Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
27 osób interesuje się tą książką
Epicka powieść o polskich Kresach i trzech siostrach, które rozdzieliła wojna… Czy uda im się pojednać?
Na przełomie 1943 i 1944 roku w Kutach nad Czeremoszem rodzina Szymańskich łudzi się, że uda jej się przetrwać krwawą czystkę rozpętaną przez UPA. Klementyna i Ludwik przyjmują uchodźców, rozpaczliwie walcząc o ocalenie domu i życia, a Konstancja z trwogą obserwuje syna, Maćka, dręczonego przez niepokojące wizje. W tym samym czasie w okupowanej Warszawie Aldona wsiąka w komunistyczne podziemie i stawia wszystko na jedną kartę u boku Gomułki. Z kolei Łucja, podążając szlakiem 2. Korpusu Polskiego gen. Andersa od Palestyny po Włochy, staje się świadkiem piekła pod Monte Cassino.
Jesienią 1968 roku komunistyczna cenzorka próbuje odnaleźć córkę, która zaginęła bez śladu, jednak powracające cienie przeszłości i zapomniani krewni krzyżują jej plany. Nadchodzi nieunikniona, pełna emocji konfrontacja Aldony z Łucją i Antonim Mokrzyckim. Czy noszone przez dekady rany pozwolą na pojednanie, czy może ostatecznie zatriumfuje mrok? Jakie sekrety skrywa przebywający w szpitalu psychiatrycznym Maciej i czy uda się rozwikłać tajemnicę zniknięcia pozostałych bliskich?
Autor świetnie przyjętych Zdradzonej i Poszukiwanej ponownie w mistrzowski sposób łączy brutalną prawdę historyczną – od rzezi na Kresach, przez szlak bojowy Andersa, po polityczną paranoję PRL-u – ze światem metafizycznych przeczuć i ludzkich dramatów. Opowieść o siostrach Szymańskich to poruszająca, wielowymiarowa historia o cenie przetrwania, pamięci i prawdzie, przed którą nie ma ucieczki.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 510
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Lira Publishing Sp. z o.o.
Wydanie pierwsze
Warszawa 2026
ISBN: 978-83-68987-19-5
Lato 1944, lasy gdzieś na Kresach
W polskich wioskach w dawnym województwie stanisławowskim — w tych, które nie poszły jeszcze pod nóż Ukraińskiej Powstańczej Armii — opowiadano dziwne rzeczy o chłopaku, który razem ze stadem wilków przemierzał nieużytki, pola i lasy. Podczas apogeum wojny światowej nastąpiło też apogeum zdziczenia i nawet gdyby część tej opowieści, ubarwionej oczywiście przez ludzi, była prawdą, niektórych powinno zastanowić, dlaczego człowiek wybrał towarzystwo wilków zamiast ludzi. Ludzie mają być przecież stworzeni na obraz i podobieństwo boże. Człowiek i dzikie bestie — to przecież wyklucza się moralnie.
Niektórzy mówili, że to duch, inni — że chłopak ułomny jakiś, jeszcze inni, że to bies wcielony, a tylko nieliczni domyślali się, że dzieciak zwariował od tej wojny. Jedno było pewne — gdy napotykał kogokolwiek, obojętnie, z jakiej grupy partyzanckiej by się wywodził — uciekał natychmiast. Mówiono też, że rzucał w ludzi kamieniami i że potrafił się rozpłynąć w lesie, a nawet, że właził do wielkiej dziury w drzewie, i tyle go widziano. Komuś tam ukradł sweter wiszący na podwórku, kiedy zrobiło się zimno. Drugiemu podbierał jajka, a trzeciemu podprowadzał kury i dzielił się nimi z wilczymi przyjaciółmi. Wilki też się ponoć z nim dzieliły mięsem upolowanych zwierząt. Chłopak oczywiście nauczył się je jeść na surowo. On i te wilki stali się nierozłączni. Zaakceptowały go jako członka watahy. Widywano go to tu, to tam. Zabobonni ludzie, zarówno nieliczni już Polacy, jak i Ukraińcy, uważali, że to musi być jakiś diabeł z lasu albo potwór, bo przecież nie godzi się, żeby człowiek, stworzenie boże, zamieszkiwał w kniei z dzikimi bestiami.
W lesie koło Stanisławowa, na rozstaju leśnych dróg, przetrwał też świątek — odrapany, zdewastowany przez nie wiadomo kogo krzyż z ukrzyżowanym człowiekiem. Jego imienia nikt tu nie potrafił sobie przypomnieć. Każda kolejna armia, która tędy przechodziła, gwałciła i mordowała. Niemcy, Sowieci, potem partyzantka sowiecka i ukraińska — a ta polska od lata czterdziestego czwartego też już nie brała jeńców. Rzeźba nie miała nóg ani jednej ręki, była okaleczona nie mniej niż ludzie. Gdy pewnego dnia chłopak z wilkami przeszli obok, twarz, drewniana i spękana, drgnęła. Głowa ukrzyżowanego odwróciła się w stronę chłopca, co ten wyczuł natychmiast, gdyż zmysł udziału pozwalał mu widzieć rzeczy, które ludziom się nawet nie śniły.
Spojrzeli na siebie. Drapieżniki przystanęły tuż obok. Chłopak wyczuł Obecność.
— Chcę cię widzieć — rzekł. — Nie musisz posługiwać się rzeczami, żeby zamanifestować, że jesteś.
Wtedy zza krzyża wyszedł chłopiec w bieli.
— Musisz uciekać — powiedział.
— Nie mam już siły uciekać — odparł chłopak stojący wśród wilków. — Naprawdę nie mam już siły…
Warszawa, siedziba Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, ulica Mysia, początek listopada 1968
Aldona ciężko i wydajnie pracowała dla władz PRL w nadzwyczaj ciężkim dla gomułkowskiej administracji i aparatu politycznego PZPR, pamiętnym sześćdziesiątym ósmym roku. Marzec tak jej dał w kość, że klęła całą wiosnę. Latem nie było lepiej — musiała utrzymać fason cenzury, gdy wojska Układu Warszawskiego rozjeżdżały Czechosłowację. Wszyscy mieli już dość atmosfery podejrzliwości i polowania na czarownice, jaką było przecież wypędzenie kilkunastu tysięcy obywateli polskich żydowskiego pochodzenia. Urząd Aldony to wszystko tuszował, cyzelował nienawiść w oficjalnych komunikatach PAP, czyścił publikacje. Cenzura to najwyższy przejaw czujności i kontroli. Żeby być naprawdę dobrym cenzorem, trzeba było być w gruncie rzeczy artystą. A Aldona uważała się za artystkę.
Dziś miała nadzieję na zwykły dzień pracy, ale w południe zadzwonił telefon. Sekretarka odebrała połączenie. Usłyszała, że sprawa jest pilna, że towarzyszka dyrektor musi odebrać.
— Proszę poczekać — odparła kobieta. — Zawiadomię towarzyszkę dyrektor.
Wiedziała, że to trudne zadanie, bo Aldona, delikatnie mówiąc, nie miała opinii łatwej szefowej. Słynęła z wybuchów gniewu, podczas których nie należało wchodzić jej w drogę, a już szczególnie drażniło ją przeszkadzanie w pracy, kiedy była skupiona na wykonaniu zadania. Choć nie musiała, towarzyszka dyrektor nie odebrała sobie przyjemności dopuszczania — lub nie — utworów literackich czy filmów do dystrybucji. W 1967 roku osobiście podjęła decyzję o skierowaniu na półkę filmów Ręce do góry Jerzego Skolimowskiego oraz Długa noc Jerzego Nesfetera1 i była dumna z tego, co zrobiła reżyserom. Oddawała się tej pracy z pasją i namiętnością i nie znosiła, gdy ktoś jej przerywał. Dokładnie jak w owej chwili. Sekretarka z ciężkim sercem poszła do towarzyszki dyrektor.
— Tyle razy prosiłam, żeby nie przeszkadzać, kiedy pracuję — rzuciła Aldona, poirytowana, nawet nie podnosząc wzroku na wchodzącą.
Sekretarka, kobieta, której imienia i nazwiska towarzyszka dyrektor nie była zdolna zapamiętać, pomyślała, że tym razem nie było tak źle. Niczym w nią nie rzuciła, nawet zwykłą „kurwą” czy delikatnym jak na Aldonę wyproszeniem w stylu „spierdalajcie, obywatelko”.
— Towarzyszko dyrektor, jest bardzo pilny telefon.
— A ja mam bardzo pilną pracę — zauważyła Aldona.
— Towarzyszko dyrektor — rzekła sekretarka z naciskiem. — Z Anglii dzwonią…
Tego Aldonie nie trzeba było powtarzać dwa razy. Przełączyła się na bezpieczną linię, której — miała nadzieję — nikt nie podsłuchiwał. Oczywiście telefon z dalekiej i dżdżystej Anglii mógł oznaczać tylko dwie rzeczy: córeczka potrzebuje pieniędzy albo pomocy. Mamusia musi załatwiać takie sprawy zawsze, niezależnie od odległości. Tak było w szkole średniej, kiedy upiła się na wycieczce w Bieszczadach; wtedy też Aldona musiała zagrozić nauczycielowi odpowiedzialnością karną, żeby nie było sprawy z tego, że córka pogwałciła status szkoły czy coś tam.
— Aldona Szymańska — rzekła dyrektorka cenzury PRL — przy telefonie.
— Tu Zdzisław Ambroziak z ambasady w Londynie.
— Ach, to wy — rzuciła z przekąsem Aldona. — Wy mieliście mieć oko na moją córkę.
— W rzeczy samej, towarzyszko, w rzeczy samej — potwierdził nieco asekuracyjnie Ambroziak. — Niestety, coś się stało.
— Mówcie śmiało.
Towarzysz Ambroziak, nieznany jej bliżej aparatczyk, prawdopodobnie absolwent szkoły MSW, wytrenowany w Moskwie na urzędnika MSZ, miał zapewne o niej mgliste pojęcie jako o szefowej cenzury. Nie wiedząc, kogo ma po drugiej stronie telefonu, powiedział, że Sabina Szymańska, jej córka, zniknęła. Aldona nie wiedziała, jak ma zareagować, tak bardzo ją to zaskoczyło.
— To jest dziwna sprawa — ciągnął Ambroziak — nie na telefon. Kiedy możecie przylecieć?
Aldona czuła, że wzbiera w niej wściekłość. Nie panowała nad biegiem wypadków. Nie kontrolowała ich. To takie irytujące!
— Odezwę się. — I trzasnęła słuchawką.
