom­pen­su­je z na­wiąz­ką bez­sen­ne noce i brud­ne pie­lu­chy: pierw­sze uśmie­chy. Praw­dę mó­wiąc, nie pa­mię­tam jego pierw­sze­go uśmie­chu, bar­dzo wy­raź­nie pa­mię­tam za to okres, kie­dy za­czął się uśmie­chać re­gu­lar­nie. Jego uśmiech wy­wo­ły­wał mój. To wciąż jed­no z naj­ra­do­śniej­szych i bli­skich memu ser­cu wspo­mnień z nie­mow­lęc­twa mo­ich dzie­ci.

Pró­bo­wa­łam wy­cią­gnąć z tego na­ukę: dzień, któ­ry za­czy­na się od uśmie­chu, to dzień szczę­śli­wy. Przyj­mu­ję uśmiech mo­je­go ma­leń­kie­go dziec­ka i po­sy­łam mu swój wła­sny! Sta­wiam so­bie za punkt ho­no­ru każ­de­go ran­ka wi­tać uśmie­chem wszyst­kich człon­ków ro­dzi­ny i nic dziw­ne­go, że w za­mian rów­nież otrzy­mu­ję uśmiech. Nie je­stem pew­na, czy to po­pra­wia sa­mo­po­czu­cie moim sy­nom, ale mnie od razu robi się lżej na ser­cu, kie­dy roz­po­czy­na­my dzień w ten spo­sób.

W oto­cze­niu uśmie­chów

Ko­rzy­sta­jąc z ba­dań na­uko­wych, wy­ka­zu­ją­cych, że na­wet samo pa­trze­nie na zdję­cia uśmiech­nię­tych osób może wy­wo­łać nasz uśmiech i po­pra­wić nam na­strój choć­by na krót­ką chwi­lę, po­sta­na­wiam do­dać wię­cej por­tre­tów do na­szej ko­lek­cji zdjęć. Zna­le­zie­nie wy­star­cza­ją­ce­go pa­kie­tu tra­dy­cyj­nych uśmiech­nię­tych zdjęć na­szej ro­dzi­ny wy­ma­ga pew­ne­go wy­sił­ku, po­nie­waż rzad­ko zdo­by­wa­my się na to, żeby je wy­wo­łać. Nie­ocze­ki­wa­nie jed­nak uświa­da­miam so­bie, że nie­któ­re z na­szych ulu­bio­nych zdjęć ro­dzin­nych wią­żą się z na­szą oso­bli­wą tra­dy­cją. Rzad­ko od­wie­dza­my cen­tra han­dlo­we, ale kie­dy już wy­bie­ra­my się do któ­re­goś w po­bli­żu, za­wsze ro­bi­my so­bie zdję­cie w tam­tej­szej bud­ce fo­to­gra­ficz­nej. Te fot­ki obej­mu­ją okres kil­ku lat, od­kąd by­li­śmy z Dun­ca­nem bez­tro­ską parą, aż do po­ja­wie­nia się Jo­ego i Oli­ve­ra, mamy też kil­ka do­dat­ko­wych pa­sków z uko­cha­ny­mi człon­ka­mi ro­dzi­ny i przy­ja­ciół­mi (na­szych go­ści też za­bie­ra­my do fo­to­bud­ki). To wspa­nia­ła ko­lek­cja, zwłasz­cza że na tych zdję­ciach uchwy­ci­li­śmy na­praw­dę szczę­śli­we chwi­le. Przed­sta­wia­ją w więk­szo­ści uśmiech­nię­te twa­rze, ale tak­że głu­pie miny. Ła­pię się na tym, że uśmie­cham się za każ­dym ra­zem, kie­dy na nie pa­trzę, więc po­sta­na­wiam umie­ścić je w ja­kimś wi­docz­nym miej­scu i czę­sto dzie­lić się nimi z dzieć­mi. Lą­du­ją na lo­dów­ce!

