Wymazana - Miha Mazzini - ebook + książka

Wymazana ebook

Mazzini Miha

4,3

Opis

Niepodległa Słowenia, tuż po rozpadzie Jugosławii. Zala Jovanović, Serbka z pochodzenia, od dzieciństwa mieszkająca w Lublanie, właśnie urodziła syna i w szpitalu dowiedziała się, że… nie istnieje. Jej imienia i nazwiska nie ma w rejestrze mieszkańców Słowenii, co wiąże się z drastycznymi konsekwencjami dla niej i dziecka. Zala rozpoczyna rozpaczliwą walkę
o prawo do życia dla siebie i syna.

Wymazana była w 2015 r. nominowana do Nagrody Kresnik (słoweński Booker), a w 2018 r. na podstawie książki powstał film w reżyserii Mihy Mazziniego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 269

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (39 ocen)
22
9
7
1
0

Popularność




Wszystkie postaci są całkowicie zmyślone, a jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób jest przypadkowe i niezamierzone. Jednak wiele zdarzeń i losów niestety nie.

tytuł oryginału IZBRISANA

copyright © by Miha Mazzini 2014

copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Ezop sp. z o.o. 2020

copyright © for the Polish translation by Marlena Gruda 2020

projekt serii, okładki i stron tytułowych / Rafał Kucharczuk

redakcja i korekta / Elżbieta Cichy

skład i łamanie / Mariola Cichy

Wydawca:

Wydawnictwo Wyszukane

Imprint Wydawnictwa Ezop sp. z o.o.

01-829 Warszawa, al. Zjednoczenia 1/226

tel. 22 834 17 56, e-mail:[email protected]

www.ezop.com.pl

ISBN 978-83-65230-65-2

Warszawa 2020

Zapraszamy do naszego sklepu internetowego www.ezop.com.pl

Ten projekt został zrealizowany przy wsparciu finansowym Komisji Europejskiej. Projekt lub publikacja odzwierciedlają jedynie stanowisko ich autora i Komisja Europejska nie ponosi odpowiedzialności za umieszczoną w nich zawartość merytoryczną.

Przekład wsparty finansowo przez Słoweńską Agencję Książki.

30 kwietnia 1992, czwartek

Moment był idealny – było ciepło, zapach kąpieli utrzymywał się na skórze, otulonej w ręcznik frotte, a dywan obwieszczał nagim stopom, jaki miękki jest świat – to dlatego go nie zauważyła.

W telewizji modelka pochylała się nad niemowlęciem, któremu z pieluchy wylatywały narysowane motyle; w świetle, spotykanym tylko w ogłoszeniach i lodówkach na lody, wirująca ozdoba nad kołyską poruszyła się i błysnęła. Modelka opuściła rękę i złapała się barierki.

Dźwięk katarynki zapowiedział najnowsze informacje. Chwyciła pilot i nacisnęła na czerwony guzik. Ujrzała swoją podobiznę w szkle wyłączonego urządzenia i się uśmiechnęła.

Poczuła lekkie łaskotanie na udzie. Zatrzymała się i skoncentrowała na tym uczuciu. Jedna kropla spłynęła po kolanie, a zaraz za nią następna. Pomyślała, że nie wytarła się dobrze, i rozsunęła poły szlafroka. Wydało jej się, że patrzy na żyłę, która jakoś się wybrzuszyła. Wzdrygnęła się i żyła pękła. Na dywanie zaczęła rozkwitać czerwona plama – ciecz ściekała już po obu nogach.

Wiedziała, że musi się ruszyć, lecz jej ciało poruszało się w środku, w myślach, a na zewnątrz nic, tylko palce stóp się podwinęły, jakby się kryły.

*

Taksówkarz, gdy ją zobaczył, ruszył, zanim powiedziała dokąd. Przed każdą sygnalizacją świetlną oglądał się, spoglądał na jej nogi i oceniał zagrożenie dla tapicerki. Mercedes w kolorze butelkowej zieleni pędził cicho przez noc; zgodnie ze starym zwyczajem żaden jugosłowiański emigrant nie miał odwagi wracać do domu, dopóki nie zarobił na rodzinę w Niemczech.

Kierowca, który co chwilę oblizywał wąsy, przemówił tylko jeden jedyny raz:

– To będzie syn?

Zaprzeczyła ruchem głowy i, widząc rozczarowanie na jego twarzy, dodała:

– Nie wiem, nie chciałam wiedzieć.

– A, loteria! – przytaknął i pacnął łapkę zająca zawieszonego na lusterku wstecznym.

– Mam system, zawsze trafiam – dodał, gdy stał na światłach i naciskał na pedał gazu, żeby silnik nie zgasł.

*

W poczekalni powitała ją twarz pielęgniarki jak chmura burzowa na tafli niebieskiego uniformu. Na tej chmurze, w aż nazbyt czerwonych włosach zbierały się wszystkie żale przeszłości, które nie zapowiadały niczego dobrego.

Gdy ujrzała ciężarną, wstała i zaczęła rozkładać papiery na ladzie, jakby dopiero co wyciągnęła je z wody i chciała, żeby wyschły.

– Proszę wypełnić formularze!

– Dobry wieczór, przyszłam…

Gościni zawiesiła głos, gdy ujrzała nastroszone brwi pielęgniarki. Wówczas i jej samej wyjaśnienia wydały się zbędne.

– Dowód osobisty, karta pacjenta – powiedziała pielęgniarka, po czym wyszarpnęła dokumenty z prawej ręki ciężarnej i puknęła palcem w pierwszą kartkę papieru:

– Formularze proszę.