Była posiadłość Fitzroyów, Kraina Jezior, jesień 1968
Sabina Szymańska, odkąd zdecydowała się na ucieczkę, martwiła się bardzo, do czego to wszystko doprowadzi. Na razie było dobrze. Jej chłopak — tak chciała o nim myśleć — Alexander Fitzroy, był wobec niej opiekuńczy i pozwalał jej mieszkać we wspaniałym, historycznym domu. Sabina, melancholijna i prostolinijna dziewczyna, nie mogła się pogodzić z dominacją matki komunistki, która nie pozwalała jej na nic i kontrolowała każdy jej krok. Chciała wolności i przestrzeni do życia, nowego świata, w którym będzie mogła realizować swoje pasje. Puściła płytę z muzyką z filmu Śniadanie u Tiffany’ego. Tak bardzo się jej podobał. Nie pamiętała już, gdzie go widziała, ale najpewniej w kinie, jeszcze w kraju, bo Polska Ludowa, choć siermiężna i przesiąknięta na wskroś gomułkowszczyzną, pozwalała oglądać dobre filmy obyczajowe z Zachodu.
Audrey Hepburn śpiewała:
Moon river
Wider than a mile
I’m crossing you in style someday
Old dream maker
You heart breaker
Wherever you’re goin’, I’m goin’ your way2.
Lubiła tę piosenkę za jej lekki, liryczny spokój. Oczywiście znała tekst na pamięć i próbowała tak grać w domu w Warszawie — rzecz jasna wtedy, kiedy matki nie było w domu. Aldona nie pozwalała jej na wiele rzeczy, nie tylko na spotykanie się z rówieśnikami. Teraz, kiedy poczuła się wolna, zdała sobie sprawę, że w zasadzie może robić, co chce. I wcale nie musi z rosnącą obawą czekać, aż matka wróci z pracy w swoim pieprzonym urzędzie cenzorskim.
Kiedy Sabina usłyszała w kawiarni w Oksfordzie, że jej interlokutorka jest jej ciotką, dała się przekonać, żeby pojechać do domu Alexandra Fitzroya na rozmowę. Była wtedy w stanie przedzakochania, który odbiera zdrowy rozsądek — miała tego świadomość. Przedzakochanie? A może już właśnie TO, jedyne i właściwe? Nigdy nie spotkała takiego mężczyzny, ale musiała przyznać, że odkąd ujrzała go po raz pierwszy, pragnęła ponownego spotkania. Czuła, że czas powinien pędzić szybciej, byle tylko znowu się do niego zbliżyć. Te wspólne lekcje, spacery po Oksfordzie stały się sekretem ich romantycznej relacji. I wtedy spotkała Łucję. Pod jej wpływem — a ta potrafiła przekonywać — wsiadła do samochodu Alexandra i pojechała do Krainy Jezior.
*
Miały do omówienia z ciocią Łucją wiele spraw. Przede wszystkim jednak musiała ją poznać. Łucja spadła bowiem na nią jak grom z jasnego nieba, gdy nieoczekiwanie zaczepiła ją w Oksfordzie i przerwała jej studia.
— Co teraz będzie? — zapytała Sabina, gdy siedziały razem w pięknym salonie Fitzroya.
— To zależy od ciebie. Możesz wrócić do Oksfordu i tam czekać na bieg wypadków… Albo zaufać mi i zacząć nowe życie z dala od matki.
Sabina ukryła twarz w dłoniach. Wiele ją to kosztowało. Wszystkie te rodzinne tajemnice, sekrety, które zaczęły wychodzić na jaw po tylu latach, właściwie jej nie zaskoczyły. Od zawsze była sama. Matka nie kojarzyła się jej z ciepłem, miłością. Nie była kimś, do kogo mogłaby po prostu przyjść i się przytulić. Aldona, oschła i zimna… Cóż, teraz Sabina dowiadywała się, dlaczego matka taka była.
— Twoja matka — rzekła Łucja — została w jakiś sposób przeze mnie skrzywdzona. Zakochała się do szaleństwa w naszym kuzynie Antonim Mokrzyckim latem trzydziestego roku, a ja, nieopierzona trzpiotka, skrzywdziłam ją, wydając jej sekret naszej mamie Klementynie.
Następnie Łucja barwnie opowiedziała dalsze losy rodziny. Wyjazd Antoniego, rozpacz Aldony (przez chwilę Sabinie zrobiło się matki żal), a potem kolejne lata, w których siostry zaczęły się od siebie oddalać, pochłaniać inne książki, konsumować nowe znajomości, kochać ludzi i ich tracić. Łucja opowiadała z pasją o tym, co przeżyła i jak nawet pomieszkiwała z Aldoną wspólnie we Lwowie w latach trzydziestych.
— Jednak to nie wyszło nam na dobre — skwitowała.
— Dlaczego?
— Bo się jeszcze bardziej od siebie odsunęłyśmy.
I znów zanurzyła się w opowieść. Minuty płynęły szybko. Sabina, zasłuchana, próbowała sobie wyobrazić dzieje rodziny i postacie dziadków, Ludwika i Klementyny. Łucja dzięki swojemu darowi wydobywała z zawiłej i zapomnianej historii smaki, wyrazy twarzy, nadawała opowieści niezwykły charakter. Aż wreszcie doszła do wojny, do pamiętnego września trzydziestego dziewiątego roku. Ale w opowieści Łucji nie było Niemców, tylko Sowieci, którzy napadli Polskę siedemnastego września roku pamiętnego. Może ciotka świadomie idealizowała po latach swoje przeżycia i tamtą przedwojenną Polskę, skoro nie znała już tej, z której pochodziła Sabina.
— Teraz rozumiem, dlaczego mama nigdy nie lubiła mówić o wojnie — rzekła w zamyśleniu Sabina.
— Był też inny powód.
— Jaki?
Znów popłynęła opowieść — o tym, jak władze sowieckie zabrały im dom i urządziły w nim dyrekcję kołchozu, w który został zamieniony cały ich majątek w Kutach nad Czeremoszem. O niesłychanie biednym życiu, o nędzy, w którą wpadły ona i babcia Sabiny, Klementyna. Aż do tragicznego dnia w październiku czterdziestego. Wtedy, po roku od wybuchu wojny, ich dom rodzinny po raz ostatni odwiedziła Aldona.
Sabina zamarła. Tymczasem Łucja nalała sobie solidną szklaneczkę szkockiej, której imponującą kolekcję miał u siebie młody Fitzroy. Potrzebowała tego, bo zaczynała się najtrudniejsza część opowieści.
— Twoja matka przyjechała wtedy do nas po to, żeby wydać mnie w ręce sowieckiej policji politycznej, NKWD.
Dziewczyna z wrażenia wstrzymała oddech. Łucja opowiadała o strachu, o niewyobrażalnej nędzy podczas transportu do obozu specjalnego w Czkałowie, dzisiejszym Orenburgu, głęboko w Rosji. O życiu w potwornym zimnie, morderczej pracy i śmierci, która towarzyszyła zesłańcom na każdym kroku. Unikała wspominania o zmyśle udziału. Sabina, jak każda osoba go pozbawiona, mogłaby nie zrozumieć tego fenomenu. W końcu Łucja dotarła w swej historii do wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej i wydostania się z gułagu, niekończącego się pasma sowieckiego cierpienia. Potem zrelacjonowała Sabinie swój pobyt w Iranie, wstąpienie do wojska polskiego jako pestka i przebycie szlaku 2. Korpusu Polskiego generała Andersa aż pod Monte Cassino. Tutaj się zatrzymała. Sabina nie musiała wiedzieć wszystkiego. Zwłaszcza tego, czego Łucja nie była w stanie jeszcze jej przekazać.
— I co mam zrobić z tą opowieścią?
— Musisz sama zdecydować, Sabino. Czy chcesz zapuścić korzenie w nowym miejscu, przy boku mężczyzny, który może dać ci stabilizację i związek, czy wolisz wrócić do PRL i do końca swych dni żyć w klatce, którą stworzyła dla ciebie własna matka.
Sabina dobrze rozumiała wagę tego pytania, które odnosiło się tak naprawdę do jej egzystencji, jedynej i niepowtarzalnej. Stanęła teraz przed wyborem, który najprawdopodobniej zadecyduje o jej dalszym losie.
Kraina Jezior, nazajutrz
Sabina nie wiedziała, czego ma się spodziewać, gdy Alexander Fitzroy zaproponował jej wspólną wyprawę na Scafell Pike — wznoszący się na ponad dziewięćset siedemdziesiąt metrów nad poziom morza najwyższy szczyt pasma górskiego otaczającego Krainę Jezior. Fitzroy kazał rano gospodyni przygotować kanapki, a do termosów zabrał kawę i herbatę. Załadował to wszystko do Bentleya i przekonał ją, żeby wsiadła i zobaczyła to, co kiedyś uwiodło jego matkę, też Polkę, która w Krainie Jezior zakochała się po raz pierwszy — w angielskim dżentelmenie3.
— Twoja matka tutaj była?
— Tak — odparł Alexander, kierując Bentleyem. — W drugiej połowie lat trzydziestych. Ale nie została dobrze potraktowana przez mojego dziadka. Stare dzieje. Znasz się na angielskiej poezji romantycznej?
Co za pytanie dla studentki anglistyki w Polsce, i to dość pilnej! Jeśli istniała poezja romantyczna, którą ubóstwiała i która stanowiła dla niej niedościgniony wzór uczuciowości, nienasycenia i szaleństwa twórczego, to byli to Byron, Shelley i Wordsworth. Jak się okazało, Alexander znał ich twórczość i cytował jej z pamięci wiersze z Krainy Jezior, przez którą przejeżdżali. Tego dnia akurat było dość chłodno, ale nie padało, co w zasadzie można uznać za niezwykłą w tym regionie okoliczność. Dopiero kiedy dojechali na miejsce, na duży parking przed głównym szlakiem na najwyższy szczyt, pogoda się trochę popsuła. Spadł deszcz, który na domiar złego sprawił, że kamienie na szlaku stały się śliskie. Sabina miała ze sobą buty z Polski, dobre i schodzone, a przede wszystkim wygodne. Ale Alexander, widząc to, wyciągnął małe raczki na gumie, idealnie pasujące do stopy dziewczyny.
— Dziękuję, że pomyślałeś.
Po dobrym kwadransie deszcz minął i znów wyszło słońce, przebijając się przez stalowoszarą obręcz kłębiących się chmur. Wtedy młody Fitzroy wyrecytował z pamięci wiersz Wordswortha:
Błądząc samotny jak obłoki,
Gdzie wzgórze się w dolinę chyli,
Ujrzałem nagle łan szeroki,
Złocistych istny tłum żonkili.
