Wyspa Skarbów - Robert Louis Stevenson - ebook

Wyspa Skarbów ebook

Robert Louis Stevenson

4,0

Opis

Młody bohater Jim Hawkins zaciąga się na statek, który wyrusza na poszukiwanie skarbu legendarnego kapitana piratów Flinta. Wyprawa przybiera dramatyczny charakter, kiedy okazuje się, że wśród załogi znajdują się dawni kompani Flinta, gotowi na wszystko, aby odzyskać zaginione łupy.

Wyspa Skarbów należy do klasyki literatury dziecięcej, zarówno angielskiej, jak światowej. Była wielokrotnie ekranizowana. Wiele występujących w niej postaci stało się w dziecięcej wyobraźni wzorcami piratów.

Lektura dla klasy VI

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 296

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału

The Treasure Island

Przełożyła

K. Jankowska

Ilustracja na okładce i projekt okładki

Artur Łobuś

Ilustracje czarno-białe

George-Roux

Opracowała Danuta Sadkowska na podstawie wydania z roku 1947; Książnica Śląska, Mikołów

© Copyright by Siedmioróg

ISBN 978-83-7791-572-1

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmioróg.pl

Wrocław 2016

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Do wahającego się czytelnika

Jeśli w te wszystkie morskie opowieści,

gdzie chłód, tropiki, przygody i szkwały,

krwawi korsarze i ukryte skarby,

błędny kurs, statek i wyspa się mieści,

jeśli w tę starą bajkę, co do słowa

według zwyczajów dawnych powtórzoną,

dzisiejsza trzeźwa i rozważna młodzież

wsłucha się, jak ja niegdyś, zachwycona

— To niech tak będzie, i dajcie się porwać!

Lecz gdyby dzisiaj chłopcy nie czytali

dzieł Ballantyne’a, Coopera, Kingstona,

bo zapomnieli, jak im smakowały

tamte historie z morza albo z lasów,

niech i tak będzie. A mnie pozostanie

podzielić los ich i wraz z piratami

lec w zapomnieniu pośród dawnych skarbów.

R. L. S.

Tłum. Józef Birkenmajer

CZĘŚĆ PIERWSZASTARY KORSARZ

ROZDZIAŁ IStary wilk morski przybywa do gospody „Pod Admirałem Benbow”

Kilku znajomych, między nimi pan Trelawney oraz doktor Livesey, zwracało się do mnie nieraz z prośbą, żebym spisał od początku do końca wszystko, co nam się przydarzyło w związku z Wyspą Skarbów, nie pomijając niczego, oprócz wyjaśnień co do położenia wyspy, a to dlatego, że spoczywa tam skarb, dotąd jeszcze nie wydobyty. Przeto roku Pańskiego 17… biorę się do pióra, rozpoczynając opowiadanie od tej chwili, gdy mój ojciec dzierżawił gospodę „Pod Admirałem Benbow” i gdy pod jej dach zawitał stary, ogorzały żeglarz z blizną na twarzy.

Pamiętam dokładnie, jakby to było wczoraj, tę chwilę, gdy ów człowiek zjawił się u drzwi gospody, a za nim przywleczono na ręcznym wózku jego marynarski kufer. Był to mężczyzna rosły, muskularny, o dziwnie ponurym wyrazie spalonej na brąz twarzy. Na ramiona, odziane w brudny niebieski surdut, spadał usmolony harcap. Ręce miał szorstkie i spękane, czarne, połamane paznokcie, a w poprzek policzka biegła brudnosina kresa, widocznie znak od szabli. Pamiętam do dziś, jak rozglądał się dokoła po zatoce i cicho pogwizdywał, aż z całej piersi huknął starą piosenkę żeglarską, którą później słyszeliśmy tak często:

Piętnastu chłopa na umrzyka skrzyni — Jo-ho-ho, i butelka rumu!

Głos miał przeraźliwy, trzęsący się od starości; rzekłbyś, że go strojono i zdarto na kołowrocie kotwicznym.

Po chwili zastukał do drzwi laską — była to dziwaczna laska, coś na kształt ciupagi — i gdy mój ojciec stanął we drzwiach, zażądał szklanki rumu. Gdy mu ją podano, zaczął pić powoli, jak smakosz, namyślając się nad każdym łykiem, a przy tym rozglądał się po skałach i spozierał na wywieszkę naszej gospody.

— Ładna zatoka — przemówił wreszcie — a karczma niczego sobie. Dużo tu macie gości, kamracie?

Ojciec odpowiedział, że bardzo mało, a szkoda.

