Wyrok namiętności - Natalia Sońska - ebook
BESTSELLER

Wyrok namiętności ebook

Sońska Natalia

4,7

77 osób interesuje się tą książką

Opis

Judyta Breszka i Piotr Kostecki tworzą coraz bardziej zgrany zespół, nie tylko na sali sądowej. Niestety problemy, w które wpadli, kolejny raz burzą ich spokój. W Judycie budzi się gen samodzielności i niezależności, dlatego stara się je rozwiązać po swojemu. Prosi o pomoc osoby, od których od dłuższego czasu trzymała się z daleka, co generuje kolejne nieporozumienia i napięcia. Duma i nieustępliwość nie są najlepszymi doradcami w relacjach międzyludzkich. A gdy do głosu dochodzą emocje i pożądanie, może zdarzyć się wiele…
Czy dwojgu prawników uda się doprowadzić do wydania ostatecznego wyroku? Również tego, który dotyczy ich samych?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 362

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (244 oceny)
195
32
12
5
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Karinii

Nie oderwiesz się od lektury

Aaaaaaa! Nie na taki koniec liczyłam. A to chyba oznacza....że może być jeszcze jedna część 👏I tego się trzymam 🤗Świetna seria! I jak napisana! Dialogi...akcja....cała fabuła.... Wow! Czytałam....a przed oczyma nakreślał mi się obraz❤️Tak pisać potrafi tylko Natalia Sońska! Kocham 😘
40
patrycjak55

Nie oderwiesz się od lektury

Czemu to już jest koniec??!!! Cieszę się z takiego zakończenie ale uważam że ta historia powinna mieć swój dalszy ciąg. Proszę kochana autork pomyśl o kontynuacji historii tej dwójki prawników.
30
nocotyym

Nie oderwiesz się od lektury

Coś pięknego 🥰 super się czytało, szkoda że to już koniec 😒
20
boberekgosiaczek

Nie oderwiesz się od lektury

Jak mi się podobała ta seria poproszę więcej takich dobrych książek 📚 ♥️
20
natiurodziny

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacja. Cała seria super.Uwielbiam😉
10

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Natalia Sońska-Serafin, 2024

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2024

 

Redaktorka prowadząca: Joanna Jeziorna-Kramarz

Marketing i promocja: Aleksandra Wróblewska

Redakcja: Katarzyna Dragan

Korekta: Damian Pawłowski, Magdalena Owczarzak

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Daniel Rusiłowicz Art

Fotografie na okładce:

© indiraswork | Adobe Stock

© Robert_em | Unsplash

Fotografia autorki na skrzydełku: Paulina Czwałga | Fotoendorfina

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-68045-03-1

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

Rozdział 1

 

 

Judyta

 

 

 

Żałowałam tego telefonu już kilka sekund po zakończeniu rozmowy. Gdy tylko pomyślałam o spotkaniu z ojcem, czułam nieprzyjemny ucisk w żołądku. Nie musiałam się jednak długo zastanawiać, czy dobrze zrobiłam, łamiąc jedną ze swoich świętych zasad. Czy mogłam znaleźć inne rozwiązanie? Wystarczyło, że wróciłam wtedy do sypialni i spojrzałam na Piotra. Spał spokojnie, jak gdyby nic nie było w stanie zmącić jego snu. A dobrze wiedziałam, że niestety były to złudne życzenia. Nie znałam Malczewskiego, ale zdawałam sobie sprawę z powagi sytuacji. Skoro zdecydował się na taki krok, bez skrępowania przyszedł do Piotra i mu groził, to przecież nie mogłam zwyczajnie czekać na rozwój sytuacji, by się przekonać, że nie blefuje. Zwłaszcza że miałam tę sposobność, by odpowiednio zareagować.

Tak, wciąż z trudem przychodziło mi przyznanie się do tego, co czułam do Piotra, mimo że byłam w stu procentach pewna swoich uczuć. Piotr zbyt wiele dla mnie znaczył, bym mogła aż tak ryzykować. Nawet jeśli twierdził, że nie muszę się o niego martwić. Uśmiechnęłam się łagodnie na samą myśl, jak miałabym się nie martwić o kogoś, kogo…

No właśnie. Mnie też się zdarzało spóźniać, nigdy się tego nie wypierałam, choć zwykle nie stało za tym moje roztrzepanie, tylko niezależne ode mnie okoliczności: przesunięte lub przedłużone spotkania, opóźnione rozprawy czy niespodziewane wypadki. Ale szczerze nie znosiłam spóźnialstwa, a jeszcze bardziej irytowało mnie to, że spóźniał się właśnie on. Nawet nie chodziło o to, że skoro schowałam dumę do kieszeni i się odezwałam, prosząc go o spotkanie, to spodziewałam się, że potraktuje mnie poważnie i będzie na mnie czekał, nie liczyłam na akt łaski. Sprawa Piotra była dla mnie istotniejsza niż moja mocno kulejąca relacja z ojcem, o czym zresztą nie chciałam dzisiaj rozmawiać. Po prostu… Zaczynałam się zastanawiać, czy się nie rozmyślił, czy – co było w jego stylu – nie stwierdził, że jednak weźmie mnie na przetrzymanie czy coś w tym rodzaju. W końcu trzymał mnie w garści, to ja miałam interes do niego, musiał się domyślić, że bardzo mi zależy i że z tego nie zrezygnuję.

Choć w tym momencie, po piętnastu minutach oczekiwania i bicia się z myślami, byłam tego bardzo bliska. Już miałam wybrany jego numer, by zadzwonić i wygarnąć mu, że zawiódł jak zawsze i że jak zwykle poradzę sobie bez niego, kiedy dostrzegłam go przez okno. Zbliżał się w stronę kawiarni. Odruchowo się wyprostowałam i lekko podenerwowana zaczęłam stukać palcami w blat. Z trudem przełknęłam ślinę i wzięłam głęboki wdech. Jeszcze nigdy o nic go nie prosiłam, to miał być pierwszy raz, dlatego bałam się, czy mój honor się po tym pozbiera. Powoli wypuściłam powietrze i upiłam łyk zimnej wody z nadzieją, że nieco mnie otrzeźwi, ani na chwilę nie spuszczając z niego wzroku. Właśnie przechodził przez przejście, choć nieszczególnie się śpieszył. Szedł z tą swoją pewnością siebie, z wysoko uniesioną głową, a jego twarz nie zdradzała absolutnie żadnych emocji, jak zwykle zresztą. Był ubrany w czarny taliowany płaszcz, pod którym oczywiście miał idealnie skrojony garnitur. Człowiek biznesu, prychnęłam pod nosem. Musiałam jednak przyznać, że jak na mężczyznę po pięćdziesiątce trzymał się całkiem nieźle. Wciąż był przystojny i nawet te mocno już posiwiałe po bokach włosy dodawały mu pewnego uroku. Pewnie gdybym go nie znała, zwróciłabym na niego uwagę w tłumie… Naprawdę o tym pomyślałam? Skrzywiłam się momentalnie i tylko przewróciłam oczami. Tacy jak on powinni mieć wypisane na czole: „EGOISTYCZNY DUPEK”, by ludzie omijali ich szerokim łukiem! Ja, gdybym miała takie wyjście, też nadal krążyłabym po innej orbicie, jak najdalej od niego!

Pewnie dlatego, kiedy wszedł do środka, w pierwszej chwili spuściłam wzrok, udając, że go nie widzę. Kątem oka dostrzegłam, że rozgląda się dookoła, aż w końcu mnie dojrzał i powolnym, dostojnym krokiem ruszył w moją stronę. Znów poczułam, że żołądek zawiązał mi się w supeł, ale za nic w świecie nie mogłam dać tego po sobie poznać. Spojrzałam na niego znad telefonu, dopiero gdy wyraźnie usłyszałam stukot jego obcasów. Chwilę później ojciec stanął przy moim stoliku.

– Witaj, Judyta – powiedział spokojnie i posłał mi łagodny uśmiech.