Ciężarna chwyciła ołówek leżący na ladzie. Był lekko tłusty i przywarł do jej skóry. Chciała wytrzeć rękę o płaszcz, lecz czuła się niezręcznie. Było ciemno, więc zacisnęła powieki, skupiła się i zaczęła rozszyfrowywać małe literki.

ZALA JOVANOVIĆ, napisała w pierwszej linijce.

Dziecko się poruszyło i irracjonalnie przestraszyła się, że straci przytomność.

Wpisała datę urodzenia, 1959, i od obecnego roku odjęła rok swojego urodzenia. To było bez sensu, przecież wiedziała, ile ma lat, ale jakoś nigdy nie mogła się powstrzymać, robiła to instynktownie. Jeszcze ze szkoły pamiętała podręczniki i encyklopedie z podobiznami dawno nieżyjących ludzi, pod którymi w nawiasach zapisane były lata. Może to przez ten minus między nimi zawsze obliczała różnicę.

– Krwawię! – powiedziała.

Pielęgniarka, nie odrywając wzroku od monitora, pisała wyciągniętym palcem wskazującym, jakby każdą literę musiała postawić przed sądem wojskowym pod zarzutem zdrady.

Zala już nie potrafiła ocenić, jak głośno mówi, dlatego powtórzyła:

– Krwawię!

Palec znieruchomiał, a głowa się odwróciła. Spojrzenie przypominało skrajne znużenie pracownika produkcyjnego.

– Ma pani w ogóle skurcze? – zapytała.

– Nie, to znaczy myślę, że nie mam.

– Jak będzie je pani miała, to będzie pani o tym wiedziała.

– Ale krew…

Siostra westchnęła, opuściła ramiona, potem się odsunęła, energicznie chwyciła sfatygowane oparcie krzesła pokrytego brązowym materiałem, i wyjrzała za ladę.

– Nie uświni mi pani tutaj?

– Podłożyłam sobie dużo ręczników, do taksówki… – zaczęła Zala, po czym zdała sobie sprawę, że się tłumaczy, rozpoznała w swoim głosie uczennicę przyłapaną przez ulubionego nauczyciela na braku pracy domowej. Przypomniała sobie, ile razy tłumaczyła się przed ojcem, i jej ramiona zesztywniały, brwi się zmarszczyły.

– Przyszłam rodzić! Jeśli coś pójdzie nie tak, to będzie pani wina!

Pielęgniarka po raz pierwszy naprawdę na nią spojrzała. Wzrok przesuwał się od spiętych w kitkę włosów, które czasami pod kątem lekko połyskiwały, aż do ciemnych oczu w otoczeniu ostrych kości policzkowych i zaciśniętych ust, gotowych do walki.

– Nic pani nie będzie. Czasami odrywa się skrzep, nie ma powodu do zmartwień – złagodniała i znowu usiadła za komputerem.

Gdy Zala poczuła ból, nie wiedziała, czy to jej serce skacze, czy dziecko, czy „to są skurcze?”. Brzuch stwardniał i miała wrażenie, że skóra na brzuchu rozciąga się tak, jakby miała się rozedrzeć, gdyby była taka potrzeba. Formularze na półce tworzyły drabinę, na którą czym prędzej musi się wspiąć.

Imię ojca, zapytał papier, i pociągnęła już pierwszą poziomą kreskę, zanim uświadomiła sobie, że ciągnęła ją tak długo, żeby nikt nie mógł jej przeczytać.

– Przepraszam, co jeśli nie chcę podać nazwiska ojca…

– Nieznany! – Siostra nawet się nie odwróciła. Była całkowicie skupiona na klawiaturze. W lewej ręce trzymała książeczkę zdrowia Zali i wpisywała jej dane do komputera.

Fala bólu pchnęła Zalę na fornir. Chwyciła się krawędzi i zamknęła oczy. Gdy ból ustał, szybko, miejscami bazgrząc, wypełniła formularze.

Zala już prawie skończyła, a pielęgniarka nadal walczyła z wpisywaniem danych.

– Przepraszam, chciałabym pójść rodzić!

Jej celowo podniesiony głos odbił się od ścian w dużym pomieszczeniu, od krzeseł przyspawanych do podłogi i do siebie nawzajem, od budki telefonicznej, aparatów do kawy i napojów, pod w większości zgaszonymi neonówkami. Jedna z mijających ją osób stanęła i się odwróciła.

– Jeśli nie ma pani jeszcze skurczy co pięć minut, nie ma co się spieszyć. Muszę wpisać dane, bez tego ani rusz. – Pielęgniarka spojrzała na nią. – Niech pani zobaczy, coś jest nie tak. Jakiś problem z komputerem. Nie znajduje pani! Zala Jovanović, nie ma pani w systemie.

Pielęgniarka była wizjonerką, której wydarza się dokładnie to, co zapowiedziała. Na dnie jej rozgoryczenia zadowolenie z własnej upierdliwości przeciągało się jak przejedzony kot.

– Próbowała pani z miękkim i twardym ć?

– Próbowałam. I jedno, i drugie. Nie ma pani.

– U mojej lekarki wszystko jest w porządku. Ale tam nie mają jeszcze komputerów, patrzą w karty.

– Ha, szczęśliwcy! – Usta pielęgniarki zacisnęły się, a Zala znowu zauważyła, że zaczęła się tłumaczyć. Poczuła ucisk w brzuchu.

– Nie znam się na technice! Chcę iść rodzić!

Miała zamiar chwycić się krawędzi lady, ale źle wymierzyła i uderzyła w nią pięścią tak, że zabrzmiało to jak policzek.