Nad brzegiem stawu, pod listowiem
W taniec je porwał wiatru powiew.
Jak gwiazdy jasne, niezliczone,
Na mlecznej drodze migotliwe
Ciągnęły się przede mną w stronę
Morskiego brzegu z fal przypływem.
Patrzyłem jak w rozkołysanie
Unosił je wiosenny taniec.
Od tańca fal weselsza przecie
Była perlista zieleń wiosny;
Trudno nie cieszyć się poecie
Z kompanów rzeszy tak radosnych!
W zachwycie nie pojąłem jeszcze,
Jak wielkim skarbem zmysły pieszczę:
Gdy bowiem smutek tylko wokół,
Nastrój posępny u mnie gości,
One błyskają w myśli mroku
Jako osłoda samotności;
Serce już żalem się nie mami,
Lecz tańczy razem z żonkilami4.
Sabina zawstydziła się, że nie zna tego wiersza, mistrzowsko dobranego, z wyczuciem, z sensem chwili.
— Jestem pod wrażeniem, panie Fitzroy.
Alexander zaśmiał się i popatrzył na nią tak, jak patrzy się na bliskie nam rzeczy i osoby. Czuł, że gdyby rzekł do niej „przyjaciółko”, odparłaby tym samym słowem, zdradzając stan przedzakochania, w którym się znajdował od czasu, kiedy poznali się w Oksfordzie.
— Czy wracasz tam? — zapytał, gdy zatrzymali się na krótki odpoczynek.
Sabina nie miała wprawy w tak forsownych marszach, dlatego też często robili sobie przerwy na pogawędkę.
— Do komunistycznej Polski? Nigdy — odparła bez cienia wątpliwości.
Fitzroy zrozumiał, że w jej never tkwi istota problemu, jakaś głębsza przyczyna związana z matką dziewczyny. Poprosił, żeby mu o tym opowiedziała, ale nie nachalnie. Jednak Sabina pragnęła się przed kimś otworzyć, zaufać, poczuć przynależność do drugiego tak samotnego serca. Wyrzuciła więc z siebie historię zasłyszaną od Łucji, pominęła jakieś mało znaczące szczegóły. A on znalazł się nagle na granicy obłędu. Zdał sobie bowiem sprawę, że gdyby Sabina wyjechała do Polski, jego życie stałoby się jeszcze bardziej jałowe i puste, niż wtedy kiedy poszukiwał matki, w przeświadczeniu, że rodzice go opuścili.
I tak gawędząc, po dwóch i pół godzinach doszli na szczyt, by podziwiać panoramę całej Krainy Jezior. Wiało mocno, dlatego zziębnięci i zmęczeni wpełzli pod koc. Napili się herbaty i kawy, które były wciąż ciepłe. Gdy tak siedzieli obok siebie, byli blisko i daleko zarazem. Bo każde chciało wypowiedzieć to, co do siebie czuli. Czy można spotkać drugiego człowieka i — choć nie wie się o nim nic prócz tego, co sam o sobie powie — wiedzieć, że to ten jedyny, na całe życie?
— Chciałem ci powiedzieć…
— Co mi chciałeś powiedzieć? Cytujesz Wordswortha, a nie potrafisz wyznać dziewczynie, że jesteś w niej zakochany?
Jego zakłopotanie miało swój urok, Sabina musiała to przyznać. To ona zbliżyła pierwsza swoje wargi do jego ust. Poszukała ich smaku, a on odwzajemnił pocałunek. Objął ją wpół i tak trwali przez jakiś czas, bez słów, bo nagle stały się niepotrzebne. Mieli siebie.
W nocy Sabina przyszła do niego. Zostali kochankami. Chciała tego tak samo jak on. Historia zatoczyła krąg — w tym samym domu w 1937 roku to samo zrobiła mama Alexandra, Basia Prażmowska.
Kuty nad Czeremoszem, kwiecień 1943
Konstancja stała nieruchomo i patrzyła w okno. Z początku nie mogła uwierzyć w to, co powiedział ojciec, ale przecież nie było sensu się oszukiwać. Podczas rozmowy w przeddzień wizyty Niemca szantażysty u nich we dworze było jasne, co się stanie. Wszyscy domownicy, nie wyłączając Konstancji, zaakceptowali nieuchronność tego rozwiązania. Każdy na ten dzień załatwił sobie jakieś alibi. Konstancja i Klementyna poszły do Kut coś załatwić. Zadbały o to, żeby ludzie je widzieli. Ludmiła zaszyła się z robotnikami rolnymi w chlewie. Akurat kociła się maciora i na świat przyszły małe świnki. Ich żywot miał być jednak krótki.
Właściwie Konstancja musiała wydobywać z ojca, co się stało. Starszy człowiek nie chciał tego powiedzieć. Ludwik najwyraźniej wstydził się, że sam nie miał odwagi uratować rodziny od szantażysty, zabijając go. Ale jego młodziutkiemu wnukowi jej nie zabrakło.
— Jak zginął Schwela? — dociekała Konstancja. — Mam nadzieję, że nie zostawiłeś, tato, żadnych śladów. Niemcy będą go szukać.
— Oczywiście, że nie — rzekł Ludwik.
Konstancji coś jednak nie pasowało. Poszła do Maćka, który wrócił mokry i musiał się przebrać. Spojrzała synowi w oczy i zobaczyła w nich śmierć. Matki widzą takie rzeczy. Nie muszą mieć dowodów. Podeszła do niego i starała się go przytulić.
— Mamo, potem — rzucił Maciek, odsuwając się od niej. — Nie czas teraz na czułości.
Nic nie mogło się równać z nowym cierpieniem. Tamto, które przeżywała przez tyle czasu, nie wiedząc, co się stało z synem, teraz ustąpiło miejsca nowemu, przenikającemu jak wspomnienie dawno utraconej niewinności, której nie da się odzyskać. Konstancja teraz rozumiała, że rozstanie z synem, który błąkał się od wiosny 1941 roku nie wiadomo gdzie — bo było też prawdą, że nie chciał mówić o swoich strasznych przeżyciach — odcisnęło swoje piętno.
— Mój synek zabił. — Konstancja musiała to sobie teraz zwerbalizować.
Czym innym jest poznać prawdę, choćby najgorszą, a czym innym — wypowiedzieć ją i przyjąć do wiadomości. Konstancja musiała to nazwać, ponieważ prawda jest dynamicznym stanem rzeczy, jak pisał Wittgenstein5. Co miała z tym zrobić? Zakopać ból jak nieusuwalną wadę? A może zmierzyć się z nim? Nigdy nie była w takiej sytuacji. Śmierć jej męża, Jana Serafinowicza, który wybrał żywot żołnierza, była zupełnie innym doświadczeniem. Jej syn dla bezpieczeństwa rodziny zrobił to, co zrobił. Tego sobie nie mogła darować: wiedziała przecież, co się stanie, i nie zrobiła nic, żeby Maciek tam nie poszedł. Zaczęła się obwiniać.
To przeze mnie odjechał wtedy do Moskwy — pomyślała. To przeze mnie teraz zabił. Powinnam była go powstrzymać, uświadomić mu nieodwracalność odebrania komuś życia, nawet jeśli idea, która stoi za takim rozwiązaniem, jest godna szacunku. Nie ma takiej śmierci, której zadanie nie zostawia śladu w człowieku, który zabił. Nie ma takiego zabójstwa, które mogłoby zostać w pełni usprawiedliwione. I nie ma wreszcie takiego usprawiedliwienia, które w pełni wymazałoby winę moralną za popełnioną zbrodnię.
*
W domu Szymańskich nagromadziło się wiele niedopowiedzeń i emocji związanych z tym, co stało się z niemieckim szantażystą.
— Tato — zwróciła się do Ludwika Konstancja. — Mój chłopiec zabił.
— Nie każdy, kto zabił, jest mordercą — próbowała tłumaczyć Klementyna.
— Ostro to nazywasz, moja duszko — rzekł poirytowany Ludwik. — Rzeczywiście, nie zabiłem od wielu lat nikogo. Ale twoja dialektyka w wyjaśnianiu tego, co zrobił nasz wnuk, jest godna podziwu.
Nestor rodu Szymańskich westchnął głęboko.
— Nie umiałem tego zrobić — rzekł po chwili. — To mnie przerosło.
Wyznanie Ludwika stanowiło kontrapunkt tej rodzinnej rozmowy. Wszyscy musieli się zmierzyć ze swoją bezradnością. Wiedzieli przecież, że szantażysta nie zostawiłby ich ot tak, nie zadowoliłby się kolejną transzą pieniędzy. Wyssałby ich jak wampir swoją ofiarę, do końca i fachowo. Tylko Maciek potrafił wziąć za to odpowiedzialność, a oni traktowali go dalej jak dziecko. I chyba właśnie wtedy spostrzegli, że rozmawiają o kimś, kogo nie ma przy stole. Konstancja miała rację w jednym: jej syn za sprawą okrucieństwa, jakiego doświadczył, dorósł przedwcześnie, zdarł z siebie niewinność, jak wąż zrzuca starą skórę. Nikt z nich nie zauważył, że chłopiec krył się w mroku korytarza wiodącego od salonu na górną kondygnację dworku.
Maciek słyszał ich rozmowę. Nie denerwował się. Nie zdawali sobie sprawy, z jakimi siłami mroku się mierzył, i to w sensie dosłownym, nie tylko metafizycznym. Wiedział, co ma nadejść. Po chwili pojawił się w świetle dnia. Konstancja wydała okrzyk, ponieważ przestraszyła się różnicy między jej wyobrażeniem o synu a tym, w kogo się przeistaczał.
— Przestańcie się winić — rzekł Maciek. — Tylko ja mogłem to zrobić i dobrze wiecie, że tak było. Ciała nie ma, spłynęło Czeremoszem do Prutu. Gdyby było inaczej, zobaczyłbym to. Drzewa by mi powiedziały.
Ludwik i Klementyna nie bardzo rozumieli, co oznaczało zdanie o drzewach, które mówiły do ich wnuka. Nie pojmowali zmysłu udziału ani jego implikacji w osobowości człowieka nim dotkniętego, dla którego stał się on sposobem postrzegania świata, tak jak dla nich wzrok i dotyk. Konstancja natomiast sercem wiedziała, że on mówi prawdę, choć nie ogarniała umysłem zawieszenia między światami, w których żył jej syn.