Dałabym słowo, że się zawahał, czy nie nachylić się w moją stronę i nie pocałować mnie w policzek.

– Spóźniłeś się – odparłam twardo i wskazałam mu spojrzeniem miejsce naprzeciwko.

Chyba zrozumiał, że nie mam ochoty na żadne wylewne powitania ani nawet na uścisk dłoni. Usiadł bez słowa, a potem, wymownie odsłoniwszy rękaw, pod którym nosił swojego złotego (a jakże!) rolexa, odpowiedział ze spokojem:

– Jestem punktualnie co do minuty. Paryski kwadrans.

Zacisnęłam szczękę. W pierwszej chwili miałam ochotę wstać z hukiem i wyjść, ale pohamowałam emocje. Inaczej wyobrażałam sobie początek tego spotkania, zakładałam, że będzie tu pierwszy, przede mną, chłodno się z nim przywitam i od razu przejdę do meritum. Tymczasem mój ojciec znów odwracał kota ogonem i wywoływał we mnie poczucie winy. Postanowiłam nie dać się mu sprowokować i nijak nie komentować jego punktu widzenia. Nie chciałam zachowywać się jak urażona, rozkapryszona nastolatka, bo choć emocjonalnie moja relacja z nim zakończyła się właśnie na tym etapie, to byłam już dorosłą kobietą, adwokatką ze sporym doświadczeniem, potrafiącą panować nad sobą i swoją naturą. To nie był czas na toczenie kolejnych batalii ani wywlekanie dawnych żalów. Nie po to poprosiłam go o to spotkanie. Musiałam postąpić profesjonalnie.

– Racja – potaknęłam i znów odwróciłam na chwilę wzrok.

Zapanowała między nami niezręczna cisza i choć wyraźnie czułam, że ojciec cały czas mi się przygląda, nie potrafiłam spojrzeć na niego.

– Pięknie wyglądasz, Judyta – odezwał się po chwili.

Skrzywiłam się nieznacznie i odchrząknęłam. Popatrzyłam na niego nieco przychylniej i odpowiedziałam:

– Dziękuję. Ale nie poprosiłam cię o spotkanie, by rozmawiać z tobą o walorach estetycznych.

– Domyślam się. Nie umówiłabyś się ze mną na pogaduszki. Choć chętnie dowiedziałbym się, co u ciebie.

– Podejrzewam, że dobrze wiesz. – Rzuciłam mu wymowne spojrzenie.

– Przeceniasz mnie. – Uśmiechnął się lekko.

Nie zamierzałam z nim dyskutować, bo dobrze wiedziałam, że ma swoje sposoby, by zasięgnąć języka, gdy tylko coś go interesuje. Choć czy mogłam wierzyć, że tak zwyczajnie, po rodzicielsku ciekawiło go moje życie? Nie, nigdy się nie łudziłam. Miałam ochotę mu coś kąśliwie odrzec, ale udało mi się pohamować moje poirytowanie.

– A ty nadal masz mnie za naiwną – odpowiedziałam spokojnie, po czym znów odwróciłam wzrok.

Wtedy podszedł kelner, na szczęście, bo ojciec znów chciał coś powiedzieć. Zamiast tego zamówił kawę: czarną, mocną, bez cukru. O ironio. Oczywiście, że zamówiłam to samo i nijak nie zwróciłam uwagi na wymowny uśmiech, który wymalował się na jego twarzy. Udałam, że tego nie widzę, a kiedy kelner odszedł od naszego stolika, znów zapanowała między nami niezręczna cisza. Nie wiedziałam, od czego zacząć. Najłatwiej byłoby od początku, ale… Czy nie lepiej pominąć okoliczności związane z Michałem i skupić się na Malczewskim? Była jeszcze drażliwa kwestia mieszkania, ale tego tematu nie zamierzałam dzisiaj poruszać. Nie chciałam łączyć ze sobą tych spraw.

– To jak, powiesz mi, co słychać? – zapytał znowu.

– Pasmo nieustających sukcesów. – Posłałam mu wymuszony uśmiech.

– W to nie wątpię. Nic się nie zmieniłaś – odparł.

Owszem, wciąż starałam się być jak najmniej podobna do niego. Upomniałam go spojrzeniem, a potem upiłam kolejny łyk wody i odstawiłam szklankę.

– Masz rację, nie poprosiłam cię o spotkanie, żeby gadać o pogodzie – powiedziałam twardo.

– W takim razie jak mogę ci pomóc?

Zacisnęłam usta. Już na końcu języka miałam, że wcale nie chcę prosić go o pomoc, że jej nie potrzebuję, ale w końcu… Właśnie po to się z nim spotkałam. Wzięłam głęboki wdech. Wiedziałam, że nie przyjdzie mi to łatwo, ale nie sądziłam, że będzie aż tak trudno. Moje ego walczyło ze zdrowym rozsądkiem i daję słowo – już miałam rzucić, że jednak poradzę sobie sama, ale przecież zdawałam sobie sprawę, że w tym przypadku sama niewiele zdziałam.

– Kojarzysz takiego człowieka jak Jędrzej Malczewski? – zapytałam wprost, zaczynając od połowy.

Ojciec drgnął nieznacznie i lekko ściągnął brwi, ale nie potrafiłam go rozczytać. Był, cholera, dobry w te klocki, co zresztą nie powinno mnie dziwić – pokerowa twarz była pożądana w jego „biznesie”. Przez lata do perfekcji opracował sztukę kamuflażu wszelakiego.

– Dlaczego o niego pytasz? – zainteresował się.

– Odpowiem ci, jeśli ty mi odpowiesz – postawiłam sprawę jasno.

– Mogło mi się obić o uszy to nazwisko. Dlaczego o niego pytasz? – odpowiedział oględnie, ponawiając pytanie, a ja przewróciłam oczami.

– To człowiek z twojej branży. Istotne jest dla mnie, czy go znasz, a nie, czy ci się obił o uszy. Jeśli go nie znasz, to w niczym mi nie pomożesz i dalsza rozmowa nie będzie miała sensu.

– Bronisz go?

– Jeszcze tego by brakowało… – wyrwało mi się, a ojciec skrzywił się wtedy wyraźnie. Ale chyba wolałabym go bronić, niż mieć w nim wroga, pomyślałam, choć po chwili już nie byłam tego taka pewna. Westchnęłam znowu. – Znasz go czy nie?

– Judyta, znam wielu ludzi, niektórych kojarzę, ale znajomością bym tego nie nazwał. Choć mogę poznać, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba. A ty zaczynasz mnie niepokoić. – Popatrzył na mnie tym swoim ojcowskim, karcącym spojrzeniem, którego ani trochę się nie przestraszyłam.

– Dobra, wiesz co… Chyba się przeliczyłam. Myślałam, że po prostu mnie wysłuchasz i…

– Przecież tu jestem i słucham – wszedł mi w słowo i chwycił moją dłoń, gdy poruszyłam się na krześle, gotowa, by wstać. – Ale też nie wymagaj ode mnie otwartości, gdy nie wiem, o co dokładnie chodzi… – Ściszył nieco głos.

Fakt, mógł mi nie ufać. Ja za jego szczerość też nie dałabym złamanego grosza. Chociaż… Nie będę ukrywać, że pokładałam w nim nadzieję, gdyby było inaczej, pewnie nie spotkałabym się tu z nim dzisiaj. Akurat w tej kwestii nie bardzo mogłam wybrzydzać. Spojrzałam na jego dłoń wciąż spoczywającą na mojej i po chwili zabrałam swoją rękę.

– Może lepiej byłoby porozmawiać w trochę ustronniejszym miejscu… – powiedziałam i poprawiłam się na krześle.

– Proponowałem to od początku, ty się uparłaś na spotkanie tutaj.

Racja, chciałam się z nim umówić na neutralnym gruncie. Nie wyobrażałam sobie jechać do jego biura, gdzie rzecz jasna miałby nade mną przewagę. Zresztą, wolałam omijać to miejsce szerokim łukiem. Jeszcze ktoś mógłby mnie tam zobaczyć… Do siebie też niespecjalnie uśmiechało mi się go zapraszać, ani do kancelarii, nie czułam potrzeby pokazywania mu, jak się urządziłam, ani tym bardziej do mieszkania, które mimo wszystko było moją fortecą, tam nie chciałam go widzieć w ogóle.