Ry­tu­ał szczę­śli­wych my­śli

W mia­rę jak sta­ję się co­raz bar­dziej świa­do­ma tego, kie­dy się uśmie­cham (a kie­dy nie), do­cho­dzę do wnio­sku, że bar­dzo czę­sto moje uśmie­chy wią­żą się nie tyl­ko z tym, co dzie­je się w da­nej chwi­li, ale rów­nież z ra­do­sny­mi wspo­mnie­nia­mi. Ist­nie­ją pew­ne rze­czy, czyn­no­ści i wy­ra­że­nia, któ­re ko­ja­rzą mi się z naj­bliż­szy­mi oso­ba­mi: zwy­czaj mo­je­go taty, by pić kawę z kru­chym cia­stecz­kiem, spo­sób, w jaki moja mama myje ręce i ochla­pu­je wodą twarz, kie­dy jej go­rą­co, upodo­ba­nie mo­jej bab­ci do lo­dów w wa­fel­ku, a na­wet gło­śne „klik!” Jo­ego, kie­dy przy­pi­nam go w fo­te­li­ku sa­mo­cho­do­wym. Oso­by, któ­re ko­cham, po­ja­wia­ją się w mo­ich my­ślach, ile­kroć wy­ko­nu­ję któ­rąś z po­wyż­szych czyn­no­ści: piję kawę, jem loda w wa­fel­ku czy za­pi­nam wła­sny pas, bez wzglę­du na to, czy te oso­by są wte­dy przy mnie, czy też nie. Myśl o nich nie­za­wod­nie wy­wo­łu­je uśmiech na mo­jej twa­rzy. Nie­trud­no po­dzie­lić się tymi spo­strze­że­nia­mi z dzieć­mi, w na­dziei, że im tak­że dana czyn­ność za­cznie się ko­ja­rzyć z uko­cha­ny­mi oso­ba­mi. To nie tyl­ko bar­dzo ła­twe, ale daje nam rów­nież mnó­stwo ra­do­ści. To tak­że spo­sób na to, by prze­ka­zać dzie­ciom ro­dzin­ne tra­dy­cje i opo­wie­ści, któ­re ina­czej prze­pa­dły­by na za­wsze.

„W taki spo­sób dzia­dek pił za­wsze kawę” – mó­wię, ma­cza­jąc ciast­ko w ka­wie i mru­cząc z prze­sa­dą: „Mmmm”. Joe wkrót­ce za­czy­na mo­czyć swój wła­sny su­cha­rek w mle­ku i mó­wić: „Dzia­dek”. To taki nasz pry­wat­ny żart, hi­sto­ria ro­dzin­na, któ­ra za­wsze wy­wo­łu­je uśmiech na mo­jej twa­rzy. Za każ­dym ra­zem, kie­dy jemy lody w wa­fel­ku, przy­wo­łu­je­my z ko­lei moją bab­cię, któ­rej chłop­cy ni­g­dy nie po­zna­li, i jej za­chwyt nad cu­da­mi tech­ni­ki, dzię­ki któ­rym po­wstał taki wy­czyn in­ży­nie­ryj­ny, jak lody w wa­fel­ku (moja bab­cia na­praw­dę uwa­ża­ła lody w wa­fel­ku za szczyt osią­gnięć tech­no­lo­gii żyw­no­ści i wy­ra­ża­ła tę opi­nię przy każ­dej oka­zji). To wspa­nia­ły spo­sób na to, żeby się uśmiech­nąć, przy­po­mnieć ro­dzin­ne hi­sto­rie i stwo­rzyć na­sze wła­sne tra­dy­cje. Cie­ka­we, co moje dzie­ci będą kie­dyś mó­wi­ły o mnie!

Po­moc tech­nicz­na

Wpro­wadź­cie uśmiech do wa­szych ko­mó­rek: wy­bierz­cie uśmiech­nię­te zdję­cie bli­skiej oso­by i ustaw­cie je jako ta­pe­tę ekra­nu. Za każ­dym ra­zem, kie­dy bę­dzie­cie spraw­dzać nowe wia­do­mo­ści albo po pro­stu go­dzi­nę, po­win­ni­ście po­czuć przy­pływ szczę­ścia! W nie­któ­rych te­le­fo­nach moż­na po­su­nąć się da­lej i do­dać zdję­cia do naj­bliż­szych ser­cu kon­tak­tów – w moim mam uro­cze zdję­cie męża i młod­sze­go syna usta­wio­ne tak, że ile­kroć mąż do mnie dzwo­ni, po­ja­wia­ją się obaj, cali w uśmie­chach.

Wy­bierz­cie apli­ka­cję z dow­ci­pa­mi i za­in­sta­luj­cie ją w ko­mór­ce czy w ta­ble­cie. Każ­de­go ran­ka au­to­ma­tycz­nie do­sta­nie­cie dow­cip dnia i bę­dzie­cie mo­gli się po­śmiać całą ro­dzi­ną!