— Musicie się przygotować — dodał po chwili Maciek, jak gdyby była to najnormalniejsza rzecz na świecie. — Dziś przyjadą Niemcy.
*
Faktycznie, Gestapo w Kołomyi zaniepokoiło się zniknięciem Schweli, który był ich współpracownikiem jeszcze przed wojną. To Schwela odegrał smutną rolę w tropieniu powstańców śląskich późnią jesienią 1939 roku i wydaniu ich w ręce hitlerowskiej policji bezpieczeństwa, która dla Polaków nie miała litości. Był użyteczny, ale miał jedną wadę. Za bardzo lubił pieniądze i nie lubił się nimi dzielić. Dlatego po inwazji na ZSRR skierowano go na wschód, czego Schwela nie odczytał jako zesłania. Podczas niemieckiej okupacji, w czasie tej wojny, gdy nie działało już żadne prawo, wschodnie tereny stanowiły dżunglę, w której można się było obłowić bez konsekwencji. Dlatego jego zniknięcie wzbudziło obawy. Oczywiście policjanci ze specjalnego batalionu egzekucyjnego, którzy wzięli w łapę od Ludwika w klasztorze urszulanek w Kołomyi, siedzieli cicho. Za coś takiego obydwaj poszliby na pierwszą linię frontu walczyć z Armią Czerwoną, gdyby ich sekrecik wyszedł na jaw.
Ale szef Gestapo i policji bezpieczeństwa w Kołomyi SS-Obersturmführer Peter Leideritz6 podejrzewał coś innego. Ten inteligentny, trzydziestokilkuletni esesman był dociekliwy i systematyczny, opanowany i spokojny. W żadnym wypadku nie furiat z pistoletem w dłoni. Domyślał się, że Schwela ma swoje ciemne interesy, i to całkiem duże — ale o tych wiedział za mało, i małe interesiki, na które musiał patrzeć przez palce i o których wiedział aż nadto. Ale jego zniknięcie wywołało niepokój. Przesłuchano wszystkich znajomych Schweli, w tym obu policjantów z batalionu specjalnego.
— Co pan zamierza zrobić? — zapytał Leideritza jeden z gestapowców.
— Jak to co? Ukarać kogoś przykładnie — rzekł esesman. — Coś mi mówi, że Schwela nie żyje.
Niemców nie interesowała prawda. Wobec zbliżającego się nieubłaganie frontu rosyjskiego na śledztwo nie mieli czasu. Można byłoby założyć, że Schwela wziął kasę i nogi za pas, ale dokąd by uciekł? Do Rumunii? Bardziej prawdopodobne było to, że jakiś interes nie wyszedł tak, jak powinien, i Schwela dostał kulkę w łeb zamiast wypłaty. Ale Peter Leideritz był gestapowcem, który rozumiał, że władza opiera się na dwóch filarach: decyzyjności i strachu. A nic tak nie wzmaga strachu jak publiczna egzekucja.
Padł więc rozkaz. Z Kołomyi do Kut nad Czeremoszem wyjechała kolumna dwóch ciężarówek z Leideritzem. Zamierzał zrobić spektakl.
*
Pierwsze oznaki, że w Kutach dzieje się coś złego, przywiózł Ludwik, który po rozmowie w salonie wybrał się po pieczywo. Nie dotarł do piekarni — zatrzymał go ksiądz Manugiewicz.
— Niemcy są w miasteczku. Coś się stało — rzekł.
Ludwik nie dał poznać, że wie, dlaczego Niemcy są w mieście. W tym czasie Leideritz i jego ludzie ustalali, z kim Schwela miał kontakt w ostatnich dniach. Aresztowano piekarza, Polaka Filipkowskiego, z żoną i dwoma synami. Chłopcy mieli po kilkanaście lat. Zatrzymano rymarza, Ormianina, i jego żonę. SS-Obersturmführer Leideritz kazał zamknąć też najbogatszego Ukraińca, Maruczenkę, który robił trumny, i jego syna. Dołączyli do nich dwaj ukraińscy pracownicy gospodarstwa Szymańskich, którzy szli akurat do pracy. Razem dziesięć osób.
— Musicie iść ze mną do lasu. Tam przeczekamy to, co nadchodzi — mówił Maciek.
Ale Niemcy w majątku zjawili się szybciej, niż założył, i wszyscy domownicy musieli iść na rynek. Wygarnęli nawet starą Ludmiłę, która szła, podtrzymywana przez Klementynę Szymańską. Konstancja wyjaśniła Ludwikowi, że Maciek ma wizje, w których widzi to, co ma się stać. Racjonalny Ludwik wlókł się do miasta, zmiażdżony wewnętrznie tym, że ukochany wnuk zabił z zimną krwią człowieka, na pewno złego i przebiegłego, ale… Morderstwo było jakąś straszną granicą, a Maciek zdołał ją przekroczyć. Gdy Klementyna się zmęczyła, Ludmiłę wzięła pod rękę Konstancja. Wszyscy, chyba oprócz Maćka, mierzyli się z myślami, że zostaną rozstrzelani gdzieś po drodze. Ale tak się nie stało.
Obok urzędu miasta, na niewielkim kuckim rynku, zebrało się może trzysta osób, wśród których znajdowali się Ukraińcy, Ormianie i Polacy. Wszyscy widzieli, co się święci. Niemcy ustawili przenośną, drewnianą szubienicę na dziesięciu ludzi.
Jeden z nich, oficer SS, powiedział po niemiecku, że zaginął Hubert Schwela, miejscowy przedstawiciel partii narodowosocjalistycznej, i że odpowiedzialność za to poniesie miasteczko Kuty.
— Zapłacicie teraz, wy brudne ukraińskie i polskie świnie!
Tego nie musiał już tłumaczyć jakiś urzędas z budynku patrycjatu. Wszyscy zrozumieli. Esesmani zaczęli wyciągać zatrzymanych wcześniej ludzi. Byli oni doskonale znani tłumowi. Zapadła śmiertelna cisza. Jednego po drugim — Ukraińca z synem, polskiego piekarza i jego rodzinę, robotników u Szymańskich oraz Ormianina z żoną — ustawiono na jakichś krzesłach i zydlach zabranych z okolicznych domów. Niemcy założyli im na szyje pętle z grubego sznura. Nie było czasu na żadne ostatnie słowa. Maciek jednak potrafił wyczuć, co przeżywali ci ludzie. Wiele razy doświadczył czegoś podobnego, jak wtedy w czterdziestym pierwszym, zasypany przez Niemców z trupami w masowej egzekucji pacjentów z lwowskiego szpitala psychiatrycznego. Wtedy czołgał się po zwłokach, żeby się wydostać na powierzchnię. Tamto doświadczenie zmieniło go na zawsze. Wyczuwał wszystkie emocje i uczucia skazanych, w tym znajomych z widzenia robotników pracujących w chlewni dziadków. Piekarza i jego rodzinę pamiętał sprzed wojny. Najbardziej płakał Ukrainiec Maruczenko, właściciel zakładu pogrzebowego w Kutach, który dosłownie wczoraj skończył elegancką i wygodną trumnę z drewna kasztanowca. Miała być przeznaczona dla jakiegoś znacznego niemieckiego oficera, którego Ruscy zabili na froncie. A teraz, jak na ironię, sam pewnie w niej spocznie. Koniec złotego trumiennego interesu nastąpił szybciej, niż przypuszczał.
Leideritz podchodził powoli, flegmatycznie do każdego ze stołków i po kolei je odkopywał. Osoba wisząca zaczynała się dusić pod wpływem własnego ciężaru i ciągnącej w dół grawitacji. Człowiek buntuje się, nie chce umierać i walczy o każdy łyk powietrza, wierzga na wszystkie strony. Ciało chce żyć i nie może się pogodzić z końcem, który jest jak lodowata rzeka, porywa ze sobą, choćbyś się bronił rękami i nogami. Wszystko na próżno. Nurt śmierci jest silniejszy. Maciek wyczuł też, że esesmanowi odkopywanie stołków sprawia przyjemność. Wiedział już, że Niemcy nie lubią brudzić sobie rąk, ale z żelazną konsekwencją robią to, co Leideritz teraz.
Po egzekucji, gdy już wszyscy zawiśli, a nić ich życia została nieodwracalnie przerwana, Niemcy zakazali zdejmowania ciał przez najbliższe dwadzieścia cztery godziny. Wiszące zwłoki miały być dla innych ostrzeżeniem i przestrogą.
Maciek milczał, ale wewnątrz bardzo to przeżył. To z jego powodu oni nie żyli, podpowiadało mu coś.
— Mamo, odprowadź dziadków do dworu, ja wrócę później — zwrócił się do Konstancji.
Konstancja nie oponowała. Tymczasem on tam został. Patrzył długo na trupy i wydawało mu się, że jeszcze coś złego się czai obok, jakaś niewypowiedziana groza, jakaś nieobliczalna osobliwość.
Wyczuwał ją.
Kuty nad Czeremoszem, nazajutrz
Po tym wszystkim, co się wydarzyło i czego Szymańscy z taką brutalnością doświadczyli, Ludwik nie mógł sobie znaleźć miejsca. Nie był typem zimnego drania. Nie potrafił sobie poradzić z tym, co zrobił jego ukochany, ledwo co odnaleziony wnuk, a na co on sam się nie zdobył.
— To ja powinienem był zabić Schwelę — rzekł do Klementyny.
— Co zamierasz zrobić, mężu?
— Idę do księdza Manugiewicza.
Jak powiedział, tak uczynił.
Ormiański proboszcz był przyjacielem ich rodziny od lat i chętnie przyjął Ludwika, gdy ten stanął w progu.
— Mam wielki problem natury moralnej — rzekł Szymański.
— Słucham cię, synu — odparł ksiądz Manugiewicz. — Od tego tutaj jestem. Zapytam tylko, czy chcesz, Ludwiku, by to była spowiedź?
Ludwik się zastanowił. Od lat nie był pilnym katolikiem, ale jeśli to miałoby pomóc księdzu zachować w tajemnicy treść tej rozmowy, to tak, niech to będzie spowiedź. I opowiedział o zabójstwie sprytnego i bezwzględnego szantażysty, który chciał wyciągnąć od Szymańskich resztę srebrnych i złotych monet oraz dolarów.
— Nie mogłem, po prostu nie mogłem mu ich dać — tłumaczył.
Ale to nie było wszystko. Ludwik wyznał też, że nie umie poradzić sobie z tym, że Maciek słyszy jakieś głosy. Wprawdzie nie wie jakie, gdzie i kiedy, ale z tego, co zaobserwował w domu, chłopak był dziwny i zachowywał się zupełnie jak zaginiona Łucja.