Wzięłam głęboki wdech i przymknęłam na chwilę oczy. Byłam w beznadziejnej sytuacji.

– Chcę, żebyś wiedział, że nie mogę pokpić tej sprawy, a czas mnie goni. Gdybym miała inne wyjście, nie kontaktowałabym się z tobą.

– Czy ten człowiek w jakikolwiek sposób ci zagraża? – zapytał wprost, bacznie mi się przypatrując.

Cóż, powiedziałam, że to ktoś z jego branży, nie dziwiło mnie, że szybko się domyślił.

– Grozi. Niestety, nie tylko mnie. A raczej… Niebezpośrednio.

– Judyta… Czy ty się wplątałaś w coś, co stoi w sprzeczności z zawodem, który wykonujesz? – Ojciec pochylił się, znowu ściszając głos.

Tym razem to ja się skrzywiłam.

– Nigdy nie władowałabym się w żadną nielegalną działalność. Może i mam twoje geny, ale zdecydowanie więcej rozumu – odparłam twardo.

Ojciec uniósł łagodnie kącik ust.

– Jest twoim przeciwnikiem procesowym? – Przyglądał mi się wnikliwie. – Judyta, jeśli jest tak, jak mówisz, nie graj na zwłokę i nie każ mi zgadywać.

Fakt, powinnam przejść do rzeczy. Też nie znosiłam takiego owijania w bawełnę. Tylko czy mogłam mu wierzyć, że zachowa dla siebie to, co mu powiem? W końcu chodziło też o Piotra… A może lepiej byłoby się skoncentrować na naszym rodzinnym kręgu? Co prawda nie planowałam mówić ojcu, że to Michał wpakował mnie w to bagno, ale nagle dotarło do mnie, że na nim zdecydowanie mniej mi zależało niż na Piotrze. No i korciło mnie, żeby mu w końcu utrzeć nosa. Byłam zła na siebie, że choć dobrze to sobie wcześniej przemyślałam, teraz dopuściłam do siebie wątpliwości. Ale też nie była to zwyczajna, służbowa rozmowa, sprawa dotykała mnie i moich najbliższych, wątpliwości nie były tu niczym nadzwyczajnym.

– Nie sądziłam, że zadam to pytanie, bo odpowiedź jak dotąd była dla mnie jasna, ale… Czy mogę… – Wzięłam głęboki wdech. – Czy mogę ci ufać?

Ojciec się wyprostował i popatrzył na mnie uważnie.

– Judyta, bez względu na to, jak daleka od ideału jest nasza relacja, jesteś moją córką. – Zawiesił na chwilę głos. – Nigdy nie zrobiłbym czegoś, co mogłoby ci zaszkodzić. Możesz wierzyć lub nie, ale tak właśnie jest. Zawsze było.

Znów zacisnęłam na chwilę usta.

– Nie chodzi tylko o mnie.

– Rozumiem. – Skinął głową. – To nic nie zmienia.

– No i w tym wszystkim jest jeszcze Michał. A zasadniczo… To od niego wszystko się rozpoczęło – wyznałam w końcu, bo nie znalazłam sposobu, jak opowiedzieć ojcu o wszystkim bez wspominania o moim niewydarzonym braciszku.

Skrzywił się wtedy wyraźnie, a ja zauważyłam, że niezadowolenie wstępuje na jego twarz. Miałam ochotę wymownie się uśmiechnąć, bo tryumf, że w końcu dopiekłam gówniarzowi, zaczynał mocno się we mnie odzywać. Zachowałam jednak powagę, przecież nie chodziło o moje osobiste porachunki z Michałem, gra toczyła się o coś znacznie ważniejszego.

– Powiesz mi wreszcie? – ponaglił mnie ojciec, wyraźnie zaintrygowany tym, co usłyszał przed chwilą.

Zrobiłam krótką pauzę. Nie mogłam pominąć udziału Michała. Nie dało się, w końcu to on wplątał mnie i Piotra w to bagno i prawdę mówiąc, pomyślałam, też powinien tutaj być. Zresztą sam niedawno doszedł do wniosku, że poprosi ojca o pomoc. Co prawda mnie chodziło głównie o to, żeby Malczewski odpieprzył się ode mnie i Piotra na dobre, ale jeśli udałoby się upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu, miałabym o jeden problem na głowie mniej. Opowiedziałam więc bez skrupułów historię mojego przyrodniego braciszka, raz nawet poczułam się jak perfidna donosicielka i zdrajczyni, ale ostatecznie przecież działałam w słusznej sprawie. Napomknęłam o tym, jak wplątałam w całą tę aferę Piotra, bez podawania szczegółów rzecz jasna, i skończyłam na tym, że kilka dni temu Malczewski pofatygował się do Kosteckiego i zagroził, że jeśli ten nie pójdzie na współpracę, ja tego pożałuję. Swoją drogą, wyciągnięcie tego od Piotra było nie lada wyczynem, musiałam użyć adwokackich sztuczek i kobiecego szantażu, by coś z siebie wydusił, a i tak większość dodałam sobie sama. Tak czy inaczej, Malczewski chyba nie był świadomy, z kim zadarł. I oczywiście miałam na myśli siebie, nie tatusia.

Zwłaszcza że kiedy skończyłam swoją opowieść i mierzyliśmy się z ojcem spojrzeniami, on wciąż siedział jak posąg, nie drgnął mu ani jeden mięsień na twarzy. Nadal nie byłam w stanie rozszyfrować, co chodzi mu po głowie i co o tym wszystkim myśli. Naprawdę? Nawet nowina, że jego synalek poszedł w jego ślady, nie zrobiła na nim wrażenia?

Wreszcie odchrząknął, poprawił się na krześle i upił łyk kawy, którą w międzyczasie otrzymaliśmy.

– Nie wiem, Judyta, czy nie przeceniasz moich możliwości i kontaktów. Kiedy wspomniałaś mi to nazwisko, myślałem raczej o jego legalnej działalności. Skupuje sporo spółek, stąd go skojarzyłem – oznajmił poważnie. Uniosłam brew i popatrzyłam na niego zniesmaczona. Naprawdę miał zamiar wciskać mi ten sam kit co przez całe życie? – Jestem tylko dilerem…

– No właśnie – weszłam mu w słowo.

– Samochodowym, Judyta… – Posłał mi wnikliwe spojrzenie.

– Jasne – prychnęłam i przewróciłam oczami. – Dobra, zapomnij. Nie było tematu – rzuciłam bezradnie i już miałam wstać, gdy znów mnie zatrzymał, przytrzymując dłoń.

– Zobaczę, co da się zrobić – powiedział twardo.

– Nie czuj się zobowiązany. Jakoś sobie poradzę, skoro… Zresztą, nieważne. W zasadzie czego innego się spodziewałam… – zaśmiałam się gorzko.

– Judyta.

– A co do Michała to w sumie rób, co chcesz. – Rzuciłam banknot na stolik i wstałam. – Aha, za jakieś dwa tygodnie ma rozprawę apelacyjną, bo oprócz tego, co już wiesz, handlował jeszcze trawką, sąd pierwszej instancji go skazał. Powiedziałabym, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, ale chyba powinieneś go podszkolić, bo w przeciwieństwie do ciebie dał się złapać. – Zawiesiłam na chwilę głos, po czym dodałam: – Ach, pardon, ty handlujesz tylko samochodami.

