Wyroby. Pomysłowość wokół nas - Olga Drenda - ebook
Opis

Betonowe przydomowe grzybki, łabędzie z opon, rycerze i dinozaury z nakrętek i śrubek, galanteria religijna – to, co dla jednych jest nieinteresującym wykwitem bezguścia i szmiry, dla Olgi Drendy stanowi fascynujący materiał do badań nad polską innowacyjnością. Autorka, nawiązując do najlepszych tradycji rodzimej antropologii, w wernakularnej twórczości dostrzega przede wszystkim nieskrępowaną wyobraźnię, swobodne podejście do norm estetycznych i religijnych, szczyptę sentymentalizmu i przemyślność. Tropiąc wytwory pomysłowości, zarówno te z okresu PRL-u, jak i całkiem współczesne, Olga Drenda podróżuje po Polsce, odwiedza kolekcjonerów i twórców zwykłych-niezwykłych przedmiotów. Wyroby to świeże spojrzenie na zjawiska, które jedni chcieliby wyrugować z naszej przestrzeni publicznej, a inni uważają za niegodne uwagi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 218

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wyroby

Pomysłowość wokół nas

Olga Drenda

Karakter

Kraków 2018

Ptac­two prze­my­sło­we

Nie mia­łam po­ję­cia, że przy­pły­nę­ły aż z tak da­le­ka. Wi­dzia­łam ich wie­le w pol­skich ogród­kach przy­do­mo­wych, w ostat­nich la­tach jak­by ich przy­by­ło. Je­den z nich, srebr­ny, jest sta­łym re­zy­den­tem war­szaw­skie­go Mu­zeum Et­no­gra­ficz­ne­go, miesz­ka na wy­sta­wie o świę­to­wa­niu, w dzia­le do­ty­czą­cym jar­mar­ków i od­pu­stów.

Nie­któ­rzy twier­dzi­li, że przy­by­ły ze Wscho­du, mó­wio­no: wi­dzia­łem ta­kie w Ka­li­nin­gra­dzie, we Lwo­wie, w Miń­sku. Śle­dząc in­ter­ne­to­wą po­pu­lar­ność ha­sła лебедь из шины (le­bied’ iz szy­ny) i ob­ser­wu­jąc tu­to­ria­le ob­ja­śnia­ją­ce krok po kro­ku, jak wy­ciąć so­bie ta­kie­go ma­low­ni­cze­go pta­ka, nie­trud­no dojść do wnio­sku, że to fe­no­men wła­ści­wy kra­jom daw­ne­go ZSRR. Prze­wod­nik po Ał­ma­tach po­le­ca ścież­kę spa­ce­ro­wą śla­da­mi rzeźb z opon – bo­ga­tej me­na­że­rii, w tym oczy­wi­ście wie­lu ła­bę­dzi, któ­re zdo­bią skwe­ry i pla­ce za­baw. Nie wszy­scy są nimi za­chwy­ce­ni. W ma­ga­zy­nie „Psy­cho­lo­gies” re­ży­ser­ka Ele­na Po­gre­bi­zh­skaya dzie­li się re­flek­sją, że w Mo­skwie, gdzie miesz­ka, ozdo­by z opon to nie kre­atyw­ny re­cy­kling, jak w kra­jach za­chod­nich, lecz do­wód smut­ne­go sta­nu rze­czy – na­wyk czło­wie­ka przy­zwy­cza­jo­ne­go do bie­dy, któ­ry sta­ra się oszczę­dzać na wszyst­kim. Czy­tel­ni­cy nie są za­do­wo­le­ni z ta­kiej hi­po­te­zy, w ko­men­ta­rzach od­po­wia­da­ją, że de­ko­ra­cje z resz­tek są po­my­sło­we, ko­lo­ro­we i we­so­łe, a au­tor­ka szu­ka dziu­ry w ca­łym. Rze­czy­wi­ście, tak zwa­ny Жек-Арт (żek-art, od Жилищно-эксплуатационная контора – ży­licz­no-eks­plu­ata­cjon­ny­ja kon­to­ra), co moż­na prze­tłu­ma­czyć mniej wię­cej jako „sztu­ka ad­mi­ni­stra­cji osie­dlo­wej”, to w Ro­sji i na Ukra­inie in­sty­tu­cja po­wszech­na i oswo­jo­na. Kwiet­ni­ki z opon sto­ją przed urzę­da­mi i szko­ła­mi, na osie­dlach wi­du­je się pla­ce za­baw z nie­fo­rem­ny­mi rzeź­ba­mi przed­sta­wia­ją­cy­mi Vini Puha czy Ki­wacz­ka, ogród­ki upstrzo­ne pi­ra­mi­da­mi z za­ku­rzo­nych plu­sza­ków, któ­re tra­fia­ją po­tem w obieg in­ter­ne­to­wy jako memy – au­to­iro­nicz­ne i życz­li­wie ab­sur­dal­ne dla miej­sco­wych, po­strze­ga­ne jako ro­dzi­ma od­mia­na art brut, a w kra­jach za­chod­nich bu­du­ją­ce ob­raz Eu­ro­py Wschod­niej jako dziw­nych kra­in, w któ­rych wszyst­ko jest na opak. Nie­któ­rzy szu­ka­ją ro­do­wo­du tych ozdób jesz­cze w cza­sach ra­dziec­kich, a inni – w ostat­nich de­ka­dach, kie­dy ad­mi­ni­stra­cje osie­dli prze­ści­ga­ły się na po­my­sło­we ła­bę­dzie i mu­cho­mor­ki. Жек-Арт jest tak po­wszech­ny w prze­strze­ni pu­blicz­nej na wschód od pol­skiej gra­ni­cy, że i tam jest czę­sto uwa­ża­ny za fe­no­men zu­peł­nie miej­sco­wy, a ła­bę­dzie z od­zy­sku to fau­na lo­kal­na. Żan­na Ka­dy­ro­wa, ukra­iń­ska rzeź­biar­ka zna­na rów­nież z wy­staw w Pol­sce, wy­pu­ści­ła tym­cza­so­wo na wol­ność całe sta­do, na co dzień prze­by­wa­ją­ce w ośrod­ku wcza­so­wym Per­ła Kar­pat, i po­zwo­li­ła mu spę­dzić chwi­lę w wo­dzie, wśród trzcin.