— Wyśmienicie — rzekł przybysz — jest to w sam raz przystań dla mnie. Hej, człowieku — zawołał na tego, który przywiózł jego kufer — chodź no ze mną na górę i przytaszcz moją walizę. — Po czym ciągnął dalej: — Zatrzymam się tu czas jakiś. Wymagania mam skromne. Ot, do szczęścia wystarczy mi rum, boczek i jaja, no i głowa na karku, abym mógł wypatrywać statków na morzu. Jak się macie do mnie odzywać? Możecie mnie tytułować kapitanem. Ech, już widzę, o co wam chodzi. Macie!

I rzucił na próg trzy lub cztery złote monety.

— Możecie mi powiedzieć, gdy się to wyczerpie — rzekł, patrząc na nas tak surowo, jak gdyby był naszym zwierzchnikiem.

W istocie, mimo nędznej odzieży i pospolitego sposobu wyrażania się, nie miał wcale wyglądu prostego majtka, lecz widziało się po nim, że był szyprem lub sternikiem, przyzwyczajonym do rozkazywania lub walki. Człowiek, który przywiózł jego kufer, powiedział nam, że nieznajomy wysiadł w przeddzień z dyliżansu przed królem Jerzym i dowiadywał się o gospody na wybrzeżu; ponieważ, jak przypuszczam, o naszej dobrze się odzywano i opisano mu ją jako ustronną, postanowił w niej zamieszkać. Tyle tylko zdołałem się o nim dowiedzieć.

Był to człowiek zazwyczaj spokojny. Całe dni spędzał nad zatoką albo na skałach, z mosiężną lunetą w ręku. Wieczorami przesiadywał w kącie gościnnego pokoju koło kominka i popijał rum z wodą. Gdy go zagadywano, przeważnie nie odpowiadał: mierzył tylko natręta ostrym i surowym wzrokiem i fukał przez nos. Niebawem tak my, jak i ludzie, którzy bywali w naszej gospodzie, wszyscy doszliśmy do przekonania, że należy trzymać się z dala od niego. Co dzień, gdy wracał z włóczęgi, pytał, czy nie przechodził gościńcem jaki żeglarz. Z początku myśleliśmy, że tęskni za ludźmi swego zawodu i dlatego wciąż o to pyta; później jednak zauważyliśmy, że właśnie ich unika. Ilekroć jaki marynarz zaszedł pod „Admirała Benbow” (a czynili to niektórzy, zdążając do Brystolu drogą nadmorską), kapitan zawsze przyglądał mu się spoza zasłony na drzwiach, zanim wszedł do gościnnego pokoju; w obecności tych ludzi siedział zawsze cicho jak mysz. Przynajmniej ja nie miałem co do tego wątpliwości, gdyż poniekąd sam podzielałem niepokój kapitana. Pewnego razu wziął mnie na bok i obiecał, że co pierwszego dostanę od niego cztery srebrne pensy, jeżeli będę czatował na żeglarza o jednej nodze i natychmiast go zawiadomię, gdyby się zjawił. Nieraz, gdy nadszedł pierwszy i dopominałem się o swą należność, fukał przez nos i przeszywał mnie pogardliwym wzrokiem; ale nim minął tydzień, już jakby się rozmyślił, przynosił mi cztery pensy i powtarzał polecenie, abym pilnie baczył na żeglarza bez jednej nogi.

Nie będę się o tym rozpisywał, jak ta tajemnicza osobistość prześladowała mnie nieraz we śnie. W burzliwe noce, gdy nawałnica usiłowała wyważyć dom z posad, a bałwany morskie z hukiem rozbijały się o skały zatoki, widywałem tę zjawę w tysięcznych postaciach, w coraz to innych odmianach, niby szatańskie mamidła. Raz owo widmo miało nogę uciętą w kolanie, to znów w biodrze; kiedy indziej było jakąś okropną stworą, która miała od urodzenia tylko jedną nogę, i to w samym środku ciała. Czasami potwór skakał, biegał i gonił za mną przez płoty i rowy; była to najgorsza z nocnych zmór, jakie mnie trapiły. Te okropne widziadła sprawiały, że nie był to lekko zarobiony grosz, owe cztery pensy miesięcznie.

Mimo wszystko, chociaż taką trwogę budziła we mnie sama myśl o żeglarzu z jedną nogą, kapitana bałem się dużo mniej niż ktokolwiek z tych, którzy go znali. Bywały wieczory, że wypijał więcej rumu z wodą, niż mogła wytrzymać jego głowa; wtedy zazwyczaj siedział długo i wyśpiewywał jakieś stare, plugawe i dzikie pieśni żeglarskie, nie zważając na nikogo. Niekiedy jednak częstował wódką wszystkich wokoło i zmuszał całą struchlałą gawiedź do słuchania swoich opowiadań lub też wtórowania swym pieśniom. Nieraz bywało, że dom aż trząsł się od przyśpiewki: „Jo-ho-ho, i butelka rumu!”. Wszyscy goście przyłączali się do tego chóru z obawy o swe cenne życie i w śmiertelnym strachu starali się przekrzyczeć jeden drugiego, żeby tylko nie zwracać na siebie uwagi. W chwilach tych napadów kapitan był jakby niespełna rozumu. Bił pięścią w stół, aby uciszyć zebranych, skakał jak opętany, wybuchając gniewem na niewczesne pytania, albo też przeciwnie, jeżeli mu ich nie zadawano; w jednym i w drugim widział dowód, że towarzystwo nie dość uważnie słucha jego bredni. Nikomu też nie pozwalał wynieść się z gospody, dopóki sam, zmorzony trunkiem, nie potoczył się do łóżka.