Nie pożegnawszy się z nim, po prostu wyszłam. I tak dałam z siebie więcej, niż myślałam, tylko niestety znów przejechałam się na własnej naiwności. Teraz żałowałam, że go w to wszystko wtajemniczyłam, nie miałam pewności, co zrobi z tą wiedzą. Czy mógł jakoś pogorszyć naszą sytuację? Nie wiem, ale miałam już czarno na białym, że na pewno nie zamierzał pomóc. Teraz musiałam uspokoić emocje, bo to spotkanie naprawdę kosztowało mnie wiele nerwów, a potem na spokojnie zastanowić się nad innym rozwiązaniem. Bo ani myślałam dać się zastraszyć jakiemuś gangsterowi, ani tym bardziej pozwolić mu zniszczyć to, co zaczęło się na dobre między mną a Piotrem. Jedno było pewne – od niedawna miałam nową listę priorytetów, o które zamierzałam walczyć jak lwica.

 

 

 

 

 

 

Piotr

 

 

 

Ostatnie spotkanie z Malczewskim wciąż siedziało mi w głowie. Nie odezwał się od tamtego czasu, a raczej nie w sprawie, z którą wtedy przyszedł. Wysłał e-mail w kwestii jednej z jego spółek, które obsługiwałem, ale nie było to związane z propozycją „zacieśnienia” współpracy. Nie byłem pewien, czy uznał, że brak mojego wyraźnego sprzeciwu jest równoznaczny z tym, że zgodziłem się bez słowa na jego warunki, czy może brał mnie na przeczekanie, licząc na odpowiedniejszy moment. Niezależnie od strategii, jaką obrał, moja odpowiedź była jasna – nie miałem zamiaru plątać się w żadne nielegalne interesy. Mimo że, wbrew temu, co mówiła Judyta i jak bardzo chciała mnie uspokoić, wciąż miałem z tyłu głowy jego groźbę. A co, jeśli Malczewski spełni swoje zapowiedzi i jej zaszkodzi? Mój plan odsunięcia się od niej, by ją chronić, spalił na panewce. Zresztą, co ja sobie myślałem… Przez ułamek chwili miałem nadzieję, że Judyta uwierzy w moją nagłą zmianę frontu, ale jest zbyt bystra. Nie wiem, dlaczego w ogóle w to zwątpiłem. Chyba skołowaciałem ze stresu i wrażeń. Pierwszy raz w życiu byłem w takim położeniu i na moment moje wrodzone opanowanie zastąpiła panika. Nie żebym osobiście obawiał się Malczewskiego, po prostu bałem się o nią, konsekwencji, jakie mogła ponieść. Czułem się, jakbym rozbrajał tykającą bombę. Pociągnięcie za jeden nieodpowiedni kabelek i… Dlatego musiałem skupić wszystkie siły na unieszkodliwieniu tego typa. Od kilku dni zastanawiałem się nad najlepszym argumentem, by rozwiązać z Malczewskim współpracę w ogóle. Może i kancelaria straci duży dochód, jakoś się z tym uporamy. Musiałem jeszcze przebrnąć przez rozmowę z Marcelem, ale wierzyłem, że gdy wprowadzę go w nowe okoliczności, nie będzie już tak bronił swojego stanowiska.

Właśnie miałem zrobić sobie przerwę w pisaniu pozwu dla klienta, który domagał się spłaty świadczeń od jednego ze swoich dłużników, gdy usłyszałem pukanie do drzwi. Zerknąłem na zegarek i odruchowo w otwarty kalendarz. Nie miałem żadnego umówionego spotkania. Być może Ania zaniepokoiła się, że od rana nie wyszedłem z biura, bo faktycznie trochę się zasiedziałem. Marcel z kolei wchodził tu jak do siebie, nie czekałby, aż odpowiem na jego pukanie.

– Proszę – odezwałem się i jednocześnie wyprostowałem w fotelu.

Drzwi się uchyliły, a w progu pojawiła się niewysoka, szczupła blondynka. W pierwszej chwili jej nie skojarzyłem, dlatego zmarszczyłem lekko brwi.

– Dzień dobry, mecenasie, miałam pojawić się dzisiaj o jedenastej – powiedziała, patrząc na mnie wyczekująco.

– Pani… – Zawiesiłem głos, starając się przypomnieć sobie jej nazwisko.

– Angelika Szybiak.

– A, tak! – ocknąłem się i wstałem, by podejść i podać jej dłoń na powitanie.

Aplikantka. Zupełnie wypadło mi z głowy, że to dziś rozpoczynała praktykę u nas. Jakkolwiek źle by to zabrzmiało, w świetle ostatnich wydarzeń jej obecność była naprawdę najmniej istotna, mogłem o niej zapomnieć.

– Jeśli jestem za wcześnie… – zaczęła, najwyraźniej wyczuwając moje chwilowe roztargnienie.

– A mamy jedenastą? – zapytałem retorycznie i znów popatrzyłem na zegarek.

– No tak.

– Więc jest pani punktualnie. Przepraszam, straciłem rachubę czasu, ślęczę nad pozwem. Proszę, pokażę pani miejsce, które będzie pani zajmować. – Otworzyłem szerzej drzwi i wskazałem, by wyszła pierwsza. – Jak już się pani zapewne zorientowała, tutaj jest królestwo naszej Ani. – Skinąłem na sekretarkę, która w tym momencie wesoło się uśmiechnęła. – Ania wprowadzi panią w zwyczaje panujące w kancelarii, opowie o tym, do której przygotowujemy pisma, by wyszły zbiorczo na pocztę, i tego typu niuanse. O, a tutaj mamy kuchnię. – Pokazałem pomieszczenie, które minęliśmy. – A tu… – Uchyliłem drzwi nieopodal wejścia do całego biura. – Tu jest pokój aplikantów.

Stały w nim cztery biurka, a na każdym z nich zestaw przyborów biurowych. Zauważyłem, że dziewczyna rozgląda się dookoła.

– Które mogę zająć? – zapytała.

– Może pani wybrać spośród tych trzech. – Powiodłem wzrokiem po biurkach. – Bo to – wskazałem miejsce przy oknie, obok szafki z aktami, na którym leżał zamknięty laptop – zajmuje aplikant mecenas Turczyńskiej. Najwyraźniej jest teraz w sądzie.

Kobieta postawiła torebkę na najbliższym blacie, a ja zasugerowałem, by usiadła na fotelu. Sam oparłem się tyłem o mebel naprzeciwko niej i założyłem ręce na piersi.

– Od czego mam zacząć? – zapytała po chwili.

– Od rozmowy z panią Anią – przypomniałem. – A gdy skończycie, to proszę przyjść do mnie, coś dla pani znajdę – powiedziałem. Dziewczyna skinęła potakująco głową, nie przestając się rozglądać wokół. – Ma pani jeszcze jakieś pytania? – zagadnąłem z grzeczności.

– Na chwilę obecną raczej nie.

– Jasne. Jeśli jakieś się pani nasuną, to wie pani, gdzie mnie szukać – oznajmiłem, po czym uśmiechnąłem się formalnie i wyszedłem z pokoju.

Zatrzymałem się przy biurku naszej sekretarki, by jeszcze raz poprosić ją o zapoznanie nowej aplikantki z kancelarią i wdrożenie jej w panujące u nas zasady, gdy za plecami usłyszałem swoje imię. Marcel, który właśnie wszedł do biura, przywoływał mnie od progu.

– Masz chwilę? – zapytał ostrożnie, gdy podszedł bliżej.

– No mam. Właśnie wydałem Ani dyspozycje co do wdrożenia nowej aplikantki i zamierzałem zrobić sobie kawę – przyznałem.

– Nowej aplikantki? – Marcel się wyprostował i zerknął w stronę drzwi do pokoju.

– Tak, pani Angelika zaczyna dzisiaj pracę. Dla mnie. – Podkreśliłem ostatnie słowa.

– Tylko nie zawal jej robotą na dzień dobry, żeby się nie zniechęciła – zaśmiał się.

Nie miałem nawet ochoty zwracać mu uwagi, żeby darował sobie dwuznaczne konteksty. Był dorosłym, rozważnym facetem, adwokatem, liczyłem więc, że nie wpadnie na żaden głupi pomysł. W końcu mu ufałem. No właśnie…

– W sumie dobrze, że już jesteś, muszę z tobą porozmawiać.

– To ja muszę porozmawiać z tobą – odparł, poważniejąc, a ja od razu się skrzywiłem.