– Taką mam pracę – powiedziała pielęgniarka, wybałuszając oczy, jakby kapały do nich wielkie krople – dbam o porządek. Zbieram dane i je sprawdzam. Jeśli tutaj… – stuknęła palcem w ladę, jakby ta była klawiaturą – wszystko nie będzie poukładane, jak potem miałoby być poukładane tam wyżej? – Wskazała na sufit. – Porządek musi być. Już nie jesteśmy w Jugosławii, na Bałkanach, gdzie każdy robi po swojemu!

Zala zamknęła oczy, tak ją bolało, a gdy je otworzyła, musiała wysuszyć łzy, mrugając, zanim znowu spojrzała na twarz pielęgniarki, która na chwilę straciła żałosny wyraz i emanowała wrogością. Nie usłyszała ostatnich kilku zdań, ale głos w środku mówił jej, że powinna pójść z pięściami gdzieś wyżej i zawalczyć o pozwolenie na poród, zanim ta noc się skończy, może dziecko już się dusi, wymiotuje krwią i umiera, a ta kwoka przed nią…

Pchnęło ją do przodu, twardość brzucha uderzyła w twardość drewna.

Oderwała się od lady i, idąc w stronę krzeseł, myślała przez chwilę, że zemdleje. Rozpięła płaszcz przeciwdeszczowy, zdjęła go i rozłożyła na krześle. Podciągnęła sukienkę i zatrzymała wzrok na ręcznikach, które wystawały spod jej brzucha. Instynktownie zaczęła je odwiązywać. Dziecko jej potrzebuje.

– Co pani robi?! – zawołała pielęgniarka.

Nie patrząc na nią, odpowiedziała:

– Przygotowuję się do porodu. Zdejmę ręczniki, będziecie mieli krwawą powódź. Co mi pozostaje, skoro nie ma mnie w tym waszym głupim komputerze?

Pierwszy ręcznik spadł na podłogę i Zala przestraszyła się, że wypadło też jej dziecko. Szukała go między szmatami, rozwiązywała ręczniki, palce klinowały się w węzłach, zmoczyły się i pierwsze krople spadły na gumolit.

W tle pielęgniarka mówiła coś do telefonu.

2 maja 1992, sobota

Dziecko urodziło się o szóstej rano, a dopiero kilka dni później Zala zastanawiała się, czy przyszło na świat przy dźwiękach pieśni patriotycznej. Każdego pierwszego maja ojciec budził ją o wpół do szóstej, ubrany w mundur, po drodze zabierał z kanapy koc w kratkę i przykrywał ją nim, gdy zaczynała się trząść z zimna. Prosiła go, żeby pozwolił jej spać, ale zawsze odmawiał słowami: „Nie, synu!”, największym komplementem, jakim serbski ojciec obdarza swoje jedyne dziecko, które nie jest synem.

Przed jej zaspanymi dziecięcymi oczami noc powoli łuskała szkielety bloków, słupki, na których opierały się balkony, i nieliczne, zaparkowane przed nimi samochody. Metal pozostawał blady, mokry, jakby był uwity z mgły. Ptaki jeszcze milczały. Ojciec kładł swoją rękę na jej lewym ramieniu, pozwalając grzać się jej prawej stronie.

Najpierw czuli jakieś drżenie, które łaskotało ich przez kapcie, a potem dosięgała ich fala uciążliwego metalicznego dźwięku, rodząca się gdzieś na początku rzędu bloków.

Ojciec ją ściskał, a ona podnosiła energicznie głowę, która już na dobre poddawała się błogiemu uczuciu ciepła płynącego od niego.

– Nadchodzi – mówił po serbsku, zawsze tak mówił, a jeśli ktoś go uraził, czepiając się jedynego znanego mu języka w państwie wielu, odpowiadał zależnie od humoru. Od: „Mów po serbsku, a zrozumie cię cały świat!” do: „To jest język urzędowy armii, a ja jestem żołnierzem także w cywilu!”

Stali na balkonie, jedyni w całym bloku, i patrzyli na umundurowanych muzyków orkiestry dętej, maszerujących w kołyszącym się prostokącie. Później, gdy nie byli już tak blisko, ojciec wygłaszał co roku tych kilka zdań na temat pierwszego maja, święta robotników, walki o pracowników i podkreślał, że marszałek Tito jest najpotężniejszym wojownikiem na świecie. Potem Zala mogła iść z powrotem spać. Przykrywając ją kocem, dodawał:

– Synu, gdybyś była mężczyzną, budziłbym cię codziennie jeszcze wcześniej, żebyś się przyzwyczaiła do życia wojskowego.

Ta myśl zawsze napawała ją spokojem, kiedy chłopcy mogli sikać tam, gdzie im się zachciało, a dziewczyny musiały się ukrywać albo biec do domu.

Dopiero gdy była nastolatką, zrozumiała, że ją pocieszał. Ale wtedy było już za późno na szukanie okoliczności łagodzących.

Teraz, stojąc przy oknie porodówki i patrząc na flagi na słupach drogowych, które zwisały smętnie po święcie pracy, bardziej mokrym i zimnym niż zwykle, dziwiła się, jak może pamiętać tych wszystkich maszerujących muzyków, wyższych i niższych, bliżej i dalej. Dopiero chwilę później zdała sobie sprawę, że ojciec był oficerem i że często się przeprowadzali. Bloki i wieżowce się zmieniały, piętra się unosiły i opadały, jakby przez okres dorastania była niesiona falą przypływów i odpływów.

Gdy Jugosławia zaczęła się rozpadać i media we wszystkich republikach głosiły: „Nie mamy ze sobą nic wspólnego!”, Zali zawsze stawał przed oczami obraz mundurowych, jak maszerują w rytm tych samych melodii, między blokami, które mogłyby stać gdziekolwiek na tych ćwierć miliona metrach kwadratowych. Najchętniej zawołałaby do głosu spikera z radia, żeby wyjrzał przez okno na tę samą architekturę socjalistyczną, dokąd wzrok sięga.