Ale ła­bę­dzie z opon wca­le nie po­wsta­ły z bie­dy. Prze­ciw­nie, na­ro­dzi­ły się w oko­licz­no­ściach nie­mal raj­skich, nad ma­low­ni­czym oce­anem, w to­wa­rzy­stwie wom­ba­ta i dzio­ba­ka. Za­czę­ły za­lud­niać traw­ni­ki w Au­stra­lii w okre­sie bło­giej pro­spe­ri­ty lat pięć­dzie­sią­tych i sześć­dzie­sią­tych. To wte­dy przed­ogró­dek, jako wi­zy­tów­kę domu jed­no­ro­dzin­ne­go, zdo­bio­no na wy­ści­gi, rów­no przy­ci­na­jąc tra­wę i roz­sta­wia­jąc de­ko­ra­cje: ce­ra­micz­ne mi­sie ko­ala, kwiet­ni­ki z opon. Nie wia­do­mo, kto pierw­szy wpadł na po­mysł, żeby sym­bol trium­fu ma­szy­ny prze­ro­bić na po­do­bień­stwo na­tu­ry. Ro­man­tycz­ne pta­szę­ta wy­cho­dzi­ły spod ręki lu­dzi, któ­rzy ce­ni­li so­bie sa­mo­dziel­ność i zmysł prak­tycz­ny. Ma­te­riał znaj­do­wał się sam – przy­lot gu­mo­wych ła­bę­dzi zbiegł się w cza­sie z po­cząt­kiem ma­so­wej mo­to­ry­za­cji w Au­stra­lii, gdy dro­gi za­ro­iły się od for­dów i hol­de­nów.

Wraz z ba­ra­mi mlecz­ny­mi (któ­re w Au­stra­lii nie ser­wo­wa­ły obia­dów, lecz sło­dy­cze, lody i kok­taj­le mlecz­ne), klap­ka­mi i de­ska­mi sur­fin­go­wy­mi, de­ko­ra­cja­mi w kształ­cie pa­pug i ana­na­sów ła­bę­dzie na­le­żą do pa­kie­tu „au­stra­lia­nów”, re­kwi­zy­tów uru­cha­mia­ją­cych falę wspo­mnień z bez­tro­skich lat na przed­mie­ściach. Mają swo­ich zbie­ra­czy, jak po­pu­lar­na pre­zen­ter­ka ra­dio­wa DJ Emma Peel, są atrak­cja­mi na fe­sti­wa­lach w kli­ma­cie re­tro, gdzie go­ście wy­ci­na­ją ła­bę­dzie na wy­ści­gi, po­ja­wia­ją się w ma­lar­stwie i sztu­ce użyt­ko­wej. Pro­jek­tant­ka Vic­to­ria Ma­son stwo­rzy­ła ła­bę­dzia za­wiesz­kę ze sre­bra na cześć na­ro­do­wej ozdo­by ogro­do­wej; ma­larz Noel McKen­na czę­sto por­tre­tu­je je na swo­ich ob­ra­zach.