Czyżby Malczewski odwiedził i jego?

– Okej, w takim razie kawa poczeka – przyznałem i natychmiast skierowałem się w stronę swojego gabinetu, a wtedy Ania, nasza niezastąpiona sekretarka, zaproponowała, że sama ją przygotuje i przyniesie nam do biura. Marcel odmówił, twierdząc, że jedną właśnie wypił kilkanaście minut temu, a poza tym i tak ma już wystarczająco wysokie ciśnienie. Tym bardziej zaczynałem mieć pewność, że już wie o zagrywkach naszego klienta, o którego tak walczył. Zastanawiało mnie tylko jego bojowe nastawienie.

– O co chodzi? – zapytałem wprost, gdy już usiedliśmy.

– Jak bardzo jesteś zakochany w tej twojej Judycie? – odparł nieco zniesmaczony.

Czyli jednak miałem rację… Zdecydowałem się jednak udawać Greka.

– Nie rozumiem…

– Ufasz jej?

– Oczywiście, co to za pytanie – obruszyłem się.

– Normalne, gdy widzi się dziewczynę przyjaciela z innym facetem na kawce, a ta relacja wyraźnie wygląda na daleką od służbowej. No chyba że mecenas Breszka z każdym klientem tak się spoufala i pozwala mu się trzymać za rękę.

Zacisnąłem usta. Dlaczego odruchowo pomyślałem o Pawlickim? Nie tak dawno miałem z nim małe starcie i jasno dał mi do zrozumienia, że tak łatwo jej sobie nie odpuści. Rano, kiedy pytałem ją o plany, ani słowem nie napomknęła o żadnym spotkaniu. Może wpadła na niego przypadkiem… A nawet jeśli nie, przecież nie mogłem zabronić jej kontaktów z kimkolwiek, wtrącać się w jej decyzje.

– Może spotkała się z bratem. – Wzruszyłem ramionami, oszukując samego siebie. Michał z pewnością nie trzymałby jej za rękę, ona z pewnością by na to nie pozwoliła.

– Ma starszego brata? – Marcel uniósł brew. – O jakieś dwadzieścia, trzydzieści lat?

Zmarszczyłem brwi. Pawlicki był od niej starszy maksymalnie o dziesięć. Z jednej strony odetchnąłem z ulgą, a z drugiej…

– Słuchaj, nie kontroluję Judyty ani tego, z kim się spotyka. Jesteśmy ze sobą, ale mamy też do siebie zaufanie. Jeśli z kimś się spotkała i wyglądało to na zażyłą relację, zapewne był to ktoś bliski, może z rodziny, może przyjaciel… – zasugerowałem, uspokajając samego siebie.

– Okej, w takim razie nie było tematu. Po prostu dałem ci lojalnie znać, że byłem świadkiem takiego spotkania, tyle. Poza tym gość wyglądał na dzianego, więc…

– Dobra, wyhamuj – przerwałem przyjacielowi, chcąc ukrócić jego szowinistyczne wywody. – Dziękuję za informację, ale jak powiedziałem, ufam Judycie i z kimkolwiek się spotkała, na pewno miała ku temu dobry powód.

Marcel uniósł dłonie w poddańczym geście i poderwał się z miejsca, kiedy przypomniałem mu, że też chciałem z nim porozmawiać.

– A musimy teraz? Nie ukrywam, że mam trochę terminowej roboty i chciałbym zdążyć przed szesnastą, żeby puścić dzisiaj pocztę. No chyba że podzielisz się aplikantką… – Uśmiechnął się wymownie.

Przewróciłem tylko oczami. Chciałem jak najszybciej mieć tę sprawę za sobą, ale może faktycznie lepiej było pogadać na spokojnie, przy szklance czegoś mocniejszego, a nie między spotkaniami, w kancelarii, gdzie mieliśmy znacznie mniej prywatności. W tym momencie do drzwi zapukała Ania i nie czekając, nacisnęła klamkę. Przyniosła kawę, o której już zdążyłem zapomnieć. Podziękowałem jej, a Marcel oddelegował się do swojego gabinetu, obiecując, że zajrzy, gdy tylko ogarnie swoje sprawy. Skinąłem głową, choć i tak chciałem mu potem zaproponować spotkanie u mnie, zakładając, że dziś wyjątkowo nie będę spędzał wieczoru z Judytą.

Ostatnimi czasy rzadko bywałem u siebie, właściwie wpadałem na chwilę po pracy po to albo tamto i jechałem na Białej Koniczyny. Widywaliśmy się codziennie i wcale nie mieliśmy się dosyć. To było nie do pomyślenia w moich poprzednich związkach, zwykle potrzebowałem sporo przestrzeni dla siebie. Teraz wręcz przeciwnie, znajdowałem ją, pomieszkując u Judyty, coraz bardziej podobało mi się życie we dwójkę i w najbliższym czasie planowałem wrócić do tematu wspólnego mieszkania.

I nie tylko mieszkania…

Powinienem powiedzieć jej, że zamierzam wtajemniczyć Marcela w sprawy związane z Malczewskim? To przecież oczywiste, że w tej sytuacji szukałem sposobu, by rozwiązać z nim współpracę i musiałem o tym poinformować wspólnika. Marcel natomiast był nie w ciemię bity, Judyta na pewno miała świadomość tego, że będzie dopytywał. Z jednej strony nie chciałem kłopotać jej moimi firmowymi sprawami, i tak już dość miała swoich na głowie, ale z drugiej dobrze wiedziałem, że nie lubi zatajania prawdy. Ostatnio zresztą mi to przypomniała. Wbrew wszelkim moim powodom – słusznym, bo zdania w tej kwestii nie zmieniłem, omal straciłem ją wtedy na dobre – nie myślałem znów ryzykować. Bo gdyby wówczas się nie domyśliła, że ta moja nagła zmiana frontu jest spowodowana pogróżkami Malczewskiego, gdyby nie drążyła po swojemu, tylko po prostu odpuściła i wyszła z mojego biura, pewnie już nie mielibyśmy o czym rozmawiać.

 

 

 

 

 

 

Rozdział 2

 

 

Judyta

 

 

 

Nieudane spotkanie z ojcem wytrąciło mnie z równowagi. Przez cały dzień nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Oglądanie go zawsze kosztowało mnie wiele nerwów, nawet jeśli całą mocą starałam się, by był mi obojętny. Rozmowa z nim wywoływała we mnie mnóstwo emocji, głównie tych negatywnych. Jak zwykle kłamał w żywe oczy, a ja naiwnie dałam się podejść. Nie dość, że niczego nie dowiedziałam się o Malczewskim, to jeszcze dręczyła mnie niepewność, co mój ojciec zrobi z informacjami, które mu przekazałam.

W ogóle nie potrafiłam się skupić na pracy. Zażalenie na tymczasowy areszt szło mi jak krew z nosa, choć tych przecież przerabiałam dziesiątki i zwykle zarzuty niewiele się od siebie różniły. Dziś nawet gotowy wzór nie pomógł. Ba! Nawet trzecia do południa kawa nie pomogła mi zebrać myśli. Ale jak miałam się nie martwić, nie zastanawiać, co dalej?

Nie, nie byłam załamana ani nie zamierzałam się poddać, to by było wbrew mojej naturze. Raczej zawiedziona i wściekła. No może odrobinę bezradna, choć wiedziałam, że to wyłącznie chwilowe. Jedyne, co obecnie przychodziło mi do głowy, to czekanie na kolejny ruch Malczewskiego. I to właśnie drażniło mnie najbardziej, bo wolałabym być o krok do przodu, niż wlec się w tyle za nim, tylko jeszcze nie miałam pomysłu, jak to zrobić.