Ksiądz Manugiewicz zamyślił się głęboko, co to może znaczyć, i zgodził się przyjść do Szymańskich na herbatę z konfiturami.
A przy okazji Ludwik za zgodą księdza zajrzał do skrytki, w której zabezpieczyli w 1939 roku swój majątek. Wszystko się zgadzało. Zostało w niej kilkadziesiąt złotych i srebrnych monet z czasów carskich i kilkaset dolarów. Mały majątek na najczarniejszą godzinę, która — jak się zdawało — właśnie nadchodziła szybkimi krokami na Polaków na Kresach. Leży tam nieodkryty do dziś.
*
Klementyna podała to, co miała najlepszego. Jej konfitury z malin czy porzeczek nie miały sobie równych w całej okolicy.
— Ale to przepyszne, pani Klementyno — zachwycał się Manugiewicz.
— Wiem, że ksiądz jest zwolennikiem moich konfitur, ale, proszę wybaczyć, nie przyszedł tutaj dziś ksiądz na smakowanie herbatki.
Manugiewicz popatrzył na nią znacząco. Obok niego siedzieli Ludwik i Konstancja, która domyślała się, że wizyta księdza ma jakiś związek z Maćkiem, ale nie była pewna, w jakim stopniu ksiądz pragnie ten temat zgłębiać. Miała świadomość zupełnej odrębności świata jej syna, ale Maciek ufał jej, a ona jako matka nie mogła, po prostu nie mogła zdradzić tego, co jej już pokazał. Była pewna, że jej syn w jakiś sposób ma kontakt ze światem innym niż ten, w którym żyli, i być może (tego nie wiedziała) bardziej niezwykłym i przerażającym, niż ludzie racjonalni mogli przypuszczać.
— Masz rację, Klementyno. Chcę porozmawiać z waszym wnukiem.
— Jest na górze — odparła Konstancja. — Zaprowadzę księdza.
Gdy już tam dotarli, cicho szepnęła:
— On nie jest szalony.
Ksiądz Manugiewicz podszedł do tego bardzo profesjonalnie, koncentrując się na duchowości.
— To ostatnia okoliczność, jaką biorę pod uwagę. Ale chłopiec może być pod wpływem Zła, które, jak uczy matka Kościół, jest osobowe.
Konstancja skinęła głową i zeszła na dół.
Ksiądz Manugiewicz otworzył drzwi do pokoju Maćka. Panował półmrok, ponieważ chłopak prawie szczelnie zaciągał na dzień zasłony.
— Witaj, Maćku — rzekł. — Czy możemy porozmawiać.
Chłopak siedział na fotelu i wydawało się Ormianinowi, że śpi. Miał zamknięte oczy, oddychał miarowo i spokojne. Manugiewicz podszedł bliżej i wtedy Maciek nagle uniósł powieki.
— Po co ksiądz tutaj przyszedł?
— Żeby pomóc ulżyć twej duszy — rzekł duchowny.
— Moja dusza należy do mnie — rzekł Maciek. — A może ksiądz chciałby porozmawiać z tymi powieszonymi? Jeśli ksiądz chce, mogę ich zawołać.
— Rozmawiasz z umarłymi?
— Czasami.
— Z kim jeszcze rozmawiasz?
Maciek westchnął. Czy ludzie niemający wiedzy o świecie ducha opisanym przez Hegla — bo przecież istnieje tylko myśl, są w stanie wyobrazić sobie coś więcej? Coś, co przerasta ich pojęcia i wyobrażenia o świecie?
— Z istotami zamieszkującymi ten świat i ten równoległy.
Manugiewicz nie bardzo rozumiał, co mogły znaczyć słowa o świecie równoległym. Postanowił się skupić nad tym, na co zwrócił uwagę Ludwik.
— Chcę porozmawiać o tym, co się stało.
— A co się stało?
— Na rynku w Kutach zginęli ludzie. Przecież dobrze wiesz.
— Ja ich nie zabiłem.
— Nie odpowiadasz za to, co robią Niemcy — rzekł Ormianin. — Ale tu chodzi o twoją duszę, moje dziecko.
Maciek wstał. Był zupełnie spokojny. Skoro jednak już ksiądz przyszedł, zamierzał nieco uchylić dla niego drzwi do świata ukrytego.
— Moja dusza jest rozpięta między tym życiem a światem duchów, jaki istnieje obok nas. Czy ksiądz wie, że coś jest w rzece?
Duchowny drgnął. Trwało to ułamek sekundy, ale nie umknęło uwadze chłopca.
— Słyszałem legendy — odrzekł.
— Jakie?
— To są bujdy — rzucił Manugiewicz, nieco zniecierpliwiony.
— Co ksiądz słyszał?
— Że w rzece jest coś, co czasami wciąga kąpiących się w toń — powiedział z niechęcią ksiądz Manugiewicz. — Na plebanii zachował się pamiętnik tutejszego proboszcza sprzed stu bez mała lat, w którym tamten ksiądz opisuje, że w rzece jest jakiś urok czy demon wodny, który pokazuje się tylko wybranym… lub ludziom, którzy mogą go widzieć.
Maciek poczuł, że nie jest szalony. W gruncie rzeczy zawsze to wiedział, ale teraz miał niezbity dowód. Czuł się tym wszystkim strasznie przybity. Bał się, że bez cioci Łucji, która widywała i czuła to samo, co on, nie poradzi sobie z ogromem zła, które trawiło tę piękną krainę, jaką były polskie Kresy.
— Czy żałujesz zabicia tego Niemca? — zapytał ksiądz.
Maciek uważał, że śmierć, którą zadał po raz pierwszy, naruszyła jego spokój. Wdzierała się coraz głębiej pod czaszkę, próbując przeniknąć do samego wnętrza duszy. Dotąd jednak mężnie stawiał jej czoła i te najgłębsze drzwi pozostały dla niej zamknięte.
— Tak — odparł.
— Uklęknij.
Maciek zrobił to i dostał rozgrzeszenie.
Kuty, tej samej nocy
Za radą księdza Manugiewicza i w pewnym sensie z jego pomocą (miał w zanadrzu coś, co otrzymał od duchownego) Maciek wymknął się nocą z domu nad rzeką i poszedł traktem do miasteczka. Drzewa szumiały, ale dla niego to nigdy nie był zwykły szum. Szedł jednak nie po to, by wsłuchać się po raz kolejny w śpiew drzew, ale by skonfrontować się z tym, co wypełzło z Czeremoszu i w ten sposób stało się nieograniczone. Udał się na rynek w Kutach, żeby spojrzeć w twarz zabitym — wiedział, że to sprowokuje tego, który za tym wszystkim stał i który dręczył Kuty od wielu pokoleń. To COŚ w Czeremoszu budziło się wtedy, kiedy trwało albo jakieś powstanie, albo wojna, albo po prostu coś bardzo złego. Maciek nie kwestionował nigdy pradawnego statusu tego CZEGOŚ — to istniało od setek, jeśli nie tysięcy lat. Chciał jednak się skonfrontować z tą istotą, ponieważ teraz, po spowiedzi, może nieco wymuszonej wizytą duchownego, zyskał pewność, że oprze się jej w jej prawdziwej postaci.
Po chwili doszedł na miejsce. Ciała wisiały dalej, tak jak zostawili je Niemcy. Cała ósemka. Ukrainiec Maruczenko, który był szefem zakładu pogrzebowego w Kutach i do tej pory robił na trupach interesy, a teraz sam się stał jednym z nich. Obok wisiał jego syn Anton. A tuż przy nim piekarz Filipkowski z synami i żoną. I dwaj pracownicy chlewni, których chłopak widywał w pracy w ostatnich dniach. Wszyscy byli martwi, a od ich ciał zalatywało już słodkawym zapachem śmierci.
Maciek stanął przed nimi i spróbował wejść w stan bliski autohipnozie. To właśnie wtedy mógł odczuwać to, co działo się w świecie równoległym — skomunikowanym, poprzez zmysł udziału, z rzeczywistością, w której żył na co dzień. Łatwo mu to nie przychodziło, ale w końcu odciął się od bodźców zewnętrznych i skupił się na powieszonych ludziach. Dzięki zmysłowi udziału w poświacie, jaką pozostawiła po sobie śmierć, wciąż czuł emocje umierających, ich sięgający nieba krzyk bez głosu, ich walkę o łyk powietrza i o wyswobodzenie się ze śmiertelnego ucisku sznura. I nagle, ku niezmiernemu zdumieniu, jedno z ciał drgnęło. Był to Józio Filipkowski, syn piekarza. Maciek poczuł dreszcz, jakiego doświadczał zawsze, kiedy kontaktował się z istotami z tamtego świata.
Potwór z Czeremoszu, kimkolwiek był, zawsze czymś go zaskakiwał. Martwa głowa Józia uniosła się, trupie oczy otworzyły — ziały taką samą bezdenną pustką jak oczy potwora w rzece, kiedy się ukazywał Maćkowi za młodych lat.
— To ty nas zabiłeś — rzekł Józio matowym głosem.
Ale w tej chwili dla Maćka najważniejsze było, by wywabić potwora, zmusić go, by pokazał się w prawdziwej postaci, i potraktować otrzymanym od księdza specjałem, który trzymał w fiolce w kieszeni. Umiał umysłem zakryć przed wolą tego CZEGOŚ tę niespodziankę.
— Pokaż mi się, jaki naprawdę jesteś — rzekł chłopak.
I, o dziwo, głowa trupa zwiotczała i znów była tylko gnijącym kawałem mięsa. Maciek wciąż nie pojmował ontologii istnienia tego czegoś. Ale wiedział już, że istota ta była w sposób ontologiczny związana z wodą. Czekał więc. Po chwili z poprzecznej belki szubienicy, na której wisiały trupy, zaczęła kapać woda. Kap, kap, kap… i nagle zrozumiał, że oto demoniczna istota staje się przed jego oczyma realna. Kałuża szybko się powiększała, a Maciek czuł, że to coś manifestuje się nie wodą realną, ale wyśnioną przez niego; że jego wyobrażenie o tym czymś daje potworowi przez zmysł udziału dostęp do tego, jak on myśli i czego pragnie.
Ta woda nie woda zatrzymała się przed nim i z wolna z kałuży o średnicy prawie tak dużej jak podstawa szubienicy zaczął wyłaniać się kształt — wstawał z owej wody, wznosił się i formował w prawdziwą postać, mającą kolor i określone prawami fizyki kwantowej miejsce jako ciało. Maciek widział, jak to coś nabiera barw i staje się tym razem nie klaunem, ale… nim samym. Po chwili ujrzał przed sobą idealną kopię siebie, odmierzoną w doskonały sposób wedle oryginału.