Poprawiła sobie koszulę szpitalną, nie mogąc zrozumieć, dlaczego muszą robić takie szmatławe, umniejszające ludzkiej godności, brzydkie odzienia. Po to, żeby mieć jeden rozmiar dla wszystkich? Czyżby piękno nie mogło być masowe?

Wróciła do łóżka i patrzyła na maleńką główkę pośród bieli, jak porusza ustami. Zastanawiała się, jaka jest różnica między snem dwa dni po porodzie, a tym w macicy? Mały wyglądał tak, jakby ssał mleko, tylko nie machał, nie szukał, nie uciekał i nie marudził, czyli nie robił wszystkiego tego, co robił, gdy nie spał.

„Dwa dni” – pomyślała. „Dwa dni!”

Miała wrażenie, jakby wszystko to wydarzyło się bardzo dawno temu, tylko zachwyt istotą, którą ma przed sobą, pozostał świeży. Dziwiło ją to. Kobieta po jej prawicy już karmiła, a pozostałe dwie naprzeciwko jeszcze spały. Spojrzała na tę w kącie; nawet we śnie miała nos na kwintę. Ciągle płakała i zaraz po tym, jak niemowlęce usta dotknęły jej piersi, kręciła głową, że mleko nie leci, że nie może, że nie… nie. W nocy narzekała, że nie potrafi spać, że dzieci powinny leżeć w swoim pomieszczeniu, że potrzebuje spokoju i odpoczynku, że odwiedziny są zbyt głośne… tak. Gdy mąż przynosił jej kwiaty, nie wiedziała, co ma z nimi zrobić, odpychała je grzbietami dłoni, bo pełno w nich bakterii.

Zala czuła wdzięczność, że nie jest taka jak ona, że jest silniejsza, ale chwilę później miała wyrzuty sumienia. Próbowała ją usprawiedliwiać: co, jeśli miała ciężki poród? Zala urodziła bez trudu, nie bolało jej tak, jak sobie wyobrażała, choć już dawno temu stwierdziła, że bólu nie można sobie ani wyobrazić, ani go zapamiętać. Nie chciała zaczynać rozmowy z beksą, jakby się bała, że zarazi się nieszczęściem.

Odwróciła się do swojego syna.

„Imię, w końcu będę musiała wybrać imię”.

W szóstym miesiącu poszła do biblioteki i znalazła poradnik z imionami. W siódmym przejrzała na poczcie książkę telefoniczną. I nic nie znalazła: będzie szukała imienia słoweńskiego czy takiego, które byłoby także serbskie? Na przykład Boris, to zaakceptowałby nawet ojciec.

(jeśli)

Tylko o to chodziło; próbowała zadowolić człowieka, z którym już długo nie rozmawiała. Urodziła syna i tu, według jej ojca, kończy się rola kobiety. Gdyby stał przed nią w tej chwili, spoliczkowałaby go.

Zala Jovanović: serbskie nazwisko po ojcu i bardzo słoweńskie imię. Małe zwycięstwo mamy? Zwycięstwo kobiety, która zawsze wspierała swojego męża, stała u jego boku w każdej sytuacji, także wtedy, kiedy w grę wchodziły największe niedorzeczności. Do dnia, w którym miała miejsce ich ostatnia kłótnia, i Zala nie miała wątpliwości co do tego, jak się skończy i co zaangażowani w nią postanowią. Tylko zbierała się na odwagę, przez kilka lat gromadziła złość, aby móc podjąć decyzję.

Po dziesięciu latach nadal trzymali się z ojcem danego sobie słowa, nie widywali się i nie rozmawiali ze sobą. Zala zastanawiała się, czy myśli czasem o niej, czy jeszcze kłóci się z nią w głowie, tak jak ona z nim. Z matką spotykały się przed 1 listopada, gdy ta porządkowała grób swoich rodziców. Jeszcze jedna cecha słoweńska, o której ojciec nie chciał słyszeć, a mimo to zawsze towarzyszył żonie na najbardziej barwnym spektaklu życia słoweńskiego: cmentarze obsypane różnokolorowymi zniczami i bukietami, ludzie stoją przy grobach i patrzą, jak inni są ubrani, liczą znicze i oceniają, za ile kupili kwiaty. Z pogardą przyjmują wepchnięte wieńce i obmawiają tych, których nie ma wśród nich. Skończywszy oglądać, udają się na parkingi, gdzie sprawdzają, jak powodzi się rodzinie, także tej najdalszej, przyjaciołom i znajomym. Przyglądają się samochodom i oceniają sukces życiowy ich właścicieli. To była chwila bólu jej ojca? Stara Zastava 101? Gdy pewnego dnia mama wpadła na pomysł, żeby wypożyczyć samochód, ojciec do późnych godzin nocnych chodził nerwowo po mieszkaniu. Żaden grzech, po każdym 1 listopada opowiadano historie o ludziach, którzy zaciągali zabójcze kredyty, żeby drogo się ubrać i przyjechać drogim samochodem. Bratanek mamy, sprzedawca używanych samochodów mówił, że najdroższe schodzą tydzień przed Wszystkimi Świętymi.

Zala zawsze przychodziła na groby dzień wcześniej i pomagała mamie wyrywać chwasty. Pochylone grabiły rośliny i, patrząc w krzemienny piasek, miały sobie dużo do powiedzenia.

– Co u ciebie?

– Dobrze. A u ciebie?

– Dobrze.