Hi­sto­ryk sztu­ki Ja­mes Bro­ad­bent na­zwał ła­bę­dzie „je­dy­nym au­stra­lij­skim ro­dzi­mym ga­tun­kiem de­ko­ra­cji ogro­do­wej, obec­nie za­gro­żo­nym wy­gi­nię­ciem”. Oka­zu­je się jed­nak, że ptac­two nie wy­gi­nę­ło, lecz uda­ło się na mi­gra­cję na inny kon­ty­nent. Jaką dro­gą i kie­dy – tego nie spo­sób chy­ba usta­lić, ale sta­ro­mod­na przed­miej­ska or­na­men­ty­ka w au­stra­lij­skich mia­stach z pew­no­ścią ma w so­bie coś zna­jo­me­go. De­ko­ra­cje ogród­ków na obrze­żach Mel­bo­ur­ne – do­mo­wej ro­bo­ty ogro­dze­nia w fi­ne­zyj­ne kwia­to­we wzor­ki, kwiet­ni­ki z cze­go­bądź, fi­gur­ki zwie­rząt – przy­po­mi­na­ją mi moje ślą­skie oko­li­ce. Być może wzór cza­ją­cy się w opo­nie jed­no­cze­śnie pod­szep­nął maj­ster­ko­wi­czo­wi w Mel­bo­ur­ne, Ał­ma­tach i w Ła­zi­skach Gór­nych: wy­tnij mnie!

Ła­będź au­stra­lij­ski róż­ni się nie­co od eu­ro­pej­skie­go. Ten pierw­szy ma skrom­niej­szą bu­do­wę, jest po­zba­wio­ny fi­ne­zyj­nych za­wi­ja­sów, i bar­dziej krę­pą syl­wet­kę. Bocz­ne czę­ści opo­ny po­zo­sta­łe po wy­cię­ciu zwy­kle sto­ją, za­cho­wu­jąc swój kształt. In­struk­cji bu­do­wy ła­bę­dzia au­stra­lij­skie­go do­star­cza nam in­sty­tu­cja do­sta­tecz­nie po­waż­na: Mu­zeum Sztuk i Nauk Sto­so­wa­nych w Syd­ney. Na­by­ty od wła­ści­cie­li, pań­stwa John­son z miej­sco­wo­ści St Ma­rys w 1991 roku, po­wstał z cze­cho­sło­wac­kiej opo­ny. Opis obiek­tu gło­si: „Opo­na sa­mo­cho­do­wa zmo­dy­fi­ko­wa­na tak, by przy­po­mi­nać kształ­tem ła­bę­dzia. Po­ło­wa bież­ni­ka zo­sta­ła prze­kro­jo­na wzdłuż i przy­cię­ta na koń­cu, aby ufor­mo­wać szy­ję i gło­wę ła­bę­dzia. Po­zo­sta­łe boki opo­ny wy­wró­co­no na dru­gą stro­nę w celu ukształ­to­wa­nia skrzy­deł pta­ka. Ne­ga­tyw dzio­ba two­rzy roz­wi­dlo­ny ogon. Przy­ni­to­wa­ny pa­sek z me­ta­lu utrzy­mu­je szy­ję w po­zy­cji wy­gię­tej do przo­du. Pod­sta­wa przed­mio­tu jest przy­mo­co­wa­na gwoź­dzia­mi do drew­nia­ne­go pro­sto­ką­ta. Opo­na zo­sta­ła po­ma­lo­wa­na na bia­ło, z czer­wo­nym de­ta­lem w po­sta­ci dzio­ba i rów­nież czer­wo­ny­mi ocza­mi wy­ko­na­ny­mi z pi­ne­zek”. Wy­ci­na­nie i for­mo­wa­nie jest za­da­niem nie­ła­twym – wy­wi­ja­nie sztyw­nej gumy na lewą stro­nę wy­ma­ga siły, dla­te­go nie­któ­rzy po­le­ca­ją po­zo­sta­wie­nie opon na słoń­cu, nim wy­klu­ją się z nich peł­no­wy­mia­ro­we ła­bę­dzie.

Pol­ska od­mia­na wy­glą­da nie­co wą­tlej i de­li­kat­niej. Jego ko­le­ga z an­ty­po­dów stro­szy gu­mo­we skrzy­dła, jest w ofen­sy­wie, pod­czas gdy ła­będź eu­ro­pej­ski to ra­czej typ ła­god­ny. Wra­że­nie to po­wsta­je dzię­ki drob­nej róż­ni­cy kon­struk­cyj­nej: boki opon skła­da się w po­ło­wie i scze­pia z sobą, tak by ptak po­zo­sta­wał w spo­czyn­ku. Dzię­ki temu po na­szych ogro­dach ła­bę­dzie ra­czej spo­koj­nie dry­fu­ją, po kró­lew­sku. Mogą słu­żyć jako kwiet­ni­ki, czę­sto jed­nak same w so­bie sta­no­wią ozdo­bę.