Wróciłam więc do mieszkania wcześniej niż zwykle. O osiemnastej zaparkowałam samochód, a kilka minut później w korytarzu zrzuciłam szpilki. Rozejrzałam się dookoła. Nie, nie mogłam mieć wątpliwości, że nie było moje, od kilku dobrych lat płaciłam raty kredytu – niechciany prezent od ojca w postaci wkładu własnego na jego zakup nie był w stanie zabrać mi tej satysfakcji. Żałowałam tylko, że jednak mu nie wygarnęłam, że mógł sobie darować hojność, bo i tak nie uda mu się mnie kupić. Nigdy. Ani mojej sympatii. Musi w końcu do niego dotrzeć, że nie wszystko da się załatwić pieniędzmi. Choć nie byłam pewna, czy człowiekowi tak zepsutemu jak on da się to jeszcze wytłumaczyć.

Wyciągnęłam z lodówki butelkę wina, które otworzyliśmy z Piotrem w sobotę, a którego nie zdążyliśmy skończyć. Uśmiechnęłam się na samo wspomnienie tamtej nocy. Uwielbiałam z nim być, w każdym tego słowa znaczeniu. I to, że w końcu przyznałam się przed samą sobą, że jestem w nim… zakochana. Określenie to – wyzwalające, dodające skrzydeł, choć górnolotne i zupełnie nie w moim stylu – chyba najlepiej oddawało to, co miałam teraz w głowie. No może nie w tej konkretnej chwili, ale ogólnie… Było mi dobrze. Dobrze i wbrew wszystkiemu, co działo się wokół, harmonijnie. W końcu przestałam się miotać i mu zaufałam. Czas pokaże, czy obstawiłam dobrego… Czy właściwie obstawiłam. Nie chciałam znów pozwolić wątpliwościom zepsuć tego, co było między nami. Mieliśmy zdecydowanie więcej innych zmartwień.

Właśnie zamierzałam nalać sobie wina do kieliszka, by nieco ukoić gorycz dzisiejszego dnia, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi. Chyba faktycznie powinnam Piotrowi dorobić komplet kluczy. Broniłam się przed tym na tyle długo, by zrozumieć, że obstawanie przy swoim dla zasady nie ma sensu. Podświadomie chciałam chronić swoje terytorium, a przecież sama go na nie wpuściłam. Sięgnęłam do klamki, by powitać go z uśmiechem, ale kiedy otworzyłam drzwi, nikogo za nimi nie było. Skrzywiłam się i już miałam je zatrzasnąć, poirytowana wygłupami jakichś nastolatków, gdy na wycieraczce dostrzegłam bukiet czerwonych róż. Zawahałam się. Nie podejrzewałam Piotra o romantyczne gesty, zresztą on dobrze wiedział, że nieszczególnie na mnie działają. Tym bardziej że czerwonych róż nie znosiłam. I wtedy przypomniałam sobie, kto ostatnio sprezentował mi podobny bukiet, wtedy też zostawił go na wycieraczce. Przewróciłam oczami, a potem ostrożnie wyjrzałam na korytarz, by upewnić się, czy Jakub nie wyskoczy zaraz zza rogu. Jeszcze raz rzuciłam okiem na kwiaty i westchnąwszy ciężko, wzięłam je do środka.

Nie planowałam wkładać ich do wazonu, raczej wrzucić do kosza na śmieci, ale bukiet był za duży, by zmieścić się w szafce pod zlewem. Spakowałam go więc do osobnego worka i postanowiłam od razu wynieść do kontenera, by nie irytował mnie swoim widokiem. No i żeby nie natknął się na niego Piotr, ponieważ niespecjalnie chciało mi się tłumaczyć, kto i dlaczego zostawił te badyle pod moimi drzwiami. Nacisnęłam klamkę i mój plan diabli wzięli.

– Kochanie, to miłe, że czekasz na mnie pod drzwiami, nasłuchujesz, by mi otworzyć, gdy wracam z pracy. Gorący obiad już stoi na stole? – powiedział Piotr rozbawiony, wychodząc z windy i idąc w moim kierunku.

– Obiad na stole, w domu posprzątane, pranie powieszone, a dzieci grzecznie odrabiają lekcje w swoich pokojach – odpowiedziałam z ironią.

– Zakończmy na tym praniu. Bez dzieci – odparł, poważniejąc.

– Racja, bez dzieci – przyznałam. – Idę ze śmieciami, zaraz wrócę.

– Weź moją aktówkę, a ja się tym zajmę – zaproponował i podał mi swoją teczkę, jednocześnie wyciągając drugą rękę po worek.

Zawahałam się, zanim mu go podałam, ale nie było sensu się wykręcać. Nawet nie liczyłam na to, że nie zauważy, co dokładnie szłam wyrzucić. Worek przybrał nieoczywisty kształt, a poza tym… zwyczajnie prześwitywał.

– To jakieś narzędzie zbrodni? – zapytał, dostrzegłszy moje zmieszanie.

– Nie mojej… – westchnęłam. – No chyba że to od ciebie.

Zajrzał do środka, po czym zmarszczył brwi i pokręcił przecząco głową.

– Jeśli oczekujesz kwiatów… Kolejne mogą być ode mnie, ale te… Nie są – odparł spokojnie, ale widziałam po nim, że stracił na humorze.

– W takim razie nie wiem od kogo.

– I dlatego zamiast po prostu wstawić je do wazonu i postawić na stole, wolisz je wyrzucić?

– Nie lubię kwiatów, ciętych tym bardziej – rzuciłam i już miałam sięgnąć po worek, gdy Piotr zrobił krok do tyłu i zmierzył mnie spojrzeniem.

Westchnęłam tylko, rzuciłam, że zaczekam w mieszkaniu, i nie wdając się w dalsze dyskusje, wróciłam do środka. Nagle poczułam nieprzyjemny, narastający dyskomfort. Nienawidziłam się tłumaczyć, a w tej sytuacji nie chciałam zostawiać Piotra z domysłami. Z kolei nie uśmiechało mi się przyznać, że dobrze wiem, że to mój były podrzucił mi ogromny bukiet róż, jakby licząc, że ja i on to jeszcze nie do końca zamknięty temat. Dla mnie był przeszłością, a że on nie potrafił sobie z tym poradzić… Nie moja broszka, pomyślałam. Skonsternowana nalałam sobie kieliszek wina, upiłam spory łyk i usiadłam na sofie.

– Mam być zazdrosny? – zapytał Piotr, wchodząc do salonu.

Zatrzymał się przede mną i pochylił w moją stronę.

– Nie musisz – mruknęłam i sięgnęłam dłonią do jego karku, by go pocałować.

Usiadł wtedy na kanapie obok i objął mnie ramieniem, a ja wtuliłam się w niego, wskazując na drugi napełniony kieliszek. Zamiast sięgnąć po wino, uniósł mój podbródek tak, żeby nasze spojrzenia się spotkały, i zapytał:

– Powiesz mi przynajmniej, od kogo je dostałaś?

– Naprawdę nie mam pojęcia – odpowiedziałam i spuściłam wzrok. Poczułam, jak lekko skinął głową, dlatego westchnęłam i dodałam: – Domyślam się jedynie… Tylko, proszę, nie dociekaj ani nie dopytuj, bo to dla mnie naprawdę zamknięty temat.

– Pawlicki? – upewnił się.

– Nikt inny nigdy nie przynosił mi takich kwiatów.

– A te z jakiej okazji są? – zapytał, a ja wyraźnie usłyszałam w jego głosie ironię.

– Nie wiem. Nie mam pojęcia, leżały na wycieraczce. Nie pierwszy raz zresztą, to znaczy… Zdarzało mu się już tak podrzucać, choć zwykle… Tym razem to akurat dziwne – kluczyłam. – Nieważne. Nie chcę się nad tym zastanawiać, dobrze? Możemy się napić wina i spędzić miły wieczór? Miałam naprawdę trudny dzień… – westchnęłam.

Piotr nie odezwał się ani słowem, tylko objął mnie mocniej i pocałował w czubek głowy. Uznałam, że po prostu milcząco zamknął temat, ale po chwili znów się zaintrygował:

– Co to znaczy, że ci je podrzucił?

– Ty naprawdę chcesz to drążyć? – Skrzywiłam się i wyswobodziwszy z jego objęć, popatrzyłam na niego z wyrzutem.