Najwięcej jednak z wszystkiego napędzały nam strachu jego opowiadania. Były to okropne bajania: o wisielcach, o burzach morskich, o skwarnej wyspie Tortudze, kryjówce piratów, o strasznych czynach i o jakichś zakamarkach w posiadłościach hiszpańskich. Widziało się z tego, że życie spędzić musiał pośród największych nikczemników, jakim Bóg pozwolił żeglować po morzu; język zaś, jakim opowiadał te wszystkie niestworzone historie, napawał prostaczków wiejskich nie mniejszym lękiem niż zbrodnie, które opisywał. Ojciec mój wciąż powtarzał, że nasza gospoda zejdzie na psy, bo ludzie przestaną do nas chodzić, nie mogąc znieść tej ustawicznej grozy i pomiatania sobą, jako też chcąc spać spokojnie; ale mnie się wydaje, że pobyt kapitana przynosił nam raczej korzyść. Na ludziach zrazu cierpła skóra, lecz po pewnym czasie zasmakowali w tych opowiadaniach, bo stanowiły one pożądaną rozrywkę w jednostajnym życiu wiejskim. Wśród młodzieży znalazło się nawet sporo takich, którzy udawali że go podziwiają, nazywali go prawdziwym „wilkiem morskim” i „starym wycirusem” i twierdzili, że jest to jeden z tych zuchów, którzy Anglię uczynili postrachem mórz.

Wszakże pod jednym względem ów wilk morski naprawdę przynosił uszczerbek naszej kieszeni: mieszkał u nas tydzień za tygodniem, później miesiąc za miesiącem, tak że w końcu pieniądze, które dał z góry za mieszkanie i utrzymanie, dawno się wyczerpały, a mój poczciwy ojciec nie umiał wydusić z niego ani grosza więcej. Jeżeli napomknął kiedy o zaległościach, kapitan parskał nosem tak głośno, że można to było nazwać rykiem, i piorunującym spojrzeniem wypędzał go z pokoju. Widziałem, jak po każdej takiej odprawie biedny ojciec załamywał ręce i jestem pewny, że te zmartwienia oraz to życie w ustawicznym lęku niemało przyczyniły się do jego przedwczesnej śmierci.

Przez cały czas jego pobytu w naszej gospodzie widywałem kapitana zawsze w tej samej odzieży; raz tylko kupił u wędrownego handlarza kilka par pończoch. Gdy jedna poła trójgraniastego kapelusza oberwała się i obwisła, nosił go w takim stanie, choć dawało mu się to we znaki na wietrze. Nigdy nie zapomnę widoku jego surduta, który tak często naprawiał własnoręcznie w swoim pokoju na piętrze, że w końcu łata siedziała na łacie. Listów nigdy nie pisał ani nie dostawał, nie rozmawiał z nikim, jak tylko z sąsiadami, a i to przeważ nie wtedy, gdy wypił za dużo. W wielkim kufrze podróżnym nie wiadomo co się mieściło, bo nikt nie widział, żeby był otwarty.

Raz tylko napotkał na opór, a było to już pod koniec, gdy mój biedny ojciec dogorywał na suchoty, które go zabrały ze świata. Pewnego wieczora, dosyć późną porą, przybył do nas doktor Livesey, aby odwiedzić chorego; potem przekąsił coś z wieczerzy, podanej przez matkę, i udał się do gościnnego pokoju, aby czekać na swego konia, którego zostawił we wsi, gdyż w gospodzie „Pod Admirałem” nie było stajni. Poszedłem za nim i dziś jeszcze pamiętam przeciwieństwo, jakie stanowiła zgrabna postać doktora, jego czarne, błyszczące oczy, czysty ubiór i peruka posypana śnieżnobiałym pudrem, w porównaniu z tłumem wiejskich prostaków, a zwłaszcza z brudnym, ociężałym, patrzącym spode łba staruchem, który siedział wsparty łokciami na stole i ciągnął rum. Nagle ów — mówię oczywiście o kapitanie — zaczął skrzeczeć swoją zwykłą śpiewkę:

Piętnastu chłopa na umrzyka skrzyni —Jo-ho-ho, i butelka rumu!Piją na umór! Resztę czart uczyni —Jo-ho-ho, i butelka rumu!