Długa cisza w miejsce niewypowiedzianego pytania Zali. Potem mama mówiła, mimochodem, niewarte wspomnienia, jakby chciała popłynąć z prądem spotkania:

– U ojca też dobrze.

W miejsce pożegnalnego podania ręki pokazywały sobie ubrudzone ziemią dłonie i przytakiwały.

Nadanie dziecku imienia, które nie byłoby (także) serbskie, oznaczało dla Zali zerwanie ostatniego kontaktu z ojcem. Gdy o tym myślała przez ostatnie miesiące, czuła strach, jakby spoglądała w przepaść. Na kilka lat przed jej wyprowadzką mogli z ojcem tylko krzyczeć sobie w twarz i szukać słów ostrzejszych od noży. Spoliczkował ją, a ona dwukrotnie drasnęła go po policzkach. Ten człowiek, o którym już nie myślała, nie chciała myśleć, zaczął jej zaprzątać myśli kilka miesięcy przed porodem i znowu wywoływał kłótnie i budził wątpliwości. Odchodząc z domu, powiedziała, że jest dla niej już tylko imieniem, a teraz przywłaszczył sobie imię dziecka, o którym w ogóle nie wie, że istnieje.

„Czy jest do niego trochę podobny?”, zadała sobie pytanie i nie potrafiła na nie odpowiedzieć. Pozostałe położnice i przychodzący z wizytą goście dokładnie podzielili wszystkie organy dziecka między członków rodziny: nos ojca, oczy cioci, … nie stroniąc od niezbędnych dowcipów o listonoszach i kurierach. Bała się pogłaskać jego gęste czarne włosy, żeby go nie obudzić, i gdzieś na dnie poczuła ulgę, że włosy nie były jasne. Ukrywanie ojca dziecka weszło jej w krew; wyparła wspomnienie blasku słońca na potarganych włosach, jeszcze mokrych, męskiej ręki trzymającej ręcznik, długich palców, które… Nie!

Wpatrywała się w małe paluszki na prześcieradle.

„Mały ma palce po swoim ojcu”, pomyślała i ogarnęła ją tęsknota.

„Kolejny, który nic o tobie nie wie, mały!”, pomyślała, patrząc na niemowlę i obiecała:

„Będziesz miał inne dzieciństwo niż ja miałam, przysięgam!”

Nie wiedziała, czy nie mówiła na głos, i przestraszona rozejrzała się wokół siebie.

Drzwi się otworzyły i wkroczył zespół lekarski. Bez słowa przywitania stanęli przy pierwszym łóżku, tworząc ze swoich fartuchów piramidę na kształt namiotu indiańskiego. Lekarz skinął głową i coś szepnął, na co młodszy mężczyzna i kobieta obok niego zrobili ukłon w jego stronę.

Zala usiadła na łóżku, pomyślała, że pewnie powinna leżeć, ale już tak została. Lekarz rzucił na nią okiem i zawiesił wzrok na sekundę; przymknięte powieki i uniesiona prawa brew nad zadowolonym uśmiechem, dał jej do zrozumienia, że mimo sytuacji, w jakiej ją spotkał, uważa, że jest warta grzechu. Od razu wiedziała, że jego zdanie coś znaczy, bo mając sześćdziesiąt lat promieniał pewnością siebie ciągle dorodnego mężczyzny, który miał to szczęście, że traci dobry wygląd na rzecz polepszenia statusu i powiększenia majątku. Siwe włosy pokrywały jego głowę, tworząc długie namaszczone fale, a tuż nad uchem rozpanoszyły się i wyglądały jak pędzelek do golenia. Opalona twarz odstawała od wiosennej bieli mieszkańców miasta, przez zimę nasączonych poranną mgłą. Zala spodziewała się błysku grubego złotego łańcuszka, ale go nie ujrzała; może lekarz naprawdę chciał wyglądać jak kochanek w stylu latino, w wersji umiarkowanej.

Spojrzał na stażystkę po swojej lewej stronie, znowu sekunda, potem, nie zatrzymując się, rzucił okiem na młodzieńca po drugiej stronie i wrócił wzrokiem na metalową kartę pacjenta, którą ściągnął z poręczy łóżka.

– Lekki poród, dziecko zdrowe, jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, w poniedziałek wyjdzie pani do domu.

Trzymał notatki jak tacę, nad którą pochylały się posłuszne głowy. Następnie założył kartę z powrotem na poręcz łóżka i udał się z całą resztą do wyjścia. Zapach drogiej wody po goleniu pozostał przy Zali i dotrzymywał jej towarzystwa. „Dziecko zdrowe!”

Przypomniała sobie, ile nocy przesiedziała, jak brzuch zaczął rosnąć i nie było w niej już miejsca, jak musiała kilka razy wstawać do ubikacji. Rzadko kiedy od razu potem zasypiała, zazwyczaj wpatrywała się w rowki na roletach, w jednostajny blask świateł ulicznych, czasami wzmocniony reflektorami opieszałego samochodu. Na początku myślała, że lęki wyłażą z najciemniejszych zakątków pokoju, lecz w ostatnim miesiącu miała wrażenie, że ukrywają się w jej kończynach, w dłoniach i stopach, które od siebie odpycha, bo brzuch bardzo utrudniał ułożenie ciała podczas spania. Fragmenty wiadomości i scen, na które zwróciła uwagę w ciągu dnia i na których jej mózg uwiesił się jak opętany – niepełnosprawny na wózku inwalidzkim, upośledzone dziecko, mężczyzna bez ręki – stawały przed jej oczami i przyprawiały o dreszcze. Kładła sobie dłonie na brzuchu, próbując dotknąć nie tylko życia, lecz jego w całości. Zapewnienia ginekolożki zostawały za zamkniętymi drzwiami nocy i dopiero o poranku znów dawały o sobie znać. „Dziecko zdrowe”, uśmiechnęła się i zdała sobie sprawę, że stażystka nie poszła za lekarzem, tylko ciągle na nią patrzy.