To de­ko­ra­cje do­syć nowe w Pol­sce, ich roz­po­wszech­nie­nie w ostat­niej de­ka­dzie do­wo­dzi wi­docz­ne­go nad­mia­ru ogu­mie­nia wo­kół nas, któ­re samo się pro­si, żeby zmie­nić je w coś po­ży­tecz­ne­go. Ktoś pró­bo­wał mnie kie­dyś prze­ko­ny­wać, że w Pol­sce prze­pis na ła­bę­dzia po­dał jako pierw­szy sam Adam Sło­do­wy w swo­im okien­ku te­le­wi­zyj­nym. Nie­wy­klu­czo­ne, bo pierw­sze eg­zem­pla­rze da­tu­je się u nas na lata osiem­dzie­sią­te, kie­dy po­wszech­ny nie­do­bór ma­te­ria­łów za­po­cząt­ko­wał zło­tą de­ka­dę sa­mo­rób­ki. Opo­ny by­wa­ły już w użyt­ku wcze­śniej: na zdję­ciach Wła­dy­sła­wa Ha­sio­ra z epo­ki Gier­ka wi­dzi­my spo­ro pro­wi­zo­rycz­nych płot­ków i klom­bów wy­ko­na­nych z opon po­ma­lo­wa­nych far­bą, zda­rza­ło się też prze­ra­bia­nie ich na huś­taw­ki, lu­bia­ne przez dzie­ci za moż­li­wość bu­ja­nia się na sto­ją­co i krę­ce­nia, ła­bę­dzie na­to­miast roz­go­ści­ły się w przy­ja­znym su­row­com wtór­nym świe­cie ogród­ków dział­ko­wych. Wy­bór ga­tun­ku pta­ka de­ko­ra­cyj­ne­go do­ko­nał się sam, ła­będź to wszak bo­ha­ter ozdob­nej ce­ra­mi­ki, ma­ka­tek, sen­ty­men­tal­nych pocz­tó­wek. Ła­będź żywy może bo­le­śnie dziob­nąć i ma iry­tu­ją­cy głos, ale na ob­raz­ku pre­zen­tu­je się pięk­nie jak suk­nia ślub­na, do twa­rzy mu w ko­ro­nie, wstąż­kach, ró­ża­nych gir­lan­dach. Pta­ki te w po­pu­lar­nej, uro­czo sta­ro­mod­nej iko­no­gra­fii pły­wa­ją po przy­pa­ła­co­wej sa­dzaw­ce na de­ko­ra­cyj­nym ob­raz­ku, sty­ka­ją się dzio­ba­mi tak, że ich szy­je two­rzą kształt ser­ca; por­ce­la­no­we – wy­cho­wu­ją po­tom­stwo lub chwy­ta­ją ludz­kie dzie­ci za far­tusz­ki. W ba­śnio­wych opo­wie­ściach źli czar­no­księż­ni­cy za­kli­na­ją lu­dzi o nie­win­nych ser­cach w te uro­kli­we stwo­rze­nia. Po­pu­lar­na wy­obraź­nia, na­pę­dza­na re­pro­duk­cja­mi Led z ła­bę­dziem, ło­dzi Lo­hen­gri­na, wdzięcz­nych ba­let­nic z Je­zio­ra ła­bę­dzie­go, wresz­cie ich użyt­ko­wą obec­no­ścią w miesz­czań­skich de­ko­ra­cjach epo­ki bie­der­me­ie­ru i se­ce­sji, mu­sia­ła te pta­ki uko­chać. Nie wy­ja­śnia to co praw­da ich au­stra­lij­skiej sła­wy, lecz w Pol­sce ła­będź gu­mo­wy wy­da­je się zu­peł­nie na­tu­ral­nym ga­tun­kiem, któ­ry mógł spły­nąć do ogród­ków dział­ko­wych pro­sto z bab­ci­nej ma­kat­ki i ka­ru­ze­lo­wej gon­do­li.

Ame­ry­kań­ski ró­wie­śnik ła­bę­dzia – ró­żo­wy fla­ming – tak­że go­ści cza­sa­mi w pol­skich ogro­dach. Jest w tych zwie­rzę­tach coś, co spra­wi­ło, że to wła­śnie one za­mknę­ły w so­bie pe­wien mo­ment, sta­ły się bu­dzą­cym sil­ne emo­cje sym­bo­lem cza­su i miej­sca. (Pol­skim od­po­wied­ni­kiem mo­gła­by być szkla­na ryba zdo­bią­ca te­le­wi­zo­ry i me­blo­ścian­ki w okre­sie ma­łej sta­bi­li­za­cji). Hi­sto­ria fla­min­ga jest dość skom­pli­ko­wa­na i dra­ma­tycz­na, z wąt­kiem od­rzu­ce­nia i po­now­nej ak­cep­ta­cji w nie­spo­dzie­wa­nej roli.