Z początku przypuszczałem, że owa „skrzynia umrzyka” oznacza nie co innego, jak tylko wielki kufer w pokoju kapitana, i myśl ta często mieszała się w moich przywidzeniach z rojeniami o żeglarzu — kuternodze. Lecz w tym czasie dawno już przestaliśmy zajmować się ową pieśnią; tej nocy nie była ona już nowością dla nikogo, oprócz doktora Liveseya. Zauważyłem, że zrobiła na nim bardzo niemiłe wrażenie; przez chwilę patrzył gniewnie na śpiewającego, po czym znów wdał się w rozmowę ze starym ogrodnikiem Taylorem, o modnym sposobie leczenia reumatyzmu. Tymczasem kapitan pod wpływem piosenki powoli zaczął się ożywiać, aż wreszcie grzmotnął ręką w stół. Wiedzieliśmy, że jest to znak nakazujący milczenie. Natychmiast zrobiło się cicho, jedynie doktor Livesey głosem dźwięcznym i wyrazistym prowadził w dalszym ciągu rozmowę, pykając fajeczkę i wydmuchując dym co parę słów. Kapitan wbił w niego oczy, znów palnął pięścią w stół, spojrzał jeszcze groźniej, aż wreszcie rzucił prostackie przekleństwo i wrzasnął:

— Cicho tam, wy na pokładzie!

— Czy pan do mnie mówi? — zapytał doktor, a gdy gbur potwierdził i rzucił nowe przekleństwo, rzekł:

— Powiem tylko to jedno: jeżeli pan będzie nadal pił tyle rumu co teraz, to świat wkrótce pozbędzie się pewnego obrzydliwego hultaja.

Wściekłość kapitana nie miała granic. Skoczył na równe nogi, dobył składanego noża marynarskiego i otworzywszy go, począł nim wywijać, odgrażając się, że przygwoździ doktora do ściany.

Doktor, bynajmniej nie zmieszany, odezwał się do niego tym samym głosem co przedtem, może nieco donośniej, tak iż wszyscy obecni mogli dosłyszeć, ale całkiem spokojnie i poważnie:

— Jeżeli pan natychmiast nie schowa tego noża, ręczę słowem honoru, że znajdzie się pan w najbliższej przyszłości przed sądem.

Czas jakiś krzyżowały się ich spojrzenia jak w pojedynku, ale kapitan wnet spokorniał, schował broń i usiadł, pomrukując jak obity pies.

— A teraz, mości panie — ciągnął dalej doktor — skoro już wiem, że taki gagatek przebywa w moim okręgu, może pan być pewny, że dzień i noc będę pana miał na oku. Jestem nie tylko lekarzem, ale i sędzią; jeżeli dojdzie do mych uszu choćby najmniejsza skarga na pana, choćby chodziło tylko o takie grubiaństwo jak dzisiaj, każę pana aresztować i wygnać na cztery wiatry.

Krótko potem przyprowadzono konia przed drzwi gospody i doktor odjechał. Owego wieczora i przez wiele następnych kapitan zachowywał się już całkiem przyzwoicie.

ROZDZIAŁ IIZjawia się Czarny Pies i znika

W niedługi czas potem zdarzył się pierwszy z tych tajemniczych wypadków, które w końcu uwolniły nas od kapitana, choć jeszcze nie od spraw, związanych z jego osobą — jak to się dalej pokaże.

Zima tego roku była ostra; długo trzymały ciężkie mrozy i srożyły się zawieje; od początku też było do przewidzenia, że mój biedny ojciec prawdopodobnie nie doczeka wiosny. Z dnia na dzień coraz bardziej podupadał na siłach, więc matka wraz ze mną zajęła się prowadzeniem gospody, a mając czas ciągle zajęty, nie interesowaliśmy się zbytnio naszym niemiłym gościem.

Było to pewnego styczniowego poranku, o bardzo wczesnej porze. Zimno było przejmujące; wszystko dokoła zbielało od szronu; morze lekko zmarszczone z cichym pluskiem uderzało w nadbrzeżne skały, słońce stało jeszcze nisko, oświetlając zaledwie wierzchołki wzgórz i tylko w dali widać było jego blask na morzu. Kapitan wstał tego dnia wcześniej niż zwykle i usiadł na wybrzeżu; spod szerokiej poły starego błękitnego surduta zwisał kordelas, pod pachą tkwiła luneta, kapelusz miał zsunięty na tył głowy. Pamiętam, kiedy powstał i ruszył dalej, oddech kłębił się za nim w mroźnym powietrzu jak dym, a ostatnim dźwiękiem, jaki doleciał do moich uszu, kiedy skręcał koło wielkiej skały, było głośne prychnięcie, świadczące że jest w złym humorze; widać przeżuwał jeszcze w myśli zajście z doktorem Liveseyem.