– Chcę tylko ustalić fakty.

– A od kiedy z ciebie taki śledczy? Nie ma co ustalać, sprawa jest zamknięta, umorzono ze względu na znikomą społeczną szkodliwość czynu – wyrecytowałam.

– A od kiedy ty straciłaś czujność?

– O co ci chodzi? – Zaczynał mnie denerwować. – Nie straciłam żadnej czujności, tylko nie obchodzą mnie ani Pawlicki, ani badyle od niego. Zresztą, od dobrych kilkunastu minut są w koszu, a ty ciągle o nich gadasz. Jak jeszcze raz coś podrzuci, założę mu sprawę o nękanie – odparłam twardo.

– No chyba że te kwiaty nie są od Pawlickiego – rzucił nagle Piotr.

– No to nie wiem. Żaden z moich „wdzięcznych klientów” – zaznaczyłam cudzysłów w powietrzu – nie zna mojego adresu, prędzej znalazłabym je pod drzwiami kancelarii.

– Nie chodziło mi o klienta.

– Tylko?

Piotr popatrzył na mnie wymownie, a ja potrzebowałam chwili, by zrozumieć, co ma na myśli. Przewróciłam oczami.

– Sam mówiłeś, żebyśmy nie popadali w paranoję.

– To było przed tym, jak Malczewski pojawił się u mnie w kancelarii.

– Ale to nie oznacza, że teraz wszystko, co wyda się odstępstwem od normy, mamy rozpatrywać jako podejrzane. Piotr, naprawdę, nie możemy się cieszyć tym, co tu i teraz? – Podnios­łam się nieco i spojrzałam na niego prosząco.

Nie odpowiedział. Pogładził mnie po policzku, po czym znów pocałował. Czule. Delikatnie. A kiedy wspięłam się na jego kolana, wpił się w moje usta z całą mocą, odnajdując swoim językiem mój. Odczytałam to jako zaproszenie, nawet jeśli nim nie było. Właśnie tego potrzebowałam po tym całym beznadziejnym dniu: by wziął mnie w ramiona i zagłuszył natłok myśli przyjemnością.

Od razu sięgnęłam do guzików jego koszuli, a Piotr chwycił brzegi mojej bluzki i ściągnął mi ją przez głowę. Objął dłońmi moje piersi i pochylił się, by językiem przejechać delikatnie po moim dekolcie. Przymknęłam z rozkoszą oczy, a po chwili wplotłam dłonie w jego włosy i znów mocno go pocałowałam. Pragnienie rosło we mnie z każdą sekundą. Właśnie miałam sięgnąć do rozporka jego spodni, gdy przytrzymał mi rękę i popatrzył prosto w oczy.

– Zapomniałaś o tym ciepłym obiedzie.

– Żartowałam przecież, chciałam cię tylko zwabić do środka – rzuciłam i znowu wpiłam się w jego usta.

– Wiedziałem, że nie potrafisz gotować – wtrącił między pocałunkami, wyswabadzając mnie z obcisłej spódnicy.

– Nigdy nie mówiłam, że potrafię. Przeszkadza ci to? – Zdjęłam koszulę z jego ramion.

– W obecnej chwili ani trochę. Co do przyszłości… Czas pokaże. – Wstał i uniósł mnie tak, bym nogami oplotła jego biodra, a potem ruszył w stronę sypialni.

– Kto wie, jaka czeka nas przyszłość, mecenasie. Nie warto zbytnio w nią wybiegać. – Pogładziłam jego plecy i musnęłam ustami zagłębienie za uchem.

– Racja, skupmy się na tu i teraz – powtórzył moje słowa.

Położył mnie na łóżku, a potem posłał mi ten swój lubieżny, podniecający uśmiech, jednocześnie pozbawiając mnie bielizny.

Byłam uzależniona od Piotra, od jego bliskości, od wszystkiego, co się z nim wiązało. A seks… Miałam wrażenie, że z każdym kolejnym razem był jeszcze lepszy. A może to po prostu ja się w nim coraz bardziej zatracałam. Zaczynałam się nawet zastanawiać, czy jest jakaś granica tego mojego zauroczenia. A raczej… zakochania. Uwielbiałam, gdy, tak jak teraz, pieścił moje ciało. Jakby należało do niego, jakby było doskonałe. Dla niego było, nie raz mi to powiedział czy dał do zrozumienia. I dzięki niemu ja też lubiłam się bardziej. Zmieniał mnie albo raczej… Kruszył skorupę mojego skamieniałego dotąd serca. I choć z jednej strony trochę mnie to niepokoiło, bo przecież dotąd jakby wcale mi ta skorupa nie przeszkadzała, to z drugiej zaczęłam zdawać sobie sprawę, że dzięki temu odczuwam mocniej i intensywniej. Dosłownie wszystko.

I choć w tej chwili, gdy po raz kolejny doprowadził mnie do obłędu tak, że okrzyk spełnienia rozszedł się wokół, odbijając echem od ścian mojej sypialni, nie potrafiłam jeszcze powiedzieć tego na głos. Mimo że te dwa słowa uparcie cisnęły mi się na usta. I Piotr to wiedział. Przecież czytał ze mnie jak z otwartej księgi. Znów się uśmiechnął w ten szelmowski sposób, jak gdyby chciał mnie do tego przekonać. Zamiast jednak wyznać to głośno, przyciągnęłam go za kark bliżej siebie i wpiłam się w jego wargi, zachłannie, mocno, jakby ktoś za chwilę miał mi go zabrać, a potem przytuliłam do siebie jego rozgrzane, lepkie od potu ciało.

Obrócił mnie na bok, nie odsuwając się ani na milimetr, i jeszcze mocniej objął ramionami. Czułam, jak jego oddech spowalnia tuż przy mojej skroni, którą raz po raz muskał wargami. Przyjemny dreszcz rozchodził się po mojej skórze, gdy palcami delikatnie gładził moje plecy. Czy mogło być idealniej?

Judyta, zrobiłaś się ckliwa, pomyślałam i już miałam w jakiś subtelny sposób przerwać tę zbyt piękną chwilę, gdy Piotr mnie wyręczył. Nie przeczę, trochę mi ulżyło. Niepokoiło mnie, gdy robiło się zbyt idealnie.

– Nie zostanę dzisiaj – powiedział nagle, a ja od razu się odsunęłam i popatrzyłam na niego pytająco. – Umówiłem się z Marcelem, ma wpaść na drinka.

– Męskie rozmowy? – zapytałam pół żartem, pół serio.

Z zaniepokojeniem wyłapałam jego spojrzenie. Spoważniał w sekundę, a ja chyba zaczynałam żałować tego, co sobie przed chwilą pomyślałam. Nie o takie zejście na ziemię mi chodziło…

 

 

 

 

 

 

Piotr

 

 

 

Wiedziałem, że nie mogę przed nią tego ukrywać ani się wykręcać. Szukanie wymówek nie miało sensu. Sprawa dotyczyła też Judyty, więc, zapewne ku jej niezadowoleniu, musiałem ją poinformować, o czym chcę porozmawiać z moim wspólnikiem.

– Muszę mu powiedzieć o Malczewskim – rzuciłem.

Nie pomyliłem się, Judyta ściągnęła brwi i jeszcze bardziej się ode mnie odsunęła.

– O czym konkretnie chcesz mu powiedzieć? – zapytała ostrożnie.

– O wszystkim, Judyta. Malczewski jest klientem kancelarii, a ja chcę wypowiedzieć mu pełnomocnictwa. Marcel, jako mój wspólnik, musi wiedzieć, zresztą, chcę to zrobić, znam go i wiem, że nie zadowoli się półsłówkami ani szczątkowymi informacjami.

Judyta bez słowa usiadła powoli i odwróciła wzrok. Spodziewałem się gwałtownego sprzeciwu, protestu, potoku argumentów za tym, bym tego nie robił, a ona tymczasem milczała, jakby zastanawiała się nad sensem moich słów.

– Jesteś pewny, że chcesz wciągać w to kolejną osobę? – zapytała.