– Ciocia Zala… – szepnęła i zerknęła ukradkiem na białą parę za swoimi plecami.

Zala spojrzała na jej rysy twarzy, które wydawały się znajome, tylko były tak młodzieńcze, że nie pasowały do białego fartucha i tego miejsca.

– Jestem Tanja, od sąsiada…

– O! Tanja! Nie poznałam cię! Ale urosłaś!

Także Zala szeptała, próbując szybko wstać. W trakcie wykonywania ruchu pojęła, że teraz jej środek ciężkości znajduje się w innym miejscu, zachwiała się, ale stażystka złapała ją za rękę.

– Jak by nie było, nie widziałyśmy się ponad dziesięć lat! – powiedziała.

– Jesteś lekarką!

– Jeszcze nie, czwarty rok!

Lekarz stał na środku przejścia do czwartej sali porodowej z niezadowoloną miną.

– O 10.00 przy automacie do kawy – szepnęła Tanja i pobiegła.

*

Zala położyła niemowlę na ramieniu i lekko nim potrząsała w rytuale odbijania. Dziecko wydało jej się tak lekkie, że trudno jej było odciągnąć wzrok od swoich rąk, w niepewności, czy jeszcze je trzyma, a jednocześnie strachu, że trzyma je za mocno. Czuła jego ciepło przez ubranka i paluszki, które czasami poruszyły się jak czułki głębokowodnej rośliny.

Odwiązał jej się pasek i poczuła, jak koszula rozchyla się i ją odkrywa. Ostrożnie trzymając syna tylko lewą ręką, próbowała ją zawiązać.

– Może pani dać dziecko mnie – wybrzmiał głęboki głos za plecami Zali i przez chwilę pomyślała, że zagadnął ją mężczyzna.

Kobieta nie wyciągnęła ręki, tylko ułożyła dłonie równolegle do piersi uwięzionych w staniku, który pokrywał je całe i podtrzymywał w pozycji nieruchomej.

– Avbar, dyrektorka porodówki. Miło mi – dodała i skinęła głową.

Wszystko, co miała na sobie, emanowało opanowaniem, począwszy od fryzury, która opierała się grawitacji za pomocą chemii, przez wykrochmalony kołnierzyk, biały kostium i czarną koszulę, aż po cienki łańcuszek, który gubił się w płytkim dekolcie, i buty na obcasach, wyglądające jak kindżał. Zbyt gruba warstwa pudru pokrywała twarz jak zalegający śnieg i maskowała jej wyraz, choć właścicielka zapewne chciała tylko podkolorować lata. Zala odniosła wrażenie, że jej oczy wwiercają się w nią i lada moment odkryją rzecz, którą chciałaby ukryć. Kiedyś mieszkali w wieżowcu, gdzie sąsiadka nad nimi miała kota z takim spojrzeniem. Zala nigdy nie odważyła się go pogłaskać.

Obiema rękami niemal zakryła noworodka i koszula całkowicie się rozsunęła.

Usta dyrektorki lekko się zacisnęły, jakby chciały wyrazić sprzeciw, gdyby właścicielka im na to pozwoliła.

Ciało nie chciało oddać dziecka, lecz do akcji wkroczył rozum. Czternasty rok pracowała jako wychowawczyni w przedszkolu i co jesień spotykała nowych rodziców. Po kilku latach zauważyła, że wyrabia sobie zdanie o nich już w pierwszej chwili, dobre albo złe, z tym że to ostanie próbuje zdusić obiekcjami – skoro jest taki miły, na pewno jest dobry także dla rodziny albo coś w tym stylu. Po czasie stwierdziła, że pierwsze wrażenie rzadko kiedy okazuje się mylne, dlatego wyczekiwała go, próbowała zachować je w sobie najdłużej, jak to było możliwe, nawet zabierała je ze sobą do domu, gdzie mogłaby je w spokoju przywołać, rozłożyć na części i przeanalizować. W szóstym roku pracy uznała pewną matkę za złodziejkę i kilka miesięcy obserwowała ją, gdy przychodziła i odchodziła z dzieckiem. Później jednak uświadomiła sobie, że jej twarz przypomina twarz kobiety, która okradła ich, gdy ojciec pracował w Bitoli. I wtedy przestała wierzyć instynktowi. A co, jeśli istnieją tylko wspomnienia twarzy i minionych doświadczeń? Ostatecznie zwątpiła w swoje umiejętności oceniania ludzi po pierwszym wrażeniu, pomijając sytuacje, kiedy przeczucie było głośne i wyraźne, tak jak wtedy.

Na korytarzu nie było nikogo innego, a dyrektorka czekała, dlatego rozum zwyciężył i włożyła syna w wyczekujące ręce.

Szybko zasłoniła się, zawiązała koszulę i zaraz sięgnęła po dziecko.

– Dziękuję!

Kobieta przytaknęła:

– Cudowny chłopiec! Zdrowy, piękny… Ma pani szczęście!

– Tak, wiem, dziękuję!

Dyrektorka milczała, jej wzrok przeszywał Zalę na wylot, Zala zaczęła przestępować z nogi na nogę. Część niej była zła na samą siebie, że pokora nie pozwala jej odejść, bo stoi przed nią szefowa. „Wręczyłabym dziecko sprzątaczce?”, pomyślała i przypomniała sobie, ile trudu musiała włożyć w przedszkolu, żeby nie być zbyt uczynną względem tamtejszej dyrektorki. Kiedy tylko znajdowała się w jej obecności, uruchamiał się w niej wyuczony schemat zachowania i złościła się na siebie, bo protestowała aż za bardzo, nie mogąc znaleźć równowagi.