Postać otworzyła oczy.
— Jak dobrze mi w twojej skórze — rzekło COŚ. — Chciałbym być już od teraz wyłącznie z tobą.
Maciek pamiętał, by nie wdawać się ze Złym w żadne dyskusje, a nawet w małe niuanse.
— Nigdy nie będziesz mną.
To COŚ chciało coś powiedzieć, ale w tej chwili chłopak wyciągnął z kieszeni fiolkę ze święconą wodą i chlusnął nią w twarz tego czegoś. Widziadło cofnęło się i po chwili rozpadło znów w wodę nie wodę, po czym rozpłynęło się jak rtęć, wiercąca się po rozlaniu i szukająca miejsca, gdzie mogłaby ujść. Gdy zniknęła w pyle i prochu ziemi, Maciek poczuł się lepiej — jak gdyby jakiś wielki ciężar zszedł mu z duszy.
Warszawa, czerwiec 1943
Powstanie w getcie wybuchło dziewiętnastego kwietnia, a kilka dni wcześniej niemieckie radio podało informację, że pod Smoleńskiem w masowych grobach Niemcy odkryli ciała kilku tysięcy polskich oficerów z kampanii wrześniowej. Warszawska ulica, nastawiona nienawistnie do Sowietów, przywitała powstanie w dzielnicy żydowskiej z mieszanymi uczuciami. Szlachetne, wrażliwe jednostki współczuły Żydom i starały się pomagać. Jednak Niemcy zamknęli dostęp do dzielnicy, a na Placu Krasińskich ustawiono artylerię ostrzeliwującą tę część miasta. Grupy związane z Armią Krajową próbowały dostarczać broń, a niezależnie od nich tak samo czyniła Gwardia Ludowa — zbrojne ramię Polskiej Partii Robotniczej. Jednak Niemcy dom po domu ścierali getto z powierzchni ziemi. Wielu, bardzo wielu Polaków zachowywało się wtedy obojętnie, jak gdyby całopalenie Żydów w ogóle Polaków nie obchodziło.
Aldona musiała pracować fizycznie, ale jako komunistka z przekonania nie wstydziła się tego. Trudno też powiedzieć, że wyrobiła sobie dobre relacje w Komitecie Centralnym, ponieważ spotkała na swej drodze jeszcze jedną kobietę, równie inteligentną, bezwzględnie wierną Stalinowi i na swój sposób mającą duży wpływ na mężczyzn w tym gremium — Małgorzatą Fornalską7. To ona przesłuchała ją po przyjeździe ze Lwowa. Nie polubiły się, ponieważ Fornalska, która studiowała w Moskwie pod koniec lat dwudziestych, traktowała Aldonę jako rywalkę w Komitecie Centralnym.
Inną postacią, która wywoływała w Aldonie irytację, był Paweł Finder8. Ten komunista znalazł się w PPR, a pochodził z Leszczyn koło Bielska-Białej, z kupieckiej i wcale nie biednej rodziny żydowskiej. Aldona poczuła, że dociera do kresu swoich możliwości, gdy spotkała się z Komitetem Centralnym w zakonspirowanym mieszkaniu przy ulicy Grottgera dwanaście. Stało się to jakoś pod koniec kwietnia, jeszcze przed świętem pracy, którego obchodzenia Niemcy oczywiście zakazali. Finder jako pierwszy zaproponował, by uczcić pierwszego maja.
— Najlepiej jakąś akcją w getcie. Oni walczą — stwierdziła Aldona. — Widzieliście, towarzyszu, flagę polską i żydowską na Placu Muranowskim? Ludzie o tym mówią na mieście.
On jednak podszedł do okna i zapalił papierosa. Rozważał coś.
— Te flagi to jest problem — rzekł. — Gdyby tam była flaga czerwona, świadcząca o jedności żydowskiego i polskiego ruchu robotniczego, nie byłoby problemu. Wysłalibyśmy na pomoc kolejną grupę bojową Gwardii Ludowej.
— Skąd się u was wziął ten tryb przypuszczający? — zapytała poirytowana Aldona. — Tam są nasi towarzysze i potrzebują pomocy.
— Za tymi dwiema flagami kryje się nacjonalizm, polski i żydowski, czyli syjonistyczny — odparł Finder. — Wiem, co mówię, bo byłem w Palestynie przed wojną. Gdyby bojownicy Żydowskiej Organizacji Bojowej wywiesili flagi czerwoną i robotniczą, to nie byłoby problemu.
— Ale to nie oni zawiesili flagi — powiedziała Aldona — tylko Żydowski Związek Wojskowy. On ma większość w getcie.
Finder westchnął. Chłopcy od Żabotyńskiego to nie byli komuniści, oj nie. Aldona ugryzła się jednak w język. Chciała powiedzieć, że tego wymaga zwykła ludzka solidarność, ale wolała milczeć. Była jednak biegła we wszelkich subtelnościach ideowych. Rozumiała, dlaczego stalinowcy wzdrygali się przed oficjalnym poparciem walki w getcie — nie chcieli, by ten gest mógł być odczytany jako aprobata dla nacjonalizmu polskiego lub żydowskiego, bo to równałoby się rewizjonizmowi. Ale ci partyjni działacze stalinowscy nie rozumieli gestu jedności ludzi, którzy za chwilę i tak mieli umrzeć. Finder być może był Żydem, ale przede wszystkim był stalinowcem. Aldona postanowiła nie wchodzić z nim teraz w konfrontację, zwłaszcza że na spotkaniu nie było Gomułki.
Warszawa, lipiec 1943
Na początku lipca okupowaną Warszawą wstrząsnęły dwa wydarzenia, bardzo od siebie odległe. Trzydziestego czerwca w ręce Gestapo wpadł generał Rowecki „Grot”, komendant główny Armii Krajowej, a czwartego lipca — do Warszawy wiadomość dotarła przez radio piątego — zginął w Gibraltarze w katastrofie lotniczej generał Sikorski, premier rządu londyńskiego, w kraju bardzo popularny i poważany przez angielskich i amerykańskich sojuszników. Warszawa, okupowana i upokorzona, bardzo przeżywała te dwie tragedie. Aldona dostała przez kuriera wezwanie na spotkanie z Gomułką — sam na sam, bez żadnych świadków. Podejrzewała, że być może podoba się towarzyszowi „Wiesławowi”, ale jak zdążyła się przekonać, był to człowiek o oryginalnych zasadach. Poszła zatem bez wahania na to spotkanie w zakonspirowanym mieszkaniu PPR na Mokotowie. Musiała odczekać, żeby sprawdzić, czy nie ciągnie się za nią ogon. Rozpoznała tylko jednego bojowca Gwardii Ludowej, który był ochroną Gomułki.
Szczupła i niewysoka postać Władysława Gomułki kontrastowała z wysoką i postawną sylwetką Aldony. Ta, choć chciała uchodzić za robotnicę, za nic nie potrafiła zrzucić z siebie inteligenckiego sznytu.
— Jak tam nasza broszura? — zapytał.
Zlecił jej jakiś czas temu napisanie tekstu programowego, jakim PPR miała się przeciwstawić rządowi londyńskiemu, ale to musiało trwać. Pracując na codzienne utrzymanie jak zwykła robotnica, Aldona nie miała czasu na pisanie, choć zachowała dawną błyskotliwość umysłu.
— Oboje wiemy, że nie jestem tutaj po to, żeby mówić o tekście, który powstaje i który będzie dobry. Zapewniam was — zauważyła Aldona.
Gomułka zmieszał się. Nie miał śmiałości do kobiet, a już zwłaszcza do tych inteligentniejszych od niego.
— Mam problem — oznajmił.
— Jaki?
— Mam problem z Finderem.
Aldona nie była zaskoczona. Zarówno Finder, jak i Fornalska byli zapatrzonymi w Moskwę stalinistami. Stając z nimi twarzą w twarz, musiała zadać sobie pytanie o własną tożsamość. Ona przecież też doświadczyła głębokiego zaczadzenia stalinowską wersją komunizmu, co wyrażało się w jej bezkrytycznym wpatrzeniu w Wasilewską. Teraz, po miesiącach spędzonych w kraju pod okupacją niemiecką, widziała różnice i coraz częściej mierzyła się z rozterkami. Ukrywała je przed sobą, odsuwała, okłamywała samą siebie, ale musiała przyznać, że na jej nowej komunistycznej fides9 powstała rysa. I nie miała wątpliwości, że wydarzyło się to z powodu spotkania z Łucją — tak nieoczekiwanego i zarazem nieprzyjemnego jak drzazga pod paznokciem.
— Opowiedzcie mi o tym — zaproponowała Aldona.
Gomułka zaczął mówić o tym, jak bardzo Finder naciskał na niego w sprawie natychmiastowego podjęcia decyzji w sprawie braci Mołojców. To była najpilniej strzeżona tajemnica PPR. Zostali oni oskarżeni i po śledztwie partyjnym skazani na śmierć za zabójstwo Marcelego Nowotki, do którego doszło pod koniec listopada 1942 roku w Warszawie.
— Powziąłem decyzję — przyznał Gomułka — ale nie zbadaliśmy wszystkiego dokładnie.
— Czy byliście przekonani o winie Mołojców?
— Zasadniczo tak, ale wątpliwości zostały — rzekł Gomułka. — Ta sprawa nie może nigdy ujrzeć światła dziennego. Walczymy z obozem londyńskim o władzę nad tym krajem i nie pomoże nam to, że żremy się o władzę jak przestępcy.
— Czy macie, towarzyszu „Wiesławie”, jakieś obiekcje co do Findera?
Gomułka wstał i podszedł do okna. Starał się nie dotykać firanki — bardzo brudnej, od dawna niepranej. Nad czymś głęboko się zastanawiał.
— Moje obiekcje wobec Findera nie dotyczą człowieka, ale pewnego sposobu myślenia — powiedział po dłuższej chwili.
— Co macie na myśli?
Był ostrożny. Oj, jaki był ostrożny. Nie wiedział do końca, czego może się spodziewać po Aldonie.
— Możemy być ślepo wpatrzeni w Moskwę i kopiować ich rozwiązania albo…
— …albo poszukiwać dróg do socjalizmu własnymi wysiłkami — dopowiedziała, błyskawicznie odgadując jego intencje.
Od razu poczuła ulgę.
— Otóż ja uważam tak samo — rzekł Gomułka. — I to jest główna linia sporu między mną i Finderem. Stać nas na własną drogę do socjalizmu.