Mo­że­my zi­den­ty­fi­ko­wać oko­licz­no­ści na­ro­dzin: Le­omin­ster, Mas­sa­chu­setts, rok 1957, a na­wet na­zwi­sko ojca, Do­nal­da Fe­ather­sto­ne’a, któ­ry za­pro­jek­to­wał ozdo­bę dla Union Pro­ducts, fir­my spe­cja­li­zu­ją­cej się w de­ko­ra­cjach z two­rzyw. Fla­ming sym­bo­li­zo­wał swo­ją pta­sią oso­bą ów­cze­sne mody: na ko­lor ró­żo­wy, jak ca­dil­lac Elvi­sa, i na eg­zo­ty­kę kra­jo­bra­zu Flo­ry­dy, któ­re­go ró­żo­wy ptak był nie­od­łącz­nym ele­men­tem. To de­ko­ra­cja epo­ki tech­ni­ko­lo­ru i „lep­sze­go ży­cia dzię­ki che­mii”, jak gło­sił po­pu­lar­ny wów­czas slo­gan – dla­te­go za­go­ści­ła na schlud­nie przy­strzy­żo­nych przed­miej­skich traw­ni­kach, do­da­jąc im odro­bi­ny tro­pi­kal­ne­go kli­ma­tu na co dzień. W epo­ce hip­pi­sów pra­gną­cych po­wro­tu do na­tu­ry idyl­la po­ko­le­nia ich ro­dzi­ców – bia­łe dom­ki z za­dba­ny­mi ogro­da­mi, uła­twia­ją­ce ży­cie wy­na­laz­ki z pla­sti­ku – sta­ła się przed­mio­tem po­wszech­ne­go od­rzu­ce­nia i po­gar­dy. Krop­kę nad i po­sta­wił John Wa­ters, któ­re­go peł­na prze­sa­dy czar­na ko­me­dia Ró­żo­we fla­min­gi z 1972 roku uczy­ni­ła tego pta­ka sym­bo­lem naj­gor­sze­go gu­stu. Po fil­mie, któ­re­go te­ma­tem jest kon­ku­ren­cja o ty­tuł naj­obrzy­dliw­sze­go czło­wie­ka świa­ta, fla­ming na do­bre stra­cił nie­win­ność. „Lu­dzie, któ­rzy fak­tycz­nie sta­wia­li so­bie w ogro­dzie ró­żo­we fla­min­gi, ro­bi­li to na se­rio. Ja to wszyst­ko ze­psu­łem”, przy­znał kie­dyś Wa­ters.

Ale spo­nie­wie­ra­ną ozdo­bą za­in­te­re­so­wa­li się inni – out­si­de­rzy, drag qu­eens, ar­ty­ści. Ró­żo­wy fla­ming, te­raz trak­to­wa­ny z prze­ką­sem, za­czął słu­żyć za­ba­wie z kon­wen­cją, stał się zna­kiem, że wy­tycz­ne co do do­bre­go i złe­go gu­stu ma się za nic. Mło­dzi Ame­ry­ka­nie nie brzy­dzi­li się pla­sti­kiem, nie bali się różu, bo byli zbyt cool, by się pe­szyć – śmia­ło wrę­cza­li so­bie fla­min­gi na pa­ra­pe­tów­kach, po­dró­żo­wa­li z nimi, de­ko­ro­wa­li nimi mod­ne klu­by. W uświa­do­mio­nej osten­ta­cji i sztucz­no­ści za­wie­ra­ła się ich faj­ność. Nie­gdy­siej­sza iko­na na­iw­no­ści dry­fo­wa­ła po­ma­łu w stro­nę sno­bi­stycz­nych gu­stów, koń­cząc jako iro­nicz­ny ga­dżet w skle­pi­ku Mu­zeum Sztu­ki No­wo­cze­snej w Los An­ge­les.

Nie­świa­do­ma tego bio­gra­ficz­ne­go ba­ga­żu Eu­ro­pa po­da­ro­wa­ła mu nowe ży­cie, jak się wy­da­je, po­waż­niej­sze i bliż­sze ko­rze­ni. Fla­min­gi zdo­bią dzi­siaj rów­nież pol­skie ogro­dy; se­zo­no­wo moż­na ku­pić je w naj­po­pu­lar­niej­szym dys­kon­cie, sprze­daw­cy ofe­ru­ją rów­nież wer­sję z lamp­ka­mi LED. Miesz­ka­ją so­bie wśród ce­ra­micz­nych śli­ma­ków, sta­rych ro­we­rów i oczek wod­nych – zu­peł­nie nie­iro­nicz­nie, ra­czej z do­bro­dusz­nej tę­sk­no­ty za raj­ską eg­zo­ty­ką, jak nie­gdyś za Oce­anem.