– Tylko… – zaczęła dyrektorka i wypuściła słowo jak zapałkę, z długą taśmą dymu, wijącego się za nią.

– Co się stało?

– Jest pani cudzoziemką?

– Co ma pani na myśli?

– Pomyślałam… Nikt pani nie odwiedza… I… – pokazała na dziecko – ojca też nie ma…

– Przyjaciółki pojechały nad morze. Zapraszały mnie, ale nie dołączyłam do nich, na wszelki wypadek, dobrze zrobiłam – niemal odebrało jej głos, który krzyczał w jej wnętrzu: „Za dużo słów! Za dużo!”. Przełknęła ślinę i dodała:

– Jestem lublańczanką.

– Aha – zabrzmiało jak opuszczenie gilotyny.

„Nauczyła się tego, czy taka już się urodziła?”, dziwiła się Zala. „Jeśli to jest wyuczone, gdzie mogłabym się tego nauczyć?”

„Ale”, dodał cichy głos, „czy w ogóle byłabym wtedy jeszcze sobą?”

– Nie ma pani w ewidencji – jakoś nadmiernie dobitnie podkreśliła dyrektorka.

– Co? Co to znaczy?

– Nie ma pani w komputerze…

– A tego to nie wiem… – zaoponowała niemrawo, po czym dodała bardziej zdecydowanie: – Dotąd zawsze wszystko było w porządku.

Dyrektorka otworzyła dłoń, znowu blisko ciała, jakby nie znosiła oddalać od siebie czegokolwiek, a tym bardziej kończyn:

– Proszę się nie martwić, zajmiemy się wszystkim. Jest pani w dobrych rękach.

Zamknęła dłoń, zostawiając wyciągnięty palec wskazujący. Poruszyła nim, gdy odwróciła się w stronę dziecka: – Ti, ti.

*

Zala upajała się widokiem włosów Tanji, sięgały jej do ramion. Zadyndały, gdy sięgnęła po kawę z automatu, i potem jeszcze raz, gdy podała herbatę Zali; dopiero gdy zdała sobie sprawę, dlaczego się przygląda, mogła oderwać od niej wzrok.

Zala pierwszy raz zobaczyła Tanję, gdy ta miała cztery lata, na korytarzu bloku, do którego dopiero co się wprowadzili. Nastolatka nie ma co począć z takim dzieckiem, dlatego jedyne, co może jej dać, to pogardliwe spojrzenie, co też Zala zrobiła. Tanja spojrzała w podłogę, chwyciła kosmyk włosów i włożyła końcówki do ust. Poruszała brodą, jakby żuła gumę.

Mama Tanji zaczepiła Zalę w windzie i zapytała ją, czy mogłaby pilnować jej córki w dni, w które oboje z mężem mają popołudniową zmianę. „To nie będzie często, zapłacilibyśmy…” – brzmiało jakby się tłumaczyła. Zala odmówiłaby, gdyby tydzień wcześniej nie poprosiła mamy o pieniądze na sukienkę indyjską, którą już od dawna oglądała na wystawie w centrum miasta. Mama dostała pracę w Słowenii i w końcu miała swoją wypłatę; z dumą odliczyła córce banknoty, dodając: „Nie mów ojcu!”. Zala natychmiast wybiegła z domu z pieniędzmi w ręce i wpadła na schodach na ojca, który złapał ją za nadgarstek i oskarżył o kradzież. Zala wszystko wyjaśniła i mama potwierdziła jej historię, lecz brak zaufania ojca bolał ją tak mocno, że kupiła sukienkę automatycznie, z poczuciem winy, wiedząc, że nigdy jej nie założy. Zdała sobie sprawę, że pieniądze muszą pochodzić z innego źródła, z jej pracy, i nie mogą być związane z uczuciami: podlizywaniem się matce i nagrodami ojca za męskie zachowanie. Chciała pieniędzy, które kojarzyłaby z handlem, a nie z emocjami. Jedynym rozwiązaniem było to, że zarobi je sama.

Opiekowanie się Tanją stało się jej pierwszą pracą i pomogło wybrać kierunek dalszej nauki. Mimo że skończyła podstawówkę z wyróżnieniem i uwieczniono jej nazwisko na murze szkoły, której już nie zobaczy, nie wybrała liceum ogólnokształcącego, tylko liceum pedagogiczne, najszybszą drogę do własnej pensji i niezależności. Drugie stwierdzenie było równie proste: człowiekowi, który cię karmi, trudno odmówić, zwłaszcza że jest to jego główny argument podczas kłótni.

Tanja pierwsze kilka wieczorów tylko żuła końcówki włosów, raz z jednej, raz z drugiej strony. Najpierw Zala siedziała obok niej i oglądała telewizję, a potem przyszła jej do głowy dziwna myśl: ma pracę, dlaczego nie miałaby jej wykonywać porządnie? Znalazła multum książek dla dzieci i zaczęła je czytać. Po jakimś czasie podopieczna nieśmiało przybliżyła się i przez kłębek włosów zerkała na ilustracje.