Tym razem to ja przez chwilę milczałem, aż w końcu odparłem:

– Nie chcę, ale nie mam innego wyjścia. Nie wyobrażam sobie dalszej pracy z Malczewskim, nawet gdyby wycofał się ze swoich słów, w co chyba oboje nie wierzymy. Nie ufam temu człowiekowi.

– A czy… Mógłbyś się przynajmniej z tą rozmową wstrzymać? Na jakiś czas? Nie wiem, może kilka dni?

Tym razem to ja się skrzywiłem. Nie miałem pojęcia, o co jej chodzi, dlatego też się podniosłem i popatrzyłem jej uważnie w oczy.

– Dlaczego?

Na chwilę spuściła wzrok, opierając brodę na swoim kolanie.

– Mogę cię o to prosić tak po prostu? Może… Nie wiem, to pewnie faktycznie naiwne, ale może uda się to jakoś tak rozegrać, by nie było konieczności wtajemniczania twojego przyjaciela w moje, bądź co bądź, rodzinne sprawy – zaśmiała się gorzko.

– Masz jakiś plan?

– Pracuję nad tym. – Zacisnęła usta.

– A możesz mi coś zdradzić? – Popatrzyłem na nią wyczekująco.

Judyta westchnęła tylko, spuściła wzrok i pokręciła nieznacznie głową. O nie, nie miałem zamiaru odpuszczać ani tym bardziej siedzieć bezczynnie. Uniosłem jej podbródek tak, by spojrzała na mnie, ale ona wtedy mocno zacisnęła oczy.

– Proszę cię… – jęknęła.

– Judyta – upomniałem ją.

– Możesz mi zaufać? – zapytała wtedy, otworzywszy oczy. – Nie zrobię nic, co mogłoby ci zaszkodzić, obiecuję, ale nie chcę też mówić o szczegółach, jeśli nie mam co do nich pewności. Być może okaże się, że to wszystko nie ma sensu i więcej będzie tylko zawracania głowy i dawania złudnych nadziei, niż to wszystko warte. Proszę cię o tę jedną rzecz. Zaufaj mi i na razie nie dopytuj – powiedziała i ujęła moją twarz w dłonie, by mnie pocałować.

Na chwilę pozwoliłem jej myśleć, że się zgadzam, bo jej pocałunek był tak słodki i przejmujący, że niewiele brakowało, bym znów położył ją na łóżku i po raz kolejny pozwolił wziąć górę instynktowi. Odsunąłem się jednak po chwili, przesunąłem kciukiem po jej dolnej wardze, na której przed sekundą zostawiłem mokry ślad swoim językiem, i wyszeptałem:

– Nie ma mowy.

Przewróciła oczami i wstała z łóżka. Mój puls przyśpieszył, gdy w mroku rozświetlonym jedynie wpadającym przez okno blaskiem pobliskich latarni zobaczyłem jej idealne, zgrabne, nagie ciało. Całe szczęście, że sięgnęła po leżący na fotelu obok szlafrok, bo z pewnością byłbym w tej dyskusji na straconej pozycji, rozkojarzony jej widokiem. Jak dobrze, że nie planowała tego wykorzystać.

– Nie ufasz mi? – Zrezygnowana machnęła ręką.

– Judyta, ufam ci. Ale siedzimy w tym oboje i nie możesz zbywać mnie półsłówkami – wyjaśniłem. – Przypominam, że sama cenisz sobie szczerość i otwartą rozmowę. Dlatego lojalnie uprzedzam cię, że zamierzam o wszystkim poinformować Marcela. Nie bądź niesprawiedliwa.

– Chyba się trochę zapędzasz – odcięła się niezadowolona. – Po pierwsze, chcesz zapoznać Marcela z nielegalną działalnością, w którą wplątany jest mój brat, to chyba oczywiste, że powinnam wiedzieć o każdej kolejnej osobie, którą w to wciągasz, a po drugie… Jeszcze nie mam się czym z tobą dzielić, bo to wszystko jak na razie jest na etapie planów i…

– Czyżby? – wszedłem jej w słowo, bo zaczynało mnie to irytować.

Założyła ręce na piesi i wpatrzyła się we mnie wyczekująco.

– O co ci chodzi?

– O twoje dzisiejsze spotkanie. – Zagrałem va banque.

– O jakie… – zaczęła ostro, ale w sekundzie zawiesiła głos.

– Gdyby chodziło o spotkanie z klientem, zapewne byś tak nie zareagowała, zatem doskonale wiesz, o które ze spotkań mi chodzi.

– Miałam dziś tylko jedno – odgryzła się kąśliwie.

– Powiesz mi coś o nim?

– A skąd założenie, że to spotkanie nie dotyczyło pracy? – Była zła. – Umówiliśmy się, że nie wchodzimy sobie z buciorami w sprawy firm ani klientów, których obsługujemy, no poza tym jednym wyjątkiem, od którego w ogóle zaczęła się ta rozmowa.

– Każdy klient trzyma cię za rękę? – Nie mogłem się powstrzymać.

Znów zacisnęła usta, a ja widziałem, że walczy o zachowanie równowagi.

– Cokolwiek widziałeś, to nie tak, jak myślisz – wycedziła przez zaciśnięte zęby, a potem wyszła z sypialni.

Usłyszałem, jak nalewa sobie wino. Po krótkiej chwili odstawiła kieliszek na blat. Zapadła głucha cisza, więc sam wstałem i poszedłem do salonu. Stała przy oknie. Przez moment wahałem się, czy nie podejść i po prostu jej nie objąć, ale to by zapewne oznaczało, że rozmowa jest skończona, a ja nie zamierzałem odpuścić.

– To nie ja cię widziałem, tylko właśnie Marcel.

– Świetnie, niech rozpuszcza plotki dalej. Myślałam, że ty się nimi brzydzisz – odparła z ironią, wciąż wpatrując się w ulicę.

– Brzydzę. Dlatego zapytałem.

– Raczej czekałeś na sytuację, kiedy będziesz mógł to wykorzystać.

– Judyta, nie jestem…

– Tobą? – zaśmiała się gorzko i w końcu odwróciła w moją stronę.

Nie odpowiedziałem, ona sięgnęła po kieliszek, dopiła jego zawartość, a potem, minąwszy mnie, rzuciła:

– Może faktycznie lepiej, że dzisiaj nie zostajesz. Gdy zbyt długo ze sobą przebywamy, zaczyna się robić gęsta atmosfera, warto ją raz na jakiś czas oczyścić. Albo zastanowić się, czy…

– Zastanów się, czy chcesz to powiedzieć – uprzedziłem ją.

Zapewne nie chciała, bo nie dokończyła. Odwróciła się i już miała wrócić do swojej sypialni, kiedy powiedziała:

– Spotkałam się z ojcem.

Zaskoczyła mnie. Powinienem drążyć temat? Dobrze pamiętałem naszą rozmowę z podróży do Gdańska, wtedy zarzekała się, że za żadne skarby się do niego nie odezwie. Czy mogłem wątpić w jej prawdomówność? Oczywiście, że nie! Ten cholerny Marcel i jego wątpliwości, które bezpodstawnie we mnie zasiał! Tylko namącił mi w głowie. I tak, miała rację, właśnie po to dziś tu przyjechałem, czekałem na właściwy moment, kiedy wreszcie będę mógł ją o to zapytać, zamiast jej zaufać, i teraz byłem na siebie za to cholernie zły. Chociaż… Musiałem też przyznać, że to było trochę w jej stylu.

Bez słowa wróciłem za nią do sypialni, a kiedy zobaczyłem, że leży w łóżku, odwrócona w stronę okna, położyłem się obok niej. Przez chwilę leżałem na wznak, z ramionami założonymi pod głowę, wsłuchując się w jej oddech, który z każdą minutą stawał się spokojniejszy.

– Nie chcę się kłócić – powiedziałem w końcu. – Nie chcę marnować czasu na nieporozumienia. – Zawiesiłem na chwilę głos. – Kocham cię, Judyta.