Matka była właśnie na piętrze u ojca, a ja nakrywałem stół do śniadania dla kapitana, gdy wtem otworzyły się drzwi pokoju gościnnego i wszedł nieznajomy mężczyzna. Miał bladą twarz barwy łoju, a u lewej dłoni brakowało mu dwóch palców; u boku miał kordelas, mimo to jednak nie wyglądał na wojaka. Czatowałem na żeglarzy o jednej czy dwóch nogach, znalazłem się przeto w ambarasie. Przybysz nie miał w sobie nic z żeglarza, a mimo to zalatywało morzem od niego.

Zapytałem, czym mogę służyć, on zaś odpowiedział, że chce rumu, ale gdy chciałem wyjść z pokoju, aby spełnić jego żądanie, usiadł za stołem i skinieniem przywołał mnie do siebie.

Zatrzymałem się, z serwetą w ręku.

— Chodź no bliżej, synku — rzekł nieznajomy — chodź no bliżej.

Postąpiłem krok naprzód.

— Czy to stół dla mego kamrata Billa? — zapytał, patrząc na mnie z ukosa.

Odpowiedziałem, że nie znam jego kamrata Billa, a nakrywam do stołu dla osoby mieszkającej w naszym domu, zwanej przez nas kapitanem.

— Niech mu będzie! — rzekł przybysz. — Wszystko mi jedno, czy mój kamrat Bill mianuje się kapitanem, czy też nie. Ma bliznę na policzku, a poza tym jest mój kamrat Bill nader miły w obejściu, zwłaszcza co się tyczy picia. Jako dowód przytoczę jeszcze, że wasz kapitan ma bliznę na policzku… i, za pozwoleniem, dodam, że jest to prawy policzek. Ach, przecież już o tym wspominałem! A więc, czy mój kamrat Bill znajduje się w tym domu?

Wyjaśniłem, że wyszedł na przechadzkę.

— Gdzie, mój synku? Gdzie poszedł?

Gdy pokazałem mu skałę i udzieliłem wskazówek, którędy i kiedy kapitan prawdopodobnie będzie wracał, oraz odpowiedziałem na kilka innych pytań, nieznajomy rzekł:

— No, to już widzę, jak popijemy z mym kamratem Billem.

Gdy to mówił, widać było, że nadrabia miną, ale pomyślałem sobie, że to nie moja rzecz, a właściwie nie wiedziałem, co mam z sobą począć. Przybysz schował się za drzwiami wchodowymi, strzelając oczyma po wszystkich kątach, jak kot czatujący na myszkę. Kiedy chciałem wyjść na ulicę, natychmiast zawołał mnie do siebie, a gdy zlekceważyłem jego widzimisię, zmienił się nagle na twarzy, dotąd trupio bladej, i zmusił mnie do posłuszeństwa takim przekleństwem, że aż się wzdrygnąłem. Ledwo się cofnąłem, uspokoił się i klepiąc mnie na wpół drwiąco, na wpół dobrotliwie po ramieniu, nazwał mnie poczciwym chłopakiem i oświadczył, że od razu mnie polubił:

— Mam syna rodzonego, z którego jestem dumny. Podobniście do siebie jak dwie krople wody. Lecz pierwsza rzecz u chłopca to karność, tak, mój synku, karność. Gdybyś pływał po morzach wraz z Billem, nie kazałbyś sobie niczego dwa razy powtarzać, na pewno nie. Nie było to nigdy w zwyczaju Billa ani tych, którzy z nim żeglowali. A oto, słowo daję, idzie mój kamrat Bill, z lunetą pod pachą. Stary zuch, tak, to on. Chodź no, synku, ze mną do izby i schowajmy się za drzwiami. Zrobimy miłą niespodziankę Billowi. Stary zuch, powiadam.

Mówiąc to, nieznajomy wycofał się wraz ze mną do pokoju gościnnego i kazał mi stanąć poza sobą w kącie, w taki sposób, że otwarte drzwi zasłaniały nas obu. Możecie sobie wyobrazić, jak byłem nieswój i przerażony, a mój strach jeszcze wzrósł, gdy spostrzegłem, że osobliwy gość też nie grzeszy odwagą. Wciąż dotykał rękojeści kordelasa i próbował, czy ostrze łatwo wychodzi z pochwy, a przez cały czas oczekiwania nieustannie przełykał ślinę, jakby go coś dusiło w gardle.