Jako dorosła przypomniała sobie chwilę, w której postanowiła także uczciwie wykonywać swoją pracę, i doszła do wniosku, że takie podejście nie spotkało się z dużym odzewem. W socjalistycznej Jugosławii pracownicy spotykali się w knajpach, szczycili się lenistwem i chwalili jeden drugiego za źle wykonaną pracę. Może nie mogła czuć się dobrze we własnej skórze, bo stała się więźniem genów ojca? Ojca, który każdą rzecz w pracy robił z poświęceniem, zgodnie z regulaminem, nieustępliwy do ostatniej kropki, a zwłaszcza wykrzyknika. Rozkazy, powinności, pięścią w stół, do ostatniej kropli potu. I to samo było w domu. Wchodził w rolę, jaką powinien odgrywać mężczyzna z Bałkanów: obiad punktualnie, sztućce za każdym razem ułożone dokładnie co do milimetra w tym samym miejscu, potem piwo w ręce, kanapa i telewizor. Namiętne oglądanie transmisji meczów i maniakalne śledzenie wiadomości.

W mieszkaniu Tanji pałętały się pod nogami jeszcze nierozpakowane po przeprowadzce pudełka, które udobruchały Zalę, uświadamiając jej, że życie jest możliwe także w miejscach bez dyscypliny wojskowej. Gdy prawie dziesięć lat później przeprowadziła się do własnego mieszkania, najpierw wypróbowała receptę rodziców Tanji, lecz straciwszy mnóstwo czasu na wertowanie w pudełkach i potykanie się o nie, nie bez niezadowolenia przełączyła się na łagodniejszy wariant reżimu ojca.

Gdy Tanja oswoiła się już z Zalą, stała się gadatliwym dzieckiem i zakrywała twarz włosami już tylko na podwórku, na które wysyłali ją rodzice, w końcu w tym wieku to było normalne, że dziecko przychodzi do domu tylko spać. Pewnego razu, gdy stała w grupie, do której bała się i może nawet nie chciała się przyłączyć, jakiś nastolatek wyciągnął jej włosy z ust, prawie je wyrywając. Wtedy Tanja krzyknęła na pomoc. Mimo że Zala nie była zatrudniona jako opiekunka, przybiegła na podwórko i z całej siły kopnęła atakującego w krocze tak, że jeszcze długo zwijał się i kwiczał, ledwie łapiąc oddech, jakby jadł powietrze, które zmieniło się w twaróg. W windzie otarła Tanji łzy i podzieliła się z nią wiedzą, którą na drugim końcu Jugosławii przekazały jej małe Cyganki: mężczyźni mają między nogami coś, co wychodzi na zewnątrz i doskwiera wszystkim bez wyjątku, jeśli nie zatrzyma się tego kopnięciem w odpowiednim czasie.

– Została pani wychowawczynią? – zapytała Tanja i podała jej herbatę w plastikowym kubku.

Zala rozejrzała się zdziwiona.

– Mówisz mi pani?

Tanja uśmiechnęła się zakłopotana. Dryfujące na jej twarzy dziecięce rysy napawały nadzieją, że nadejdzie czas i złożą się w piękną całość. Teraz każda część była na swój sposób piękna, a całość sprawiała wrażenie, jakby czegoś jej jeszcze brakowało. „Może tylko pewności siebie?”, pomyślała Zala, licząc na to, że dyplom i tytuł na przypiętej plakietce rozwiąże problem.

– Tak. Ty byłaś moją pierwszą podopieczną.

– Super wychowawczynią pani… byłaś.

– Dziękuję. A ty?

Powiedziała i zmieszała się:

– Przepraszam, głupie pytanie. Chciałam spytać, czy będziesz pediatrą?

– Nie, myślę, że nie. Ale teraz muszę na każdym oddziale być jakiś czas.

Zala pomieszała herbatę patyczkiem plastikowym i poczuła wzrok Tanji na ręce, w której trzymała kubek. Spojrzenie zsunęło się po palcu serdecznym, nie mając się na czym zawiesić. Tanja zdała sobie sprawę, że za długo się wpatruje, i rumieniec oblał jej policzki. Ręka się uniosła, Zala pomyślała o włosach, ale Tanja zorientowała się w ostatniej chwili i chwyciwszy stetoskop, zaczęła zwijać jego gumową rurkę.

– Nie jestem mężatką – wyjaśniła uprzejmie Zala.

– Przepraszam… Zauważyłam, że nie masz gości… Dlatego.

Smutek napełnił oczy Tanji, rozbudzając w Zali gotowość do walki. Nigdy nie znosiła litości.

– To moja decyzja – powiedziała. – Widziałaś formularz?

Ręka Tanji wykręcała stetoskop.

– Tak.

Jej włosy swobodnie falowały na wietrze. Czasami Zalę nachodziły głupie myśli – śmiech na pogrzebie, bekanie w kościele. Zawsze jednak nad sobą panowała. Także wtedy, choć pomysł wydał jej się komiczny – co gdyby złapała włosy Tanji i włożyła je sobie do ust?

Tanja wyglądała, jakby miała zapaść się pod ziemię, tak jej było niezręcznie. Opadający na dżinsy róg fartucha zmieniał miejsce położenia.

– Mając taką pracę i ja planuję dzieci później – powiedziała i natychmiast uświadomiła sobie błąd.

Na domiar złego powiedziała jeszcze, że Zala jest stara. Otworzyła szeroko oczy i znieruchomiała w trakcie wdechu.

Zala zaczęła chichotać bez opanowania. Musiała się oprzeć o automat i wytrzeć łzy. Szwy w kroczu boleśnie protestowały.

– Hormony… to muszą być hormony… – ledwo wydobyła z siebie, śmiejąc się, dopóki drewniany pancerz Tanji także nie zmiękł i nie pękł.

– Wszystko powiedziałam źle! – krzyknęła i  przyłączyła się do śmiechu.

– Tak, i do tego ty! Zawsze najmądrzejsze dziecko w bloku! I najpilniejsze! Na zdrowie! – Zala podniosła kubek i stuknęły się plastikiem, miękko, ale i tak zawartość wylądowała na ich palcach.