Ame­ry­kań­ski fla­ming i au­stra­lij­ski ła­będź by­wa­ją u nas lo­ka­to­ra­mi jed­ne­go ogród­ka. Ich po­wsta­nie wią­że się z po­wo­jen­nym do­bro­by­tem i szyb­ką mo­der­ni­za­cją. Ale o ile fla­ming jest dziec­kiem ra­do­snej kon­sump­cji i wia­ry w cuda che­mii, ła­będź wy­róż­niał się czymś spe­cjal­nym: nie po­cho­dził ze skle­pu. Wy­my­śli­li i stwo­rzy­li go lu­dzie, dla któ­rych wła­sno­ręcz­ne wy­ko­na­nie było po­wo­dem do dumy. To po­sta­wa czę­sta rów­nież w Pol­sce. Tu wśród de­ko­ra­cji z ogu­mie­nia za­raz po ła­bę­dziu naj­więk­szą po­pu­lar­no­ścią cie­szy się kosz-kwiet­nik z wstę­ga­mi, wy­ko­na­ny po­dob­ną me­to­dą, przy czym opo­na wy­ma­ga po­cię­cia na węż­sze pa­ski, któ­re są wią­za­ne w fan­ta­zyj­ne ko­kar­dy i ro­ko­ko­we or­na­men­ty, ma­lo­wa­ne far­bą w sprayu: zło­te, srebr­ne, czer­wo­ne. Oczy­wi­ście jako kwiet­nik może po­słu­żyć sama opo­na po­ma­lo­wa­na na do­wol­ny ko­lor, ale to zbyt pro­ste. Dla­te­go wi­du­je­my fi­li­żan­ki, z dwóch opon, w de­seń grosz­ko­wy, czaj­ni­ki z trzech, ta­kież stud­nie ży­czeń. Nie­co bar­dziej pra­co­chłon­ny jest zwie­rzy­niec bo­gat­szy w de­tal niż ła­bę­dzie. Aby wy­ko­nać rzeź­bę kot­ka, opo­nę na­le­ży po­ciąć na krót­sze i dłuż­sze od­cin­ki, z któ­rych po­wsta­nie tu­łów, gło­wa, łap­ki i uszy; po­dob­nie two­rzy się ze­bry i sło­nie, któ­re wi­dzia­łam w Sztu­mie. Z trzech opon mniej­szych i dwóch więk­szych po­wsta­je żaba. Po­my­sło­wość na­pę­dza też współ­cze­sne ima­gi­na­rium ro­dem z ani­ma­cji 3D. Na Opolsz­czyź­nie tra­fi­łam na ogro­do­we­go mi­nion­ka, któ­ry nie wy­ma­ga cię­cia, ale umie­jęt­no­ści ma­lar­skich i dwóch po­kry­wek w miej­sce oczu. Ten jest naj­prost­szy, a za­ra­zem naj­bar­dziej efek­tow­ny, zwłasz­cza gdy coś się w nim za­sa­dzi. Wresz­cie z opo­ny moż­na wy­ko­nać tak­że fla­min­ga – robi się go jak ła­bę­dzia, tyl­ko trze­ba po­ma­lo­wać na ró­żo­wo.