Na koniec wszedł kapitan, trzasnął drzwiami za sobą i nie patrząc ani w lewo, ani w prawo, zmierzał prosto do stołu, na którym czekało na niego śniadanie.

— Bill — odezwał się nieznajomy głosem, któremu — jak mi się wydawało chciał nadać twarde i stanowcze brzmienie.

Kapitan obrócił się w tył na obcasie i spojrzał na nas. Twarz jego w jednej chwili straciła brązową barwę i nawet nos mu posiniał. Wyglądał jak człowiek, który ujrzał upiora lub diabła, albo jeszcze gorszą stworę, jeżeli to możliwe. Słowo daję, że zrobiło mi się go żal przez chwilę, taki był stary i przybity.

— Chodź, Billu, chyba mnie poznajesz? Na pewno nie zapomniałeś starego kamrata — rzekł przybysz.

Kapitan drgnął.

— Czarny Pies! — wybiegło z jego ust.

— A któż by inny? — odpowiedział tamten, jakby nabierając animuszu. — Czarny Pies, zawsze ten sam, przychodzi, żeby pogadać ze swym starym kamratem w gospodzie „Pod Admirałem Benbow”. Ach, Billu, Billu, przeżyliśmy obaj to i owo od czasu, gdy straciłem te dwa paluchy — i podniósł do góry okaleczoną rękę.

— Ciewy! — mruknął kapitan. — Jakeś mnie to podszedł! Tak, jestem tu. No, mów, czego chcesz?

— To się ciebie tyczy — odparł Czarny Pies — musisz to usłyszeć, Billu. U tego miłego chłopczyka zamówiłem sobie szklankę rumu, bo mam na to straszną ochotę. Jeśli chcesz, usiądźmy sobie i pogwarzmy jak starzy kamraci.

Gdy przyszedłem z rumem, siedzieli już naprzeciw siebie za stołem, zastawionym dla kapitana. Czarny Pies siedział bliżej drzwi, bokiem, tak iż zdawało się, że jednym okiem spoziera na swego towarzysza, a drugim szuka drogi do odwrotu.

Mnie poprosił, żebym wyszedł i zostawił drzwi na oścież otwarte.

— A żebyś mi nie próbował podglądać przez dziurkę od klucza, synku — upomniał mnie. Zostawiłem więc ich obu i poszedłem do szynkwasu.

Przez długi czas, mimo wszelkich usiłowań, by podsłuchać, co mówią, nie zdołałem nic pochwycić, oprócz przytłumionego mamrotania; ale po pewnym czasie rozmowa zaczęła się stawać coraz głośniejsza i mogłem już dosłyszeć pojedyncze wyrazy, przeważnie klątwy kapitana.

— Nie, nie! Nie, nie! I koniec z tym! — wrzeszczał, a w chwilę później dały się słyszeć słowa:

— Jeżeli chcecie, możecie tu wszyscy przyjechać. To ci mówię.

Nagle całkiem niespodziewanie posypały się okropne przekleństwa, po czym doszedł do mych uszu trzask łamanych sprzętów, szczęk stali i okrzyk bólu. W tej samej chwili ujrzałem Czarnego Psa, uciekającego co sił w nogach, a kapitan gonił go zapalczywie — obaj mieli w rękach obnażone kordelasy, a pierwszemu ciurkiem leciała krew z lewego ramienia. W samym progu kapitan zadał uciekającemu ostatni gwałtowny cios, który niechybnie rozłupałby mu głowę, gdyby ostrze nie zawadziło o sążnisty szyld naszego „Admirała Benbow”. Do dnia dzisiejszego można widzieć szczerbę, stąd powstałą, na dolnej krawędzi deski.

Był to ostatni cios w tej bójce. Czarny Pies, wypadłszy na ulicę, pomimo rany okazał się zadziwiająco rączy w nogach, tak że w pół minuty zniknął za wierzchołkiem wzgórza. Natomiast kapitan stał jak wryty i gapił się na wywieszkę. Potem przetarł oczy ręką i zawrócił do domu.

— Kuba, daj mi rumu — rzekł do mnie. Wtedy zauważyłem, że się chwieje i próbuje uchwycić się ściany.

— Czy pan raniony? — zawołałem.

— Rumu! — powtórzył. — Muszę się stąd zabierać. Rumu, rumu!

Pobiegłem po rum, lecz byłem tak roztrzęsiony tym wszystkim, że stłukłem szklankę i poplamiłem obrus; kiedy zaś powtórnie pobiegłem po trunek, usłyszałem łoskot w jadalni. Zawróciwszy, ujrzałem kapitana leżącego jak kłoda na podłodze. W tej samej chwili matka moja, zaniepokojona zgiełkiem bójki, przybiegła z piętra na pomoc. Podnieśliśmy głowę zemdlonego. Oddychał głośno, chrapliwie, lecz oczy miał zamknięte, a twarz przybrała odrażającą barwę.