— Czy prowadzicie rozmowy z AK? — zapytała Aldona.
— Oczywiście, że tak. Muszę — przyznał Gomułka. — Tutaj popiera mnie Jóźwiak10.
— Jestem tego samego zdania — rzuciła Aldona.
— Musimy utrzymać kanał komunikacji, żeby nie doprowadzić do wojny domowej, kiedy wkroczy Armia Czerwona — rzekł Gomułka. — A to, że wkroczy, jest tak pewne, jak to, że jesteśmy tutaj, w tym pokoju.
*
Po wyjściu od Gomułki Aldona przeszła kilkaset metrów i zatrzymała się przed zakładem fryzjerskim. Codzienność okupacyjna wyrobiła w niej ten nawyk. W szybie obserwowała ulicę za swoimi plecami, sprawdzając, czy nikt jej nie śledzi. Udzielała jej się szpiegowska obsesja, na którą wszyscy członkowie władz PPR chorowali od czasu zabójstwa Marcelego Nowotki w listopadzie czterdziestego drugiego roku. Aldona świetnie pamiętała, że rzuciła wtedy podejrzenie na AK. Choć nie miała dowodów, być może to ona zasiała wątpliwość u tych, którzy doprowadzili do skazania na śmierć braci Mołojców. Przy czym dialektycznie wcale nie uważała, że Gomułka popełnił błąd. Wręcz przeciwnie — stała na stanowisku, że to dobrze, iż pozbył się z partii dwóch kontestujących wszystko mend, przy tym ludzi niezwykle brutalnych i osławionych okrucieństwami popełnionymi podczas hiszpańskiej wojny domowej. Mołojców nie było. Byli za to ona, Fornalska, Gomułka i inni. Aldona stanowczo uważała, że partia ma przed sobą przyszłość, ale coraz bardziej skłaniała się ku poglądom Gomułki. Kolektywizacja w Polsce jest szkodliwa, osobiście opowiadała się za spółdzielniami rolniczymi. Chłopi w Polsce nie oddadzą ziemi, była tego pewna. Jeśli będą forsować takie rozwiązanie, poleje się krew. A tego nie chciała. Przy okazji była przekonana, że gdyby została w Moskwie, mówiłaby jak Wasilewska, pisałaby jak Wasilewska i kto wie — być może wyglądałaby jak Wasilewska. Okupowana przez Niemców Warszawa i codziennie życie w niej były czymś tak niesłychanie ciężkim, że nikt, kto tego nie przeżył, nie ma prawa powiedzieć, że doświadczył piekła na ziemi.
Wasilewska nie ma pojęcia o tym, co się tutaj dzieje — pomyślała Aldona.
Gdy szła tak ulicami Warszawy, nagle rozległy się krzyki. Z obu stron ulicy Grottgera, tuż przy Warszawskiej Skarpie, niemieckie samochody zaczęły zagradzać drogę, stając w poprzek jezdni. Krzyki, przekleństwa i mrowie ludzi uciekających w popłochu. Aldona w przypływie nagłego stresu zdała sobie sprawę, że nie ma gdzie się schronić. Ale zauważyła podwórko za ocienioną bramą, i tam się skierowała. Nie było na nim nic poza śmietnikiem — trzema dość dużymi, metalowymi pojemnikami. Nie miała czasu do stracenia. Natychmiast wgramoliła się do jednego z nich. Poczuła słodkawy zapach odpadków, szmat, szpargałów, resztek… istne emporium obrzydliwości. Przez chwilę myślała, że zwymiotuje, ale powstrzymała się, ponieważ na podwórku rozległ się odgłos kroków — metaliczny szczęk podkutych niemieckich butów. Wyciągali kogoś z na wpół otwartej piwnicy — jakiegoś człowieka jęczącego coś o chorej żonie. Oczywiście Niemcy nic sobie z tego nie robili. Ich zadaniem było schwytanie odpowiedniej liczby ludzi, bez względu na okoliczności. Dla nich było bez różnicy, kogo biorą w łapance — profesora, nauczyciela, nastolatkę czy kobietę w ciąży.
Ale to nie było obojętne dla Aldony. Siedziała więc w smrodzie śmietnika, w upokorzeniu tak krańcowym, jakiego ani nie planowała, ani nie chciała. W normalnych, przedwojennych czasach nigdy by jej przez myśl nie przeszło, że będzie się kryła przed Niemcami w takim miejscu. I tylko licząc na ich wysublimowane poczucie estetyki, mogła mieć nadzieję, że żaden z nich nie okaże się służbistą i nie zacznie sprawdzać w śmietniku. Jednak się zawiodła. Usłyszała coraz wyraźniejsze kroki. Ktoś stąpał bardzo spokojnie, wręcz flegmatycznie — najpierw prawa, potem lewa, miarowo, na przemian. Buty wydawały charakterystyczny stukot, jak gdyby miały podkute podeszwy. Ale tu przecież nie chodziło o taniec, tylko o życie i śmierć. Aldona wstrzymała ze strachu oddech. Ktoś uniósł klapę pojemnika, w którym się schowała.
— Es gibt nichts mehr hier11.
I ów Niemiec, nieznanej rangi, tożsamości ani też stopnia, wrzucił do śmietnika peta. Co za wiekopomna, estetyczna, niemal kantowska deontologia czynu! Pet upadł obok głowy Aldony, rozgrzany i cuchnący. O mały włos nie krzyknęła, ale gdyby to zrobiła, byłoby po niej. Niemiec oddalił się flegmatycznym krokiem. Kwadrans później się zwinęli.
Aldona odetchnęła. Nie pamiętała potem, jak wydostała się z tego śmietnika. Wiedziała tylko — a to wspomnienie wryło się głęboko w jej ciało i umysł — że leżała bez ruchu, śmiertelnie wyczerpana psychicznie i fizycznie. Jakieś dziecko podeszło do niej i zapytało:
— Czy pani się nic nie stało?
Ale nie miała siły odpowiedzieć, choć to pytanie ją obudziło. Wstała, otrzepała się i powlekła na piechotę do domu. Ludzie omijali ją za daleka, a ona ich.
Palestyna, lipiec 1943
Łucja, gdy tylko miała choćby godzinę wolnego, natychmiast wybierała się na spacer. Była bardzo, ale to bardzo stęskniona za Lucjanem, za jego bliskością, ciepłem jego rąk i siłą, kiedy ją obejmował. Pragnęła tego związku. Ale jako osoba nadzwyczaj wyczulona na analizę swego postępowania zdała sobie sprawę, że być może to ona bardziej chce tej relacji, zatracenia się w miłości. Nie umiała się uwolnić od zaszczepionej w niej przed laty przez Tuwima obawy, że osoby dotknięte zmysłem udziału już na zawsze będą samotne. Czy nigdy nie będzie jej dane zaznać szczęścia?
Nie potrafili sobie wyznać, że się kochają. To przecież niby takie proste: powiedzieć to, przekroczyć granice słów, wyrzucić z siebie — nie dla żartów, nie dla zabawy. Ale oni, przytłoczeni ciężarem życia, które w ostatnich miesiącach ich nie oszczędzało, nie byli w stanie tego uczynić. Coś im mówiło, że jeszcze nie teraz, że to nie czas na prywatę.
— Pójdę już — rzekł Lucjan. — Zostało nam kilka, może kilkanaście tygodni. Alianci lądują na Sycylii.
— Gdzie nas poślą?
— Sądzę, że do Włoch. Mussolini tam chyba za długo nie porządzi.
Ale to nie było dla niej ważne. Chciała go zatrzymać, zaprosić do swojego życia, ale nie potrafiła.
— Zaczekaj…
Chciała mu powiedzieć tyle rzeczy. Czy zrozumiałby jej dar — lub przekleństwo? Czy kochając ją, stałby się drugim Bohdanem Ihorem Antonyczem?
*
Nazajutrz uderzyła w nich wiadomość, że generał Sikorski zginął w Gibraltarze w katastrofie lotniczej. Byli jeszcze bardziej sami. Łucja nie wiedziała, co to może oznaczać dla nich, dla całego 2. Korpusu, dla Polski i dla tych tysięcy ludzi, którzy wyszli z nimi z sowieckiego piekła. Ich uwolnienie to zasługa generała. Łucja zdawała sobie sprawę, że to był jedyny polski przywódca, z którym jeszcze rozmawiano. Wprawdzie mocarstwa, takie jak Wielka Brytania, weszły do konfliktu w obronie Polski, ale jej cele zdążyły się już zmienić. Trwała przebudowa świata. Czy znajdzie się w nim miejsce dla niej i Lucjana?
Kraków, lipiec 1943
Po kilku miesiącach spędzonych w Krakowie, gdzie uzyskał kontakt w Armii Krajowej, Piotr Umański dostał nowe zadanie. Trochę go przerażało. W Komendzie Głównej AK po aresztowaniu „Grota” zapanował chaos. Ale kilka miesięcy wcześniej, w grudniu 1942 roku, komendant główny mianował szefem okręgu krakowskiego pułkownika Józefa Spychalskiego12, bardzo sprawnego organizatora, ściągniętego z Zachodu. Pułkownik był więc cichociemnym. Piotr dostał wezwanie na spotkanie do dowódcy okręgu w znakomicie zakonspirowanym mieszkaniu na Kleparzu.
— Czy ty, chłopcze, jesteś z Kresów?
— Ma się rozumieć, panie pułkowniku — rzekł Piotr. — Ze Stanisławowa.
Dowódca spojrzał na niego.
— Proszę, proszę… Przekraczałeś granicę sowiecko-rumuńską? — spytał, zerkając do krótkiego meldunku przygotowanego o Umańskim przez kontrwywiad Armii Krajowej.
— Wiele razy — odparł Piotr nie bez pewnej dumy; znał przecież liczbę kurierów, którzy wpadli. — Mam doświadczenie.
— Taki też zostaniesz rozkaz — rzekł pułkownik. — To może być bardzo trudne, a wręcz kurewsko niebezpieczne — dodał.
— Z niebezpieczeństwem jestem za pan brat.
— Jak wiesz, po Stalingradzie Niemcy mogą się tylko bronić. Musimy jako żołnierze założyć, że w perspektywie roku, może dwóch, znów wejdą tu Sowieci. Zanim to się stanie, musimy się uporać z pewnym trudnym i złożonym problemem — zaczął wyjaśniać pułkownik Spychalski.
— O czym pan pułkownik mówi?
— Ukraińcy — rzucił krótko pułkownik. — Góra chce, żebyśmy spróbowali się porozumieć.