Z opon po­wsta­je coś wszę­dzie tam, gdzie za­wi­ta­ła mo­to­ry­za­cja. W zro­bio­nych z nich san­da­łach Wiet­nam­czy­cy wy­gra­li woj­nę. Etiop­czy­cy no­szą ta­kie buty do dziś. Po­rzu­co­ne przy dro­gach i na par­kin­gach opo­ny za­mie­nia­ją się od razu w spon­ta­nicz­ne sie­dzi­ska dla po­trze­bu­ją­cych. Wko­pa­ne w zie­mię, ogra­dza­ją pia­skow­ni­ce. Nie­któ­rzy pró­bu­ją bu­do­wać z nich mury. In­spi­ra­cja­mi sta­ją się rów­nież inne wszech­obec­ne ma­te­ria­ły od­pa­do­we. Roch Su­li­ma pi­sał, że „jesz­cze dziś da­je­my so­bie radę z cy­wi­li­za­cją szamb; jesz­cze jest do opa­no­wa­nia, w na­szej pol­skiej ska­li, roz­ra­sta­ją­ca się cy­wi­li­za­cja sta­rych opon, sta­rych swe­trów, sta­rych raj­stop; to wszyst­ko jesz­cze ule­ga spon­ta­nicz­ne­mu i nie­wy­spe­cja­li­zo­wa­ne­mu prze­two­rze­niu i wchło­nię­ciu albo wtór­ne­mu uży­ciu”. Były to za­pi­ski z roku 1993, czy­li cza­sów, w któ­rych za­po­bie­gli­wość wy­uczo­na w PRL-u na­ło­ży­ła się na trans­for­ma­cyj­ną bie­dę. W ta­kich oko­licz­no­ściach w sta­rym swe­trze ła­two było zo­ba­czyć coś do uszczel­nie­nia okna, a nad­wo­zie sy­ren­ki prze­ro­bić na tym­cza­so­wy kur­nik. Dzi­siaj cy­wi­li­za­cja dóbr ła­two zby­wal­nych wie­le rze­czy za­mie­ni­ła w śmie­ci. Na­wet w sto­sun­ko­wo nie­daw­nej kul­tu­rze wiej­skiej cze­goś ta­kie­go wła­ści­wie nie było; cała co­dzien­ność opie­ra­ła się na ma­te­ria­łach or­ga­nicz­nych, a to, cze­go nie dało się prze­ro­bić, tra­fia­ło na kom­post lub opał. Jesz­cze w cza­sach PRL-u od­pa­dek był względ­ną rzad­ko­ścią: pla­stik słu­żył ko­lek­cjo­no­wa­niu, ma­ku­la­tu­rę prze­ra­bia­no na pa­pier to­a­le­to­wy, sło­iki po­now­nie na­peł­nia­no. Z nie­mal każ­de­go cze­goś da­wa­ło się zro­bić inne coś. Nie­do­bo­ry sprzy­ja­ły wy­kształ­ce­niu po­sta­wy, któ­rą na­zy­wa­my dzi­siaj zero wa­ste. Sta­ry me­bel na­tu­ral­ną dro­gą zy­ski­wał nowe ży­cie na dział­ce, pusz­ka po rur­kach wa­flo­wych na ko­lej­ne dwa­dzie­ścia lat sta­wa­ła się przy­dat­nym ak­ce­so­rium, na przy­kład po­jem­ni­kiem na śrub­ki, opa­ko­wa­nie po bom­bo­nier­kach – ob­ra­zem. Wiel­ką ka­rie­rę w pry­wat­nych do­mach i sty­lo­wych ka­wiar­niach re­tro zro­bi­ły sto­ja­ki pod ma­szy­ny do szy­cia Sin­ge­ra, pro­stym spo­so­bem za­mie­nia­ne na biur­ko lub sto­lik o rzeź­bio­nej de­ko­ra­cji w se­ce­syj­nym du­chu; zda­rza się na­wet, że sin­ge­ro­we nogi wkom­po­no­wy­wa­ne są w ba­lu­stra­dę bal­ko­nu. Ze sło­ików po ogór­kach i sta­rych okien bu­do­wa­no dział­ko­we szklar­nie. Nie­ustan­nie gro­ma­dzo­no za­pa­sy, prze­ra­bia­no, upy­cha­no rze­czy w piw­ni­cach i paw­la­czach. Pi­sze nie­za­wod­na Ire­na Gu­mow­ska, kró­lo­wa do­brej rady: „Ze sta­rych poń­czoch, raj­stop itp. nie­któ­re po­my­sło­we i pra­co­wi­te go­spo­dy­nie ro­bią pięk­ne i trwa­łe rze­czy. (…) Na przy­kład na duży swe­ter po­trze­ba 190 poń­czoch. Moż­na z ta­kiej nici ro­bić na dru­tach lub szy­deł­kiem pan­to­fle do­mo­we, to­reb­ki, rę­ka­wicz­ki, pa­ski. Robi się też dy­wa­ni­ki przed łóż­ko, wy­cie­racz­ki do nóg, na­wet – koł­der­ki dla dzie­ci. Jed­ni za­czy­na­ją ciąć poń­czo­chy od góry, dru­dzy od sto­py. Na dy­wa­nik bę­dzie się cię­ło grub­szy pa­sek, na wo­re­czek na spra­wun­ki, na swe­te­rek – cień­szy. Cza­sem go­spo­dy­nie ro­bią z poń­czoch kap­cie go­ścin­ne, w któ­rych tak sto­pa, jak i obu­do­wa są zro­bio­ne szy­deł­kiem, ni­ski­mi słup­ka­mi. Moż­na je prać w pral­ce, a za­wsze są czy­ste”.