— O moiściewy! — biadała matka. — A cóż to za wstyd dla naszego domu! A biedny ojciec taki chory!

Z tym wszystkim nie mieliśmy pojęcia, jak ratować kapitana, a nie wątpiliśmy ani przez chwilę, że otrzymał śmiertelny cios w bójce z nieznajomym. Na wszelki wypadek przyniosłem rumu i usiłowałem wlać mu go do gardła, jednakże zęby miał szczelnie zaciśnięte, a szczęki twarde jak żelazo. Przyszedł nam z pomocą szczęśliwy przypadek, gdyż niespodzianie otwarły się drzwi i wszedł doktor Livesey, przybywający w odwiedziny do ojca.

— Ach, panie doktorze! — zawołaliśmy oboje. — Co tu robić? Gdzie jego raniono?

— Raniono? Et, bzdury! — rzekł doktor. — Taki on ranny jak wy albo ja. Tego obwiesia tknęła apopleksja, jak mu to przepowiadałem. A teraz, pani Hawkins, niech pani zajdzie na górę do swego małżonka, ale proszę mu nie mówić o tym, co się stało. Ja tymczasem zrobię co w mej mocy, ażeby temu łotrowi uratować nędzne życie. A Kuba niech mi przyniesie miednicę.

Gdy ją przyniosłem, doktor już rozpruł rękaw surduta kapitana i obnażył potężne, muskularne ramię. Było tatuowane w kilku miejscach. Na przedramieniu widniały ozdobnie i wyraźnie wykonane napisy: „Tu jest szczęście”, „Niech wiatr sprzyja” i „Zachcianka Billy Bonesa”, a na ramieniu, blisko barku, mieścił się rysunek przedstawiający szubienicę z dyndającym na niej wisielcem — świadczący, jak mi się zdawało, o wielkich zdolnościach rysownika.

— Wieszczy znak — rzekł doktor, dotykając palcem rysunku. — A teraz, imć panie Billy Bones, jeżeli istotnie tak się nazywasz, zobaczymy, jakiego koloru jest twoja krew. Kuba, boisz się widoku krwi?

— Nie, panie doktorze — odparłem.

— To dobrze. W takim razie potrzymaj miednicę — i po tych słowach otwarł lancetem żyłę.

Trzeba było sporo krwi upuścić, zanim kapitan otwarł oczy i na pół przytomnie rozejrzał się dokoła. Najpierw rozpoznał doktora i zmarszczył brwi z widoczną niechęcią; potem dojrzał mnie i to jakby mu sprawiło ulgę. Naraz zmienił się na twarzy i usiłował się podnieść, krzycząc:

— Gdzie Czarny Pies?

— Nie ma tu żadnego czarnego psa — odrzekł doktor — chyba w pańskiej głowie. Za dużo pan wyżłopał rumu, więc przyszedł atak, zupełnie jak przewidywałem, a teraz, prawie wbrew samemu sobie, wyciągnąłem pana z grobu. No, ale panie Bones…

— To nie jest moje nazwisko — przerwał kapitan.

— A ja się tego obawiam — odrzekł doktor. — Jest to nazwisko pewnego znanego mi korsarza, a że jest krótkie, tak pana nazywam. Ale oto, co chciałem panu powiedzieć: jedna szklanka rumu jeszcze pana nie wyprawi na łono Abrahama, lecz gdy pan wypije jedną, zachciewa się panu drugiej, potem jeszcze jednej i jeszcze jednej. Otóż założę się o własną perukę, że jeśli pan wkrótce z tym nie skończy, to umrze pan — rozumie pan? Umrze pan i pójdzie w miejsce dlań przygotowane, jak ów człowiek z Pisma świętego. A teraz niech się pan spróbuje podnieść. Pomogę panu zawlec się do łóżka.

Wspólnymi siłami, chociaż z wielkim trudem, udało nam się zaprowadzić go na piętro i położyć do łóżka. Padł na nie bezsilnie, jakby zupełnie stracił przytomność.

— A teraz — rzekł doktor — proszę to sobie zapamiętać: rum wtrąci pana do grobu. Ostrzegłem pana, mam czyste sumienie.

Po tych słowach wziął mnie pod rękę i wyszedł, aby zbadać stan zdrowia mego ojca. Gdy zamknął drzwi za sobą, rzekł, mając na myśli kapitana:

— Drobnostka, nic mu nie będzie. Upuściłem mu dosyć krwi, aby go uspokoić na pewien czas. Poleży chyba z tydzień w łóżku, co i jemu, i wam wyjdzie na zdrowie. Ale powtórny atak przyprawi go o śmierć.