Piotr gwałtownie potrząsnął głową. Opowiedział pułkownikowi, co widział w Stanisławowie, co mówiła mu Lanckorońska, zanim nie została aresztowana w Kołomyi. Przywołał to, co mówiono na ulicach Stanisława i Lwowa — że Polacy z dwojga złego wolą Niemców niż Ukraińców, bo ci drudzy mają tylko siekiery i noże.
— Ukraińcy są wrodzy wobec polskiego żywiołu, uczestniczyli w masakrach Żydów i z ochotą podejmują służbę w niemieckich batalionach policyjnych…
— Dotarł do nas raport — przerwał mu pułkownik Spychalski — że wiosną tego roku Ukraińcy masowo zdezerterowali z tych batalionów. Polacy stamtąd pytają nas, czy mogą do nich wstępować, żeby obronić nasze wsie.
Piotr słuchał, coraz bardziej zdezorientowany.
— Nie rozumiem — rzekł. — Nasi w niemieckich batalionach policyjnych? To przecież woda na młyn sowieckiej propagandy.
— Wiem, że to trudne. — Pułkownik westchnął. — Ale nie mamy tam żadnych istotnych sił, które moglibyśmy rzucić, żeby ochronić naszą ludność. Nie mamy pewności co do zamiarów Ukraińców wobec naszych nielicznych oddziałów i naszej ludności. Masz się tego dowiedzieć i przekazać tę wiedzę łączniczce, która będzie na ciebie czekać we wrześniu i październiku we środy w kawiarni Orfeusz we Lwowie, na Ormiańskiej. Wiesz, gdzie to jest.
— Oczywiście, studiowałem we Lwowie. — Piotr popatrzył pułkownikowi Spychalskiemu w oczy. Nie wycofa się. Nie zrejteruje. — Wyruszę jutro.
— Kwatermistrz wyda ci instrukcje, pieniądze i broń — zakończył spotkanie Spychalski.
*
Stanisławów, tydzień później
Dotarcie do rodzinnego miasta nie było łatwe. Piotr oczywiście korzystał jako kurier Armii Krajowej z fałszywej kenkarty i ausweisu13, potwierdzających jego zatrudnienie w Krakowie. Oficjalnie był w podróży służbowej. Jazda koleją po okupowanej Polsce wiązała się z ciągłymi, nawet kilkunastogodzinnymi opóźnieniami. Wynikało to z pierwszeństwa, jakie Niemcy dawali składom o znaczeniu priorytetowym — głównie pociągom wojskowym na front wschodni oraz transportom Żydów do obozów zagłady. Przynajmniej dobrze, że nie otrzymał tego zadania zimą.
Od czasu wyjazdu ze Stanisławowa pod koniec marca 1943 roku Piotr nie widział się z matką, wdową po profesorze Umańskim, zaginionym w czerwcu 1941 roku i najprawdopodobniej zabitym w niewiadomym miejscu wraz z innymi nauczycielami ze Stanisławowa — tak przynajmniej twierdziła Karolina Lanckorońska. Wyrzucał sobie teraz, że nie pisał do matki, ale pochłonięty tajną działalnością w konspiracji, nie mógł ani nie chciał jej obciążać swoimi sprawami. Zresztą nie chciał zostawiać żadnych śladów — gdyby poszukiwało go tamtejsze Gestapo, Niemcom byłoby trudniej do niego dotrzeć. Gdy poszedł pod znajomy adres, ze zdumieniem zobaczył, że na dźwięk dzwonka drzwi otworzyła nie matka, lecz obca, może dwunastoletnia dziewczynka. Dziecko na jego widok wyraźnie się przestraszyło. Zaraz jednak w głębi przedpokoju pojawiła się znajoma twarz. Gdy tylko ujrzała syna, cicho jęknęła:
— Syneczku…
Padli sobie w ramiona.
Ale niespodzianki nie skończyły się na dziewczynce. Gdy już przeszli do pokoju, zobaczył tam nieznajomą kobietę.
Matka odchrząknęła.
— Chciałabym ci przedstawić, pozwól… To jest pani Aniela Skrzydlewska z córcią Zuzią. Obie uciekły z majątku koło Złoczowa. One ci opowiedzą resztę.
Piotr, uczony ogłady w przedwojennym polskim liceum, nie zadawał pytań. Było oczywiste, że matka potrzebowała towarzystwa, a jeśli owa kobieta z córką dokładały się do domowego budżetu, to tym większy zysk dla niej. Ale takie myślenie szybko ustąpiło realizmowi, gdy matka przyznała, że przyjęła uciekinierki z prowincji z dobrego serca, bo nie miały gdzie się podziać w Stanisławowie.
— Dlaczego mama to zrobiła? One objadają mamę? — zapytał dyskretnie na stronie.
— Nie mów tak, syneczku — rzekła profesorowa Umańska. — Po twoim wyjeździe zatrudniłam się w stołówce dla Niemców. Tam dużo resztek zostaje, czasem nawet jakieś mięso. Dzielę się tym z nimi.
Piotr załamał ręce. Nie przypuszczał, że matce jest aż tak trudno, a powinien był o tym pomyśleć. Całe życie była żoną profesora liceum i o nic się nie martwiła. A teraz nagle musiała zadbać o wszystko.
— To nic, syneczku, mnie było trochę ciężko — ciągnęła matka — ale one przeżyły koszmar. Straciły majątek, dom, wszystkie pamiątki, ubrania. Uciekły w ostatniej chwili.
— Przed kim uciekły? Przed Niemcami?
— Nie, ty nic nie wiesz? — zdziwiła się matka. — Przed Ukraińcami.
— Co się stało?
— Napadają na polskie dwory i wsie. Mordują wszystkich. Pani Skrzydlewska uciekła w ostatniej chwili. Widziała, jak męża i ojca małej zabito siekierą. Nie wygadaj się tylko, bo Zuzia dalej czeka na ojca. Wiesz, że ona zawsze pierwsza biegnie otwierać drzwi? Nie miałam serca im odmówić.
Piotr oniemiał. Czy władze Armii Krajowej nie dały mu zadania niemożliwego do wypełnienia?
Gdzieś na Wołyniu, sierpień 1943
Timofiej Kuzmienko, dowódca kurenia Ukraińskiej Powstańczej Armii, po naradzie w lutym tego roku musiał, ale też chciał przejść do aktywnego wypełnienia powziętych tam decyzji. Już od marca tego roku oddziały UPA zaczynały atakować polskie wsie we wschodniej części dawnego województwa wołyńskiego, a w nocy z dwudziestego piątego na dwudziestego szóstego marca wycięli w pień wieś Lipniki14. Zginęło wtedy prawie sto osiemdziesiąt osób. Latem ta akcja przyspieszyła.
Tego dnia zbierało się na burzę. Timofiej kiedyś cieszył się dojrzewającymi łanami zboża i wzgórzami porośniętymi lasem nad Czeremoszem, ale teraz ledwo pamiętał te chwile. Minione lata jawiły mu się jako czas biedy, choć przecież nie mógł powiedzieć, że był nieszczęśliwy. Stała przy nim wtedy matka. Dlatego dziś chciał ją chronić. Pojechał do niej, żeby ją przekonać — niechby rzuciła tych przeklętych Lachów. Ale ona powiedziała, że zostanie, że się nie ruszy i jeszcze go zrugała. To go wpędziło w rozpacz, jakiej rzeczywiście nigdy wcześniej nie doświadczył. Chciał wyć i tarzać się na ziemi, byle tylko ją przekonać, żeby odeszła do chaty swej siostry w Kutach. Wiedział, że matka jest uparta. Ale on był jej synem. I też nie zamierzał odpuścić.
Teraz Timofiej prowadził swój kureń, cztery sotnie dobrze wyćwiczonych i karnych żołnierzy, w stronę polskiej wsi. Opowiadali Timofiejowi, co za ludzie tam mieszkają. Nawet nazwę mu mówili. Ale on rzekł swoim:
— Nie wiemy, co to za wioska. I nie jest ważne, kto tam mieszka. To nasza ziemia i nie może być na niej obcych. Zabić wszystkich.
Timofiej musiał też przeszkolić swoich ludzi, żeby automatycznie wykonywali rozkazy. Skoro wszyscy pod nóż, to wszyscy. Żadnych wyjątków. Timofiej sam się potem sobie dziwił, że powiedział coś takiego na trzeźwo. Ale teraz skupił się na celu. Zajął dogodną pozycję i kazał dokonać dzieła. Miało być wielkie i straszne, żeby Polacy raz na zawsze je zapamiętali.
Odczekał, bo jego ludzie weszli do wioski. I się zaczęło. Krzyki, strzały, przekleństwa niosące się w stronę lasu, w stronę drzew, owych niemych świadków. A one jednak przekazywały innym, a te jeszcze innym pieśń straszną i zimną, okrutną i bolesną jak lodowaty poranek.
Uwinęli się z Polakami szybko. Trwało to wszystko dwa, może trzy kwadranse, kto by zliczył. Timofiej, nie mówiąc nic nikomu, szedł w stronę wioski jak po rozżarzonych węglach. On wiedział, że to, co chciała zrobić UPA, nie różniło się niczym od tego, co Niemcy zrobili w tej wojnie Żydom. To miała być anihilacja, wyniszczenie, bez litości i bez sentymentu. Dobrze o tym wiedział, dlatego pojechał do matki, by ją nakłonić do opuszczenia Szymańskich. Ale teraz to wszystko schodziło na dalszy plan, bo czym innym jest wiedzieć o zbrodni, do której jeszcze nie doszło, a czym innym jej doświadczyć.
Pierwszych zabitych Polaków zobaczył obok płotu. Dwaj starsi mężczyźni. Może szli do pracy, a może wracali od zwierząt w stodole. Tam wciąż muczała krowa, która niedawno się ocieliła. Mleko było dla cielaka. Timofiej pstryknął palcami, żeby kilku upowców z drugiej sotni poszło po cielaka. Upieką go na ruszcie na wieczór. Należy im się dobre mięso za tak ciężką pracę dla ojczyzny.
Potem obchodził domy. W jednym zabito całą polską rodzinę, gdy zasiadali do porannej owsianki. Była jeszcze ciepła.
— Można zjeść, żeby się nie zmarnowało — rzucił do swoich ludzi.
Wiedział przecież, że są głodni. Zabijanie jest ciężkie, jak najgorsza harówka, i do tego obciąża psychicznie. Rodzina leżała w izbie cała we krwi. Ojca chyba zastrzelono, ale dzieci i matkę już wykończyli siekierami.