***

Wszyst­ko to po­wsta­wa­ło z od­ru­chu go­spo­dar­no­ści, ży­cia w kul­tu­rze cho­mi­ko­wa­nia, anu­żek i przy­da­siów; dzi­siaj – ra­czej z po­trze­by ra­dze­nia so­bie z nad­mia­rem, zło­ści na wy­mu­szo­ne mar­no­traw­stwo. Oto na przy­kład bu­te­lek typu PET moż­na uży­wać w ogro­dzie jako ko­ne­wek, inna od­żyw­ka do in­nej ro­śli­ny w każ­dej, moż­na też sa­dzić w nich sa­dzon­ki albo na­dzie­wać je na dru­ty, by od­stra­szać dźwię­kiem pta­ki – to tra­dy­cyj­ne spo­so­by. Mogą też jed­nak słu­żyć ozdo­bie. Pla­sti­ko­wy wa­riant ła­bę­dzia to po­ma­lo­wa­ny na bia­ło, wbi­ty w zie­mię rząd bu­te­lek – tu­łów, uzu­peł­nio­ny szy­ją wy­cię­tą z bla­chy lub sty­ro­pia­nu. Zda­rza­ją się rów­nież tu­ło­wia z pla­sti­ko­wych do­ni­czek. Pę­ka­ta for­ma pię­cio­li­tro­we­go po­jem­ni­ka na wodę mi­ne­ral­ną za­chę­ca do prze­obra­że­nia go w ró­żo­wą świn­kę lub la­ta­ją­cą rybę. Roz­miar i ła­twość za­wie­sze­nia na drze­wie spra­wia­ją też, że pię­cio­li­trów­ki czę­sto wy­stę­pu­ją w roli karm­ni­ka dla pta­ków.

Kul­tu­ra li­fe­hac­ku – ta, któ­ra spra­wi­ła, że eu­ro­pa­let za­czę­to po­wszech­nie uży­wać jako bu­dul­ca ka­nap i łó­żek – zmie­nia oszczęd­ność w god­ny po­dzi­wu spryt­ny trik, dzię­ki któ­re­mu „po­my­sło­wa i pra­co­wi­ta” go­spo­dy­ni z po­rad­ni­ka Gu­mow­skiej może stać się go­spo­dy­nią kre­atywną. Z raj­stop i sta­rych ko­szu­lek na­dal po­wsta­ją dy­wa­ni­ki (jak zro­bić taki bez szy­deł­ka, po­ka­zu­je mi pani Kry­sty­na: we­wnątrz hula-ho­opu za­wią­zu­je­my nici-szpry­chy, ko­szul­ki tnie­my na wą­skie pa­ski i prze­pla­ta­my, prze­pla­ta­my...), a z opon sie­dzi­ska-pufy, ale kie­ru­je tymi dzia­ła­nia­mi już inny ro­dzaj za­rad­no­ści. To za­rad­ność zbli­żo­na do spor­to­wej, w du­chu re­kre­acji. Taka go­spo­dy­ni nie jest już nu­dziar­sko skrzęt­na – jest in­ży­nier­ką su­per­bo­ha­ter­ką, któ­ra śmie­ci za­mie­nia w cuda.

Ilu­stra­cje

Natura

Łabędź - Ma­ciej Pie­tru­ka­niec

Ozdoba z opon - Ma­ciej Pie­tru­ka­niec

Ozdoba z opon - Ma­ciej Pie­tru­ka­niec

Ozdoba z opon - Ma­ciej Pie­tru­ka­niec

Spis tre­ści

Wstęp

Sztu­ka do­mo­wa

Na­tu­ra - fragment

Two­rzy­wa

Że­la­stwo

Łyk tech­ni­ki

Bi­blio­gra­fia

Ilu­stra­cje

 

Wy­ro­by

 

Re­dak­cja: Mał­go­rza­ta Szczu­rek, Ewa Ślu­sar­czyk

Ko­rek­ta: Agniesz­ka Stę­plew­ska

Pro­jekt gra­ficz­ny: Prze­mek Dę­bow­ski

Kon­wer­sja do for­ma­tów EPUB i MOBI: Mał­go­rza­ta Wi­dła

 

111. pu­bli­ka­cja wy­daw­nic­twa Ka­rak­ter.

Na okład­ce wy­ko­rzy­sta­no frag­ment ob­ra­zu Mar­ka Ra­chwa­li­ka Mu­zy­cy trze­cio­li­go­wej ka­pel­ki pi­łu­ją­cej cy­ber-in­du­strial me­tal

 

Co­py­ri­ght for the Text by © Olga Dren­da 2018

Co­py­ri­ght for this Edi­tion by © Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter 2018

Co­py­ri­ght for the ima­ges by © Ma­rek Ra­chwa­lik, 2018

ISBN 978-83-65271-79-2

 

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter, ul. Gra­bow­skie­go 13/1, 31-126 Kra­ków, ka­rak­ter.pl

 

Za­pra­sza­my in­sty­tu­cje, or­ga­ni­za­cje oraz bi­blio­te­ki do skła­da­nia za­mó­wień hur­to­wych z atrak­cyj­ny­mi ra­ba­ta­mi. Do­dat­ko­we in­for­ma­cje pod ad­re­sem sprze­[email protected]­rak­ter.pl oraz pod nu­me­rem te­le­fo­nu 511 630 317