ROZDZIAŁ IIICzarna plama

Około południa udałem się do pokoju kapitana, niosąc chłodzące napoje i lekarstwa. Chory leżał tak samo, jakeśmy go zostawili, tylko nieco wyżej. Wydawał się bardzo słaby i zarazem podniecony.

— Kuba — odezwał się do mnie — jesteś tu jedynym człowiekiem, którego cenię, no i wiesz, że zawsze byłem dobry dla ciebie. Nie było miesiąca, żebym ci nie był dał czterech srebrnych pensów. A teraz widzisz, bracie, źle ze mną i wszyscy mnie opuścili. Kuba, nie przyniósłbyś mi ty, bratku, szklaneczki rumu?

— Pan doktor… — zacząłem, ale chory przerwał mi głosem słabym lecz stanowczym, klnąc na czym świat stoi.

— Wszyscy doktorzy to oszuści — rzekł — a ten wasz doktor, cóż on niby może wiedzieć o chorobach marynarzy? Bywałem ci ja w krajach, gdzie było gorąco jak w piekle, gdzie kamraci zdychali na żółtą febrę, gdzie przeklęta ziemia trzęsła się i falowała jak wzburzone morze — cóż by o tych krajach mógł powiedzieć wasz doktor? A ja żyję, bo piłem rum, mówię ci. To było moje jadło, mój napój, mój przyjaciel i moja rodzina. Gdy mi brak rumu, jestem jak stary okręt, co nie może odbić od brzegu z powodu przeciwnego wiatru. Ty będziesz winien mojej śmierci, Kuba, i ten oszust doktor. — Po tych słowach bluznął potokiem przekleństw, ale za chwilę znowu zwrócił się do mnie: — Patrz, Kuba — mówił przymilnym tonem — jak mi się palce trzęsą. Nie mogę sobie z nimi dać rady. Nie miałem jeszcze ani kropelki w ustach w tym przeklętym dniu dzisiejszym. Doktor jest osioł, mówię ci. Jeżeli nie dostanę krztyny rumu, Kubusiu, znowu zaczną mnie dręczyć te straszne mary. Już ich kilka widziałem; tam w kącie, za tobą, widziałem starego Flinta, wyraźnie, tak jak ciebie. A kiedy opadną mnie te widziadła, to staję się znów człowiekiem z tą straszną przeszłością — wtedy budzi się we mnie Kain. Przecież sam wasz doktor mówił, że jedna szklaneczka rumu mi nie zaszkodzi. Dam ci, Kubusiu, złotą gwineę za szklankę rumu.

Jego niepokój wzrastał z każdą chwilą. Zacząłem się bać o ojca, który tego dnia miał się gorzej i potrzebował ciszy; zresztą uspokajały mnie słowa doktora, przytoczone przez kapitana, a oprócz tego wszystkiego byłem wielce urażony obietnicą łapówki.

— Nie potrzeba mi pańskich pieniędzy — rzekłem — z wyjątkiem tego, coś pan winien mojemu ojcu. Przyniosę panu jedną szklankę, ale na tym koniec.

Gdy przyniosłem trunek, porwał go łapczywie i wychylił do dna.

— No, no, zaraz mi lepiej, rzecz jasna — rzekł. — A powiedz mi jeszcze, bratku, czy ten doktor mówił, jak długo mam się wylegiwać na tym barłogu?

— Co najmniej tydzień — odparłem.

— Do stu piorunów! — wrzasnął. — Tydzień! Ani gadania! Tymczasem oni przyślą mi czarną plamę. Ci durnie nie spuszczą mnie z oka w tej przeklętej chwili. Jakby im nie dość było tego, co mają, jeszcze by pazurami chcieli wydrzeć komu innemu jego własność. Niech mi kto powie, czy takie postępowanie można nazwać godnym marynarza? Lecz jestem człowiekiem oszczędnym, nigdy nie przetrwoniłem ani jednego szeląga, więc i teraz im się wywinę. Nie boję się ich nic a nic. Dam drapaka — i niech głupcy szukają wiatru w polu.

Mówiąc to, chwycił mnie za rękę tak silnie, że krzyknąłem z bólu, i powstał z łóżka, ale nogi miał jak z ołowiu, a gwałtowność słów kłóciła się z bezdźwięcznym głosem, jakim je wypowiadał.

Nagle umilkł i usiadł na krawędzi łóżka.

— To wszystko sprawka tego doktora — mruczał. — Szumi mi w uszach. Połóż mnie z powrotem do łóżka.

Zanim zdołałem mu pomóc, upadł znów na dawne miejsce i przez chwilę leżał bez słowa.

— Kuba — zagadnął wreszcie — widziałeś dziś tego żeglarza?

— Czarnego Psa? — zapytałem.

— Et! Czarnego Psa! — obruszył się. — To jest